Wydawca: Novaeres Kategoria: Poezja i dramat Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 884 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie rumiane moje - Anna Wrzalińska

Powieść Anny Wrzalińskiej opowiada o wojnach, rewolucjach, ucieczkach, zdradach, wielkich interesach i wojnie wywiadów, a realia i detale tamtego świata oddane zostały z reporterską dokładnością.

 

Życie rumiane moje ukazuje zakazaną miłość reporterki Marianny do Nikołaja – pułkownika Specnaz-u i szpiega KGB w czasach burzliwych przemian ustrojowych, politycznych i tobyczajowych.

 

Na tle wielkiej miłości powracamy do najważniejszych wydarzeń tamtego okresu: rocznicy Wielkiej Rewolucji, padającego Muru Berlińskiego, Czarnobyla 5 lat po awarii, Turkmenistanu, Kazachstanu, puczu Janajewa, obalania pomnika Dzierżyńskiego na placu Łubianki w Moskwie, oblężonego Sarajewa, a wreszcie ówczesnego Petersburga, gdzie Marianna ma niezwykłą okazję poznać przyszłych – dzisiejszych władców Rosji.

 

W pewnym momencie dziennikarka znika. W swoim pamiętniku nieraz pisała o samobójstwie, ale również o szamanach syberyjskich, szeptuchach, przepowiedniach i klątwach... Nie udaje się odnaleźć ciała…

 

 

Anna Wrzalińska jest z wykształcenia politologiem i negocjatorem, a z zawodu reporterem, copywriterem i mediatorem. „Życie rumiane moje” jest jej debiutem literackim.

Opinie o ebooku Życie rumiane moje - Anna Wrzalińska

Fragment ebooka Życie rumiane moje - Anna Wrzalińska

Okładka

Strona tytułowa

Anna Wrzalińska

ŻYCIE RUMIANE MOJE

Strona redakcyjna

REDAKCJA: Tomasz Charążka

KOREKTA: Paweł Pomianek

OKŁADKA, ILUSTRACJE: Marek Burgemajster

FOTOGRAFIA AUTORKI: Krzysztof Zieliński

SKŁAD: Monika Burakiewicz

© Anna Wrzalińska i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7722-733-6

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

Od autora

Najłatwiej byłoby spłacić długi emocjonalne i intelektualne, zamieszczając na przykład alfabetyczną listę nazwisk osób, bez których samego istnienia i udziału ta powieść na pewno by nie powstała. Bo jakże można wyważyć i porównać ważność, ciężar i wielkość tych długów i żadnego nie pominąć???

Te intelektualne choć w części można wyszczególnić w przypisach, co też uczyniłam. Ale jak spłacić dług intelektualny wobec kolegów dziennikarzy z „Polityki”, „Newsweeka” i „Gazety Wyborczej”? Dzięki ich wiarygodnym publikacjom możliwe było zebranie materiałów źródłowych, właśnie historycznych, do tej prawie współczesnej powieści historycznej.

Zawodną pamięć autorki czasami wspomagały też przewodniki turystyczne: Moskwa i Petersburg wydane przez „Bibliotekę Gazety Wyborczej” (Mediaplanet, Warszawa 2009), a także przewodnik turystyczny Moskwa. Kreml, matrioszki i Arbat (Wydawnictwo Bezdroża, wyd. I, Kraków 2005) autorstwa J. Madzińskiej i A. Szypielewicz-Zagrodzkiej.

Osobny przeogromny dług intelektualny mam wobec moich nieżyjących już Mistrzów: dr Anny Uhlig, prof. Franciszka Ryszki, prof. Jana Baszkiewicza i Ryszarda Kapuścińskiego. Dlatego, chcąc uczcić ich pamięć, niektórych z nich ożywiłam na tych stronach. To oni zawsze niezłomnie wierzyli we mnie i omawiali ze mną, zupełnie jeszcze do tego niegotową, koncepcję zmierzenia się z materią zatrzymania pamięci o współczesnej nam historii w czymś równie wiarygodnym jak reportaż, a mającym formę nieco mniej serio, lżejszą, która trafi do szerszego grona czytelników. Że warto się z tą karkołomną formułą zmierzyć, bo nic nie jest tak ulotne, jak właśnie Historia. I nic na pierwszy rzut oka przeciętnemu człowiekowi nie wydaje się być tak nudne, jak właśnie Historia. Tę zawartą potem w grubych uczonych tomach piszą i zwycięzcy, i przegrani, i ich ideologowie – każdy swoją i oczywiście „pod kątem”, a dopiero po latach zdystansowani, starający się o tzw. obiektywność zawodowcy. Więc gdzie jest prawdziwa historia, zwierciadło codzienności? Właśnie w... reportażu. W przyzwoicie i rzetelnie udokumentowanym artykule w gazecie. Tam zatrzymywana „na świeżo”, na bieżąco, zamknięta w literach i zdjęciach wydawałoby się na stałe... a jednak umyka z pamięci czytających szybciej niż para znad przed chwilą wyłączonego czajnika. Umyka, ulega przeobrażeniom i zapomnieniu równie szybko, jak prywatna pamięć czytelników. Bo czymże jest historia? Nie papierem w archiwum, a jego treścią. Każdy człowiek jest historią i jego codzienne życie. Każdy z nas jest historią. Okazało się na przykład, że już funkcjonują co najmniej trzy rozbieżne co do daty, miejsca, kolejności wykonania egzekucji a równoważne (sic!) wersje opisu egzekucji na małżeństwie rumuńskich dyktatorów Ceausescu. I takich przykładów jest znacznie więcej. Choć minęło zaledwie... 20 lat.

Prywatna sonda przeprowadzona wśród znajomych młodszych o pokolenie wykazała, że większość z nich o czasach przełomu – o codziennych realiach dosłownego przełamywania się socjalizmu, ZSRR i ówczesnego świata – nie wie zupełnie nic, a puste w treści pyskówki polityków tylko ich zniechęcają i ewentualnie rozśmieszają durną, niezrozumiałą, nadętą martyrologią. Warto jednak by cokolwiek na temat realiów życia w Polsce i najbliższym nam świecie w latach 1968, 1986 – 1992, 2006 wiedzieli, albowiem moim – oczywiście subiektywnym zdaniem – w tamtym czasie tkwią korzenie naszej współczesności. Jest to oczywiście wybór zupełnie osobisty, arbitralny. Moje ryzyko, prawo i... pycha.

Miałam to szczęście i ten przywilej być w tym niezwykłym zaiste czasie aktywnym obserwatorem świata z biletami do pierwszego rzędu – byłam piszącym i publikującym reporterem. Dlatego posyłam swoich bohaterów w miejsca, które sama widziałam.

Bohaterowie powieści, tak jak większość ich przygód, są od początku do końca fikcyjni (nie jest to, Szczygle, reportaż z mojego życia!), jednak wiele reportaży zawartych w powieści faktycznie ukazało się w swoim czasie drukiem, więc są one historią. Ale bardzo mi zależało, by i cała rzeczywistość, w której żyją moi główni bohaterowie, była odtworzona właśnie z reporterską pieczołowitością. By była prawdziwa. Dlatego poboczni bohaterowie, występujący w tle owej rzeczywistości, w znacznej większości też są prawdziwymi ludźmi i od wielu z nich uzyskałam pozwolenie na umieszczenie ich w powieści. Ukłony dla kolegów z „Nie” i Roberta Bernatowicza. Do kilku, z oczywistych względów, nie udało mi się dotrzeć, ale ponieważ są osobami inteligentnymi, publicznymi, medialnymi, ważnymi politykami, a ja nie przekraczam w opisaniu ich ram reportażu i dobrego smaku oraz nie mam najmniejszego zamiaru działania na jakąkolwiek ich szkodę, więc mam nadzieję, że mi ten pisarski wybryk wybaczą.

Na ile udało mi się poprzez trudne i skomplikowane losy bohaterów oddać realność i nastrój tamtych nieodległych przecież czasów – zamkniętych w klamrach 1968 – 2006 i 1986 – 1992 – ocenią czytelnicy. Z pewnością, choć ze wszystkich sił starałam się tego uniknąć, są też w powieści jakieś błędy, nieuświadomione kalki czy przekłamania, i te są już całkowicie moją winą. Za co z góry przepraszam.

Oprócz wyżej wymienionych inspiratorów Życie rumiane moje ma jeszcze dwie pary rodziców bezpośrednich: Anię i Zbyszka Mikołejków oraz Ewę i Mirka Cieślików.

Gdyby nie najlepszy z przyjaciół, Jarek Partyka, powieść napisana w połowie zginęłaby marnie i bezpowrotnie w trzewiach zbuntowanego komputera, a autorka... lepiej nie mówić.

Gdyby nie najlepszy z czytelników (i jego rozległa wiedza) Władek Pająk – taki czytelnik, co czyta z czerwonym długopisem w dłoni i szczodrze go używa, a potem zmusza autora do sprawdzania źródeł, obrony swych twierdzeń i zajętego stanowiska – pewnie nikomu więcej nie miałabym odwagi tekstu pokazać.

Gdyby nie najwspanialsi i najmilsi z sąsiadów: Hania i Zbyszek Gołębiowscy, autorka uschłaby przyssana do klawiatury i ekranu komputera, a jej biedny pies zapadłby w tym czasie na chorobę sierocą.

WARSZAWA, GRUDZIEŃ 2011

Życie rumiane moje

Normandia – na przykład... kwiecień 2007

Siedziała na dnie morza, bo chciała narysować cień słońca. Wtem bolesny naglący skowyt w wirze powietrza. Zza pleców. Niespodziewany dźwięk liznął kobietę drżącym chłodem. Drobiny soli i piachu rzucone tym samym nagłym podmuchem, kłującym rojem spłynęły jej po uchu i karku pod kurtkę, wzdłuż tętnicy szyjnej, aż pod podkoszulek. Zapachniało mokrą wełną i łajnem. Znowu skowyt. Przechodzący w żałosny pisk. Podniosła głowę. I znowu. Tym razem nasłuchiwała. Przyniósł go powiew od lądu, od strony La Rivage, gdzie zwykle pasą się słone czarne barany. Czekała na ten dziwny odgłos, a jednak ją zaskoczył, rozdarł ciszę bez trudu, sparzył jak kropla żrącego kwasu. Mariannie drgnęła ręka, ostry czubek ołówka złamał się, grafit rozkruszył, a ostra drewniana okładzina rozorała środek kartki.

– Merde!!! – zaklęła. – Co to za cholera?

Spojrzała na prawie skończony szkic resztek snujących się pasm mgły i cienia Mont Saint Michel ze słońcem odbijającym się od złotej figury Michała Archanioła wieńczącej dach starego benedyktyńskiego opactwa. Rozdarcie przechodziło przez sam środek rysunku.

– I tak był do niczego... – mruknęła i zgniotła papier w dłoni. Kolejny silniejszy podmuch wiatru szarpnął kartkami szkicownika, a skowyt przeszedł w rozpaczliwe, urywane wycie.

Ja to zawsze mam szczęście! – pomyślała. – Skąd tu pies? Miejscowe nie są takie durne, żeby tu się włóczyć!!! A o tej porze turystów jeszcze nie ma.

Położyła blok i pudełko z ołówkami na skale obok siebie, przycisnęła plecakiem i wstała, żeby się rozejrzeć.

