Życie uliczne w niegdysiejszej Warszawie - Stanisław Milewski - ebook

Życie uliczne w niegdysiejszej Warszawie ebook

Stanisław Milewski

5,0

Opis

Opowieść o dawnej Warszawie i jej mieszkańcach, o czasach, gdy Nowy Świat leżał na peryferiach miasta a Krakowskie Przedmieście było wybrukowane drewnianymi kostkami. Po ulicach jeździły dorożki i omnibusy, po podwórzach wędrowali obnośni sprzedawcy cebuli, orzechów, kołder, garnków... Autor barwnie opisuje rozwój stolicy: stan ulic i zabudowy, komunikację miejską i zmienne losy przepisów ruchu drogowego, życie codzienne ale także ciemne sprawy miasta – przestępczość i prostytucję. Z tej książki dowiemy się między innymi dlaczego mieszkańcy nie chcieli się „ekspensować na koszta dla lampartów”; czemu przedostanie się na drugą stronę ulicy Senatorskiej groziło śmiercią lub kalectwem; jak sałaciarze radzili sobie z taksomierzami i po co kradli koniom śniadania; co roznosił „szczygieł”; czym się zajmowała brygada sanitarno-obyczajowa i co oznaczał środkowy palec dłoni wsunięty w dziurkę od guzika.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




OPRA­CO­WA­NIE ‌GRA­FICZ­NE An­drzej ‌Ba­rec­ki

RE­DAK­CJA Agniesz­ka Dzie­wul­ska ‌

KO­REK­TA Bo­gu­sła­wa Ję­dra­sik

ŹRÓ­DŁA ‌zDJĘ­CI ILU­STRA­CJI ‌

„Kło­sy” (1865-1890), ‌

„Kol­ce” (1871-1914),

„Ty­go­dnik Ilu­stro­wa­ny” ‌(1859-1914)

oraz ar­chi­wum ‌au­to­ra ‌

Co­py­ri­ght ‌© ‌by Sta­ni­sław ‌Mi­lew­ski, ‌2013

Co­py­ri­ght © ‌by Wy­daw­nic­two Iskry, War­sza­wa ‌2013 ‌

ISBN 978-83-244-0310-3

Wy­daw­nic­two Iskry ‌

ul. Smol­na ‌11

00-375 ‌War­sza­wa ‌

tel. (22) 82794 15 ‌

[email protected]

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. ‌z o.o.

Od ‌autora

ŻY­CIE ‌ULICZ­NE ‌VAR­SA­VIA­NI­SCI ZDA­JĄ SIĘ ‌OMI­JAĆ ‌Z DA­LE­KA. Cza­sem u ja­kie­goś ‌au­to­ra zna­leźć ‌moż­na aka­pit czy ‌dwa na ten ‌te­mat; ‌czę­ściej przy­pis. Owszem, ‌jest ‌nie­zwy­kle cen­na mo­no­gra­fia ‌Eu­ge­niu­sza Szwan­kow­skie­go Uli­ce i pla­ce ‌War­sza­wy, mamy kil­ka­na­ście ‌do­sko­na­łych ‌ksią­żek po­świę­co­nych ‌pryn­cy­pal­nym, zresz­tą nie tyl­ko, ‌uli­com, ale au­to­rzy ‌tych pu­bli­ka­cji sku­pia­ją uwa­gę ‌na ar­chi­tek­tu­rze, ‌hi­sto­rii po­szcze­gól­nych ‌bu­dyn­ków czy ‌za­byt­ków. Mniej na­to­miast ‌miej­sca po­świę­ca­ją ‌ży­ciu, ‌któ­re się na ‌owych uli­cach to­czy­ło lub ‌temu, ‌jak ‌one wy­glą­da­ły i w ja­kim ‌sta­nie by­wa­ły ‌utrzy­ma­ne. ‌Ruch zaś ‌ulicz­ny, jego ‌na­tę­że­nie ‌i pró­by ‌re­gu­la­cji ‌to już zu­peł­na ter­ra ‌in­co­gni­ta, ‌po­dob­nie jak ‌kil­ka in­nych kwe­stii, ‌któ­re ‌w ni­niej­szej ‌książ­ce ‌mniej lub ‌bar­dziej wy­czer­pu­ją­co ‌zo­sta­ły omó­wio­ne. Naj­wię­cej wia­do­mo­ści ‌au­tor za­czerp­nął z nie­oce­nio­nej ‌pra­cy Anny Sło­nio­wej Po­cząt­ki no­wo­cze­snej in­fra­struk­tu­ry War­sza­wy oraz wie­lo­to­mo­wej Bi­blio­gra­fii War­sza­wy.

Ga­ze­ty bo­wiem, czy wska­za­ne przez to wy­daw­nic­two, czy też wy­szpe­ra­ne dzię­ki wła­snej, wie­lo­let­niej kwe­ren­dzie po­le­ga­ją­cej na prze­glą­da­niu rok po roku waż­niej­szych dzien­ni­ków i in­nych pe­rio­dy­ków, są tu głów­nym two­rzy­wem. Dla barw­no­ści sty­lu i za­cho­wa­nia au­ten­tycz­no­ści prze­ka­zu in­for­ma­cje czę­sto nie są oma­wia­ne, ale po­da­ne wprost jako cy­ta­ty, nie­kie­dy w ory­gi­nal­nej pi­sow­ni. Książ­ce zresz­tą bli­żej do ga­wę­dy lub hi­sto­rycz­ne­go re­por­ta­żu niż na­uko­wej dy­ser­ta­cji; au­tor jed­nak sta­rał się za­cho­wać wa­lo­ry do­ku­men­ta­cyj­ne tej ostat­niej. Te­mat wy­da­wał się nie tyl­ko no­wa­tor­ski, ale i waż­ny, dla­te­go też zo­stał pod­ję­ty mimo prze­świad­cze­nia, że jego opra­co­wa­nie nie jest wy­czer­pu­ją­ce. Osta­tecz­ny osąd w tej spra­wie po­zo­sta­wić jed­nak trze­ba czy­tel­ni­kom. Frag­men­ta­rycz­nie au­tor pi­sał już o ko­mu­ni­ka­cji w war­sza­wie; tu rzecz zo­sta­ła uzu­peł­nio­na i roz­sze­rzo­na.

Kil­ka osób po­mo­gło mi szcze­gól­nie – wy­cho­dząc da­le­ko poza swo­je obo­wiąz­ki – w zbie­ra­niu i do­ku­men­to­wa­niu ma­te­ria­łów. Pra­gnę go­rą­co po­dzię­ko­wać Pani Jo­an­nie Ja­szek-Bie­lec­kiej, kie­row­nicz­ce dzia­łu var­sa­via­nów Bi­blio­te­ki Pu­blicz­nej m.st. War­sza­wy na Ko­szy­ko­wej i ca­łe­mu ze­spo­ło­wi pra­cow­ni­ków Czy­tel­ni, a tak­że Ada­mo­wi Dziu­rzyń­skie­mu z Bi­blio­te­ki Na­ro­do­wej, z któ­rym pod­czas zbie­ra­nia ma­te­ria­łów do ko­lej­nych ksią­żek zdą­ży­łem się bar­dzo za­przy­jaź­nić. Całą zaś swo­ją pra­cę de­dy­ku­ję żo­nie Ire­nie, bez któ­rej ser­decz­ne­go wspar­cia, zwłasz­cza w cza­sach cho­ro­by, nig­dy by ona nie po­wsta­ła.

Oblicza ulic

GDY STO­LI­CA RZE­CZY­PO­SPO­LI­TEJ Oboj­ga Na­ro­dów zo­sta­ła w 1611 roku prze­nie­sio­na do War­sza­wy, mia­sto li­czy­ło oko­ło dwu­na­stu ty­się­cy miesz­kań­ców i zaj­mo­wa­ło po­wierzch­nię nie­prze­kra­cza­ją­cą kil­ku­na­stu ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych; na po­cząt­ku XIX wie­ku ob­szar mia­sta wy­no­sił ich nie­wie­le po­nad dwa­dzie­ścia. Jak z tego wi­dać, miesz­kań­cy nie mie­li więk­szych pro­ble­mów z prze­miesz­cza­niem się w jego ob­rę­bie, a pro­ble­my ko­mu­ni­ka­cyj­ne nie na­le­ża­ły do naj­waż­niej­szych. Tłu­my prze­le­wa­ły się przez uli­ce tyl­ko w cza­sie sej­mów, któ­re od­by­wa­ły się w War­sza­wie co pe­wien czas od 1569 roku. Tłok nie­po­mier­ny pa­no­wał tak­że pod­czas elek­cji, któ­rych wi­dow­nią sta­ła się sto­li­ca od 1573 roku. Były to jed­nak sy­tu­acje wy­jąt­ko­we, bo na co dzień te bar­dziej po­lne dro­gi niż sto­łecz­ne ar­te­rie świe­ci­ły pust­ka­mi.

W tych nad­zwy­czaj­nych okre­sach na uli­cach mia­sta kłę­bi­li się nie tyl­ko pie­si, ale i jeźdź­cy prze­miesz­cza­ją­cy się kon­no. Wy­peł­nia­ły je tak­że po­jaz­dy róż­ne­go ro­dza­ju, po­czy­na­jąc od ko­le­bek i wa­są­gów, któ­ry­mi ścią­gnę­li pa­no­wie bra­cia, cza­sem z da­le­kich pro­win­cji oboj­ga Na­ro­dów, nie tyl­ko by speł­nić oby­wa­tel­ski obo­wią­zek, da­jąc swą kre­skę, ale tak­że do­ko­nać za­ku­pów dla fa­mi­lii lub mał­żon­ki, je­śli ma­gni­fi­ka po­zwo­li­ła zo­sta­wić się w domu. Z tru­dem w tym wszyst­kim prze­bi­ja­ły się po­szóst­ne ka­re­ty ma­gnac­kie, któ­rym miej­sce na jezd­ni wy­wal­cza­li haj­du­cy i lau­fry. Sy­tu­acji nie uła­twiał bar­dzo zły stan ulic, któ­ry w pew­nych okre­sach ule­gał na­wet re­gre­so­wi, by za­cząć się po­pra­wiać na do­bre do­pie­ro od dru­giej po­ło­wy XIX wie­ku.

