Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 362 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 5 min Lektor: Tomasz Sobczak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 5 min Lektor: Tomasz Sobczak

Opis ebooka Życie seksualne kanibali - J. Maarten Troost

W wieku dwudziestu sześciu lat Maarten Troost – nieustannie wciskający drzemkę na budziku życia przez zdobywanie kolejnych bezużytecznych stopni naukowych i serię dorywczych prac –  postanowił w końcu spakować klapki i udać się wraz ze swoją dziewczyną na Tarawę, jedną z wysp na Południowym Pacyfiku w Republice Kiribati. Maarten był wyczerpany i bez pomysłu na życie, a wizja rzucenia wszystkiego i wyjechania na krańce świata wydała mu się niezwykle romantyczna. Maarten powinien być mądrzejszy.

Życie seksualne kanibali to niezwykle zabawna opowieść o tym, jak wyobrażenia autora – przyzwyczajonego do zachodniego komfortu życia – na temat egzotycznej, rajskiej wyspy zderzają się z rzeczywistością. Co rusz popadając w komiczne kłopoty, Maarten podejmuje nierówną walkę z nieustępliwym, dusznym gorącem, śmiercionośnymi bakteriami, zanieczyszczonym oceanem i dobiegającymi zewsząd dźwiękami Makareny, ulubionej – i chyba jedynej, jaką znają – piosenki mieszkańców Tarawy. Przez dwa lata Troost i jego dzielna dziewczyna Sylvia zamiast beztroskiego plażowania, będą mierzyć się z: a) niekompetentnymi urzędnikami państwowymi, b) niepokojąco dużymi stworzeniami, c) okresowym blackoutem, d) brakami żywnościowymi (w tym z Wielkim Kryzysem Piwnym). A to wszystko w otoczeniu ekscentrycznych – albo szalonych, zależy, jak patrzeć – lokalsów, na czele z Półżywym Fredem i samozwańczym Wieszczem Tarawy (brytyjski pijak, który w życiu nie napisał ani jednej linijki).

Życie seksualne kanibali to jedna z najbardziej oryginalnych książek podróżniczych ostatnich lat, a według CNN jedna z najzabawniejszych książek podróżniczych w historii. Rzeczywiście bawi do łez.

J. Maarten Troost (ur. 1969) – holendersko-amerykański podróżnik i autor książek podróżniczych. Troost jest autorem trylogii o Południowym Pacyfiku: Życie seksualne kanibali (2004), Getting Stoned with Savages (2006) i Headhunters on my Doorstep (2013), wydał również książkę o wpółczesnych Chinach. Publikuje m.in. w „The Atlantic Monthly”, „The Los Angeles Times”, „The Washington Post”, „The Huffington Post”.

Opinie o ebooku Życie seksualne kanibali - J. Maarten Troost

Fragment ebooka Życie seksualne kanibali - J. Maarten Troost

J. Maarten Troost

Życie seksualne kanibali

Dwa lata na Pacyfiku

przełożyła Małgorzata Glasenapp

Tytuł oryginału: The Sex Lives of Cannibals. Adrift in the Equatorial Pacific

Copyright © 2004 by Maarten J. Troost. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Glasenapp

Wydanie I 

Warszawa MMXVII

Oświadczenie

Niniejsza książka opowiada o przeżyciach autora w Kiribati. Parę nazwisk zostało zmienionych, po części dlatego, że autor nie ma pamięci do nazwisk, a po części dla ochrony prywatności różnych osób. Przy okazji formalnych oświadczeń autor pragnie również poinformować, że relacjonując kilka wydarzeń, niezbyt przejmował się regułami następstwa czasowo-przestrzennego. Zrobił to dla twojej wygody, Czytelniku.

Dla Sylvii i Lukasa

Rozdział pierwszy

w którym Autor wyraża Niezadowolenie z powodu swojego Miejsca w Życiu, pokrótce przedstawia wcześniejsze Przypadki i Upadki, a następnie za namową swojej Urzekającej Narzeczonej postanawia porzucić znane sobie Rejony, by w Pośpiechu podążyć w Rejony Nieznane.

Pewnego dnia wraz z moją dziewczyną Sylvią przeprowadziłem się na atol leżący na środkowym Pacyfiku. Atol nazywał się Tarawa i gdyby jakiś zapalony wyznawca teorii głoszącej, że Ziemia jest płaska, trafił kiedykolwiek na jego skromne wybrzeże, z pewnością uznałby, że oto właśnie dotarł do końca świata. Nawet kartografowie spychają Tarawę albo w otchłań tuż przy zagięciu i zeszyciu kart atlasu, albo na sam skraj mapy, oznaczając wyspę kropką, która i tak wyolbrzymia jej rozmiary. Swego czasu ten prażony słońcem skrawek rafy koralowej wydawał mi się doskonałym celem podróży. Tarawa była końcem świata, ale dla mnie, na całe dwa lata, stała się jego środkiem.

Książki takie jak ta – o charakterze podróżniczym, przygodowym, humorystycznym i pamiętnikarskim – z reguły wyjaśniają powody czy szlachetne pobudki skłaniające autora do podjęcia nietypowej podróży. Czytamy na przykład: „Od wielu już lat fascynowały mnie lamy czerwonopodogonowe, uznane za wymarłe już w roku 1742, postanowiłem więc wyruszyć na ich poszukiwanie”. Albo: „Czuję, że naprawdę żyję, dopiero kiedy jestem bliski śmierci, więc projekt samotnej wspinaczki na K2, bez tlenu i rękawic, zakończonej nocnym zjazdem na snowboardzie, wyglądał naprawdę sensownie”. Albo: „Po długich latach (dwóch i pół) owocnej kariery w dziedzinie rozwijania strategii marketingowych w celu optymalizacji zadań rynkowych oraz identyfikacji kryteriów segmentacji stałem się bogaty niczym Krezus, ale wciąż nie opuszczał mnie wewnętrzy niepokój, być może dlatego, że jestem obecnie posiadaczem trzystu siedemdziesięciu dwóch (ciężko pracujących) dzieciaków na Sri Lance, podjąłem więc decyzję, by osiąść w cichym zakątku Europy, gdzie od okolicznych chłopów nauczę się uprawy roli i tłoczenia oliwy”. I jak to zwykle bywa, na koniec pisarz wychodzi ze swojej przygody trochę mądrzejszy, życzliwszy, bogatszy duchowo oraz o krok dalej na drodze ku zrozumieniu wszechświata.

