Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 448 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 20 min Lektor: Krzysztof Globisz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 20 min Lektor: Krzysztof Globisz

Opis ebooka Życie Pi - Yann Martel

Szesnastoletni Hindus Piscine Molitor Patel, znany jako Pi, syn właściciela zoo, z własnego wyboru wyznawca trzech religii (hinduizmu, chrześcijaństwa i islamu), dryfuje jako rozbitek w szalupie ratunkowej po oceanie. Za towarzyszy podróży ma jedynie ocalałe z katastrofy morskiej zwierzęta: zebrę ze złamaną nogą, orangutana, hienę i potężnego tygrysa bengalskiego, nazwanego Richardem Parkerem. W prawdziwym życiu, na dodatek w sytuacji bez wyjścia, pokojowa koegzystencja całej piątki nie byłaby możliwa. W zwariowanej baśni Martela wszystko może się wydarzyć: ktoś zostanie zjedzony, ktoś inny przetrwa 227 dni na morzu – dzięki własnej pomysłowości, silnej woli przetrwania, przyjaźni i wierze w Boga. Jest jeszcze druga wersja historii Patela – bardziej prawdopodobna i bardziej przerażająca. Na potwierdzenie żadnej z tych opowieści nie ma jednak dowodów...

Opinie o ebooku Życie Pi - Yann Martel

Fragment ebooka Życie Pi - Yann Martel

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

LIFE OF PI

Co­py­ri­ght © Yann Mar­tel 2001

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Mag­da­le­na Słysz 2012

Life of Pi film ar­twork © Twen­tieth Cen­tu­ry Fox Film Cor­po­ra­tion 2012

All ri­ghts re­se­rved

Re­dak­cja: Ewa Paw­łow­ska

Kon­sul­ta­cja in­do­lo­gicz­na: Mał­go­rza­ta Ry­bar­czyk

Ilu­stra­cja na tyl­nej stro­nie okład­ki: tr3gin/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-012-0

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2013. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

à mes pa­rents et à mon frère

OD AU­TO­RA

Ży­cie Pi na­ro­dzi­ło się w cza­sie, gdy od­czu­wa­łem głód. Za­raz to wy­ja­śnię. Wio­sną 1996 roku wy­szła w Ka­na­dzie moja dru­ga książ­ka, po­wieść. Nie od­nio­sła suk­ce­su. Kry­ty­cy albo w ogó­le nie wie­dzie­li, co o niej są­dzić, albo wy­gła­sza­li zdaw­ko­we po­chwa­ły, ska­zu­jąc ją na nie­byt. Czy­tel­ni­cy w ogó­le nie zwró­ci­li na nią uwa­gi. Mimo po­pi­sów, ja­kie da­wa­łem, ro­biąc z sie­bie klau­na albo akro­ba­tę na tra­pe­zie, me­dial­ny cyrk po­zo­stał obo­jęt­ny. Moja książ­ka nie szła, sta­ła na pół­kach księ­gar­skich po­śród in­nych ty­tu­łów, usta­wio­nych w sze­re­gu jak dzie­cia­ki przed me­czem ba­se­bal­lo­wym albo fut­bo­lo­wym, i była jak ostat­nia ofer­ma, któ­rej nikt nie chce wziąć do swo­jej dru­ży­ny. Znik­nę­ła z ryn­ku szyb­ko i po ci­chu.

Ta po­raż­ka nie przy­gnę­bi­ła mnie szcze­gól­nie. Za­bra­łem się do pi­sa­nia no­wej po­wie­ści, któ­rej ak­cja mia­ła roz­gry­wać się w Por­tu­ga­lii w 1939 roku. Tyl­ko że ja­koś się nie­cier­pli­wi­łem. I do­skwie­rał mi brak pie­nię­dzy.

Po­le­cia­łem więc do Bom­ba­ju. Nie jest to wca­le ta­kie nie­lo­gicz­ne, je­śli się weź­mie pod uwa­gę trzy czyn­ni­ki: ży­cie w In­diach po­tra­fi wy­le­czyć z nie­cier­pli­wo­ści każ­de­go czło­wie­ka, da się tam cał­kiem nie­źle funk­cjo­no­wać na­wet przy skrom­nych środ­kach fi­nan­so­wych, a po­wieść osa­dzo­na w Por­tu­ga­lii 1939 roku nie musi mieć wie­le wspól­ne­go z Por­tu­ga­lią w 1939.

By­łem już wcze­śniej w In­diach, na pół­no­cy, przez pięć mie­się­cy. Przy­je­cha­łem wów­czas na ten sub­kon­ty­nent zu­peł­nie nie­przy­go­to­wa­ny. To zna­czy w ra­mach przy­go­to­wań na­uczy­łem się jed­ne­go sło­wa. Kie­dy po­wie­dzia­łem o pla­nie wy­jaz­du zna­jo­me­mu, któ­ry do­brze znał ten kraj, rzu­cił od nie­chce­nia: „W In­diach mó­wią za­baw­ną an­gielsz­czy­zną. Uwiel­bia­ją tam ta­kie sło­wa jak »wy­ki­wać«”. Przy­po­mnia­łem so­bie tę roz­mo­wę, gdy sa­mo­lot, któ­rym le­cia­łem, za­czął pod­cho­dzić do lą­do­wa­nia w Del­hi, i sło­wo „wy­ki­wać” sta­ło się moim je­dy­nym pan­ce­rzem w star­ciu z ha­ła­śli­wy­mi, peł­ny­mi zgieł­ku i za­mę­tu, sza­lo­ny­mi In­dia­mi. Uży­wa­łem go co ja­kiś czas i praw­dę mó­wiąc, z do­brym skut­kiem. Do ka­sje­ra na sta­cji ko­le­jo­wej po­wie­dzia­łem na przy­kład: „Nie mia­łem po­ję­cia, że bi­let bę­dzie taki dro­gi. Chy­ba nie pró­bu­je mnie pan wy­ki­wać?”. Na to on się uśmiech­nął i od­parł śpiew­nie: „Ależ skąd, pro­szę pana! My tu ni­ko­go nie ki­wa­my. Tyle wła­śnie wy­no­si opła­ta”.

Pod­czas dru­giej po­dró­ży do In­dii wie­dzia­łem już, cze­go się spo­dzie­wać, i mia­łem świa­do­mość, cze­go chcę: za­mie­rza­łem osiąść gdzieś wy­so­ko w gó­rach i za­jąć się pi­sa­niem po­wie­ści. Wi­dzia­łem już sie­bie, jak sie­dzę przy sto­le na du­żej we­ran­dzie, z roz­ło­żo­ny­mi no­tat­ka­mi i kub­kiem go­rą­cej kawy przed sobą. U mo­ich stóp roz­cią­ga­ją się zie­lo­ne wzgó­rza spo­wi­te mgłą, a do uszu co ja­kiś czas do­cho­dzą prze­ni­kli­we wrza­ski małp. Po­go­da jest ide­al­na, rano i wie­czo­rem nosi się lek­ki swe­ter, a w cią­gu dnia coś z krót­ki­mi rę­ka­wa­mi. W ta­kim oto­cze­niu, z pió­rem w ręce, dą­żąc do wyż­szej praw­dy, na­pi­szę swo­ją por­tu­gal­ską po­wieść. Bo czyż pi­sar­stwo nie po­le­ga wła­śnie na se­lek­tyw­nym prze­twa­rza­niu rze­czy­wi­sto­ści? Na wy­ży­ma­niu jej, aby wy­ci­snąć esen­cję? Czy trze­ba w tym celu je­chać do Por­tu­ga­lii?

Moja go­spo­dy­ni bę­dzie opo­wia­dać mi hi­sto­rie z cza­sów wal­ki o wy­pę­dze­nie z In­dii Bry­tyj­czy­ków. Bę­dzie mnie py­tać, co chcę na lunch i ko­la­cję na­stęp­ne­go dnia. Wie­czo­rem, po skoń­czo­nej pra­cy, będę cha­dzał na spa­ce­ry wśród po­fa­lo­wa­nych wzgórz z plan­ta­cja­mi her­ba­ty.

Nie­ste­ty jed­nak po­wieść ję­cza­ła, rzę­zi­ła i w koń­cu wy­da­ła ostat­nie tchnie­nie. Zgon na­stą­pił w Ma­the­ra­nie, nie­da­le­ko od Bom­ba­ju, w ma­łej miej­sco­wo­ści po­śród wzgórz, gdzie były wpraw­dzie mał­py, ale nie było plan­ta­cji her­ba­ty. Po­cząt­ku­ją­cym pi­sa­rzom zda­rza­ją się po­dob­ne nie­szczę­ścia. Masz do­bry te­mat, na­wet nie­źle ci się pi­sze. Twoi bo­ha­te­ro­wie są tak peł­ni ży­cia, że bra­ku­je im tyl­ko świa­dectw uro­dze­nia. Fa­bu­ła, któ­rą wy­my­śli­łeś, jest świet­na, pro­sta, ale wcią­ga­ją­ca. Przy­go­to­wa­łeś się, ze­bra­łeś wszel­kie in­for­ma­cje – na te­mat hi­sto­rii, sto­sun­ków spo­łecz­nych, kli­ma­tu, ku­li­na­riów – któ­re mają przy­dać two­jej hi­sto­rii au­ten­ty­zmu. Dia­lo­gi to­czą się wart­ko i aż iskrzy w nich od na­pię­cia. Opi­sy try­ska­ją ko­lo­ra­mi, są kon­tra­sto­we i peł­ne wy­mow­nych szcze­gó­łów. Wszyst­ko wska­zu­je, że stwo­rzysz wspa­nia­łe dzie­ło. Ale to na nic. Mimo iż spra­wa wy­glą­da obie­cu­ją­co, przy­cho­dzi taki mo­ment, kie­dy uzmy­sła­wiasz so­bie, że ten ci­chy głos z tyłu gło­wy, któ­ry od pew­ne­go cza­su nie daje ci spo­ko­ju, mówi prze­ra­ża­ją­cą praw­dę: nic z tego nie bę­dzie. Cze­goś bra­ku­je, tej iskry, któ­ra oży­wia praw­dzi­wą opo­wieść, nie­za­leż­nie od tego, czy cała hi­sto­ria albo jej kan­wa są ta­kie jak trze­ba. To, co wy­cho­dzi spod two­je­go pió­ra, jest emo­cjo­nal­nie mar­twe i w tym cały szko­puł. Uświa­do­mie­nie so­bie tego po­tra­fi zła­mać w czło­wie­ku du­cha, mo­że­cie mi wie­rzyć. I po­zo­sta­wia po so­bie bo­le­sny głód.

Nada­łem na po­czcie w Ma­the­ra­nie no­tat­ki do mo­jej nie­uda­nej po­wie­ści. Wy­sła­łem je pod fik­cyj­ny ad­res na Sy­be­rii, po­da­jąc rów­nież fik­cyj­ny ad­res zwrot­ny w Bo­li­wii. Gdy urzęd­nicz­ka ostem­plo­wa­ła prze­sył­kę i wrzu­ci­ła ją do wor­ka pocz­to­we­go, usia­dłem, przy­gnę­bio­ny i znie­chę­co­ny. I co da­lej, pa­nie Toł­stoj? Masz pan jesz­cze ja­kieś ge­nial­ne po­my­sły na ży­cie? – za­da­łem so­bie py­ta­nie.

Hm, zo­sta­ło mi jesz­cze tro­chę pie­nię­dzy i wciąż czu­łem dziw­ny nie­po­kój. Wsta­łem i wy­sze­dłem z bu­dyn­ku pocz­ty, pod­jąw­szy po­sta­no­wie­nie, że wy­bio­rę się na po­łu­dnie In­dii, któ­re­go nie zna­łem.

Ku­si­ło mnie, aby tym, któ­rzy py­ta­li, czym się zaj­mu­ję, od­po­wia­dać, że je­stem le­ka­rzem, bo le­ka­rze to obec­nie lu­dzie upra­wia­ją­cy ma­gię i czy­nią­cy cuda. Ale ba­łem się, że za na­stęp­nym za­krę­tem nasz au­to­bus bę­dzie miał wy­pa­dek, a wte­dy gdy wzrok wszyst­kich zwró­cił­by się na mnie, mu­siał­bym wy­ja­śnić – wśród pła­czu i jęku ran­nych – że je­stem tyl­ko dok­to­rem pra­wa; póź­niej zaś, gdy­by po­pro­si­li mnie o uzy­ska­nie od­szko­do­wa­nia od rzą­du za ten wy­pa­dek, mu­siał­bym wy­znać, że tak na­praw­dę skoń­czy­łem fi­lo­zo­fię; i wresz­cie, wo­bec roz­pacz­li­wych py­tań, jak od­nieść się do ta­kiej okrop­nej tra­ge­dii, mu­siał­bym się przy­znać, że le­d­wie zaj­rza­łem do Kier­ke­ga­ar­da; i tak da­lej, i tak da­lej. Nie po­zo­sta­ło mi więc nic in­ne­go, jak trzy­mać się nie­efek­tow­nej, ka­le­kiej praw­dy.

W dro­dze, tu i tam, sły­sza­łem w od­po­wie­dzi: „Pi­sarz? Na­praw­dę? Mam dla cie­bie świet­ny te­mat na po­wieść”. Prze­waż­nie jed­nak te hi­sto­rie były tyl­ko aneg­do­ta­mi, któ­rym bra­ko­wa­ło od­de­chu, a co za tym idzie – ży­cia.

Do­tar­łem do Pu­duć­će­ri, le­żą­ce­go na po­łu­dnie od Ma­dra­su na wy­brze­żu Ta­mil­na­du, ma­łe­go ośrod­ka ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go w au­to­no­micz­nym te­ry­to­rium związ­ko­wym o tej sa­mej na­zwie.