W 1557 roku król Zyg­munt Au­gust, ma­jąc na wzglę­dzie po­pra­wę sta­nu dróg, osob­nym przy­wi­le­jem „miesz­czan sta­rej War­sza­wy z swy­mi przed­mie­ścia­mi do pła­ce­nia na re­pa­ra­cję bru­ków po gro­szu od oso­by, jako też od fur­mań­skie­go wozu, tak ma­łe­go, jako i wiel­kie­go” zo­bo­wią­zał. Już w koń­cu XVI wie­ku nie­któ­re uli­ce w mie­ście wy­kła­da­no ce­gła­mi lub ka­mie­nia­mi, zwłasz­cza na sta­rym Mie­ście, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem ryn­ku. Da­le­ko jed­nak było tym pra­com do do­sko­na­ło­ści. Je­den z wło­skich kar­dy­na­łów, któ­ry we wrze­śniu 1596 roku od­wie­dził War­sza­wę, pi­sał o tej wła­śnie czę­ści mia­sta, że uli­ce były ce­głą z ka­mie­nia­mi czer­wo­ne­go gra­ni­tu prze­mie­sza­ną bru­ko­wa­ne, a tak źle spo­jo­ne, że cho­dzić i jeź­dzić było nie­go­dzi­wie dla bło­ta wiel­kie­go, któ­re jest tu więk­sze niż w Kra­ko­wie.

Ruch na uli­cach utrud­nia­ło zresz­tą nie tyl­ko bło­to, bo wy­le­wa­no na nie wszel­kie nie­czy­sto­ści, tak­że z ustę­pów. Ma­gi­strat już w 1704 roku pod­jął uchwa­łę, słusz­nie w niej pod­no­sząc, że „nie­ochę­dó­stwo, któ­rym się na­tu­ra ludz­ka brzy­dzi, zdro­we za­ra­żać zwy­kło po­wie­trze, tedy gdy go­spo­da­rze smro­dli­we chę­do­żyć każą miej­sca, niech tego prze­strze­ga­ją, żeby na uli­ce i na dro­gi, któ­ry­mi lu­dzie jeż­dżą i cho­dzą, obrzy­dli­wych smro­dów nie wy­le­wa­no”. Mó­wiąc pro­sto z mo­stu, szło o to, by nie opróż­niać wprost na uli­cę za­war­to­ści po­dwó­rzo­wych la­tryn i miejsc ustę­po­wych, nie mó­wiąc już o ury­na­łach, bo to ro­bio­no jesz­cze dużo póź­niej. Do aneg­do­ty prze­szedł okrzyk: „Sie idzie!… Sie idzie!….” wy­da­wa­ny wie­czo­ro­wą porą przez prze­chod­nia, w oba­wie by nie wy­lą­do­wa­ła na jego gło­wie treść noc­ni­ka z po­bli­skie­go okna.

Wspo­mnia­na uchwa­ła sta­no­wi­ła jed­nak ra­czej tyl­ko po­stu­lat niż na­kaz z gro­żą­cy­mi sank­cja­mi. Po­noć „kupy gno­ju ura­sta­ły do tego stop­nia, że wy­peł­nia­ły całą uli­cę, któ­ra prze­sta­wa­ła ist­nieć”. Wła­dze miej­skie usi­ło­wa­ły temu za­ra­dzić i wpro­wa­dza­ły pew­ne po­rząd­ki, na przy­kład uchwa­ła ma­gi­stra­tu z 1641 roku sta­no­wi­ła, że każ­dy wła­ści­ciel domu wi­nien przed swo­ją po­se­sją czy­ścić uli­ce i wy­wo­zić bło­to: cza­sem ro­bił to ma­gi­strat wspól­nie z po­se­sjo­na­tem.

Były to pół­środ­ki i sy­tu­acja pod tym wzglę­dem za­czę­ła się po­pra­wiać do­pie­ro w la­tach sześć­dzie­sią­tych XVIII wie­ku, gdy po­wo­ła­no pierw­szy za­kład ase­ni­za­cyj­ny zwa­ny po­cząt­ko­wo Ma­ga­zy­nem Ka­ro­wym. Przed­tem „kar­dy­nal­ne po­rząd­ki prze­pro­wa­dza­no chy­ba tyl­ko raz do roku, w związ­ku z uro­czy­stą pro­ce­sją na Boże Cia­ło” – twier­dzi Jan Sta­ni­sław By­stroń w swo­jej War­sza­wie. Ską­di­nąd wia­do­mo, że owe kar­dy­nal­ne po­rząd­ki po­le­ga­ły głów­nie na tym, że bło­to i nie­czy­sto­ści po­kry­wa­no ga­łę­zia­mi świer­ko­wy­mi, je­dli­ną i wy­ście­ła­no pach­ną­cym ta­ta­ra­kiem.

OD CZA­SU GDY MIA­STO UZY­SKA­ŁO ran­gę sto­li­cy, po­rząd­nych ulic za­czę­ło przy­by­wać. Dwo­rza­nin Lu­dwi­ka XVI w opi­sie War­sza­wy w 1616 roku za­świad­cza, że „jest już ona w wie­lu miej­scach bru­ko­wa­na”. Bru­ki się jed­nak szyb­ko nisz­czy­ły, tak że w 1648 roku, w cza­sie bez­kró­le­wia po śmier­ci Wła­dy­sła­wa IV, kon­fe­de­ra­cja ge­ne­ral­na war­szaw­ska mu­sia­ła za­jąć się uli­ca­mi, któ­re pro­wa­dzi­ły na pole elek­cji. Na nowo dro­gi te wy­bru­ko­wa­no, „do cze­go miesz­kań­cy, wy­jąw­szy szlach­ty, mie­li przy­kła­dać się”, sta­no­wił jej re­skrypt. W tym cza­sie Sta­ra War­sza­wa wraz z przed­mie­ścia­mi li­czy­ła 737 po­se­sji (w tym tyl­ko 160 było mu­ro­wa­nych, resz­ta do­mostw to za­bu­do­wa­nia drew­nia­ne), ko­mu­ni­ka­cja więc w tym ob­rę­bie, jak po­przed­nio, nie była żad­nym pro­ble­mem.

Sta­no­wi dróg w sto­li­cy dużo uwa­gi po­świę­cał sejm. Ma­jąc na uwa­dze, że „dro­gi w mie­ście są zbyt ze­pso­wa­ne”, wy­dał w 1685 roku usta­wę Na­pra­wa dróg i ka­na­łów mia­sta Sta­rej War­sza­wy i cir­kum­fe­ren­cji (oko­lic). We­dług opi­su geo­gra­ficz­ne­go mia­sta z 1740 roku jest ono „za­wsze czy­ste, na przed­mie­ściach zaś całe bru­ki za­la­ne bło­ta­mi, oso­bli­wie na je­sie­ni i na ło­kieć nad bru­kiem”. Moż­na z tego wno­sić, że przy­najm­niej w daw­niej­szym „cen­trum” uli­ce nie przed­sta­wia­ły się naj­go­rzej.

Albo był to stan chwi­lo­wy, albo opi­nia geo­gra­fa grzecz­no­ścio­wa, bo inne źró­dła sta­now­czo jej prze­czą. Kupy od­pad­ków i gno­ju cią­gle za­ście­la­ły uli­ce, któ­re czę­sto po­zo­sta­wa­ły nie­prze­jezd­ne. Mia­ła temu za­ra­dzić po­wo­ła­na pod ko­niec XVII wie­ku Ko­mi­sja Bru­ko­wa, ale ta po­cząt­ko­wo nie prze­ja­wia­ła żad­nych kon­kret­nych dzia­łań poza wy­da­wa­niem zle­ceń na mie­rze­nie ulic i wy­li­cza­nie, ile bę­dzie kosz­to­wa­ło ich wy­bru­ko­wa­nie. Na to nie było jed­nak fun­du­szów, a i nie­spo­koj­ne cza­sy, gdy trwa­ły wciąż woj­ny, nie sprzy­ja­ły tego typu przed­się­wzię­ciom.

Po dłuż­szej prze­rwie Ko­mi­sja Bru­ko­wa w 1740 roku za­wią­za­ła się na nowo i za­czę­ła swą pra­cę znów bar­dziej od po­stu­la­tu niż su­ro­we­go na­ka­zu. Ape­lo­wa­no, „aby wszy­scy oby­wa­te­le, tak mia­sta sta­rej, jako i No­wej War­sza­wy, tu­dzież go­spo­da­rze pa­ła­ców, dwo­rów, ka­mie­nic, do­mów tak miej­skich, jako i szla­chec­kich, i du­chow­nych, bło­ta, gno­je, zie­mie (…) jako naj­prę­dzej niż dwie nie­dzie­le wyj­dą od pu­bli­ka­cji tego de­kre­tu, wy­wo­zić, drze­wa, któ­ry­mi są uli­ce za­wa­lo­ne, uprząt­nąć ka­za­li i na po­tem tych­że ulic pu­blicz­nych gno­jem, zie­mią i śmie­cia­mi, tak­że i drze­wem za­wa­lać się nie wa­ży­li, i one co ty­dzień każ­dy przed swą ka­mie­ni­cą rynsz­to­ki chę­do­żyć ka­za­li”.

