Wydawca: Ossolineum Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 789 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie splecione z Historią - Jerzy Regulski

Autobiografia jednej z ważniejszych postaci polskiej transformacji ustrojowej.

Ta książka zaczyna się od historii, a właściwie od prehistorii pewnego rodu, który dotarł na ziemie polskie w X wieku. Autor widzi w nim swoich przodków. I choć trudno o dokumenty, które potwierdziłyby tę genealogię, to przywiązanie do tradycji sporo mówi o postawie życiowej Jerzego Regulskiego, człowieka, który odegrał tak ważną rolę w naszej historii najnowszej.

I to właśnie najnowsza historia Polski jest jednym z bohaterów książki. Regulski w szczegółach i z pasją opowiada o swojej działalności społecznej i politycznej. Wraca do czasów „Solidarności”, wspomina Okrągły Stół, wybory w czerwcu 1989 roku, w końcu reformę samorządową, której był współtwórcą. Drugim bohaterem autobiografii Jerzego Regulskiego jest oczywiście życie. Prywatne i rodzinne.

Wchodząc do sfery polityki, należy zawsze pamiętać, że jest to funkcja przejściowa. I że nie tylko trzeba będzie kiedyś ją opuścić, ale że na ogół z polityki odchodzi się w wyniku porażki. Dopóki się wygrywa i ma sukcesy, dopóty zostaje się przy władzy. Odejście zawsze spowodowane jest przegraną. Jedynie nieliczni odchodzą w aureoli zwycięstwa. Brałem to pod uwagę.

(fragment)


Jerzy Regulski nie kreuje się w swej opowieści na bohatera. Mówi o sobie jako o pozytywiście i realiście. Drażni go pustosłowie, tromtadracja, ludzka podłość.

„Gazeta Wyborcza”

Klasa i mądrość. Przemyślana, sensowna strategia życiowa. Absolutny brak histerii, szczerość. Skromność i godność. Gotowość do słuchania innych. Nonkonformizm. Niezależność. Uczciwość. Poczucie odpowiedzialności za życie: swoje, rodziny, społeczności, ojczyzny, państwa.

Dariusz Bugalski

Jerzy Regulski (1924–2014) – profesor nauk ekonomicznych, inżynier i urbanista, doktor honoris causa Uniwersytetu Łódzkiego i Uniwersytetu w Roskilde, współtwórca samorządu terytorialnego w Polsce. Wykładał gościnie na kilkudziesięciu uniwersytetach. Był przedstawicielem RP przy Radzie Europy (1992–1997), przewodniczącym Rady ds. Reform Ustrojowych Państwa (1998−1999), członkiem Narodowej Rady Integracji Europejskiej (2000–2004) i doradcą Prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego (2010). Odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski oraz Orderem Orła Białego. Napisał ponad dwadzieścia książek o tematyce samorządowej, m.in. Samorząd II Rzeczypospolitej. Koncepcje i realizacja (2000), Samorządna Polska (2005), Reformowanie państwa. Moje doświadczenia (2007), Droga do samorządu. Od pierwszych koncepcji do inicjatywy Senatu (19811989).

Opinie o ebooku Życie splecione z Historią - Jerzy Regulski

Fragment ebooka Życie splecione z Historią - Jerzy Regulski

Przygotowanie rękopisu do druku: Jan Skórzyński

Redakcja i indeks osób: Michał Kunik

Redakcja techniczna: Stanisława Trela

Projekt typograficzny i skład: Jarosław Furmaniak

Copyright © by Jerzy Regulski 2014

Zdjęcie, autorstwa Zdzisława Marcinkowskiego, pochodzi ze zbiorów Archiwum Państwowego w Warszawie. Pozostałe ilustracje pochodzą z prywatnego archiwum Jerzego Regulskiego

Książka dofinansowana ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Książka wydana we współpracy z Fundacją Rozwoju Demokracji Lokalnej

WydanieI, Wrocław 2014

Wydawca:

Zakład Narodowy im. Ossolińskich

ul. Szewska 37, 50–139 Wrocław

www.oss.wroc.pl

ISBN 978-83-61056-83-6

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Moim Dzieciom, Wnukom i Prawnuczkom

Wstęp

6 czerwca 1989 roku wracałem po wyborach do Warszawy. Zatrzymał nas patrol milicji. Jechaliśmy trochę za szybko. Świeży mandat senatorski zrobił mocne wrażenie. Nie tylko nas puścili, lecz także złożyli życzenia: „Jedźcie szczęśliwie. Ale ostrożnie i nie za szybko. Bo jeszcze wiele zakrętów macie do pokonania. I wy, i cała Polska razem z wami”. To były prorocze słowa.

Ale aby dożyć tego dnia, musiałem też przejść przez wiele wiraży naszej historii. Dziewięćdziesiąt lat to szmat czasu. Moje życie przypadło na pontyfikat ośmiu papieży i panowanie czworga brytyjskich monarchów, chociaż Elżbieta II jest już królową ponad 60 lat. Żyłem w czterech zupełnie różnych Polskach. Najpierw w tej Drugiej, międzywojennej Rzeczypospolitej, która zginęła dramatycznie w mrokach zawieruchy wojennej. Potem przyszedł okres okupacji i Polski Podziemnej, a następnie Polska Ludowa, niby-niepodległa, w której okazałem się wrogiem wszystkiego, co niby-dobre. I dopiero gdy w wieku 65 lat powinienem był iść na emeryturę, powstała Polska naprawdę niepodległa i okazało się, że Ona ciągle mnie potrzebuje.

Te kolejne zmiany były jednocześnie końcami kolejnych epok. Najpierw odszedł stary, przedwojenny świat, zniszczony przez rozbuchany faszyzm. A potem dobił go komunizm. Niszczono ludzi, niszczono instytucje, a przede wszystkim niszczono wartości, które mi wpajano w domu. Nowy wspaniały świat miał być całkiem inny, ale zamiast niego powstawały jakieś karykatury. Jednak ten świat też się rozleciał i zaczął się wyłaniać następny, jeszcze niezdarny, ale dynamiczny, odrzucający wszystko, co dawne i nie mieszczące się w komputerze. Trudno dziś przewidzieć, jaki on będzie, gdy osiągnie stabilizację.

Zmieniałem zawody. Byłem inżynierem i budowałem domy. Później byłem urbanistą, planując budowę całych miast i tworząc ich teorię. Aż się nagle okazało, że jestem ekonomistą i specjalistą od spraw samorządu. A potem stanąłem wobec największego wyzwania, gdy polecono mi realizować to, czego się domagałem. Byłem więc chyba politykiem, chociaż nie jestem tego całkiem pewien. Tak czy owak, wpłynąłem na niektóre wydarzenia historyczne i transformację Polski. Ale ten okres też minął i zostałem dyplomatą. A kiedy już miałem nadzieję, że przejdę na spokojną emeryturę, wtedy okazało się, że jestem ciągle potrzebny, aby doradzać, jak wzmocnić polską samorządność. I to jest dla mnie największą nagrodą. Stało się jasne, że to, co robiłem, miało jakiś sens i było potrzebne. Czy może być większa satysfakcja?

Opisanie życia splecionego z Historią i meandrującego wśród jej wiraży nie jest jednak łatwe. W najtrudniejszych okresach nie można było robić notatek. Musiałem się opierać na własnej pamięci i jakichś strzępach dokumentów czy wspomnień. Spojrzenia wstecz zawsze grożą zniekształcaniem dawnej rzeczywistości. Ale też pozwalają na uwypuklenie tych spraw czy wydarzeń, które były kluczowe, nawet z dzisiejszego punktu widzenia. I dlatego nie mogłem sobie odmówić różnych refleksji na temat wielu współczesnych poglądów i opinii uznawanych za obowiązujące. Spojrzenie na nie z pewnego dystansu prowadzi często do zupełnie innych wniosków i ocen. Uważam to nie tylko za swoje prawo, ale nawet za obowiązek. Mitologizacja historii to jest jej zakłamywanie.

Podjęcie decyzji o tym, które ze wspomnień należy opublikować, nie było proste. Nie było łatwe rozstrzygnięcie, co dla Czytelnika może być interesujące i co warto odnotować jako przyczynek historyczny. Nie zawsze pokrywa się to z odczuciami subiektywnymi. Co było ważne dla mnie, nie zawsze jest istotne czy ciekawe dla innych. I tu nieocenioną pomoc wyświadczył mi Janek Skórzyński, dokonując wyboru tekstów spośród wielu moich notatek i opracowując je w sposób pozwalający na ich publikację. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Jak wspomniałem, opisanie długiego życia nie jest łatwe. Ale jego przeżycie było trudniejsze. Zdarzały się duże kryzysy i małe uciążliwości dnia codziennego. Należało je pokonać. Moje życie wpisało się w wiraże polskiej historii. Zaczynałem jako dziecko zamożnego domu przedwojennej elity gospodarczej. Ale dojrzewałem w więzieniu mokotowskim i później żyłem z nalepką „wroga klasy robotniczej”. I to nie było życie lekkie. Władza wielokrotnie dawała mi znać, gdzie moje miejsce. Ciągłe szykany i stałe podejrzenia, że każdy mój ruch jest wrogi dla ustroju, bardzo utrudniały życie. A te szykany trwały kilkadziesiąt lat! Ciężko było żyć i pracować. Wymagało to dużej siły i odporności, którą miałem tylko dzięki wsparciu najbliższych i dzięki poczuciu wartości wyniesionych z tradycji rodzinnej.

Nie mam możliwości wymienienia tu wszystkich przyjaciół, którzy mi pomagali w najtrudniejszych momentach mego życia. Większość z nich już odeszła. Wspomnę tylko Danka Gotowskiego, zmarłego 30 lat temu, który wywarł ogromny wpływ na mój sposób myślenia w ciągu ćwierćwiecza naszej przyjaźni i którego pomoc była bezcenna podczas wielu kryzysów, jakie przyszło mi pokonać.

Ale słowa najgłębszej wdzięczności muszę wyrazić swemu największemu przyjacielowi, mojej żonie Dance, z którą właśnie obchodzimy sześćdziesiątą piątą rocznicę małżeństwa. Wraz ze mną podejmowała najważniejsze decyzje i razem przeżywaliśmy wszystkie nasze sukcesy i kłopoty. Jeśli nie występuje na każdej stronie tej książki, to chciałbym, aby Czytelnik pamiętał, że Ona tam zawsze jest. Dziękuję też naszym dzieciom, Joannie i Michałowi, że są takie, jakie są, i że są moimi wielkimi przyjaciółmi, choć życie podzieliło nas oceanem. I cieszę się naszymi wnukami, Annemarie, Tomkiem i Pawłem, i ich sukcesami. A także prawnuczkami, Beatą i Gemmą, które rozpoczęły następne pokolenie naszej rodziny. Długie życie daje tę wielką radość spotkań czterech pokoleń.

Cieszę się swoim życiem.