Pod wzglę­dem licz­by miesz­kań­ców i po­wierzch­ni to mało zna­czą­ca część In­dii – w po­rów­na­niu z nią ka­na­dyj­ska Wy­spa Księ­cia Edwar­da jest wręcz ol­brzy­mem – ale na sku­tek bie­gu hi­sto­rii od­dzie­li­ła się od nich. Pu­duć­će­ri było bo­wiem kie­dyś sto­li­cą naj­mniej­sze­go z ko­lo­nial­nych im­pe­riów, In­dii Fran­cu­skich. Fran­cu­zi oczy­wi­ście chcie­li sta­nąć z Bry­tyj­czy­ka­mi do ry­wa­li­za­cji, ale z ca­łe­go Ra­dźu zdo­ła­li opa­no­wać tyl­ko kil­ka nie­wiel­kich por­tów. Trzy­ma­li się w nich przez pra­wie trzy­sta lat. Opu­ści­li Pu­duć­će­ri do­pie­ro w 1954 roku, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie pięk­ne bia­łe bu­dyn­ki, sze­ro­kie, pro­sto­pa­dłe wzglę­dem sie­bie uli­ce o ta­kich na­zwach jak rue de la Ma­ri­ne i rue Sa­int-Lo­uis, a tak­że kepi na gło­wach po­li­cjan­tów.

By­łem aku­rat w In­dian Cof­fee Ho­use przy uli­cy Neh­ru. To jed­na duża sala o zie­lo­nych ścia­nach. Pod wy­so­kim su­fi­tem wi­ru­ją wen­ty­la­to­ry, któ­re wpra­wia­ją w ruch cie­płe wil­got­ne po­wie­trze. Całe po­miesz­cze­nie jest za­sta­wio­ne iden­tycz­ny­mi kwa­dra­to­wy­mi sto­li­ka­mi, każ­dy z kom­ple­tem czte­rech krze­seł. Sia­da się, gdzie jest wol­ne miej­sce. Po­da­ją tam do­brą kawę i fran­cu­skie to­sty. Po­nie­waż czę­sto trze­ba przy­siąść się do ko­goś, ła­two wdać się w roz­mo­wę. I tam­te­go dnia za­gad­nął mnie dziar­ski, by­stro­oki star­szy pan z szo­pą si­wych wło­sów. Po­twier­dzi­łem, że w Ka­na­dzie pa­nu­je chłod­ny kli­mat i rze­czy­wi­ście w nie­któ­rych pro­win­cjach mówi się po fran­cu­sku, od­par­łem, że In­die mi się po­do­ba­ją, i tak da­lej, i tak da­lej – była to zwy­kła po­ga­węd­ka mię­dzy życz­li­wie na­sta­wio­nym au­to­chto­nem a za­gra­nicz­nym tu­ry­stą z ple­ca­kiem. In­for­ma­cję o tym, czym się zaj­mu­ję, przy­jął, pa­trząc na mnie sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi i ki­wa­jąc gło­wą. Przy­szła pora się zbie­rać. Pod­nio­słem rękę, żeby przy­wo­łać kel­ne­ra i po­pro­sić o ra­chu­nek.

Wte­dy star­szy pan po­wie­dział:

– Znam hi­sto­rię, pod któ­rej wpły­wem uwie­rzy pan w Boga.

Opu­ści­łem rękę. Ale by­łem po­dejrz­li­wy. Czyż­by pu­kał do mo­ich drzwi świa­dek Je­ho­wy?

– Czy pań­ska hi­sto­ria roz­gry­wa się dwa ty­sią­ce lat temu w od­da­lo­nym za­kąt­ku im­pe­rium rzym­skie­go? – za­py­ta­łem.

– Nie.

A więc może mia­łem do czy­nie­nia z mu­zuł­mań­skim ewan­ge­li­stą?

– A nie dzie­je się w Ara­bii w siód­mym wie­ku?

– Nie, nie. Wszyst­ko za­czę­ło się tu, w Pu­duć­će­ri, kil­ka lat temu, a skoń­czy­ło w kra­ju, miło mi to panu po­wie­dzieć, z któ­re­go pan po­cho­dzi.

– I ta hi­sto­ria ma spra­wić, że uwie­rzę w Boga?

– Owszem.

– To bę­dzie trud­ne.

– Nie ta­kie trud­ne, jak się panu zda­je.

Pod­szedł kel­ner. Wa­ha­łem się przez mo­ment, ale za­mó­wi­łem jesz­cze dwie kawy. Przed­sta­wi­li­śmy się so­bie. Star­szy pan na­zy­wał się Fran­cis Adi­ru­ba­sa­my.

– Pro­szę mi opo­wie­dzieć tę hi­sto­rię.

– Ale musi pan słu­chać uważ­nie.

– Obie­cu­ję. – Wy­ją­łem dłu­go­pis i no­tes.

– Pro­szę mi po­wie­dzieć, był pan w ogro­dzie bo­ta­nicz­nym? – za­gad­nął.

– Tak, na­wet wczo­raj.

– Za­uwa­żył pan tory ko­le­jo­we?

– Za­uwa­ży­łem.

– Ko­lej­ka jeź­dzi tam jesz­cze w nie­dzie­le, głów­nie ze wzglę­du na dzie­ci, żeby mia­ły za­ba­wę. Ale kie­dyś kur­so­wa­ła co­dzien­nie, dwa razy na go­dzi­nę. A zwró­cił pan uwa­gę na na­zwy sta­cji?

– Jed­na na­zy­wa się Ro­se­vil­le. Ta przy ogro­dzie ró­ża­nym.

– Zga­dza się. A dru­ga?

– Nie pa­mię­tam.

– Bo zdję­to ta­bli­cę. Ta dru­ga sta­cja na­zy­wa­ła się kie­dyś Zoo­town. Ko­lej­ka mia­ła dwa przy­stan­ki: Ro­se­vil­le i Zoo­town. Kie­dyś w ogro­dzie bo­ta­nicz­nym Pu­duć­će­ri było zoo.

Mó­wił da­lej, a ja no­to­wa­łem szcze­gó­ły.

– Musi pan z nim po­roz­ma­wiać – po­wie­dział w pew­nym mo­men­cie. Miał na my­śli bo­ha­te­ra opo­wie­ści. – Zna­łem go bar­dzo do­brze. Te­raz jest już do­ro­słym męż­czy­zną. Bę­dzie pan mógł go o wszyst­ko do­kład­nie wy­py­tać.

Zna­la­złem go – to zna­czy głów­ne­go bo­ha­te­ra – po po­wro­cie do To­ron­to; wy­łu­ska­łem go z dzie­wię­ciu ko­lumn Pa­te­lów, fi­gu­ru­ją­cych w książ­ce te­le­fo­nicz­nej. Ser­ce wa­li­ło mi wpier­si, gdy wy­stu­ki­wa­łem jego nu­mer te­le­fo­nu. Głos, któ­ry usły­sza­łem w słu­chaw­ce, miał hin­du­ski ak­cent, lek­ki, le­d­wie wy­czu­wal­ny za­śpiew, jak woń ka­dzi­deł­ka w po­wie­trzu.

– To było bar­dzo daw­no temu – od­po­wie­dział. Ale zgo­dził się ze mną spo­tkać. Po­tem spo­ty­ka­li­śmy się jesz­cze wie­le razy. Po­ka­zał mi dzien­nik, któ­ry pro­wa­dził przed laty. Po­ka­zał po­żół­kłe wy­cin­ki z ga­zet, dzię­ki któ­rym stał się na­wet, na krót­ko, sław­ny. Opo­wie­dział mi całą swo­ją hi­sto­rię, a ja cały czas skru­pu­lat­nie wszyst­ko no­to­wa­łem. Po pra­wie roku sta­rań zdo­ła­łem, nie bez tru­du, wy­do­być od ja­poń­skie­go Mi­ni­ster­stwa Trans­por­tu na­gra­nie i ra­port. I wła­śnie słu­cha­jąc tego na­gra­nia, zgo­dzi­łem się z pa­nem Adi­ru­ba­sa­mym: rze­czy­wi­ście dzię­ki tej hi­sto­rii moż­na było uwie­rzyć w Boga.

Wy­da­ło mi się na­tu­ral­ne, że hi­sto­ria pana Pa­te­la po­win­na być opo­wie­dzia­na przede wszyst­kim w pierw­szej oso­bie – jego gło­sem i z jego punk­tu wi­dze­nia. Wszel­kie nie­ści­sło­ści czy po­mył­ki wy­ni­ka­ją z mo­jej winy.

Chciał­bym tu po­dzię­ko­wać kil­ku oso­bom. Naj­wię­cej za­wdzię­czam oczy­wi­ście panu Pa­te­lo­wi. Moja wdzięcz­ność wo­bec nie­go jest bez­gra­nicz­na jak sam Pa­cy­fik i mam na­dzie­ję, że nie roz­cza­ro­wa­ło go to, jak przed­sta­wi­łem jego hi­sto­rię. Dzię­ku­ję też panu Adi­ru­ba­sa­my’emu, któ­ry pod­su­nął mi te­mat do tej książ­ki. Za po­moc w jej ukoń­cze­niu je­stem wi­nien wdzięcz­ność trzem urzęd­ni­kom, któ­rzy wy­ka­za­li się wy­jąt­ko­wym pro­fe­sjo­na­li­zmem: panu Ka­zu­hi­ko Odzie, obec­nie pra­cow­ni­ko­wi Am­ba­sa­dy Ja­poń­skiej w Ot­ta­wie; panu Hi­ro­shie­mu Wa­ta­na­be z Oika Ship­ping Com­pa­ny i szcze­gól­nie panu To­mo­hi­ro Oka­mo­to, eme­ry­to­wa­ne­mu obec­nie urzęd­ni­ko­wi ja­poń­skie­go Mi­ni­ster­stwa Trans­por­tu. A je­śli cho­dzi o tę iskrę, któ­ra tchnę­ła w opo­wieść ży­cie, to za­wdzię­czam ją panu Mo­acy­ro­wi Sclia­ro­wi. I wresz­cie chciał­bym wy­ra­zić szcze­rą wdzięcz­ność wspa­nia­łej in­sty­tu­cji, jaką jest Ca­na­da Co­un­cil for the Arts, bo gdy­by nie przy­zna­ne mi przez nią sty­pen­dium, nie na­pi­sał­bym tej książ­ki, któ­ra nie ma nic wspól­ne­go z Por­tu­ga­lią w 1939 roku. Je­śli my, oby­wa­te­le, nie bę­dzie­my wspie­ra­li ar­ty­stów, to zło­ży­my na­szą wy­obraź­nię na oł­ta­rzu twar­dej rze­czy­wi­sto­ści i skoń­czy się tak, że nie bę­dzie­my mie­li w co wie­rzyć i o czym śnić.

CZĘŚĆ PIERW­SZATo­ron­to i Pu­duć­će­ri

ROZ­DZIAŁ 1

Cier­pie­nia, któ­rych do­zna­łem, po­zo­sta­wi­ły we mnie smu­tek i przy­gnę­bie­nie.

Do ży­cia po­wo­li przy­wró­ci­ły mnie stu­dia i od­pra­wia­ne z całą świa­do­mo­ścią prak­ty­ki re­li­gij­ne. Wró­ci­łem bo­wiem do mo­ich dzi­wacz­nych dla nie­któ­rych prak­tyk re­li­gij­nych. Po roku na­uki w szko­le śred­niej wstą­pi­łem na uni­wer­sy­tet w To­ron­to i pod­ją­łem stu­dia na dwóch kie­run­kach, re­li­gio­znaw­stwie i zoo­lo­gii. Moja pra­ca dy­plo­mo­wa z re­li­gio­znaw­stwa do­ty­czy­ła pew­nych aspek­tów ko­smo­go­nicz­nej teo­rii Iza­aka Lu­rii, wy­bit­ne­go szes­na­sto­wiecz­ne­go ka­ba­li­sty z Sa­fe­du. Pra­ca z zoo­lo­gii była na­to­miast po­świę­co­na funk­cjo­nal­nej ana­li­zie tar­czy­cy le­niw­ca trój­pal­cza­ste­go. Wy­bra­łem to zwie­rzę dla­te­go, że jego uspo­so­bie­nie – ła­god­ne, spo­koj­ne, jak­by in­tro­spek­tyw­ne – dzia­ła­ło ko­ją­co na moją umę­czo­ną du­szę.

W przy­ro­dzie wy­stę­pu­ją le­niw­ce dwu – i trój­pal­cza­ste, w za­leż­no­ści od bu­do­wy przed­nich koń­czyn, po­nie­waż u tyl­nych wszyst­kie le­niw­ce mają trzy pa­zu­ry. Pew­ne­go lata do­pi­sa­ło mi szczę­ście i mo­głem ob­ser­wo­wać le­niw­ca trój­pal­cza­ste­go in situ, w bra­zy­lij­skiej dżun­gli rów­ni­ko­wej. To bar­dzo in­try­gu­ją­ce stwo­rze­nie. Jego głów­ną ce­chą jest nie­ru­cha­wość. Śpi albo od­po­czy­wa śred­nio dwa­dzie­ścia go­dzin na dobę. Nasz ze­spół ba­dał sen pię­ciu dzi­kich le­niw­ców trój­pal­cza­stych, umiesz­cza­jąc na ich łbach wcze­snym wie­czo­rem, gdy za­sy­pia­ły, czer­wo­ne pla­sti­ko­we mi­secz­ki z wodą. Na­stęp­ne­go ran­ka znaj­do­wa­li­śmy na­czy­nia na miej­scu, tyle że z mnó­stwem in­sek­tów w wo­dzie. Le­ni­wiec jest naj­bar­dziej ak­tyw­ny o za­cho­dzie słoń­ca, choć sło­wa „ak­tyw­ność” nie na­le­ży tu ro­zu­mieć do­słow­nie. Po­nie­waż wów­czas zwie­rzę je­dy­nie prze­su­wa się po ga­łę­zi w ty­po­wej dla sie­bie po­zy­cji wi­szą­cej, z łbem na dół, po­ko­nu­jąc oko­ło czte­ry­stu me­trów na go­dzi­nę. Na zie­mi le­ni­wiec prze­miesz­cza się od drze­wa do drze­wa z szyb­ko­ścią dwu­stu pięć­dzie­się­ciu me­trów na go­dzi­nę, i to wte­dy, gdy jest zmo­ty­wo­wa­ny, czy­li czte­ry­sta czter­dzie­ści razy wol­niej niż zmo­ty­wo­wa­ny ge­pard.