Praw­dzi­wą dzia­łal­ność człon­ko­wie Ko­mi­sji roz­po­czę­li do­pie­ro dwa lata póź­niej. „Nie było wte­dy – po­dług ich re­la­cji – żad­ne­go w przy­pad­ku ognia po­rząd­ku, nie było pu­blicz­nych stud­ni, z któ­rych by na­wet przy na­tu­ral­nym przez wy­god­ne po­ło­że­nie War­sza­wy ście­ku bru­ki opłu­ki­wa­ne być mo­gły, gno­jów i bło­ta po wszyst­kich uli­cach peł­no, tak że prze­jeż­dża­ją­cym dro­gę ta­mo­wa­ły. Bru­ki na wie­lu miej­scach po­pso­wa­ne, na wie­lu na­wet naj­cel­niej­szych uli­cach wca­le ich nie było, ka­na­ły jed­ne zruj­no­wa­ne i za­wa­lo­ne, dru­gie dużo po­psu­te (…). Wio­sen­ną tedy i je­sien­ną porą nikt do mia­sta nie przy­by­wał, chy­ba ko­niecz­ną zmu­szo­ny po­trze­bą. Uli­ce nie­któ­re tak były nie­po­rząd­ne i cał­kiem za­bu­do­wa­ne, iż prze­jaz­du nie mia­ły, stąd szko­dli­wość na zdro­wiu, złe po­wie­trze itp. Kra­kow­skie Przed­mie­ście całe przez za­wa­le­nie gno­ja­mi było nie­do­stęp­ne. Tym­cza­sem dla za­ra­dze­nia temu wszyst­kie­mu fun­du­sze mia­sta le­d­wie na wozy ka­ro­we [za­ku­pio­no ich czter­dzie­ści w celu wy­wo­że­nia śmie­ci; samo to kosz­to­wa­ło mia­sto 24 tys. złp. rocz­nie – S.M.] i pła­ce do­zor­ców wy­star­cza­ły”.

TAKI STAN RZE­CZY ZA­STAŁ MAR­SZA­ŁEK wiel­ki ko­ron­ny Fran­ci­szek Bie­liń­ski, gdy wła­śnie w 1742 roku sta­nął na cze­le Ko­mi­sji Bru­ko­wej. Po przy­stą­pie­niu do prac „po­ka­za­ło się przy bru­ko­wa­niu na wie­lu miej­scach po dwa, gdzie in­dziej i po trzy bru­ki je­den na dru­gim bło­tem na dwa i wię­cej łok­ci po­przy­wa­la­ne”. Ener­gicz­ny mar­sza­łek uzy­skał ze skar­bu ko­ron­ne­go za­si­łek w wy­so­ko­ści dwu­dzie­stu ty­się­cy zło­tych pol­skich rocz­nie, któ­ry po czte­rech la­tach zo­stał po­dwo­jo­ny. W 1761 roku zor­ga­ni­zo­wał Bie­liń­ski na rzecz Ko­mi­sji lo­te­rię i dzię­ki do­ta­cji oraz fun­du­szom z niej uzy­ska­nym, a tak­że kwo­tom z wła­snej kie­sy do­rzu­ca­nym, wie­le ulic, zwłasz­cza pryn­cy­pal­nych, do­pro­wa­dzo­no do ja­kie­go ta­kie­go sta­nu. Wy­bru­ko­wa­no wów­czas: Kra­kow­skie przed­mie­ście, Nowy Świat, Ry­nek sta­ro­miej­ski, pod­wa­le, Mo­sto­wą, Grodz­ką, se­na­tor­ską, Mio­do­wą, Kró­lew­ską, a tak­że za­czę­to wy­kła­dać ka­mie­nia­mi uli­cę Mar­szał­kow­ską, na­zwa­ną tak na cześć Bie­liń­skie­go; przed­tem na­zy­wa­no ją „uli­cą ku Bie­li­no­wi”. po jego śmier­ci w 1766 roku Ko­mi­sja – jak barw­nie na­pi­sa­no w me­mo­ria­le przed­sta­wio­nym kró­lo­wi – „prze­sta­ła zba­wien­ne swo­je wpły­wy na po­rzą­dek mia­sta wy­wie­rać”, a w 1786 roku „przy­mu­szo­na była oświad­czyć, iż z po­wo­du wy­cień­czo­ne­go sta­nu swej kasy, bra­ku ka­mie­ni i ro­bot­ni­ków pra­cę swo­ją do swo­bod­niej­sze­go cza­su odło­ży­ła”. W re­la­cji z 1779 roku An­glik Wil­liam Coxe pi­sze, że War­sza­wa była „nad­zwy­czaj źle bru­ko­wa­ną” i jest to opi­nia na pew­no wia­ry­god­na.

Nie lep­sze­go zda­nia był rów­nie obiek­tyw­ny jak on Inf­lant­czyk Fry­de­ryk Schulz, któ­ry od­wie­dzał na­szą sto­li­cę w pierw­szej po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych XVIII wie­ku. Od­no­to­wał, że mia­sto mia­ło wów­czas 192 uli­ce, „z któ­rych ato­li le­d­wie dzie­sięć po­rząd­nych, pięć­dzie­siąt zno­śnych, a resz­ta wca­le złych”. Twier­dził, że „więk­sza część tych ulic, je­że­li nie cał­kiem, to cho­ciaż środ­kiem są bru­ko­wa­ne, ale bruk naj­go­rzej utrzy­my­wa­ny, a po­rzą­dek oko­ło nich na­wet wspo­mnie­nia nie­god­ny”.

Fran­ci­szek So­biesz­czań­ski w Ry­sie hi­sto­rycz­nym wzro­stu i sta­nu mia­sta War­sza­wy… przy­ta­cza frag­ment bro­szu­ry z 1791 roku, w któ­rej ja­kiś oby­wa­tel skar­żył się na wła­dze miej­skie. „W mie­ście tak roz­le­głym jak War­sza­wa – czy­ta­my tam – gdzie oby­wa­te­le od kil­ku­dzie­się­ciu lat bru­ko­we opła­ca­ją, w bez­den­nym prze­cież bło­cie to­nąć mu­szą. Mia­sto na­sze ma pew­ny a znacz­ny do­chód, lecz, za­miast na bru­ki i po­trzeb­niej­sze po­rząd­ki, tra­ci go na fe­sty­ny i ilu­mi­na­cje ra­tu­sza, któ­re kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy kosz­tu­ją, wte­dy gdy na uli­cy No­wo­grodz­kiej, Smo­czej, Ry­bac­kiej i in­nych nie brnąć, ale pły­wać w bło­cie moż­na, cho­ciaż i tam lu­dzie miesz­ka­ją i po­dat­ki pła­cą. Jaki tu u nas po­rzą­dek, co za do­zór! Każ­dy z przy­jeż­dża­ją­cych, jak gdy­by był pa­nem War­sza­wy, sta­je, gdzie mu się po­do­ba, wśród uli­cy, nie uwa­ża­jąc, że na­wet przejść nie ma któ­rę­dy”. To też była pla­ga, bo lu­dzie mar­szał­kow­scy, tak zwa­ni wę­grzy, po­wo­ła­ni do pil­no­wa­nia po­rząd­ku na uli­cach, nie zwra­ca­li uwa­gi i nie eg­ze­kwo­wa­li prze­pi­sów dro­go­wych ogła­sza­nych w pra­sie przez te­goż mar­szał­ka wiel­kie­go ko­ron­ne­go.

Prze­pi­sów dro­go­wych – je­śli już ja­kieś w ogó­le były – nie prze­strze­ga­li nie tyl­ko przy­by­sze z pro­win­cji, jak pi­sał au­tor bro­szu­ry, ale i miej­sco­wi stan­gre­ci, zwłasz­cza po­wo­żą­cy ka­re­ta­mi wiel­kich pa­nów, po­miesz­ku­ją­cych na sta­łe w sto­li­cy. Ła­ma­li je na­gmin­nie fur­ma­ni wo­zów to­wa­ro­wych, któ­rych było za­re­je­stro­wa­nych w tych la­tach bli­sko pół­to­rej set­ki, a już szcze­gól­nie ci, do­star­cza­ją­cy drew­no bę­dą­ce prze­cież głów­nym środ­kiem opa­ło­wym w mie­ście, nim wy­parł je wę­giel ka­mien­ny w ostat­niej ćwiart­ce XIX wie­ku. Bru­ki ule­ga­ły bo­wiem naj­szyb­szej de­wa­sta­cji wła­śnie przez wozy cią­gną­ce za sobą kło­dy drze­wa, co było prak­ty­ko­wa­ne jesz­cze na po­cząt­ku XIX wie­ku, o czym świad­czą po­li­cyj­ne za­ka­zy pu­bli­ko­wa­ne w Ga­ze­cie War­szaw­skiej. W 1795 roku ma­gi­strat za­ka­zał skła­do­wa­nia drew­na opa­ło­we­go na uli­cach, co znacz­nie uspraw­ni­ło ruch ko­ło­wy.

W SU­MIE W CZA­SACH sta­ni­sła­wow­skich stan ulic bar­dzo się po­pra­wił. O ile na po­cząt­ku tego okre­su były one „dość sze­ro­kie, lecz nie­go­dzi­wie bru­ko­wa­ne i błot­ni­ste co nie­mia­ra”, o tyle już jego lata koń­co­we So­biesz­czań­ski pod­su­mo­wał na­stę­pu­ją­co: „Znaj­du­je się wpraw­dzie w War­sza­wie wie­le nie­bru­ko­wa­nych ulic, ale to tyl­ko na przed­mie­ściach, co pra­wie we wszyst­kich mia­stach nie­miec­kich zda­rza się. Zresz­tą inne uli­ce są sze­ro­kie, pro­ste i pięk­ne, po któ­rych dzień i nocą spo­koj­nie cho­dzić moż­na, a kłót­ni i ha­ła­sów po nich nig­dy nie sły­chać”. Ta sie­lan­ka skoń­czy­ła się wraz z cza­sa­mi sta­ni­sła­wow­ski­mi, a owe po­rząd­nie wy­bru­ko­wa­ne uli­ce roz­jeż­dżo­no i znów po­kry­ły się bło­tem.

Tro­chę zmie­ni­ło się za rzą­dów pru­skich. Wła­śnie w tych la­tach bar­dzo sku­tecz­nie za­czę­to zwal­czać owo wle­cze­nie drew­nia­nych bali po bru­ku, a tak­że, jak znów za­świad­cza So­biesz­czań­ski, „nie­któ­re uli­ce nad Wi­słą znacz­nym kosz­tem wy­bru­ko­wa­no, a uli­cę Kró­lew­ską głę­bo­ko zni­żo­no i prze­bru­ko­wa­no”. Na wię­cej nie wy­star­czy­ło po­cząt­ko­we­go en­tu­zja­zmu, gdy pru­sa­cy uświa­do­mi­li so­bie, że są chwi­lo­wy­mi go­spo­da­rza­mi w mie­ście.

