Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 324 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie to za mało - Iza Michalewicz

Życie to za mało.

O stracie i poszukiwaniu nadziei

Życie to za mało. O stracie i poszukiwaniu nadziei to zbiór reportaży cenionej dziennikarki i reportażystki – Izy Michalewicz.

Zebrane w tomie reportaże są opowieścią o stracie: życia, miłości, dzieci, zdrowia, przyjaźni, domu, godności, wolności, dobrego imienia, rodziny, wiary… Każdy jest zapisem lekcji życia –  dotkliwej, bolesnej, czasami pozbawionej nadziei, niemal jak w prozie J.M. Coetzee. Każdy jest  również swoistym oczyszczeniem.

Iza Michalewicz – dziennikarka współpracowała  z prestiżowymi tytułami prasowymi (m.in. „Dużym Formatem”, „Polityką”, „Wysokimi Obcasami”, „Zwierciadłem”, ). Laureatka nagrody Grand Press za reportaż prasowy w 2011 r. Współautorka bestsellerowej biografii Violetty Villas – Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia.

Opinie o ebooku Życie to za mało - Iza Michalewicz

Cytaty z ebooka Życie to za mało - Iza Michalewicz

Jędrzej Niestrój i  Rafał Przybył z  Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Andrzeja Wajdy przez kilka lat dokumentowali sprawę zaginięcia i  poszukiwania Oli Bielewskiej z  Biadaszek. Osiemdziesięciominutowy film Przyszedł człowiek i  wziął został pokazany na Hot Docs w  Toronto, największym
Co ty takiego czytasz? –  spytała. I  Ania pokazała jej cienką książeczkę Jak żyć z  rakiem i  go pokonać Carla Simontona. Basia miała już czterdzieści dziewięć lat i  mimo nastoletniej duszy zupełnie nie rozumiała, co dziewczynka do niej mówi. Pożyczyła książkę. Pochłonęła. Znalazła w  internecie warsztaty psychoonkologiczne według programu Simontona. Simonton, amerykański psychiatra z  Kalifornii, przekonywał ludzi dotkniętych nowotworem, że nie jest ważne, jak długo będą żyli, lecz jak będą żyli. Że dobrą myślą można wyleczyć nie tylko duszę, lecz także ciało. –  Chodzi o  to, by zmienić myślenie nie na pozytywne, lecz na zdrowe.
„W  tym historycznym momencie –  napisał Józef Bau we wspomnieniach – wyszła z  biura urzędniczka w  pasiakowej sukni, zatrzymała się naprzeciw ramy wypatrującej promieni ultraczerwonych i  zapytała: –  Co pan robi? –  Proszę pani –  odpowiedziałem jej –  czekam na słońce, ale ono nie chce mnie widzieć. Może pani łaskawie zajmie jego miejsce? Tak poznałem moją żonę Rebekę” 2 . Całe życie będzie nazywał ją swoim słońcem.

Fragment ebooka Życie to za mało - Iza Michalewicz

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa tel. 22 312 37 12 Dział handlowy:handlowy@zwierciadlo.pl © Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2014 Text © copyright by Iza Michalewicz 2014 / Agencja Literacka Syndykat Autorów REDAKCJA: Justyna Wodzisławska REDAKTOR PROWADZĄCY: Magdalena Chorębała KOREKTA: Melanż PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Natalia Baranowska /manukastudio.pl ISBN: 978-83-63014-91-9 Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Zamiast wstępu

Inaczej niż w raju, rok 2005. Pięć największych irlandzkich dzienników: „Irish Independent”, „Irish Times”, „The Star”, „Evening Herald” i „The Irish Sun” cytuje i komentuje ten tekst z oburzeniem. W warszawskiej redakcji „Newsweeka” dzwonią telefony. Naczelny, wtedy Tomasz Wróblewski, nie wie naweto moim istnieniu. Mieszkam we Wrocławiu, gdzie się urodziłam. Piszę jako freelancer. Irlandczycy dąsają się, że na światło dzienne wyszły problemy, z którymi boryka się młoda polska emigracja. Irlandia to wyspa marzeń, a tu nagle taki niewypał. Próbują wszystko bagatelizować. „Evening Herald” natychmiast fotografuje trzy uśmiechnięte polskie studentki z podpisem: „Happy here”. Na łamach „Timesa” polski ambasador Witold Sobkow mówi, że „identyczny artykuł można by napisać o Macedończykach we Włoszech”. Ale mnie interesują Polacy, którzy masowo wyjeżdżają za chlebem do Irlandii. Zostawiają w kraju rodziny i płaczące za nimi dzieci. Aż któregoś dnia w moim domu na stole staje urna z prochami koleżanki. Dziewczyny, która samotnie wychowywała syna i chciała zapewnić mu coś więcej niż przetrwanie. Piszę tekst–kundelek (jak to wdzięcznie nazywa Mariusz Szczygieł). Materiał, który jeszcze nie jest rasowym reportażem, ale powstaje z niezgody na tę urnę. Dzisiaj myślę, że wiele reportaży napisałam właśnie dlatego. Z niezgody na rzeczywistość. Z chęci jej oswojenia, wytłumaczenia. Wybierając materiały do tej książki, uświadomiłam sobie, że często piszę o stracie: domu, dziecka, rodziny, zdrowia, godności, miłości, wolności, życia. I przeglądając się w ludziach, próbuję zrozumieć, jak z tą stratą można sobie poradzić. Pamiętam kobietę, która poroniła dwoje dzieci, a pozostałych dwoje urodziła martwych. Maniakalnie chodziła po cmentarzach i fotografowała anioły na dziecięcych nagrobkach. Potem zrobiła wystawę i zatytułowała ją: „Te dzieci, które śpiewają w kamieniu”. W końcu się uspokoiła. Założyła stronę internetową dla takich rodziców jak ona. Powiedziała mi: „Wołałabym mieć z powrotem moje dzieci, ale już tego nie zmienię. Jestem więc drogowskazem dla innych”.

Marzy mi się, żeby ta książka była drogowskazem dla Was, którzy ją weźmiecie do ręki.