Le­ni­wiec trój­pal­cza­sty sła­bo orien­tu­je się w świe­cie ze­wnętrz­nym. W ska­li od dwóch do dzie­się­ciu, w któ­rej dwa ozna­cza wy­jąt­ko­wą tę­po­tę, a dzie­sięć – nad­zwy­czaj­ną ostrość, Be­ebe (1926) oce­nił zmysł sma­ku, do­ty­ku, wzro­ku i słu­chu tego zwie­rzę­cia na dwój­kę, a zmysł za­pa­chu – na trój­kę. Je­śli na­tknie­my się w wa­run­kach na­tu­ral­nych na śpią­ce­go le­niw­ca trój­pal­cza­ste­go, dwa – trzy dźgnię­cia po­win­ny go obu­dzić; wte­dy ro­zej­rzy się sen­nie we wszyst­kie stro­ny, tyl­ko nie spoj­rzy w na­szą. Po co w ogó­le roz­glą­da się wo­kół sie­bie, nie wia­do­mo, sko­ro wi­dzi wszyst­ko nie­wy­raź­nie, w po­sta­ci za­ma­za­nych plam, jak pan Ma­goo. Je­śli cho­dzi o słuch, le­ni­wiec jest nie tyle głu­chy, ile obo­jęt­ny na dźwięk. Be­ebe stwier­dził, że wy­strza­ły z bro­ni tuż obok śpią­cych albo po­ży­wia­ją­cych się le­niw­ców nie wy­wo­łu­ją pra­wie żad­nej re­ak­cji z ich stro­ny. Nie­co le­piej roz­wi­nię­te­go u le­niw­ca zmy­słu sma­ku też nie na­le­ży prze­ce­niać. Po­dob­no zwie­rzę­ta te po­tra­fią wy­czuć prze­gni­łe ga­łę­zie i ich uni­kać, ale Bul­lock (1968) pi­sze, że przy­pad­ki le­niw­ców, któ­re na nie wła­żą i po­tem spa­da­ją, są „dość czę­ste”.

Być może za­py­ta­cie: to jak uda­je im się prze­żyć?

Wła­śnie dzię­ki swo­jej po­wol­no­ści. Cią­gła sen­ność i roz­le­ni­wie­nie po­zwa­la­ją im ujść przed na­pa­ścią, bo ja­gu­ary, oce­lo­ty, har­pie i ana­kon­dy po pro­stu ich nie za­uwa­ża­ją. W sier­ści le­niw­ca żyje glon, któ­ry przy­bie­ra brą­zo­wą bar­wę w po­rze su­chej i zie­lo­ną w po­rze desz­czo­wej, dzię­ki cze­mu zwie­rzę wta­pia się w oto­cze­nie, czy­li mchy i li­ście, i wy­glą­da jak ko­piec bia­łych mró­wek, gniaz­do wie­wió­rek czy wręcz część drze­wa.

Le­ni­wiec trój­pal­cza­sty wie­dzie spo­koj­ne ży­cie we­ge­ta­ria­ni­na w ide­al­nej har­mo­nii ze swo­im śro­do­wi­skiem. Na py­sku sta­le ma do­bro­dusz­ny uśmiech – do­no­sił Tir­ler (1966). Wi­dzia­łem ten uśmiech na wła­sne oczy. Nie je­stem skłon­ny przy­pi­sy­wać zwie­rzę­tom ludz­kich cech ani emo­cji, ale wie­le razy pod­czas tam­te­go mie­sią­ca w Bra­zy­lii, pa­trząc na od­po­czy­wa­ją­ce­go le­niw­ca, mia­łem wra­że­nie, że wi­dzę wi­szą­ce­go do góry no­ga­mi, po­grą­żo­ne­go w me­dy­ta­cji jo­gi­na albo roz­mo­dlo­ne­go pu­stel­ni­ka, a w każ­dym ra­zie isto­tę my­ślą­cą, któ­rej ży­cie we­wnętrz­ne po­zo­sta­je poza za­się­giem na­uko­wych me­tod ba­daw­czych.

Cza­sa­mi na­wet my­li­ły mi się kie­run­ki stu­diów. Wie­lu mo­ich ko­le­gów z re­li­gio­znaw­stwa – na­wie­dzo­nych agno­sty­ków, któ­rzy błą­dzi­li w nie­wo­li ro­zu­mu, tego tom­ba­ku dla in­te­lek­tu­ali­stów – przy­po­mi­na­ło mi le­niw­ca trój­pal­cza­ste­go; a z ko­lei le­ni­wiec trój­pal­cza­sty, pięk­ny prze­jaw cudu, ja­kim jest ży­cie, przy­wo­dził mi na myśl Boga.

Nig­dy nie mia­łem pro­ble­mów z ko­le­ga­mi na­ukow­ca­mi.

Na­ukow­cy to sym­pa­tycz­ni ate­iści, pra­co­wi­ty, po­pi­ja­ją­cy piwo ga­tu­nek lu­dzi, któ­rzy gdy nie zaj­mu­ją się na­uką, upra­wia­ją seks, gra­ją w sza­chy i ba­se­ball.

By­łem bar­dzo do­brym stu­den­tem, je­śli mogę sam tak o so­bie po­wie­dzieć. Przez czte­ry lata z rzę­du na­le­ża­łem do czo­łów­ki w col­le­ge’u Świę­te­go Mi­cha­ła. Otrzy­ma­łem wszyst­kie moż­li­we na­gro­dy przy­zna­wa­ne na wy­dzia­le zoo­lo­gii. Je­śli na­to­miast nie do­sta­łem żad­nej na wy­dzia­le re­li­gio­znaw­stwa, to tyl­ko dla­te­go, że tam stu­den­tów się nie na­gra­dza (na­gród za stu­dia w dzie­dzi­nie re­li­gii nie przy­zna­ją, jak wszyst­kim wia­do­mo, śmier­tel­ni­cy). Do­stał­bym też Me­dal Aka­de­mic­ki Gu­ber­na­to­ra Ge­ne­ral­ne­go, naj­wyż­sze od­zna­cze­nie dla ab­sol­wen­ta uni­wer­sy­te­tu w To­ron­to, któ­rym od­zna­czo­no nie­ma­łą licz­bę wy­bit­nych Ka­na­dyj­czy­ków, gdy­by nie pe­wien mię­so­żer­ny, ru­mia­ny chło­pak z kar­kiem jak pień drze­wa i nie­zno­śnie po­god­nym uspo­so­bie­niem.

Wciąż mi tro­chę smut­no z tego po­wo­du. Je­śli wy­cier­pia­ło się dużo w ży­ciu, każ­da do­dat­ko­wa przy­krość sta­je się nie do znie­sie­nia, choć jest jed­no­cze­śnie bła­host­ką. Moje ży­cie przy­po­mi­na eu­ro­pej­ski ob­raz z prze­sła­niem me­men­to mori; za­wsze po­ja­wia się obok mnie szcze­rzą­ca zęby tru­pia czasz­ka, któ­ra przy­po­mi­na mi, że ludz­kie am­bi­cje są ni­czym. Kpię so­bie z niej. Pa­trzę na nią i mó­wię: Tra­fi­łaś pod zły ad­res. Ty może nie wie­rzysz w ży­cie, ale ja nie wie­rzę w śmierć. Spa­daj! Czasz­ka chi­cho­cze i przy­su­wa się jesz­cze bli­żej, co mnie nie dzi­wi. Je­śli śmierć trzy­ma się tak bli­sko ży­cia, to nie z po­wo­du bio­lo­gicz­nej ko­niecz­no­ści – lecz z za­wi­ści. Ży­cie jest tak pięk­ne, że śmierć się w nim za­ko­cha­ła za­zdro­sną, za­bor­czą mi­ło­ścią. Ono jed­nak prze­ska­ku­je lek­ko nad nie­by­tem, gu­biąc po dro­dze parę po­zba­wio­nych zna­cze­nia dro­bia­zgów, a przy­gnę­bie­nie jest za­le­d­wie jak cień rzu­ca­ny przez umy­ka­ją­cą w dal chmu­rę. Ru­mia­ny chło­piec zdo­był rów­nież wzglę­dy ko­mi­te­tu przy­zna­ją­ce­go sty­pen­dium Rho­de­sa. Lu­bię go i mam na­dzie­ję, że po­byt w Oks­for­dzie dużo mu dał. Je­śli Laksz­mi, bo­gi­ni szczę­ścia i bo­gac­twa, spoj­rzy kie­dyś na mnie ła­ska­wie, Oks­ford jest pią­tym z miast na mo­jej li­ście, do któ­rych chciał­bym przed śmier­cią po­je­chać, po Mek­ce, Wa­ra­na­si, Je­ro­zo­li­mie i Pa­ry­żu.

O moim ży­ciu za­wo­do­wym nie mam nic do po­wie­dze­nia oprócz tego, że kra­wat to stry­czek, i choć pę­tlę ma u góry, czło­wiek może na nim za­wi­snąć, je­śli nie bę­dzie uwa­żał.

Ko­cham Ka­na­dę. Bra­ku­je mi upa­łów In­dii, tam­tej­szych po­traw, jasz­czu­rek na ścia­nach domu, bol­ly­wo­odz­kich mu­si­ca­li na srebr­nym ekra­nie, krów wę­dru­ją­cych po uli­cach, kra­ka­nia wron, na­wet roz­mów o me­czach kry­kie­ta, ale ko­cham Ka­na­dę. To wspa­nia­ły kraj, choć o wie­le za zim­ny, pe­łen wraż­li­wych, in­te­li­gent­nych lu­dzi o okrop­nych fry­zu­rach. W każ­dym ra­zie nie mam po co wra­cać do Pu­duć­će­ri.

Ri­chard Par­ker jest ze mną cały czas. Nie za­po­mnia­łem o nim. Czy mogę po­wie­dzieć, że za nim tę­sk­nię? O tak. Tę­sk­nię. Wciąż wi­du­ję go w snach. To prze­waż­nie kosz­ma­ry, ale kosz­ma­ry na­zna­czo­ne mi­ło­ścią. Tak to już jest z ludz­kim ser­cem. Do dziś nie po­tra­fię zro­zu­mieć, jak mógł tak bez­ce­re­mo­nial­nie mnie po­rzu­cić, nie po­że­gnać się w ża­den spo­sób, na­wet się nie obej­rzeć. Wciąż boli mnie to do­tkli­wie.

Le­ka­rze i pie­lę­gniar­ki w szpi­ta­lu w Mek­sy­ku byli dla mnie nie­wia­ry­god­nie do­brzy. Pa­cjen­ci tak­że. Cho­rzy na raka albo ofia­ry wy­pad­ków sa­mo­cho­do­wych, gdy tyl­ko usły­sze­li moją hi­sto­rię, kuś­ty­ka­li i przy­jeż­dża­li na wóz­kach in­wa­lidz­kich, żeby do mnie zaj­rzeć, ra­zem z ro­dzi­na­mi, choć nie zna­li an­giel­skie­go, a ja hisz­pań­skie­go. Uśmie­cha­li się do mnie, ści­ska­li mi dłoń, gła­ska­li mnie po gło­wie, zo­sta­wia­li na łóż­ku upo­min­ki w po­sta­ci cze­goś do je­dze­nia albo ubra­nia. Ze wzru­sze­nia do­sta­wa­łem nie­kon­tro­lo­wa­nych na­pa­dów śmie­chu albo pła­czu.

Po kil­ku dniach mo­głem już wstać, na­wet zro­bić dwa, trzy kro­ki, mimo za­wro­tów gło­wy, nud­no­ści i ogól­ne­go osła­bie­nia. Ba­da­nia wy­ka­za­ły, że mia­łem ane­mię i że po­ziom sodu we krwi był za wy­so­ki, a po­ta­su za ni­ski. Mój or­ga­nizm za­trzy­my­wał wodę i strasz­li­wie pu­chły mi nogi. Wy­glą­da­łem, jak­by prze­szcze­pio­no mi nogi sło­nia. Mój mocz miał in­ten­syw­ny ciem­no­żół­ty ko­lor, nie­mal prze­cho­dzą­cy w brąz. Po mniej wię­cej ty­go­dniu mo­głem już w mia­rę nor­mal­nie cho­dzić i no­sić buty, choć nie­zasz­nu­ro­wa­ne. Skó­ra mi się wy­go­iła, ale na ra­mio­nach i ple­cach po­zo­sta­ły bli­zny.

Gdy pierw­szy raz od­krę­ci­łem ku­rek, gło­śny, ob­fi­ty aż do mar­no­traw­stwa stru­mień wody wy­wo­łał u mnie taki szok, że za­czą­łem beł­ko­tać, nogi się pode mną ugię­ły i pa­dłem ze­mdlo­ny w ra­mio­na pie­lę­gniar­ki.

Kie­dy po raz pierw­szy po­sze­dłem w Ka­na­dzie do hin­du­skiej re­stau­ra­cji, za­czą­łem jeść pal­ca­mi. Kel­ner spoj­rzał na mnie kry­tycz­nie i rzu­cił: „Do­pie­ro co ze­szło się ze stat­ku, mam ra­cję?”. Zbla­dłem. Moje pal­ce, któ­re se­kun­dę wcze­śniej jak kub­ki sma­ko­we ba­da­ły po­tra­wę, za­nim tra­fi do ust, sta­ły się pod jego spoj­rze­niem brud­ne. Za­sty­gły w bez­ru­chu jak prze­stęp­cy zła­pa­ni na go­rą­cym uczyn­ku. Nie ośmie­li­łem się ich ob­li­zać. Z po­czu­ciem winy wy­tar­łem je w ser­wet­kę. On nie miał po­ję­cia, jak głę­bo­ko mnie zra­nił. Jego sło­wa były jak gwoź­dzie wbi­ja­ne w cia­ło. Wzią­łem nóż i wi­de­lec. Wcze­śniej rzad­ko kie­dy ich uży­wa­łem. Dło­nie mi drża­ły. Sam­bar, któ­ry ja­dłem, zu­peł­nie stra­cił dla mnie smak.

ROZ­DZIAŁ 2

Miesz­ka w Scar­bo­ro­ugh. Jest szczu­pły i ni­ski – ma nie wię­cej niż pięć stóp i pięć cali wzro­stu. Ciem­ne wło­sy, ciem­ne oczy. Si­wie­je na skro­niach. Na pew­no nie prze­kro­czył jesz­cze czter­dziest­ki. Ład­na cera ko­lo­ru kawy z mle­kiem. Jest cie­pła je­sień, a mimo to, idąc na ko­la­cję, wło­żył ob­szer­ną zi­mo­wą par­kę z kap­tu­rem ob­szy­tym fu­trem. Twarz ma wy­ra­zi­stą. Mówi szyb­ko, żywo ge­sty­ku­lu­jąc. Nie upra­wia to­wa­rzy­skich po­ga­du­szek. Prze­cho­dzi od razu do rze­czy.