Na do­bre pra­ce po­pra­wia­ją­ce stan ulic roz­wi­nię­to w pierw­szych la­tach Kró­le­stwa Kon­gre­so­we­go. Jak pi­sze ten sam au­tor urzęd­ni­czym sty­lem, w tym okre­sie „bru­ko­wa­nie ulic z na­der czyn­ną szyb­ko­ścią było przed­się­bra­ne” i z god­ną po­dzi­wu do­kład­no­ścią po­da­je, że do­pro­wa­dzo­no wów­czas do po­rząd­ku 126 058 sąż­ni kwa­dra­to­wych (są­żeń – oko­ło 190 cm) ulic, z tym że po­kry­to zu­peł­nie no­wym bru­kiem 38 531 sąż­ni kwa­dra­to­wych, resz­tę zaś prze­ro­bio­no lub wy­re­pe­ro­wa­no.

W 1823 roku roz­po­czę­to bu­do­wę No­wej Dro­gi Je­ro­zo­lim­skiej, zwa­nej póź­niej Ale­ją Je­ro­zo­lim­ską, pro­wa­dzą­cej od Sol­ca do ro­gat­ki je­ro­zo­lim­skiej. Do­tych­czas była to dro­ga po­lna, bie­gną­ca przez pod­mo­kłe grun­ty; jesz­cze dłu­go po jej obu stro­nach były tyl­ko ogro­dy, ce­giel­nie i gli­nian­ki. Te­raz, po utwar­dze­niu i wy­bru­ko­wa­niu, oko­pa­no ją ro­wa­mi i wy­sa­dzo­no miej­sca­mi dwo­ma, czte­re­ma, a na­wet i sze­ścio­ma rzę­da­mi to­pól; sama zaś uli­ca mia­ła czter­dzie­ści czte­ry me­try sze­ro­ko­ści. Jej na­zwa po­cho­dzi­ła od No­wej Je­ro­zo­li­my, osa­dy na przed­mie­ściach, któ­rą w dru­giej po­ło­wie XVIII wie­ku za­ło­żył Au­gust Suł­kow­ski dla tych Ży­dów, któ­rych wy­sie­dlo­no ze sto­li­cy. Zna­cze­nie tej ar­te­rii ogrom­nie wzro­sło, gdy przy niej wła­śnie, u zbie­gu z Mar­szał­kow­ską, zlo­ka­li­zo­wa­no w la­tach czter­dzie­stych XIX wie­ku dwo­rzec ko­lei war­szaw­sko-wie­deń­skiej, a jesz­cze bar­dziej, gdy tuż przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą po­łą­czo­no mo­stem jej wschod­ni kra­niec z pra­wym brze­giem Wi­sły.

W tym sa­mym cza­sie co Ale­je, wy­koń­czo­no dro­gę bie­gną­cą od uli­cy Dzi­kiej do ro­ga­tek po­wąz­kow­skich. Wie­le ulic uzy­ska­ło wów­czas praw­dzi­wie wiel­ko­miej­ski cha­rak­ter, mię­dzy in­ny­mi No­wi­niar­ska, „nie­gdyś wą­skim tyl­ko dla pie­szych prze­cho­dem bę­dą­ca, od­tąd sta­ła się jed­ną z ulic pięk­ny­mi do­ma­mi od­zna­cza­ją­cą się i bar­dzo uczęsz­cza­ną, gdyż tam­tę­dy zro­bił się prze­chód z uli­cy Mio­do­wej na Fran­cisz­kań­ską”. To tyl­ko je­den z licz­nych przy­kła­dów.

Po­pra­wił się też stan rynsz­to­ków. On­giś, za daw­nych lat, pro­wa­dzo­no je środ­kiem dro­gi i do­pie­ro za cza­sów mar­szał­ka wiel­kie­go ko­ron­ne­go, Mi­cha­ła Mni­sze­cha, od 1783 roku za­czę­to je wy­ty­czać po obu bo­kach jezd­ni, tuż przy chod­ni­kach, zwa­nych już wte­dy z fran­cu­ska tro­tu­ara­mi. Te ro­bio­no z że­la­za la­ne­go lub z ce­gły osa­dzo­nej na sztorc, ale oka­za­ły się nie­prak­tycz­ne.

W roku 1834 – jak wspo­mi­nał „Ku­rier War­szaw­ski” w 1865 roku (nr 158) – „za­czę­to urzą­dzać chod­ni­ki z mar­mu­ru kra­jo­we­go, na­przód od ko­lum­ny Zyg­mun­ta do Trzech Krzy­ży, do ogro­du Kra­siń­skich, do Ban­ku i na uli­cy Wierz­bo­wej. Smo­ło­wa­ne chod­ni­ki przy uli­cy Elek­to­ral­nej, wzdłuż gma­chów Ban­ko­wych i Mar­szał­kow­skiej, oka­za­ły się nie­trwa­ły­mi. Do roku 1855 ukła­da­ne były po­dwój­nym rzę­dem chod­ni­ki z mar­mu­ru kra­jo­we­go spro­wa­dza­ne­go z Chę­cin, lecz i te w uży­ciu nie były dłu­go­trwa­łe i przed­sta­wia­ły tę nie­do­god­ność, że przez pręd­kie wy­śli­zgi­wa­nie się sta­wa­ły się, szcze­gól­niej w po­rze zi­mo­wej, przy­czy­ną czę­stych wy­pad­ków upad­nię­cia prze­chod­niów. Od roku 1855 za­czę­to wpro­wa­dzać w uży­cie chod­ni­ki z ka­mie­nia pia­sko­we­go spro­wa­dza­ne­go z róż­nych ko­palń kra­jo­wych i ta­ko­we uło­żo­ne w po­dwój­nym rzę­dzie obok sie­bie były na Mio­do­wej, Kró­lew­skiej, Wierz­bo­wej i in­nych, lecz i te przez pręd­kie wy­żło­bie­nia się od cho­dze­nia po uli­cach oka­za­ły się bar­dzo nie­trwa­ły­mi i dziś zu­peł­nie są za­nie­cha­ne. W ostat­nich do­pie­ro la­tach za­czę­to ukła­dać tro­tu­ary z ta­fli gra­ni­to­wych, zaj­mu­ją­cych po­je­dyn­czo całą sze­ro­kość tro­tu­aru, przez co za­po­bie­żo­no wy­gi­na­niu się i pręd­sze­mu zu­ży­ciu. Ka­mień na tro­tu­ary wspo­mnia­ne spro­wa­dzo­ny jest z ko­palń Stroh­len, nie­da­le­ko od Wro­cła­wia i prze­wyż­sza trwa­ło­ścią i do­god­no­ścią w cho­dze­niu wszyst­kie do­tych­czas uży­wa­ne ga­tun­ki ka­mie­nia”.

Te wszyst­kie zmia­ny na lep­sze bar­dzo się po­do­ba­ły war­sza­wia­kom, bo nada­wa­ły sto­li­cy po­lor wiel­ko­miej­ski, a tak­że przy­by­szom z pro­win­cji. Jan Sta­ni­sław By­stroń w cy­to­wa­nej już mo­no­gra­fii War­sza­wa przy­ta­cza bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ny w tym wzglę­dzie list damy z Li­twy, któ­ra zwie­dza­ła sto­li­cę już w 1829 roku: „Dziś oglą­da­łam dwa ka­wał­ki tro­tu­aru na pró­bę zro­bio­nych przed skle­pem Kel­le­ra na Kra­kow­skim przed­mie­ściu: je­den z pia­skow­ca szy­dło­wiec­kie­go, dru­gi z ce­gły na sztorc kła­dzio­nej. Je­śli War­sza­wa doj­dzie do tego kie­dy, że bę­dzie mia­ła ta­kie tro­tu­ary na wszyst­kich pryn­cy­pal­nych uli­cach mia­sta, bę­dzie do­brze cho­dzić po mie­ście, bo dziś wy­krę­ca­nie nóg po ka­mie­niach dla nie­przy­zwy­cza­jo­nych jest nie do znie­sie­nia przy­kre”.

Do­pie­ro jed­nak w la­tach czter­dzie­stych, jak wy­ni­ka z do­ku­men­tów miej­skich zna­nych dzie­więt­na­sto­wiecz­nym var­sa­via­ni­stom, zni­kły z więk­szej czę­ści ulic „głę­bo­kie ście­ki czy rynsz­to­ki, po­dob­ne tym, ja­kie wi­dzieć moż­na na Du­na­ju i na Lesz­nie (…). Dziś – pi­sa­no – na uli­cach nowo wy­bru­ko­wa­nych lub prze­bru­ko­wa­nych ła­two się ze środ­ka do­stać na chod­nik, co daw­niej by­wa­ło nie­bez­piecz­ną czę­sto­kroć rze­czą”. W tym sa­mym cza­sie ulic bru­ko­wa­nych było 141, czy­li zde­cy­do­wa­na więk­szość, a nie­bru­ko­wa­nych 79.

OGÓL­NY OB­RAZ WAR­SZA­WY SPRZED cza­su tych zmian, któ­re na­stą­pi­ły w naj­lep­szych la­tach Kró­le­stwa pol­skie­go, prze­ka­zał w paru kre­skach pa­mięt­ni­karz Fran­ci­szek Sa­le­zy Dmo­chow­ski. „Lud­ność mia­sta – czy­ta­my w jego Wspo­mnie­niach od 1806 do 1830 roku – spa­dła do sześć­dzie­siąt i kil­ka ty­się­cy [była to za­le­d­wie trze­cia część sta­nu z po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych po­przed­nie­go wie­ku – S.M.] i cała sku­pi­ła się, jak krew do ser­ca, do mu­rów Sta­re­go i No­we­go Mia­sta, do uli­cy Dłu­giej, Mio­do­wej, Se­na­tor­skiej i Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia. Na­lew­ki, Lesz­no i Nowy Świat peł­ne były dom­ków drew­nia­nych, na pół w zie­mię wro­słych, a przy głów­nych uli­cach było ich nie­ma­ło (…). W od­le­głych stro­nach, za­cząw­szy od Dzie­ciąt­ka Je­zus aż pod ro­gat­ki mo­ko­tow­skie z jed­nej, a pod wol­skie z dru­giej, sta­ły tu i ów­dzie bro­wa­ry, go­rzel­nie i mły­ny, a po­mię­dzy nimi cha­ty sło­mą kry­te, ogro­dy i pola za­sia­ne zbo­żem”.