Stała na szczycie okołopółtorametrowej, różowawo-czarnej granitowej skałki, wystającej z solnej, srebrzysto-piaskowej bezkresnej równiny. Znalazła tę skałę dwa tygodnie temu, gdy pierwszy raz sama, bez przewodnika, poszła w głąb morza za falą odpływu. Jeszcze mokra, jakby dopiero co narodzona skała wyglądała wówczas jak wielka zaciśnięta dłoń ziemi ze środkowym palcem skierowanym ku niebu. Geologiczne fuck you. Teraz dochodziło południe, słońce przez przepływające chmury rzucało kleksy szarości, a czasem puszczało świetlne zajączki z powierzchni rozrzuconych gdzieniegdzie wśród połaci słonego piachu granitowych okruchów pokrytych błyszczącą miką – złotem głupców. Ostatnie pasma mgieł rozwiewał wiatr od lądu, ale jak okiem sięgnąć wszędzie wokół panował martwy bezruch. Tylko osypujące się już suche ślady Marianny, lekkim łukiem prowadzące w stronę ukrytego za horyzontem brzegu, i cienie skupionej żałobnej czerni kreślące kontury skalistych wzgórz – wysp Michała Archanioła i Tombelaine – burzyły martwą harmonię dna morskiego porzuconego przez fale. I to zacichające z wiatrem, a jednak – gdy Marianna wytężyła słuch – wciąż obecne rozpaczliwe wycie...

Gdyby to beczał baran albo gdybym wierzyła w upiory, duchy i tutejsze legendy, byłoby może straszniej, ale na pewno łatwiej i nie musiałabym sprawdzać, co to za stworzenie tak płacze – myślała, wiążąc na nowo solidne trekkingowe buty, upychając czerwoną wiatrówkę, blok i ołówki do plecaka.

Gotowa do drogi stanęła i zaczęła nasłuchiwać. Wiatr mylił kierunki, znosił, rozrzucał dźwięki jak garście piachu, ale nieustający skowyt zdawał się dochodzić ze strony Wzgórza Tombelaine, więc Marianna ruszyła na skos między swoimi starymi śladami a błyszczącym tryumfalnie Archaniołem. W linii prostej jej skałę od brzegu dzieliły około dwa kilometry, do Tombelaine mogło być ich prawie cztery. Na szczęście do przypływu, który potrafił tu nadciągać z szybkością galopującego konia, ogromną dziewięcio-, dziesięciometrową wściekłą falą, zostało dobrych kilka godzin, więc miała czas, by sprawdzić, czemu jakiś zwierzak tak strasznie płacze.

Kochała to miejsce, złożone z samych kontrastów i sprzeczności. Teraz wędruje po pustyni, piach chrzęści i skrzypi pod jej stopami, a po zmierzchu w tym samym miejscu głębia zaszumi falami, łodzie zakołyszą się na pienistych grzbietach przypływu. Teraz jest jeszcze w Normandii, ale gdy podejdzie od wschodu i stanie na grobli, jedynie przez pół doby prowadzącej do tysiącletniego opactwa, zdepcze linię graniczną, zrobi trzy kroki na zachód i... znajdzie się w Bretanii. Tu od zarania dziejów była granica religii, kultur, języków, światów całych... Grobla jest jak wibrująca napięta struna – z jednej strony siła, z drugiej mit. A rzeka Couesnon? Czym jest? Granicą czego? Rzeką czy morzem? Słona czy słodka? Płynie do morza czy morze w nią wpływa?

***

Pierwszy raz Marianna trafiła w to miejsce dwadzieścia lat temu, przypadkiem. Wraz z kilkoma kolegami postanowili spożytkować wakacje po drugim roku studiów na pielgrzymkę, ale taką z fantazją – najważniejsze średniowieczne katedry Włoch, Francji i Niemiec. Przedsięwzięcie jak na tamte czasy wydawałoby się zupełnie niewykonalne. Było lato roku 1988. Stał mur berliński. W NRD stacjonowała Zachodnia Grupa Armii Radzieckiej licząca 400 tysięcy żołnierzy. Jugosławia w słońcu dojrzewała do rzezi i gwałtów. Kaukaz kolejny raz stał w ogniu. Irak czekał na swoją gehennę. Z Bejrutu zostały dymiące zgliszcza. Afgański wilk i radziecki niedźwiedź wykrwawiały się nawzajem i słabły. Znany nam świat od 40 lat toczył się utartymi koleinami. Ale pewnego lutowego wieczoru w Warszawie, siedząc smętnie w Harendzie nad „jednym piwem z kilkoma słomkami”, dyskretnie dolewając procentową wkładkę, wszyscy zgodnie stwierdzili, że skoro niedawno przeżyli pół roku na stypendiach w Związku Radzieckim, jak Lisowczycy, Napoleon i hordy Hitlera zaznali rosyjskiej zimy, na placu Czerwonym złożyli bałwochwalczy i bluźnierczy hołd truchłom – Stalina pod Murem Kremlowskim i Lenina w mauzoleum – a po powrocie szczerze, czule i radośnie ucałowali wzorem papieża peron Dworca Centralnego w Warszawie – wzór zachodniej cywilizacji – to znaczy, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych, a zbrukane naukowym komunizmem, przemytem, wódą i kawiorem dusze trzeba by jakoś ratować. Marianna miała tylko zarobić swoją część pieniędzy i ustalić sensowną marszrutę; w końcu jako jedyna w tym bezbożnym towarzystwie miała maturę z religii, no i jeszcze znała francuski. Organizację papierową i techniczną wyprawy chłopaki wzięli na siebie. Granice, paszporty, wizy, noclegi, transport et cetera... Dla nich to było wyzwanie, przygoda, zabawa. Dla niej? Ona pragnęła zapomnieć Moskwę, zagłuszyć pamięć, przysypać czasem, ruchem, miejscami, krajobrazami, wreszcie modlitwą. Mimo wszystko wierzyła, że jest dla Boga ważna, bo On był ważny dla niej. Bo oczywiście wierzyła, że On jest Miłością i że jest miłość, że miłość jest jak upragniony, najpiękniejszy i największy prezent gwiazdkowy dla tych, którzy nań zasłużyli, bo byli grzeczni i dobrzy. W tamto szaleńczo kolorowe lato, w pysznych, chłodnych, wielkich i strzelistych katedrach Marianna modliła się o miłość wbrew temu, co przeżyła w Moskwie. A może właśnie dlatego? I na kolanach zapalała na ołtarzach smukłe przebłagalne ofiarne świeczki, choć przeważnie nie miała monety potrzebnej na ofiarę. Nie wiedziała, nie mogła jeszcze wiedzieć, że jaka ofiara, taki skutek modlitwy. I że nie warto Istoty Najwyższej o nic prosić, bo z jednej strony każdą myślą, każdym oddechem sami wybieramy swój los, a z drugiej strony Najwyższe Bóstwa – Przypadek i jego bliźniak Przeznaczenie – słuchają naszych modłów uważnie. Czasem skurwiele podsłuchują. Bywa niestety i tak, że sprawiedliwie albo dla kawału dostajemy dokładnie to, o co prosiliśmy...

Marianna dwadzieścia lat temu żarliwie pożądała miłości, choć bała się, że nie potrafi kochać...

(Tu kończy się pamiętnik po raz pierwszy).

***

Rozpaczliwe popiskiwanie doprowadziło ją do zapadliska, w którym szamotał się, niemal już po łeb zasypany spływającym, miałkim piachem, pies. Po wyciągnięciu z suchego bagna okazał się około czteromiesięcznym czarnym dobermanem z obciętym klasycznie ogonem i ładnie stojącymi kopiowanymi uszami. Marianna wyciągnęła pasek ze spodni i założyła psu na szyję zamiast smyczy.

– Jesteś zbyt śliczny, kolego, żeby nikt cię nie szukał – pocieszyła go i ruszyła w stronę lądu.

W miasteczku spotkali zrozpaczonego właściciela zwierzaka. On z wdzięczności zaprosił Mariannę na kawę, potem na drugą...

I żyli potem razem długo i szczęśliwie...

Tak bardzo bym chciała, aby życie Marianny tak się zakończyło... Kiedyś...

Nie rozumiecie, prawda?

Ja tylko poszukuję Marianny, bo w roku 2006 została uznana za zaginioną. Właściwie boję się, że Marianna nie żyje. A możecie mi wierzyć, wiele przeżyła. I zawsze powtarzała, że jeśli ktoś mówi, że ma za sobą ciężkie chwile, to zwykle dźwiga je pracowicie na plecach w garbie pamięci. Możecie mi też wierzyć, ponieważ była moją przyjaciółką. Jestem jej... ofiarą. Uważała, że nas skrzywdziła. Mnie i mojego męża Saszę. Ja jestem Amelia. Mam 25 lat, miłość, niespełna roczną córeczkę, nuty, muzykę i oszpeconą twarz. Nie mam palców prawej ręki i cierpliwości dla palantów, a to dość szeroka kategoria. Mój Sasza ma mnie, naszą miłość, naszą małą córeczkę i swoją sztukę. Nie ma... światła, to znaczy nie widzi oczami. Jest niewidomy. Ale jego rzeźby są bardzo jasne. Prawie nikt nie potrafi przejść obok nich obojętny.

Kiedy poznaliśmy się dzięki Mariannie, Sasza widział, a ja byłam piękna. I jak większość nieznających nieszczęścia ludzi byliśmy smutni i nieszczęśliwi. Osobno przychodziliśmy płakać jej w rękaw. Wreszcie znalazła sposób na rozwiązanie naszych problemów. Tak została bogiem. Mieliśmy wypadek samochodowy. Przeznaczenie po namyśle oddało nam życie, a zabrało pychę. A potem w nagrodę dorzuciło zdrową, kształtną, śliczną i rudą jak wiewiórka córeczkę. Marianna miała zostać jej matką chrzestną.

Zanim... zanim zaginęła, myślałam, że ją znam. Tylko dlatego, że ją kochałam. Jakże byłam ślepa! Kiedy zniknęła, zaczęliśmy jej szukać. Gdy jesienne wichury i zimowe mrozy zdarły z drzew, słupów i płotów jej zdjęcia – „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” – zrozumieliśmy, że trzeba jej szukać inaczej. W pamięci. Naszej i innych ludzi. W jej pamięci. Im bardziej oddalał się jej głos, tym głośniej i wyraźniej wracało do mnie wszystko, o czym z nią rozmawiałam, niedopowiedzenia, okruchy anegdot, pozornie nieistotne uwagi. I przypomniałam sobie wreszcie, że Marianna pisała pamiętnik. Znalazłam go. Przeczytałam. Ma jakby dwa zakończenia, dwa wpisy z ostatniego dnia, ogromnie różniące się od siebie. Jakby ważyła w sobie jakąś decyzję. Wiele kartek jest wyrwanych. Niestety nie wiem, kiedy je wyrwała ani dlaczego. Czasem analizuje w tym dzienniku każdą sekundę, z kilku stron ogląda ten sam detal, a czasem przez lata całe nie notuje ani jednego słowa. Nie zawsze pisała w pierwszej osobie. Wiele razy tekst stawał się sceną z książki, o której – bywało – mówiła, a której nie zdążyła napisać. Dopiero te słowa, w których pozornie martwy szelest zaklęła swój głos, pozwoliły mi trochę poznać moją przyjaciółkę. W niektóre zdarzenia trudno było mi uwierzyć. Dlatego zaczęłam sprawdzać, próbowałam uzupełnić treść lat, o których nic nie napisała, postanowiłam odnaleźć ją w pamięci innych ludzi i w innych tekstach. W jej tekstach. Przecież była dziennikarką, reporterką. Widziała oblężenie płonącego Sarajewa, w Moskwie Jelcyna broniącego rosyjski parlament w czasie puczu Janajewa i obalanie pomnika Dzierżyńskiego na placu Łubianki, Azję Środkową...

