Życie to jednak strata jest - Andrzej Stasiuk - ebook
Opis

Zapis spotkań Andrzeja Stasiuka i Doroty Wodeckiej to niekończąca się opowieść pisarza o życiu i książkach, o kobietach i miłości, o podróżach i samochodach, o Polsce i Rosji, o religii i polityce. Czytelnik wyrusza za nim w podróż z Wołowca na Podlasie, do Albanii i na Wschód aż do Mongolii i Chin, a przede wszystkim po wewnętrznym krajobrazie osobistych wspomnień, gdyż – jak mówi Stasiuk – „Moje życie jest moim zawodem”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor
Magdalena Budzińska
Korekta
Redaktornia.com
Koordynacja projektu
Joanna Cieślewska
Projekt graficzny okładki, makiety, skład oraz przygotowanie zdjęć do druku
Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART. DESIGN
www.panczakiewicz.pl
Zdjęcia
Damian Kramski (okładka), Adam Golec/Agencja Gazeta
WYDAWCY
ul. Czerska 8/10
00-732 Warszawa
CZARNE
Wołowiec 11
38-307 Sękowa
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Warszawa 2015
© copyright by Agora SA, 2015
© copyright by Andrzej Stasiuk, Dorota Wodecka, 2015
ISBN 978-83-268-1729-8 (epub), 978-83-268-1730-4 (mobi)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Ale ma pan tu trawę!

Że niby zapuszczone obejście? Przestało mi się chcieć kosić w tym roku. Bo widzę, że wszyscy faceci na kuli ziemskiej odpalają kosiarki i koszą tę trawę po to, żeby ona była krótka jak w Austrii. W przyszłym roku kupię sobie dwie owce. Owce w odróżnieniu od kóz nie niszczą krzewów, tylko strzygą trawę. A jesienią po prostu je zjem, bo lubię baraninę. I tak co roku. Mam taką ideę powrotu – będę miał kosiarkę owczą i będę ją zjadał jesienią.

A z sąsiadami jak pan żyje?

Tu jest siedemnaście hektarów, więc nie mamy sąsiadów. Ale we wsi to za wiejskiego matołka mnie mają. Co to nie sieje i nie zbiera, tylko książki pisze. Niepotrzebne rzeczy robi. Wyzwalam raczej czułość, może politowanie niż jakieś gorsze uczucia. Tak sobie wyobrażam. Nigdy mnie to zresztą specjalnie nie interesowało.

Jest pan już stąd?

Nie.

To skąd?

Znikąd. Z przeszłości. Ze wszystkich jej składników. Ze wsi, podróży, rodziny, ludzi, kobiet. Nie jestem z miejsca. Tutaj tylko mieszkam, świat zza kuchennego stołu oglądam. Ale nie ukrywam swojej wielkiej młodzieńczej miłości do tych stron.

A co znaczy, że jest pan wieśniakiem?

Myślę poprzez wieś. Widzę poprzez wieś. Przez ten pejzaż. Miasto mi się wydaje w Polsce czymś umownym, wtórnym. Takim parkiem tematycznym pod tytułem Cywilizacja Europy Zachodniej. Nie mogę się pozbyć tego wrażenia. Z wyjątkiem Przemyśla, gdzie czas się roztapia i miesza ze światłem. Ostatnio wsiadłem w samochód i tam pojechałem. Myślałem o Schulzu. W tym świetle, w złuszczeniu murów, w meandrujących uliczkach, jakby żywcem wlała się tam jego proza i zastygła.

Mówią w okolicy, że do ludzi to pan nie jest.

Nie jestem fanem spotykania ludzi, nie czuję takiego zobowiązania. Filozofia spotkania nigdy do mnie nie przemawiała. Czasami przez tygodnie nie spotykam nikogo poza Moniką i Tośką.

Nie na darmo wyprowadziłem się tutaj. To nie jest fiu-bździu, że sobie chciałem pokowboić w Bieszczadach, tylko potrzebowałem samotności, żeby nie być rozpraszanym. Prawdziwa wolność jest samotnością. Bez poglądów, bez niczego. Pustka. I definiujesz swoją samotność wobec świata, wobec śmierci.