ROZ­DZIAŁ 3

Moje imię po­cho­dzi od na­zwy ba­se­nu. To dość dziw­ne, zwa­żyw­szy, że moi ro­dzi­ce nig­dy nie prze­pa­da­li za wodą. Jed­nym z naj­wcze­śniej­szych współ­pra­cow­ni­ków ojca był Fran­cis Adi­ru­ba­sa­my. Stał się on bli­skim przy­ja­cie­lem ro­dzi­ny. Na­zy­wa­łem go Ma­ma­dźi; mama to ta­mil­skie sło­wo na okre­śle­nie stry­ja, a dźi jest przy­rost­kiem, sto­so­wa­nym w In­diach, aby wy­ra­zić sza­cu­nek i przy­wią­za­nie. W mło­do­ści, na dłu­go przed moim na­ro­dze­niem, Ma­ma­dźi upra­wiał pły­wa­nie spor­to­we, był mi­strzem ca­łych po­łu­dnio­wych In­dii. Uwiel­biał pły­wać. Mój brat Rawi po­wie­dział mi kie­dyś, że Ma­ma­dźi, kie­dy się uro­dził, chciał nadal od­dy­chać w wo­dzie, więc le­karz, aby ura­to­wać mu ży­cie, chwy­cił go za nogi i za­czął krę­cić nim młyn­ka nad gło­wą.

– I po­skut­ko­wa­ło! – oświad­czył Rawi, wy­ma­chu­jąc ręką jak sza­lo­ny. – Ma­ma­dźi wy­krztu­sił wodę i za­czął od­dy­chać po­wie­trzem, ale wte­dy cała jego masa i krew po­szły jak­by w kor­pus. Dla­te­go te­raz ma taką po­tęż­ną pierś i ta­kie chu­de nogi.

Uwie­rzy­łem w tę opo­wieść. (Rawi był bez­li­to­snym kpia­rzem. Po tym jak po raz pierw­szy na­zwał przy mnie Ma­ma­dźie­go „Pa­nem Rybą”, pod­rzu­ci­łem mu do łóż­ka skór­kę od ba­na­na). Na­wet po sześć­dzie­siąt­ce, kie­dy Ma­ma­dźi tro­chę się już gar­bił, a kontr­po­łoż­ni­cza siła gra­wi­ta­cji za­czę­ła ścią­gać jego cia­ło w dół, co rano prze­pły­wał trzy­dzie­ści razy ba­sen w aśra­mie Au­ro­bin­da.

Pró­bo­wał na­uczyć pły­wać mo­ich ro­dzi­ców, ale nie uda­ło mu się ich na­kło­nić do ni­cze­go, co by wy­kra­cza­ło poza bro­dze­nie po ko­la­na w wo­dzie przy pla­ży czy ża­ło­sne ma­cha­nie rę­ka­mi, co je­śli ćwi­czy­li żab­kę, wy­glą­da­ło, jak­by prze­dzie­ra­li się przez dżun­glę, roz­gar­nia­jąc wy­so­kie tra­wy, a je­śli był to kraul – jak­by bie­gli w dół po sto­ku wzgó­rza, młó­cąc rę­ka­mi po­wie­trze, żeby nie stra­cić rów­no­wa­gi. Rawi rów­nież nie prze­ja­wiał w tym kie­run­ku en­tu­zja­zmu.

Żeby zna­leźć chęt­ne­go i pil­ne­go ucznia, Ma­ma­dźi mu­siał za­cze­kać, aż na sce­nie po­ja­wię się ja. W dniu, w któ­rym we­dług nie­go doj­rza­łem do pły­wa­nia, co ku za­nie­po­ko­je­niu mat­ki na­stą­pi­ło w moje siód­me uro­dzi­ny, za­brał mnie na pla­żę, wska­zał obie­ma rę­ka­mi mo­rze i oznaj­mił:

– To mój pre­zent dla cie­bie.

– A po­tem o mało cię nie uto­pił – twier­dzi­ła póź­niej mat­ka.

Po­zo­sta­łem wier­ny mo­je­mu wod­ne­mu guru. Pod jego bacz­nym okiem kła­dłem się na pla­ży, a na­stęp­nie wierz­ga­łem no­ga­mi i roz­gar­nia­łem rę­ka­mi pia­sek, ob­ra­ca­jąc gło­wę przy każ­dym ru­chu, żeby zła­pać od­dech. Mu­sia­łem wy­glą­dać jak roz­ka­pry­szo­ny smar­kacz, któ­ry do­stał dziw­ne­go na­pa­du zło­ści i rzu­ca się jak­by w zwol­nio­nym tem­pie. Po­tem, już w wo­dzie, pod­trzy­my­wa­ny przez Ma­ma­dźie­go, da­wa­łem z sie­bie wszyst­ko. To było znacz­nie trud­niej­sze niż na lą­dzie. Ale Ma­ma­dźi był cier­pli­wy i nie prze­sta­wał mnie za­chę­cać.

Kie­dy uznał, że po­czy­ni­łem wy­star­cza­ją­ce po­stę­py, zo­sta­wi­li­śmy ro­ze­śmia­nych i roz­krzy­cza­nych pla­żo­wi­czów, bie­ga­ją­cych i ochla­pu­ją­cych się wodą, a wraz z nimi zie­lo­no­nie­bie­ską toń i spie­nio­ne fale przy­bo­ju, żeby prze­nieść się na ba­sen aśra­mu, do­stęp­ny za opła­tą pro­sto­kąt o pła­skiej, jak się na­le­ży, po­wierzch­ni wody.

Cho­dzi­łem tam z nim trzy razy w ty­go­dniu przez całe moje dzie­ciń­stwo; był to nasz po­nie­dział­ko­wy, śro­do­wy i piąt­ko­wy po­ran­ny ry­tu­ał, od­pra­wia­ny z re­gu­lar­no­ścią per­fek­cyj­nie wy­ko­ny­wa­nych ru­chów krau­lem. Mam żywo w pa­mię­ci tego do­stoj­ne­go star­sze­go czło­wie­ka, któ­ry roz­bie­rał się przy mnie do naga; jego cia­ło wy­ła­nia­ło się, w mia­rę jak sta­ran­nie zdej­mo­wał po ko­lei wszyst­kie czę­ści gar­de­ro­by, a na koń­cu, czy­niąc za­dość przy­zwo­ito­ści, od­wra­cał się lek­ko i wcią­gał na sie­bie wspa­nia­łe im­por­to­wa­ne spor­to­we ką­pie­lów­ki. Wresz­cie się pro­sto­wał i był go­to­wy. Mia­ło to w so­bie nie­mal epic­ki wy­miar. Na­uka pły­wa­nia, któ­ra z cza­sem prze­kształ­ci­ła się w ćwi­cze­nia pły­wac­kie, była wy­czer­pu­ją­ca, ale czu­łem głę­bo­ką przy­jem­ność, wy­ko­nu­jąc od­po­wied­nie ru­chy z co­raz więk­szą ła­two­ścią i co­raz szyb­ciej, raz za ra­zem, nie­mal jak w tran­sie hip­no­tycz­nym, aż woda z płyn­ne­go oło­wiu za­mie­nia­ła się w płyn­ne świa­tło.

Po­tem już sam wró­ci­łem nad mo­rze, jak po za­ka­za­ną przy­jem­ność, przy­wo­ły­wa­ny przez po­tęż­ne bał­wa­ny, któ­re roz­bi­ja­ły się o brzeg i za­gar­nia­ły mnie już znacz­nie mniej za­bor­czo co­fa­ją­cy­mi się ma­ły­mi fa­la­mi ni­czym de­li­kat­ne las­sa za­rzu­ca­ne na ocho­cze­go ma­łe­go Hin­du­sa.

W któ­reś uro­dzi­ny, mu­sia­łem mieć wte­dy ze trzy­na­ście lat, ja z ko­lei po­da­ro­wa­łem Ma­ma­dźie­mu w pre­zen­cie dwie całe dłu­go­ści ba­se­nu w cał­kiem po­rząd­nym sty­lu mo­tyl­ko­wym. Gdy skoń­czy­łem, by­łem tak wy­czer­pa­ny, że le­d­wie mia­łem siłę mu po­ma­chać.

Oprócz pły­wa­nia były też roz­mo­wy o nim. Tata je uwiel­biał. Im gwał­tow­niej pro­te­sto­wał prze­ciw­ko pły­wa­niu, tym bar­dziej go ono fa­scy­no­wa­ło. Ga­wę­dy o tym spo­rcie sta­no­wi­ły wy­tchnie­nie od co­dzien­nych roz­mów o pro­wa­dze­niu zoo. Woda bez hi­po­po­ta­ma była dla nie­go czymś znacz­nie cie­kaw­szym i przy­jem­niej­szym niż woda z hi­po­po­ta­mem.

Ma­ma­dźi dzię­ki ko­lo­nial­nym rzą­dom przez dwa lata stu­dio­wał w Pa­ry­żu. Wspo­mi­nał ten okres jako naj­wspa­nial­szy w swo­im ży­ciu. Było to na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych, gdy Fran­cu­zi wciąż jesz­cze w ta­kim stop­niu sta­ra­li się nadać Pu­duć­će­ri ga­lij­ski cha­rak­ter, jak An­gli­cy resz­cie In­dii cha­rak­ter bry­tyj­ski. Nie pa­mię­tam do­kład­nie, co kon­kret­nie stu­dio­wał Ma­ma­dźi. Chy­ba coś zwią­za­ne­go z han­dlem. Był wspa­nia­łym ga­wę­dzia­rzem, ale nig­dy nie wspo­mi­nał o za­ję­ciach na uczel­ni, wie­ży Eif­fla, Luw­rze ani o ka­fej­kach przy Po­lach Eli­zej­skich, jak­by o tym zu­peł­nie za­po­mniał. Wszyst­kie jego opo­wie­ści wią­za­ły się z za­wo­da­mi pły­wac­ki­mi i ba­se­na­mi. Był na przy­kład pi­sci­ne De­li­gny, naj­star­szy ba­sen w mie­ście, po­cho­dzą­cy jesz­cze z 1796 roku, czy­li za­cu­mo­wa­na do Quai d’Or­say pod go­łym nie­bem wiel­ka na­peł­nio­na wodą bar­ka, gdzie roz­gry­wa­no za­wo­dy pły­wac­kie pod­czas olim­pia­dy w 1900 roku. Ża­den jed­nak z uzy­ska­nych tam cza­sów nie zo­stał uzna­ny przez Mię­dzy­na­ro­do­wą Fe­de­ra­cję Pły­wac­ką, po­nie­waż ba­sen był o sześć me­trów za dłu­gi. Woda po­cho­dzi­ła wprost z Se­kwa­ny, nie fil­tro­wa­no jej ani nie pod­grze­wa­no.

– Była zim­na i brud­na – opo­wia­dał Ma­ma­dźi. – Po prze­pły­nię­ciu przez cały Pa­ryż sta­wa­ła się wręcz ohyd­na. Po­tem jesz­cze do­kła­da­li się do tego lu­dzie ko­rzy­sta­ją­cy z ba­se­nu.

Kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem, do­da­jąc szo­ku­ją­ce szcze­gó­ły na po­par­cie swo­ich słów, za­pew­niał nas, że Fran­cu­zi mie­li bar­dzo ni­skie stan­dar­dy w sfe­rze hi­gie­ny oso­bi­stej.

– Ba­sen De­li­gny był od­ra­ża­ją­cy. Bain Roy­al, ko­lej­ny wy­cho­dek na Se­kwa­nie, jesz­cze gor­szy. Z De­li­gny przy­najm­niej wy­ła­wia­li śnię­te ryby.

Nie­mniej ba­sen olim­pij­ski to ba­sen olim­pij­ski, opro­mie­nio­ny nie­śmier­tel­ną sła­wą. Na­wet je­śli De­li­gny był szam­bem, Ma­ma­dźi mó­wił o nim z czu­łym uśmie­chem.

Tro­chę le­piej było w pi­sci­nes Cha­te­au-Lan­don, Ro­uvet czy du bo­ule­vard de la Gare. Były to kry­te ba­se­ny otwar­te przez cały rok. Wodę do nich do­star­cza­no z po­bli­skich fa­bryk w po­sta­ci pary wy­twa­rza­nej przez sil­ni­ki pa­ro­we, była więc czyst­sza i cie­plej­sza. Ale i te pły­wal­nie były brud­ne i ra­czej za­tło­czo­ne.

– W wo­dzie było tyle smar­ków i plwo­cin, jak­by pły­wa­ło się wśród me­duz – śmiał się Ma­ma­dźi.

Pi­sci­nes He­bert, Le­dru-Rol­lin i But­te-aux-Ca­il­les były ja­sne, no­wo­cze­sne i prze­stron­ne, za­si­la­ne wodą ze stud­ni ar­te­zyj­skich. Wy­zna­cza­ły one stan­dar­dy dla ba­se­nów ko­mu­nal­nych. Był też, oczy­wi­ście, Pi­sci­ne des To­urel­les, inny wiel­ki ba­sen olim­pij­ski, otwar­ty pod­czas dru­gich pa­ry­skich igrzysk w 1924 roku. No i jesz­cze wie­le, wie­le in­nych.

Jed­nak­że w oczach Ma­ma­dźie­go ża­den ba­sen nie mógł się rów­nać z pi­sci­ne Mo­li­tor. Była to chlu­ba Pa­ry­ża, a na­wet ca­łe­go cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta, je­śli cho­dzi o spor­ty wod­ne.

