Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Życie stewardesy, czyli o tym, jak mierzyć wysoko i przekraczać granice ebook

Olga Kuczyńska  

3.89473684210526 (38)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 331 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie stewardesy, czyli o tym, jak mierzyć wysoko i przekraczać granice - Olga Kuczyńska

Latanie to coś więcej niż transport, to po prostu narkotyk. Piękno samo w sobie i podróżnicza magia.

Droga w chmury wymagała wielu wyrzeczeń, cierpliwości i determinacji. Nie była usłana różami. Opowiem ci o niej. O tym, jak uczyłam się nie poddawać, wierzyć w siebie i dążyć do tego, czego naprawdę chciałam.

Opowiem ci o samolotach, o pracy na pokładzie, o ludziach, których tam spotykam - załogach i pasażerach. Życie zaskoczyło mnie wielokrotnie. Nie tylko to podniebne, ale także to przyziemne. Chcę, aby każdy, kto widzi samoloty na niebie, wiedział jak wygląda nasza codzienność. Jacy jesteśmy bez makijażu, kim jesteśmy pod mundurami.

Docieram do odległych zakątków świata. Życie na walizkach i podróże stały się moją codziennością. Udało mi się zwiedzić wiele miejsc, poznać różne kultury, a służbowa wyprawa do Indii odmieniła moje życie, gdy poznałam pewną dziewczynę ze slumsów.

Pasja do lotnictwa stała się moim sposobem na życie. Nie jest tylko pracą.

Chciałabym ci pokazać i opowiedzieć, jak niebo, które masz nad sobą, stało się moim domem jeszcze za życia. Jak wygląda moja trwająca do dzisiaj życiowa podróż po świecie

Olga Kuczyńska ‒ młoda polska stewardesa. Dorastała na warszawskim Żoliborzu. W latach szkolnych dużo udzielała się artystycznie, śpiewała w Studio Buffo. Pasja latania przez jakiś czas walczyła z pasją śpiewania. Wygrały samoloty. Po szkole średniej trafiła do irlandzkich linii lotniczych i przeprowadziła się do Włoch. Założyła bloga pt. „Życie Stewardessy", który z czasem stał się bardzo popularny.

Zawsze chciała latać dla przewoźnika na Bliskim Wschodzie. Dwa lata później osiągnęła swój cel i rozpoczęła latanie w narodowych liniach Omanu. Rozwijała swoją pasję i postanowiła rozpocząć kurs pilotażu. Przez rok aktywnie pomagała w edukacji i odmieniła życie hinduskiej dziewczyny ze slumsów. Jej życie wciąż związane jest z lataniem.

Opinie o ebooku Życie stewardesy, czyli o tym, jak mierzyć wysoko i przekraczać granice - Olga Kuczyńska

Fragment ebooka Życie stewardesy, czyli o tym, jak mierzyć wysoko i przekraczać granice - Olga Kuczyńska

Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

Dział Handlowy: tel. 22 360 38 41–42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Tekst © 2018 Olga Kuczyńska

Wszystkie niepodpisane inaczej fragmenty poetyckie są autorstawa Olgi Kuczyńskiej

Opracowanie redakcyjne: Joanna Salak, Justyna Wodzisławska

Projekt graficzny okładki i makiety: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN® – www.panczakiewicz.pl

Korekta: erte

Redaktor prowadzący: Małgorzata Zemsta

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

Zdjęcia na okładce: Tomasz Osiński

Zdjęcia wewnątrz: Tomasz Osiński; prywatne archiwum Olgi Kuczyńskiej; Supriyo Chakraborty (Rayaan)

Ilustracje: Małgorzata Sezanowicz-Winiarska/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®

Copyright for Polish Edition © 2018 Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

Licencjobiorca National Geographic Partners, LLC.

All rights reserved.

ISBN 978-83-8053-405-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach do przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych, również częściowe, tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Ja, Olga

Szybuję po niebie, przemierzam setki tysięcy kilometrów, wykonuję setki startów i lądowań rocznie. Nie zadaję sobie pytań o niebezpieczeństwo, nie rozglądam się, nie myślę o tym, czy coś ma nadejść, bo przecież życie jest tylko życiem i zagrożenie nie dotyczy wyłącznie załóg lotniczych. Spójrzmy prawdzie w oczy. Statystycznie pewnie wrócę po locie do domu. Jednak co roku zdarza się kilka wypadków i nigdy nie wiadomo, na kogo trafi. Fakt, że szanse mam znikome, by ujść z życiem, ale co komu pisane, to pisane, i trzeba zawsze liczyć się z tym, że każdego dnia nawet najprostsze czynności (chociażby jazda samochodem) mogą być zagrożeniem. Widziałam podróżnych ze strachem wypisanym na twarzy, którzy siedzieli cicho i trzymali się kurczowo podłokietników. Widziałam takich, którzy z niepokojem pytali, czy odgłos silnika, jaki słyszą, jest normalny, i czy wstrząsy nie spowodują uszkodzenia maszyny. Byli nawet tacy, którzy zdecydowali się przerwać kołowanie samolotu na pasie startowym, i musieliśmy zawrócić, by pozwolić im opuścić pokład.