Upadłe anioły

Upadłe anioły

– Trzynaście lat temu w Gdańsku dwie osoby zabiłem…

– Dlaczego?

– Dla pieniędzy… Zabrałem półtora tysiąca dolarów i samochód. Część pieniędzy wydałem na paliwo i jedzenie.

– Wiedziałeś, kogo zabijesz?

– Tak. To był mój kolega, prawie rówieśnik, szesnastolatek, i jego matka. Ja byłem wtedy o rok starszy.

– W jaki sposób ich zabiłeś?

– Nożem… i młotkiem. To była mała chwila… parę ciosów…

– A gdzie uderzałeś młotkiem?

– W głowy. Ogłuszyłem ich.

Wzrost – dwa metry, oczy – ciemne, bez wyrazu, podkrążone plackami sińców. Dłonie wielkie jak bochny. Odczułam strach, kiedy zobaczyłam, jak zamyka za sobą drzwi pokoju widzeń, w którym brak alarmowego dzwonka. Dariusz Wroński (personalia zmienione) w wieku siedemnastu lat za zabicie kolegi i jego matki dostał dwadzieścia pięć lat więzienia. Usiadł bardzo blisko mnie. Mówi cicho, garbi się.

– Jak można zaplanować taką zbrodnię?

– Wtedy ma się klapki na oczach. Mnie nikt nigdy nie powiedział, jaką wartość ma ludzkie życie… Nikt mnie tego nie nauczył.

– Miałeś siedemnaście lat. Sam tego nie wiedziałeś?!

– A skąd? U mnie w domu o takich sprawach się nie rozmawiało.

– Ja jak miałam siedemnaście lat, wiedziałam, że zabicie człowieka jest czymś potwornym, wielką krzywdą.

– Dobrze, ale skąd pani to wyniosła? Te hamulce, świadomość, poczucie moralne? Ja wiedziałem, że to jest złe. Ale wiedzieć a czuć, mieć wewnętrzny hamulec to zupełnie co innego.

– Ty nie miałeś takiego hamulca?

– Walczyłem trochę ze sobą, żeby przełamać…

– Co przełamać?

– Ten pierwszy ruch… żeby zabić. Z jednej strony coś krzyczało „nie”, a z drugiej „tak”.

– Czemu posłuchałeś tego „tak”?

– Nie wiem, może to „tak” głośniej krzyczało…

Z akt sprawy: Dariusz Wroński 9 kwietnia 1993 roku dwanaście razy uderzył kobietę młotkiem w głowę i dwadzieścia dwa razy ugodził nożem w klatkę piersiową. Chłopcu zadał młotkiem siedem ciosów, a nożem trzydzieści trzy.

Okrucieństwo czynu, jakiego się dopuścił, sprawiło, że (prawdopodobnie) jako pierwszy w Polsce nastolatek był za swoją zbrodnię sądzony jak dorosły. Zamiast do zakładu poprawczego trafił z dorosłym wyrokiem do więzienia. Na wolność w 2018 roku wyjdzie czterdziestotrzyletni mężczyzna. Kim wówczas będzie? Skruszonym, zresocjalizowanym człowiekiem? A może wciąż mordercą sfrustrowanym latami odosobnienia i młodością za kratami? Czy znowu zabije?

Coraz młodsi, coraz okrutniejsi

Dwadzieścia pięć lat dostał też rok później szesnastoletni Robert Warecki. „Wampir z Ochoty” napadał na staruszki: dwie zabił, a kilkadziesiąt okradł. W Polsce zaczęła się gorąca dyskusja – czy tak młodych ludzi, niemal dzieci, można karać równie surowo jak dorosłych. Dziś już nikt nie zadaje takich pytań. Mówi się wręcz o obniżeniu wieku odpowiedzialności karnej, nawet do trzynastu lat. To odpowiedź na coraz większe okrucieństwo i bezwzględność nieletnich. W 2005 roku podejrzanych o zabójstwo było trzydziestu czterech nastolatków do szesnastego roku życia. Ale już prawie stu młodych ludzi w wieku od siedemnastu do dwudziestu lat. I choć liczba zabójstw popełnionych przez młodocianych jest od kilku lat mniej więcej taka sama, to wiek dziecięcych zabójców drastycznie się obniża. Są też coraz bardziej okrutni.

Czternastolatka o wdzięcznym imieniu Zuzanna namówiła swoich starszych kolegów (piętnaście i szesnaście lat) do zabójstwa chłopaka, który ją podrywał. Przestało jej się to podobać.

– Jak go znaleźliśmy na wysypisku śmieci, miał około stu ran kłutych twarzy, odcięte wargi i wydłubane oczy – mówi Jarosław Zielenow, technik policyjny z Łodzi, który dokumentuje miejsca zabójstw.

Prokuratura Łódź-Polesie prowadziła sprawę siedemnastolatka, który zabił znajomego, bo mu nie odpowiadało, że tamten chciał rządzić na całej ulicy. Napił się z nim wódki, a potem zasztyletował. Chciał poćwiartować ciało, ale nożem nie dawał rady, więc chwycił siekierę i wspólnie z kolegą przecięli człowieka na pół, oddzielili nogi od korpusu, odrąbali ucho, wycięli genitalia i zadali kilkadziesiąt ran, próbując odrąbać mu głowę.

– Rzuciłem psu na pożarcie genitalia – relacjonował policjantom chłopak z kamiennym spokojem. – Pies nie chciał jeść, więc wrzuciłem do klatki szczurowi. Szczur zjadł. Pragnę zaznaczyć, że zdechł.

Dzieci-mordercy to problem całego świata. To one są w

usa plagą policyjnych statystyk. Jak pewna dwunastoletnia dziewczynka, która śmiertelnie ugodziła nożem o trzy lata starszego brata, ponieważ nie chciał jej dopuścić do telefonu. W Wielkiej Brytanii wśród nastolatków furorę robi happy slapping (bicie na wesoło): napadają na przypadkowych przechodniów i biją, a swoje wyczyny rejestrują kamerą w komórce. W ubiegłym roku młodociany gang skopał na śmierć trzydziestosiedmioletniego barmana Davida Morleya, spokojnie siedzącego na ławce nad Tami zą. Zrobili to według scenariusza noweli Mechaniczna pomarańcza. Najmocniej, żołnierskim butem, kopała w głowę czternastoletnia dziewczynka.