Kie­dyś – co pod­kre­ślił szcze­gól­nie moc­no – „więk­sza część ulic była nie­bru­ko­wa­na, a za­miast re­wer­be­rów pa­li­ły się przed do­ma­mi bied­ne la­tar­nie” Re­wer­be­ry, in­a­czej lam­py ge­new­skie, były wy­po­sa­żo­ne w od­bla­sko­we lu­ster­ka, co zwięk­sza­ło ich ja­sność. Usta­wio­no ich w su­mie dwie­ście czter­dzie­ści pięć w pierw­szych la­tach Kró­le­stwa pol­skie­go, dzię­ki cze­mu wzrósł po­ziom bez­pie­czeń­stwa na uli­cach. Za­ję­cie stra­ci­li la­tar­ni­cy, po­zo­sta­łość z cza­sów pru­skich, któ­rych wy­naj­mo­wa­no, by oświe­tla­li dro­gę w pa­nu­ją­cych już od zmro­ku ciem­no­ściach. Mia­sto po­pra­wi­ło też znacz­nie swój wy­gląd ze­wnętrz­ny. Od 1840 roku – jak czy­ta­my u So­biesz­czań­skie­go – „skle­py w War­sza­wie na wzór za­gra­nicz­ny przy­ozda­bia­ją się i wie­czo­rem rzę­si­ście oświe­ca­ją”.

Oświe­tle­nie ulic po­pra­wia­ło się bar­dzo po­wo­li. Sto­li­ca Kró­le­stwa pol­skie­go za­wsze była pod tym wzglę­dem opóź­nio­na, co wi­dać wy­raź­nie na prze­ło­mie wie­ku. Gdy inne, rów­no­rzęd­ne me­tro­po­lie eu­ro­pej­skie daw­no już mia­ły la­tar­nie elek­trycz­ne, War­sza­wa do­cze­ka­ła się ich do­pie­ro w pierw­szej de­ka­dzie XX wie­ku. Car­scy czy­now­ni­cy nie mo­gli do­pu­ścić, by sto­li­ca pe­ry­fe­ryj­nej gu­ber­ni ce­sar­stwa wy­su­wa­ła się przed sze­reg, je­śli cho­dzi o no­wo­cze­sne roz­wią­za­nia. Pierw­sze la­tar­nie elek­trycz­ne za­bły­sły w 1904 roku i od­tąd zmie­niać się za­czę­ło noc­ne ob­li­cze mia­sta.

Jak usta­li­ła na pod­sta­wie roz­licz­nych źró­deł Anna Sło­nio­wa w pra­cy Po­cząt­ki no­wo­cze­snej in­fra­struk­tu­ry War­sza­wy, w 1845 roku mia­sto mia­ło osiem­set la­tar­ni ole­jo­wych, po­tem naf­to­wych, a gdy po­ja­wi­ły się la­tar­nie ga­zo­we, pod ko­niec 1856 roku za­in­sta­lo­wa­no je na tra­sie od za­kła­du ga­zo­we­go na uli­cy Lud­nej, Ksią­żę­cą, No­wym Świa­tem, Kra­kow­skim Przed­mie­ściem do pla­cu Zam­ko­we­go, czy­li w ści­słym, naj­bo­gat­szym cen­trum. Po­tem, eta­pa­mi do 1870 roku, usta­wio­no la­tar­nie ga­zo­we na sześć­dzie­się­ciu uli­cach i pla­cach na te­re­nie Sta­re­go i No­we­go Mia­sta, czę­ści Po­wi­śla oraz ów­cze­sne­go Śród­mie­ścia z nie­licz­ny­mi od­ga­łę­zie­nia­mi w stro­nę pe­ry­fe­rii. W 1886 roku mia­sto mia­ło 4606 la­tar­ni, a śred­nio przy­by­wa­ło ich 515 rocz­nie. W 1893 roku na No­wym Świe­cie i Kra­kow­skim Przed­mie­ściu licz­ba la­tar­ni ule­gła po­dwo­je­niu, po­dob­nie jak na in­nych uli­cach ści­słe­go cen­trum. W 1904 roku ga­ze­ty po­li­czy­ły, że na miej­skich uli­cach War­sza­wy świe­ci­ło jesz­cze 277 la­tar­ni naf­to­wych, na­to­miast na pe­ry­fe­riach i przed­mie­ściach te uli­ce, któ­re nie mia­ły bru­ków i pra­wi­dło­wych ście­ków – cią­gle oświe­tla­ne były przez lam­py naf­to­we lub w ogó­le to­nę­ły w ciem­no­ściach.

Co w śród­mie­ściu ucho­dzi­ło za prze­ży­tek, jak cho­ciaż­by la­tar­ni­cy, w tam­tych re­jo­nach mia­sta było czymś co­dzien­nym. At­mos­fe­rę owych miejsc i cza­sów tak wspo­mi­na­ła po la­tach He­le­na Du­ni­nów­na: „Za­nim się zmierz­chać za­cznie – czy­ta­my w jej Nie­spo­dzian­kach war­szaw­skich – wy­cho­dzi na mia­sto ze swej lada ja­kiej iz­deb­ki la­tar­nik. Idzie za­pa­lać miej­skie la­tar­nie. Tam, gdzie się za­trzy­ma, za­bły­śnie w gó­rze sła­by pło­myk świa­teł­ka. Idzie ciem­na­wy­mi już, pu­sty­mi, za­sy­pa­ny­mi śnie­giem uli­ca­mi. Wy­krę­ca nogi na nie­rów­no­ściach chod­ni­ka, na za­sadz­kach głę­bo­kich rynsz­to­ków, ko­pie się przez śnieg za­wa­la­ją­cy jezd­nię. Bo­wiem w sa­mym śród­mie­ściu, na głów­nych uli­cach, gdzie pło­ną już no­wo­cze­sne la­tar­nie, nie­po­trzeb­ne już są jego usłu­gi. Po­zo­sta­ły mu do ob­słu­gi bocz­ni­ce, dru­go­rzęd­ne dziel­ni­ce, pe­ry­fe­rie. O wcze­snym świ­cie pój­dzie ga­sić za­pa­lo­ne la­tar­nie”. Tak wła­śnie od­cho­dzi­li w prze­szłość owi la­tar­ni­cy, któ­rzy przez pół wie­ku z górą za­pa­la­li miej­skie la­tar­nie. Prze­mi­nę­li po­dob­nie jak ich ko­le­dzy z cza­sów po­pru­skich, któ­rzy spóź­nio­nym prze­chod­niom oświe­tla­li dro­gę swo­imi ręcz­ny­mi la­ta­ren­ka­mi.

Sy­tu­ację pe­ry­fe­ryj­nych dziel­nic naj­le­piej uka­zu­je list czy­tel­ni­ka z przed­mie­ścia bar­dzo prze­cież waż­ne­go, bo zza ro­ga­tek je­ro­zo­lim­skich, któ­ry re­dak­cja „Ku­rie­ra War­szaw­skie­go” opu­bli­ko­wa­ła w maju 1886 roku (nr 137A). Przed­mie­ście to – jak pi­sał jego miesz­ka­niec – sta­no­wią­ce od­ręb­ny re­wir po­li­cyj­ny w cyr­ku­le VIII, le­żą­ce po obu stro­nach szo­sy ra­dom­skiej, a no­szą­ce urzę­do­wą na­zwę „alei Je­ro­zo­lim­skiej za ro­gat­ka­mi”, skła­da­ło się z kil­ku­dzie­się­ciu za­bu­do­wań za­miesz­ki­wa­nych przez parę ty­się­cy lu­dzi „po­no­szą­cych cię­ża­ry na rzecz po­rząd­ków miej­skich na rów­ni z po­sia­da­cza­mi nie­ru­cho­mo­ści w środ­ko­wych i bo­gat­szych dziel­ni­cach”. Po­zba­wio­ne jed­nak było „bru­ku, chod­ni­ków, ście­ków, wo­do­cią­gów i oświe­tle­nia”, jako że sta­ła tam tyl­ko jed­na la­tar­nia tuż przy ro­gat­ce.

„Trud­no so­bie wy­obra­zić – skar­żył się au­tor ko­re­spon­den­cji – jak utrud­nia­ją­cą i nie­bez­piecz­ną jest tam po­dróż pie­sza w go­dzi­nach wie­czor­nych, noc­nych i ran­nych, w nie­po­god­nej je­sien­nej i zi­mo­wej po­rze, przy wszech­wład­nie tam pa­nu­ją­cym bło­cie, wy­bo­jach i roz­to­pach. W ab­so­lut­nej ciem­no­ści prze­cho­dzień nie­ustan­nie na­ra­żo­ny jest na upa­dek i ka­lec­two, albo też na ob­ce­so­we spo­tka­nie się z na­past­ni­ka­mi, dla któ­rych po­bli­skie gli­nian­ki są do­god­nym miej­scem schro­nie­nia”. Jak więc wy­glą­da­ły inne, nie tak ru­chli­we pod­miej­skie uli­ce; ta bo­wiem – czy­ta­my – sta­no­wi­ła „je­dy­ny śro­dek ko­mu­ni­ka­cji z mia­stem dla przy­le­głych osad, nie mó­wiąc o ru­chu po­wo­zo­wym”.