Mają do tego prawo, szanuję ich strach. Chociaż nigdy nie zrozumiem, co siedzi im w głowie. Dla mnie latanie jest codziennością. To coś, co wywołuje u mnie emocje, ale tylko te pozytywne.

Wielu pytało mnie, czy się nie boję. A ja zapytam: jak mam się bać własnego szczęścia? Jak bać się czegoś, co przynosi mi radość?

A czy ty nie boisz się przejść przez jezdnię?

Szkoda czasu na takie rozmyślania. Czasu mamy w życiu za mało. Dlatego u mnie nie ma miejsca na takie rozterki.

Wykonałam już tysiące lotów i nie doświadczyłam niczego, co by mogło mi zagrozić, nie miałam awaryjnych sytuacji (odpukać!). Mam za sobą tysiące lądowań i startów, a według lotniczych statystyk to właśnie te fazy są najbardziej niebezpieczne.

A na ziemi? Łamałam sobie nadgarstki, spadłam z rowerem około dwudziestu metrów w dół do fosy, przeżyłam kilka stłuczek jako pasażer. We Włoszech w drodze do pracy prawie zabito mnie na pasach. Jak łatwo na ziemi w ciągu sekundy stracić życie…

Znam wiele stewardes, które latają, a kiedyś panicznie się tego bały. Ba, znam i takie, które nigdy wcześniej nie były pasażerkami, a swój pierwszy lot odbyły jako załoga.

Za co cenię ten rodzaj transportu? Kilkaset ton stali unosi się wysoko nad ziemią i dzięki temu za kilka godzin mogę znaleźć się w miejscu, o którym marzyłam. Naprawdę najwygodniej jest przemieszczać się drogą powietrzną, bo nie grozi mi korek, nie spędzam czterdziestu ośmiu godzin za kierownicą, jestem szybciej na drugim końcu globu. I bezpieczniej. Codziennie w przestrzeni powietrznej znajdują się setki tysięcy samolotów. A teraz powiedz: ile tych samolotów spada w ciągu dnia? A ile samochodów uderza w słupy, wpada do rowu, zderza się z innymi?

Wszystko może się zdarzyć, jak to w życiu, ale ja ufam bardziej przestworzom niż jezdniom.

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak wiele czynności i procedur jest wykonywanych, zanim ktokolwiek postawi nogę na pokładzie. Mało kto wie, że nawet małe światełko kontrolne może być przyczyną uziemienia samolotu, czego „efektem ubocznym” jest poirytowanie pasażera, bo lot zostaje opóźniony ze względu na usterki techniczne. Moim zdaniem lepiej jest poczekać, niż nie dolecieć wcale.

Lotnictwo to szereg procedur, to ogrom ludzi czuwających codziennie nad przebiegiem twojej podróży. Zaczyna się już w tym momencie, gdy proszą cię na lotnisku o zdjęcie butów. (I nie, nie mam tu na myśli fotografii twojego obuwia, bo tacy też się już zdarzali, co pytali, skąd mają takie zdjęcie wziąć). Gdy proszę pasażera o pokazanie mi zapiętego pasa, często wskazują najróżniejsze: Dolce & Gabbana, Louis Vuitton, Armani… chyba chwalili mi się już wszystkimi markami. To fantastyczne, że ulubione dodatki zakłada się w podróż, jednak najważniejszy jest ten pas przypięty do fotela, który podczas startu, turbulencji czy lądowania zapewni ci bezpieczeństwo. To także jedna z tych ważnych procedur.

Jeśli kiedykolwiek to jednak ja miałabym być ofiarą swojego lotu, to wiedz, że robię to, co kocham, i samolot jest moim miejscem, a lotnictwu poświęcam część swojego życia. Bo ginąć na niebieskich autostradach to jak nigdy nie umierać! Bo nie umiera się tam, gdzie żyje się wiecznie… Gdy niebo stało się moim domem jeszcze za życia.

Usiądź teraz wygodnie i przygotuj się do startu. Życzę ci miłego lotu w moim towarzystwie.

Miłość od pierwszych turbulencji

Pamiętam ten dzień i ten moment, gdy pojawiłam się po raz pierwszy na lotnisku. Rok 2007. Tłum, zamęt, każdy pędzi w swoją stronę, a ja w tym wszystkim jestem tylko jednostką, która właśnie poznaje coś, co dziś jest dla mnie codziennością, częścią mojego życia.

Pierwsza odprawa, bilet w ręku, paszport w kieszeni plecaka.

Sama bez rodziców, podekscytowana kroczyłam w stronę bramek.

Strefa bezcłowa miała dla mnie większe znaczenie. Oddzielała ten zwykły świat od tego pięknego. To jak próg Hogwartu dla Harry’ego Pottera, po którego przekroczeniu często unosił się wysoko na swojej miotle. Strefa, gdzie wszystko się zaczyna już w chwili, gdy zdejmiesz z taśmy swój prześwietlony bagaż podręczny.