Nie można wskazać konkretnej przyczyny, dla której dzieci zabijają. Próbowałam szukać odpowiedzi wśród nieletnich zabójców. Nie było to łatwe. W odróżnieniu od starej recydywy młodzi nie chcą rozmawiać o sobie i o tym, co zrobili. Na spotkanie godzą się z wielkim trudem. Z dawkowanych oszczędnie słów układa się nieprawdopodobny zapis zbrodni. I jej powody. Te bezpośrednie są często przerażająco banalne – ktoś kogoś obraził, ktoś kogoś wyśmiewał, nie lubił. Ale tak naprawdę problem jest o wiele głębszy. W tych dziecięcych zbrodniach odbija się dorosły świat: pełen przemocy, nieuczciwości, wyrachowania.

Byle jaka skrucha

Marcin: sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, włosy na żel, piwne oczy. Spokojny, zrównoważony. Góral. Wspólnie z kolegą metalowym prętem zabił męża sąsiadki, na jej prośbę.

– Bo ją maltretował, tak wtedy sądziłem – mówi cicho. Samnigdy nie widział, by mąż używał wobec niej przemocy, ale kobieta ciągle o tym mówiła. – Nie mogłem znieść, że cierpi, miałem zaledwie szesnaście lat, a ona znakomicie manipulowała moimi uczuciami.

Jak każde dziecko, które nie potrafi jeszcze odróżnić dobra od zła – Marcin do ostatniej chwili nie był pewien, czy zabije, czy nie. Kiedy uderzył mężczyznę, ten zaczął się wściekle bronić. Ze strachu Marcin uderzał coraz mocniej. W domu było pełno ludzi. Żona zamordowanego wynajmowała pokoje wczasowiczom. Żeby nie było słychać krzyków, włączyła głośną muzykę.

– Jak go przestaliśmy z kolegą bić, to jeszcze żył – wspomina chłopak. – Ta kobieta do końca nakierowywała nas na zabójstwo. A my, chcąc utrzymać reputację w gronie znajomych, nie odmówiliśmy jej pomocy.

– Utrzymać dobrą reputację, zabijając człowieka?

– Nie. Raczej nie odmawiając pomocy…

– Myśleliście, że nie poniesiecie za to kary?

– O karze wtedy nie myślałem…

– To jak zareagowałeś w sądzie na wyrok piętnaście lat?

– Poczułem, że moje życie jest już przekreślone… Wpadłem w depresję, zamknąłem się w sobie. – Walczy z napływem łez.

– Żałowałeś, że zrobiłeś coś takiego?

– Oczywiście.

– To co cię do tego pchnęło?

– W sądzie tłumaczyłem, że byłem namawiany, ale to nie jest żadne wytłumaczenie. Dziś myślę, że miałem za mało siły, żeby tej kobiecie odmówić.

– A jaką wiedzę trzeba mieć, żeby zrozumieć, że zabicie człowieka to jest straszna rzecz?

Milczenie.

Łukasz – dwadzieścia trzy lata, wysoki, przystojny, z tak zwanego dobrego domu, bez przemocy i biedy. Dostał piętnaście lat za zaatakowanie nożem kobiety. Chciał obrabować kasę w sklepie w rodzinnym Tuchowie (w okolicach Tarnowa).

– Sprzedawczyni zaczęła krzyczeć i uciekać – mówi. – Nie miałem zamiaru jej zabić, chciałem ją tylko tym nożem nastraszyć. Ale przeraziło mnie to, że narobiła tyle hałasu, bałem się, że ktoś mnie zobaczy.

– Po co ci były te pieniądze?

– Na wyjazd do mamy, pracowała w Wiedniu. Nie chciała, żebym przyjeżdżał, bo się wtedy uczyłem, miałem siedemnaście lat, więc nic jej nie powiedziałem.

– Nie lepiej było tę kasę zarobić?

– No… lepiej. Ja to się pracy nie boję. Ale wybrałem drogę na skróty… Wtedy wyznawałem zasadę: żyj chwilą – alkohol, dziewczyny, imprezy z kolegami… Nie myślałem, co będzie jutro, oddaliłem się od rodziny. Niech pani jednak nie myśli, że ja chodziłem kraść. Nigdy nie byłem karany.

– Powiedz, co się czuje, kiedy ładuje się dwadzieścia razy nożem w kobietę?

– Nic się nie czuje. I to jest najgorsze…

Mariusz – dwadzieścia pięć lat za zabójstwo. Zapyziałe miasteczko na Mazowszu, w domu się nie przelewało, trochę kradł, miał wyrok poprawczaka w zawieszeniu. Jako siedemnastolatek wspólnie z dwoma rówieśnikami zakatował na śmierć dwudziestodziewięcioletniego mężczyznę, bo się z niego wcześniej wyśmiewał. A Mariusz ma dużą wadę wzroku i kompleksy. Do dziś nie patrzy rozmówcy w oczy.

– To był taki niebieski ptak – powie o swojej ofierze. – Dużo pił i wiecznie nas zaczepiał. Pewnego dnia skorzystaliśmy z okazji, że jest sam i na dodatek pijany. Długo biliśmy…

– Jak długo?

– Bardzo długo… Kopaliśmy, waliliśmy go kijem, sprzączką paska wyciągniętego z jego spodni… Potem poszliśmy do domu. Na następny dzień dowiedziałem się, że nie żyje.

– Uważasz, że jesteś dobrym człowiekiem?

– Może jeszcze nie jestem taki najgorszy… – zastanawia się. – Ale jestem bardzo pamiętliwy, długo chowam w sobie urazę i zupełnie nie umiem się tego pozbyć.

Robert – dwadzieścia dwa lata, jąka się, zabił rówieśnika, mając piętnaście lat, pochodzi z wielodzietnej rodziny. Matka wychowywała sama szóstkę dzieci i nie poradziła sobie. Próbowała. Wszystkie jej uwagi chłopak odbierał jako zakaz kontaktu z rówieśnikami. A do zbrodni namówił go… czternastoletni kolega.