1.Korzenie

Wypada zacząć od historii rodziny, a jest ona długa1. Znam z imienia wszystkich swoich przodków od blisko 600 lat, od chwili założenia ksiąg majątkowych w Polsce. Władali oni nieprzerwanie aż do końca XVIII wieku włościami w Regułach na obecnych przedmieściach Warszawy. Możliwe więc było odtworzenie całej genealogii. Ale korzeni rodu wolno doszukiwać się znacznie dawniej, choć to są już domniemania czy nawet legendy.

W końcu pierwszego tysiąclecia, po południowej stronie Alp, gdzieś na granicy obecnej Austrii i Słowenii, miał swoje siedziby potężny ród słowiański, który jako symbol przyjął niedźwiedzia. Łacińska nazwa zwierzęcia – ursus – dała podstawę nazwie rodowej. U schyłku X wieku jedna z gałęzi tego niedźwiedziego rodu przekracza Alpy i osiedla się w Czechach. Zmienia się pisownia, a w ślad za nią wymowa jego nazwy. Teraz jest już notowany w kronikach jako „Vrs”. Wkrótce ród się rozgałęzia i obejmuje coraz większe włości, nadając im nazwy od swego imienia. Dokumenty wymieniają osadę Wrsovicih (dzisiejsze Vršovice, dzielnica praska), mówią o „państwie” Werszowców nad Ohrzą2.

Potężny ród angażuje się w spory i walki z panującym domem Przemyślidów, stanowiąc stronnictwo propolskie i przyczyniając się do objęcia władzy w Czechach przez Bolesława Chrobrego. Po jego ustąpieniu z Pragi Werszowcy utrzymują z Polską stałe kontakty, kiedy więc w XII wieku muszą z Czech uciekać, to uciekają do Polski. Bolesław Krzywousty dobrze ich przyjmuje i nadaje dobra w województwie rawskim. Tu się osiedlają, tworząc linię mazowiecką swojego rodu.

Tutaj też na nowo kształtuje się herb, na którym oprócz starodawnego niedźwiedzia pojawia się postać kobieca, początkowo stojąca, a potem siedząca na zwierzęciu. Jan Nepomucen Bobrowicz pisze: „Przybyli z Czech [w latach] 1100–1108. Werszowici-Rawici, odznaczeni niedźwiedziem, na którym dziewica siedzi, z krzyżem wojennym Rawą. Znaleźli przytułek i opatrzenie, a hasło Rawa stało się ich rodzin nazwą”3.

Z Rawskiego posuwają się Rawici ku Wiśle i w drugiej połowie XII wieku u przeprawy rzecznej rycerz Warsz zakłada osadę, nazwaną od jego imienia Warszawą4, na drugim zaś brzegu zakłada prawdopodobnie Pragę, nazwaną tak od stolicy czeskiej, z którą wiązały się dzieje poprzednich pokoleń Werszowców5. Warsz, syn Męciny, w 1189 roku jest jednym z najbliższych dostojników Kazimierza Sprawiedliwego, a jego syn Goworek około roku 1194 – piastunem i palatynem Leszka Białego6. Rawici pojawiają się również na dworze jego brata Konrada po objęciu przez niego w 1199 roku władzy na Mazowszu.

Z upływem czasu stan posiadania rodu poszerza się o tereny pobliskie. Nowym osadom Rawici nadają nazwy przypominające im miejsca, które musieli opuścić, uchodząc z Czech. To tłumaczy podobieństwa, jakie można dostrzec w nazewnictwie historycznych okolic Pragi i Warszawy. Oto parę przykładów:

Nazwy czeskie

Nazwy polskie

Bozeh

Bożęcin

Czernusek, Czernus

Czernaków

Czirnkow

Czerniaków

Knesivici

Książenice

Otwici

Otwock

Pencicih, Pencice

Pęcice

Police

Polików

Radeiovice

Radziejowice

Rakovice

Rakowiec

Raszin, Rassin

Raszyn

Rehly, Regleh

Reguły

Tvorcov, Tovorcove

Tworki

Ujezd

Jazdów, Ujazdów

Wirbno

Wierzbno

Nasze herby narysowane przez mego Ojca, 1942

Jedną z tych osad są Reguły położone przy starej drodze z Warszawy do Rawy. Werszowcy-Rawici osiedlili się tutaj zapewne już na przełomie XIII i XIV wieku. W latach 1421–1430, gdy zostały założone księgi ziemskie, w Regułach mieszkają trzej dorośli bracia: Piotr, Mikołaj i Falisław. Z tych ksiąg wyłaniają się imiona kolejnych mieszkańców Reguł, ich powiązania majątkowe i stosunki. Nie wiemy wszakże, jak wielu z nich w 1410 roku walczyło na polach Grunwaldu pod chorągwią ozdobioną godłem Rawa, nie wiemy też, czy w 1413 roku brali udział w zjeździe horodelskim, gdzie pośród 47 rodów polskich odnotowano obecność Rawitów7.

Wraz z rozwojem rodu jego gałęzie przybierały przydomki. Gałąź, z której pochodzę, też otrzymała taki wyróżnik. Mój protoplasta Falisław miał syna o tym samym imieniu, którego dla odróżnienia nazywano zdrobniale Falkiem. Od jego przezwiska wszyscy następcy dodawali do swych imion, a potem nazwisk przydomek Falk, stąd i nasza linia w późniejszych wiekach nosiła nazwisko Falk-Regulscy. Przydomek wyszedł z użycia dopiero w XX wieku.

Rzadką możliwość odtworzenia tak długiej genealogii zawdzięczamy przede wszystkim temu, że moi przodkowie twardo trzymali się ziemi rodowej – aż do końca XVIII stulecia, czyli przeszło pięć wieków. A ówczesny stan posiadania panów na Regułach był znaczny. Z opisów granic można domniemywać, że było to co najmniej siedem tysięcy hektarów zwartego obszaru pól i lasów. Gospodarzyli tu moi antenaci: wspomniany Falisław i jego kolejni potomkowie – Falk, Dersław, Jan, Jakub, Krzysztof, Maciej, Jan, Andrzej, Feliks.

Dopiero w 1770 roku Feliks Falk, podstoli łomżyński i wiceregent grodzki lwowski, a w późniejszym okresie mecenas trybunału lubelskiego, sprzedał swoją część Reguł szwagrowi Stanisławowi Ziay-Regulskiemu i przeniósł się w Lubelskie, gdzie posiadł majątek Wielki Las pod Kurowem. Portret Feliksa Falka zachował się w naszej rodzinie, dzięki czemu jest on najstarszym przodkiem o znanej nam twarzy.

Nasza gałąź pochodzi od jego trzeciego, najmłodszego syna, Józefa Franciszka Ignacego Falk-Regulskiego, który urodził się 7 października 1773 roku we wsi swego ojca. Uczeń sławnego liceum w Krzemieńcu na Wołyniu, a następnie Korpusu Kadetów w Warszawie, rozpoczął jako siedemnastolatek burzliwą karierę wojskową w IV pułku piechoty Buławy Koronnej. Jako adiutant polowy bierze udział w powstaniu kościuszkowskim, walczy z wojskami pruskimi pod Szczekocinami, a później w obronie Warszawy. Po upadku powstania emigruje i wstępuje do Legionów Polskich we Włoszech. W latach 1800 i 1801 jest osobistym adiutantem ich dowódcy, generała Dąbrowskiego. Uzyskuje jego przyjaźń i uznanie. W roku 1808 obejmuje dowództwo II pułku Legii Nadwiślańskiej i wraz z nim uczestniczy w kampanii hiszpańskiej. Podczas oblężenia Saragossy wdziera się do miasta przez otwór wykuty w murach, stojąc na czele 80 grenadierów. Pada ranny, lecz zostaje wyniesiony przez żołnierzy na zewnątrz. Prawie przez pięć lat walczy w Hiszpanii, po czym bierze udział w wyprawie moskiewskiej w 1812 roku. Walczy pod Borodino i nad Berezyną. Krzyż z relikwiami, który miał wówczas ze sobą, jest jedną z moich najcenniejszych pamiątek rodzinnych. Za waleczność i zasługi wojenne Napoleon nagrodził go w 1812 roku tytułem Kawalera Cesarstwa Francuskiego (przysługuje on też potomkom Józefa), herbem Falk8 oraz roczną dotacją, której nigdy wszakże nie dostał. Pułkownik był również kawalerem wielu innych orderów, np. Legii Honorowej, komandorii św. Stanisława oraz Krzyża Virtuti Militari. Poza tym otrzymał od cesarza, w dowód jego osobistego uznania, piękny złoty zegarek, pokryty niebieską emalią i okolony sznurkiem pereł. Niestety, nie dotrwał on do naszych czasów.

Po upadku Napoleona pułkownik wraca do Polski i obejmuje komendanturę Korpusu Kadetów w Kaliszu. Jednak nie mogąc pogodzić się z rządami księcia Konstantego i rusyfikacją kadetów, w 1824 roku przechodzi na emeryturę (ma wtedy 51 lat), przez co popada w niełaskę władz.

Żeni się dopiero po zakończeniu wojen i powrocie do kraju. W wieku 42 lat zaślubił szesnastoletnią pułkownikównę Bibiannę Podczaską herbu Rola, córkę poprzedniego komendanta Korpusu Kadetów w Kaliszu. Z małżeństwa tego urodziły się dwie bezpotomne córki oraz jedyny syn Bronisław, którego ojcem chrzestnym został generał Henryk Dąbrowski, upamiętniony w polskim hymnie państwowym.

Pułkownik Józef Falk-Regulski w mundurze komendanta Korpusu Kadetów w Kaliszu, 1816

Po zakończeniu służby wojskowej pułkownik zamieszkał w Warszawie przy nie istniejącym obecnie fragmencie ulicy Kredytowej, łączącym dzisiejszy plac Małachowskiego z ulicą Marszałkowską. Zmarł 24 lipca 1851 roku i został pochowany na Powązkach. Jego grób jest zwieńczony pomnikiem w formie żelaznego krzyża, opartego na czterech symbolicznych kulach armatnich z nazwami największych bitew, w których uczestniczył: Szczekociny, Saragossa, Toledo, Berezyna.

Piszę tu o nim szerzej, ponieważ Józef Falk-Regulski stał się osobą symboliczną w naszej rodzinie. Był bohaterem walk o Polskę, nośnikiem patriotyzmu, a także uznanym autorytetem. Dzięki niemu w rodzinie istniał silny kult napoleoński. Pułkownik stanowił też symbol sukcesów rodziny, ważny dla utrzymania jej tradycji w trudnych czasach porażek, jakie miały nastąpić.

Wojny napoleońskie ostatecznie zakończyły ziemiański okres w dziejach mojej rodziny. Już w następnych pokoleniach nie posiadała ziemi, ale tradycje i dążenia do własności były żywe i dawały o sobie znać.