Ja to lubię, tak jak niektórzy spełniają się w nieustannym kontakcie, w życiu w centrum, w rozmowie. Rozumiem ich, ale wolę spotykać myśl drugiego człowieka w jego dziele niż osobiście, że się tak wyrażę. Znam więcej książek niż ludzi i jest mi z tym dobrze.

Ale pani tu o miłości przyjechała rozmawiać. I o kobietach. Ja nie wiem, czy jestem dobrym rozmówcą. Co to za facet?! Dwadzieścia lat z jedną żoną, nie zdradza, nie pije... tyle co kiedyś, nie ucieka z domu.

Przyznaję, dla niektórych dość niepopularne.

Na ogół rzeczy popularne są do dupy. Z wyjątkiem samochodów.

Skąd pan wiedział, że ona jest tą właśnie?

Tego się nigdy nie wie. To się okazuje. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ja mam duży niedowład autorefleksji, ale też nie spędza mi on snu z powiek.

Samotnik może dać szczęście kobiecie?

Nie wiem. Ją trzeba pytać.

Nie wie pan, czy kobieta, z którą pan jest od dwudziestu lat, jest szczęśliwa?!

No czasami mówi, że mnie kocha (śmiech). I uśmiecha się do mnie.

A pan też jej to mówi?

Nie za często. Nie lubię ostentacji. Uczucia są po to, żeby je przeżywać, a nie gadać o nich.

Ale bardzo dużo rozmawiamy, choć kiedy milkniemy na pół godziny, Monika uważa, że rozmawiamy za mało. Z przerażeniem patrzę na ludzi, którzy żyją razem i się nudzą albo nie rozmawiają ze sobą całymi latami.

My z ulgą wracamy do swego towarzystwa, kiedy się gdzieś wynudzimy. Ani sekundy w życiu nie nudziłem się z Moniką. Jest we mnie ciekawość jej myśli, tego, co powie, ciekawość jej uczuć, jej życia. Jak gdzieś jadę i nie ma obok jej w samochodzie, to się czuję niepełny. Nie mam komu powiedzieć o tym, jak jest, co widzę. Bez niej jestem jak czegoś ćwierć albo pół.

Wszędzie razem w podróż?

Zawsze! Pani myśli, że ja bym do Albanii pojechał? Ja?! Po co?! To ona to wymyśliła!

A pan podjął wyzwanie, by jej zaimponować?

Prawie wszystko, co robię w życiu, robię ze świadomością, że ona będzie miała z tym kontakt, że będzie musiała się z tym zetknąć. Opanowałem trudną sztukę eseju. Ja, prostaczek z Beskidu Niskiego, napisałem Tekturowy samolot, stricte intelektualną rzecz, po to, by zaimponować Monice. Pisałem w okresie wyjątkowego ożywienia intelektualnego: Monika pracowała wtedy nad doktoratem z tej swojej antropologii, mieszkaliśmy w Czarnem, w chałupie bez prądu, i całymi dniami, tygodniami mówiliśmy tylko o eseistyce antropologicznej. Nie miała z kim gadać, była skazana na moje partnerstwo intelektualne. I gdzieś na poboczu jej Błazna powstawały moje eseje. Ale takie są przecież kulisy literatury (śmiech). Jak nie pieniądze, to miłość.

A przecież „forsa to gówno”.

Cofam to „gówno”. Forsa to żywioł, nie ma się co oszukiwać. Tylko pięknoduchy mówią, że nie jest ważna, bo nie potrafią jej zarobić albo jej nie mają. Ale jak już mają, to zaczynają mówić, że jest fajna.

Fajna jest?

Nigdy nie miałem pomysłu, żeby ją zarabiać. To się stało przy okazji.

Długie lata żyliśmy z Moniką w dość malowniczej nędzy. Przez całe miesiące nie oglądaliśmy gotówki. We wszystkich okolicznych sklepach mieliśmy pozaciągane długi na jedzenie. Raz na miesiąc listonosz przynosił przekaz z „Tygodnika Powszechnego” albo z „Gazety Wyborczej” i wtedy się je spłacało.