– W jaki sposób zabiłeś?

– W niezbyt normalny… – zacina się. – Biłem go cegłówką, dusiłem…

– A czym ci ten chłopak zawinił?

– Pobił mojego wspólnika, obiecałem, że mu trochę pomogę go za to ukarać, ale sprawy wymknęły się spod kontroli. Coś mnie tknęło, żeby to dokończyć…

– To znaczy?

– No, żeby zabić. To było bardzo dawno temu… Nie pamiętam już za wiele.

– Najprościej zapomnieć?

– Najprościej by było, gdybym powiedział, że nie chciałem tego zrobić… Bo chciałem.

– Próbuję się zastanowić, czym ci ten chłopak zawinił.

– Żeby kogoś zabić, to nie trzeba, by zawinił…

– Czym go biłeś poza cegłówką?

– Belką…

– Krzyczał?

– No tak… – uśmiecha się.

– A czemu cię to bawi?

– Bawi mnie pani pytanie. Jeżeli ktoś dostaje cegłówką w głowę, to jest taki ból, że musi krzyczeć…

– Łatwo jest kogoś zabić?

– Nie jest tak łatwo, jak pokazują na filmach… – Pociera nerwowo ręką lewe oko. – Przynajmniej tak było w moim przypadku. Nie wystarczy zacisnąć pętlę na szyi i po sprawie…

Robert skazany został na piętnaście lat więzienia.

Profesor Zdzisław Majchrzyk, psycholog od ponad trzydziestu lat badający zabójców, zauważył, że jeszcze w latach sześćdziesiątych większość z nich po dokonaniu mordu wpadała w rodzaj psychozy chorobowej. Tak wielkie mieli poczucie winy. Niektórych latami trzeba było leczyć w zamkniętych zakładach.

– Dziś takie rzeczy już się nie zdarzają – mówi. – Życie potaniało.

Jerzy Książek od trzydziestu dwóch lat pracuje jako wychowawca w zakładzie poprawczym dla kobiet w Falenicy.

– Jak zapytałem niedawno młodą zabójczynię, czego żałuje najbardziej, to powiedziała, że tylko tego, że za słabo ukryła zwłoki – mówi. – Dla wielu nastolatków winien jest ten, kogo zabili.

Przyczyn takich reakcji na zbrodnię upatruje w rodzinie i środowisku, z którego wyszło dziecko. Dziecko wychowane na przemocy nie zna innej formy komunikowania się jak agresja. To, które wyrastało w tak zwanym dobrym domu: zapewniony wikt i opierunek, ale bez przytulania, rozmowy, rodzinnego bycia razem, poszuka akceptacji w grupie rówieśniczej.

– A dla dzieciaków agresja jest cool – mówi Jarosław Zielenow z

kmp w Łodzi, który rozmawiał z niejednym nieletnim zabójcą. – Liczy się to, co kto zrobi więcej i lepiej, ale w tę złą stronę. A kiedy już zabiją, idą do pubu albo na dyskotekę. Może dlatego że dzieci, w przeciwieństwie do dorosłych, najczęściej zabijają obcych, z którymi nie mają bliskich relacji – na zasadzie odreagowania, złości, agresji. Ciekawości. Profesor Majchrzyk mówi, że godziny oglądania telewizji czy grania w gry komputerowe powodują powstawanie tak zwanych skryptów: schematów postępowania. Kiedyś takim skryptem, na przykład narzędziem zbrodni, był kij bejsbolowy. Dziś popularne są tasak, broń i nóż.

Poczuć ból ofiary

Dorośli uznali, że muszą bronić się przed dziećmi. W wielu krajach na świecie obowiązuje zasada: adult time for adult crimes, czyli pełnoletni wyrok za pełnoletnie przestępstwo. Amerykański system prawny jest nastawiony na karanie, nie resocjalizację. Dopiero w 2005 roku Sąd Najwyższy orzekł, że wykonywane tam do tej pory kary śmierci na nieletnich są niekonstytucyjne, co uratowało życie siedemdziesięciu dwóm dzieciakom skazanym za morderstwa. Ale na karę dożywocia w wielu stanach można skazać nawet dziesięciolatków. Bez możliwości wcześniejszego zwolnienia (podobnie jest między innymi w Izraelu i rpa). W dziesięciu stanach ograniczeń wiekowych w ogóle nie ma. Liczba przestępstw popełnianych przez niepełnoletnich w usa – szczególnie tych najgroźniejszych, jak gwałt, morderstwa, napady z bronią w ręce – systematycznie spada. W 2003 roku (ostatnim, z którego pochodzą miarodajne dane) osiągnęła najniższy poziom od 1980 roku.

Tymczasem w Niemczech, gdzie nieletniego za najcięższą zbrodnię nie można skazać na więcej niż dziesięć lat pozbawienia wolności, liczba zabójstw wśród młodocianych rośnie. Stanowią oni dziś aż piętnaście procent podejrzanych o morderstwo i jedną trzecią podejrzanych o zabójstwo na tle rabunkowym. Wśród mniejszości tureckiej, w której praktykowane są mordy honorowe (dokonywane na kobietach utrzymujących pozamałżeńskie stosunki seksualne lub o to podejrzewanych), na zabójców rodziny typują najmłodszego syna, bo on może liczyć na niski wymiar kary. Coraz częściej w Niemczech słychać protesty przeciwko takiej pobłażliwości prawa. Wykładnia minister sprawiedliwości Brigitte Zypries – głoszącej, że prawo karne dla młodocianych to wychowawcze prawo karne, a nie pokuta, odwet czy odstraszanie – traci zwolenników.

Także obywatele Wielkiej Brytanii, gdzie na detention (czyli bezterminowe odosobnienie w zakładzie karnym dla dzieci) można skazać już dziesięciolatków, są niezadowoleni, gdyż sądy nagminnie skracają pobyt winowajców w zamknięciu do kilku lat. Robert Thompson i Jon Venables, którzy w 1993 roku jako dziesięciolatkowie brutalnie zamordowali półtoraroczne dziecko, wyszli na wolność po ośmiu latach. Na znak protestu wiele matek i ojców zajęło się rozpowszechnianiem aktualnych zdjęć chłopców przez internet.