Ale większość jej reportaży powstała przed upowszechnieniem się Internetu i tkwi gdzieś na zakurzonych półkach czytelni czasopism, schwytana w żółknące strony gazet codziennych sprzed ponad dwudziestu lat. Spośród tych, które udało mi się odnaleźć, niektóre dam Wam do przeczytania. W tych słowach widać ją wyraźniej niż na zdjęciach.

Nie mogę pogodzić się z jej utratą. Tym bardziej, że dopiero teraz ją poznałam. Ale to nie znaczy, że ją rozumiem, ani że zrozumiałam, dlaczego zniknęła. Chciałabym, aby każdy, kto przeczyta historię Marianny, zastanowił się przez moment, czy jej kiedyś nie spotkał. Może kupuje z nią rano bułki w jednym sklepie? Jeśli tak, proszę, dajcie mi znać albo zawiadomcie Fundację ITAKA.

Marianna zaginęła. Miała 39 lat.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

20 grudnia 1992. Warszawa, Rakowiecka, areszt śledczy

Mikołaj...

Ucieleśnienie snów nastolatki.

Był moim Przeznaczeniem, a ja jego... zabawką... puchatym, mięciutkim misiem z wydłubanym oczkiem...

...podatnym jego dłoniom i słowom, powolnym jego pragnieniom...

Polem jego gier. Swoistym alibi? Igraszką?

Ale i tak miałam szczęście. Nauczył mnie, czym jest rozkosz. Podarował mi moje ciało i kilka lat życia w odurzających falach czułości, pożądania i adrenaliny.

Kilka chwil bycia czyjąś.

Jego. Aż do śmierci.

Zabili go cztery dni temu.

Nie dowiedział się, że może mieć syna. Myślę, że to był syn...

Już są razem. Misza tuli go i śpiewa: „kto wie, ile życia brakuje malowanym obłokom?”.

26 stycznia 1993. Warszawa, wynajęte mieszkanie

Powiedzieli: jest pani wolna...

Pusto. Jasny warkocz płacze za mnie. Nożyczki. Na podłodze jak złoty wąż bez głowy... tęskni do jego rąk... Jestem pusta... Świat umarł.

Nigdy więcej nie usłyszę: dziewczynko...

Matki Boskiej Gromnicznej 1993. Warszawa

W lutym ziemia na groby jest za twarda. Trudno zasypać trumnę. Wielkie, wygryzione cmentarną koparką grudy zmarzniętej gliny sypały się na wieko jak bryły węgla z taśmociągu w kopalni... waliły z łoskotem... Mama boi się burzy... umarła ze wstydu i zgryzoty. Przeze mnie.

Przeczytała to wszystko, co o mnie i Nikołaju napisano.

To są fakty. Ale nie jest to prawda.

Mama nie chciała słuchać wyjaśnień...

Umarła...

19 grudnia 1992 r. „Gazeta Elekcyjna”

DZIENNIKARKA SZPIEG W ARESZCIE

Wczoraj, Urząd Ochrony Państwa przy współpracy z CIA udaremnił przekazanie operacyjnych funduszy na działalność szpiegowską. Jak podają nasze źródła, Mariannę D. aresztowano w kawiarni „Ambasador” w Alejach Ujazdowskich w Warszawie, gdy po powrocie z Sankt Petersburga wręczała kopertę z pieniędzmi pułkownikowi KGB, Gienadijowi Warennemu, korespondentowi INTER TASS na Polskę i Niemcy. W 1983 roku Gienadij Warennyj został wydalony ze Skandynawii za działalność szpiegowską.

Funkcjonariusze UOP od kilku miesięcy obserwowali młodą reporterkę i innego obywatela Wspólnoty Niepodległych Państw, dawnego Związku Radzieckiego, Nikołaja Pawłowicza Arkanowskiego, do niedawna również korespondenta TASS i przez dwa semestry wykładowcę teorii gier na wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Marianna D. publikowała swoje reportaże na łamach miesięczników „Reporter” i „Porównania”, w popołudniówce „Posłaniec Polski” i na naszych łamach.

BOMBA ATOMOWA W MARRIOTCIE?

Między 15 a 17 grudnia w ekskluzywnym hotelu Marriott w Warszawie UOP udaremnił próbę sprzedania 15 ścigaczy, 30 kilogramów uranu-235 i 6 kilogramów plutonu. Z materiałów tych można wyprodukować bombę atomową.

21 grudnia 1992 r. „Gazeta Elekcyjna”

KGB KONTRA CIA – WYGRYWA UOP

Wczoraj UOP we współpracy z WSI i w asyście przedstawicieli CIA w porcie przeładunkowym w Gdyni zaaresztował rosyjski frachtowiec „Siberia Manu” i zatrzymał transport urządzeń szpiegowskich, służących do wykrywania, monitorowania, nagrywania i magazynowania danych dotyczących promieniowania neutronowego. Urządzenia te były ukryte w dostawie ceramicznych doniczek kwiatowych, zamaskowanych aparatów fotograficznych i niezwykle wyrafinowanych czujników przeznaczonych do badań naukowych. Wszystkie te elementy były przewożone w kontenerze oznaczonym CTTU-1317221. Portem przeznaczenia był Nowy Jork.

Zanim kontener dotarł do Gdyni, przebył jedenaście stref czasowych: Japonia, Nachodka (port na Dalekim Wschodzie), Kolej Transsyberyjska, Sankt Petersburg, Świnoujście, Hamburg, Sankt Petersburg i Gdynia.

Sprzęt służy do rejestrowania natężenia spektrum oraz całkowitej dawki promieniowania neutronowego, a także promieniowania gamma. Zapamiętuje także miejsce dokonania odczytu, ciśnienie atmosferyczne i temperaturę powietrza panującą w chwili pobierania próbki. W tym samym momencie robi też panoramiczne zdjęcie.

Rosjanom chodziło o możliwość lokalizowania wszelkich miejsc produkcji broni jądrowej, jej magazynowania i wyśledzenia punktów węzłowych sieci transportu tych materiałów w obszarze NATO.

Czujniki te potrafią w promieniu 10 metrów zidentyfikować głowicę jądrową z jednokilogramowym ładunkiem plutonu. Czas ich działania bez konieczności doładowywania energią wynosi trzy miesiące.

Nasi informatorzy zbliżeni do kręgów kontrwywiadu donoszą, że aresztowanie dziennikarki Marianny D. ma bliski związek z tą sprawą.

Nasi informatorzy twierdzą również, iż w ostatnich dniach w Petersburgu, w czasie gdy frachtowiec „Siberia Manu” stał w tamtejszym porcie, w ramach porachunków mafijno-szpiegowskich został tam zabity wspominany już w związku z tą rozwojową sprawą i Marianną D., pułkownik Specnazu Arkanowski. Nikołaj Pawłowicz Arkanowski był ostatnio zatrudniony w polskim przedstawicielstwie AMTORGU – radzieckiego przedsiębiorstwa handlu zagranicznego, potem w japońsko-amerykańsko-polskiej spółce Heddo Raito.

22 grudnia 1992 r. „Ekspres Wieczorny”

MIŁOŚĆ, ŚMIERĆ I SZPIEDZY – POLSKA MATA HARI. – WIGILIA W WIĘZIENIU!

Znana z ciekawych reportaży z wojny w Jugosławii i najdalszych zakątków Związku Radzieckiego dziennikarka Marianna D. została aresztowana pod zarzutem szpiegostwa. Podobno w warszawskiej, ekskluzywnej, licznie odwiedzanej przez korpus dyplomatyczny kawiarni „Ambasador” w Alejach Ujazdowskich przekazywała krwawe pieniądze za zdradę ojczyzny znanemu szpiegowi z KGB Gienadijowi Warennemu. Pikanterii całej sprawie dodają dwa fakty: Marianna D. kilka dni przed aresztowaniem straciła kochanka, Nikołaja A., pułkownika Specnazu, który został zabity w porachunkach szpiegowskich w Petersburgu. A w 1987 roku przebywała na stypendium naukowym w Moskwie. Pewnie tam uczyła się technik szpiegowskich. Za to teraz w polskim areszcie kawioru na Wigilię nie dostanie!

25 stycznia 1993 r. „Gazeta Elekcyjna”

Z OSTATNIEJ CHWILI...

Wieczorem PAP podał wiadomość, że Marianna D., nasza redakcyjna koleżanka, została oczyszczona z zarzutów o szpiegostwo i wypuszczona z aresztu.

Sierpień 1994. Francja, Taize

Tu nie pytają o przeszłość. I mało trzeba do życia. Wyszłam z grupy ciszy – dwa miesiące całkowitego milczenia – nauczyłam się znowu spać. Całe cztery godziny dziennie. Sukces. Jestem permanentką, to znaczy, że będę mieszkać w ekumenicznym klasztorze przy Kościele Namiotów na Wzgórzu kolejny rok. Brat Roger się zgodził... Odpowiadam za grupy pracy przy kanalizacji. Prysznice, ustępy... w końcu mam wprawę... Jest co sprzątać w lipcu i sierpniu po 5 tysiącach mieszkających tu w tygodniowych turach młodych ludzi. Na szczęście rzadko sprzątam. Częściej organizuję, tłumaczę z francuskiego na rosyjski lub na odwrót. Polskie grupy zazwyczaj radzą sobie angielskim.

Nie wiem, czy w niebie jest Bóg. Ale tu zagląda często.

...kiedy kilka tysięcy głosów śpiewa w burzową noc kanon Veni Creator, szukając w muzyce i kościele schronienia przed piorunami bijącymi we wzgórze i przed ulewą, bo wiatr pozrywał namioty... a potem: La tenebre n’est pas tenebre devant toi; la nuit comme le jour est lumiere... la – „Z tobą ciemność nie będzie ciemna wokół mnie, a noc tak jak dzień zajaśnieje”. Musiał tu być. Dotykał nas...

...kiedy brat zakonnik odpowiedzialny za kuchnię informuje w czasie południowej odprawy, że nie ma ani jednej bagietki na kolację, a gościmy 3 tysiące osób. A Rożek się uśmiecha i mówi: „do kolacji jeszcze 5 godzin... Dajcie Bogu czas!” i spokojnie idzie się bawić z sierotami z wojny w Jugosławii, a dwie godziny później grupa odpowiedzialna za robienie posiłku, akurat złożona z samych dziewczyn z Chorwacji, Anglii i Austrii łapie wszystkich przechodzących facetów do rozładunku tira z wczorajszym pieczywem z piekarni, darem z pobliskiego Lyonu...

...kiedy po ośmiu godzinach prób udaje się nam (mam to wielkie szczęście, że mogę śpiewać w Coralu – małym chórze prowadzącym modlitwy, podającym ton) wykonać i nagrać czyściutko Trisagion, tu czule nazywany Agateosem na sześć głosów, mój ulubiony kanon po grecku...

Agios o Theos, Agios Ischyros, Agios Athanatos, eleison imas... te suplikacje po grecku unoszą każde niebo... „Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami...”.

Myślę, że w klasztorze w Taize Bóg mieszka w ciszy tysięcy oddechów, muzyce, w śpiewie, na przykład w dwudziestu językach jednocześnie... To taka współczesna wieża Babel à rebours... I we wrześniowych malinach...

On też tu schował się przed światem.

Tu upiory pamięci rozgania dźwięk dzwonów...

Październik 1996. Warszawa

Nie umiem wybierać trumien. Muszą być trzy. Bliźniacy rozbili się samochodem, a ojciec na wiadomość o tym dostał zawału. Wszyscy na śmierć.

Nie widziałam ich prawie cztery lata, a teraz już nie zobaczę. To oni nie chcieli mnie widzieć.