– W ta­kim ba­se­nie z roz­ko­szą pły­wa­li­by bo­go­wie. Dzia­łał tam naj­lep­szy spor­to­wy klub pły­wac­ki w Pa­ry­żu. Pły­wal­nia skła­da­ła się z dwóch ba­se­nów, kry­te­go i od­kry­te­go. Oba mia­ły roz­mia­ry ma­łych oce­anów. W kry­tym dwa tory były za­wsze za­re­zer­wo­wa­ne dla pły­wa­ków, któ­rzy chcie­li po­ko­ny­wać dłu­gie dy­stan­se. Woda była tak czy­sta i przej­rzy­sta, że da­ło­by się z niej za­pa­rzyć po­ran­ną kawę. Ba­sen ota­cza­ły drew­nia­ne dwu­po­zio­mo­we prze­bie­ral­nie, bia­ło-nie­bie­skie. Je­śli spoj­rza­ło się z nich w dół, wi­dzia­ło się wszyst­ko i wszyst­kich. Pra­cow­ni­cy, uty­ka­ją­cy star­si męż­czyź­ni, życz­li­wi, choć tro­chę szor­st­cy, ozna­cza­li za­ję­te ka­bi­ny, ry­su­jąc na ich drzwiach zna­ki kre­dą. Żad­ne wrza­ski ani wy­głu­py nie były w sta­nie wy­pro­wa­dzić ich z rów­no­wa­gi. Z prysz­ni­ca try­ska­ła go­rą­ca, roz­kosz­na woda. Na te­re­nie pły­wal­ni były też sau­na i sala gim­na­stycz­na. Ba­sen od­kry­ty za­mie­niał się zimą w lo­do­wi­sko. Mie­li tam bar, ka­wiar­nię, duży sło­necz­ny ta­ras, a na­wet dwie małe pla­że z praw­dzi­wym pia­skiem. Wszę­dzie ka­fel­ki, mo­siądz i po­le­ro­wa­ne drew­no. To było… to było…

Na wspo­mnie­nie tego je­dy­ne­go, wy­jąt­ko­we­go ba­se­nu Ma­ma­dźi milkł; jego pa­mięć mu­sia­ła po­ko­nać zbyt duży dy­stans.

Ma­ma­dźi wspo­mi­nał, oj­ciec po­pa­dał w roz­ma­rze­nie.

W ta­kich to wła­śnie oko­licz­no­ściach, gdy trzy lata po Ra­wim przy­sze­dłem na świat jako ostat­ni, mile wi­dzia­ny czło­nek ro­dzi­ny, na­zwa­no mnie Pi­sci­ne Mo­li­tor Pa­tel.

ROZ­DZIAŁ 4

Nasz po­czci­wy sta­ry kraj był re­pu­bli­ką za­le­d­wie od sied­miu lat, gdy po­więk­szył się o nie­wiel­kie te­ry­to­rium. Pu­duć­će­ri zo­sta­ło przy­łą­czo­ne do In­dii pierw­sze­go li­sto­pa­da 1954 roku. Ko­lej­ne osią­gnię­cia w roz­wo­ju spo­łecz­nym po­cią­ga­ły za sobą na­stęp­ne. Część te­re­nów ogro­du bo­ta­nicz­ne­go w Pu­duć­će­ri wy­dzier­ża­wio­no bez­płat­nie, żeby stwo­rzyć atrak­cyj­ne wa­run­ki do roz­wo­ju przed­się­bior­czo­ści, i oto – pa­trz­cie i po­dzi­wiaj­cie – w In­diach po­wsta­ło nowe zoo, za­pro­jek­to­wa­ne i pro­wa­dzo­ne we­dług naj­no­wo­cze­śniej­szych na­uko­wych wy­tycz­nych.

Było to wiel­kie zoo, obej­mu­ją­ce mnó­stwo akrów zie­mi, na tyle duże, że aby zwie­dzić je całe, trze­ba było wsiąść do ko­lej­ki, choć w mia­rę jak do­ra­sta­łem, wy­da­wa­ło mi się co­raz mniej­sze i mniej­sze, tak jak sama ko­lej­ka. Te­raz jest już ta­kie małe, że mie­ści się w mo­jej gło­wie. Pro­szę so­bie wy­obra­zić tę go­rą­cą, wil­got­ną oazę, ską­pa­ną w bla­sku słoń­ca i aż ki­pią­cą ja­skra­wy­mi bar­wa­mi. Trwa tam nie­usta­ją­ca fe­eria kwia­tów. Ro­śnie mnó­stwo drzew, krze­wów i pną­czy – fi­gow­ce pa­go­do­we, po­in­cja­ny kró­lew­skie, „pło­mie­nie lasu”, weł­nia­ki, ja­ka­ran­dy, man­gow­ce, bo­chen­kow­ce i wie­le in­nych, któ­rych nazw czło­wiek nig­dy by nie po­znał, gdy­by nie po­sta­wio­no przed nimi ta­bli­czek. Są ław­ki. Na tych ław­kach wi­du­je się wy­cią­gnię­tych wy­god­nie śpią­cych lu­dzi albo za­ko­cha­ne pary, któ­re zer­ka­ją na sie­bie nie­śmia­ło i trze­po­czą dłoń­mi, gdy do­tkną się przy­pad­kiem. Na­gle wśród wy­so­kich, strze­li­stych drzew przed sobą do­strze­gasz dwie ży­ra­fy, któ­re przy­glą­da­ją ci się spo­koj­nie. Taki wi­dok to nie ostat­nia nie­spo­dzian­ka. Chwi­lę póź­niej wzdry­gasz się, bo do­cho­dzi do cie­bie wście­kły ja­zgot wiel­kie­go sta­da małp, przez któ­ry mogą się prze­bić je­dy­nie prze­ni­kli­we okrzy­ki eg­zo­tycz­nych pta­ków. Do­cho­dzisz do ko­ło­wro­tu przy wej­ściu. Z roz­tar­gnie­niem pła­cisz ja­kąś drob­ną sumę za bi­let. Wcho­dzisz. Wi­dzisz ni­ski mur. Co może kryć się za ni­skim mu­rem? Na pew­no nie płyt­ka fosa z dwo­ma wiel­ki­mi in­dyj­ski­mi no­so­roż­ca­mi. Ale to na nią wła­śnie się na­ty­kasz. A kie­dy od­wra­casz gło­wę, wi­dzisz sło­nia, któ­ry był tam cały czas, tak wiel­ki, że go nie za­uwa­ży­łeś. I uświa­da­miasz so­bie, że to, co pły­wa w wo­dzie, to hi­po­po­ta­my. Im uważ­niej pa­trzysz, tym wię­cej do­strze­gasz. Je­steś w Zoo­town!

Przed prze­pro­wadz­ką do Pu­duć­će­ri oj­ciec pro­wa­dził wiel­ki ho­tel w Ma­dra­sie. Nie­usta­ją­ce za­in­te­re­so­wa­nie zwie­rzę­ta­mi do­pro­wa­dzi­ło do tego, że za­jął się pro­wa­dze­niem zoo. Moż­na by po­my­śleć: na­tu­ral­ne przej­ście, od ob­słu­gi lu­dzi do ob­słu­gi zwie­rząt. Nie za bar­dzo. Pod wie­lo­ma wzglę­da­mi pro­wa­dze­nie zoo to jak naj­gor­szy kosz­mar ho­te­la­rza. Pro­szę po­my­śleć: klien­ci nig­dy nie wy­cho­dzą z nu­me­ru; wy­ma­ga­ją nie tyl­ko za­kwa­te­ro­wa­nia, ale też ob­słu­gi i peł­ne­go wy­ży­wie­nia; przyj­mu­ją nie­koń­czą­cy się ko­ro­wód go­ści, nie­któ­rych bar­dzo ha­ła­śli­wych i nie­sfor­nych. Trze­ba cze­kać, aż wyj­dą na ta­ras – by się tak wy­ra­zić – żeby wy­sprzą­tać ich kwa­te­rę, a po­tem trze­ba cze­kać, aż znu­dzą się wi­do­kiem i wró­cą do środ­ka, żeby z ko­lei wy­sprzą­tać ta­ras; a tego sprzą­ta­nia jest dużo, bo klien­ci są nie­chluj­ni jak pi­ja­cy. Każ­dy na in­nej die­cie, sta­le skar­ży się na ob­słu­gę, że jest za wol­na, i nig­dy, prze­nig­dy nie daje na­piw­ków. Mó­wiąc szcze­rze, wie­lu z nich to de­wian­ci sek­su­al­ni, któ­rzy albo tłu­mią na­tu­ral­ne po­pę­dy i ni stąd, ni zo­wąd ule­ga­ją na­pa­dom dzi­kich żądz, albo są­jaw­nie zde­pra­wo­wa­ni, co w obu przy­pad­kach na­ra­ża kie­row­nic­two na nie­okieł­zna­ne or­gie sek­su­al­ne albo bez­wstyd­ne akty ka­zi­rodz­twa. Czy ta­kich klien­tów chcia­ło­by się go­ścić w swo­im ho­te­lu? Zoo w Pu­duć­će­ri do­star­cza­ło cza­sa­mi po­wo­dów do ra­do­ści panu San­to­śo­wi Pa­te­lo­wi, za­ło­ży­cie­lo­wi, wła­ści­cie­lo­wi, dy­rek­to­ro­wi, sze­fo­wi pięć­dzie­się­cio­trzy­oso­bo­we­go per­so­ne­lu i mo­je­mu ojcu w jed­nej oso­bie, ale też czę­sto przy­pra­wia­ło go o ból gło­wy.

Dla mnie był to praw­dzi­wy raj na zie­mi. Z zoo wią­żą się moje naj­lep­sze wspo­mnie­nia z okre­su dzie­ciń­stwa. Ży­łem so­bie jak ksią­żąt­ko. Jaki syn ma­ha­ra­dży ma do dys­po­zy­cji tak wiel­ki, luk­su­so­wy plac za­baw? W ja­kim pa­ła­cu jest taka me­na­że­ria? W dzie­ciń­stwie za­miast bu­dzi­ka bu­dzi­ło mnie sta­do lwów. Nie były to szwaj­car­skie ze­gar­ki, ale ry­cza­ły nie­odmien­nie, uno­sząc wy­so­ko łby, gdzieś mię­dzy wpół do szó­stej a szó­stą rano. Śnia­da­niu to­wa­rzy­szy­ły wrza­ski i pi­ski wyj­ców, gwar­ków i pa­pug ka­ka­du. Wy­cho­dzi­łem do szko­ły od­pro­wa­dza­ny czu­łym spoj­rze­niem nie tyl­ko mat­ki, ale tak­że by­stro­okich wydr, po­tęż­ne­go bi­zo­na ame­ry­kań­skie­go oraz prze­cią­ga­ją­cych się i zie­wa­ją­cych oran­gu­ta­nów. Prze­bie­ga­jąc pod nie­któ­ry­mi drze­wa­mi, czuj­nie pa­trzy­łem w górę, żeby przy­pad­kiem nie na­ro­bił na mnie paw. Już le­piej było biec pod drze­wa­mi, na któ­rych żyły wiel­kie ko­lo­nie nie­to­pe­rzy owo­co­żer­nych; o tak wcze­snej po­rze z ich stro­ny mo­głem się spo­dzie­wać je­dy­nie ka­ko­fo­nicz­nych kon­cer­tów, na któ­re skła­da­ły się skrze­ki i pi­ski. W dro­dze do wyj­ścia przy­sta­wa­łem cza­sa­mi przy ter­ra­riach, żeby po­pa­trzeć na lśnią­ce, jak­by gla­zu­ro­wa­ne żaby, ja­skra­wo­zie­lo­ne, żół­to-gra­na­to­we albo brą­zo­wo-grosz­ko­we. A cza­sa­mi moją uwa­gę przy­ku­wa­ły pta­ki: ró­żo­we fla­min­gi, czar­ne ła­bę­dzie, ka­zu­ary jed­no­ko­ra­lo­we albo coś mniej­sze­go, srebr­ne go­łąb­ki dia­men­to­we, szpa­ki przy­ląd­ko­we o lśnią­cym upie­rze­niu, pa­puż­ki nie­roz­łącz­ki o brzo­skwi­nio­wych łeb­kach, ko­nu­ry czar­no­gło­we i po­ma­rań­czo­we pa­puż­ki dłu­go­ogo­no­we. Nie było co li­czyć, że wsta­ną już sło­nie, foki, wiel­kie koty czy niedź­wie­dzie, ale pa­wia­ny, ma­ka­ki, man­ga­by, gi­bo­ny, je­le­nie, ta­pi­ry, lamy, ży­ra­fy i man­gu­sty bu­dzi­ły się wcze­śnie. Każ­de­go ran­ka, za­nim wy­sze­dłem za głów­ną bra­mę, że­gna­ły mnie wi­do­ki i wra­że­nia jed­no­cze­śnie cał­kiem zwy­czaj­ne i nie­za­po­mnia­ne: pi­ra­mi­da żół­wi, opa­li­zu­ją­cy pysk man­dry­la, sta­tecz­ne mil­cze­nie ży­ra­fy, wiel­ka żół­ta­wa roz­dzia­wio­na pasz­cza hi­po­po­ta­ma, ara cze­pia­ją­ca się dzio­bem i pa­zu­ra­mi ogro­dze­nia z siat­ki, po­wi­tal­ny kle­kot bu­to­dzio­ba, otę­pia­ło-po­żą­dli­we spoj­rze­nie wiel­błą­da. Wszyst­kie te cuda re­je­stro­wa­łem prze­lot­nie, spie­sząc się do szko­ły. Do­pie­ro po lek­cjach od­kry­wa­łem spo­koj­nie, ja­kie to uczu­cie, gdy ob­szu­ku­je cię słoń w na­dziei zna­le­zie­nia ukry­te­go w kie­sze­ni orze­cha, a oran­gu­tan prze­cze­su­je ci wło­sy, po­szu­ku­jąc klesz­cza na prze­ką­skę i po­sa­pu­jąc z za­wo­dem, gdy oka­zu­je się, że spi­żar­nia na two­jej gło­wie jest bez­na­dziej­nie pu­sta. Szko­da, że nie po­tra­fię od­dać per­fek­cji ru­chów, z jaką foka wśli­zgu­je się do wody, cze­piak prze­ska­ku­je z ga­łę­zi na ga­łąź, a lew zwy­czaj­nie ob­ra­ca gło­wę. Ale ję­zyk w ta­kich oko­licz­no­ściach za­wo­dzi. Je­śli chce się to wszyst­ko po­czuć, trze­ba zdać się na wy­obraź­nię.