Polska w podejściu do młodocianych zabójców zmierza w kierunku systemu amerykańskiego. System resocjalizacji w zakładach poprawczych dawno udowodnił swą niewydolność, a umieszczanie w nich „na poprawę” nieletnich zabójców przez wielu specjalistów uważane jest za nieporozumienie.

Jerzy Książek: – W poprawczakach dzieciak, który jest zabójcą, ma mocną pozycję, jest obsługiwany przez resztę jak król, podziwiają go, a on się śmieje, że inni siedzą za bzdurne kradzieże. Środowisko rówieśników potrafi podciągnąć zabójstwo do rangi czynu bohaterskiego. Jeśli chcemy kogoś naprawić, lepszym miejscem wydaje się więzienie. Cela, kraty, izolacja, nauka i mnóstwo czasu na rozmyślanie.

Nie ma badań mówiących o tym, że długoletnie więzienie skutecznie poprawia charaktery i zachowania młodocianych zabójców. Jednak doświadczenie uczy, że stopień recydywy wśród dorosłych morderców po długoletnich wyrokach jest bardzo niski. Jak mówi doktor Zbigniew Lasocik, kryminolog i autor głośniej książki Zabójca zawodowy i na zlecenie, ponownie zabijają w zasadzie tylko patologiczni mordercy: ci na tle seksualnym, seryjni czy alkoholicy.

Książek uważa, że jedną ze skutecznych form przywracania społeczeństwu nieletniego zabójcy jest tak zwana mediacja.

– Żeby spojrzał w oczy rodzinie ofiary, stanął twarzą w twarz z jej bólem i dramatem. Zobaczył, co tak naprawdę zrobił – mówi wychowawca. – To uczy szacunku do uczuć drugiego człowieka.

Ale w Polsce nie praktykuje się mediacji w przypadku zabójstw. W Wielkiej Brytanii znana mediatorka Barbara Tudor przez dziewięć miesięcy jeździła między dwudziestojednoletnim zabójcą a matką zabitej dziewczyny. W końcu matka zgodziła się spojrzeć mu w twarz.

Janina Waluk, prezes Polskiego Centrum Mediacji: – To było niezwykłe spotkanie dla obu stron. Kobieta po raz pierwszy od wielu lat doznała ukojenia, bo zdołała przebaczyć mordercy. Morderca poczuł skruchę.

Bez przebaczenia

Marcin nie ma kogo błagać o wybaczenie. Żona mężczyzny, którego zabił, odsiaduje karę więzienia za zlecenie zabójstwa.

Robert i Mariusz nie mają odwagi przeprosić. Myślą, że do człowieka, który zabija, inni czują tylko wstręt.

Dariusz Wroński splótł wielkie dłonie na stole i popatrzył na mnie pustymi oczami.

– Wybierasz się na ten cmentarz, gdzie oni leżą?

– Zastanawiałem się nad tym… – Wielkie dłonie objęły głowę.

– I co?

– Najlepiej byłoby, gdybym się w ogóle nie urodził…

Ofiara Łukasza – kobieta, której zadał w sklepie dwadzieścia ciosów nożem, przeżyła. Potem zachorowała na raka. Łukasz wyrzuca sobie, że to jego wina.

– Jak wyjdę, chciałbym jej jakoś pomagać finansowo, wiem, że po tym wszystkim musiała pójść na rentę. Tylko nie wiem, czy się mnie nie przerazi.

Na razie do pewnego domu w miasteczku Tuchów koło Tarnowa listonosz co jakiś czas przynosi koperty z więzienia. Są w nich wypisane ręką Łukasza słowa żalu za to, co zrobił. I prośby, by mógł ten błąd kiedykolwiek w życiu naprawić. Jeszcze żaden list nie doczekał się odpowiedzi.

Jestem elfem

– Byłam na podwórku – informuje ojca pięcioletni Adaś.

– Nie „byłam”, tylko „byłem”! – Ojciec uderza dziecko w twarz.

– Byłem – Adaś poprawia się szybko, ale nie rozumie, co zrobił źle.

Adaś lubi bawić się z dziewczynami. One potrafią się bawić w dom, ale też chętnie pograją w piłkę.

– Jak nie będziesz słuchał, to wylądujesz w domu dziecka! – wścieka się ojciec.

To rozumie nawet pięciolatek. Będzie więc mówił: „byłem”, „wyszedłem”, „bawiłem się”. Jak chłopcy.

To wspomnienie jest dziś dla Mileny jak zły sen. Przez dwadzieścia trzy lata żyła jako Adam. Jest hermafrodytą, urodziła się z wadą zwaną interseksualizmem, czyli zaburzeniem różnicowania płci. Jej ciało nie stało się męskie pomimo posiadania zewnętrznych męskich narządów płciowych.

Milena: burza rudych loków, wysoka, szczupła, pracuje w Warszawie jako modelka i stylistka. Długo rozmawiałyśmy w sieci, zanim zgodziła się na spotkanie.

– Od urodzenia wiedziałam, że jestem dziewczynką, nawet śniłam się sobie jako dziewczynka. Żyłam jak kobieta, która z przyczyn społecznych udaje faceta. Bałam się odrzucenia ze strony rodziców. Mówili mi, małemu, niewiele rozumiejącemu dziecku, że chłopcy są super, a dziewczynki be.

W marcu 2004 roku podczas Europejskiego Kursu Chirurgii Andrologicznej, zorganizowanego w Belgradzie, Milena poddała się skomplikowanej operacji rekonstrukcji pochwy, którą przeprowadził jeden z najsłynniejszych na świecie chirurgów w tej dziedzinie, serbski profesor Sava Perović.