Wszyscy mnie zostawiają, wszyscy odchodzą. Zdrowi, piękni, kompletni, w pełni sił...

Wolą umrzeć niż być ze mną.

A ja? Potwór czekający na zatracenie... Midas śmierci...

Jestem jak zaraza, jak dżuma. Kogo dotknę – zabijam...

Widziałam Stiopę, przyjaciela Mikołaja... Będzie się starał o możliwość praktykowania medycyny w Polsce. Mówił, że Mikołaj nie ma grobu. Jak to szpiedzy u nich... Ale naprawdę miał na imię Nikołaj i kochał mnie, jak nikogo innego na świecie. Stiepan... nie... Nie mogę go widzieć. Nie mogę!!! Kazałam spierdalać.

Listopad 1997. Tworki. Park

Kontrola wypadła pozytywnie. Robię postępy. Tak powiedział lekarz.

Mam wracać do domu, bo zimno. Nie będzie mi mówił, co mam robić!

Wiatr głaszcze mnie po karku, burzy mi włosy i ożywia żółte jak kacze pisklęta liście. Baraszkują i umierają jednocześnie.

Wszystko w życiu jest jednocześnie. Posiedzę i popatrzę.

Najpierw powąchał, czy nie śmierdzę, potem obejrzał mi ręce; wokół paznokci same czarne, ściągające się strupki. Żadnych nowych ubytków tkanki, jak zgrabnie zapisał w karcie. Zachowania kompulsywne pod kontrolą. Zalecenia medyczne: spacerować, słuchać muzyki, dobrze się odżywiać... wychodzić do ludzi. (Po co?). Farmakologia: przechodzimy z halidolu i sineqanu na pramolan i może potem na tranxenne, jeśli nie będę świrować...

Szpitalny wypis na białej kartce trzepocze mi w ręce, wyrywa się do żółtych liści jak spanikowana matka. Mam nowy numer – w ewidencji psychiatrycznej swojego państwa... Kolejny, lubią mnie numery. Jest jeszcze PESEL, numer dowodu osobistego, paszportu, orzeczenia o znacznym inwalidztwie od urodzenia w ZUS, numer w ewidencji więziennej, numer studenckiego indeksu, obronionej pracy magisterskiej... tuż... tuż przed... w...

Nie myśl o tym, wariatko!!!

Wypis trzepocze i tęskni do wiatru, do wolności, do lotu... jak ja na barierce... kiedy patrzyłam w dół, a Wisła pod mostem Poniatowskiego ruszała lśniącą skórą jak wąż w czasie wylinki... rozewrę palce, a wypis odleci... z suchym opisem niczego: przyjęta po próbie samobójczej. Rozpoznanie: depresja z zaburzeniami kompulsywnymi, czas hospitalizacji – osiem miesięcy...

Rozwarłam palce. Papier pofrunął.

Zabrał tylko litery. Pamięci nie dźwignął.

Ja muszę.

Dziewczyny nie płaczą, nie kłamią i nie skarżą. Tajemnic nie zdradzają, obietnic dotrzymują, a kary przyjmują z honorem.

...najgorsze było karmienie przez rurę... jak gęś na fois grasse... na pasztet z gęsich stłuszczonych wątróbek... może tak pasztet z ludziny?... w rzeźni czasem śmierdzi podobnie... och, kiedyś pod Kościanem widziałam piękną, nowiutką przemysłową rzeźnię... to już lepiej jeść, choć świat smakuje gorzką tekturą, a gardło ściska drut kolczasty...

Amelia długo nie chciała się im poddać. I często krzyczała. Zwiewny cień dziewczyny namalowany na muślinowej chuście... Szesnastoletnia anorektyczka... Śpi dobrze, gdy głaskać jej stopę. Została tu. Już sama trochę je. Miłe dziecko. Lubimy się. Trzeba ją odwiedzać...

Czerwiec 1998

Jutro jadę do Taize, we wrześniu znowu nagrywamy płytę... Wańkowicz twierdził, że cukier krzepi, ale mnie krzepi śpiew... Brat Emmanuel napisał, że tym razem trzeba wzmocnić alty... więc zamiast linii melodycznej w sopranach będę śpiewać ozdobniki i zakrętasy... też fajnie! Jak śmiesznie mieć szeroką skalę głosu... jak przyjemnie... Jedzie też Kuba – skończył dyrygenturę na Akademii Muzycznej i gra na flecie poprzecznym, altowym...

Wańkowicz miał trochę racji z tym cukrem... z reklamy można żyć... można czasem dorobić... copywriterka, póki nie chodzi na prezentacje do klientów, nie musi być miss Polonia...

Miałam propozycje powrotu do zawodu, ale za każdym razem lekarze pytali, gdzie kupię nowe oko. Jeśli mam widzieć, nie mogę długo pracować na komputerze. Zdjęć też już nie będę robić, bo nie wolno mi dźwigać reporterskiej torby ze sprzętem, jeśli mam chodzić... więc jak to mówią: po ptokach... Czasem coś piszę dla znajomych, do dodatków weekendowych. Tam jeszcze mieszczą się reportaże... zawód psieje... dziennikarze od lat wchodzą do sejmu jak służba, kuchennymi schodami... ale to już nie mój problem.

Sen bez snów. Słońce nie faluje czernią. Prochy odstawione i głowa trochę ruszyła. Amelia nadrabia szkołę i ma kontakt z rodzicami. Normalnie, świat się śmieje! Cała beczka miodu, po prostu. A teraz łyżka dziegciu, ale mała, malutka, udaję, że jej nie ma... wczoraj nie mogłam się odgiąć po umyciu wanny... i już koło południa śluzówka oczodołu tak nabrzmiewa, że proteza w ogóle nie chce się trzymać... ale to nic, to nic... Jutro jadę!!!

11 października 1998. Warszawa

Stiopa przyprowadził Saszę, syna... Mikołaja. Przynieśli mi torbę szaronu, kaki – moje ulubione owoce z... Rosji... z Moskwy. Leżą na półmisku... twarda, jaskrawopomarańczowa, krągła, krucha słodycz z suchym kwiatem liści...

Nie będę płakać. Oko i tak boli.

Styczeń 1999. Warszawa, szpital im. Orłowskiego

...przeszczepiona skóra najpierw staje się niebieska. Coś między turkusem a błękitem pruskim. Wtedy jest dobrze.

Gdy staje się zimna w dotyku, koloru zmrożonych kartofli, to potem szybko gnije, śmierdzi, odpada i bardzo boli...

Jeśli nawet autoprzeszczep na twarzy nie chce się przyjąć, jest sposób ostateczny. Odcina się kawałek skóry z przedramienia, ale tylko z trzech stron i przyszywa się go do miejsca, w którym ma zostać. Ręka, odciętą skórą przyszyta do głowy od skroni do policzka, tkwi w drewniano-metalowo-gipsowej, podtrzymującej cały bark i obojczyk konstrukcji około miesiąca. Przez pierwsze dwa tygodnie musi tkwić bez ruchu, żeby przeszczep się przyjął, więc właściciel ręki i reszty, też musi leżeć dwa tygodnie bez ruchu. Nie można płakać, bo chlorek sodu w płynie zaognia i rozpulchnia tkankę...

...żyjesz z kroplówki, a i tak salowa ma po czym podcierać ci tyłek...

...Kto powiedział, że człowiek – worek gówna – to brzmi dumnie?

A upokorzenie nie czyni pokornym.

Wręcz przeciwnie!

***

Mój ulubiony szpital...

Zamiast pyska mam spuchniętą, druciano-błękitną bryłę, skrzyżowanie ET z R2, ale może będzie dobry dołek na protezę!!! Jeszcze tylko dwie operacje!

Już nigdy nie będę narzekać, że jestem brzydka. Przyrzekam, Panie Boziu, przyrzekam!!!

Choć bycie upiorem ma czasem i swoje dobre strony... zabawne... Można z innymi potworami zejść na dół do szpitalnego bufetu w szczycie odwiedzin i dostać w bufecie co się chce, bez kolejki. Bo jak siadamy przy stoliku w trzy albo we cztery potwory z oddziału urazowej chirurgii plastycznej, po trzech minutach wszystkie miejsca są puste! Ludzie mają fascynujące miny, gdy uciekają na nasz widok.

Warszawa. Za chwilę lato... 2001

Hura! Hura! Hura! Stiopa zdał nasz egzamin lekarski i będzie w Polsce medykiem!

A stary koń Sasza – toż ma dwadzieścia dziewięć lat! – dostał się na warszawską ASP... Mikołaj byłby dumny!

***

Amelia jest prześliczna. Wysoka, szczuplutka, brązowe, łagodne, duże oczy błyszczące za przeproszeniem jak u źrebaka... Jakby powiedział stary satyr Zagłoba: „krew z mlekiem dobrodzieju, krew z mlekiem!!!”. Już nie chce zniknąć, po anoreksji ani śladu! Nadrobiła szkołę. Zdała maturę bardzo dobrze! Śpiewa jak anioł. Jest wesoła i zdrowa. Nie rozumiem jej rodziców – w domu awantura, bo w tajemnicy przed nimi przystąpiła do egzaminów w Akademii Muzycznej. Jest w klasie śpiewu. Ale siedzi u mnie na tapczanie i kończy trzecią paczkę chusteczek. Bo nie dostała się na polonistykę na UW, na którym to wydziale studiują porządne i posłuszne córki.

To jakieś szaleństwo i absurd. Nigdy nie rozumiałam, jak ktoś zamiast delektować się wierszami, może chcieć zaglądać w odbyt poetom...

Szaleństwo? Absurd? Mikołaj by mnie wyśmiał. Mówił, że tych słów – wytrychów do niczego – używają patentowani, leniwi umysłowo głupcy.

Szaleństwo? Absurd? One nie istnieją – mówił. – Nie bądź niemądra, dziewczynko! Nie ma czegoś takiego. To tylko niezrozumienie sytuacji od strony drugiego człowieka. Ważniejsze od tego, co ludzie robią, jest to, czego nie robią! Ważniejsze, jak i o czym kłamią, niż to, co mają za prawdę!

Nic nie rozumiem...

12 października 2001. Warszawa

Właśnie wyszedł Sasza. Studia studiami, ale ma jakieś problemy z zalegalizowaniem pobytu. Smutny i przybity. Obiecałam poczytać przepisy i sprawdzić parę rzeczy u znajomych w MSW.

Wczoraj wpadła Amelia. W oczach duch buntu i smutek. W domu awantury. Teraz to już nie chodzi raczej o jakąkolwiek naukę, a tylko o władzę. O zmuszenie dorosłej córki do posłuszeństwa. Posłuszeństwo... Nienawidzę tego słowa!

Chyba powinnam zacząć brać opłaty za seanse terapeutyczne od przyjaciół... Najlepiej w naturze: w ananasach i kiwi...

Właściwie jak to się stało, że Amelia i Sasza się nie znają? Odpowiedź: istnieją w światach równoległych mojego życia i świadomości.

I dlaczego traktuję ich jak dzieci? A oni mnie trochę jak... zastępczą matkę? Odpowiedź: bardzo dobre pytanie!

Przecież oboje są dorośli. Amelia jest dwudziestoletnią młodą kobietą, zaś Sasza jest młodszy ode mnie tylko o pięć lat... Fizycznie nie mogliby być moimi dziećmi... no, może Amelia trochę... Ja mam trzydzieści cztery lata, biologicznie mogłabym mieć jeszcze tuzin dzieci...

...cholera!

Muszę, muszę to choć napisać, jakoś się z tym zmierzyć, bo... bo minęło dziewięć lat, a ja...