Po przejściu przez kontrolę bagażu przed moimi oczami ukazała się hala odlotów. Ogromne szyby, przez które widać było odlatujące i przylatujące maszyny. Widok powodujący u mnie specyficzny stan. Każdemu odlatującemu samolotowi towarzyszyły moje marzenia. Dreszcze od stóp do głów. Jego szybkość, kształt, a potem sam samolot szybujący w powietrzu. Zadawałam sobie pytanie, jak to się właściwie dzieje, że to coś lata. Że ten metalowy ptak jest w stanie zabrać nas, ludzi, wszędzie. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Wiem, że czekałam bardzo długo na tamte wakacje. Nie czułam żadnego strachu. Główną atrakcją tego lata miał być sam lot, możliwość doświadczenia startu, bo to w końcu start jest początkiem.

Co chwila mijały mnie załogi. Szli dumnie w mundurach, dość żwawym krokiem. Byli piękni i stąpali nienagannie.

Oglądałam maszyny różnych linii lotniczych stojące na płycie lotniska. Podziwiałam wszystko. Byłam bacznym obserwatorem. Odliczałam czas przed wejściem na pokład. Niecierpliwiłam się! Z wrażenia się pomyliłam i podeszłam do złej bramki.

W końcu nadszedł ten moment i weszłam do samolotu.

Bycie pasażerem tego lotu i tej załogi było dla mnie zaszczytem. Pamiętam ich czerwone, śliczne mundury. Pamiętam uśmiech, z jakim witały mnie te miłe panie. Wykrztusiłam swoje: „Haj! Hał ar ju?”, i choć nigdy nie byłam nieśmiała, teraz trochę się zarumieniłam. Gdy szłam przez kabinę samolotu, czułam się jak u siebie. W głowie zaczęły się rodzić nowe myśli, analizowałam marzenia, które rozkręcały się wraz z uruchamianiem silników. Siedziałam gdzieś w tyle samolotu, zapięłam pas i czekałam, aż się rozpędzimy. Ten start był moim ważnym startem, który nadał mi pewien kierunek, nadał początek czemuś nowemu.

Unosiłam się coraz wyżej i wyżej. Wszystko wokół było coraz mniejsze. Pamiętam szarość nad Warszawą. Był wtedy lipiec, ale stolicę pokrywały chmury. Po chwili nie widziałam już nic. W ciągu paru minut z widoku polskiej zieleni, żółtych pasm pól pozostał już tylko biały jak mleko tunel. To trwało dobrych kilka chwil. Po jakimś czasie wystąpiły nawet turbulencje, które… bardzo mi się spodobały! Chciałam, by jeszcze potrzęsło! Potem ujrzałam jeden z najpiękniejszych widoków w moim życiu. Ten poprzedni był tylko namiastką tego, co miałam zobaczyć za chwilę.

Z tych chmurnych szarości wlecieliśmy w jasność, a do kabiny pasażerskiej wpadło słońce. Blask, jakiego brakowało mi na ziemi. I to jest właśnie magia. To był moment, w którym zaczęłam sobie uświadamiać, że niebo to zaszczyt – nie jest dla każdego. I że jest ono miejscem, w jakim chciałabym bywać częściej.

Miłość od pierwszego wrażenia.

Bycie pasażerem wywołało u mnie niedosyt. Wylądowałam w Tunezji, ale zaraz w głębi serca czekałam na następny lot, bo te cztery godziny to było za mało.

Jestem wdzięczna rodzicom, że wysłali mnie wtedy na ten obóz młodzieżowy i że mogłam poznać świat z lotu ptaka. Od tej chwili wiedziałam, że jeśli na wakacje, to zawsze samolotem.

I nie chodziło tu o komfort szybkiego przemieszczania się, a bardziej o to, że będę mogła znowu przeżyć to wszystko, co stało się dla mnie czymś więcej niż tylko podróżą. Było w tym coś pięknego. Jako trzynastolatka odkrywałam swoją przyszłość.

Co prawda nastolatce trudno definitywnie obrać ścieżkę zawodową, ale czułam taką chemię, czułam chęć, by powracać, by powtarzać ten rytuał, jakim jest lot. Ten cały magiczny proces od pakowania, przez prześwietlanie bagażu, aż w końcu trafienie na pokład i przeniesienie się w nieznane.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak rozróżniać maszyny, nieistotna była dla mnie ich wielkość. Dziś widzę na zdjęciu, że leciałam airbusem A320 (chyba).

Kiedy trzeba już było wracać z wakacji do domu, cieszyłam się, chociaż tunezyjski Nabul był świetnym miastem. Nie był to mój pierwszy raz za granicą, ale na pewno był to mój pierwszy raz na innym kontynencie. No i byłam w kraju, do którego dotarłam po raz pierwszy samolotem.

Drugi start, drugie lądowanie utwierdziły mnie tylko w tym, że ja po prostu pragnę takich wrażeń więcej.

Od tego momentu mój wzrok szybował po niebie wraz z samolotami.

Da Vinci miał rację! Jeśli choć raz wzbiłeś się w powietrze, to już zawsze będziesz kroczył po ziemi z oczami skierowanymi w niebo, z myślami krążącymi w górze i pragnieniem powrotu w przestworza.

Zaczął się rok szkolny, a ja już odliczałam miesiące do następnych wakacji, do następnego lotu. Marzyłam o lataniu, mimo że do możliwości podjęcia pracy była jeszcze długa droga i wiele lat.

Olka Monolka

Miałam ci tyle do powiedzenia, że nie zdążyłam się przedstawić.