Od razu wyjaśnię, że nie miałem żadnych konkretnych powodów, by wyjeżdżać na Tarawę. Nie było nic kwakierskiego, nic w duchu Gauguina ani Thoreau w mojej małej ucieczce z krainy zachodniej cywilizacji, którą uważałem za całkiem w porządku, zwłaszcza w kilku rejonach Włoch. Owszem, pewne zastrzeżenia miałem. Niektóre programy informacyjne, osobliwe powiązania między konsumpcją a tożsamością, strajki zawodowych sportowców, publicystyka Cokie Roberts, Geraldo Rivera powracający w mediach niczym zombie, wreszcie ostateczny upadek drużyny Washington Redskins – wszystko to skłaniało mnie czasami do melancholii, a nawet pełnych niepokoju myśli na temat: dokąd zmierza zachodnie społeczeństwo? Niemniej jednak były to sprawy zbyt błahe, by od razu wyrzec się dobrodziejstw cywilizacji. Prawda jest taka, że nie mogłem usiedzieć na miejscu, najpewniej z powodu niezadowolenia z dotychczasowych kolei mojego życia – i jeśli istnieje lepszy powód, by rzucić wszystko w diabły i przenieść się na drugi koniec świata, to ja go nie znam.

Było to latem 1996 roku i właśnie skończyłem studia w Waszyngtonie, gdzie poznałem też moją dziewczynę, Sylvię. Oboje studiowaliśmy stosunki międzynarodowe. To znaczy ja specjalizowałem się we Wschodniej Europie (czyli zwycięstwo dobra nad złem i te rzeczy), a Sylvia – w Europie Zachodniej (czyli dopłaty rolnośrodowiskowe), przez co musiała znosić wiele szyderstw i docinków. Podczas gdy ona ambitnie i z samozaparciem pokonywała semestr za semestrem, ja raczej płynąłem z prądem, zbierając skromne oceny, aż w końcu nie został mi już żaden egzamin do zdania ani żadna praca zaliczeniowa do napisania i wręczono mi dyplom. Jakoś nie zasypały mnie oferty zatrudnienia, pewnie dlatego, że nie złożyłem nigdzie podania o pracę. Nie byłem też najlepszy w dyscyplinie zwanej nawiązywaniem kontaktów, rekomendowanej wszystkim poszukującym zatrudnienia, ale mało użytecznej dla niewygadanych gamoni, którzy nie mają zielonego pojęcia, co chcą robić, kiedy wreszcie dorosną.

Zamiast więc szukać pracy, pojechałem na Kubę, co zgodnie z oczekiwaniami okazało się interesujące i o kolejne dziesięć dni odwlekło konieczność pogodzenia się ze statusem bezrobotnego. Wyruszyłem pod wpływem impulsu, z dnia na dzień postanawiając, że Hawana to właśnie moje miejsce na ziemi, i zanim minął tydzień, znalazłem się na Malecón, nadmorskiej promenadzie w sercu miasta, co rusz odpowiadając „tak, proszę” (na oferty sprzedaży cygara) oraz „nie, dzięki, nie chcę poznać twojej siostry”. W Hawanie tańczyłem salsę. Jeździłem studebakerem. Z przystojnymi kobietami w średnim wieku odbywałem długie, chaotyczne dyskusje na temat problemów współczesnej Kuby, przy okazji dowiadując się, gdzie na czarnym rynku w Habana Vieja można kupić kurczaka. Paliłem jointy z hawańskim elementem wywrotowym. Zorientowałem się, że Che jest na Kubie po prostu wszędzie i że dla większości Kubańczyków reprezentuje coś więcej niż modny obrazek na koszulki. Dowiedziałem się jeszcze wielu rzeczy, choć nie znałem hiszpańskiego i porozumiewałem się dziwaczną mieszanką szkolnej łaciny oraz francuszczyzny z meksykańskim akcentem.

Ktoś mógłby zadać pytanie, jakim cudem niepracującego absolwenta bez grosza przy duszy stać było na wycieczkę na Kubę. Prawda jest taka, że nie było mnie stać. Ale w napadzie pomroczności jasnej American Express zgodził się wydać mi kartę kredytową. Karty American Express nie były oczywiście honorowane na Kubie, ponieważ Kubańczycy to komuniści, a my, Amerykanie, nie możemy handlować z komunistami – no chyba że z chińskimi. Niemniej jednak karta przydała się przy zakupie biletu lotniczego w obie strony na trasie Waszyngton–Newark–Meksyk–Hawana oraz przy opłaceniu noclegu w lotniskowym hotelu w Meksyku po tym, jak w Hawanie musiałem wydać ostatnie dwadzieścia dolarów na nieoczekiwany podatek wyjazdowy. („Mais ca dise dans la guido por visitor: nie ma podatek!”). Jedyne pieniądze, jakie miałem, pochodziły wtedy z nielegalnego podnajęcia mojej kawalerki stażyście poświęcającemu czas i energię na odnowę amerykańskich wartości, które najwyraźniej gdzieś zaginęły, pewnie w latach sześćdziesiątych. Miał mieszkać u mnie przez miesiąc (czystość, jak się później okazało, nie należała według niego do wartości zasługujących na odnawianie), a ponieważ wyjeżdżałem na Kubę tylko na dziesięć dni, stanąłem przed problemem trzech tygodni niezaspokojonych potrzeb lokalowych, co doprowadziło do interesującej konwersacji.

– Cześć, mamo.

– O-o.

– Wyjeżdżam jutro na Kubę.

Cisza.

– Wracam za dziesięć dni, o ile oczywiście Castro mnie nie aresztuje, a Urząd Imigracyjny wpuści mnie z powrotem. Ha ha.

Cisza.

Szept obok słuchawki: „…wyjeżdża jutro na Kubę”. Nasz pies, beagle, zaczyna wyć gdzieś w tle.

Na to Bob, mój ojczym, włącza się do rozmowy.

– Maaaarten – mówi, jak zawsze, kiedy robię coś głupiego, co niepokoi matkę. – Wiesz, że twoja mama boi się komunistów. Ale słuchaj, skoro już tam jedziesz, to może zadzwonię do znajomych w CIA. Mógłbyś zrobić dla nich jakieś małe zlecenie.

Moja matka, obok, z desperacją: „Bob!”.

Taki był właśnie sposób Boba na dyplomatyczne, życzliwe wychowanie pasierba – sugerowanie czegoś tak szokującego, że moja nieodpowiedzialność wydawała się nagle całkiem umiarkowana. Byłem mu za to wdzięczny. Obiecałem mamie, że nie posłucham Boba. To byłoby idiotyczne, szpiegować dla CIA, zapewniłem. Obiecałem też, że powstrzymam się od wszelkich działań, z powodu których mógłbym spędzić resztę moich dni w kubańskim gułagu. W zamian otrzymałem zaproszenie na trzy tygodnie do domu na przedmieściach Waszyngtonu, z wiktem i opierunkiem. Co było doskonałym rozwiązaniem.