Naj­lep­szą porą na ob­ser­wo­wa­nie zwie­rząt w zoo, tak samo jak w śro­do­wi­sku na­tu­ral­nym, są wschód i za­chód słoń­ca. Wte­dy wła­śnie oży­wia się więk­szość z nich. Bu­dzą się, opusz­cza­ją kry­jów­ki i po­wo­li zmie­rza­ją do wo­do­po­ju. Po­pi­su­ją się, de­mon­stru­jąc swo­je wa­lo­ry. Śpie­wa­ją swo­je pie­śni. Zwra­ca­ją się ku so­bie i od­pra­wia­ją ry­tu­ały. Tego, kto wy­tę­ży wzrok i słuch, cze­ka so­wi­ta na­gro­da. Nie­zli­cze­nie wie­le go­dzin ob­ser­wo­wa­łem w mil­cze­niu te wy­szu­ka­ne prze­ja­wy ży­cia, któ­re sta­no­wią ozdo­bę na­szej pla­ne­ty. To coś tak olśnie­wa­ją­ce­go, wy­mow­ne­go, za­dzi­wia­ją­ce­go i sub­tel­ne­go, że osza­ła­mia wszyst­kie zmy­sły.

Sły­sza­łem nie­mal tyle samo bzdur o zoo, ile o Bogu i re­li­gii.

Peł­ni do­brej woli, ale mało zo­rien­to­wa­ni lu­dzie są­dzą, że zwie­rzę­ta na wol­no­ści są „szczę­śli­we”, bo „wol­ne”. Ta­kie oso­by mają na my­śli zwy­kle duże, pięk­ne dra­pież­ni­ki, lwa albo ge­par­da (ży­cie gnu albo mrów­ni­ka mało komu wy­da­je się eks­cy­tu­ją­ce). Wy­obra­ża­ją so­bie, że ta­kie dzi­kie zwie­rzę wy­ru­sza sa­wan­ną na po­obied­ni spa­ce­rek po po­żar­ciu ofia­ry, któ­ra z po­ko­rą przy­ję­ła swój los, albo urzą­dza so­bie jog­ging, aby po wiel­kim ob­żar­stwie za­dbać o smu­kłą syl­wet­kę. Wi­dzą ocza­mi wy­obraź­ni, jak z dum­ną i czu­ło­ścią opie­ku­je się po­tom­stwem i w ro­dzin­nym gro­nie po­dzi­wia za­chód słoń­ca, le­żąc na ga­łę­zi drze­wa i po­mru­ku­jąc z za­do­wo­le­niem. Wy­da­je im się, że ży­cie dzi­kie­go zwie­rzę­cia jest pro­ste, szla­chet­ne i ce­lo­we. Po­tem zwie­rzę zo­sta­je schwy­ta­ne przez złych lu­dzi i za­mknię­te w cia­snej klat­ce ni­czym w celi. I jest ogrom­nie „nie­szczę­śli­we”. Strasz­li­wie tę­sk­ni za „wol­no­ścią” i robi wszyst­ko, aby uciec z nie­wo­li. Zbyt dłu­go po­zba­wio­ne „wol­no­ści” sta­je się cie­niem sa­me­go sie­bie, a jego duch zo­sta­je zła­ma­ny. Tak nie­któ­rzy my­ślą.

Ale w rze­czy­wi­sto­ści spra­wa wy­glą­da in­a­czej.

Zwie­rzę­ta w wa­run­kach na­tu­ral­nych wio­dą ży­cie opar­te na przy­mu­sie i ko­niecz­no­ści, pod­le­ga­ją­ce sztyw­nej hie­rar­chii spo­łecz­nej, w śro­do­wi­sku, gdzie stra­chu jest dużo, a po­ży­wie­nia mało, gdzie sta­le na­le­ży bro­nić swo­je­go te­ry­to­rium i wiecz­nie zno­sić pa­so­ży­ty. Co w ta­kim kon­tek­ście zna­czy wol­ność? Dzi­ko ży­ją­ce zwie­rzę­ta nig­dy nie są tak na­praw­dę wol­ne, ani w ka­te­go­riach prze­strze­ni, ani cza­su, ani re­la­cji osob­ni­czych. Teo­re­tycz­nie – bo jest taka fi­zycz­na moż­li­wość – mo­gły­by wziąć nogi za pas i uciec, prze­ła­mu­jąc kon­wen­cje spo­łecz­ne i ba­rie­ry obo­wią­zu­ją­ce w swo­im ga­tun­ku. Ale coś ta­kie­go zda­rza się ra­czej przed­sta­wi­cie­lom na­sze­go ga­tun­ku, gdy, po­wiedz­my, skle­pi­karz, obar­czo­ny zwy­cza­jo­wy­mi zo­bo­wią­za­nia­mi – ro­dzin­ny­mi, to­wa­rzy­ski­mi, spo­łecz­ny­mi – rzu­ca wszyst­ko i od­cho­dzi w siną dal z gar­ścią drob­nia­ków w kie­sze­niach i tym, co ma na so­bie, aby roz­po­cząć gdzie in­dziej nowe ży­cie. Je­śli czło­wiek, naj­śmiel­sze i naj­in­te­li­gent­niej­sze ze wszyst­kich stwo­rzeń, nie wę­dru­je z miej­sca na miej­sce, wszę­dzie obcy, z ni­kim ani ni­czym nie­zwią­za­ny, to dla­cze­go mia­ło­by tak po­stę­po­wać zwie­rzę, któ­re z na­tu­ry jest znacz­nie bar­dziej kon­ser­wa­tyw­ne? Bo zwie­rzę­ta są kon­ser­wa­ty­sta­mi, a moż­na by na­wet po­wie­dzieć – re­ak­cjo­ni­sta­mi. Wy­trą­ca­ją je z rów­no­wa­gi naj­mniej­sze zmia­ny. Zwie­rzę­ta chcą, żeby wszyst­ko było tak, jak jest, dzień po dniu, mie­siąc po mie­sią­cu. Zde­cy­do­wa­nie nie ży­czą so­bie nie­spo­dzia­nek. Prze­ja­wia się to wy­raź­nie w ich za­cho­wa­niach te­ry­to­rial­nych. Zwie­rzę ma swo­ją prze­strzeń, czy to w zoo, czy w na­tu­ral­nych wa­run­kach, i po­ru­sza się po niej na ta­kiej sa­mej za­sa­dzie, na ja­kiej po sza­chow­ni­cy po­ru­sza­ją się fi­gu­ry sza­cho­we – jest w tym pew­na me­to­da. W po­czy­na­niach jasz­czur­ki, niedź­wie­dzia czy je­le­nia nie ma nic przy­pad­ko­we­go, żad­nej „wol­no­ści”, tak samo jak w ru­chach skocz­ka na sza­chow­ni­cy. W obu przy­pad­kach jest pew­na pra­wi­dło­wość i cel. W wa­run­kach na­tu­ral­nych zwie­rzę­ta trzy­ma­ją się tych sa­mych ście­żek, z se­zo­nu na se­zon, dla tych sa­mych istot­nych po­wo­dów. Je­śli zwie­rzę w zoo o zwy­kłej po­rze nie prze­by­wa w zwy­kłym miej­scu w ty­po­wej dla sie­bie po­zy­cji, to musi coś zna­czyć. Może to być spo­wo­do­wa­ne na­wet drob­ną zmia­ną w jego oto­cze­niu. Zo­sta­wio­ny przez pra­cow­ni­ka zwi­nię­ty wąż do pod­le­wa­nia wy­glą­da groź­nie. Ka­łu­ża przy­bra­ła nie­po­ko­ją­cy kształt. Dra­bi­na rzu­ca cień. Ale nie­wy­klu­czo­ne, że cho­dzi o coś wię­cej. W naj­gor­szym wy­pad­ku jest to ozna­ka cze­goś, cze­go dy­rek­tor zoo boi się naj­bar­dziej: symp­tom cho­ro­by, zwia­stun kło­po­tów, sy­gnał, żeby uważ­nie obej­rzeć od­cho­dy, wy­py­tać do­zor­cę, we­zwać we­te­ry­na­rza. A wszyst­ko dla­te­go, że bo­cian stoi nie tam, gdzie za­zwy­czaj.

Ale po­zwól­cie, że przez chwi­lę zaj­mę się tyl­ko jed­nym aspek­tem tego za­gad­nie­nia.

Gdy­by­ście za­je­cha­li przed czyjś dom, kop­nia­kiem otwo­rzy­li drzwi fron­to­we, wy­pę­dzi­li na uli­cę miesz­ka­ją­cych w środ­ku lu­dzi i za­wo­ła­li: „Idź­cie so­bie! Je­ste­ście wol­ni! Wol­ni jak pta­ki! No, da­lej!” – to my­śli­cie, że ci krzy­cze­li­by i tań­czy­li z ra­do­ści? Na pew­no nie. Pta­ki wca­le nie są wol­ne. A wy­rzu­ce­ni na bruk nie­szczę­śni­cy wy­ją­ka­li­by tyl­ko: „Ja­kim pra­wem nas wy­pę­dzasz?! To nasz dom. Na­sza wła­sność. Miesz­ka­my w nim od lat. Za­raz we­zwie­my po­li­cję, ty dra­niu!”.

Czy nie mówi się: „Nie ma jak w domu”? Tak z pew­no­ścią od­czu­wa­ją zwie­rzę­ta. Mają one sil­ny in­stynkt te­ry­to­rial­ny. I to jest do nich klucz. Tyl­ko zna­jo­mość te­re­nu po­zwa­la im re­ali­zo­wać dwa bez­względ­ne im­pe­ra­ty­wy, ja­ki­mi są uni­ka­nie wro­gów oraz zdo­by­wa­nie po­ży­wie­nia i wody. Wy­bieg w zoo, je­śli tyl­ko od­po­wia­da wa­run­kom na­tu­ral­nym – czy jest to klat­ka, za­głę­bie­nie te­re­nu, oto­czo­na fosą wy­spa, za­gro­da, ter­ra­rium, pta­szar­nia czy akwa­rium – to po pro­stu ko­lej­ne te­ry­to­rium, któ­re róż­ni się od in­nych je­dy­nie roz­mia­rem i bli­sko­ścią sie­dli­ska czło­wie­ka. To, że jest mniej­sze niż w na­tu­rze, wy­ni­ka z pew­nych uwa­run­ko­wań. Te­ry­to­ria w na­tu­rze są więk­sze nie dla­te­go, że tak się zwie­rzę­tom po­do­ba, ale z ko­niecz­no­ści. W zoo ro­bi­my dla zwie­rząt to samo co dla sie­bie w do­mach: sku­pia­my na ma­łej prze­strze­ni to, co w na­tu­rze jest roz­pro­szo­ne na więk­szym ob­sza­rze. Kie­dyś tu mie­li­śmy ja­ski­nię, tam rze­kę, milę da­lej te­re­ny ło­wiec­kie, nie­da­le­ko nich punkt ob­ser­wa­cyj­ny, jesz­cze gdzieś in­dziej krzacz­ki z ja­go­da­mi – a wszę­dzie czy­ha­ły lwy, węże, mrów­ki, pi­jaw­ki i su­mak ja­do­wi­ty; te­raz rze­ka pły­nie z kra­nów w za­się­gu ręki, mo­że­my myć się tam, gdzie śpi­my, jeść, gdzie so­bie go­tu­je­my, oto­czyć się mu­rem obron­nym i utrzy­my­wać na swo­im te­ry­to­rium czy­stość i cie­pło. Dom to ta­kie skon­den­so­wa­ne sie­dli­sko, w któ­rym za­spo­ka­ja­my na­sze po­trze­by w spo­sób bez­piecz­ny i wy­god­ny. W przy­pad­ku zwie­rzę­cia po­dob­nym sie­dli­skiem jest wła­ści­wie urzą­dzo­ny wy­bieg (co waż­ne, bez ko­min­ka i jego od­po­wied­ni­ków, obec­nych we wszel­kich ludz­kich sie­dzi­bach). Je­śli zwie­rzę ma tam wszyst­ko, cze­go po­trze­ba mu do ży­cia – sta­no­wi­sko ob­ser­wa­cyj­ne, le­go­wi­sko, te­ren ło­wiec­ki albo że­ro­wi­sko i do­stęp do wody, żeby mo­gło się na­pić, umyć i opo­rzą­dzić – i nie musi wy­pra­wiać się nig­dzie na po­lo­wa­nie, bo do­sta­je je­dze­nie sześć dni w ty­go­dniu, to obej­mie w po­sia­da­nie swo­ją prze­strzeń w zoo na ta­kiej sa­mej za­sa­dzie, na ja­kiej ob­ję­ło­by nowy te­ren na swo­bo­dzie, zba­da ją i ozna­ku­je w spo­sób ty­po­wy dla swo­je­go ga­tun­ku, na przy­kład mo­czem. Gdy do­peł­ni ry­tu­ału ob­ję­cia w po­sia­da­nie i już się osie­dli, nie bę­dzie się tam czu­ło jak nie­pew­ny lo­ka­tor, a już na pew­no nie wię­zień, ale ra­czej jak wła­ści­ciel ziem­ski, de­mon­stru­jąc ta­kie same za­cho­wa­nia na wy­bie­gu, jak na swo­im te­ry­to­rium w na­tu­ral­nych wa­run­kach, i bro­niąc go za­cie­kle w ra­zie ata­ku. Wy­bieg nie jest więc dla zwie­rzę­cia ani gor­szy, ani lep­szy od te­ry­to­rium na swo­bo­dzie; do­pó­ki speł­nia jego po­trze­by, sie­dli­sko, na­tu­ral­ne czy sztucz­ne, jest po pro­stu – bez ja­kiej­kol­wiek oce­ny – czymś da­nym jak cęt­ki na sier­ści pan­te­ry. Moż­na by na­wet się za­sta­na­wiać, czy gdy­by zwie­rzę było ob­da­rzo­ne in­te­li­gen­cją i po­tra­fi­ło do­ko­nać świa­do­me­go wy­bo­ru, nie wy­bra­ło­by wła­śnie ży­cia w zoo, po­nie­waż w zoo, in­a­czej niż w wa­run­kach na­tu­ral­nych, nie wy­stę­pu­ją pa­so­ży­ty ani wro­go­wie, za to jest pod do­stat­kiem po­ży­wie­nia, któ­re­go w na­tu­ral­nych wa­run­kach jest sto­sun­ko­wo mało albo wręcz go bra­ku­je. Po­my­śl­cie sami. Czy wo­le­li­by­ście miesz­kać w Rit­zu, z peł­ną ob­słu­gą i nie­ogra­ni­czo­nym do­stę­pem do opie­ki le­kar­skiej, czy być bez­dom­nym, któ­ry nie ma ni­ko­go, do kogo mógł­by się zwró­cić o po­moc? Zwie­rzę­ta jed­nak nie są zdol­ne do ta­kich po­rów­nań. W ra­mach ogra­ni­czeń, ja­kie na­rzu­ca im wła­sna na­tu­ra, za­do­wa­la­ją się tym, co mają do dys­po­zy­cji.