Syn Józefa, Bronisław, próbował szczęścia w administracji, ponieważ jednak władze rosyjskie pozwalały Polakom obejmować wyłącznie niższe stanowiska, doszedł szybko do szczytu możliwości jako zastępca naczelnika powiatu wieluńskiego. Zmarł w wieku pięćdziesięciu kilku lat. Jego jedyny syn, a mój dziadek, Juliusz, urodził się w Wieluniu w 1854 roku i wychowywany był przez swą babkę pułkownikową, która zastąpiła mu wcześnie zmarłą matkę. Wyrósł w atmosferze kultu dla epoki napoleońskiej, dla otoczonych nimbem bohaterstwa zmagań z okupacją rosyjską. Powstanie 1863 roku przeżył jako chłopiec młody, ale już rozumiejący dramat, jaki się wokół rozgrywał. W dwudziestym piątym roku życia zajmuje poważne stanowisko dyrektora młynów w Warszawie. Ciągnie go wszakże do pracy samodzielnej i wkrótce zakłada jedną z pierwszych w stolicy fabryk odlewów i wyrobów żelaznych (w rejonie obecnej ulicy Śniadeckich), lokując w niej cały majątek. Przedsiębiorstwo dobrze się rozwija. W 1884 roku Juliusz żeni się z Bronisławą Chodakowską, córką zamożnego warszawskiego przedsiębiorcy budowlanego. Panna, oprócz posagu, wniosła swą urodę, energię i silny charakter.

Bibianna z Podczaskich, żona pułkownika, z synem Bronisławem oraz wnuczętami: moim dziadkiem Juliuszem i jego siostrą Józefą, 1866

Pierwszy rok małżeństwa minął im w dostatkach i weselu, ale zaraz potem na rodzinę spadło nieszczęście. Juliusz zaangażował się w dostawy powozów i bryczek do Rosji, jednak ponieważ nabywcy nie uregulowali należności, fabryka popadła w trudności finansowe, które doprowadziły do likwidacji przedsiębiorstwa, a tym samym do utraty całego majątku. W celu uregulowania zobowiązań musieli sprzedać wszystkie cenniejsze przedmioty. Mimo to młoda para wykazała wielki hart ducha. Dziadek przyjął pracę na kolei, będącej wówczas symbolem postępu i nowoczesności. Wiąże się to z wyjazdem na prowincję: początkowo do Zawiercia, a później do Kutna, które stanowiło ważny węzeł kolejowy, obsługujący bogate tereny rolne Kujaw. Dziadek objął odpowiedzialną funkcję zawiadowcy tej stacji.

W pierwszych latach małżeństwa przychodzi na świat trzech synów. Najpierw bliźnięta, Bronisław i Józef, wkrótce po nich Janusz, mój Ojciec. Wiele lat potem rodzi się czwarty syn, Tadeusz, a jeszcze później – Alicja. Utrzymanie tak licznej rodziny to ogromny ciężar, jeśli chce się zachować poziom życia odpowiadający tradycji rodzinnej. Tymczasem spotyka Dziadka kolejny zawód. W 1897 roku umiera brat jego matki, Gustaw Krzywiec-Okołowicz, stary kawaler posiadający wielką fortunę odziedziczoną po swym ojcu. Ponieważ był bezdzietny, cały majątek miał przekazać memu Dziadkowi, jako swojemu siostrzeńcowi i najbliższemu krewnemu. Zapisał go jednak człowiekowi zupełnie obcemu, noszącemu to samo nazwisko. Strata była tym większa, że rozporządził w testamencie również majątkiem własnej siostry (a więc matki Dziadka), którym zarządzał po jej śmierci na podstawie ustnego porozumienia.

Rodzina Regulskich: Juliusz ze swą żoną Bronisławą, jej siostrą Marią Maciejowską oraz synami. Stoją od lewej: mój Ojciec Janusz i Bronisław, siedzą: Józef i najmłodszy Tadeusz, 1905

Dziadkowie przeżyli więc po raz drugi katastrofę materialną. Żyli nadal w trudnych warunkach, ciężko pracując, ale biorąc czynny udział w życiu społecznym oraz towarzyskim. Utrzymanie kontaktów z warstwą ziemiańską miało podstawowe znaczenie, ich utrata groziła bowiem pauperyzacją. Dla urzędnika kolejowego nie było to jednak łatwe. Dziadkowie mieszkali w budynku przy stacji Kutno, nie dysponując ani służbą, ani końmi, które wówczas stanowiły jedyny środek lokomocji, i mając tylko skromne dochody. Ostatecznie udało się im te kontakty utrzymać. Oczywistą pomocą była rodzinna tradycja ziemiańska, uznane szlachectwo, a także napoleoński tytuł potwierdzający przynależność do wyższej klasy społecznej oraz zasługi przodków. Aktywność towarzyska i kultura osobista dopełniły reszty.

Pierwsza wojna światowa zmienia wszystko. Dziadkowie wegetują w Kutnie wraz z córką i najmłodszym synem. Trzej starsi synowie znajdują się w Rosji. Ojciec i stryj Bronisław zostają zmobilizowani do carskiej armii. Stryj Józef pracuje na kolei i jest ewakuowany wraz z taborem kolejowym do Rosji przed nadchodzącą armią niemiecką. Niemieckie władze okupacyjne przejmują kontrolę nad kolejami. Już nie ma wywozu buraków i zboża ani też nikt nie przywozi do Kutna towarów na sprzedaż. Kolej obsługuje front, a do tego nie są potrzebni lokalni pracownicy, zawsze podejrzani o sprzyjanie wrogom. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Dziadkowie przenoszą się do Warszawy. Już wtedy mój Ojciec się wzbogaca i przejmuje rolę głowy rodziny. Następuje zmiana pokolenia, ale i całej epoki. Powstała Polska, o której marzyli. Wszystko staje się nowe.

Dziadek umiera w 1924 roku, na cztery miesiące przed moimi narodzinami. Na jego pamiątkę dano mi na drugie imię Juliusz. Babka przeżyła go o wiele lat – umarła dopiero w 1948 roku. Odegrała w moim dzieciństwie ważną rolę.

2.Ojciec

Muszę tu poświęcić trochę miejsca Ojcu9. On był tym, który przejął pałeczkę w sztafecie pokoleń. W jego cieniu dojrzewałem i kształtowałem swoją osobowość. Był to jeden z wielkich ludzi Dwudziestolecia, budujących II Rzeczpospolitą. Ojciec przyszedł na świat w 1887 roku. Dzieciństwo upłynęło mu w Kutnie. Do szkoły średniej został wysłany do Warszawy, do znanego gimnazjum Edwarda Rontalera. Zapewniało ono możliwość dobrego życiowego startu, ale czesne i utrzymanie na stancji w Warszawie było kosztowne. Dziadkom pomogła rodzina. Ojciec wzrastał więc w świadomości, że koszty wychowania jego i braci przekraczają możliwości finansowe rodziców, a pomoc rodziny nie będzie trwać wiecznie. Szybko zatem musiał stać się niezależny. Nauczyło go to koncentracji wysiłku dla osiągnięcia celu w jak najkrótszym czasie.

Szkoła Rontalera znajdowała się przy dzisiejszej ulicy Śniadeckich. Było to jedno z najlepszych gimnazjów prywatnych, w którym panowały surowe zasady porządku i dyscypliny. Uczeń miał się nie tylko uczyć, lecz także zachowywać zgodnie z określonymi regułami. W szkole, mimo rosyjskiego języka wykładowego i ścisłego nadzoru administracji rosyjskiej, silny był duch polskiego patriotyzmu. Rok 1905 przyniósł wrzenie rewolucyjne, które objęło również młodzież. Zaczęła się ona domagać wprowadzenia języka polskiego do szkół, a gdy tego odmówiono, rozpoczęła strajk. Ojciec jako uczeń jednej z ostatnich klas był mocno zaangażowany w jego organizację. Opowiadał mi, jak wraz z grupą kolegów wtargnęli do sąsiedniej szkoły żeńskiej, przerwali prowadzone tam lekcje i odesłali przerażone panienki do domów.

Strajk zakłócił dotychczasowe funkcjonowanie szkół. Maturę Ojciec musiał zrobić już jako ekstern. Ale właśnie wtedy otworzyła się niespodziewanie szansa. Dziadkowie otrzymali spadek, który umożliwił im sfinansowanie studiów za granicą dwóm z czterech synów. Wybór padł na najstarszego Bronisława i na mego Ojca, gdyż oni byli najlepiej przygotowani. Wyjechali do Liège w Belgii, gdzie Ojciec zaczął studiować ekonomię, a stryj – inżynierię. Ojciec w ciągu trzech lat uzyskał licencjat, ale jego dyplom zawiera stopnie raczej średnie. Kiedy w rozmowach z nim lekko się podśmiewałem, że jednak nie był wzorowym studentem, wyjaśniał mi, że musiał wygrać wyścig z czasem. Jego studia stanowiły ogromne obciążenie dla finansów rodziny, uważał więc za swój obowiązek, aby korzystać z tej pomocy jak najkrócej. Stopnie miały znaczenie drugorzędne. Liczył się czas, no i dyplom oczywiście. Hierarchizacja celów, orientacja na realizowanie konkretnych zadań i docenienie znaczenia czasu – wszystko to stanowiło zasady, których przestrzegał przez całe życie. I które w dużym stopniu mi przekazał.

Po powrocie do kraju powstał dylemat, co robić dalej. Dziadek miał dla niego przygotowaną posadę w banku w Kutnie, jednak Ojciec odrzucił tę propozycję. Postanowił szukać szczęścia na własną rękę. Pojechał do Hamburga. W tym wielkim porcie otwartym na świat spodziewał się znaleźć swoją szansę. Dziadek czuł się zawiedziony. Ofiarował mu 50 rubli, zapowiadając, że nie może dać nic więcej. Ale Ojciec nie chciał małej stabilizacji w prowincjonalnym mieście.

Pierwszy okres w Hamburgu był bardzo trudny. Ojciec podejmował się różnych prac. Przez pewien czas zarabiał pakowaniem jaj wysyłanych statkami do Ameryki przez firmę polskiego Żyda pośredniczącego w handlu z Ukrainą. Jednak po roku, znając już dobrze język i niemiecki sposób pracy, dostał się do AEG, wielkiej firmy elektrycznej, która wyszukiwała najzdolniejszych i prowadziła własną szkołę dyrektorów. Ci wybrańcy zaczynali od najniższego szczebla. Ojciec zaczął od noszenia narzędzi i drabiny za monterami. Na każdym stanowisku pracowali po parę tygodni, przerzucani z miasta do miasta, systematycznie obejmując coraz odpowiedzialniejsze funkcje. Byli obserwowani, a raporty pisane przez ich przełożonych dotyczyły nawet najbardziej osobistych sfer życia. Po dwóch latach pracy w takim rygorze jedynie nieliczni wytrzymywali presję. Spośród nich wybierano ludzi na stanowiska kierownicze.