Niestety, wkrótce po powrocie z Kuby okazało się, że codzienny poranny telefon od firmy windykacyjnej jest bardzo nieprzyjemnym początkiem dnia. Nie są to bynajmniej ciepłe, przyjazne konwersacje, w których się napomyka, że na koncie masz mały debet, lecz zastraszające powarkiwania i groźby całkowitej ruiny. Wprawdzie nikt nie powiedział wprost, że zaraz wyślą do mnie przedstawiciela firmy produkującej kije bejsbolowe i mogę mieć prawdziwe kłopoty, ale aluzje się pojawiały. Poza tym te telefony nie robiły najlepszego wrażenia na Sylvii. Odbyłem więc kolejną rozmowę.

– Cześć, tato.

– O-o.

– Wiesz, chodzi o coś takiego…

– Odpowiedź brzmi: nie.

– Ale wydaje się, że akurat ta sytuacja jest na tyle skomplikowana, że może mieć trudne do przewidzenia skutki…

– O ile się nie mylę, na dzień dzisiejszy jesteś mi winien sto osiemdziesiąt tysięcy.

Gruba przesada, ale skuteczna. Wszystko wskazywało, że nadszedł czas, by zrobić coś w sprawie stałego źródła dochodu – czyli na przykład je znaleźć. Podobnie jak wielu doskonale wykształconych młodych ludzi miałem mało konkretnych umiejętności, z godnym uznania wyjątkiem operowania wózkiem widłowym, co opanowałem niezbyt biegle. Mój brak wprawy w tej dziedzinie nie powstrzymał jednak kierownika centrum ogrodniczo-warzywnego, w którym pracowałem po skończeniu liceum, przed wysłaniem mnie na Rockville Pike, jedną z głównych arterii prowadzących na przedmieścia Waszyngtonu, na której wózki widłowe w ogóle nie powinny się znajdować – o czym wkrótce się przekonałem – ponieważ kiedy wózek widłowy wejdzie w zakręt odrobinę za szybko, lubi się przechylić, co może się skończyć setkami arbuzów toczących się po skrzyżowaniu z Montrose Road, za którymi biega czerwony ze wstydu operator wózka, zastanawiając się jednocześnie, czy to właśnie jest ostatni gwóźdź do trumny jego zatrudnienia. Moje pozostałe umiejętności obejmowały malowanie ścian, którego jednak nie mogłem już uprawiać, bo z powodu drobnego wypadku wspinanie się na drabinę stało się dla mnie horrorem, oraz kelnerowanie, na które straciłem kilka lat w licznych przybytkach Wschodniego Wybrzeża; czułem jednak, że naprawdę dłużej nie dam rady w sposób cywilizowany, uprzejmy i pozbawiony morderczych zapędów obsługiwać dupków przesiadujących w restauracjach.

Owszem, dogłębna znajomość skomplikowanej sytuacji wewnętrznej Macedonii oraz procesu prywatyzacji w Czechach mogła w zasadzie zapewnić mi prawdziwą pracę, może nawet dobrą prawdziwą pracę, ale zdecydowałem się nie szukać zatrudnienia w dziedzinie, której poświęciłem wiele lat nauki, ponieważ… no cóż, ponieważ nie widziałem w tym sensu. Ani słuszności. Być może dlatego, że uzyskanie dobrej posady wymaga wielu starań, pisania listów motywacyjnych, wydzwaniania w różne miejsca, proszenia i wyczekiwania w korytarzach, co samo w sobie jest pracą na cały etat i odrzucało mnie kompletnie. Przyduszony brakiem gotówki musiałem jednak coś zrobić, zwróciłem się więc do Jenny i Debbie, miłych, ale surowych właścicielek agencji pracy tymczasowej. Jenny i Debbie przeprowadziły ze mną rozmowę, odkryły, że nie jestem całkowicie pozbawiony zdolności myślenia („ułóż w porządku alfabetycznym: Utah, Arkansas, Idaho i Nebraska”), że moja znajomość programów komputerowych jest kiepska („ale piszesz w CV, że obsługujesz Worda, PowerPointa i Excela”) i że pomimo trzech testów na szybkość pisania nie przekraczam tempa dwudziestu dziewięciu słów na minutę, co było niefortunne, ponieważ pensje pracowników agencji zależały od ich biegłości w maszynopisaniu.

Tym sposobem po sześciu latach kosztownych studiów oraz zyskaniu interesujących i potencjalnie przydatnych doświadczeń za granicą zostałem pracownikiem tymczasowym z minimalnym wynagrodzeniem. Jest to przeżycie, o którym nie ma potrzeby opowiadać ze szczegółami; nadmienię tylko, że status pracownika tymczasowego oznacza pożegnanie ze złudzeniami i przechwałkami młodości, co było w moim przypadku pożyteczne i konieczne, chociaż wyjątkowo niesympatyczne.

Zatrudnienia miewałem różnorodne. Przebyłem drogę od kancelarii prawniczych po zrzeszenia branżowe i z powrotem, ale wszędzie prowadzono mnie do złowieszczego pokoju zawalonego papierami i z cierpliwą uprzejmością, z jaką przemawia się do opóźnionych w rozwoju, tłumaczono, że moim zadaniem jest uporządkowanie dokumentów. Podczas kilku angaży trwających dłużej niż tydzień miałem nawet możliwość rozwijania i nabywania umiejętności: uczono mnie, jak odbierać telefony, kiedy wszyscy poszli na lunch, a nawet jak zamawiać materiały biurowe, co, chciałbym zauważyć, jest procesem naprawdę skomplikowanym. Od czasu do czasu żałowałem, że nie umiem pisać na komputerze trochę szybciej, ale konsekwentnie odrzucałem propozycje przedstawiane przez Jenny i Debbie, które chciały mnie zapisać na organizowany przez agencję kurs maszynopisania. Obawiałem się, że takie posunięcie może nieodwołalnie prowadzić do kariery zawodowej opartej na coraz szybszym stukaniu w klawiaturę. Pogrążałem się więc stopniowo w marazmie i zaczynałem już użalać się nad sobą – albowiem miałem lat dwadzieścia sześć, kwiat młodości – aż któregoś ranka, zamiast udać się do miejsca tymczasowej pracy, poszedłem do kafejki w Georgetown, zamówiłem dużą kawę, świeżo wyciskany sok pomarańczowy, opiekanego bajgla z wędzonym łososiem i serkiem śmietankowym, po czym zagłębiłem się w lekturze gazety z radością człowieka, który może sobie pozwolić na studiowanie dodatku „Dom i Ogród”. Jenny i Debbie nie były zadowolone.