Jestem Olga, lecz znajomi nazywają mnie Ola. A matki moich kolegów z piaskownicy wołały na mnie Olka Monolka. Bardzo to lubiłam. Urodziłam się w 1993 roku. Jeszcze załapałam się na kultową polską konsolę Pegasus, jeszcze pograłam sobie w gumę, miałam też okazję bawić się w chowanego. W domu nie było Internetu, ale jako mały człowiek potrafiłam znaleźć sobie zajęcie. Dorastałam na warszawskim Żoliborzu. Wiele rzeczy kręciło mnie od zawsze: muzyka, sztuka teatralna, lubiłam też planety, gwiazdy, znaki zodiaku, interesowały mnie kryminologia, medycyna, duchy, zjawiska paranormalne. Z wiekiem poszerzałam też informacje na temat historii drugiej wojny światowej i Holocaustu. Byłam w Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu i miałam wrażenie, jakbym doskonale znała to miejsce.

Zawsze starałam się rozwijać, zdobywać wiedzę z różnych dziedzin, lubiłam doświadczać. Od małego miałam mnóstwo energii, było mnie wszędzie pełno, gadałam za kilku, a jeśli na podwórku albo w szkole zdarzały się kłopoty, to ze mną w roli głównej. Wchodzenie na drzewa, skakanie z trzepaków, dachów, bujanie się bez trzymanki albo jazda na rowerze w ten sam sposób były na porządku dziennym. Gdy rodzice wysyłali mnie na kolonie, wtedy najwięcej pomysłów przychodziło mi do głowy. Ta odwaga, samodzielność rodziły się tam, gdzie jako dzieciak czułam wolność i byłam odkrywcą w swoim świecie. Odkrywcą najbliższych lasów, archeologiem w piaskownicach. Byłam małym marzycielem i filozofem. Wpatrzona w gwiazdy, leżałam na bałtyckiej plaży przy ognisku. Mój charakter kształtował się latami i obecnie jestem, kim jestem.

Myślę, że w moim życiu wiele rzeczy nie działo się przypadkowo, i zapewne nie jest przypadkiem to, że jestem dziś na pokładzie.

Wrażliwość. Chociaż zazwyczaj stąpam pewnie po ziemi, gdy byłam młodsza, dostrzegałam w swoim życiu też inne rzeczy. Mam słabość do zwierząt, nawet najmniejszej mrówki. Ratowałam znalezione koty i szukałam im domu, pukając do sąsiadów. To było u mnie czymś zwyczajnym. Misja „gołąb bez skrzydła” nie mogła mieć innego końca niż u weterynarza. Te małe wielkie rzeczy już wtedy pokazywały, że nie potrafię przechodzić obojętnie obok potrzebujących. Dlatego pewnie teraz, gdy leżę i piszę swoją książkę, obok mnie śpią dwa piękne koty, które przygarnęłam. Oba znalazłam w garażach. Jeden przyleciał z Omanu, drugi miauczy po włosku. Z małych, wychudzonych kajtków wyrosły dostojne kocury. Kocham je oba całym sercem.

Znajomi często mnie pytają, jak to się dzieje, że umiem szybko wybaczać. Jak to jest, że drugi człowiek, nawet jeśli go nie znam, potrafi być dla mnie ważny?

Pamiętam, gdy kiedyś razem z moimi rodzicami bywałam w domu dziecka. W naszej dalszej rodzinie zmarła dorosła osoba, a jej dziecko zostało samo. Los sprawił, że mój siedmioletni kuzyn przebywał w domu dziecka. Był tam, gdzie żaden mały człowiek trafić by nie chciał. Pamiętam, jak moja mama walczyła o niego, o to, aby mógł z nami zamieszkać i by mógł mieć rodzinę, na jaką każdy z nas zasługuje. Miałam wtedy cztery lata, ale pamiętam to bardzo dobrze. W drzwiach domu dziecka maluchy rzucały się moim rodzicom na szyję, prosząc, żeby wziąć je do naszego domu. Pokochać.

Jako czterolatka zaczęłam sobie uzmysławiać, że są dzieci, które nie mają tak dobrze jak ja i które nie mają swojej mamy, swojego taty. Nie mają własnego, rodzinnego kąta. Sądzę, że te wydarzenia jakoś mogły zadecydować i rzutować na moją przyszłość i podejście do życia.

Mówi się, że nie powinno się patrzeć wstecz i powracać myślami do przeszłości, ale dostrzegam tego sens, bo przecież doświadczenia uczą człowieka. Wyciągam więc wnioski.

Entuzjastka

Pozwól, że przeniosę się jeszcze do lat szkolnych. Miałam w tym czasie wiele pomysłów. Można choćby sugerować się gamą moich zainteresowań. Chciałam być kiedyś wokalistką, bo scena była moim miejscem. Czułam się na niej pewnie i akademie szkolne czy inne występy, festiwale w domach kultury, w teatrze Studio Buffo dodawały mi skrzydeł.

Plany się zmieniły, ale z muzyką nie skończyłam i dalej jest ona czymś obowiązkowym w moim życiu. Mój nieżyjący już dziadek miał z nią dużo wspólnego. Grał na perkusji, pisał wiersze, za młodu śpiewał w zespole.