...nie mogę o tym myśleć!!! Nie mogę!!!

1 listopada 2001

Wróciłam z cmentarza bardzo szybko. Uciekłam. Zapaliłam znicze, położyłam po kwiatku i uciekłam. Przeraża mnie i rani do głębi ten odpustowy spęd zaduszny. Zaduszki... ni grama, ni cienia w tym duszy... Rejwach, okrzyki, nawoływania, śmiechy, pośpiech i puszenie futer i kożuchów... licytacja pozorów pamięci... tabuny, stada przerażone pobytem na cmentarzu, w bliskości, w kupie, w poczuciu chwilowej, z lęku przed śmiercią i grobami – wymuszonej wspólnoty... Myślą o wódzie i kotlecie, obgadują groby sąsiadów, a swoich zmarłych i tak, i tak gnijących tam w dole, obojętnie czym przygniecionych – ziemią, granitem, piaskowcem, marmurem czy lastryko – dociążają kopiastą stertą kwiatów, wieńców, doniczek, wiązanek – plastikowych i bajecznie kolorowych albo kwiatów ściętych, nieżywych... setką zniczy – z barankiem, krzyżykiem, jabłuszkiem... świeczek, serduszek, kokardek, matek boskich... wiatraczki, wazoniki... jeszcze tylko fontanna z wodotryskiem jak z Promenady i piórko w tyłek na szczycie. I obrzydliwie słodka, wyrywająca plomby z zębów pańska skórka, oczywiście do gębusi, bo raczej zimno i mimo tłoku jakoś straszno. A wszystkie te graty są po to, żeby umarli zostali tam, gdzie są. Nie popełzli za nimi do domów. Tłuszcza za tłuszczą... Nie znoszę Wszystkich Świętych! Moi zmarli nie byli święci.

Oprócz... to maleństwo, które nie zdołało we mnie przeżyć... ono było niewinne.

A może nienawidzę tego święta, bo zwyczajnie zazdroszczę ludziom. Oni są razem. Ja zawsze sama. I chodzę na groby tych, których kochałam, a którzy nie chcieli mnie znać. Innych grobów nie mam.

Ci, którzy mnie kochali, nie mają grobów.

To tak, jakby nigdy nie istnieli...

***

Nie chcę, nie mogę wierzyć, że po śmierci, jak twierdzą buddyści, duch człowieka przez czterdzieści dni i nocy pozostaje przy ciele, zanim odejdzie z powrotem w koło karmy... Dlatego dobrze jest czuwać przy zwłokach i recytować Księgę Śmierci. Opisuje ona drogę, niebezpieczeństwa, zadania i możliwości wyboru dla duszy. Inaczej dusza może się zagubić... więc potrzebuje przewodnika. Jest nim głos mnicha recytującego...

Mikołaj był silny... i na pewno w końcu gdzieś ktoś go pochował.

Ale moje maleństwo... poroniłam w areszcie... skrzep krwi, odpad medyczny – powiedzieli – nic wielkiego... będziesz mieć inne dzieci...

Gdzie Ono było?

Gdzie jest?

16 listopada 2001. Warszawa

Wczoraj skończyłam trzydzieści cztery lata. Zapisana cyframi jest to niewielka liczba. Ludzie mówią, że jestem jeszcze młoda. Ciągle wiekowo mieszczę się w Taize w grupie... młodzieży.

Dorabiam do renty pisaniem głupot reklamowych, mam nowy oczodół, z którego proteza nie wypada i który boli dużo, dużo mniej, twarz krzywą jak zwykle, kręgosłup jak zwykle, rozmiar ciuchów 46-48. Nawet propozycje kawy, jakichś randek... Ale sądzę, że ci faceci sobie żartują...

No, może nie Jakub, dyrygent, znajomy z Taize nie żartuje... Śpiewanie czasem jest jak seks... rodzi niepojętą bliskość i intymność... głosy bywają głodne jak ciała... a jedyny raj wart każdego grzechu to intymność, czułość i bliskość... ale on jest o osiem lat młodszy... Bez sensu. I nie jest Mikołajem.

Jak bardzo liczby kłamią... jak nieprawdziwe są fakty...

Moich lat jest niewiele, lecz mają skrzydła z ołowiu.

Co jest miarą młodości?

Mam pomysł, jak rozwiązać problemy Amelii i Saszy. Ona nie ma gdzie mieszkać, więc męczy się i drze koty ze starymi. Jest uwiązana i zależna. Sasza ma dwupokojowe mieszkanie i pracę, ale też i kłopoty z wizą. Nie chcę ich swatać, choć myślę, że dobrze by się uzupełniali, że pasują do siebie. Ale mogę ich wreszcie poznać ze sobą i przedstawić swój pomysł. Białe, papierowe, urzędowe małżeństwo rozwiąże ich problemy.

Jestem genialna.

Może jednak nie? Przeklęty Kieślowski i jego Trzy kolory...

21 marca 2002. Milanówek

Oto świeżo zaobrączkowani państwo młodzi: Amelia i Aleksander Arkanowscy – taki psikus na powitanie wiosny – właśnie wsiedli do pożyczonego od Stiopy auta (mówią o nim pasat, ale ja aut nie odróżniam od siebie!) i pojechali na tydzień na Mazury. Konkretnie do Rucianego, rodzice koleżanki Amelii mają tam domek letniskowy... Moim zdaniem zamarzną, ale nakrzyczeli, że gderzę jak starucha...

Trochę posiedzieliśmy ze Stiopą nad koniakiem, jak starzy rodzice... Kocham go jak brata. Umiemy razem milczeć o tym, o czym ja nie mogę nawet myśleć. Mój zgorzkniały, złośliwy, stary medyk... Stary? Zaraz, a ile Stiepan ma lat? Przyjaźnił się z Mikołajem jak ja z Saszą... i chyba jest... był... Jak to będzie zgrabnie po polsku, do diabła? Mikołaj był starszy od niego dokładnie o pięć lat. Więc Stiopa ma teraz 50 lat...?

Dzieciaki podpisały papiery w tutejszym USC. Byliśmy ich świadkami. Rodziców Amelii oczywiście nie było... skąd ja to znam... Jeśli wiedzą, kto to wymyślił, pewnie zakłuwają szpilami voodoo moją kukłę trzy razy dziennie...

A teraz szoruj spać, starucho! Zęby, siusiu, zgasić światło... Stiopa chrapie, że słychać przez ścianę. To niedobrze... starszy braciszek medyk ma bezdech senny...

***

Rano zadzwonił telefon. Samochód Stiepana jest do kasacji. W wyniku kolizji osoby nim jadące walczą o życie w szpitalu w Ostrołęce... Jedziemy tam zaraz...

...przekleństwo Midasa... czego dotknę, zabijam... winna, znowu winna...

1 kwietnia 2003. Warszawa

Niechcący zostałam bogiem.

Byłam dziennikarką i dziewczyną szpiega z KGB. Chyba... Na pewno?

Tak w każdym razie teraz o sobie myślę. W tamtych ciekawych niezwykle czasach tak zwanych przemian ustrojowych myślenie nie było moją najmocniejszą stroną. Żyłam więc bez myślenia o następnej „rundzie”. Aż nadeszła. Potem następna. A potem...

Zbyt wielu z tych, których kochałam, umarło.

Tych, którzy przeżyli, skrzywdziłam.

Teraz mam żyletkę. I boję się żyć, a nie potrafię umrzeć.

Jeszcze nie teraz...

Od zawsze mam też tylko jedno oko.

Ogólnie znana i uznawana mądrość ludowa głosi, że oczy są zwierciadłem duszy. Moje zwierciadło czy też dusza są czasem – właściwie dosyć często – w połowie plastikowe, a w połowie puste, bo noszenie protezy przez całe życie, przez okrągłą dobę, jest zwyczajnie bolesne. I nic się w tej materii mimo postępu techniki i medycyny nie zmienia... Chyba że na gorsze.

Od dziecka się zastanawiałam, czy w związku z tym, że mam tylko połowę oczu, to mam też jedynie połowę duszy?

A może mam duszę z dziurą, zatykaną przez kilka godzin dziennie plastikowym erzacem?

Kiedy pytałam o to księży na lekcjach religii, wyrzucali mnie z salki katechetycznej za bezczelność i kazali przychodzić z rodzicami.

Starałam się wtedy, żeby chociaż Bóg we mnie wierzył.

Teraz przestało to być takie ważne.

Przestałam się zajmować duszą.

W ogóle.

Bo wiem, że Bóg też już we mnie nie wierzy. Bo wreszcie przestałam zabiegać o jego względy i uwagę. Więc on też przestał mi zawracać głowę.

Ale, niestety, nie oznacza to, że stałam się osobą racjonalną, o naukowym, wolterowskim światopoglądzie. Chyba bym nawet chciała tak postrzegać świat, lecz nie pozwala mi na to swoisty determinizm mojego losu dyktowany przez ciało.

Ciało...

Ono uporczywie ćwiczy mnie w pokorze, uległości i posłuszeństwie. Jest dla mnie zawsze i wszędzie obecnym... Bogiem. Surowym, pamiętliwym i karzącym. Kiedyś myślałam, że tak jak tego drugiego, chrześcijańskiego Boga, można go przebłagać, ugłaskać tym, czego żądają obaj. Czyli... posłuszeństwem.

Tylko tego jednego chcieli ode mnie wszyscy, gdy byłam dzieckiem.

I Bóg, i ciało, i dorośli wokół.

Ja chciałam, by mnie kochali.

Dlatego aż do siódmego roku życia rzeczywiście byłam dość posłuszną dziewczynką.

Aż zdarzyło się w moim życiu... to.

Materia kontra emocje.

Od tamtej, jakże brzemiennej w skutki dla mojego charakteru i Losu, pamiętnej, lecz na długie lata wypartej ze świadomości i potem odzyskanej pamięci o lekcji na początku pierwszej klasy podstawówki, nie obchodzą mnie już niczyje racje, oprócz moich własnych, ani cudze standardy moralności, odpowiedniości, prawdy, grzeczności...

Co mi się wówczas... przydarzyło?

Gacie pełne gówna i rzyganie z obłędnego strachu.

Potem kilka razy w życiu bałam się dużo bardziej. Powiedzmy, że miałam... lepsze powody.

Ale już nigdy więcej w życiu nie byłam bezwolnie posłuszna.

Nigdy. Nikomu.

Mimo to przeżyłam.

Jakimś cudem przeżyłam. Choć to może za dużo powiedziane. Bardziej: przetrwałam. Przetrzymałam aż do tej pory. Ale nie nauczyłam się żyć. Nie wiem czemu... Czy dlatego, że w Polsce ktoś, kto ma pół duszy i tylko jedno oko może w ostateczności nauczyć się sztuki przetrwania, utrzymywania się przy życiu z przyzwyczajenia, ze strachu lub z przekory, ale za żadne skarby świata nie przyjmą go na ekskluzywne salony życia ludzi zdrowych, chudych, pięknych i kompletnych? Szybko nauczyłam się wstydzić swojego ciała, próbowałam więc je ignorować i o nim zapomnieć. Ale im bardziej się go wstydziłam, tym bardziej ono ogromniało i dominowało moje życie. Ciało sprawia do dziś, że inne cechy i osiągnięcia nie są ważne. Pozostał wstyd. Tylko teraz wstydzę się renty inwalidzkiej.