Mając 25 lat, Ojciec otrzymał polecenie przeprowadzenia kontroli w oddziale AEG w Łodzi, a następnie zwolnienia dyrektora i zajęcia jego miejsca. Dla tak młodego człowieka było to bardzo wysokie stanowisko i wielkie wyzwanie. Nie jest łatwo zwolnić znacznie starszego od siebie człowieka i zastąpić go w taki sposób, aby uzyskać zaufanie pracowników i móc później efektywnie z nimi pracować. Ojciec zdał ten egzamin. Młody, przystojny, dobrze zarabiający dyrektor oddziału poważnej firmy wkrótce znalazł się w centrum łódzkiej elity towarzyskiej.

Wybuch pierwszej wojny światowej przerwał jednak świetnie zaczynającą się karierę. Ojciec został zmobilizowany do rosyjskiej armii i skierowany na front. Zaczęła się blisko czteroletnia gehenna. Aż do wybuchu rewolucji rosyjskiej był cały czas na pierwszej linii frontu, odniósł rany w Karpatach, walczył na Wołyniu i na froncie rumuńskim. Jako adiutant, szef sztabu pułku, a następnie dywizji uzyskiwał kolejne awanse i odznaczenia. Ale i zdobywał doświadczenie, będąc często zmuszonym do zastępowania swoich dowódców – kniaziów, którzy woleli pić, niż wydawać rozkazy.

Mógł się pochwalić wszystkimi orderami bojowymi, dostępnymi młodszemu oficerowi. Uczestniczył w wielu ciężkich bojach, zwiadach, atakach. W 1916 roku brał udział w ofensywie Brusiłowa na Wołyniu. Kilkanaście kilometrów od pozycji jego jednostki po stronie przeciwnej walczyły Legiony. Niejedyny to raz, gdy Polak walczył przeciw Polakowi. Ojca bardzo denerwowały późniejsze opisy walk, w których autorzy, wychwalając bohaterstwo Legionów, obrzucali wojska rosyjskie wszelkimi rodzajami epitetów. „Ruscy sołdaci” należało do łagodniejszych. „Ja też byłem jednym z tych sołdatów” – mówił z żalem. Jednostronność ocen historycznych i naginanie ich do aktualnych potrzeb nie od dziś należy do niedobrych polskich zwyczajów.

Rewolucja rosyjska zastaje Ojca na froncie rumuńskim. Podejmuje on wysiłek stworzenia Związku Żołnierzy Polaków. Dociera do I Korpusu Polskiego generała Józefa Dowbor-Muśnickiego i zostaje adiutantem II dywizji, stacjonującej w Zubcowie, daleko od ośrodka Korpusu. W czasie prób połączenia sił sztab dywizji aresztują bolszewicy. Ojciec spędza kilka tygodni, wraz z pięcioma innymi oficerami, uwięziony w wagonie towarowym na stacji w Orszy, a później w Mohylowie. Każdego dnia grozi im śmierć ze strony rewolucyjnych band. Jest najmłodszy rangą, ale najsilniejszy psychicznie, staje się nieformalnym przywódcą grupy. Zawiadamia wartę, że więźniowie zawiązali komitet i że on, w imieniu tego „sowietu”, żąda przekazania ich centralnym władzom. Formalnie nie byli bowiem więźniami, tylko internowanymi. Komenda dworca nie bardzo wiedziała, co ma z nimi zrobić, więc chętnie wysłała ich do Piotrogrodu (jak wówczas nazywał się Petersburg). Tam zostali przekazani do dyspozycji złowieszczej policji politycznej bolszewików, tzw. Czeka (Nadzwyczajna Komisja do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem). W wyniku bezpośredniej i dramatycznej rozmowy z jej szefem, Feliksem Dzierżyńskim, Ojciec uzyskał prawo do pobytu w Piotrogrodzie pod warunkiem codziennego meldowania się.

Ojciec sądził, że fakt, iż byli Polakami, przyczynił się do łagodnego ich potraktowania przez Dzierżyńskiego. Mógł ich przecież po prostu kazać rozstrzelać. Tymczasem zaś polecił wystawić całej grupie odpowiednie zaświadczenia i osobiście je podpisał. Widziałem to, które dotyczyło Ojca. Niestety, zaginęło w czasie drugiej wojny światowej. Na dole kartki Dzierżyński postawił kreskę grubym niebieskim ołówkiem. Ojciec nigdy się nie dowiedział, co ona znaczyła. A mogła oznaczać wszystko, dlatego nigdy się tym zaświadczeniem nie legitymował. Oczywiście, nigdy się też nie zameldowali w Czeka. Zimą 1918 roku przeszli przez linię wojsk niemieckich w Estonii. Tam Ojciec został aresztowany jako szpieg rosyjski, udało mu się jednak wyjść i z tej opresji. Pod konwojem odstawiono go do Warszawy.

Wrócił do Łodzi. Miejscowe środowisko przywitało go z entuzjazmem. Mało kto wierzył, że żyje, ale wszyscy pamiętali jego działalność zawodową, dzięki czemu łatwo odzyskał pozycję społeczną, jaką cieszył się przed wojną. Po tych czterech latach był jednak innym człowiekiem. Miał lat 30. Widział ludzkie tragedie, mordy i pożary. Widział rewolucję i barbarzyństwo. Patrzył śmierci w oczy. I wiedział, że jeśli przeżył, to nie tylko dzięki szczęściu, lecz także dzięki własnej zaradności. Zawsze mówił, że w życiu trzeba mieć szczęście, ale też powinno się mu dobrze pomagać, bo samo nic do rąk nie wpadnie. Trzeba łapać w lot okazje, a to znaczy, że powinno się być do tego przygotowanym. Wiedział doskonale, jak wielką wartość ma pomoc i sympatia innych ludzi. Bez niej pewnie by tych lat nie przeżył. Ale wiedział również, że należy na nią zapracować. Trzeba zasłużyć na zaufanie. Trzeba ludzi szanować. Nauczył się przewidywania ruchów nieprzyjaciela oraz trudności, które samemu przyjdzie pokonywać. Był gotów do odgrywania wielkich ról, jakie mu los przeznaczy. I był silny poczuciem własnej siły.

Po wojnie Ojciec nie wrócił już do AEG. Rozstał się z nią w konflikcie, gdyż firma nie wywiązała się ze zobowiązań wobec jego rodziców, którym – jako rodzicom zmobilizowanego oficera – przysługiwała pomoc finansowa. Dało się to w pewnym stopniu zrozumieć, gdyż firma była niemiecka, a on był oficerem armii rosyjskiej, zatem wrogiem. Ojciec przeszedł do konkurencyjnego Siemensa.

Ogromna część elektrowni na terenach powstającego państwa polskiego należała do Niemców. W gronie polskich przemysłowców narodziła się więc myśl, że elektrownie powinny być przejęte przez polskich właścicieli. Dla Ojca nie ulegało wątpliwości, że zaopatrzenie energetyczne jest warunkiem rozwoju kraju i że kluczowe znaczenie będą miały inwestycje w energetykę. Stał się jednym z inicjatorów polskiej grupy kapitałowej, która podjęła się zadania wykupu elektrowni z rąk niemieckich.

Należało się spieszyć. Niepewna sytuacja polityczna skłaniała inwestorów do wycofywania się z terenów już utraconych przez Niemców. Było jasne, że wkrótce sytuacja się ustabilizuje, nastroje uspokoją, a ceny będą coraz wyższe. Dlatego niezwłocznie powołano spółkę akcyjną Siła i Światło, która została zarejestrowana już 8 grudnia 1918 roku, jako pierwsza spółka w niepodległej Polsce. Organizatorzy przechodzili do niej sukcesywnie, w miarę jak powstawały potrzeby i możliwości. Ojciec objął początkowo stanowisko dyrektora handlowego. Z biegiem czasu Siła i Światło rozrosła się w potężny koncern z udziałem kapitału belgijskiego.

W 1918 roku Ojciec miał już 31 lat i chciał założyć rodzinę. Włączyły się rodzinne swatki. Jego ciotka była żoną Stefana Maciejowskiego z Zawiercia, którego bratanica Halinka właśnie skończyła 18 lat, więc wszyscy uznali, że stanowiłaby świetną partię. Ojcu ta sugestia przypadła do serca, gdyż panienka była ładna, miła i mądra. Jej z kolei odpowiadał mężczyzna owiany legendą żołnierza i mający przed sobą dobrze zapowiadającą się karierę. W listopadzie 1919 roku zawarli ślub w Warszawie.

Ojciec Haliny, Ignacy Maciejowski, pochodził z rodziny ziemiańskiej, która przez wiele stuleci żyła i pracowała na Lubelszczyźnie. Jego matką była córka tajnego radcy dworu pruskiego Gustava Adolfa von Tschoppe, wychowana po śmierci rodziców przez ciotkę w Polsce, więc w dużym stopniu spolonizowana. Po jej wczesnej śmierci mój pradziadek Władysław ożenił się z wdową, panią Starczewską, z domu księżną Golicyn. Posiadała duży majątek na granicy Wołynia i Polesia. Dojeżdżało się koleją do Kowla, a potem 12 godzin końmi! Kontakty rodzinne były więc utrudnione. Kiedy pradziadek umarł, jego dzieci nie mogły odziedziczyć majątku, gdyż były Polakami i katolikami, a to wykluczało możliwość dziedziczenia po osobie prawosławnej i Rosjance.

Nie mogę pominąć tu pewnego wydarzenia, do którego doszło wiele lat później, w czasie okupacji hitlerowskiej. Mój Dziadek i jego brat Stefan byli synami rodowitej Niemki, a więc powinni być zapisani co najmniej jako volksdeutsche. Stefan szedł pierwszy do urzędu wyrabiać kenkartę. Namawialiśmy go, aby podał fałszywe nazwisko matki. „Ja nigdy nie kłamałem!” – wykrzyknął oburzony. Bardzo więc denerwowaliśmy się, czekając na jego powrót z urzędu. Wrócił wesoły i opowiedział, że jak się urzędnik zapytał o nazwisko matki, to odpowiedział zgodnie z prawdą, pomijając jedynie „von”. A potem obrugał urzędnika, gdy ten go się zapytał o pisownię. I w dokumencie miał wpisane nazwisko matki: Czop. Jak zmiana kilku liter zmienia rzeczywistość!

Wśród Polaków po powstaniu styczniowym ślub z Rosjanką przyjmowany był ze zgorszeniem. Mój Dziadek nigdy nie uznał tego małżeństwa swego ojca i miał o nie wielką pretensję. Natomiast chętnie nawiązywał do niemieckiej krwi matki. Dziadek nie otrzymał żadnego majątku, więc pracował w przemyśle. Powoli awansując, bez studiów, jedynie na podstawie zdobywanych umiejętności praktycznych, został dyrektorem tkalni w Zakładach Włókienniczych w Zawierciu. To było poważne stanowisko, łączące się z wysokimi dochodami. Dziadkowie mieli zatem duży dom i co roku jeździli z dziećmi za granicę do Francji i Szwajcarii. Cieszyli się wysoką pozycją społeczną w środowiskach przemysłowych i inteligenckich w Zagłębiu Dąbrowskim. Dopiero wojna poderwała ich sytuację. Zakłady Włókiennicze przestały produkować, ale inne inicjatywy gospodarcze Dziadka i posiadane zasoby pozwoliły wejść w nową, powojenną rzeczywistość w dobrej kondycji materialnej.