– Ktoś, kto nie przychodzi do pracy, psuje nam opinię – oznajmiła Debbie. – Obawiam się, że musimy cię zwolnić.

Żeby przetrwać w naszym nowoczesnym świecie, trzeba chodzić do pracy, co jest niekorzystnym układem dla osób, które urodziły się próżniakami. Próżnowanie jest, według mnie, stanowczo niedoceniane, a nawet demonizowane przez pewnych ludzi, którzy uważają bezczynność za paktowanie z diabłem. Osobiście uważam próżnowanie za zajęcie szlachetne, ale niestety, nasza cywilizacja upiera się, że jest inaczej. Znalezienie pracy okazało się koniecznością. Po niedługim czasie stałem się więc częścią ekscytującego świata branży wydawniczej – zatrudniono mnie w małej waszyngtońskiej oficynie na stanowisku redaktora pomocniczego. Moją misją było zredagowanie opracowania dotyczącego organizacji lobbystycznych, czegoś w rodzaju książki telefonicznej najróżniejszych macherów od wpływania na to czy tamto. Pierwsza część zawierała spis korporacji i państw oraz zaangażowanych przez nie specjalistów trudniących się wyłudzaniem przysług od rządu naszego kraju, największego na świecie strażnika wolności i demokracji. W drugiej części wymieniono wszystkie działające firmy lobbingowe i ich klientów oraz funkcjonujące w różnych korporacjach działy „relacji rządowych”, zazwyczaj z siedzibą w Waszyngtonie. Moja praca polegała na rozsyłaniu ankiet, potwierdzaniu danych w rozmowach telefonicznych, sprawdzaniu informacji w Departamencie Sprawiedliwości, a następnie wpisywaniu wszystkiego do bazy danych, która zawieszała się co najmniej dwa razy dziennie. Zabawiałem się jednocześnie, zestawiając nazwiska waszyngtońskich reprezentantów bośniackich Serbów, reżimu Mobutu Sese Seko, różnych somalijskich watażków oraz firmy Nike z listami gości zapraszanych na oficjalne obiady w Białym Domu. Ciekawe, że nie wszyscy patrzyli przychylnym okiem na ujawnienie ich lobbystycznej działalności, co prowadziło do wielu nieparlamentarnych wyrażeń kierowanych do mnie przez telefon. Chciałbym w tym miejscu wyraźnie powiedzieć, że życzę pracownikom działu „relacji rządowych” firmy [usunięte przez dział prawny] wszystkiego najgorszego oraz że według informacji z wiarygodnego źródła produkty tejże firmy [usunięte przez dział prawny] zawierają wyzbierane z trawników psie odchody.

Moja praca miała zalety, na przykład ubezpieczenie zdrowotne, które trochę rekompensowało płacę na poziomie dniówki chłopa pańszczyźnianego, ale czułem, że nadal ślizgam się po powierzchni życia. Rozważałem pomysł, żeby może zająć się pisaniem, ale jednocześnie nie miałem nic konkretnego do napisania, więc czasami przychodziło mi do głowy, że powinienem wpaść na jakieś inne pomysły. Mało znany magazyn literacki opublikował akurat trzystronicowy esej mojego autorstwa, i chociaż bardzo mi się podobało, że mój tekst trafił do druku, to honorarium w wysokości pięćdziesięciu dolarów i dwa gratisowe egzemplarze pisma wydały mi się skromnym wynagrodzeniem za trzy miesiące cowieczornej pracy. Wysyłałem różne artykuły, felietony i inne teksty do wysokonakładowych czasopism, ale redaktorzy, choć zazwyczaj odpowiadali w tonie sympatycznej zachęty, czasem nawet telefonicznie, nadal drukowali jakieś zwietrzałe wypociny starych rozgadanych pryków, zamiast publikować młode, świeże i oryginalne wypowiedzi w prawdziwie interesujących sprawach. (Nie żebym popadł w zgorzknienie).

Zatroskani członkowie rodziny często mówili, że powinienem zacząć od jakiejś gazety o mniejszym zasięgu, żeby zdobyć doświadczenie i gdzieś się zaczepić. Odrzucałem takie pomysły bez wahania. Znałem dziennikarstwo na tyle dobrze, by wiedzieć, że gdybym miał zajmować się bieżącymi wydarzeniami i tworzeniem newsów, od razu straciłbym spokój ducha, opuściłby mnie rozsądek i pogrążyłbym się w dławiącej niepewności i strachu. Zdawałem sobie z tego sprawę, ponieważ dawno temu pracowałem już jako dziennikarz w Pradze. Wydawcy anglojęzycznego tygodnika przydzielili mi wtedy dział wiadomości, mimo że opierali się wyłącznie na znajomości mojego dziełka poświęconego analizie przemysłu naftowego w Arabii Saudyjskiej (które to dziełko było dwudziestostronicowym, dogłębnie przemyślanym, stylistycznie dopracowanym i zgrabnie skomponowanym przykładem sztuki plagiatu, ocenionym na czwórkę z plusem gdzieś na początku studiów). Akurat nastały złote lata dla obcokrajowców w Pradze, kiedy wkrótce po zakończeniu małego eksperymentu w zakresie inżynierii społecznej, zwanego komunizmem, setki albo i tysiące Amerykanów, Kanadyjczyków, Australijczyków i tym podobnych dostarczycieli Zachodniego Sposobu Życia zjechało do najpiękniejszego miasta na świecie i robiło praktycznie wszystko, na co im przyszła ochota. Było cudownie.