W Polsce mniejszy wstyd żyć z kurewstwa i złodziejstwa, niż okradać budżet Najjaśniejszej Rzeczypospolitej z jałmużny na chleb, gdy brakuje człowiekowi zdrowia, by na niego zarobić. Nie zasługuję więc ani na życie, ani tym bardziej na śmierć, bo eutanazja na własną prośbę nawet osób chorych na raka, którym zostało kilka miesięcy życia w niewyobrażalnym cierpieniu i bólu, jest niemoralna, ale skazywanie na to cierpienie jest jak najbardziej etyczne i moralne, podobnie jak wykluczenie z życia społecznego osób niepełnosprawnych.

Przed owym wykluczeniem zawsze ratowały mnie książki. A gdy dorosłam – podróże. Ciekawe, że poza granicami naszego zaścianka zawsze czułam się cudownie zwyczajna... ale o tym być może opowiem nieco później, jeśli... żyletka pozwoli.

Tak więc książki pozwalały mi przetrwać, ale nie sposób było nauczyć się z nich wspaniale bogatej, zwłaszcza w młodości obfitej, nabrzmiałej słodyczą obietnic i ich spełnieniem, mięsistej materii życia.

Książki...

To jak lizanie cukierka przez szybkę...

A ja niegdyś bardzo pragnęłam żyć.

Lubiłam też słodycze. I pewnie dlatego, bez względu na dezaprobatę bywalców salonów życia, wpychałam się między nich na siłę. Lekce sobie ważąc ich głośne protesty i grymasy obrzydzenia.

Czasem nawet z perwersyjną uciechą napawałam się tą ich odrazą.

Miałam wiele pragnień i marzeń. Tak było. A jak jest teraz?

Teraz trochę się siebie z tamtych czasów... wstydzę... Chyba się w końcu poddałam. Wiem, że nie będę piękna jak z okładki ani zdrowa, więc i bogata.

Gdy odzwyczaiłam się od słodzenia czegokolwiek i zapomniałam, jak smakuje cukier, co nastąpiło dość wcześniej, dużo, dużo później odkryłam, że gorycz też ma wiele smaków. Można w niej zagustować.

Zostało mi już tylko jedno pragnienie.

Chcę zrozumieć, jak to wszystko się stało...

Czy zdradziłam? Kiedy? I... kogo?

Nie umiem też odgadnąć, zrozumieć, kim się stałam, kim teraz jestem...

I nie umiem jeszcze umrzeć.

***

Ale podobno umiem opowiadać.

***

Najpierw miałam trochę szczęścia.

Dużo.

Rodzice nie oddali mnie do domu dziecka.

Bo w czasach mojego wtargnięcia w świat wadliwe fizycznie, odmienne, nieudane psychicznie – kalekie dzieci były nad Wisłą powodem do wstydu nie tylko dla tych, którzy je spłodzili, czyli dla rodziców, lecz przede wszystkim dla całej rodziny.

Samym swym istnieniem rzucały cień hańby. Były namacalnym dowodem kary za winy ojców, za niewątpliwe przypuszczalne grzechy przeszłych pokoleń. Stanowiły ohydną plamę na nieskazitelnie pięknej i czerstwej puli genetycznej narodu. Jawny stygmat sromoty. Dlatego wskazane było usuwanie tych wybryków natury sprzed oczu wrażliwej estetycznie publiki...

Trzeba też pamiętać, że konieczność opieki nad potworkami zakłócała państwu i pechowym rodzinom marzenia o świetlanej przyszłości, o wykonaniu planu pięcioletniego i o talonie na własną syrenkę (a za chwilę, wraz z nastaniem towarzysza Gierka, na inny cud techniki: małego fiata), wreszcie na wczasy w Bułgarii, NRD... i tym podobne, i tak dalej...

Tak więc... urodziłam się. Sądzę, że kiedy zobaczyłam i poczułam ciało, w którym przyszło mi żyć, natychmiast chciałam wracać tam, skąd przybyłam. Jednak lekarze i pewien nierozsądny ksiądz byli innego zdania i nie pozwolili mi umrzeć. Gdy obie babcie, smutne, ale z niejaką ulgą już, zamawiały msze święte za moją niedorozwiniętą duszę, ja po trzech dniach i kilku operacjach w końcu poddałam się i zaczęłam żyć... a raczej swoim nieopatrznym istnieniem zaburzać rzeczywistość innym.

Oczywiście trzeba było mnie zaraz ochrzcić, żebym nie poszła do piekła, gdyby przypadkiem któraś kolejna reanimacja się nie powiodła. Natychmiast wezwano księdza. Z tej nagłości zapomniał olejów świętych, ale i tak ochrzcił mnie „z wody” i... legalne świadectwo zostawił. Mądry był człowiek i przewidujący! Dzięki jego zapobiegliwości ceremonii nie musiano powtarzać, a rodzina uniknęła wydatków i skandalu uroczystego pokazywania mnie światu w kościele. I sprawienia porządnym ludziom kłopotu odmawiania podawania mnie do chrztu. Odmowa, jak wszyscy wiedzą, przynosi pecha i dziecku, i odmawiającym. Dlatego we wspomnieniach rodziców w zależności od humoru i stopnia zdegustowania moim istnieniem ojcem chrzestnym był podobno ten uparty stary lekarz, który zmusił mnie do życia, lub ledwie trzymający się na nogach po przepiciu palacz z kotłowni szpitalnej, a matką chrzestną równie posunięta w latach pielęgniarka oddziałowa, która przez dobę nosiła mnie w pozycji pionowej, żebym się nie udusiła (rodzice w tamtych czasach mogli tylko posiedzieć w szpitalnej poczekalni, a i to nie za długo), lub stara salowa. Ów lekarz/palacz i pielęgniarka/salowa sami się zaofiarowali. I do ratowania mnie w płaszczyźnie fizycznej i duchowej. Niestety, umarli, zanim zdążyłam ich poznać. Ale podobno charakter dziedziczy się właśnie po rodzicach chrzestnych, więc przynajmniej od razu, od samego początku było wiadomo, dlaczego w żaden sposób nie pasuję do bogoojczyźnianego, ckliworomantycznego, sarmackobutnego rodzinnego stada nie tylko kalekim ciałem, ale i duchem.

A wiem to wszystko „od zawsze”, bo zamiast jak pozostałym wnuczkom i wnukom opowiadać i mi bajki o królewiczach i królewnach, babcie zwykle najpierw tkliwie i życzliwie podkreślały, jak wiele rodzice dla mnie poświęcają, jak ogromnie powinnam być im wdzięczna i jak szczerze modlić się do Bozi, aby mnie nie odumarli, bo nikt inny mnie do siebie nie weźmie. A takie szkaradki jak ja nie mają łatwego życia w sierocińcu... Dopiero po owej pokazującej mi moje miejsce... katechezie... ewentualnie nadchodził czas na bajki.

Dlatego przez pierwsze osiemnaście lat życia modliłam się zawzięcie, żarliwie; bo bardzo chciałam być taka sama, jak wszyscy wokół.

Starałam się. Uparcie i okropnie. Bezskutecznie.

Potem spotkałam Nikołaja Pawłowicza Arkanowskiego.

Takie nazwisko miał wpisane w paszporcie, który widziałam wielokrotnie. Musiał mieć ich więcej. I paszportów, i nazwisk. Pod takim uczył chwilami teorii gier na uniwersytetach w Moskwie, Warszawie, Berlinie i w Lejdzie, a także podpisywał korespondencje dla TASS.

Takie nazwisko dał synowi.

Swojemu.

Nasz... nasze dziecko umarło półtora dnia po ojcu. Po nas.

Straciłam to, czego jeszcze nie miałam.

Poroniłam.

Mikołaj... Dla świata Nikołaj, Kola. Dla mnie Misza. Ocalił mnie. Ożywił.

Podarował mi moje ciało.

Wnuczka i krewniaczka powstańców listopadowych, styczniowych, zesłańców, sybiraków, żołnierzy wszystkich możliwych polskich – a czasem i nie – armii, zamiast iść do klasztoru, gdzie zgodnie z wiekową tradycją Bogu wciskano nierokujące sukcesu na rynku matrymonialnym panny z tej rodziny, oddała swe święte, drogocenne dziewictwo rosyjskiemu najeźdźcy, wrogowi gorszemu od Niemca i została kochanką radzieckiego, komunistycznego szpiega. Gziła się z nim bez wstydu, umiaru i ślubu... choćby tylko urzędowego. Na domiar złego wszystko wydało się publicznie. Zostało opisane w gazetach!

Nie tak, jak skrzętnie zamiecione pod wycieraczkę rodowej pamięci i bardzo sporadycznie, acz z dużą nostalgią wspominane w zalanym własnoręcznie pędzonym bimbrem z okazji rzadkiego rodzinnego spędu rycerskim gronie niegdysiejsze, nieopatrznie opisane w pamiętniku, który ocalał wbrew historii – męskie przewagi najświętszej pamięci stryja Cezarego pod Napoleonem w Hiszpanii, (Pułk Lansjerów Nadwiślańskich, Saragossa 1808-1809)... ciekawe tylko, co by o tych przewagach opowiedziały spływające krwią kobiet i dzieci pod ich pikami i szablami uliczne rynsztoki i spacyfikowane, wybite do pnia hiszpańskie wioski oraz brutalnie zgwałcone przezeń tamtejsze kobiety... aleć stryj Cezary chędożył w obronie ojczyzny! A ja?

Ja nieodwracalnie zszargałam ich honor i przez stulecia niepokalane hańbą nazwisko. Jedyny majątek po minionej świetności rodu. Nie licząc dwóch kompletów wytartych, srebrnych, złoconych łyżek z herbem rodziny, wraz z pamiętnikiem jurnego stryja Cezarego przechowywanych przez babcię z pietyzmem godnym tabernakulum i rzymskiej hostii.

Współczuję im.

Musieli się mnie wyrzec.

A mój Mikołaj?

Uratował mnie po trzykroć i umarł.

Nie. Nie umarł.

Został zabity.

Ja przeżyłam i zostałam bogiem.

Przeżyłam, by nauczyć się umierać. Zapłacić z lichwiarskim procentem za każdą sekundę szczęścia. Płacić bez końca...

Przeżyłam, żeby stracić niewinność. Skrzywdzić tych, których odważyłam się pokochać...

17 kwietnia 2003. Warszawa

Ale wróćmy jeszcze do moich początków...

Kiedy lekarzom udało się dość znośnie wydłużyć moją sporo krótszą i wyrwaną przy porodzie ze stawu biodrowego nogę, po roku spędzonym w szpitalach, w bezruchu w różnych aparatach tortur i w gipsie, z odleżynami i odparzeniami na ciele, po trzech zapaleniach płuc i kilku kolejnych operacjach – powiedzieli oni (owi lekarze) na koniec moim biednym rodzicom, że mogą mnie uczyć chodzić, ale przy takim kręgosłupie i tak czeka mnie wózek inwalidzki.

Raczej wcześniej niż później. W ogóle mieli nie robić sobie wielkich nadziei co do mnie. Bo choć udało się lekarzom uratować mi jedno oko, to istnieje duże – ich zdaniem graniczące z pewnością – prawdopodobieństwo, że za kilka lat stracę wzrok całkowicie. O pomniejszych, pobocznych moich problemach zdrowotnych nie wspominając...

To były moje pierwsze bajki na dobranoc. I książeczka z serii Poczytaj mi Mamo – O Kotku, który stracił mamę. Biedak przytulał się do radia, bo mrugało jak mama zielonym, okrągłym okiem, do szczotki, bo miała sierść i długi ogon, do wycieraczki przed drzwiami, bo była puchata i grzała... Niestety, nie pamiętam, czy tę mamę kotek odnalazł. Pamiętam, że nie było spania bez tej książeczki i postanowienia, że ja swojej mamy nie zgubię. Zasypiając, zawsze kurczowo trzymałam ją za włosy. Jeśli byłam wystarczająco grzeczna, by zasłużyć sobie na usypianie.