Dom Dziadków był pełen dziewiętnastowiecznych tradycji. Babka zawsze ubierała się w ciemnych kolorach, kontynuując żałobę po powstaniu 1863 roku. Nosiła też tylko ciemną biżuterię. Miarę jej uczuć patriotycznych stanowiła żelazna obrączka. Oryginalną, złotą, przekazała na Skarb Narodowy powstającej Polski. Matka ukończyła gimnazjum w Zakopanem, a później w Warszawie parokrotnie podejmowała próby studiów uniwersyteckich, jednak obowiązki i pokusy życia towarzyskiego i prowadzenia domu otwartego wiodły do ich zaniechania. W sierpniu 1920 roku przyszła na świat moja starsza siostra Hanna. Ofensywa bolszewicka zbliżała się do Warszawy. Matka wyjechała więc do swych rodziców do Zawiercia, aby być dalej od frontu. Ojciec zgłosił się na ochotnika do wojska.

Doświadczenia Ojca z lat wojny i rewolucji bolszewickiej ukierunkowały jego sposób myślenia. Uważał, że podstawowym zadaniem wszystkich obywateli jest ustabilizowanie powstającego państwa. Bez stabilizacji nie dało się myśleć nie tylko o rozwoju, ale nawet o przetrwaniu. Polska nie miała wtedy przyjaciół wśród mocarstw europejskich. Była skazana na własne siły, powinna je więc spożytkować na kluczowe sprawy. Dlatego z ogromnym niepokojem i dezaprobatą patrzył Ojciec na akcje Piłsudskiego na wschodniej granicy. Miał w oczach bezkresne obszary rosyjskie i ogromne masy ludzi tam mieszkających. Widział też stopień rozbudzonych emocji i barbarzyństwa. Zdawał sobie sprawę ze słabości Polski, dlatego uważał, że nie należy angażować się w tamtym kierunku, opierając się na mrzonkach, jakimi były aspiracje niepodległościowe Ukrainy. Próby odtworzenia tego państwa zostały zniszczone przez wojska Białych, głównie przez Denikina w jego marszu na północ. Toteż Ojciec sprzeciwiał się operacji kijowskiej, która odciągała nasze siły od granic zachodnich. Jednak gdy Tuchaczewski zagroził Warszawie, Ojciec natychmiast zgłosił się do wojska. Został kierownikiem I oddziału w Kwaterze Głównej Naczelnego Wodza. Przeprowadził osobistą inspekcję oddziałów wzdłuż dolnej Wisły. Był przerażony ich słabością wobec nadchodzącej armii sowieckiej. Ale wielokrotnie później podkreślał swoje uznanie wobec zdolności dowódczych Piłsudskiego i jego sukcesu, tak często kwestionowanego. Chciano go zastąpić cudem nad Wisłą i śmiercią księdza Skorupki. Niestety, nigdy Polacy nie potrafią uznać własnych sukcesów ani osób, którym je zawdzięczają.

W czasie tej paromiesięcznej służby spotkał się po raz pierwszy z legionistami, co zaważyło na jego negatywnym stosunku do całej grupy, a także do Piłsudskiego. Ojciec miał duże doświadczenie wojskowe. Zakończył wojnę w stopniu kapitana, odpowiadającym w rosyjskim wojsku polskiemu majorowi. Tymczasem znalazł się wśród pułkowników, których jedynym doświadczeniem było często dowodzenie jakimś małym oddziałem strzeleckim lub działalność w POW. Wielu z nich uważał za ignorantów, zadufanych w swoich rzekomych umiejętnościach.

Dawni oficerowie armii carskiej byli przez legionistów traktowani niechętnie i często poniżani. Ojciec odczuł to na sobie. Zakwestionowano dokumentację jego służby wojskowej, sporządzoną przez dowództwo I Korpusu generała Dowbor-Muśnickiego. Zachowała się jego korespondencja z władzami wojskowymi w tej sprawie. W rozmowach ze mną wielokrotnie powracał do tego tematu, był tym głęboko zraniony. Podano bowiem w wątpliwość jego prawdomówność. W grudniu został zdemobilizowany na wniosek Ministerstwa Przemysłu. Potrzebowano go na polu gospodarki. Ale niesmak kontaktów z legionistami pozostał.

Ojcu zupełnie obce były porywy romantyczne. Zawsze z nimi walczył. „To nie ma sensu, nie tędy droga” – wielokrotnie mówił. Nie lubił polskiej martyrologii, uważał, że trzeba tworzyć, budować. Był rzecznikiem dziewiętnastowiecznej filozofii pozytywistycznej: praca organiczna, sprawna organizacja, celowość działania, technika, wolność gospodarcza – to zasady, którymi się kierował. Głębokie poczucie współodpowiedzialności za świeżo odzyskane państwo sprawiało, że za najwyższe zadanie uważał pracę na rzecz Polski. I to nie były puste słowa.

Nie należał nigdy do żadnej partii. Nie znosił działalności politycznej, zwłaszcza w wydaniu polityków lat dwudziestych. Wielokrotnie w rozmowach powracał do zabójstwa Narutowicza jako do przykładu ilustrującego, do czego może doprowadzić rozpasanie polityków usiłujących grać na emocjach społecznych. Ta zbrodnia miała szczególne znaczenie dla pokolenia ludzi tworzących zręby niepodległego państwa, będącego realizacją ich marzeń. Warcholstwo w Sejmie przeżywał głęboko. Ale widział, że mimo tych gier kraj powoli się stabilizuje. Wysoko oceniał reformę Grabskiego, która umożliwiła rozwój gospodarczy.

Jednakże zamach stanu dokonany w 1926 roku przez Piłsudskiego brutalnie unaocznił, iż państwo nie jest jeszcze stabilne. Ojciec zdecydowanie potępiał zamach. Jego zmysł państwowy nie mógł zaakceptować złamania siłą legalnej władzy. Mój stryj Bronisław, wówczas już pułkownik, ruszył na odsiecz rządowi wraz z oddziałami poznańskimi. Nie dotarli na czas, a stryj na szereg lat poszedł w odstawkę i z awansem generalskim musiał czekać na śmierć Piłsudskiego.

Walki uliczne w Warszawie przetoczyły się przez Marszałkowską, gdzie mieszkaliśmy. Widomym znakiem po nich była dziura w suficie salonu, którą dobrze pamiętam. Podobno służąca wychyliła się przez okno, żeby zobaczyć, jak strzelają, i ktoś do niej strzelił – chybiając na szczęście.

Szybko rozwijająca się kariera Ojca i wzrastające dochody umożliwiły mu wynajęcie tego dużego mieszkania przy Marszałkowskiej 85. Miało sześć pokoi. Na prawo od wejścia – duży salon z oknami od ulicy. Obok gabinet, który jednak nie służył Ojcu, gdyż Ojciec nigdy nie pracował w domu. Dalej sypialnia, też od ulicy. Od podwórza były dwa mniejsze pokoje sypialne, w których spały dzieci, kiedy przyjeżdżaliśmy do Warszawy. Dalej stołowy ze śmiesznym narożnym oknem, wychodzącym w kącie podwórka, za nim kuchnia, spiżarnia, pokoik służącej i wyjście na kuchenną klatkę schodową.

Klatka kuchenna to coś, co dziś już nie istnieje. A wtedy było istotnym elementem każdego domu. Frontową klatką chodzili właściciele mieszkań, ich rodziny i goście. Służba używała klatki kuchennej. Nią też odbywał się transport wszelkich towarów. Ona miała połączenie z piwnicami, w których składowano węgiel i kartofle. Noszenie węgla na wyższe piętra łączyło się z dużym wysiłkiem. A węgiel był konieczny zarówno do palenia w kuchni, jak i do ogrzewania mieszkania piecami kaflowymi. Lodówki były na lód. Do mieszkań co kilka dni przynoszono bloki lodu wycięte w zimie ze stawów i przechowywane w lodowniach ziemnych. Rozbite na mniejsze kawałki bloki wrzucało się do odpowiedniego przedziału specjalnej komódki, będącej lodówką. W pozostałych częściach, oddzielonych od lodu ściankami z blachy, kładziono to, co miało być chłodzone.

Posiadanie telefonu uchodziło za coś wyjątkowego, ale myśmy telefon mieli. Numery składały się z czterech cyfr, co oznaczało, że w Warszawie mieszkało jedynie kilka tysięcy abonentów. Nie było książek telefonicznych. Każdy miał zapisane numery osób, do których miał interesy. Pamiętam, jak kiedyś przyszli znajomi i jeden z nich miał pilny interes zawodowy. Koniecznie musiał się z kimś porozumieć. Ale nie pamiętał numeru. Ktoś powiedział: „Po co się martwisz? Powiedz telefonistce nazwisko, ona cię połączy”. I rzeczywiście – panienka w centrali natychmiast połączyła. Nawet nie musiała nigdzie zaglądać.

Dążenie do nowinek technicznych było powszechne. Na rogu Hożej i Marszałkowskiej znajdował się bar. Dla zwiększenia zainteresowania właściciel wprowadził innowację. W ścianie zrobił dziurę, gdzie należało wrzucić monetę, i wtedy automatycznie z kraniku leciała do podstawionego kieliszka wódka. Ale jak głosiła plotka, to nie był automat, tylko za ścianą siedział kelner, który otwierał kranik. Podobno kiedyś chciał zaoszczędzić i nalał jedynie połowę kieliszka. Zdenerwowany klient zastukał w ścianę i krzyknął: „Te, dolej!”. Wtedy zza ściany odezwał się głos: „Tu się nie gada. Tu automat”.

* * *

Siła i Światło stawała się jedną z najpoważniejszych polskich grup finansowych działających na rzecz elektryfikacji kraju. Polski rynek kapitałowy był słaby. Nie istniały kapitały wystarczające do prowadzenia działalności inwestycyjnej na skalę, o jakiej myślał Ojciec. Zarazem obawiał się on kapitału obcego, spekulacyjnego, nastawionego wyłącznie na szybki zysk. Taki kapitał nie służył rozwojowi. Ojciec wielokrotnie przytaczał przykład Elektrowni Warszawskiej (będącej własnością Francuzów), która nie chciała inwestować w rozwój sieci, a tym samym ograniczała dostęp do energii elektrycznej, blokując rozwój. Przeciwstawiał się on więc sprzedaży akcji Siły za granicę. W końcu po paroletnich staraniach znalazł rozwiązanie. Większościowy pakiet akcji kupili Belgowie, ale jednocześnie stworzono bardzo misterny system wzajemnych uwarunkowań, które gwarantowały zarządowi autonomię w podejmowaniu decyzji.