W 1909 roku ro­gat­ki je­ro­zo­lim­skie, któ­re do­tąd usy­tu­owa­ne były vis-à-vis Twar­dej, prze­nie­sio­no do wsi Ocho­ta, któ­ra dwa lata wcze­śniej otrzy­ma­ła pra­wa osa­dy pod­miej­skiej. Póki nie wy­bu­rzy­li ich Niem­cy pod­czas ostat­niej woj­ny, sta­ły na pla­cy­ku u zbie­gu z To­wa­ro­wą, na któ­rym stra­co­no po po­wsta­niu stycz­nio­wym Ar­tu­ra Za­wi­szę.W owym 1909 roku Ocho­ta mia­ła wejść w skład mia­sta, ale na do­bre sta­ło się tak w 1915 roku, gdy in­kor­po­ro­wa­na zo­sta­ła do ob­sza­ru „Wiel­kiej War­sza­wy” ra­zem z przed­mie­ścia­mi: Czer­nia­ko­wa, Sie­kie­rek, Mo­ko­to­wa, Ra­kow­ca, Czy­ste­go, Ma­ry­mon­tu, po­to­ku, Po­wą­zek, Mło­cin, Pel­co­wi­zny, Ustro­nia, No­we­go Bród­na, Tar­gów­ka, Utra­ty, Gro­cho­wa I i II oraz Kępy Go­cław­skiej. W tym sa­mym roku uchwa­łą Za­rzą­du Miej­skie­go z 21 wrze­śnia przy­wró­co­ny zo­stał ty­tuł sto­łecz­ne­go mia­sta War­sza­wy, a dwa lata póź­niej ma­gi­strat po­sta­no­wił, że sy­re­na po­zo­sta­nie go­dłem sto­li­cy.

WY­MIE­NIO­NE PRZEZ DMO­CHOW­SKIE­GO uli­ce były też nie­wąt­pli­wie uwa­ża­ne za naj­waż­niej­sze w od­czu­ciu ogó­łu miesz­kań­ców. Dłu­ga, za­czy­na­ją­ca się od zbie­gu No­wo­miej­skiej i Fre­ta, zwa­na tak od ła­ciń­skie­go okre­śle­nia przed­mie­ścia, a przez ja­kiś czas tak­że Sze­ro­ką lub Błoń­ską, mia­ła już od XV wie­ku drew­nia­ną za­bu­do­wę, w na­stęp­nym stu­le­ciu po­wsta­wa­ły tu bro­wa­ry, a szlach­ta wzno­si­ła tu swo­je dwor­ki; za­bu­do­wa­na zo­sta­ła in­ten­syw­nie jed­nak do­pie­ro w XVIII wie­ku. Fry­de­ryk Schulz, zwie­dza­jąc War­sza­wę na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych tam­te­go wie­ku, za­ob­ser­wo­wał, że po obu stro­nach tej uli­cy „miesz­czą się prze­kup­ki z owo­ca­mi i tan­de­cia­rze, któ­rzy tu­taj i tak­że sta­re książ­ki i ry­ci­ny przeda­ją”.

So­biesz­czań­ski z ko­lei od­no­to­wał, że przy Dłu­giej znaj­do­wa­ło się w tam­tych la­tach spo­ro ho­te­li, mię­dzy któ­ry­mi wy­róż­niał się Ho­tel Nie­miec­ki (Hôtel d’Al­le­ma­gne), „w któ­rym moż­na zna­leźć po­rząd­ne miesz­ka­nie, po­mi­mo to jest on tyl­ko od fur­ma­nów, wę­drow­nych rze­mieśl­ni­ków i in­nych nie­za­moż­nych po­dróż­nych uczęsz­cza­ny”. Domy za­jezd­ne były w ogó­le nie­ja­ko spe­cjal­no­ścią tej uli­cy, sko­ro Adam Ja­rzęb­ski już w XVII wie­ku in­for­mo­wał w swo­im wier­szo­wa­nym opi­sie mia­sta, że było ich tu naj­wię­cej, do tego „w do­stat­ki opa­trzo­nych”.

Na prze­ło­mie wie­ków XVIII i XIX – we­dług So­biesz­czań­skie­go – dużą po­pu­lar­no­ścią cie­szy­ła się cu­kier­nia Bal­de­go, „gdzie od­by­wa­ły się przy pon­czu ugo­dy han­dlo­we ze szlach­tą, umo­wy o przedaż zbo­ża itp., za­chwa­lo­ny bo­wiem ten tru­nek, nie­daw­no w kra­ju za­pro­wa­dzo­ny, da­wa­ny by­wał u nie­go w spo­rych szklan­kach i do­brze ara­kiem wzmoc­nio­ny”.

Uli­ca oży­wi­ła się znacz­nie, tak­że to­wa­rzy­sko, gdy w 1827 roku w ogro­dzie pa­ła­cu „Pod Czte­re­ma Wia­tra­mi”, bę­dą­ce­go wła­sno­ścią naj­pierw naj­zna­ko­mit­sze­go ban­kie­ra cza­sów sta­ni­sła­wow­skich, Pio­tra Fer­gus­so­na Tep­pe­ra, a po­tem kup­ca Düc­ker­ta -„gdzie przed­tem była sa­dzaw­ka, z któ­rej woda do Sta­rej War­sza­wy po­chop bra­ła” – urzą­dzo­no In­sty­tut Wód Mi­ne­ral­nych.

O uli­cy Dłu­giej i owej pi­jal­ni wód tak pi­sał ano­ni­mo­wy au­tor „Ga­ze­ty Po­wszech­nej” w 1842 roku (nr 161): „Uli­ca rzad­ka w swo­im ro­dza­ju, szyl­dów naj­mniej, ele­gan­cji te­go­cze­snej mało, chy­ba w cza­sie ku­ra­cji let­niej, dąży ele­gan­cja w ran­nych stro­jach na Wody Mi­ne­ral­ne (…), gdzie moż­na zna­leźć naj­zdrow­szych po­trze­bu­ją­cych ku­ra­cji bar­dzo ra­dy­kal­nej i cho­rych, co do cho­ro­by mają pe­wien ro­dzaj przy­wią­za­nia”. Jak z tego wi­dać, drwio­no so­bie z owych wód rze­ko­mo lecz­ni­czych, jak po­tem z pi­jal­ni w ogro­dzie sa­skim, gdzie sprze­da­wa­no na kub­ki wodę zu­peł­nie bez­war­to­ścio­wą – co wy­ka­za­ły prze­pro­wa­dzo­ne ana­li­zy – a niby do­brą „na wszyst­ko”.

Po po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym Ar­se­nał stał się wię­zie­niem dla kry­mi­na­li­stów Wte­dy też prze­bu­do­wa­no ko­ściół Pi­ja­rów z XVII wie­ku na pra­wo­sław­ną cer­kiew; daw­ny cha­rak­ter od­zy­skał on do­pie­ro w dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym. Przez cały XIX wiek Dłu­ga była ru­chli­wą uli­cą han­dlo­wą z wie­lo­ma skle­pa­mi. Pra­wie w ca­ło­ści zo­sta­ła zruj­no­wa­na pod­czas ostat­niej woj­ny a po niej sta­ran­nie od­bu­do­wa­na.

Z ko­lei uli­ca Mio­do­wa, któ­ra łą­czy­ła Dłu­gą z Se­na­tor­ską, nie do­cho­dząc do Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia (prze­bi­to ją do nie­go do­pie­ro w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych XIX wie­ku i w ten spo­sób po­wsta­ła Nowo-Mio­do­wa, w miej­sce prze­smy­ku uli­cy Krót­kiej za­czy­na­ją­cej się od Ko­ziej), bie­gła za mu­ra­mi Sta­rej War­sza­wy. Na­zwę swą – w XVI wie­ku była Mio­dow­ni­czą lub Mio­dow­ni­kow­ską – za­wdzię­cza za­miesz­ka­łym przy niej po­cho­dzą­cym z To­ru­nia pro­du­cen­tom pier­ni­ków. W miej­sce dwor­ków wy­bu­rzo­nych w cza­sie na­jaz­du Szwe­dów wzno­sić tu za­czę­to pa­ła­ce; w 1784 roku do­li­czyć się ich moż­na było aż trzy­na­stu.

Przez cały XIX wiek Mio­do­wa mia­ła cha­rak­ter han­dlo­wy i sły­nę­ła ze skle­pów z wy­twor­ny­mi fu­tra­mi. Przy niej, w gma­chu daw­ne­go Col­le­gium No­bi­lium, mie­ścił się Sąd Kry­mi­nal­ny i Cy­wil­ny prze­nie­sio­ny jako Sąd Okrę­go­wy do pa­ła­cu Paca; na ca­łej zaś uli­cy roz­rzu­co­ne były licz­ne kan­ce­la­rie no­ta­rial­ne i ad­wo­kac­kie. Pod ko­niec pierw­szej de­ka­dy XX wie­ku bie­gła nią li­nia tram­wa­ju elek­trycz­ne­go (od oko­ło 1881 roku tram­wa­ju kon­ne­go), wiła się na­stęp­nie Kra­kow­skim Przed­mie­ściem i No­wym Świa­tem, prze­ci­na­ła plac Trzech Krzy­ży i wpa­da­ła w Ale­je Ujaz­dow­skie to­ra­mi po obu stro­nach uli­cy.

Przy Se­na­tor­skiej – jak wy­czy­tać moż­na w opra­co­wa­niu Eu­ge­niu­sza Szwan­kow­skie­go – w koń­cu XVIII wie­ku było dzie­więć pa­ła­ców, dzie­więć ka­mie­nic, sześć do­mów, a ogól­na licz­ba za­miesz­ka­łej tu lud­no­ści do­cho­dzi­ła do 2900, w tym prze­szło po­ło­wa Ży­dów. Za­sie­dla­li oni zresz­tą są­sied­nie uli­ce w jesz­cze więk­szej licz­bie. Sama Se­na­tor­ska pier­wot­nie mia­ła cha­rak­ter wy­bit­nie han­dlo­wy; z nią zwią­za­ny był cały kom­pleks Ma­ry­wi­lu z licz­ny­mi skle­pa­mi i za­jaz­da­mi. Po jego wy­bu­rze­niu wznie­sio­no w tym miej­scu w la­tach 1825-1832 Te­atr Wiel­ki. Z uli­cą tą zwią­za­ne było też ży­dow­skie tar­go­wi­sko tan­de­ciar­skie – Po­cie­jów w po­dwó­rzach pa­ła­cu Ja­bło­now­skich. Gdy ro­ze­bra­no je w 1817 roku, na­zwa „Po­cie­jów” sta­ła się sy­no­ni­mem rze­czy ta­nich i li­chych. Od­ży­ła naj­pierw w od­nie­sie­niu do tar­gu sta­rzy­zną przy Mar­szał­kow­skiej, a po­tem, gdy i to zo­sta­ło zli­kwi­do­wa­ne, po­wę­dro­wa­ła ra­zem z tar­giem i na­zwą na Ba­gno.