Szkoda syna

Kiedy w szkole podstawowej Adamowi zaczęły rosnąć piersi i pojawił się w nich ropny płyn, ojciec zawiózł dziecko do Wrocławia. Na tamtejszej Akademii Medycznej po badaniach genetycznych lekarze stwierdzili „dyshormonogenezę”: gonady dziecka – w tym przypadku jądra – które powinny produkować hormony męskie, wcale tego nie robią. Przeprowadzono badania genetyczne. Genetycznie mężczyzna, a jego organizm produkuje żeńskie hormony płciowe! Lekarze oglądali dziecko ze wszystkich stron. Okaz. Dziwoląg. Hybryda. – Niech pan podda chłopca operacji, bo rozwija się w kierunku żeńskim – poradziła ojcu Adama jakaś życzliwa lekarka.

Ale on nie mógł pogodzić się z myślą o utracie syna. Niedługo potem zaprowadził go do znajomego chirurga. Ten zapisał dziecku testosteron na długich trzynaście lat. Hormon sprawił, że chłopcy w szkole przestali wołać na Adama „babochłop”, ale wywołał też skutki uboczne.

Milena: – Przytyłam trzydzieści kilo, piersi zaczęły zanikać pod powłoką tłuszczu. W domu robiłam siusiu, siadając na muszli, na podwórku przeważnie na stojąco. Powoli przestano zwracać na mnie uwagę.

Milenie udało się wyjechać na operację korekcji narządów dzięki profesorowi Wojciechowi Perdzyńskiemu, kierownikowi Zespołu Chirurgii Rekonstrukcyjnej Męskich Narządów Moczowo-Płciowych. Lekarze zoperowali ją za darmo, a przelot do Belgradu pomogli sfinansować ludzie dobrej woli, którzy przeczytali apel na stronie internetowej założonej przez Milenę w 2004 roku. Była to jedyna strona w Polsce poświęcona interseksualizmowi (www.hermafrodytyzm.org).

– Dobrze, że powstała – mówi profesor doktor habilitowany medycyny Krzysztof Kula, kierownik Zakładu Andrologii i Endokrynologii Płodności Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, autorytet w dziedzinie zaburzeń interseksualnych. – Dzięki niej ludzie zaczynają się otwierać i szukać pomocy, bo najczęściej nie wiedzą, do kogo się zwrócić ze swoim problemem. Tymczasem w Łodzi czekamy na dorosłych dotkniętych obojnactwem, a obojnaczymi dziećmi zajmuje się poradnia endokrynologiczna Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

Pomyłka w instrukcji

Milena jest dotknięta interseksualizmem. Inaczej mówi się o nim międzypłciowość lub hermafrodytyzm. Jak rodzą się interseksualiści? Wszystko zaczyna się jeszcze w życiu płodowym. Według instrukcji zapisanej w genach płodu płci męskiej w szóstym tygodniu życia powstają u niego jądra. Zaczynają one produkować męski hormon – testosteron, który ma za zadanie do reszty „wyrzeźbić” męski organizm. Na skutek jakiejś pomyłki w genach może się jednak zdarzyć, że mimo zawartego tam przepisu na chłopca, brakuje wzmianki o jądrach i one nie powstają. Albo – w efekcie innej pomyłki – powstają, ale wytwarzają zbyt mało testosteronu lub też organizm jest na ten hormon całkiem „głuchy”. Nie zauważa go i dalej się nie zmienia.

Interseksualizm może przytrafić się także genetycznym dziewczynkom. Jest przeważnie wynikiem nadmiernego wytwarzania testosteronu przez chore nadnercza żeńskiego płodu. Istnieją dane, że u podłoża interseksualizmu mogą tkwić też zaburzenia hormonalne z okresu płodowego, ale odbywające się na poziomie mózgu. Polacy mają wielki udział w badaniach nad tym schorzeniem.

– Do czasu opublikowania między innymi naszych badań, na świecie nie zastanawiano się, jakiej płci jest mózg u osób z interseksualizmem – mówi profesor Kula. – Myślano, że mózg jest na początku życia neutralny płciowo i można go „ukształtować”, wychować, zgodnie z arbitralnie podjętą decyzją „na chłopca” lub „na dziewczynkę”. Tymczasem wszystko zależy od hormonów. Testosteron jest odpowiedzialny za stworzenie męskiego mózgu, co już w dzieciństwie objawi się niezależnym od wychowania poczuciem bycia mężczyzną. Brak testosteronu u płodów żeńskich wystarcza, aby zarówno narządy płciowe, jak i mózg pozostały żeńskie.

Psychologów brak

Według międzynarodowego spisu wad wrodzonych eurocat (Centrum Światowej Organizacji Zdrowia w Ulster) na świecie rodzi się siedmioro dzieci z niezdefiniowanymi narządami płciowymi na sto tysięcy urodzeń. Wyższą częstotliwość podają badania polskie, kanadyjskie i włoskie. Według nich jedna osoba na trzy tysiące trzysta rodzi się interseksualna. Wygląda więc na to, że w Polsce jest około dwunastu tysięcy interseksualistów. Bardzo trudno ich rozpoznać. – Interseksualizm jest tak wstydliwy, że nie wie o nim nawet lekarz pierwszego kontaktu – mówi profesor Kula. – Milena jest w Polsce pierwszą, która odważyła się mówić o swoim problemie, nie ukrywając twarzy.

Twierdzi, że w Polsce lekarze nie są przygotowani do obchodzenia się z pacjentami dotkniętymi tego typu wadą. Tylko Centrum Zdrowia Dziecka posiada wszystkich specjalistów potrzebnych do opieki nad dzieckiem interseksualnym.

– W kraju nie ma specjalnie przeszkolonych psychologów dla osób interseksualnych – mówi profesor Kula. – Są tacy na przykład w Kanadzie i Holandii. Po uzyskaniu dojrzałości płciowej osoby z interseksualizmem prowadzone są przez nas w Łodzi. Dziś pod naszą opieką pozostaje jednak jedynie dziesięć osób.

Co pani urodziła?!