To chyba z tamtego nieświadomego okresu życia pozostały mi trzy rzeczy: duża odporność na ból fizyczny, kompletny brak lęku przed szpitalem i... przekonanie, że na wszystko od innych ludzi trzeba sobie zasłużyć. Że jeśli nie jest się zdrowym i ślicznym, żeby przeżyć, trzeba być grzeczniejszym, milszym, zabawniejszym, nawet tylko odrobinę i obojętne w czym, ale jednak... lepszym od tych dobrych i normalnych, ślicznych i zdrowych.

I choć wiele z moich dziecinnych przekonań czas roztarł na pył i zabrał z odchodzącą falą przemijania, to ten wniosek oparł się wszelkim sztormom i jest ciągle aktualny. Do dziś niektórzy z moich przyjaciół potrafią mieć swoją sympatię do mnie za... dobry uczynek, różniący ich in plus od reszty nietolerancyjnego społeczeństwa. I nie zdają sobie sprawy, ile w tym jest bezwiednej, a raniącej pogardy...

Jak już napisałam, miałam szczęście, że moi rodzice potrafili oprzeć się naciskom otoczenia, że chcieli zaryzykować i zatrzymać mnie w domu.

Mieli siłę i determinację. A ja najwidoczniej wtedy chciałam żyć.

Gdy skończyłam trzy lata bardzo też chciałam do dzieci. Byłam duża, silna, bystra i mocno nad wiek wygadana. Wszystkie znajome dzieci szły do przedszkola. Mnie nikt nie chciał. Dobrze pamiętam te fałszywie uśmiechnięte panie dyrektorki kolejnych przedszkoli i ich przesłodzone głosy pytające wciąż o to samo:

– Często boli cię oczko, dziecino?

– Często.

– A lubisz swoje okulary?

– Nie lubię, ale mama i doktor każą nosić.

– Co zrobisz, jak ktoś niechcący ci je zrzuci?

– Nie zrzuci! Są na sznureczku. Jak biegam, to chowam do kieszonki.

– A kiedy oczko boli to płaczesz?

– Nie. Nie. Jak bardzo boli, to chowam do kieszonki, ale mama i doktor krzyczą, że nie wolno chodzić bez oczka i że zgubię...

Zwykle ta albo podobna kwestia kończyła próbę zapisania mnie do kolejnego przedszkola. Aż pewnego razu stał się cud. W tym momencie rozmowy pani dyrektor, też w okularach – czego nie omieszkałam ze zdziwieniem zauważyć, bo okulary nosiło wówczas równie wiele osób, a zwłaszcza trzyletnich dzieci, co dziś podpiera się kulami inwalidzkimi, startując w biegu przełajowym lub maratonie – z czarnymi kręconymi włosami i fascynującymi, zadziwiająco długimi ciemnoczerwonymi paznokciami i ustami, poprosiła rodziców, żeby wyszli, bo... chce ze mną porozmawiać na osobności. Gdy po chwili wahania wyszli i zostałyśmy same, przez moment siedziała i uważnie mi się przyglądała. A ja jej. Często patrzyli na mnie obcy dorośli. Byłam przyzwyczajona i nie peszyło mnie to. Wreszcie moja ciekawość zwyciężyła i zapytałam:

– Skąd masz takie czerwone paznokcie? I długie jak baba-jaga?

– Pomalowałam lakierem – taką specjalną farbą do malowania paznokci. Dlaczego pytasz, Marianno?

– Bo ładne. Takich nie widziałam.

– Włosy też mam czarne jak baba jaga... a ty się mnie boisz, Marianno? Nie ma tu mamy i taty...

– To co? Są za drzwiami. Jedna pani doktor od oczka też ma czarne włosy. Ja jestem sama swoja i się nie boję nawet prawdziwej baby-jagi!

– Prawdziwej? Widziałaś kiedyś prawdziwą czarownicę?

– Coś ty! Nie widziałam, bo nie ma! Prawdziwe są tylko w bajkach!

– Powiedz mi proszę, Marianno, dlaczego chcesz chodzić do mojego przedszkola?

– Bo tu są dzieci. Dużo dzieci! Ja lubię dzieci!

– Ale masz dzieci na podwórku...

– Nieprawda! Same małe zostały! Duże i mądre chodzą do przedszkola... tylko mnie nikt nie chce!

– Dlaczego uważasz, że nikt cię nie chce?

– Bo jestem za duża, mam okulary i wyjmowane oczko! I wszystkie panie, kiedy myślą, że nie słyszę, mówią tacie, że nikt mnie nie polubi!

– A dzieci na podwórku lubią cię? Nie przezywają?

– Trochę przezywają. Ale wszystkich przezywają. A jak mam cukierki i zabawki to nikt nie przezywa i lubią. Tak jak ja nikt nie umie rysować, najszybciej jeżdżę na rowerze i tylko ja umiem prawdziwy szpagat! Zobacz!

Długo uważałam, że przyjęli mnie do tego przedszkola, bo pani dyrektor tak jak ja nosiła okulary i pokazałam, jak się robi prawdziwy szpagat.

Niestety, ta wyjątkowość kwalifikacji koniecznych na każdym kolejnym szczeblu mojej edukacji okazała się stałą i żelazną regułą. Od tamtego czasu już zawsze musiałam i muszę do dziś udowadniać swoją przydatność, a często choćby prawo do obecności i uczestnictwa w tym, co dla większości ludzi jest zwyczajne i normalne.

Lubiłam przedszkole. Bo choć dziewczynki często nie chciały się ze mną bawić w królewnę, gdy nie godziłam się wyłącznie na rolę czarownicy czy potwora, ani zwykle nie chciały stać obok mnie na zdjęciu ze Świętym Mikołajem, bo mówiły, że jestem brzydka i gruba i że ich mamy mówią, że zepsuję im zdjęcie, to po roku – już w zuchach – chłopcy mówili, że dziewczyny tak gadają, bo są głupie i zazdrosne, a ja mam najładniejsze w całym przedszkolu włosy i kokardy, najwięcej kieszeni w spodniach, najlepiej jeżdżę na wrotkach i na łyżwach, nie boję się robali, potrafię walnąć pięścią w nos, nie skarżę pani i fajnie przeklinam.

To był dobry, uśmiechnięty czas. Marzyłam już tylko o... starszym bracie, który broniłby mnie na podwórku przed łobuzami. A dostałam wujka Mariana.

Ów młodszy brat mamy, po którym noszę imię, właśnie wtedy wyszedł z wojska i na jakiś czas zamieszkał z nami. Najpewniej całkowitemu wyczerpaniu rodziców moim dotychczasowym, składającym się głównie ze szpitali, lekarzy i rehabilitacji istnieniem zawdzięczam, że pozwolili mu się mną zajmować, swemu szczęściu, że wydawałam mu się zabawną i miłą odmianą po służbie zasadniczej w komandosach... jego młodzieńczej ignorancji zawdzięczam odwagę w trenowaniu i zabawianiu mnie, a całemu legionowi aniołów stróżów, lub jak kto woli biesów, że karku nie skręciłam i do teraz chodzę, a nie jeżdżę na wózku inwalidzkim; co zdaniem większości znanych mi ortopedów jest wbrew naturze i nauce.

Medycy ci uczeni twierdzą również, że co się odwlecze, to nie uciecze...

No cóż... może zanim uwiedzie mnie żyletka, zapiszę swoje ciało medykom... niech się uczą...

Znowu dygresja. Wracając do byłego komandosa Mariana i prawie czteroletniej dziewczynki Marianny...

Był rok 1971. Z wysokości jego karku i dających świetny uchwyt, spektakularnie odstających uszu żadna woda, drzewo, zwierz, odległość i wysokość nie były mi straszne.

Pamiętam go dobrze, bo mnie kochał.

Pływanie, czytanie, karuzela łańcuchowa, najwyższe gałęzie, płoty, murki, skakanie z nich, jazda na wszystkim, co się ruszało... wszystko to ze związanymi sznurkiem z tyłu głowy zausznikami okularów i ze szklaną protezą w kieszeni, bo niewygodna i wypadała. Na ból gardła duże lody, na uczulenie ogromna kałuża z gęstym błotem po burzy, na wredne bachory pięść.

Dziewczyny nie płaczą, nie kłamią i nie skarżą. Tajemnic nie zdradzają, obietnic dotrzymują, a kary przyjmują z honorem.

W nagrodę zabierał mnie na Gwardię na swój trening bokserski, za karę na tydzień odbierał procę. Niestety, gdy mając lat chyba ze sześć, zademonstrowałam dzieciakom z podwórka, jak można wsuwką do włosów otworzyć kłódkę zamykającą drzwi prowadzące na dach i siedzieć sobie na krawędzi ośmiopiętrowego wieżowca, machając wesoło nogami, zobaczyli to też dorośli z moją mamą na czele. W efekcie owej nieprzemyślanej akcji reklamowej mojej odwagi i niezwykłych umiejętności ulubiony wujek został natychmiast wyrzucony z domu i z mojego życia, a jakiś czas potem zginął w wypadku. Póki był ze mną, nie bałam się nikogo i niczego.

Prawie.

Jednego miejsca zawsze bałam się śmiertelnie, aż do narodzin mojego rodzeństwa. I nawet wujek na to nie pomagał, bo nigdy nie odważyłam się powiedzieć mu o tym. Najstraszniejszych lęków nigdy nie wypowiadamy w obawie, by się nie spełniły. A już na pewno nie mówimy o nich tym, których kochamy...

Na rogu ulic Żeromskiego i Przybyszewskiego, sąsiadując z podstawówką nr 5, potem imienia polskiego polarnika A.B. Dobrowolskiego, kilka lat temu przekształconą w gimnazjum, mieścił się na warszawskim Żoliborzu Dom Małego Dziecka, inaczej sierociniec dla dzieci małych, tzn. do lat trzech; ale mieszkało tam też czasami trochę dzieci i nieco starszych, gdy jakiś światły, odważny i nieprawomyślny urzędnik nie chciał rozdzielać rodzeństwa lub w zwykłym domu dziecka akurat przez jakiś czas nie było miejsca, lub natychmiastowej możliwości transportu bachora do odległej placówki...

Moi rodzice bywali tam często – zanosili ubrania po mnie i zabawki. Szukali syna. Nienawidziłam tam chodzić, ale rodzice kazali. Mówili, że dobre dziecko dzieli się z innymi tym, co ma i współczuje biednym sierotom bez domu i rodziców. A ja nie mogłam zapomnieć o tym, co zawsze powtarzała mi mama ojca: że miałam być synem, ale mojej mamusi coś się nie udało. I że mam się modlić do Bozi o braciszka, bo ród zaginie!

Jakże bym mogła powiedzieć rodzicom, że nie chcę tam z nimi chodzić, przyznać, że nie jestem dobrym dzieckiem i że się boję, że mnie zamienią na lepsze, udane dziecko?

A kiedy ja podczas wizyty w sierocińcu udawałam, że grzecznie się bawię, panie wychowawczynie głośno i z zapałem zachwalały moim rodzicom tamtejsze dzieci:

– Proszę popatrzeć! Robercik z Kasią już państwa pokochali, a Pawełek bardzo lubi bawić się z Manią i ma takie śliczne niebieskie oczka!