W XIX wie­ku uli­ca Se­na­tor­ska na­bra­ła cha­rak­te­ru wy­bit­nie re­pre­zen­ta­cyj­ne­go: mie­ści­ły się przy niej mię­dzy in­ny­mi Re­sur­sa Ku­piec­ka i ra­tusz, prze­bu­do­wa­ny w 1817 roku z pa­ła­cu Ja­bło­now­skich.

Jesz­cze bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­ne­go cha­rak­te­ru na­bra­ło z cza­sem Kra­kow­skie Przed­mie­ście, któ­re po­cząt­ko­wo ra­zem z No­wym Świa­tem sta­no­wi­ło trakt czer­ski i na­zy­wa­ło się Czer­skie Przed­mie­ście. Mia­ło ono nie­zwy­kle bo­ga­tą, ale i tra­gicz­ną hi­sto­rię, jak pod­czas ostat­niej woj­ny, gdy le­gło w gru­zach. Wzno­szo­no przy nim wspa­nia­łe pa­ła­ce, któ­re w póź­niej­szych la­tach, na przy­kład w cza­sie po­to­pu szwedz­kie­go były łu­pio­ne i po­pa­da­ły w ru­inę. Albo je od­bu­do­wy­wa­no, albo w ich miej­sce wzno­szo­no nowe. Tyl­ko ko­ścio­ły, po­cząt­ko­wo na ogół drew­nia­ne, jak świę­to­krzy­ski, sta­wa­ły się z bie­giem hi­sto­rii ist­ny­mi pe­reł­ka­mi ar­chi­tek­tu­ry sa­kral­nej.

W XVIII wie­ku Kra­kow­skie Przed­mie­ście – jak prze­czy­tać moż­na w en­cy­klo­pe­dycz­nym opra­co­wa­niu Eu­ge­niu­sza Szwan­kow­skie­go Uli­ce i pla­ce War­sza­wy – „nie prze­sta­ło być uli­cą kon­tra­stów: obok pa­ła­ców i ko­ścio­łów sta­ły drew­nia­ne do­mo­stwa, a w po­dwó­rzach pa­ła­ców i klasz­to­rów – staj­nie, wo­zow­nie, ko­mór­ki, a na­wet obo­ry”. Za cza­sów sta­ni­sła­wow­skich, gdy roz­wi­nę­ło się ży­cie umy­sło­we, przy tej uli­cy osie­dla­li się świa­tli i bo­ga­ci miesz­cza­nie, któ­rzy prze­no­si­li się tu ze Sta­re­go Mia­sta. Kup­cy za­kła­da­li tu swo­je skle­py i ma­ga­zy­ny.

„W ol­brzy­mich ma­ga­zy­nach Res­sle­ra, Hur­ti­ga, Hem­pla (w pa­wi­lo­nie ra­dzi­wił­łow­skie­go pa­ła­cu), Pro­ta Po­toc­kie­go – pi­sze Sta­ni­sław Thu­gutt, mię­dzy­wo­jen­ny pu­bli­cy­sta w szki­cu o tej uli­cy opu­bli­ko­wa­nym w „Zie­mi” (1910, nr 45) – do­stać moż­na było wszyst­kie­go: od piór­ka do zę­bów do świet­ne­go po­wo­zu, a choć ceny były sło­ne szka­rad­nie, przy ów­cze­snym ru­chu i na­pły­wie swo­ich i ob­cych do mia­sta, ża­den z nich na za­stój nie mógł na­rze­kać. Tu była pierw­sza w War­sza­wie cu­kier­nia Rob­bie­go przy kar­me­li­tach, tu księ­gar­nia Po­se­ra (zno­wuż w ka­mie­ni­cy Wa­si­lew­skie­go), tu słyn­ny kra­wiec p. Per­du, na wprost Ś-tego Krzy­ża, któ­ry wpraw­dzie zdzie­rał strasz­li­wie, ale za to miał po­ko­je le­piej niż nie­je­den z ma­gna­tów ume­blo­wa­ne, a jej­mość w bra­banc­kie ko­ron­ki ubra­na wy­le­gi­wa­ła się na mięk­kich so­fach dzień cały”. „Uli­ca była już na owe cza­sy jed­na z pięk­niej­szych – czy­ta­my da­lej – ale to nie wy­klu­cza­ło ani śmie­ci i bru­du, ani bło­ta, w któ­rym trze­ba było brnąć po ko­la­na, ani ciem­no­ści, któ­re trze­ba było so­bie sa­me­mu la­tar­ką roz­świe­cać”. Wpraw­dzie, jak była już o tym mowa wcze­śniej, wy­bru­ko­wa­no ją i upo­rząd­ko­wa­no, po­dob­nie jak Nowy Świat, za cza­sów mar­szał­ka Bie­liń­skie­go i Ko­mi­sji Bru­ko­wej, ale cią­gle brak było na­le­ży­tej kon­ser­wa­cji i co­dzien­nej dba­ło­ści o ich stan.

W CZA­SACH, KTÓ­RE WSPO­MI­NAŁ Dmo­chow­ski, mia­sto opa­sy­wa­ły jesz­cze oko­py i wały po­wsta­łe w dru­giej po­ło­wie XVIII wie­ku za ka­den­cji mar­szał­ka wiel­kie­go ko­ron­ne­go, Sta­ni­sła­wa Lu­bo­mir­skie­go. Po­wo­do­wa­ły one – jak pi­szą Lech Kró­li­kow­ski i Ma­rek Ostrow­ski, au­to­rzy in­te­re­su­ją­cej i no­wa­tor­skiej pra­cy Roz­wój prze­strzen­ny War­sza­wy (2009) – że „po­dróż­ni mu­sie­li po­dą­żać przez usta­no­wio­ne do tego celu nowe przej­ścia (ro­gat­ki), gdzie od­po­wied­nie stra­że i służ­by spraw­dza­ły do­ku­men­ty oraz po­bie­ra­ły opła­ty. Ofi­cjal­nym po­wo­dem po­wsta­nia wa­łów była za­ra­za mo­ro­wa pa­no­szą­ca się w tym okre­sie na ste­pach Ukra­iny, ale rze­czy­wi­stą przy­czy­ną była chęć wpro­wa­dze­nia po­li­cyj­ne­go (i fi­nan­so­we­go) nad­zo­ru nad ru­chem po­dróż­nych do iz War­sza­wy. Wały mia­ły dłu­gość oko­ło 12,8 km na le­wym brze­gu Wi­sły oraz oko­ło 3 km na pra­wym brze­gu i obej­mo­wa­ły łącz­nie oko­ło 1500-1600 ha. Śla­dem prze­bie­gu wa­łów Lu­bo­mir­skie­go na le­wym brze­gu Wi­sły są mię­dzy in­ny­mi wy­ty­czo­ne wów­czas tra­sy, dziś bę­dą­ce uli­ca­mi: Pod­cho­rą­żych, Par­ko­wa, Spa­ce­ro­wa, Po­lna, No­akow­skie­go, Ko­szy­ko­wa, To­wa­ro­wa i Oko­po­wa. Na Pra­dze zgod­nie z wa­ła­mi prze­bie­ga­ją uli­ce: Za­oko­po­wa, Mar­kow­ska i Lu­bel­ska”.

Oprócz ro­ga­tek mo­ko­tow­skich i wol­skich, o któ­rych pi­sał Dmo­chow­ski, mia­sto ogra­ni­cza­ło osiem dal­szych: czer­nia­kow­skie, je­ro­zo­lim­skie, po­wąz­kow­skie, ma­ry­monc­kie, a na Pra­dze: gro­chow­skie, bró­dzień­skie, go­lę­dzi­now­skie i ząb­kow­skie. Ob­szar ten dzie­lił się na cyr­ku­ły: I sta­ro­miej­ski, II no­wo­miej­ski, III Kra­kow­skie Przed­mie­ście, IV lesz­nień­ski, V grzy­bow­ski, VI no­wo­świec­ki, VII pra­ski. Od wie­ków na ro­gat­kach były po­bie­ra­ne opła­ty za wjazd do mia­sta, tak zwa­ne ko­pyt­ko­we, i cią­gle trwa­ły spo­ry z ich dzier­żaw­ca­mi, któ­rzy te po­dat­ki za­li­cza­li do swych do­cho­dów. Do­pie­ro w sierp­niu 1845 roku na­miest­nik pod­jął de­cy­zję, że do­chód ten bę­dzie ad­mi­ni­stro­wa­ny przez mia­sto i przez nie kon­tro­lo­wa­ny wspól­nie z Ko­mi­sją Rzą­do­wą Przy­cho­dów i Skar­bu. Przed ko­pyt­ko­wym po­bie­ra­no swo­isty po­da­tek w na­tu­rze: re­skrypt kró­lew­ski z 1777 roku sta­no­wił mia­no­wi­cie „aby każ­dy z pod­wo­dą przy­jeż­dża­ją­cy je­den ka­mień u wjaz­du przy oko­pach zo­sta­wił”. Ka­mie­nie te słu­ży­ły do bru­ko­wa­nia ulic; kto ta­kie­go wa­run­ku nie speł­nił, był zo­bo­wią­za­ny za­pła­cić sześć gro­szy ekwi­wa­len­tu.

W cza­sach Kró­le­stwa Kon­gre­so­we­go War­sza­wa za­czy­na­ła po­wo­li wy­do­by­wać się z gor­se­tu, w jaki wci­snę­ły ją oko­py i wały Lu­bo­mir­skie­go. Po po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym wła­dze car­skie ubra­ły ją jed­nak w gor­set jesz­cze cia­śniej­szy i do­tkliw­szy dla jej roz­wo­ju prze­strzen­ne­go wszerz i wzdłuż. Jego bez­względ­ny­mi ogra­nicz­ni­ka­mi sta­ły się do­okol­ne for­ty na cze­le z Cy­ta­de­lą; one wła­śnie za­ha­mo­wa­ły pro­ces na nie­mal pół wie­ku i to wie­ku ta­kie­go, w któ­rym naj­waż­niej­sze aglo­me­ra­cje eu­ro­pej­skie dy­na­micz­nie się roz­bu­do­wy­wa­ły i włą­cza­ły w swój ob­ręb przed­mie­ścia.