Moja matka jest z pochodzenia Czeszką i dzięki temu w Pradze mogłem się uważać za coś lepszego niż reszta poszukiwaczy lansu i przygód. Urodziłem się w Holandii, lecz w dzieciństwie często jeździłem do Czechosłowacji w odwiedziny do dziadka, który zajmował mieszkanie z widokiem na Wełtawę. Wystarczy słaby zapach z węglowego pieca, by przywołać wspomnienie nieruchawych łabędzi na rzece, smak słonego chleba i słodkiego jogurtu, zapach dymu tytoniowego unoszący się we wszystkich pokojach w domu dziadka, jego kufel do piwa i długie spacery po poszarzałych od sadzy wąskich uliczkach miasta, które ciągle opowiadało o dawnych królach. Kiedy miałem siedem lat, tuż po rozwodzie rodziców, matka ochrzciła nas z siostrą w małym kościółku na południu Czech. W wieku siedmiu lat nasz mózg jest w fazie najbujniejszego rozwoju, a każdy obraz i zdarzenie wydają się coś zwiastować, więc gdy zwrócono moją uwagę na wszystkie te praskie figury świętych z odciętymi głowami, męczenników z wyrwanymi językami i strasznych gargulców, po czym dano mi do zrozumienia, że mają niejasny, ale ścisły związek z moim życiem i śmiercią, nabawiłem się nerwowej bezsenności na cały rok. Bałem się nocnych wizyt tych koszmarnych postaci, zwłaszcza chudego mężczyzny z brodą, którego zabito w wymyślny i przerażający sposób tylko po to, żebym któregoś dnia mógł pójść do nieba. Moją wyobraźnię dodatkowo nakręcała atmosfera tak zwanej „normalizacji” lat siedemdziesiątych (termin radzieckiej nowomowy), oznaczającej wszechobecną obawę przed sąsiadami donoszącymi do bezpieki, co było znacznie skuteczniejszą metodą na zwalczanie ruchów wywrotowych niż straszenie Armią Radziecką.

Cały ten świat został w końcu triumfalnie zniszczony, a kiedy do wielkiego zamczyska na Hradczanach wprowadził się król-filozof Václav Havel, znowu przyjechałem do Pragi. Na szczęście nie bałem się już niekompletnych cieleśnie świętych, ale wiedziałem doskonale, że to miasto pełne wież i karczm potrafi rzucać uroki. W Pradze lat dziewięćdziesiątych wyczuwało się coś niepowtarzalnego i ulotnego – to było jedyne znane mi miasto z prawdziwą duszą. Zacząłem pisać dla „The Prague Post”, a ściślej: podpisywano moim nazwiskiem artykuły, które w niewielkim stopniu przypominały teksty złożone przeze mnie w redakcji.

– Dobry artykuł jest jak podróż samochodem – pouczał mnie naczelny. – Ty, autor, jesteś pojazdem, który zabiera czytelników z punktu A przez punkt B do punktu C, bez zjeżdżania z drogi.

Wnikliwi czytelnicy zdążyli już może zauważyć, że najbardziej lubię pobocza anegdot i dygresje.

Podczas tej przygody z dziennikarstwem nigdy nie miałem poczucia, że wiem na temat danego wydarzenia wystarczająco dużo, żeby móc je zrelacjonować na piśmie. Większość ludzi traktuje wiadomości wydrukowane w gazetach jak niekwestionowaną prawdę, i fakt ten paraliżował mnie kompletnie, bo bałem się, że napiszę coś nie tak. Święcie wierząc, że niezamierzone konsekwencje naszych czynów pojawiają się, kiedy najmniej ich potrzebujemy, wyobrażałem sobie, że jeśli nie uda mi się uchwycić wszystkich niuansów i zawiłości relacjonowanego wydarzenia, w krótkim czasie dojdzie do upadku rządów, kryzysów ekonomicznych i innych klęsk spadających na ludność Europy Wschodniej i Środkowej. Mniejsza z tym, że moje teksty ukazywały się najczęściej na stronie C8, że były pisane w języku, który rozumiało niewielu mieszkańców regionu, że liczba moich czytelników pewnie nigdy nie przekraczała czterech, a zaliczały się do nich akurat te cztery osoby, z którymi rozmawiałem za pośrednictwem tłumacza, najczęściej – w najlepszej wierze – sugerującego, jakie pytania powinienem zadać. Na szczęście byłem szczerze zainteresowany bieżącymi wydarzeniami (triumfalny pochód dziejów i te rzeczy) i zadufany w sobie, więc zacząłem pisywać artykuły do działu opinii, komentując na przykład politykę Unii Europejskiej wobec braci ze Wschodu, historyczne uwarunkowania rozpadu Czechosłowacji, zachodnie niezdecydowanie w sprawie Bośni, koncepcję demokracji Havla oraz wiele innych kwestii, przy których brakowało mi jakichkolwiek kwalifikacji, by się w ogóle wypowiadać. To mi się podobało. Niezwykle łatwo jest wytykać ludziom błędy, pouczać ich i udzielać wskazówek w tonie apodyktycznym i drobiazgowym, i do dziś zdumiewa mnie, że w amerykańskich mediach pracuje tyle osób, którym płaci się za to ogromne pieniądze.

Wyprodukowanie trzech stroniczek wywodów na temat amerykańskiej polityki wobec Słowacji – i jak ona powinna wyglądać – rzadko trwa dłużej niż jedno popołudnie, spędzałem więc sporo czasu, randkując, podróżując i żyjąc pełnią życia. Widywałem rzeczy, które mnie jednocześnie zachwycały i przerażały; Ameryka z tej perspektywy wydawała mi się miejscem pogrążonym w stagnacji i zaprzątniętym błahostkami. Kiedy tylko miałem pieniądze, ruszałem w podróż, żeby na własne oczy oglądać, jak dzieje się historia. Drogę do Polski pokonałem z koszmarną przesiadką (przyjeżdżałem do Frankfurtu nad Odrą o wpół do drugiej w nocy, a pociąg do Warszawy odjeżdżał za piętnaście szósta), i kiedy spałem na peronie, skulony na ławce, nagle obudziła mnie Armia Radziecka. Tysiące rosyjskich żołnierzy wracających z NRD do Rosji przechodziło akurat przez dworzec. Był to chyba najbardziej odjechany kawałek historii, jaki widziałem na żywo. Kilka miesięcy później ja też ruszyłem do Rosji, gdzie przeżyłem ekscytujące spotkanie z niedźwiedziem na pewnym moście w Petersburgu oraz przekonałem się, że wszystko, co piszą o spożyciu alkoholu w tej części świata, pokrywa się z prawdą. Teraz widzę, że niedźwiedź na moście był chyba jedyną całkowicie trzeźwą istotą, na jaką się natknąłem podczas trzytygodniowego pobytu na rosyjskiej ziemi. Popłynąłem także do Dubrownika, na wspaniale piękne wybrzeże Dalmacji, gdzie wraz ze znajomymi zostałem zaczepiony przez chorwackiego żołnierza, który wypadł nagle z mijanego przez nas baru, wykrzykując: „Turyści?!”, a kiedy przytaknęliśmy, uroczyście oznajmił: „Jesteście pierwsi od czasu wojny”, i zagnał nas wszystkich do środka, gdzie przesiedzieliśmy potem długi wieczór po godzinie policyjnej, pogrążając się w melancholii na tarasie wychodzącym na zniszczone pociskami stare miasto, przy akompaniamencie urywanych serii z karabinów maszynowych. W Turcji z kolei spadłem ze śliskiej skały podczas wspinaczki nad wodospadem i złamałem trzy kręgi, co naprawdę bolało, chociaż jednocześnie przeżyłem chwilę wielkiego szczęścia, kiedy leżąc już na dole, w krzakach, nakazałem swoim palcom u nóg, by się poruszyły, a one mnie posłuchały. Pojechałem także do Bośni i Hercegowiny. Przez redakcję „The Prague Post” udało mi się zdobyć legitymację prasową i wkrótce trafiłem do ogarniętego wojną Mostaru, gdzie znalazłem się na głębokiej, a raczej o wiele, o wiele za głębokiej wodzie, całkowicie zależny od angielskich żołnierzy najemnych. Dowiedziałem się tam, że granica oddzielająca cywilizację od barbarzyństwa jest linią bardzo cieniutką, co mnie przestraszyło na resztę życia.