Znaczenie grupy rosło i rosła pozycja Ojca. Powoli stawał się osobą decydującą, co zostało potwierdzone formalnymi zmianami. Wprowadzono jednoosobowy zarząd z Ojcem jako prezesem. Stał się motorem rozwoju Siły i Światła, która podejmowała coraz to nowe inicjatywy. Wybudowała kolejkę EKD do Grodziska, Milanówka i Włoch, stworzyła miasto ogród Podkowę Leśną, kupiła fabrykę kabli w Bydgoszczy i rozpoczęła budowę nowej w Lubartowie, w ramach programu COP. Powstał holding skupiający kilkanaście dużych spółek, takich jak elektrownie, tramwaje i koleje dojazdowe, kopalnia węgla i fabryki produkujące na rzecz elektryfikacji.

Ojciec był zafascynowany rozwojem i nowoczesnością. Uważał, że jest to droga do wydostania się z biedy i nadrobienia opóźnień wywołanych rozbiorami. Pamiętał dobrze warunki, jakie istniały w carskiej Rosji, widział, co to jest bolszewizm. Twierdził, że Polska musi się związać z Zachodem, ale w tym celu trzeba zmniejszyć dzielącą nas od niego różnicę w poziomie rozwoju. Uważał więc za niezbędne unowocześnienie gospodarki, jej rozwój i współpracę z firmami zachodnimi. Ojciec był fanatykiem dobrej i uczciwej pracy, a wrogiem wszelkich działań pozornych, krętactwa i gadulstwa. W tych sprawach potrafił być brutalny, obnażając działania nierzetelne. Wiele wymagał od siebie i od innych. Nie znosił, gdy ludzie starali się usprawiedliwić swe błędy czy nieudolności jakimiś nadzwyczajnymi powodami. Zawsze mi powtarzał: „Bądź dla siebie sędzią, a nie adwokatem”.

W połowie lat trzydziestych ramy grupy Siła i Światło stały się dla Ojca zbyt wąskie. Reprezentując zaprzyjaźniony kapitał belgijski, przeprowadził zakup papierni Mirków w Jeziornie pod Warszawą, a później papierni Klucze. Przed samą wojną wszedł również do zarządu zakładów metalowych w Ostrowcu Świętokrzyskim. Pamiętam, że kiedyś zrobiłem listę wszystkich jego funkcji. Wyszło ich coś ponad 30 – członkostw zarządów, rad nadzorczych i stanowisk w organizacjach przemysłowych. Był człowiekiem instytucją, uważanym przed wybuchem wojny za jednego z najważniejszych ludzi w przemyśle polskim.

Zadziwiające jest, że znajdował czas na sprawy pozazawodowe. Pierwsze spośród jego licznych hobby stanowił automobilizm. Już w początku lat dwudziestych kupił pierwszy samochód, tatrę. Potem już zawsze mieliśmy samochody. Najpierw jeden, potem dwa, a był i moment, że mieliśmy trzy. Ojciec zaczął uczestniczyć w wyścigach i rajdach. Posiadał nawet polski rekord szybkości, który wynosił dziewięćdziesiąt kilka kilometrów na godzinę! Jako przewodniczący komisji sportowej Automobilklubu Polskiego był komandorem wszystkich większych imprez, reprezentował Polskę w międzynarodowej organizacji automobilowej. Poświęcał wiele czasu, aby stworzyć z Automobilklubu silną organizację, zdolną do przeprowadzania dużych imprez. Jako wiceprezes klubu Ojciec faktycznie nim kierował, gdyż prezesura miała charakter honorowy i była ofiarowywana ministrom komunikacji.

Ojciec i bugatti, lata dwudzieste XX wieku

Pasja automobilowa znalazła ujście w wielkich wyprawach turystycznych. W ciągu corocznych podróży Rodzice objechali całą Europę, a także północną Afrykę10. To były zupełnie inne warunki niż obecnie: nie istniały autostrady, a ówczesne drogi dziś uznalibyśmy za fatalne. Na przełęcze alpejskie musieli się wspinać drogami budowanymi dla jucznych zwierząt, a bezdroża Atlasu czy Sahary pokonywać trasami karawan. Pasją automobilizmu przejęła się także moja Matka, która zaczęła startować w zawodach i wkrótce stała się jedną z najlepszych polskich automobilistek.

Po kilku latach fascynacji automobilizmem otworzyło się nowe pole zainteresowań Ojca – łowiectwo. Pasjonował go udział w polowaniach na grubego zwierza: wilki, sarny, jelenie, kozice w Alpach. Upolował nawet niedźwiedzia w Karpatach Wschodnich. Jego wyjazdy na polowania stały się nieodłącznym elementem życia naszej rodziny. Należał do kilku kół łowieckich na Polesiu i wyjeżdżał tam parę razy do roku. Były to polowania zaplanowane z dużym wyprzedzeniem albo zupełnie nagłe, w odpowiedzi na telegram, że w jakimś ostępie na Polesiu wilki zostały osaczone. Gdy w zimie spadły śniegi, starano się wilki zlokalizować, aby je ofladrować (czyli otoczyć fragment lasu, gdzie się znajdowały, fladrami, tzn. linkami z przymocowanymi czerwonymi chorągiewkami, których wilki bardzo się bały). Wtedy do Warszawy przychodziły elektryzujące telegramy. Ojciec i jego przyjaciele rzucali wszystko. W ciągu paru godzin musieli wyjechać, aby po dwóch dniach dojechać na miejsce, w serce Polesia, i stanąć do rozprawy z wilczym stadem.

Ojciec był świetnym strzelcem. Pamiętam, że do jego popisowych numerów należało ścinanie drzew strzałami z karabinu myśliwskiego. Na ogół drzewko o średnicy pnia około 10 centymetrów ścinał trzema strzałami. Wystartował kiedyś dla zabawy w mistrzostwach w strzelaniu myśliwskim do ruchomych celów – dzika, jelenia. Zupełnie nieoczekiwanie zdobył mistrzostwo Polski. Potem startował już corocznie i tych tytułów nazbierał wiele. Ostatnią jego pasją przed wojną był golf. Powstał wtedy klub w Powsinie i Ojciec, który uwielbiał wysiłek fizyczny, zaczął regularnie tam jeździć. W tej dziedzinie nie miał już jednak sukcesów.

Ale nie tylko sam uprawiał sport. Starał się zachęcić do niego innych, przede wszystkim młodzież. W połowie lat trzydziestych zainicjował i sfinansował doroczny konkurs dla młodych tenisistów. Odbyły się trzy kolejne edycje. W 1939 roku połowa polskiej reprezentacji tenisowej składała się z jego triumfatorów. Wśród nich znaleźli się Czesław Spychała i Ksawery Tłoczyński. W latach sześćdziesiątych podobny turniej stworzył Bohdan Tomaszewski, znany dziennikarz. Nie mam wątpliwości, że była to kontynuacja turnieju mego Ojca, bo Tomaszewski też w nim startował i nawet doszedł do finału. Szkoda tylko, że nigdy nikt nie wspomniał, iż już istniał pierwowzór, na którym się opierał. Ojciec zawsze chętnie się dzielił swoim dorobkiem i zawsze się cieszył, jeśli inni wykorzystywali go z pożytkiem społecznym.

Wychowywałem się pod wpływem tej wyjątkowej osobowości. Uznałem wiele jego zasad za własne i starałem się nimi w życiu kierować. Dużo mu zawdzięczam. Jednak gdy się dorasta, trzeba tworzyć własny świat i przestać się porównywać, bo to prowadzi zawsze do wniosku, że jest się gorszym. Ale wyzwolenie się spod wpływu takiej osobowości nie jest łatwe. W pewnym okresie życia było to dla mnie wielkie wyzwanie. Jednak od początku tworzyłem swoją karierę samodzielnie. Zresztą jego świat już wtedy leżał w gruzach. A on sam, gdy zaczynałem być samodzielnym, siedział w więzieniu.

3.Dzieciństwo (1924–1931)

Pokój wypełniali ludzie. Stali za mną, a ja stanowiłem ośrodek zainteresowania. Byłem wysoko. Prawie na wysokości ich twarzy. Coś ze mną robili, ale nie interesowałem się tym.

Po lewej stronie znajdowało się okno, a za oknem, w alei wysadzanej drzewami, stał ON – samochód Rodziców, marki  M é t a l l u r g i q u e.  Wspaniała czarna kareta z kwadratowym dachem i ze wspaniałymi dwoma reflektorami na przodzie. Interesował mnie tylko ON. Reszta się nie liczyła.

To był mój chrzest… Najdawniejsze wspomnienie, jakie zachowało się w mojej pamięci. Chrzest w kancelarii parafialnej kościoła św. Barbary na Koszykach w Warszawie. Ten budynek stał i nadal stoi przy małej uliczce wysadzanej starymi drzewami, łączącej teren kościoła z ulicą Nowogrodzką obok budynku Romy. Był rok 1927. Miałem już wtedy trzy lata.

Urodziłem się w lipcu 1924 roku w Zarybiu na pograniczu dzisiejszej Podkowy Leśnej, która wówczas jeszcze nie istniała. Był podobno ciepły dzień. Ojciec kazał szybko zaprzęgać siwki do bryczki i przywieźć z odległego o kilka kilometrów Brwinowa panią doktor Tarwidową. Wszystko odbyło się bez problemów, chociaż miałem podobno wielką głowę. „Mały będzie filozofem” – ogłosiła nasza kucharka.

Rodzice kupili Zarybie rok przed mym urodzeniem. Ojciec mówił, że tworzy sobie miejsce na starość. Ale nie sądzę, żeby mówił to serio. Miał wtedy dopiero 35 lat i właściwie rozpoczynał karierę. Myślę raczej, iż była to chęć nawiązania do ziemiańskich tradycji rodzinnych sprzed półtora wieku. Wówczas jeszcze pokutowało przekonanie, że posiadanie ziemi dodaje prestiżu rodzinie, że trzeba łączyć życie miejskie z możliwością wypoczynku na wsi. Ale chyba najważniejsze były dwa inne powody. Jeden czysto osobisty: Ojciec kochał budować, tworzyć nowe rzeczy. I chciał stworzyć nowoczesne gospodarstwo wiejskie. W dodatku była to świetna inwestycja. Zarybie graniczyło z terenami, gdzie wkrótce – przy walnym udziale prowadzonej przez Ojca spółki Siła i Światło – miała powstać Podkowa Leśna i kolej EKD. Było oczywiste, że wartość wszelkich inwestycji na tych terenach wzrośnie wielokrotnie. Stanowiło to dobre zabezpieczenie starości, również finansowe.