Pewnie zadajesz sobie pytanie, jak się uczyłam. Najgorzej nie było. Był ze mnie raczej przeciętniak – trójki, czwórki, czasem wpadła dwójka na świadectwie. Miałam swój świat poza szkołą. Próbowałam wielu rzeczy. Trenowałam pływanie, potem akrobatykę, tańczyłam, próbowałam też zapasów. Sprawdzałam się po to, żeby nigdy niczego nie żałować. Musiałam czuć, że żyję. To był mój czas, w którym mogłam się poznawać i znaleźć swój parkiet.

W drugiej klasie gimnazjum, po najlepszych wakacjach życia, wszystko się zmieniło. Poleciałam wtedy pierwszy raz samolotem i odkryłam w sobie miłość do latania, której jestem wierna do dziś. Od tamtego czasu przynajmniej raz w roku musiałam odbyć lot. To stało się nałogiem, mimo że latałam tylko podczas wakacji. Ja jednak wiedziałam, że niebo nie ma ograniczeń, a to, że ja je miałam – to nic. Czułam, że pewnego dnia ulegnie to zmianie. Mówiłam mojemu chłopakowi, że będę chciała latać i raczej wyprowadzę się z Polski. Mieliśmy wtedy naście lat. Arek miał siedemnaście, a ja czternaście z kawałkiem. Nie był zachwycony moimi planami, ale potem zrozumiał, że ja tym żyję.

Z biegiem lat coraz częściej żyłam z głową w chmurach. Na lekcjach rysowałam stewardesy w zeszycie. Ćwiczenie pokazu bezpieczeństwa przed lustrem było dla mnie formą rozrywki. To nic, że mój angielski wciąż był kaleki.

Zaczęłam się go uczyć, bo wiedziałam, że to podniebny język.

Już wtedy przetrzepałam Internet, żeby dowiedzieć się, jakie są wymagania i czemu będę musiała stawić czoła jako przyszła kandydatka na stewardesę.

Kursy językowe były dość drogie w tamtym czasie, a zależało mi też na zachowaniu pieniędzy na wakacje, bo przecież były raz w roku! Wybierałam oczywiście lot samolotem i możliwość znalezienia się gdzieś daleko.

Znalazłam dość efektywny sposób, by zdobyć płynność w zakresie języka angielskiego. Utworzyłam na komunikatorze Skype listę osób z zagranicy, które podejmowały się konwersacji ze mną. Była to bardzo dobra forma, bo rozmawiając codziennie, nabywałam odwagi wypowiadania się. Było mi potem znacznie łatwiej porozumiewać się w czasie wyjazdów, a tam potrzeba troszkę śmiałości.

Nigdy nie zapomnę jednej z lekcji angola w moim liceum. Co roku zmieniał nam się nauczyciel. W drugiej klasie mieliśmy taką wojskową babeczkę. Lubiłam ją, ale wkurzyła mnie pewnego dnia. Zapytała nas, kim byśmy chcieli zostać w przyszłości. Każdy po kolei mówił, jaki ma plan na życie. Gdy przyszła moja kolej, zostałam dosłownie wyśmiana. Moja nauczycielka wierzyła w mity (jak większość), że aby być stewardesą, należy znać Bóg wie ile języków. A już angielski to musi być szlifowany nie wiadomo jak długo… Nie chciało mi się dyskutować z całą klasą. Było mi jednak przykro, że pedagog neguje marzenia ucznia i podcina mu skrzydła. Ale jej szyderczy uśmiech stał się tylko motywacją.

W tamtym okresie dorabiałam sobie jako hostessa. Nadszedł piątek i wybiegałam ze szkoły, by zdążyć na tramwaj. Pracowałam przy różnych promocjach: od czekoladek dla dzieci, przez żelazka, do butów sportowych. Koordynatorzy z agencji organizującej promocje wysyłali nam różne lokalizacje pracy do wyboru. Gdy widziałam, że pojawił się duży market przy Okęciu czy jakiś inny obiekt obok warszawskiego lotniska, nie miałam najmniejszych wątpliwości, przy jakiej promocji chcę pracować. I gdzie.

Pewien duży market miał nieciekawy background. Wśród hostess był znienawidzonym sklepem, bo portiernia robiła nam wiecznie problemy. „Ta ruda na wejściu znowu dała dziewczynom czadu” – słyszałam. Łatwo było dostać tę lokalizację, bo nikt jej nie lubił. Ale przerwy spędzało się w najlepszym punkcie widokowym marketu. Akurat tam, gdzie była pracownicza stołówka, mogłam oglądać startujące samoloty. Ja więc ten market kochałam i niestraszna mi była żadna ruda. Czasem przedłużałam sobie odpoczynek i zamiast piętnastu minut, byłam w kantynie trzydzieści, bo wyczekiwałam kolejnego lotowskiego dreamlinera albo innej maszyny. Moim zachwytom nie było końca.

Nawet zaraziłam swoim entuzjazmem inne dziewczyny i zostawały ze mną, by dłużej podziwiać. Co prawda one nie rozumiały, co ja w tym wszystkim widzę, ale cierpliwie czekały, aż skończę.

Samoloty towarzyszyły mi coraz częściej. Nie mogłam się doczekać, kiedy nadejdzie ten dzień i będę mogła złożyć swoje CV do linii lotniczych. Od zawsze byłam uparciuchem i jeśli czegoś chciałam, robiłam wszystko, by mi się udało.