To była jednak malownicza nędza, którą romantycznie można wspominać. Nie miała wiele wspólnego z dotkliwością prawdziwej. Może tylko czasami, jak musieliśmy dzieci do szkoły wyprawić albo kiedy nie było na buty, a trzeba było jechać do większego miasta. Bo do Gorlic to się w gumofilcach jechało.

Byliśmy młodzi, mieliśmy mnóstwo zajęć, pisaliśmy książki i ta nędza była niewygodą, ale też smakiem życia. Nigdy nie przyszedł Monice do głowy pomysł, że mam pójść do pracy i zarabiać pieniądze. „Masz pisać”, powtarzała. Nasza nędza była ceną wolności. Nie byliśmy w nią uwikłani, osadzeni w niej, pozbawieni wyjścia. Nie wstawaliśmy, myśląc, że jesteśmy nędzarzami, i nie kładliśmy się spać z taką myślą. Ta bieda nie była też tak dotkliwa, bo świat nie atakował nas bogactwem i pokusą materialną.

Teraz ta dotkliwość jest większa?

Tak, bo teraz tylko część nie ma kasy, a kiedyś nie mieli jej wszyscy. Dziś w braku najbardziej ludzi boli to, że nie mogą mieć całego tego gówna, którego tak naprawdę nie potrzebują. Że nie mogą mieć tej przysłowiowej plazmy.

W tym kraju nikt z głodu nie umiera, w jakichś Biedronkach żarcie jest tanie, więc cierpienie nędzy czy biedy jest tak naprawdę skłamane. Nie mówię o skrajnych przypadkach bezrobotnych, niezaradnych, wyrzuconych na margines, ale o jej powszechnym odczuwaniu.

Pan ma na zbytki?

Przyznam, że z tą kasą jest kłopot. W kulturalnych rozmowach nie istnieje. Nawet ja się na tym łapię, że jak dupek się czuję, pytając, ile mi zapłacą za przyjazd na jakąś literacką imprezę. No ale powoli mi to mija.

Nie wiem, ile, gdzie i co mamy ani gdzie i ile zarabiam. Monika zajmuje się finansami. Nie mam nawyku myślenia o tym, nigdy nie myślałem, a teraz jest już za późno. Gdyby mi zabrakło kasy, to pewnie byłbym poirytowany, zacząłbym kombinować.

Na pewno jest lepiej, niż było. Mogę sobie do Stambułu pojechać samochodem. Ale poza podróżami na nic sobie nie pozwalam. I poza postawieniem szałasu ze starej chałupy, w którym pracuję. Mam też fioła na punkcie samochodów. Na szczęście w granicach rozsądku, chociaż czasami mnie ponosi.

Co takiego jest w prowadzeniu auta?

Doświadczenie dotykalności fizycznej przestrzeni. Wrażenie, że można ją przechytrzyć, wyprzedzić.

A prędkość?

Nie demonizujmy. Czasami jest fajnie szybko pojechać, ale w Polsce ani nie ma gdzie, ani nie ma partnerów do prędkości, bo wszyscy jeżdżą agresywnie. Ja chciałbym, żeby na szosie nie było nikogo oprócz mnie. Prowadzenie auta daje głęboki kontakt z przestrzenią, to jest, że tak powiem, erotyczne doznanie obcowania z pejzażem.

Co innego spacerować po górach, a co innego pokonywać trzysta kilometrów i widzieć jego zmienność. Jedziesz przez Nizinę Tracką i nagle Stambuł wyrasta jak spod ziemi. Jak z tysiąca i jednej nocy. To daje samochód! To jedna z niewielu męskich rzeczy na tym świecie. Przyjemnie żyć w schyłku męskich wartości. Czas mężczyzn się kończy.

Smutno to zabrzmiało.