Celem tej małej dygresji, poświęconej wydarzeniom całkowicie niezwiązanym z południowym Pacyfikiem, jest zilustrowanie faktu, że zdążyłem się przyzwyczaić do życia interesującego i urozmaiconego przygodami, więc teraz, dość infantylnie, nie chciałem przyjąć do wiadomości, że musi się ono skończyć i że reszta moich dni będzie pokutą za wszystkie lekkomyślne, nieodpowiedzialne i fajne rzeczy, które robiłem w młodości. Chociaż w biurze radziłem sobie naprawdę świetnie, taka robota po prostu nie może się równać z życiem niekompetentnego korespondenta wojennego. W Waszyngtonie nie umiałem określić swoich ambicji i oczekiwań wobec losu. Wiedziałem, że powinienem już dać sobie spokój z kelnerowaniem, malowaniem ścian, dorywczymi fuchami i uzupełnianiem baz danych, ale wizja pracy w jakiejś firmie, już na zawsze za biurkiem, wydawała mi się obrazem cichej, powolnej śmierci. Na szczęście okazało się, zresztą bez żadnych nacisków z mojej strony, że Sylvia także ma ochotę na zmiany. Niedawno zatrudniła się w organizacji pozarządowej zajmującej się rozwojem międzynarodowym, lecz praca w waszyngtońskiej placówce okazała się nieco rozczarowująca. Sylvia zaczęła tęsknić do prawdziwej pracy w terenie, przez co należy rozumieć zapadłą dziurę gdzieś na końcu Trzeciego Świata. Oboje rozesłaliśmy więc podania, zgłaszając swoje kandydatury na różne posady w najsmutniejszych zakątkach globu.

Chyba powinienem zatrzymać się tutaj na moment i pokrótce zrelacjonować historię mojego związku z Sylvią. To była noc, kiedy wszystko mogło się zdarzyć. W powietrzu unosiły się aromaty pszenicy, chmielu i jęczmienia. Zostaliśmy sobie przedstawieni przez uprzejmego dżentelmena z dredami. Od razu z galanterią podałem Sylvii plastikowy kubek z budweiserem. Jej oczy rozbłysły niczym gwiazdy. Wkrótce potem nastąpiło kilka spotkań, kilka rozmów od serca, kilka strategicznie obmyślonych romantycznych gestów, wspólna emocjonująca wyprawa w Appalachy, gdzie na wyżynach szybują orły, i zamieszkaliśmy razem w uroczym lokum, z wielkim balkonem ocienionym przez majestatyczny wiąz, przy wąskiej uliczce oświetlonej gazowymi latarniami w Dupont Circle, hipsterskiej, a głównie gejowskiej dzielnicy Waszyngtonu. Zakochaliśmy się na zabój. Przyrzekliśmy sobie, że jedno pójdzie za drugim aż na koniec świata. („Pfff” – parska Sylvia, zaglądając mi przez ramię. „Co za bzdury!”)

To Sylvia pierwsza dostała szansę na interesującą, a może nawet niebezpieczną pracę. Wzywało nas Sarajewo. Rozważano jej kandydaturę na posadę koordynatora programowego w organizacji pomagającej uchodźcom. W naszym salonie moja ukochana odbyła rozmowę kwalifikacyjną przez telefon, a ja stałem obok, na migi wiwatując: „Super! Świetna odpowiedź!”, ale – ze szkodą dla Bośni – odrzucono ją z powodu braku doświadczenia. Następny telefon był do mnie. Tym razem Tanzania. Miałbym zostać osobą odpowiedzialną za kontakty z prasą w organizacji zarządzającej obozem dla pięciuset tysięcy rwandyjskich uchodźców. Całkiem nieźle potrafię oddzielać pracę od życia prywatnego, pomyślałem więc, że jakoś sobie poradzę z okropną rzeczywistością takiego obozu i koszmarnym faktem, że mieszkali tam również sprawcy ludobójstwa w Rwandzie, o ile tylko będę miał możliwość jeżdżenia na safari w okolicy. Jednak facet, który pracował tam już od roku, zdecydował się zostać na kolejny sezon. Po zastanowieniu uznałem, że nie ma czego żałować. Na tym propozycje się skończyły – nadeszło tylko parę listów z podziękowaniami za nasze zainteresowanie pracą w Sudanie, Angoli czy Kambodży, ale niestety, chwilowo coś tam, coś tam i tak dalej. Trzeba było zmienić taktykę. Jeżeli nikt nie ma zamiaru wysyłać nas w egzotyczne rejony, wyjedziemy sami i postaramy się na miejscu znaleźć coś ciekawego do roboty.

Postanowiliśmy ruszyć do Hanoi. To znaczy najpierw przeprowadzić się z naszego mieszkania do sutereny w domu mojej matki, gdzie spędzimy trzy miesiące i oszczędzimy wystarczająco dużo pieniędzy, żeby było za co żyć na początku w Wietnamie. Moja matka, o dziwo, nie miała nic przeciwko tym planom, i właśnie zamierzaliśmy wysłać właścicielowi mieszkania wypowiedzenie, kiedy Sylvia zadzwoniła do mnie do pracy i spytała, czy miałbym ochotę przeprowadzić się na mały atol koralowy na Oceanie Spokojnym i czy moglibyśmy wyjechać za trzy tygodnie, mniej więcej. Ponieważ akurat zaproponowano jej posadę dyrektora krajowego w FSP – Fundacji na rzecz Narodów Południowego Pacyfiku – w Kiribati. Pięć sekund później złożyłem wymówienie. Potem zadzwoniłem z powrotem do Sylvii.

– Kiri-co?