Moja Matka Halina przed domem w Zarybiu z samochodem marki Métallurgique, 1925

Napisałem, że Ojciec kupił Zarybie. To nieprawda. Ojciec je stworzył. W 1922 roku Rodzice nabyli jedynie pół hektara gruntu z dwoma niewielkimi budynkami i jakimiś zabudowaniami gospodarczymi w Żółwinie przy polnej drodze idącej z Brwinowa. Następnie zaczął skupować grunty we wsi. Gdy miał już ich sporo, zebrał grupę rozsądnych gospodarzy i zainicjował program komasacji. Przekleństwem rolnictwa w Polsce jest rozproszenie gruntów poszczególnych gospodarstw. Tradycja nakazywała bowiem dzielenie każdego pola pomiędzy wszystkich spadkobierców, aby było sprawiedliwie i aby uniknąć sporów. W efekcie powstawały wąskie paski gruntu, często szerokości paru metrów, a poszczególne gospodarstwa składały się nawet z kilkudziesięciu odrębnych i rozproszonych poletek. W tej sytuacji sprawne gospodarowanie nie było możliwe. Rząd wprowadził specjalne ułatwienia dla komasacji gruntów, a więc wymiany pól pomiędzy właścicielami, dzięki której miały powstać zwarte gospodarstwa. Nie było to jednak łatwe przekonać tradycyjnych gospodarzy, którzy obawiali się utraty majątku, a nie umieli sobie wyobrazić korzyści. Trudno było nawet uzyskać zgodę wsi na dokonanie pomiarów. Mierniczych wielokrotnie przepędzano z pól. Ale Ojcu udało się przeprowadzić nowy podział i zmusić chłopów, aby go zaakceptowali, a potem zaczęli uprawiać swoje nowe działki. Kilka lat później gospodarze uznali zasadność całej operacji, a Ojciec stał się we wsi autorytetem.

Rodzice weszli w posiadanie zwartego obszaru 40 hektarów, pięknie położonego w zakolu lasów. Wkrótce powstały nowe zabudowania gospodarcze wokół podwórka wraz z budynkiem mieszkalnym dla służby folwarcznej. Założono wodociąg z własnej studni głębinowej i kanalizację. Powstały szklarnie odpowiadające najnowocześniejszym wzorom. Ojciec sprowadzał maszyny i wyposażenie, aby Zarybie stało się wzorowym gospodarstwem rolnym i ogrodniczym. W efekcie zyskało z biegiem lat uznanie jako dostawca pomidorów, chryzantem i fiołków alpejskich.

Przebudowane zostały również domki mieszkalne. Połączono je w jeden duży budynek. Powszechnie nazywano go pałacem, bo rzeczywiście to było pałacowe założenie. Główne wejście znajdowało się pod kolistym tarasem, wspartym na łuku kolumn z jońskimi kapitelami. Wchodziło się do dużego hallu, w którym głównym meblem był bilard karambolowy. Ojciec bardzo lubił grać i dobrze mu to szło. W lewej części hallu mieściła się klatka schodowa, przechodząca na pierwszym piętrze w galerię otaczającą otwartą, dwupiętrową przestrzeń. Ściany zawieszone były trofeami myśliwskimi – rogami jeleni, saren i kozic, kolekcją wypchanych pięknych batalionów, skórami dzików i wilków. Dalej, na lewo, znajdował się duży salon, a na wprost wejścia tzw. pokój marokański z kominkiem, umeblowany skórzanymi pufami i niskimi kanapami, przykrytymi kilimami, które Rodzice przywieźli z Afryki. Na stolikach stały naczynia do parzenia kawy, a na ścianach wisiały kindżały, hełmy tropikalne i piękne makaty. Pokój był półmroczny, chłodny i stanowił świetne miejsce do wypoczynku w upalne lato. Ale był także przytulny zimą, gdy palił się kominek.

Obok mieściła się wielka jadalnia. Znajdowały się w niej dwa stoły. Mniejszy, okrągły, przy którym mogło usiąść sześć, osiem osób, stał w dużym wykuszu i służył do posiłków rodzinnych. Drugi – wielki, podłużny – zajmował środek pokoju. Oferował ponad 20 miejsc, dlatego używano go podczas przyjęć. Wielkie krzesła z wysokimi oparciami, wykraczającymi wysoko ponad głowy siedzących i rozszerzającymi się ku górze, były piękne, ale stanowiły przekleństwo dla służących, którzy musieli wykonywać ekwilibrystyczne sztuki, aby przecisnąć się między tymi oparciami, podając gościom półmiski. Dwa duże kredensy były w tym samym stylu. W jednym z nich stały piękne wazy szklane z weneckiej fabryki Salviatiego.

Na pierwszym piętrze mieściły się pokoje sypialne. Sypialnie moja i siostry znajdowały się nad samym wejściem i było z nich wyjście na taras. Rodzice mieli swoje pokoje od ogrodu, stanowiły one wyodrębniony apartament z łazienką. Pokój Matki był słoneczny, miał złotą tapetę i specjalnie wykonane meble w stylu art déco. Gabinet Ojca był ciemniejszy, z granatowymi tapetami, ciężkimi meblami mahoniowymi i dużymi kanapami. Wokół pokoju wisiało kilkadziesiąt sztychów wydanych w Wilnie w XIX wieku jako ilustracja do pamiętników Jana Chryzostoma Paska. Przy gabinecie znajdowała się ciemnia fotograficzna. Ojciec spędzał w niej wiele czasu, wywołując swoje zdjęcia. Fotografia była wówczas czymś bardzo nowym, jedną z dziedzin symbolizujących postęp techniczny.

W Zarybiu ciągle przybywało jakichś nowinek. Ojciec był fanem postępu techniki. Pamiętam dobrze pierwsze radio, które przywiózł z zagranicy. Wielkie pudło stało na odrębnym stole, a na nim duży głośnik. Z boku znajdowała się dźwignia umożliwiająca przełączanie na fale długie, średnie i krótkie. A pośrodku walec, którym zmieniało się długość fal w poszukiwaniu radiostacji. Nie było ich wówczas wiele, ale wciąż powstawały nowe. Dlatego na tym walcu umieszczono pasek papieru, na którym ołówkiem zaznaczało się uruchamiane stacje. Pamiętam nasze emocje, gdy odkrywaliśmy nowe i pasek powoli zapełniał się zapiskami.

Pamiętam też pierwszą lodówkę elektryczną. Wielka szafa, w połowie zajęta przez silnik i inne urządzenia. Dla nas ewenement stanowiły szufladki, w których można było uzyskać lód. Prawdziwy lód! Do tej pory lód przynosiło się z lodowni w ogrodzie. Była to piwnica obsypana ziemią tak, że tworzyła sztuczny pagórek. Tam składało się bloki lodu wycięte ze stawów w zimie. Zalane wodą, tworzyły jedną wielką bryłę, którą od ciepła izolowało się narzuconą słomą. Przynoszenie lodu stanowiło zawsze wielką atrakcję. A teraz wystarczało pójść do lodówki – do frigidaire’a, jak się mówiło, używając nazwy producenta. Ten zabieg językowy warto odnotować. Postęp przynosił coraz to nowe urządzenia, które nie miały nazwy. Zanim upowszechniła się nazwa „samochód”, mówiło się: auto. Na odkurzacz – electrolux, a na lodówki, jak wspomniałem – frigidaire.

Prawe skrzydło parteru zajmowały kuchnia, pomieszczenia gospodarcze i pokoje dla służby. W jednym z tych pokojów było biuro mego stryja zarządzającego majątkiem. Bardzo lubiłem stryja Józefa, którego częściej w tym czasie widywałem niż mego Ojca i który mi trochę Ojca zastępował. Często chodziłem do kancelarii, jak ten pokój nazywano, i spędzałem tam wiele czasu, słuchając opowieści stryja i bawiąc się biurowymi drobiazgami. Kiedyś wpadł mi w ręce stempel – datownik, jakie wówczas istniały. Przesuwało się kauczukowe paski z cyframi, z których można było skomponować kolejne daty. Zafascynowało mnie to i stryj zaczął pokazywać, jak się zmienia dni, miesiące i w końcu lata. Przesuwaliśmy paski, aż doszliśmy do ostatniej możliwości: rok 1939. Dalej już dat nie było. Zapytałem poważnie, co będzie dalej – czy to będzie koniec świata? Stryj się zaśmiał: „Po prostu kupimy nowy stempel”. Mylił się. Stempla nie kupiliśmy i to był koniec świata. Tamtego świata.

Domem zarządzała z ogromną energią nasza Babka, a opiekę sprawowała nad nami Rozalia Kamińska, zwana popularnie Runią. Przyszła do nas, gdy miałem niecałe dwa lata. I została w naszej rodzinie aż do swej śmierci w 1951 roku. Była moją drugą matką, szczególnie w długim okresie, gdy pod jej opieką mieszkałem w Rabce.

W Zarybiu tętniło życie rodzinne. Rodzice często przyjeżdżali nie tylko, aby z nami być, ale także aby rozbudowywać dom i gospodarstwo. Dojazd był jednak trudny. Jeździło się koleją parową do Brwinowa, a stamtąd końmi do Zarybia. W sumie podróż wielogodzinna. Stopniowo coraz częściej używało się samochodu, ale każdy przyjazd wiązał się z ryzykiem. Trzeba było przejechać z Nadarzyna przez Lasy Młochowskie drogami gruntowymi, których nikt nie utrzymywał. Drogę więc się wybierało w zależności od pogody i pory roku. Inaczej się jeździło po deszczu, gdy kałuże groziły zalaniem silnika, a inaczej w czasie suszy, gdy zwały piasku stwarzały trudne do pokonania bariery.

Co roku na wiosnę, gdy zeszły śniegi, Rodzice przenosili się na stałe do Zarybia i pozostawali tam aż do późnej jesieni, kiedy dojazdy do Warszawy stawały się trudne. Przenosił się wtedy cały dom, ze służbą i wszystkimi rzeczami. To było zawsze wielkie wydarzenie. Zmieniał się zupełnie rytm życia. Dom stawał się pełny. Ciągle goście i zjazdy rodzinne, najdziwniejsze zabawy. Mam w ręku fotografię z biegiem w workach. W przyległym do parku lasku wykopany był staw, w którym nie tylkośmy się kąpali, ale i urządzali wyścigi w baliach. Jeśli ktoś tego nie próbował, to trudno mu zrozumieć, jak ciężko jest spowodować, aby balia nie kręciła się w kółko, lecz posuwała do przodu. Niestety, woda w tym stawie nie chciała się utrzymywać, dlatego wkrótce go zasypano i zastąpiono boiskiem do siatkówki. Był też kort tenisowy i plac do krokieta, bardzo eleganckiej gry, polegającej na przetaczaniu drewnianych kul za pomocą młotków przez szereg bramek.