Do­bre zoo to miej­sce, gdzie pa­nu­je sta­ran­nie wy­pra­co­wa­ne sta­tus quo: tam gdzie zwie­rzę za po­mo­cą mo­czu i in­nych wy­dzie­lin mówi nam: „Nie wchodź tu!”, my za po­mo­cą ba­rier mó­wi­my mu: „Nie wy­chodź stam­tąd!”. Przy ta­kich wa­run­kach po­ko­jo­we­go współ­ist­nie­nia wszyst­kie zwie­rzę­ta są za­do­wo­lo­ne, my się od­prę­ża­my i mo­że­my przy­glą­dać się so­bie na­wza­jem.

W li­te­ra­tu­rze przed­mio­tu spo­ty­ka się nie­zli­czo­ne przy­kła­dy zwie­rząt, któ­re mo­gły uciec, ale tego nie zro­bi­ły, albo ucie­kły, a po­tem wró­ci­ły. Zna­my przy­pa­dek szym­pan­sa, któ­re­go klat­ki nie za­mknię­to na klucz i sama się otwo­rzy­ła. Za­nie­po­ko­jo­na mał­pa za­czę­ła wrzesz­czeć i pró­bo­wa­ła za­trza­snąć drzwi – wa­li­ła nimi, po­wo­du­jąc strasz­li­wy ha­łas – aż wresz­cie straż­nik, za­alar­mo­wa­ny przez jed­ne­go ze zwie­dza­ją­cych, przy­szedł z po­mo­cą i za­ła­twił spra­wę. Stad­ko sarn w eu­ro­pej­skim zoo wy­szło z za­gro­dy, gdy ktoś zo­sta­wił bra­mę otwar­tą. Prze­stra­szo­ne obec­no­ścią zwie­dza­ją­cych, zwie­rzę­ta ucie­kły do po­bli­skie­go lasu, w któ­rym żyło już jed­no sta­do dzi­kich sarn i było miej­sce dla dru­gie­go. Mimo to sar­ny z zoo szyb­ko wró­ci­ły na swój wy­bieg. W in­nym ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym pra­cow­nik szedł rano do pra­cy, nio­sąc de­ski, gdy, ku swo­je­mu prze­ra­że­niu, z po­ran­nej mgły wy­ło­nił się niedź­wiedź i pew­nym kro­kiem ru­szył w jego stro­nę. Ro­bot­nik w jed­nej chwi­li wy­pu­ścił drew­no z rąk i rzu­cił się do uciecz­ki. Per­so­nel zoo na­tych­miast wsz­czął po­szu­ki­wa­nia zbie­głe­go zwie­rzę­cia. Zna­le­zio­no je z po­wro­tem na wy­bie­gu: niedź­wiedź wró­cił tą samą dro­gą, któ­rą się wy­do­stał, czy­li wspi­na­jąc się nad fosą po prze­wró­co­nym drze­wie. Uzna­no, że prze­stra­szył go ło­mot de­sek rzu­co­nych przez pra­cow­ni­ka zoo.

Nie będę jed­nak ob­sta­wał przy swo­im. Nie za­mie­rzam wy­stę­po­wać w obro­nie ogro­dów zoo­lo­gicz­nych. Mo­że­cie za­mknąć je wszyst­kie, je­śli chce­cie (i oby nie­do­bit­ki dzi­kich ga­tun­ków prze­trwa­ły w tym, co po­zo­sta­ło jesz­cze z dzi­kiej przy­ro­dy). Wiem, że lu­dzie nie pa­trzą już przy­chyl­nym okiem na ogro­dy zoo­lo­gicz­ne. Po­dob­nie jest z re­li­gią. I jed­no, i dru­gie po­pa­da w nie­ła­skę z po­wo­du złu­dzeń na te­mat wol­no­ści.

Zoo w Pu­duć­će­ri już nie ist­nie­je. Fosy za­sy­pa­no, klat­ki ro­ze­bra­no. Wę­dru­ję te­raz po nim w je­dy­nym miej­scu, w któ­rym prze­trwa­ło, w mo­jej pa­mię­ci.

ROZ­DZIAŁ 5

Hi­sto­ria mo­je­go imie­nia nie koń­czy się na jego po­cho­dze­niu. Kie­dy ktoś na­zy­wa się Bob, nikt go nie pyta: „Jak się to pi­sze?”. Co in­ne­go z imie­niem i na­zwi­skiem Pi­sci­ne Mo­li­tor Pa­tel.

Nie­któ­rzy my­śle­li, że na­zy­wam się P. Singh i że je­stem si­khem, tyl­ko dzi­wi­li się, że nie no­szę tur­ba­nu.

Któ­re­goś razu w cza­sie stu­diów po­je­cha­łem z kil­ko­ma przy­ja­ciół­mi do Mont­re­alu. Pew­ne­go wie­czo­ru przy­szła na mnie ko­lej, żeby za­mó­wić przez te­le­fon piz­zę. Nie mo­głem znieść my­śli, że ko­lej­na fran­cu­sko­ję­zycz­na oso­ba bę­dzie się wy­śmie­wać z mo­je­go na­zwi­ska, więc kie­dy fa­cet z piz­ze­rii rzu­cił na ko­niec: „Jak się pan na­zy­wa?”, od­par­łem po an­giel­sku: „To moja spra­wa”. Pół go­dzi­ny póź­niej do­star­czo­no dwie piz­ze dla pana „To­mo­ja Spra­wa”.

To praw­da, że ci, któ­rych spo­ty­ka­my, wy­wie­ra­ją na nas wpływ, że się zmie­nia­my, i to cza­sa­mi tak głę­bo­ko, że nie je­ste­śmy już tymi sa­my­mi ludź­mi, na­wet z imie­nia. Przy­kła­dem może być Szy­mon, na­zy­wa­ny Pio­trem, Ma­te­usz, zna­ny jako Lewi, Na­ta­niel, któ­ry był tak­że Bar­tło­mie­jem, Juda, ale nie Ju­dasz Iska­rio­ta, tyl­ko ten, któ­ry przy­brał imię Ta­de­usz, Szy­mon, do któ­re­go mó­wio­no Ni­ger, Sza­weł, któ­ry zo­stał Pio­trem.

Mój rzym­ski le­gio­ni­sta stał pew­ne­go ran­ka na dzie­dziń­cu szkol­nym. Mia­łem dwa­na­ście lat. Wła­śnie wcho­dzi­łem za bra­mę. Zo­ba­czył mnie i sza­tań­ski błysk roz­ja­śnił jego tępy mózg. Pod­niósł rękę, wska­zał na mnie i za­wo­łał: „Pa­trz­cie, idzie Pis­sing Pa­tel!”.

Wszy­scy ryk­nę­li śmie­chem, bo Pis­sing zna­czy po an­giel­sku „si­ka­ją­cy”. Re­cho­ty uci­chły do­pie­ro wte­dy, gdy we­szli­śmy do kla­sy. Ja wlo­kłem się na koń­cu, w swo­jej ko­ro­nie cier­nio­wej na gło­wie.

To, że dzie­ci są okrut­ne, nie jest dla ni­ko­go żad­ną no­wo­ścią. Z dzie­dziń­ca do­bie­ga­ły do mo­ich uszu ni­czym prze­ze mnie nie­spro­wo­ko­wa­ne okrop­ne sło­wa: „Gdzie Pis­sing? Mu­szę się od­lać”. Albo: „Co tak tkwisz pod ścia­ną jak Pis­sing?”. Czy coś w tym ro­dza­ju. Wte­dy za­mie­ra­łem albo – prze­ciw­nie – wra­ca­łem do tego, co ro­bi­łem wcze­śniej, uda­jąc, że nic nie sły­szę. Szy­der­stwa prze­brzmie­wa­ły, ale przy­krość po­zo­sta­wa­ła jak woń si­ków dłu­go po tym, jak one same już wy­pa­ro­wa­ły.

Na­uczy­cie­le też za­czę­li to ro­bić. Wszyst­ko przez ten upał. W mia­rę upły­wu dnia lek­cja geo­gra­fii, któ­ra rano była zwar­ta jak oaza, za­czy­na­ła się cią­gnąć aż po ho­ry­zont ni­czym pu­sty­nia Thar; lek­cja hi­sto­rii, tak żywa, gdy dzień był mło­dy, schła i po­kry­wa­ła się ku­rzem; lek­cja ma­te­ma­ty­ki, tak pre­cy­zyj­na na po­cząt­ku, ro­bi­ła się męt­na i za­wi­kła­na. Wte­dy na­wet na­uczy­cie­le, pod wpły­wem po­po­łu­dnio­we­go zmę­cze­nia, gdy ocie­ra­ją­cy chu­s­tecz­ka­mi czo­ła i kar­ki, na­wet oni, nie chcąc wca­le ni­ko­go ob­ra­zić ani ośmie­szyć, za­po­mi­na­li o za­po­wie­dzi wod­ne­go orzeź­wie­nia, ja­kie nio­sło moje imię, i znie­kształ­ca­li je ha­nieb­nie. Sły­sza­łem, jak nie­mal nie­uchwyt­nie zmie­nia się w ich ustach jego brzmie­nie. Moż­na by od­nieść wra­że­nie, że ich ję­zy­ki są jak ry­dwa­ny za­przę­żo­ne w dzi­kie ko­nie. Pa­no­wa­li jesz­cze nad pierw­szą sy­la­bą, „Pi”, ale w koń­cu upał sta­wał się zbyt duży i tra­ci­li kon­tro­lę nad spie­nio­ny­mi wierz­chow­ca­mi, nie byli w sta­nie po­de­rwać ich do sko­ku, żeby po­ko­nać dru­gą sy­la­bę, „sin”. Za­miast tego wpa­da­li z roz­pę­dem w „sing” i chwi­lę póź­niej wszyst­ko było już stra­co­ne. Kie­dy zgła­sza­jąc się do od­po­wie­dzi, pod­no­si­łem rękę, sły­sza­łem: „Tak, Pis­sing?”. Czę­sto taki na­uczy­ciel nie zda­wał so­bie spra­wy, jak mnie przed chwi­lą ośmie­szył. Przez mo­ment pa­trzył na mnie ze znu­że­niem, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go nie od­po­wia­dam. Cza­sa­mi kla­sa tak samo wy­koń­czo­na upa­łem jak on na­wet nie re­ago­wa­ła. Nie było żad­nych chi­cho­tów ani na­wet uśmiesz­ków. Ale ja za­wsze sły­sza­łem to ob­raź­li­we znie­kształ­ce­nie.

W ostat­nim roku na­uki w szko­le Świę­te­go Jó­ze­fa czu­łem się jak prze­śla­do­wa­ny w Mek­ce pro­rok Ma­ho­met, po­kój z nim. I jak on za­pla­no­wał swo­ją uciecz­kę do Me­dy­ny, hi­dźrę, któ­ra za­po­cząt­ko­wa­ła erę mu­zuł­mań­ską, tak ja za­czą­łem pla­no­wać moją, któ­ra mia­ła za­po­cząt­ko­wać nową erę dla mnie.

Po ukoń­cze­niu Świę­te­go Jó­ze­fa wstą­pi­łem do Pe­tit Sémi­na­ire, naj­lep­szej pry­wat­nej an­glo­ję­zycz­nej szko­ły śred­niej w Pu­duć­će­ri. Cho­dził już do niej Rawi i jak wszy­scy młod­si bra­cia cier­pia­łem przez to, że po­sze­dłem w jego śla­dy, zwłasz­cza że na­le­żał tam do naj­bar­dziej zna­nych i po­pu­lar­nych uczniów. Był w Pe­tit Se­mi­na­ire czo­ło­wym spor­tow­cem, nie­zrów­na­nym kry­kie­ci­stą, ka­pi­ta­nem naj­lep­szej dru­ży­ny w mie­ście, na­szym lo­kal­nym Ka­pi­lem De­wem. To, że ja z ko­lei świet­nie pły­wa­łem, nie ro­bi­ło na ni­kim wra­że­nia; jest coś ta­kie­go w na­tu­rze ludz­kiej, że ci, któ­rzy miesz­ka­ją nad mo­rzem, od­no­szą się po­dejrz­li­wie do pły­wa­ków, tak jak ci, któ­rzy miesz­ka­ją w gó­rach, od­no­szą się po­dejrz­li­wie do upra­wia­ją­cych wspi­nacz­kę. Ale choć już wo­lał­bym, żeby na­zy­wa­no mnie „bra­tem Ra­wie­go” niż Pis­sin­giem, nie za­mie­rza­łem być ni­czy­im cie­niem. Mia­łem lep­szy plan.

Wpro­wa­dzi­łem go w ży­cie już pierw­sze­go dnia na­uki, na pierw­szej lek­cji. Wo­kół mnie sie­dzie­li inni ucznio­wie ze Świę­te­go Jó­ze­fa. Lek­cja za­czę­ła się jak wszyst­kie pierw­sze lek­cje w no­wej szko­le od spraw­dze­nia li­sty obec­no­ści. Wsta­wa­li­śmy z ła­wek i przed­sta­wia­li­śmy się w ta­kiej ko­lej­no­ści, w ja­kiej sie­dzie­li­śmy.

– Ga­na­pa­thi Ku­mar – po­wie­dział Ga­na­pa­thi Ku­mar.

– Wi­pin Nath – po­wie­dział Wi­pin Nath.

– Śam­śul Hu­dha – po­wie­dział Śam­śul Hu­dha.

– Pe­ter Dhar­ma­radź – po­wie­dział Pe­ter Dhar­ma­radź.

Na­uczy­ciel sta­wiał pta­szek na li­ście przy każ­dym na­zwi­sku i rzu­cał szyb­kie mne­mo­tech­nicz­ne spoj­rze­nie na przed­sta­wia­ją­cych się uczniów. By­łem okrop­nie zde­ner­wo­wa­ny.