Moi znajomi patrzyli na to wszystko z dystansem, chyba nie sądzili, że ja tak na poważnie…

Na długo zanim zostałam zatrudniona, znalazłam nawet linie, które uznałam za wymarzone. Byłam fanką przewoźników arabskich, bo cieszyli się dobrą opinią. Egzotyka, palmy, różne kierunki świata – marzenie! Pewnego popołudnia szukałam ludzi, którzy w takich liniach pracowali. Na stronie przewoźnika ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich były filmiki, z których można było dowiedzieć się wiele o pracy na pokładzie czy życiu w Dubaju. Zapisałam sobie imię i nazwisko jednej ze stewardes, która była w tamtym czasie ambasadorką i twarzą firmy. Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej. Jeszcze kilka lat temu nie było tak wielkiego zainteresowania lotnictwem, nie było tylu dostępnych blogów, więc próbowałam zdobywać informacje z różnych źródeł. Udało mi się znaleźć i poznać Nadine na portalu społecznościowym. Jej zdjęcie profilowe było piękne! Rozmaite fotografie z różnych zakątków świata.

Napisałam do niej i niedługo potem dostałam od niej wiadomość. Mój język angielski był dalej „w remoncie”. Czasem musiała zapytać dwa razy, o co chodzi. Robiłam błędy, musiałam się wspomagać słownikiem. Opowiedziałam jej o swoich zamiarach, marzeniach. Od tamtego czasu byłyśmy w stałym kontakcie. Rozmawiałyśmy na wiele tematów. Opowiedziała mi, jakie są wymagania, standardy, jak wygląda praca w tamtym zakątku globu. Byłam szczęśliwa i czułam się dumna, że miałam pierwszą koleżankę stewardesę. Bardzo ją podziwiałam. Zdarzało się, że wracała zmęczona po locie, a ja zawsze znalazłam jakieś kolejne pytanie i byłam ciekawa jej doświadczeń.

Nie zawsze odpowiadała. Nie rozumiałam jeszcze wtedy, co ją tak może męczyć. Podróże?! Praca w przestworzach kojarzyła mi się z pracą marzeń.

Anioły

Czy przyszło ci kiedyś na myśl, że istnieją anioły? Czy pomyślałaś (pomyślałeś) kiedyś, że mają skrzydła? Że wyglądają jak z obrazka?

Teraz dowiesz się o mnie kolejnej rzeczy: uwielbiam anioły! Pod każdą postacią: namalowane, z kamienia, marmurowe, porcelanowe, ubrane, gołe, po prostu wszystkie.

Czy w nie wierzę? Owszem.

Latem 2011 roku napięcie rosło. Zbliżał się początek klasy maturalnej. Po maturze otwierała się możliwość realizacji moich marzeń, które wtedy zaczynały już kipieć. Wertowałam strony linii lotniczych, podziwiałam mundury, oglądałam kolejny raz film Szkoła stewardes. Dniem i nocą myślałam o lotnictwie: w domu, w szkole, wszędzie! Szukałam ludzi z branży. Internet stał się kopalnią wiedzy na ten temat. Wiedziałam już, że niestety od razu po maturze nie będę mogła pracować dla przewoźników na Bliskim Wschodzie, bo jednym z wymogów był wiek: dwadzieścia jeden lat.

Cały poprzedni rok pracowałam przy promocjach i oszczędzałam, by wypocząć (jeszcze wtedy) z moim chłopakiem. Zafundowałam nam tydzień na Cyprze. Byłam bardzo podekscytowana, bo pragnęłam pokazać Arkowi, jakie to uczucie lecieć samolotem. Chyba bardziej przeżywałam jego lot niż on sam. Nie mogłam się doczekać, kiedy odbędzie swój pierwszy start i kiedy będę mogła pokazać mu kawałek tego świata, ale z całkowicie innej perspektywy. Zaczęłam się pakować już na dwa tygodnie przed podróżą.

W końcu nadszedł ten długo wyczekiwany moment. Z emocji nie mogłam spać na dzień przed wylotem. Gdy weszliśmy do samolotu, patrzyłam, czy złapie go taki strach, jakiego doznaje wielu ludzi.

Arek usiadł wygodnie, zapiął pasy, a ja spoglądałam ukradkiem na jego twarz. Siedzieliśmy w jednym rzędzie, ale nie obok siebie. Mieliśmy sporo miejsca i każde z nas chciało być przy oknie, więc ja zajęłam siedzenie po jednej stronie, natomiast Arek po drugiej. Przymierzaliśmy się do zajęcia pasa startowego.

Mówię:

– Patrz, teraz będzie jazda!

Myślał, że go straszę, ale ja bardziej miałam na myśli to najlepsze pod słońcem uczucie, gdy samolot się rozpędza.

Wystartowaliśmy! Robiłam za naszego przewodnika.

– Arek, zobacz!

– Co, gdzie?

– Zobacz, jak pięknie wygląda Pałac Kultury w oddali! A patrz jeszcze tam. Małe samochody, małe budynki, wszystko takie małe!