Rozdział drugi

w którym Autor przedstawia Owoce swoich Badań poświęconych Osobliwej Wyspiarskiej Krainie, którą obrał za nowy Dom (lecz wiele Rzeczy pozostaje niejasnych), braki w Wiedzy nadrabia Żywą Wyobraźnią (która okazuje się bardzo niewystarczająca) oraz pakuje Bagaże (niewłaściwe).

Słowo „Kiribati”, wymawiane ki-ri-bas (różnica spowodowana sknerstwem misjonarzy, którzy poskąpili miejscowemu alfabetowi liter), pochodzi od nazwiska „Gilbert”, będącego źródłem nazwy jednego z trzech koralowych archipelagów tworzących osobliwą republikę. Na atolu Tarawa, położonym tuż nad równikiem, tysiące kilometrów od czegokolwiek, znajduje się stolica tego państwa, składającego się z trzydziestu dwóch atoli i jednej wyspy koralowej, rozrzuconych po Pacyfiku na obszarze wielkości mniej więcej połowy Stanów Zjednoczonych. Powierzchnia wszystkich wysp razem wynosi osiemset dziesięć kilometrów kwadratowych, w przybliżeniu tyle, ile zajmuje aglomeracja Baltimore, ale według moich spostrzeżeń podczas przypływu maleje przynajmniej o połowę. Najwięcej stałego lądu ma wyspa Kiritimati (Bożego Narodzenia), odległa od Tarawy o dobre trzy tysiące kilometrów. Dla całej reszty zostaje naprawdę mało.

Żeby lepiej wyobrazić sobie Republikę Kiribati, pomyślcie przez chwilę, że całe kontynentalne Stany Zjednoczone znikają, a zostaje po nich jedynie Baltimore i wielki kawał bardzo błękitnego oceanu. Następnie podzielcie Baltimore na trzydzieści trzy części i umieśćcie jedną z nich tam, gdzie było Maine, drugą w miejscu Kalifornii i tak dalej, aż rozrzucicie wszystkie w taki sposób, by trzydziestu dwóch na trzydziestu trzech mieszkańców Baltimore już nigdy nie poszło na mecz Baltimore Orioles. Teraz zabierzcie elektryczność, bieżącą wodę, toalety, telewizję, restauracje, budynki i samoloty (poza dwoma antykami z napędem śmigłowym, którymi zajmują się ludzie mówiący językiem pozbawionym słowa „serwisowanie”). Zastąpcie to wszystko strzechą z liści. Spłaszczcie ląd na jednolitą wysokość dwóch metrów nad poziomem morza. Pobawcie się, topiąc trochę lodowców na biegunach. Dodajcie palmy. Posypcie wirusami żółtaczki typu A, B oraz C. Domieszajcie trochę wirusów dengi i pasożytów układu pokarmowego. Zabierzcie lekarzy. Odizolujcie i pieczcie w średniej temperaturze 35 stopni Celsjusza. I macie gotową Republikę Kiribati.

Oczywiście wtedy tego nie wiedziałem. Mimo najróżniejszych insynuacji („Wyobraź sobie zaśmieconą, śmierdzącą piaszczystą łachę na środku niczego” – relacjonował ktoś, kto tam pojechał. „To właśnie Tarawa”) byłem przekonany, po prostu przekonany, że odległa Tarawa będzie przysłowiowym, zamieszkanym przez życzliwych i szlachetnych tubylców tropikalnym rajem o przyrodzie bujnej i łagodnej oraz krajobrazie dostarczającym inspiracji do przedsięwzięć natury podniosłej i artystycznej. Powziąłem takie przekonanie, ponieważ nie dysponowałem żadnymi danymi, a w takich sytuacjach mam tendencję do radosnego optymizmu. Trudno dowiedzieć się wiele o Kiribati. Wydaje się, że z jakiegoś powodu nikt tam nie jeździ. Nawet Paul Theroux nie zatrzymał się w Kiribati podczas swojej podróży przez południowy Pacyfik, którą opisał w książce Szczęśliwe wyspy Oceanii. Kiedy człowiek pomyśli, jak wielkie obszary opisali już Theroux, Bruce Chatwin, Jan Morris i inne gwiazdy literatury podróżniczej, zdaje sobie sprawę, że mało co zostało dla innych – może właśnie Kiribati i Buffalo w stanie Nowy Jork. Byłem w Buffalo, ale relację pozostawię innym ochotnikom. Zamiast tego mogę przedstawić kilka ciekawych informacji na temat Kiribati. Najpierw dane, jakie udało mi się zdobyć w internecie, CIA i przypadkowych źródłach.

• Ludność: 79 386 mieszkańców (1996 r.)

• Przeciętna długość życia (mężczyźni): 52,6 roku

• Przeciętna długość życia (kobiety): 55,8 roku

• Śmiertelność niemowląt: 9,84%

• Religie: katolicy, protestanci, Adwentyści Dnia Siódmego, mormoni, bahaici, Kościół Boży Północnej Karoliny

• Liczba atoli i wysp: 33

• Liczba zamieszkanych atoli i wysp: 21

• Stosunek powierzchni morza do powierzchni lądu: 4000:1

• Bogactwa naturalne: fosforyty (wydobycie zakończone w 1979 r.)

• Proklamacja niepodległości: 12 lipca 1979 r. (niezależność od Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej)

• Misje dyplomatyczne: Australia, Nowa Zelandia, Chińska Republika Ludowa

• Grunty orne: 0%

• Ukształtowanie terenu: płaskie atole koralowe otoczone rafą

• Waluta: dolar australijski

• PKB na głowę mieszkańca: 1633 USD (1996 r.)

• Niedozatrudnienie: 70%

• Towary eksportowe: kopra, ryby, płetwy rekinów

• Liczba stacji radiowych: AM – 1; FM – 0; fale krótkie – 0

• Liczba stacji telewizyjnych: 0

• Siły zbrojne: brak

Wyciągnąłem z tych informacji kilka wniosków:

– że jeśli chcę żyć dłużej niż pięćdziesiąt dwa lata, to najlepiej będzie się zaszczepić;

– że wszystkie regularne wypróżnienia mogą zasługiwać na małe świętowanie;

– że Kościół Boży Północnej Karoliny przyprawia mnie o gęsią skórkę (podobnie zresztą jak mormoni);

– że zakończenie wydobycia fosforytów i początek niepodległości Kiribati mogą mieć ze sobą coś wspólnego;

– że Chiny pewnie coś knują;

– że przy siedemdziesięcioprocentowym niepełnym zatrudnieniu powinienem świetnie odnaleźć się w Kiribati, przynajmniej z zawodowego punktu widzenia;

– że eksportowanie płetw rekinów oznacza występowanie rekinów;

– wreszcie, że mimo snobistycznego podejścia do amerykańskiej popkultury mogę, być może, zacząć troszkę tęsknić do Simpsonów i transmisji meczów piłki nożnej.