Później Ojciec zbudował również stanowisko do strzelania z dubeltówki do rzutków wyrzucanych specjalną maszyną w powietrze. Urządzano nawet zawody, w których brali udział najlepsi strzelcy polscy. Nasz kuzyn, major Stefan Sztukowski, należał do ścisłej czołówki światowej, będąc członkiem drużyny, która zdobyła mistrzostwo świata.

Gdy Rodzice zajmowali się automobilizmem, ich znajomi pasjonowali się lotnictwem. Mam do dziś wykonane przez nich zdjęcia lotnicze Zarybia. Raz młody przyjaciel Rodziców, Widacki, przyleciał awionetką, a gdy lądował na łące, skapotował, przewracając się przez nos na plecy. Na szczęście nic mu się nie stało. Awionetkę wywieziono końmi do Warszawy. Na pamiątkę tego wydarzenia ofiarował Rodzicom połamane śmigło. Wiózł je samochodem do Zarybia w następną niedzielę. Ale ponieważ padał deszcz, Widacki, jadąc przez las, wpadł w kałużę i zalał silnik. Do Zarybia dojechał dziwny pojazd. Para dzielnych koni ciągnęła samochód, z którego okna wychodziło śmigło. Było dużo śmiechu. Wszyscy wierzyli w postęp, ale jednak konie pozostawały najpewniejszym środkiem lokomocji!

Zarybie widziane z samolotu: w głębi dom mieszkalny, z prawej zabudowania gospodarcze, 1928

Ten mój dziecinny świat zakończył się w 1931 roku. W marcu Rodzice wyjechali samochodem do Afryki, a ja zachorowałem. Grypa i jakieś powikłania, które pociągały za sobą następne. W końcu wynikło zapalenie ucha środkowego i zagrożenie mózgu. Lekarze ordynują natychmiastową trepanację czaszki, nie kryjąc daleko idących zagrożeń. A kontaktu z Rodzicami nie ma. Zebrała się rada familijna, gdyż nikt indywidualnie nie chciał podjąć decyzji. Operację wykonano. Leżałem w najlepszej klinice Omega, w Alejach Jerozolimskich. Ale ówczesna medycyna była jeszcze w powijakach. Przez wiele lat nie mogłem się wyzwolić z zapachu eteru, którym mnie usypiano, ani z uczucia duszenia się pod maseczką, którą tym eterem polewano. Ale wszystko się udało.

Depesze wysyłane do Rodziców gdzieś po drodze ginęły. Pierwsza, którą dostali w Biskrze na granicy Sahary, brzmiała krótko: „Operacja się udała. Niebezpieczeństwo dla życia minęło”. Był to dla nich szok, bo nie wiedzieli, co się komu stało. Przerwali podróż i wracali prosto do Warszawy, ale i tak zajęło im to cały tydzień.

Zaczęła się długa rekonwalescencja i rehabilitacja. Wozili mnie do różnych lekarzy w Warszawie, Krakowie i Rabce. Kąpali, masowali i robili jakieś zabiegi. Nacierpiałem się bardzo. Ówczesne techniki szpitalne pochodziły z innej epoki. Wszystko było związane z bólem. Ale powoli wracałem do zdrowia. Tylko przekonanie, że jestem słabym dzieckiem, stało się powszechne. I tak już pozostało przez następne dziesiątki lat.

4.Dorastanie w Warszawie i Rabce (1932–1938)

Nie mogłem pójść do szkoły w normalnym terminie, w 1931 roku. Moja choroba to wykluczyła. Poszedłem dopiero jesienią 1932 – od razu do drugiej klasy. Szkoła pani Chełmońskiej mieściła się w zaułku ulicy Czackiego. To była mała elitarna szkoła dla dzieci z dobrych domów. Panowała tam domowa atmosfera. Było jedynie pięć klas, mimo że ówczesna szkoła powszechna trwała sześć lat. Poziom intelektualny dzieci pozwalał program trzeciej i czwartej klasy przerabiać w jeden rok.

Nie było mowy, aby dzieci w moim wieku chodziły same po ulicy. Odprowadzali nas starsi. Wielu kolegów przyjeżdżało samochodami, co wówczas stanowiło luksus. Mnie odprowadzała Runia. Mieszkaliśmy blisko, przy placu Piłsudskiego, na rogu Ossolińskich i Wierzbowej, gdzie dzisiaj stoi bardzo nowoczesny budynek. Mieszkanie na Marszałkowskiej zrobiło się zbyt ciasne, aby nas wszystkich pomieścić, bo Rodzice postanowili ściągnąć nas do Warszawy na stałe. Dom w Zarybiu zamykano na zimę. Stryj Józef, który prowadził gospodarstwo, wybudował sobie własny dom koło Zarybia, a moja Babka przeniosła się do sióstr franciszkanek na Solec.

Na Ossolińskich było siedem pokojów, nie licząc pomieszczeń dla służby. To pozwalało sprostać wymaganiom reprezentacyjnym. Z wejściowego przedpokoju wchodziło się do ogromnego salonu. Miał chyba 50 metrów kwadratowych. Otwierał ciąg pokojów z oknami wychodzącymi na plac Piłsudskiego. Dalej mieścił się mały buduar, gabinet Ojca i sypialnia Rodziców. Od wejścia w prawo znajdował się drugi ciąg z oknami od podwórza. Najpierw był pokój Hanki, potem mój i stołowy, za którym zaczynał się labirynt małych pomieszczeń kuchennych, spiżarń, schowków, służbówek. A także wyjście na klatkę kuchenną.

Dom przy Ossolińskich 8, w którym mieszkaliśmy (budynek po lewej stronie), 1933

W domu stale zatrudnione były kucharka i pokojowa. Runia opiekowała się mną, a do Hanki przychodziła codziennie Francuzka, pani Séance. Nazywaliśmy ją po cichu „Singe” (czyli małpa). Uczyła nas oboje francuskiego. W okresie aktywności sportowej Ojca samochodami zajmował się szofer. Później nie było potrzeby zatrudniania własnego szofera, za to przybył jeszcze chłopak. Mówiło się o nim „strzelec”, bo opiekował się bronią Ojca i jeździł z nim na polowania. Poza tym obsługiwał Ojca i pomagał przy przyjęciach.

Ojciec miał wszystko dobrze zorganizowane, z rannym ubieraniem się włącznie. Odznaczał się niesłychaną punktualnością. Od chwili obudzenia się do wyjścia z domu wszystkie czynności były ustalone i zautomatyzowane. Prawy but Ojciec wkładał sam, a w tym czasie lewy nakładał mu strzelec. Eleganccy panowie zawsze wtedy chodzili w getrach zakrywających wierzch buta i skarpetkę wokół kostki. Raz się zdarzyło, że Ojciec był szybszy i strzelec nie zdążył założyć getra na „swoją” nogę. Ojciec do biura poszedł w jednym getrze, nie wiedząc o tym. Siedząc przy biurku i sięgając po coś w dół, zobaczył, że getra nie ma. W myślach się skrzywił, bo nie lubił takich wpadek. Po chwili schylił się w drugą stronę. Patrzy – getr jest. To go uspokoiło. Ale za chwilę znowu zauważył, że getra jednak nie ma. Gdy sekretarka wprowadzała jakiegoś gościa do gabinetu, Ojciec wyskoczył zza biurka, wołając: „Mam getry czy nie mam?!”. Gość był bardzo skonfundowany. Cała ta przygoda przeszła do legend rodzinnych.

Życie towarzyskie było bardzo intensywne. Pozycja społeczna i zawodowa Rodziców przyciągała wiele osób. Stosunki towarzyskie miały w tych latach ogromne znaczenie. Istniał cały system weryfikacji. Ludzie o nadwerężonej opinii nie mieli szansy, żeby cieszyć się szacunkiem. Aby zostać członkiem Automobilklubu, należało przejść balotaż, a więc tajne głosowanie specjalnej komisji. Jedna czarna kulka powodowała odrzucenie kandydata. Uzyskiwał prawo do korzystania z usług Klubu w zakresie technicznym czy prawnym, ale nie miał wstępu do lokalu klubowego.

Równie trudno było nawiązać kontakty prywatne. Pamiętam, jak Ojciec mówił, gdy opowiadał mi o różnych ludziach: „Jego w domach się nie przyjmuje”. Tak brzmiał niepisany wyrok, kwalifikujący daną osobę do kategorii ludzi niespełniających kryteriów etycznych. Oczywiście pozycja zawodowa czy sytuacja materialna też grały rolę, ale sprawa standardów etycznych miała znaczenie podstawowe. Wśród znajomych moich Rodziców było dużo osób o wiele mniej zarabiających. Ojciec często im pomagał w znalezieniu pracy czy rozwiązaniu kwestii materialnych, ale najdrobniejsze naruszenie zasad wykluczało daną osobę z kręgu znajomych. Wystarczyło nie zapłacić weksla w terminie czy wdać się w podejrzaną transakcję.

Nawiązanie kontaktu towarzyskiego przebiegało według ścisłej procedury. Punkt wyjścia stanowiło złożenie pierwszej wizyty. Składał ją młodszy starszemu. Młody człowiek albo młode małżeństwo przychodziło o piątej po południu. Nie było w zwyczaju zawiadamiać o tym wcześniej. Telefonów nie używało się jeszcze powszechnie. Lokaj czy pokojowa przyjmowali od nich bilety wizytowe i prosili do salonu. Mężczyzna składał dwa bilety, dla pani i pana domu. Panie składały tylko jeden – dla pani. Pokojowa zanosiła bilety na tacy do państwa. Jeśli chcieli przyjąć wizytę, to szli do salonu. Cała wizyta trwała 15 minut. Ani minuty dłużej! Jeśli nie chcieli gości widzieć, pokojowa wracała i mówiła, że panią boli głowa lub coś podobnego. Wtedy wizytujący wychodzili.

Potem rozgrywał się drugi etap. Gdy wizyta została przyjęta, konieczna była rewizyta. Jeżeli nie została dokonana w ciągu tygodnia, oznaczało to, że próba nawiązania kontaktów towarzyskich została odrzucona. To był afront. Ale jeśli wizytujący mierzyli zbyt wysoko, ryzykowali taką sytuację. Każdy musiał dokładnie przemyśleć swoje kroki. Stosunki towarzyskie z wybitnymi ludźmi stanowiły ważne umocowanie własnej pozycji. Natomiast zostać odrzuconym było bardzo źle, bo wszyscy się o tym dowiadywali.

Nawiązanie kontaktów pomiędzy osobami o wysokiej pozycji sprowadzało się na ogół, jak to mówiono, do rzucenia kart. Ludzie na świeczniku nie mieli czasu ani też ochoty składać piętnastominutowych wizyt. Ci ważniejsi, którym wizytę składano, nie musieli osobiście rewizytować mniej ważnych. Wystarczało wysłać im przez gońca swoje wizytówki. Tu też obowiązywał rytuał. Wizytówka z zagiętym rogiem oznaczała, że jej właściciel przybywa osobiście, wizytówka niezagięta – że dostarcza ją goniec.