Potem zachwycałam się znowu niebieskimi wodami, nad którymi lecieliśmy, i nie dawałam mu spać. Nie chciałam, żeby stracił tyle wspaniałych widoków.

Wylądowaliśmy na Cyprze. Powitał nas upał. Spędziliśmy tam tydzień. Był to nasz pierwszy wspólny pobyt za granicą, a dla mnie kolejna możliwość szlifowania angielskiego. Zaczepiałam Angielki przy basenie i często gawędziłam z nimi wieczorami.

Początkowo Arek był sceptyczny wobec tego wyjazdu i sprzeciwiał się temu, że opłacam nam wycieczkę. Nie chciał lecieć. Po podróży jednak zmienił poglądy i uznał, że to był świetny pomysł. Tak naprawdę chciałam poszerzyć nasze wspólne horyzonty, chciałam, żeby zobaczył, jak jest gdzieś indziej. Wróciliśmy szczęśliwi, wypoczęci, opaleni i gotowi na kolejny rok szkolny.

Mój wakacyjny humor i szczęście nie trwały długo. Pojechałam do dziadków, by pokazać im zdjęcia, by podzielić się wrażeniami. Babcia zawsze podkreślała, że chciałaby zobaczyć mnie w mundurze, bo mówiłam jej, że zaraz po szkole będę składać papiery do linii. Obiecałam, że jak tylko będę latać, przylecę do niej i jej się pokażę. Spędziłyśmy razem dwa dni, gdy dziadek był na kontroli w szpitalu. Oglądałyśmy filmy, nawet trafił się jakiś horror – chyba zapowiedź mojego własnego.

Minęło kilka dni. Był dwudziesty sierpnia. To kolejna data, którą niestety pamiętam bardzo dobrze. Był piękny dzień. Poprzedniej nocy rozmawiałam z rodzicami o moich planach i lataniu. Rodzice, pomimo że nie są razem, mają dobre relacje. Tata był z nami i czułam się, jakbym znowu miała pełną rodzinę. Byłam szczęśliwa, że możemy być razem we trójkę – jak dawniej. Gadaliśmy do późna.

Rano po tym, jak zarwaliśmy wszyscy noc, zadzwonił telefon. Najpierw odezwała się komórka taty, ale spał i jej nie odebrał. Za chwilę zadzwoniła moja.

Podświadomie czułam, że coś się dzieje.

Odebrałam bez wahania. I to był najgorszy telefon w moim życiu.

Słyszę w słuchawce: „Olusia! Babcia ma zawał!”.

W tle jeden wielki zamęt. Słyszałam moją babcię i krzyk, jaki nie sposób opisać. Zesztywniałam, a dreszcz przeszył całe moje ciało. Rodzice przebudzili się i zobaczyli mój zaniepokojony wyraz twarzy. Przez dłuższą chwilę nie byłam w stanie się odezwać, ale musiałam zachować zimną krew, bo toczyła się walka o życie bliskiej mi osoby.

– Dziadku, wezwałeś pogotowie?

– Tak.

– Kiedy?

– Dwadzieścia minut temu.

Kazałam mu poczekać, by samodzielnie zadzwonić po ambulans. Wybrałam 112. Usłyszałam tylko: „Już jedziemy”. Byłam zdziwiona i zdenerwowana, że na Woli, gdzie jest mnóstwo szpitali, ktoś czeka tyle czasu na udzielenie pomocy. Wyjaśniłam rodzicom, co się stało, i zadecydowałam, że to ja pojadę do dziadków i będę im asystować. Nie chciałam, by tata to widział, bo to była jego mama.

Założyłam spodenki, zostawiłam bluzkę od piżamy i wybiegłam z domu, by złapać autobus. Nie mieszkali daleko. Cały czas rozmawiałam z dziadkiem. Już nie słyszałam babci. Zemdlała z bólu. Ratownicy byli już na miejscu. Pytałam o ich reakcję, chciałam dowiedzieć się czegoś więcej, ale dziadek był niepewny. Sam był w szoku. Raz mówił, że ona żyje, raz, że nie, a za chwilę znowu, że tak i że ma pojechać do szpitala.

Rozłączyłam się. Po chwili zadzwoniłam ponownie. Tym razem rozmawiałam z ratownikiem, który oznajmił, że babcia zmarła. Mój świat stanął w miejscu. Siedziałam na końcu autobusu linii 157, kierującego się na warszawski Muranów. Wybuchnęłam płaczem. Wpadłam w stan, w jakim nigdy wcześniej nie byłam. Obok nie było ludzi, jechałam sama i po prostu wyłam. Nie mogłam się uspokoić. Nie widziałam na oczy.

Chciałam, by to był tylko sen. Zły sen. Pojazd się zatrzymał, wysiadłam na Smoczej i starałam się ogarnąć. Nie chciałam, by dziadek jeszcze bardziej się denerwował. Nie wsiadłam do windy, szłam po schodach na piąte piętro. Zanim pociągnęłam za klamkę i weszłam do mieszkania, zawahałam się. Potrzebowałam chwili. Wzięłam głęboki oddech.

Pamiętam jedno wielkie zamieszanie. Widziałam te czerwone kurtki ratowników nad jej łóżkiem i w końcu najgorsze – babcię martwą. Podeszłam. Zespół ratowniczy odsunął się, bym mogła się do niej przybliżyć.