„Nie wiem, co pani urodziła”. – Takimi słowami położna powitała na świecie mojego syna – mówi Ewa Bach, mama trzyletniego Wojtusia (personalia zmienione). – Nie zapomnę tego do końca życia. Kiedy usłyszałam płacz dziecka, byłam taka szczęśliwa! Ale nagle coś się stało, wszyscy zamilkli. Wyobraziłam sobie potwora z dwiema głowami. Przybiegło pełno lekarzy, wszyscy oglądali nasze dziecko i tylko słyszałam: chłopiec, dziewczynka, chłopiec…

Dziecko urodziło się w dużym wojewódzkim szpitalu, uznanym w rankingu „Gazety Wyborczej” za przyjazny kobietom. Lekarze powiedzieli rodzicom, że jest problem z określeniem płci dziecka i zostawili ich samym sobie.

Ewa: – Całą pierwszą noc w szpitalu płakaliśmy: za co to wszystko? Dlaczego my? Nikt się nami nie zaopiekował, nie udzielił psychologicznej pomocy.

Lekarz prowadzący ciążę kobiety na pierwszym usg powiedział jej, że to syn, a na drugim, że córka.

– Na karcie szpitalnej mojego syna napisano „dziecko”,nie mogłam nadać mu imienia ani zgłosić się po metrykę, bo przecież nie ma trzeciej płci – mówi mama Wojtka. – Na początku powiedziano, że to jest raczej dziewczynka i to, co ma, to nie penis, tylko przerośnięta łechtaczka. Potem patrzyłam na jego buzię i dla mnie był to Wojtuś – mówi kobieta.

Wojtkowi zrobiono serię badań. Lekarze próbowali ustalić genetyczną płeć dziecka. Nie pomogło. W końcu rodzice trafili na endokrynologię do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

Ewa: – Już prawie wierzyłam, że będę musiała na Wojtka mówić Beatka, ale po długich badaniach lekarze dali nam oświadczenie, że nasze dziecko jest dzieckiem płci męskiej i będą je operacyjnie „naprawiać” w tym kierunku.

Wojtek jest po dwóch zabiegach. Będzie bezpłodny. Nie wiem, czy to była słuszna decyzja – mówi jego matka.

Zabawa w Boga

Najczęściej to lekarz określa, czy dziecko będzie żyło jako dziewczynka, czy jako chłopiec. Najczęściej, ponieważ to zabieg o wiele łatwiejszy, operuje się dzieci w kierunku żeńskim. Dzieje się to we wczesnym niemowlęctwie. Ryzyko popełnienia błędu w ocenie płci przez lekarzy to około dwudziestu, trzydziestu procent przypadków. Najnowsze badania alarmują, że na określenie płci dziecka powinno się czekać kilka lat, aż ustali się ona w jego mózgu. Profesor Krzysztof Kula: – To, że dokonuje się takich operacji, wynika przede wszystkim z uwarunkowań kulturowych. Mimo że zaburzenie to nie zagraża życiu we wczesnym dzieciństwie, przyjęto, że istnieje konieczność nadania płci męskiej lub żeńskiej w metryce urodzenia. Ten fakt, jak również presja rodziców, aby skonkretyzować płeć dziecka, prowadzą do tego, że o płci decydują lekarze. Bezdyskusyjna jest natomiast konieczność usunięcia już w dzieciństwie słabo rozwiniętych, położonych w jamie brzusznej jąder. W ogromnej większości przypadków rozwijają się w nich bowiem nowotwory złośliwe.

Wiele osób dotkniętych interseksualizmem dowiaduje się o swoich zaburzeniach dopiero w wieku dojrzewania. Dla Doroty Maj (personalia zmienione) życie toczyło się zwykłym torem do chwili, kiedy powinna dostać pierwszą miesiączkę.

– Zawsze czułam, że coś jest ze mną nie tak, ale nie wiedziałam co – wspomina. – Nie rozwijałam się wprawdzie w kosmicznym tempie, piersi miałam małe, lecz poza tym nic mi nie dolegało. Kiedy skończyłam dziewiętnaście lat i nadal nie miałam okresu, mama wysłała mnie na serię różnych badań.

Dorocie zrobiono również badania genetyczne i okazało się, że cierpi na odmianę interseksualizmu zwaną zespołem Swyera, czyli że genetycznie jest… mężczyzną.

– Świat mi się wtedy zawalił. Obwiniałam o wszystko rodziców, przeszłam operację usunięcia gonad, bo istniało zagrożenie, że rozwiną się w nich komórki rakowe. Straciłam tożsamość. Nie wiedziałam, kim jestem, bo wyglądam jak kobieta, ale z drugiej strony: jaka ze mnie kobieta? Po dwóch miesiącach od zabiegu dostałam hormony i wiele lat będę je zażywać.

Dorota zbliża się dziś do trzydziestki. Wyjechała z kraju. Próbuje nie myśleć o tym, kim jest naprawdę.

– Mówię o sobie, że jestem elfem – Dorota waży słowa. – Mężczyźni się niczego nie domyślają, bo przecież mam kobiece narządy. Nie lubię kłamać, czasami myślę, że nie powinnam się wiązać z facetem.

Milena: – Niewielu lekarzy potrafi stawić czoła problemowi interseksualizmu, większość traktuje nas jak zwierzęta i chce poddać różnym eksperymentom, w większości nieudanym. Dlatego czas zacząć o tym mówić głośno.

Gdy przestała brać testosteron, bardzo szybko straciła trzydzieści kilo nadwagi, spod których wyłoniła się kobieta. Jest dziś szczęśliwą mężatką.

– Kiedy patrzę wstecz, nie żałuję swojego życia. Ta krzywda, która mnie spotkała, spowodowała, że stałam się silniejsza. Teraz mogę o wszystkim mówić otwarcie, choć wiem, że zwykły człowiek nigdy nie zrozumie tego, co przeszłam i kim jestem.

*

Strona www.hermafrodytyzm.org już nie istnieje.