A dlaczego ma się nie skończyć? Z jakiego to powodu? Fajnie jest patrzeć, jak kobiety zajmują niezajmowane do tej pory rejony męskości. Mnie to ciekawi i bawi, bo jest to czasami śmieszne. Niech pani tak nie patrzy, nie bądźmy tacy poważni. Śmieszna jest kobieta w roli męskiej i mężczyzna w roli kobiecej. Z tą kobiecością jest teraz tak, że ona nie potrzebuje radykalnie odmiennych zachowań, tylko próbuje udoskonalać albo modyfikować te męskie. Przyswajając je, odbierając je mężczyznom. Ograniczanie męskiej płci bardzo mnie ciekawi. A jeśli już coś mnie martwi naprawdę, to schyłek silnika benzynowego oraz wysokoprężnego (śmiech).

Gromadzi pan zużyte przedmioty?

Gromadzę. Otaczam się śmieciami. Nigdy nie chciałem zbierać jakichś rzeczy wartościowych, tylko duperele. Mam dwadzieścia martwych myszek komputerowych i kilkanaście starych telefonów. I całe mnóstwo biletów z różnych podróży. I pieniądze, ze czterdzieści kilo bilonu z Europy Środkowo-Wschodniej. Może jestem śmieciarzem. Lubię mieć śmieci zamiast ludzi (śmiech).

No i jeszcze ciuchy z lumpeksów.

Kupuję, bo są tanie. Kupujesz z dziesięć koszul, pierzesz wszystkie raz na dwa tygodnie i możesz codziennie latem w białej koszuli chodzić. Taksim jest o handlowaniu używanymi rzeczami. To opowieść o przemianach cywilizacyjnych, o tym, że w tej jednorazowości niektóre rzeczy trwają dłużej, że komuś się jeszcze przydają. Że na przykład po nas można te szmaty używane wysłać do Afryki i tam też jeszcze będą do noszenia. Szmateksy to wyłom w kulturze jednorazowej, w której trzeba użyć i wyrzucić.

Wzrusza mnie, kiedy kobiety biedne, ubogie mogą sobie kupić ciuch francuski. Patrzą pod światło, przymierzają, dotykają innego świata. Jak się kupuje skórę, to czuć jeszcze zapach perfum. Koszule są wyprane, a w skórze część tej innej rzeczywistości przywędrowuje. Chciałem bohaterom dać jakieś zajęcie właściwe tej okolicy. A w Gorlicach, jak na całej prowincji, lumpeksów jest mnóstwo. W każdym mieście ze wszystkich rodzajów handlu najwięcej jest lumpeksów.

Ale w galeriach handlowych też by pan bohaterów znalazł.

Rzeczywiście, oglądanie ludzi, którzy w tych galeriach żyją, jest niesamowite. Świat zawarty w blichtrze, w błyskotliwości, w zrobionym z dykty naśladownictwie luksusu. A na twarzach fajna wiejskość, chłopskość. I ręce spracowane. To spotkanie dwóch epok. Postmodernizmu i społeczeństwa przedprzemysłowego.

A te dziewczyny... Twarze mają takie plebejskie. I się przebierają w to wszystko. I patrzą na to, dotykają...

Ale chłopaki są najfajniejsze. Piętnasto-, szesnastoletnie z tymi biednymi bladymi twarzami, z odstającymi uszami tak są na ciuchy napaleni! Już nie na samochody, tylko na ciuchy! I przymierzają jakąś fajansiarską bluzę, na którą człowiek by w życiu nie spojrzał, i okręcają się jak dziewczyny na wybiegu. To jest niesamowite. Pożądanie takiego gówna, przedmiotów, szmat. Facet nie może pożądać ubrania, na miłość Pana Boga! Facet może pożądać kobiety i samochodu. A nie ciuchów i kosmetyków!

Ma pachnieć męskim potem?

No powinien się, kurwa, myć, ale bez przesady. Są tacy, co mają czterdzieści buteleczek na każdą godzinę dnia! No ludzie! Facet powinien się niszczyć, powinien się zużywać, a nie kremem smarować. Ale to jest odbicie głębszego zjawiska, czyli obsesji nieśmiertelności. A facet akurat powinien być śmiertelny. Podejmować wyzwanie! Dlatego te Bałkany są takie pociągające, bo tam jeszcze nie wszystko jest na głowie postawione. Świat przypomina dawny świat, który był, jaki był, ale była w nim większa godność.