Wręczono mi do ręki protokół zgonu, powiedziano, by wezwać zakład pogrzebowy. Nie zapytano mnie o wiek (ale miałam skończone osiemnaście lat). Oni po prostu opuścili mieszkanie. Wiem, że karetka nie zabiera zwłok, ale nie zapytano nas nawet, czy potrzebujemy jakiejś pomocy.

Miałam żal, czułam rozgoryczenie i zastanawiałam się, jak ja mam powiedzieć tacie, że zmarła jego matka. Ostatecznie wykonałam telefon. Moja mama wybrała jeden z zakładów i tam zadzwoniła.

Usiadłam na łóżku, gdzie spał mój anioł. Moja kochana babcia, której z dnia na dzień mi zabrakło. Zamknęłam jej usta po tej reanimacji. Widać było, że cierpiała. Dotknęłam ręki, była jeszcze ciepła. W zasadzie wtedy już wyglądała inaczej. Była sina i taka zmęczona. Czekałam na przyjazd pracowników zakładu pogrzebowego.

Dziadek poprosił, bym zaparzyła mu kawy. Oburzyło mnie to. Babcia leży martwa, a dziadek prosi o kawę. Wiem, że dali mu wcześniej jakieś środki uspokajające.

Nie wierzyłam, że to się dzieje. Siedziałam przy niej, nie miałam nawet siły, by płakać. Trzymałam ją dalej za rękę, żegnałam się z nią. Czułam okropną bezradność. Nigdy wcześniej nie straciłam nikogo tak bliskiego. Ona w zasadzie stała się moim pierwszym aniołem.

Jak to możliwe, że jeszcze kilka dni temu rozmawiałyśmy o mojej przyszłości, o tym, że przyjdę w tym mundurze, a tego feralnego dnia to stało się już tylko wspomnieniem? W końcu tyle jeszcze było przed nią, tak wiele miała jeszcze do zrobienia. Miała zobaczyć, jak się spełniam, jak się rozwijam. Sześćdziesiąt pięć lat to jeszcze za wcześnie…

Przyszli panowie, by ją zabrać. Zapytano mnie, czy życzę sobie, by babcia była ubrana przy mnie, czy jednak wolę, aby dokonano tego w zakładzie. Zdecydowałam, żeby ją ubrano w zakładzie. Sama nie wiem dlaczego. Pamiętam, że wybrałam jej odzież, w której miała być pochowana.

I wtedy zaczęło się najgorsze. Do dziadka zaczęło chyba docierać, co się stało. Gdy ją zabierano, ukląkł i z płaczem pocałował ją ten ostatni raz. Nie życzę nikomu, by doświadczył widoku, jak dwojgu ludziom przychodzi się żegnać po tylu latach małżeństwa i bycia ze sobą.

Tego dnia moje życie się zmieniło. Zaczęłam patrzeć na wszystko inaczej. Śmierć stała się bliżej znana i odwoływałam się częściej do nieba. Poczułam większy sens istnienia. Już nie tylko wyczekiwałam, aż pojawi się na niebie kolejny samolot, ja wypatrywałam swojego anioła.

Nie mogłam się pozbierać, minęły prawie dwa tygodnie od śmierci, a tydzień od pogrzebu. Musiałam wracać do codzienności – książki, zeszyty, przybory, nowy rok szkolny… To ten najważniejszy rok, bo matura. Co z tego, że wypoczęłam? Co z tego, że byłam z ukochanym na pięknej wyspie? Wszystko to już nie miało znaczenia. Nie wiedziałam, jak ja mam się odnaleźć. Momentami mieliśmy nawet kryzys w związku, byłam rozbita psychicznie. Miewałam różne stany emocjonalne. Oddaliłam się od ludzi, nawet od najbliższych. Arek próbował mnie wspierać na najróżniejsze sposoby. Nie wiedział, jak ma mi pomóc. Czas leciał, a ja jakbym stała w miejscu. Nie miałam chęci do nauki, do niczego, choć wiedziałam, że musi się to zmienić. Wrzesień, październik, listopad. Miesiąc upływał za miesiącem. Leczyłam rany, chociaż czasem znowu krwawiły.

Wspólnie z wychowawczynią i innymi uczniami przygotowywaliśmy występ na nasze szkolne jasełka. Miałam wybrać jedną z kolęd i w te święta wiedziałam doskonale, którą wykonam: Kolęda dla nieobecnych Beaty Rybotyckiej. W tym tekście, w słowach Szymona Muchy, znalazłam wszystko, co chciałam wtedy wyrazić. W każdym słowie, zwrotce i refrenie odnalazłam siebie samą. Próby szły jak trzeba, a ja znalazłam w sobie odwagę, by zadedykować utwór babci.

Dzień jasełek. Grono nauczycieli zajęło swoje miejsca. Ja zaczynałam naszą akademię tą kolędą.

Pianino, pierwsze dźwięki. Zastygłam i czułam się, jakby mnie tam nie było.

A nadzieja znów wstąpi w nas,

nieobecnych pojawią się cienie.

Uwierzymy kolejny raz

w jeszcze jedno Boże Narodzenie.

I choć przygasł świąteczny gwar,

bo zabrakło znów czyjegoś głosu…