Przez te wariackie trzy tygodnie nie udało mi się dowiedzieć wiele więcej, musiałem więc polegać na wyobraźni, która już dawno odeszła od chłopięcych rojeń i w miarę zdobywania życiowych doświadczeń nabrała powagi. Wiedziałem, że Tarawa to wąski, łukowato wygięty pasek lądu, obejmujący wielką lagunę, a ponieważ nigdy nie byłem na atolu z laguną, wyobraziłem sobie coś w rodzaju półwyspu Cape Cod koło Bostonu, który zasadniczo nie jest wyspą, a zatoka Cape Cod nie jest laguną, ale mniejsza z tym. Oczywiście założyłem od razu, że będziemy mieszkać w drewnianym domku krytym gontem, z białymi okiennicami, tuż za wydmami porośniętymi wysoką trawą, a tubylcy będą nosić szykowne spódniczki i narzekać na turystów. Wiedziałem też, że na atolu Tarawa znajdują się wioski. Zestawienie wyspy i wioski nieodmiennie wywołuje u mnie skojarzenia z Morzem Śródziemnym, więc oczyma wyobraźni widziałem małe ryneczki z uroczymi kafejkami, w których miejscowi przesiadują w strojach od Armaniego, dyskutując o różnych odmianach kokosów. Jednym słowem, mimo lat kształcenia wielokulturowej świadomości pozostałem etnocentrycznym idiotą.

Ogólnie rejon równikowy Oceanu Spokojnego przywodził mi na myśl wyspę Bora-Bora i podobne turystyczne atrakcje; wiedziałem także, że tamte okolice nazywa się malowniczymi, a w rozmowach na temat wysp pacyficznych często pada sformułowanie „tropikalny raj”. Słyszałem, że Tahiti nie najlepiej wpłynęło na rozwój dzieci Marlona Brando. Chociaż naprawdę nieźle znałem geografię, nigdy nie słyszałem o Niue, Tuvalu czy Vanuatu, ale wiedziałem, że od czasu do czasu tu i ówdzie zrzucano bombę atomową, na próbę. Że mieszkańcy wysp są Polinezyjczykami, Melanezyjczykami albo Mikronezyjczykami. Że zbiór opowiadań Jamesa Michenera Tales of the South Pacific więcej mówi o amerykańskich upodobaniach i obyczajach z lat czterdziestych i pięćdziesiątych niż o południowym Pacyfiku. Oraz że tamtejsze wyspy okazały się jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem dla Paula Gauguina. I że Robert Louis Stevenson spędził trochę czasu w okolicy, a Amelii Earhart nie udało się stamtąd wrócić (podobnie jak Stevensonowi, czego jednak wtedy nie wiedziałem). Orientowałem się w historycznym znaczeniu wyspy Pitcairn i podejrzewałem, że w okolicy wiele barów nosi nazwę Bounty. Wiedziałem, że antropologowie nawiedzali rejon południowego Oceanu Spokojnego, by dowodzić, że tamtejsi wyspiarze są inni (w kontekście wyraźnie barbarzyńskim), co potem zresztą odwoływano, ale kwestia kanibalizmu ciągle jakoś wisi w powietrzu. Że pierwszym białym człowiekiem, który wylądował na wielu pacyficznych wyspach, był kapitan James Cook. Oraz że odbywające się podczas II wojny światowej walki na Oceanie Spokojnym określano zazwyczaj jako „krwawe”, i gdybym miał wybierać, sto razy bardziej wolałbym wylądować w Normandii w 1944 roku niż na atolu Tarawa w roku 1943.

I tyle.

Zaczęliśmy się pakować, co trochę przypominało zabawę „gdybyś trafił na bezludną wyspę…”, tylko że tym razem graliśmy o naprawdę wysoką stawkę. Naszym jedynym przewodnikiem była Kate, po której Sylvia obejmowała stanowisko. Jej rada brzmiała: „Nie zabierajcie nic wartościowego, wszystko i tak zgnije”. Nic wartościowego – to było łatwe. Trudniejsze było wyobrażenie sobie równikowego upału.

– Chyba nie będziesz ich potrzebował – zauważyła Sylvia, widząc, jak wpycham do walizki wełniane swetry.

– Na pewno będzie chłodno wieczorami – odparłem. – Zwłaszcza w zimie.

– Aha. Wiesz, wydaje mi się, że masz pewne trudności z pojęciem istoty klimatu w strefie równikowej.

To była prawda. Młodość spędziłem w Kanadzie i idea pór roku na trwałe zapisała się w mojej psychice. Wróciliśmy więc do przekazanych przez Kate informacji na temat pogody na Tarawie.

– Bardziej gorąco niż w Waszyngtonie w sierpniu? – dociekałem.

– Bardziej. „Skwar”, tak się wyraziła.

– Ale nie chodzi o gorąco, wiesz. Najgorsza jest wilgotność.

– Mhm. Podobno „jak mokry koc”.

To jednak musi być przesada, uznałem, w ogóle jakaś pomyłka. Powszechnie wiadomo, że warunki pogodowe panujące w Waszyngtonie w sierpniu są wynikiem szczególnego położenia geograficznego oraz uwarunkowań klimatycznych zależnych od prądu strumieniowego, prądu zatokowego oraz pylenia roślin, i że są absolutnie wyjątkowe i nigdzie na świecie nie może się zdarzyć nic gorszego.

Spakowałem więc sweter.

– Dżinsy też zabieram – oświadczyłem wyzywająco.

Przez ostatnich kilka dni żegnaliśmy się z rodziną i przyjaciółmi. Naprawdę spróbujcie nas odwiedzić, mówiliśmy. Jasne, postaramy się, odpowiadali, ale kiedy zaczynaliśmy rozmawiać o odległości do przebycia, widać było ich rosnący sceptycyzm. W końcu została już tylko jedna rzecz do zrobienia: oświadczyłem się Sylvii. Oświadczyny zostały przyjęte. I wyjechaliśmy, ciemną nocą, rozpoczynając długą, długą podróż – takie podróże powinny trwać długo – prosto do raju.

Rozdział trzeci

w którym Autor oraz jego Czarująca Narzeczona opuszczają Kontynent, zatrzymują się na krótko na słynnych Hawajach, wydostają się z koszmarnego atolu Johnston i popadają w Desperację po przybyciu na Wyspy Marshalla.