Po czymś takim mogłam jedynie uszczypnąć młodszego trochę ode mnie Pawła dotkliwie, acz dyskretnie, ugryźć i uszczypnąć tamtych, żeby przestali być tacy mili i śliczni, uderzyli mnie, zaczęli płakać i przestali się tak podobać dorosłym!... Bo dopiero wtedy nabierałam przekonania, że może jednak jeszcze i tym razem mi się uda, i to jednak mnie rodzice zabiorą z powrotem do domu z tego okropnego miejsca, a nie zamienią na śliczne, grzeczne dzieci, które na dodatek podobno nigdy nie chorują.

Po koszmarze wizyty w sierocińcu starałam się, jak mogłam, zgadywać wszelkie życzenia dorosłych i byłam wzorem dziecka – przynajmniej wtedy, gdy ktoś na mnie patrzył. Nikomu się nie skarżyłam. Rodzicom mój sposób myślenia podobno nigdy nie przyszedł do głowy. Ale ja wówczas nie mogłam o tym wiedzieć i własne obawy wydawały mi się jak najbardziej uzasadnione i poprawne. Dopiero kiedy urodziły się bliźniaki, rodzice zaprzestali częstych odwiedzin w sierocińcu, a ja uwierzyłam, że nie zamienią mnie na lepsze, zdrowe, ładniejsze i grzeczniejsze dziecko.

Dlaczego?

Bo udało mi się pójść do szkoły podstawowej razem z innymi dziećmi z przedszkola i mama potrzebowała pomocy przy maluchach.

Mogły sobie być ładne.

Ja byłam mądra, starsza i potrzebna!

Nauczeni poprzednim, przykrym doświadczeniem poszukiwania dla mnie pierwszej jednostki edukacyjnej i zgodnie z radą pani dyrektor w okularach, rodzice o rok wcześniej, niż nakazywał to obowiązek szkolny, zaczęli szukać dla mnie podstawówki.

Był rok 1973. Miałam sześć lat i byłam już przyzwyczajona do tego, że i dorosłych, i dzieci muszę przekonywać, że choć wyglądam inaczej, to jeśli mi tylko pozwolą, udowodnię im, że zasługuję na bycie razem z nimi i że można mnie polubić.

Dzieci są twarde i bardzo wytrzymałe; może dlatego, że jak zwierzęta żyją w teraźniejszości. Teraz – jest ich całym światem. Jeśli czegoś chcą, potrzebują, to dążą do tego, prą ze wszystkich swoich sił, nie tracąc czasu na refleksję. Szczęśliwie, nawet nie znają obleśnego, wstrętnego słowa refleksja!

Akceptują świat w całości. Biorą rzeczywistość taką, jaka akurat jest – niejako automatycznie i łatwo się przystosowują. Bo tylko to mogą zrobić.

I ja też taka byłam. Dopiero wiele lat później – właściwie niedawno – uświadomiłam sobie, jak bardzo trudne, obrzydliwie upokarzające, musiały być dla moich rodziców te wszystkie sytuacje żebrania o konsultacje i proszenia o zaświadczenia lekarskie, tłumaczenia, że nie spadnę z pierwszych schodów i nie umrę od siedzenia w ławce, to wodzenie mnie do wszystkich świętych w roli jarmarcznego niedźwiedzia okazującego ucieszne sztuczki...

Walczyli o moją przyszłość ze wszystkich swoich sił. Pewnie dlatego zabrakło im tych sił, żeby mnie jeszcze kochać... Tak jak kochali swoje następne dzieci. Niekłopotliwe, spełniające wszelkie zdrowotne i estetyczne standardy.

Z wiekiem zaczynam rodziców rozumieć, przestaję nienawidzić.

Myślę, że czasami mieli chęć się poddać.

Ale ja nie chciałam do żadnych innych, dziwnych, chorych dzieci.

Ja chciałam do takiej samej, do tej samej szkoły co wszyscy.

Ze zwykłymi, wspaniałymi, normalnymi, zdrowymi dziećmi.

Więc bez szemrania i z zapałem znowu pokazywałam, jak dobrze skaczę na skakance i robię szpagat, mówiłam, że jednym oczkiem tak samo dobrze widzę literki, jak inne dzieci, obiecywałam, że nie będę wyjmować protezy w klasie, bo wiem, że dzieci się mnie wtedy boją, że zawsze będę nosić okulary z czarnym szkłem, żeby protezę zasłonić i że nie będę bić tych, którzy się ze mnie śmieją.

Poza tym umiałam dobrze czytać, znałam wierszyki i kawały i miałam świetne opinie z przedszkola.

Ale i tak do swojej szkoły przyjęła mnie po znajomości koleżanka pani dyrektor z czerwonymi paznokciami. I to jej właśnie obiecałam, że będę bardzo posłuszna, bo inaczej cofną mnie z powrotem do przedszkola i będzie ogromny wstyd. I że zapamiętam, że dla tych co chuliganią – to i w szkole znajdą się woreczki do klęczenia z grochem i solidna, drewniana linia do bicia po łapach i po pupie za karę.

Tak więc możliwość chodzenia do szkoły – to, co dla wielu dzieci było trudnym i uciążliwym obowiązkiem – dla mnie stanowiła nie lada osiągnięcie i nagrodę. Może nie byłam taka jak inne dzieci, ale mogłam znowu robić to co one. Prawie.

Nie do końca była to prawda.

Ale ja szczęśliwie o tym nie wiedziałam. Z rówieśnikami radziłam sobie dobrze, z nauką doskonale. Z czasem jednak udowadniali mi to dorośli – najczęściej skutecznie.

Dzięki ich staraniom przez następne kilka lat ugruntowało się we mnie przekonanie, wręcz pewność, iż żadne moje dążenia, przymioty ducha ani osiągnięcia nigdy nie wyrównają, nie zrównoważą grzechu krzywej twarzy, chorego kręgosłupa, braku oka i grubego ciała.

I choć od tamtych dni kilka rzeczy w życiu udało mi się osiągnąć, wielu doświadczyć, to bycie chorym i ułomnym, nawet w sumie tylko tak nieznacznie innym fizycznie (szczęśliwie moje choroby trzymam w zasadzie w środku) od tych... normalnych, wciąż jest powodem mojego wykluczenia, stanowi dla mnie powód do wstydu.

Choć wiem, że to wstrętne, sama od zawsze i teraz też unikam jak ognia wszelkich kontaktów z osobami niepełnosprawnymi – żeby użyć tego politycznego eufemizmu. Nie dlatego, że się nimi brzydzę. Boję się ich. Ale inaczej niż ludzie zdrowi. Zdrowi boją się niepełnosprawnych, bo przy nich czują się winni swego zdrowia, kierowani podświadomym magicznym myśleniem nie chcą wywoływać wilka z lasu – „z kim przestajesz, takim się stajesz” – i wstydzą się niepełnosprawnych, bo nie rozumieją ich i nie wiedzą, jak z nimi rozmawiać, jak im pomóc.

Ja boję się ludzi niepełnosprawnych, kontaktów z nimi, dlatego że przez całe życie walczę, by nikt mnie do tej grupy nie zakwalifikował, nie utożsamił z nimi, z... gorszymi.

Dziś wiem, że ta walka od początku była skazana na przegraną i że – może poza nielicznymi wyjątkami – jedyną osobą, którą udawało mi się czasem przekonać o przynależności do stada zwykłych, normalnych ludzi byłam... ja sama.

Nikołaj, gdy mnie dotykał, szeptał, że jestem piękna.

Umiał świetnie kłamać.

Dlatego, wiem na pewno, z pary: wózek inwalidzki / ślepota – żyletka, gdy nadejdzie ten moment, wybiorę żyletkę.

Bo mniejszym wstydem jest w Polsce odbycie kary więzienia za złodziejstwo czy rozbój niż bycie osobą niepełnosprawną. Przerażają mnie i oburzają programy telewizyjne pokazujące wspaniałych, dzielnych, szczęśliwych niepełnosprawnych – rodzynki w cieście mające mądre, ciepłe, kochające ich i troszczące się o nich rodziny, którym na dodatek udało się zwrócić na siebie uwagę fundacji i ludzi dobrej woli, mających pieniądze na lekarstwa i wieczną rehabilitację, nie mówiąc już o realizowaniu pasji życiowych... Te programy potwornie fałszują rzeczywistość setek tysięcy osób niepełnosprawnych w naszym kraju. Telewidz – zwykły i prosty – patrzy na takiego kwitnącego, spełnionego, rozprawiającego o pasjach życia niepełnosprawnego i myśli sobie: on, ten obrzydły pokurcz ma lepiej niż ja, zdrowy, normalny, porządny człowiek, bo ja nie mam pracy, moje dzieci książek do szkoły, a za miesiąc kończy mi się zasiłek. Gdzie tu sprawiedliwość?

21 kwietnia 2003. Warszawa

Na szczęście, jak już napisałam, ta wiedza o życiu i świecie nie od początku była mi dana.

Byłam dzieckiem.

Ciągle chciałam żyć.

Płacze, prośby i awantury zmusiły moich rodziców, by już od pierwszej klasy na własną odpowiedzialność – wbrew opiniom lekarzy – pozwolili mi ćwiczyć razem z resztą dzieci na lekcjach wychowania fizycznego i przekonali do tego pomysłu nauczyciela WF-u. Ale niestety, nie pomogły w kwestii... wirującej spódniczki mini. Tu mama była nieubłagana.

– Przecież wiesz, Marianno, że jesteś gruba i masz za grube nogi! Wszyscy będą się śmiali, jeśli założysz tak krótką spódniczkę! – ucięła dyskusję.

Nawet babcie, pocieszające się dotąd, że choć może nie jestem udana, to przynajmniej dobrze wyglądam, potwierdziły, że mini nie jest dla mnie. Miałam siedem lat i byłam jedyną dziewczynką w klasie, która nie miała króciutkiej wirującej spódniczki i wiedziała bez najmniejszych wątpliwości, że... jest brzydka.

Ale pamiętając przestrogi pani dyrektor z przedszkola, z całych sił starałam się być w szkole przynajmniej w miarę grzeczna. Potrzebowałam, żeby nowa pani też mnie polubiła. Znałam na to tylko jeden sposób. Posłuszeństwo. Do bólu. Do przesady. Do czasu, gdy doprowadziło mnie ono do katastrofy. Katastrofy, którą pamiętała mi cała moja klasa. Czyli cały mój ówczesny świat. I oczywiście dzieciaki nigdy nie wahały się tej pamięci używać. Dodatkowe piętno, taki rodzaj... stygmatu...

Dzięki posłuszeństwu poznałam wtedy gryzący, palący aż do trzewi i bez miary odurzający wręcz smak... goryczy, upokorzenia i wstydu. Gorzkie efekty posłuszeństwa.

Potem już nigdy w życiu nie byłam posłuszna.

Zakazów, nakazów, poleceń i próśb dorosłych słuchałam, a gdy sama dorosłam każdej władzy, każdego autorytetu i każdego szefa słuchałam tylko i wyłącznie wtedy, gdy uznałam, że ma rację, że zasługuje na mój szacunek, i gdy chciałam posłuchać. Jeśli któryś z powyższych warunków nie był spełniony, nie słuchałam. Nie byłam posłuszna. Nie? To nie!

Niestety, jestem całkowicie odporna na kij i cudze argumenty siłowe, straty potencjalne i natychmiastowe, kary ostracyzmu i wykluczenia, nawet na ból czy bezpośrednie zagrożenie fizyczne. Sprawdziłam to parę razy w... realu. Kilka razy było... blisko, bardzo blisko. Można mnie zabić, bo nie potrafię się ugiąć i ustąpić.

Widocznie wtedy bezpowrotnie przepaliły się we mnie gen uległości i umiejętności kalkulowania korzyści w sytuacji przymusu.