Ten dawny świat aż nadto pana otacza. W okolicy same cmentarze.

W najbliższej z dziesięć ich będzie. Nie tylko łemkowskie, na pustkowiach, w dolinach, które kiedyś były wsiami, ale jeszcze wojenne, austro-węgierskie z pierwszej wojny światowej, w sąsiedztwie cywilnych, prawosławnych czy unickich.

Najbardziej lubię wojskowe. W końcu jestem chłopcem. Samochody i wojsko. Rzeź i szyk. Lubię sobie wyobrażać, jak było. Życie tych chłopaków mnie ominęło, ale na Bałkanach patrzę na ruiny, na których krew jeszcze nie wyschła do końca. Nie ma się co oszukiwać. Jestem reprezentantem swojego gatunku płciowego.

A tutaj jeszcze te nazwiska: Anton Nemec, Gottlieb Kyselka, Sándor Szász, Pietro Santoni, Tadeusz Michalski, Batta Delazer, Karl Svoboda, Alojz Nahaček... Unia Europejska.

Wszystkich staram się około Zaduszek odwiedzać. Zapalam lampki i odczytuję nazwiska. To taki mój prywatny obrządek, cicha msza i pogański zwyczaj palenia ognia zmarłym na początku listopada.

Jest pan strażnikiem ich pamięci?

Nie chciałbym popaść w patos. Ale kiedy wymawiam ich imiona, to sprawiam, że nie umierają na zawsze. Tylko to mogę zrobić. Głośno wypowiedzieć dźwięki na zawsze powiązane z czyimś życiem.

A ile kosztuje miejsce na cmentarzu w Wołowcu?

Za darmo mnie pochowają! Chodzimy z Moniką. Oglądamy. Jest takie piękne miejsce koło cerkwi, z szerokim widokiem, pod starymi drzewami. Tam chcę leżeć, w Wołowcu. Tam mi się bardziej podoba niż na wszystkich innych cmentarzach, które są w okolicy. Chyba można sobie wybrać cmentarz?

Nie przygnębia pana wpisana w pejzaż nieobecność?

Nie. Wiedziałem, dokąd się sprowadzam. Ale, wie pani, nieobecność, pustka to jest szansa dla potencjalności. Trzeba je nieustannie wypełniać wyobraźnią, myślą, własną obecnością. Literacko to jest niezłe miejsce. Poza tym pani zdaje się nie dostrzegać niezwykle intensywnej obecności natury, krajobrazu. To jest tak samo ważne jak ludzka obecność. Tutaj wszystko mam w odpowiednich dla siebie proporcjach. Obecność, nieobecność i pejzaż.

Pan ma dość mówienia o podróżach.

Bo i też tak wiele ich nie było! Jadąc do Babadag, które jest książką drogi, pisałem przez dziesięć lat. To, że o tym ględzę, że umiem o tym pisać, nie znaczy, że tak dużo podróżuję. To są po prostu wakacje z Moniką.

Spotkał pan na nich jakieś wyjątkowe kobiety?

Mówiłem, nie szukam ludzi. Ani mężczyzn, ani kobiet. Ale pamiętam fascynujące spotkanie. W Albanii. Tamtejsze kobiety wyglądają bardzo wschodnio. Makijaż, biżuteria, obcasy, suknie. I nagle ona: jak wyzwolona kobieta Zachodu. Krótko ostrzyżona, w spodniach, w kamizelce z wieloma kieszeniami. To było niesamowite w kraju, w którym kobieta jest kobietą tylko z całym takim zamierzchłym sztafażem. Ona była zaprzysiężoną dziewicą, głową rodziny, mogła żyć bez facetów i miała prawo do wendety.

Była ładna?

W kobiecy sposób nie, ale była bardzo interesująca. Miała taką albańską, wysmaganą, surową twarz.

A jakie kobiety są ładne?

Kobiece. Duże. Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu się przytulić do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem raz po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie, kurwa, stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy. Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco gruby. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd. Dlaczego pani się śmieje?

[...]