*

Pierwszy międzynarodowy kongres lekarzy zajmujących się interseksualizmem odbył się w 2004 roku w Lubece. Najbardziej znanym na świecie hermafrodytą jest amerykański pisarz greckiego pochodzenia Jeffrey Eugenides. W 2003 roku dostał Nagrodę Pulitzera za książkę Middlesex. Jest to powieść autobiograficzna. Eugenides urodził się jako dziewczynka, ale w okresie dojrzewania jego ciało zaczęło nabierać cech męskich. Okazało się, że cierpi na niedobór enzymu 5-alfa-reduktazy. Brak ten uniemożliwia człowiekowi pełny rozwój zewnętrznych męskich narządów płciowych. Obraz kliniczny jest taki, że dzieci posiadają jądra, które nie zstąpiły do moszny. Rodzą się z żeńskimi zewnętrznymi narządami płciowymi. Przez otoczenie uważane się za dziewczynki i zgodnie z tym wychowywani. Podczas dojrzewania płciowego następuje jednak wydłużenie łechtaczki, kształtowanie moszny i zstępowanie jąder. W tym okresie ujawnia się najczęściej poczucie męskiej identyfikacji płciowej. U Eugenidesa rozpoznano hermafrodytyzm (z punktu widzenia współczesnej wiedzy medycznej – pseudohermafrodytyzm)po tym, gdy jako dziewczynka zakochał się w swojej koleżance z klasy.

Często interseksualistów myli się z transseksualistami. Tymczasem z narządami płciowymi tych drugich wszystko jest w porządku. Ich problem tkwi w psychice. Polega na tym, że kobiety postrzegają siebie jako mężczyzn, a mężczyźni widzą w sobie kobiety.

W Polsce operacje interseksualistów niezależnie od ich wieku są refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Koszty operacji we własnym zakresie ponoszą jedynie osoby z transseksualizmem, które zgłaszają chęć fizycznej zmiany płci.

Mężczyzna, który siedział w księdzu

Najbardziej zraniłem moją matkę. Ona kibicowała mi w wyborze każdej drogi. Z wyjątkiem tej do banku. Ogarnęła mnie kompletna bezsilność. Pracowałem jako magazynier w supermarkecie. Zarabiałem może z tysiąc dwieście złotych, a samo wynajęcie mieszkania kosztowało nas więcej. Na dodatek dopiero co urodziło mi się dziecko. Ania pożyczyła cztery tysiące. Postanowiłem zdobyć te pieniądze. Wymyśliłem tylko, żeby się przebrać i zabrać ze sobą nóż. Na resztę nie starczyło wyobraźni. Kiedy jest się księdzem, ma się nikłe poczucie rzeczywistości.

Wszystko zbiegło się w czasie dwóch miesięcy – moje odejście z kapłaństwa i wizyta w banku.

Jak już wyszedłem z banku, a potem mnie policjanci zaczepili na przystanku, to poczułem wewnętrzną ulgę. Ja te pieniądze po stu metrach już chciałem oddać, ale uświadomiłem sobie, że zachowałem się jak imbecyl. I że znów stało się coś nieodwracalnego.

Pod osłoną nocy

Najpierw nieodwracalnie się zakochałem. To, że związałem się z Anią, było konsekwencją zdrady Pana Boga. Zdradziłem, bo chyba byłem za słaby. Po prostu. Żałuję tego. Ania o tym wie.

Najbardziej nie mogłem znieść tego rozdarcia. Udzielałem sakramentów małżeństwa, pokuty, wielu innych… i w każdej sytuacji czułem się niezręcznie. Przeszkadzał mi ten dualizm. Najsilniej to uczucie towarzyszyło mi przy udzielaniu sakramentu Eucharystii. Bo to jest istota kapłaństwa. Kapłan jest wyświęcany po to, by sprawować Eucharystię. A ja czułem się nie jak ktoś, kto oszukuje. Ale jak ktoś, kto zdradza. Wtedy czuje się potworny ból. I nie można sobie z nim poradzić.

Starałem się nie odprawiać Eucharystii w stanie grzechu ciężkiego, bo to, co robiłem – bycie z kobietą – jest dla kapłana grzechem ciężkim. Starałem się zawsze wyspowiadać.

Ale i tak zraniłem ludzi, którzy mi ufali. Którzy przeze mnie powierzali Bogu swoje grzechy, troski… Nie wiem, jakie są dziś ich reakcje i myśli. Teraz staram się przyjeżdżać do Ani pod osłoną nocy, tak żeby mnie nikt nie widział.

Oboje się uwiedliśmy

Poznaliśmy się w takim tycim-tycim miasteczku, gdzie ona do dziś mieszka i gdzie byłem wikariuszem. Nie ma sensu pytać, kto kogo uwiódł. Bo to pytanie o winę. A tu nie ma niczyjej winy. Stało się i tyle. Oboje się uwiedliśmy.

Miłość sama w sobie nie jest grzechem. Ale zależy, co się z nią robi. Ksiądz może się zakochać, i tak się zdarza. Powstaje pytanie, co zrobi dalej.

Ja musiałem dokonać wyboru. To był najtrudniejszy wybór w moim życiu. Potężny stres. Nigdy się nie zastanawiałem, czy ona jest ze mną, bo widzi szansę na społeczny awans. Ksiądz zdaje sobie sprawę, że może tak być, ale mężczyzna, który w nim siedzi, woli myśleć, że jest fajny. Pycha bierze górę.

Byłem zadowolony, że podobam się kobiecie, tym bardziej że ona też mi się podobała. I była zakochana. A ja się wiłem.

Kiedy dowiedziałem się, że jest w ciąży, zdałem sobie sprawę, że to już jest właśnie coś nieodwracalnego. I że trzeba wziąć odpowiedzialność za nią i za dziecko. To nie wynikało z samego bycia przyzwoitym, tylko z miłości. Postanowiłem wziąć tę odpowiedzialność, odchodząc z kapłaństwa.

Tu po raz pierwszy bardzo zraniłem moją matkę. Zabolało ją, że uległem pokusie. Kobiecie. Matka nigdy mi nie powiedziała: zawiodłam się na tobie. Ale, jak każda matka, mogła tak czuć. O dziwo, rodzice Ani zareagowali spokojnie. Martwili się tylko, że teraz będziemy musieli wyjechać, bo środowisko potrafi zagryźć każdego odmieńca.

Nie chciałem oprzeć się tej pokusie