JE­DEN Z NAJ­STAR­SZYCH CHY­BA opi­sów No­we­go Świa­tu, gdy uli­ca ta, a wła­ści­wie trakt wiej­ski, na­zy­wa­ła się jesz­cze dro­gą Do ujaz­do­wa, wy­szedł spod pió­ra Ada­ma Ja­rzęb­skie­go, mu­zy­ka i bu­dow­ni­cze­go z cza­sów Wła­dy­sła­wa IV, któ­ry wier­szem opie­wał uro­ki i za­byt­ki War­sza­wy anno 1643. ulicz­kę tę ota­cza­ły grun­ty orne i pola fol­war­ków sta­ro­ściń­skich, miej­skich i szpi­tal­nych, na któ­rych wte­dy „bar­dzo spiesz­nie rol­ni­cy we­dle dro­gi bu­do­wać za­czę­li się, pła­ci­li rocz­ny czynsz i już wie­le pola za­ję­li”.

Taki stan rze­czy, gdy cała ta oko­li­ca mia­ła cha­rak­ter ru­sty­kal­ny i sie­lan­ko­wy, trwał przez po­nad dwa wie­ki. Nowy Świat jesz­cze w pierw­szej po­ło­wie XIX wie­ku pe­łen był nie tyl­ko dom­ków drew­nia­nych, o czym wspo­mniał cy­to­wa­ny wcze­śniej pa­mięt­ni­karz; trze­ba do­dać, że za­bu­do­wa­nia te ota­cza­ły licz­ne ogro­dy, tak że oko­li­ca przy­po­mi­na­ła wte­dy bar­dziej wieś niż mia­sto. Do­dać też war­to, że wła­śnie te­re­ny tych ogro­dów na­bie­ra­ły z cza­sem ogrom­nej war­to­ści. Var­sa­via­ni­stom zna­ny jest przy­pa­dek, że wła­ści­ciel ta­kiej ogro­do­wej dział­ki u zbie­gu Mo­ko­tow­skiej z Mar­szał­kow­ską, gdzie dziś znaj­du­je się plac Zba­wi­cie­la, sprze­dał ją w 1827 roku za rów­no­war­tość 750 ru­bli sre­brem. Spad­ko­bier­cy na­byw­cy od­stą­pi­li ją w 1896 roku, czy­li sie­dem­dzie­siąt lat póź­niej, za 400 000 rs, czy­li pięć­set trzy­dzie­ści razy dro­żej; zy­ska­li więc kro­cie.

„Od roku 1815 Nowy Świat po­wstał jak­by w mgnie­niu oka, co rok przy­by­wa­ły mu nowe i ogrom­ne gma­chy, w r.b. je­den z ostat­nich 2-ch dom­ków o par­te­rze na­prze­ciw uli­cy Chmiel­nej sto­ją­cy wzniósł się o 2 pię­tra. Nie­co da­lej na rogu uli­cy Mar­szał­kow­skiej przy dro­dze Je­ro­zo­lim­skiej za­ło­żo­no pierw­sze mury na­roż­nej ka­mie­ni­cy” – od­no­to­wał „Ku­rier War­szaw­ski w 1843 roku (nr 273). Wte­dy to wła­śnie na daw­nych przed­mie­ściach za­czy­na­ło się two­rzyć nowe cen­trum War­sza­wy.

Ową me­ta­mor­fo­zę tych oko­lic tak przed­sta­wił Fran­ci­szek M. So­biesz­czań­ski: „Nowy Świat, jesz­cze w po­cząt­ku bie­żą­ce­go stu­le­cia do li­chych przed­mieść War­sza­wy li­czą­cy się, gdzie za­le­d­wie po obu stro­nach trzy­dzie­ści mu­ro­wa­nych do­mów sta­ło i nie obej­mo­wał in­nych gma­chów tyl­ko wszyst­ko drob­ne dwor­ki drew­nia­ne, przez nie­za­moż­nych oby­wa­te­li za­miesz­ka­ne, od roku 1815 szyb­ko jak żad­na z ulic War­sza­wy po­wstał i no­wy­mi, na­der pięk­ny­mi mu­ro­wa­ny­mi gma­cha­mi za­peł­nił się, roz­sze­rzył i ozdo­bił; nie­gdyś wą­ski, smut­ny i wiej­ską ma­ją­cy po­stać, dziś naj­pięk­niej­szą część mia­sta sta­no­wi”. Wśród tych pięk­nych no­wych gma­chów wy­róż­nia­ła się na pół­noc­nym krań­cu uli­cy sie­dzi­ba To­wa­rzy­stwa Przy­ja­ciół Nauk, wznie­sio­na w 1820 roku, na­zwa­na póź­niej Pa­ła­cem Sta­szi­ca. Na po­łu­dnio­wym z ko­lei cie­szył oko ogrom­ny dom wy­sta­wio­ny w 1828 roku przez Jana Al­fon­sa Ja­siń­skie­go, kup­ca i en­te­pre­ne­ra dro­gi Je­ro­zo­lim­skiej, któ­ry we­dług So­biesz­czań­skie­go „po­li­czyć moż­na było do naj­pięk­niej­szych gma­chów pry­wat­nych, ja­kie w ca­łym mie­ście do­tąd ist­nia­ły” (w miej­scu tym po woj­nie sta­nął Dom Par­tii). W tym kla­sy­cy­stycz­nym gma­chu, za­pro­jek­to­wa­nym przez An­to­nie­go Co­raz­zie­go, ulo­ko­wa­ła się naj­pierw Izba Ob­ra­chun­ko­wa, a po­tem ro­syj­ska Naj­wyż­sza Izba Kon­tro­li.

W tym sa­mym cza­sie oby­wa­tel war­szaw­ski Hus­sak stał się wła­ści­cie­lem dział­ki le­żą­cej po dru­giej stro­nie no­wej alei na skrzy­żo­wa­niu jej z No­wym Świa­tem od stro­ny za­chod­niej i na dział­ce tej wy­sta­wił oka­za­łą dwu­pię­tro­wą ka­mie­ni­cę, któ­ra też wzbu­dza­ła po­wszech­ny za­chwyt. Miej­sce to jed­nak dłu­go uwa­ża­ne było za od­lud­ne, bo gdy w 1841 roku dwaj zna­ni cu­kier­ni­cy Mini i Se­ma­de­ni za­ło­ży­li cu­kier­nię wła­śnie w tym domu – dzien­ni­karz „Ku­rie­ra War­szaw­skie­go”, za­wia­da­mia­jąc o tym fak­cie, moc­no się dzi­wił, że otwo­rzy­li ją w tak od­le­głym od środ­ka mia­sta punk­cie. Zda­je się zresz­tą, że lo­kal ten dłu­go się nie utrzy­mał, w prze­ci­wień­stwie do ma­ją­cej ogrom­ne wzię­cie „Udzia­ło­wej”, któ­ra w tym sa­mym miej­scu kwi­tła w dwu­dzie­sto­le­ciu. Ta­kie ro­zu­mie­nie pe­ry­fe­rii mia­sta dłu­go jesz­cze da­wa­ło znać o so­bie, sko­ro ko­le­ga owe­go żur­na­li­sty z tej sa­mej ga­ze­ty w lu­tym 1878 roku miał wąt­pli­wo­ści z oka­zji otwar­cia no­wej pocz­ty przy pla­cu Wa­rec­kim: „czy w zu­peł­no­ści do­god­nem bę­dzie dla pu­bli­ki umiesz­cze­nie biu­ra pocz­to­we­go w tym punk­cie, w każ­dym ra­zie do pew­ne­go stop­nia od środ­ka mia­sta od­da­lo­nym”.

Ale­je pe­ry­fe­ryj­ny cha­rak­ter utra­ci­ły do­pie­ro w dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym „Ale­je Je­ro­zo­lim­skie w ostat­nich la­tach stop­nio­wo sta­ją się naj­wy­bit­niej­szą uli­cą War­sza­wy – pi­sał w 1924 roku au­tor ar­ty­ku­łu na te­mat tej ar­te­rii w dwu­ty­go­dni­ku kra­jo­znaw­czym «Zie­mia» (nr 13-14). – Z bar­dzo po­rząd­nej, po­zba­wio­nej zu­peł­nie zna­cze­nia han­dlo­we­go, choć nie­brzyd­kiej i sze­ro­kiej ar­te­rii ko­mu­ni­ka­cyj­nej, prze­isto­czy­ły się na pierw­szo­rzęd­ną. Na­głe to prze­isto­cze­nie wszy­scy miesz­kań­cy na­szej sto­li­cy mają jesz­cze żywo w pa­mię­ci”.

W TAM­TYM, 1843 ROKU, w któ­rym po­pu­lar­ny „ku­rie­rek” za­mie­ścił ową no­tat­kę o na­roż­nej ka­mie­ni­cy na Mar­szał­kow­skiej, na uli­cy tej moż­na się było do­li­czyć za­le­d­wie trzy­dzie­stu do­mów mu­ro­wa­nych i dwu­na­stu drew­nia­nych dwor­ków. W na­stęp­nej de­ka­dzie na­stą­pił duży ruch bu­dow­la­ny w tym re­jo­nie, na Mar­szał­kow­skiej i jej prze­czni­cach. W opi­nii pra­sy uli­ca ta sta­ła się „naj­dłuż­szą i naj­pięk­niej­szą uli­cą War­sza­wy”. Naj­dłuż­szą chy­ba rze­czy­wi­ście, bo koń­czy­ła się od 1817 roku ro­gat­ka­mi przy Ron­dzie Mo­ko­tow­skim, jak wte­dy na­zy­wa­no póź­niej­szy plac Unii Lu­bel­skiej. Wy­bru­ko­wa­no ją już w 1820 roku, po­zo­sta­wia­jąc na­wierzch­nię szo­so­wą na trak­cie pu­ław­skim, po­czy­na­jąc od wsi Mo­ko­tów le­żą­cej tuż za ro­gat­ka­mi. Na ty­tuł miss dla Mar­szał­kow­skiej było jed­nak chy­ba zbyt wcze­śnie, przy­najm­niej je­śli się weź­mie pod uwa­gę pew­ne jej frag­men­ty.