– Adźith Giad­son – po­wie­dział Adźith Giad­son, czte­ry ław­ki przede mną…

– Sam­path Sa­ro­dźa – po­wie­dział Sam­path Sa­ro­dźa, trzy ław­ki przede mną…

– Stan­ley Ku­mar – po­wie­dział Stan­ley Ku­mar, dwie ław­ki przede mną…

– Syl­we­ster Na­vin – po­wie­dział Syl­we­ster Na­vin, tuż przede mną.

Przy­szła ko­lej na mnie. Pora po­skro­mie­nia sza­ta­na. Me­dy­no, oto przy­by­wam.

Wsta­łem z ław­ki i szyb­ko pod­bie­głem do ta­bli­cy. Za­nim na­uczy­ciel zdą­żył wy­po­wie­dzieć choć­by sło­wo, wzią­łem kre­dę i oświad­czy­łem, pi­sząc jed­no­cze­śnie:

Na­zy­wam się

Pi­sci­ne Mo­li­tor Pa­tel,

zna­ny wszyst­kim jako

– pod­kre­śli­łem po­dwój­ną li­nią dwie pierw­sze li­te­ry mo­je­go imie­nia –

Pi Pa­tel

Dla lep­sze­go efek­tu do­da­łem:

i na­ry­so­wa­łem duży okrąg, a na­stęp­nie prze­cią­łem go śred­ni­cą, od­wo­łu­jąc się do pod­sta­wo­wej lek­cji geo­me­trii.

Za­pa­dła ci­sza. Na­uczy­ciel wpa­try­wał się w ta­bli­cę. Wstrzy­ma­łem od­dech. W koń­cu po­wie­dział:

– Do­sko­na­le, Pi. Sia­daj. A na­stęp­nym ra­zem po­proś o po­zwo­le­nie, za­nim opu­ścisz ław­kę.

– Do­brze, pro­szę pana.

Od­ha­czył moje na­zwi­sko na li­ście. I spoj­rzał na na­stęp­ne­go ucznia.

– Man­sur Aha­mad – po­wie­dział Man­sur Aha­mad. By­łem ura­to­wa­ny.

– Gau­tham Sel­wa­radź – po­wie­dział Gau­tham Sel­wa­radź. Mo­głem ode­tchnąć.

– Arun An­na­dźi – po­wie­dział Arun An­na­dźi.

Wresz­cie nowy po­czą­tek.

Po­wta­rza­łem to za­gra­nie przy każ­dym na­uczy­cie­lu. Po­wta­rza­nie od­gry­wa za­sad­ni­czą rolę nie tyl­ko w tre­su­rze zwie­rząt, ale i lu­dzi. Mię­dzy jed­nym chłop­cem o po­spo­li­tym na­zwi­sku a dru­gim wy­bie­ga­łem na śro­dek kla­sy i ilu­stro­wa­łem, cza­sa­mi strasz­li­wie skrzy­piąc kre­dą, moje po­now­ne na­ro­dzi­ny. Do­szło do tego, że po kil­ku ta­kich wy­stę­pach chłop­cy śpiew­nie re­cy­to­wa­li tekst ra­zem ze mną i to cre­scen­do, po szyb­kim za­czerp­nię­ciu po­wie­trza, gdy pod­kre­śla­łem wła­ści­wą nutę, koń­czy­ło się tak po­ry­wa­ją­cym wy­ko­na­niem mo­je­go imie­nia i na­zwi­ska, że każ­dy dy­ry­gent chó­ru padł­by z za­chwy­tu. Kil­ku pod­po­wia­da­ło mi szep­tem: – Trzy! Prze­ci­nek! Je­den! Czte­ry!, gdy pi­sa­łem szyb­ko po ta­bli­cy, na za­koń­cze­nie tego kon­cer­tu prze­ci­na­jąc koło z ta­kim roz­ma­chem, że w po­wie­trze le­cia­ły ka­wał­ki po­ła­ma­nej kre­dy.

Kie­dy od tam­te­go dnia pod­no­si­łem rękę, co ro­bi­łem przy każ­dej oka­zji, na­uczy­cie­le udzie­la­li mi gło­su, wy­po­wia­da­jąc jed­ną sy­la­bę, któ­ra brzmia­ła w mo­ich uszach jak mu­zy­ka. Inni ucznio­wie po­szli za ich przy­kła­dem. Na­wet te dia­bły ze Świę­te­go Jó­ze­fa. Imię chwy­ci­ło. Na­praw­dę je­ste­śmy na­ro­dem in­ży­nie­rów: nie­dłu­go póź­niej chło­piec na­zwi­skiem Ompra­kaś na­zwał się Ome­gą, inny przed­sta­wiał się jako Ip­sy­lon i wkrót­ce mie­li­śmy Gam­mę, Lamb­dę i Del­tę. Ja jed­nak by­łem pierw­szym Gre­kiem w Pe­tit Se­mi­na­ire i naj­moc­niej utrwa­li­łem się w świa­do­mo­ści ko­le­gów. Za­apro­bo­wał to na­wet mój brat, ka­pi­tan dru­ży­ny kry­kie­ta, miej­sco­we bo­żysz­cze. W na­stęp­nym ty­go­dniu wziął mnie na bok.

– Po­dob­no masz ja­kieś nowe prze­zwi­sko? – za­gad­nął.

Mil­cza­łem. Bo kpi­ny z jego stro­ny były nie­unik­nio­ne. Nie dało się przed nimi uciec.

– Nie wie­dzia­łem, że tak lu­bisz pi­sklę­ta.

Pi­sklę­ta? Ro­zej­rza­łem się wo­kół. Nie chcia­łem, żeby ktoś usły­szał, co za­raz po­wie Rawi, a już na pew­no nie któ­ryś z jego pod­nóż­ków.

– Rawi, o czym ty mó­wisz? – za­py­ta­łem szep­tem.

– Mnie się ta ksyw­ka po­do­ba, bra­cisz­ku. Zresz­tą każ­da jest lep­sza od Pis­sin­ga. Na­wet Pi-pi.

Od­cho­dząc, uśmiech­nął się i za­py­tał:

– Coś taki czer­wo­ny na twa­rzy?

Ale po­tem już dał mi spo­kój.

I tym spo­so­bem zna­la­złem uciecz­kę w grec­kiej li­te­rze, po­dob­nej do cha­łu­py kry­tej bla­chą fa­li­stą, w tej nie­uchwyt­nej, ir­ra­cjo­nal­nej licz­bie, za po­mo­cą któ­rej ucze­ni pró­bu­ją zro­zu­mieć wszech­świat.

ROZ­DZIAŁ 6

Jest zna­ko­mi­tym ku­cha­rzem. W jego prze­grza­nym domu za­wsze pach­nie czymś pysz­nym. Pół­ka z przy­pra­wa­mi wy­glą­da jak re­gał ap­tecz­ny. Kie­dy otwie­ra lo­dów­kę albo szaf­ki ku­chen­ne, uka­zu­je się mnó­stwo ety­kiet, któ­rych zu­peł­nie nie znam, nie umiem na­wet po­wie­dzieć, w ja­kim ję­zy­ku zo­sta­ły za­pi­sa­ne. Je­ste­śmy w In­diach. Ale świet­nie so­bie ra­dzi tak­że z za­chod­ni­mi po­tra­wa­mi. Przy­rzą­dza mi naj­bar­dziej pi­kant­ny, a mimo to naj­de­li­kat­niej­szy ma­ka­ron z se­rem, jaki kie­dy­kol­wiek ja­dłem. A jego we­ge­ta­riań­skie ta­cos wzbu­dzi­ły­by za­zdrość wszyst­kich mek­sy­kań­skich sze­fów kuch­ni.

Za­uwa­żam coś jesz­cze: jego szaf­ki ku­chen­ne są peł­ne je­dze­nia. Za każ­dy­mi drzwicz­ka­mi, na każ­dej pół­ce wzno­szą się pi­ra­mi­dy sta­ran­nie po­usta­wia­nych pu­szek i pu­de­łek. Za­pa­sy je­dze­nia, któ­re prze­trwa­ły­by ob­lę­że­nie Le­nin­gra­du.

ROZ­DZIAŁ 7

Mia­łem szczę­ście tra­fić w mło­do­ści na kil­ku świet­nych na­uczy­cie­li, za­rów­no męż­czyzn, jak i ko­bie­ty, któ­rzy prze­bi­li się do mo­je­go ciem­ne­go łba i za­pa­li­li w nim ka­ga­nek. Jed­nym z nich był pan Sa­tiś Ku­mar, na­uczy­ciel bio­lo­gii w Pe­tit Se­mi­na­ire i ak­tyw­ny ko­mu­ni­sta, któ­ry ży­wił nie­za­chwia­ną na­dzie­ję, że oby­wa­te­le Ta­mil­na­du prze­sta­ną w koń­cu wy­bie­rać na swo­ich przy­wód­ców gwiaz­dy fil­mo­we i pój­dą za przy­kła­dem Ke­ra­li. Wy­glą­dał bar­dzo dziw­nie. Miał spi­cza­sty czu­bek gło­wy, zu­peł­nie łysy, i naj­więk­szy pod­bró­dek, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem; a wą­skie ra­mio­na kon­tra­sto­wa­ły z wy­dat­nym brzu­chem, przy­po­mi­na­ją­cym pod­nó­że góry, z tą tyl­ko róż­ni­cą, że ta góra była jak­by za­wie­szo­na w po­wie­trzu, bo ury­wa­ła się na­gle i zni­ka­ła ho­ry­zon­tal­nie w spodniach. Było dla mnie za­gad­ką, jak jego nogi, cien­kie jak pa­ty­ki, utrzy­my­wa­ły tkwią­cy na nich cię­żar, ale mu­sia­ły ja­koś da­wać radę, choć cza­sa­mi po­ru­sza­ły się dzi­wacz­nie, jak­by zgi­na­ły się w ko­la­nach na wszyst­kie stro­ny. Cała jego syl­wet­ka mia­ła geo­me­trycz­ny kształt: moż­na by od­nieść wra­że­nie, że skła­da się z dwóch trój­ką­tów, mniej­sze­go i więk­sze­go, ba­lan­su­ją­cych na dwóch rów­no­le­głych li­niach, ja­ki­mi były nogi. Ale sta­no­wi­ła żywy or­ga­nizm, po­kry­ty bro­daw­ka­mi, ze ster­czą­cy­mi z uszu kęp­ka­mi czar­nych wło­sów. I spra­wia­ła sym­pa­tycz­ne wra­że­nie. Bo nie­mal na całą sze­ro­kość trój­ką­ta, jaki two­rzy­ła gło­wa, roz­cią­gał się uśmiech.

Pan Ku­mar był pierw­szym za­przy­się­głym ate­istą, ja­kie­go po­zna­łem. Od­kry­łem to nie w kla­sie, pod­czas lek­cji, lecz w zoo. Był tam sta­łym by­wal­cem, czy­tał ta­blicz­ki z na­zwa­mi oraz cha­rak­te­ry­sty­ką ga­tun­ków i za­chwy­cał się wszyst­ki­mi zwie­rzę­ta­mi, któ­re wi­dział. Każ­de było dla nie­go trium­fem lo­gi­ki i me­cha­ni­ki, a przy­ro­da jako ca­łość sta­no­wi­ła wy­jąt­ko­wo pięk­ną ilu­stra­cję kon­cep­cji na­uko­wych. Kie­dy zwie­rzę­ta czu­ły po­trze­bę łą­cze­nia się w pary, w wy­da­wa­nych przez nie od­gło­sach go­do­wych sły­szał na­zwi­sko Gre­go­ra Men­dla, ojca ge­ne­ty­ki; gdy mu­sia­ły wy­ka­zać bo­jo­wość – przy­wo­ły­wa­ły we­dług nie­go Ka­ro­la Dar­wi­na, ojca se­lek­cji na­tu­ral­nej, a to, co bra­li­śmy za be­cze­nie, mru­cze­nie, sy­cze­nie, pry­cha­nie, ry­cze­nie, war­cze­nie, wy­cie, ćwier­ka­nie i skrze­cze­nie, brzmia­ło w jego uszach jak cu­dzo­ziem­ski ak­cent. Pan Ku­mar cha­dzał do zoo, żeby po­czuć puls wszech­świa­ta, wów­czas za po­mo­cą ste­to­sko­pu, ja­kim był jego umysł, upew­niał się, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, na­praw­dę w po­rząd­ku, i gdy opusz­czał ogród, czuł się na­uko­wo od­świe­żo­ny.

Kie­dy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem jego trój­kąt­ną po­stać wę­dru­ją­cą roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem po zoo, nie śmia­łem do nie­go po­dejść. Bar­dzo lu­bi­łem go jako na­uczy­cie­la, ale dzie­li­ła nas prze­paść, on był kimś, a ja ni­kim. Ba­łem się go tro­chę. Przy­glą­da­łem mu się więc z od­le­gło­ści. W pew­nej chwi­li pod­szedł do wy­bie­gu no­so­roż­ców. Dwa no­so­roż­ce in­dyj­skie były wte­dy wiel­ką atrak­cją na­sze­go zoo, a to z po­wo­du kóz. No­so­roż­ce to zwie­rzę­ta to­wa­rzy­skie i Peak, mło­dy dzi­ki sa­miec, któ­re­go do­sta­li­śmy, wy­ka­zy­wał ozna­ki przy­gnę­bie­nia na sku­tek izo­la­cji. Co­raz bar­dziej tra­cił ape­tyt. Żeby temu za­ra­dzić na czas po­szu­ki­wań sa­mi­cy, oj­ciec po­sta­no­wił spraw­dzić, czy Peak nie przy­zwy­cza­ił­by się do ży­cia z ko­za­mi. Gdy­by się uda­ło, cen­ne zwie­rzę by­ło­by ura­to­wa­ne. Je­śli nie, naj­wy­żej stra­ci­li­by­śmy kil­ka kóz. Uda­ło się świet­nie. Peak i kozy sta­li się wręcz nie­roz­łącz­ni, na­wet gdy przy­by­ła Sum­mit. Od tej pory, gdy no­so­roż­ce ką­pa­ły się w błot­ni­stej sa­dzaw­ce, kozy zbie­ra­ły się wo­kół niej, a gdy z ko­lei kozy po­ży­wia­ły się w swo­im za­kąt­ku, Peak i Sum­mit peł­ni­ły przy nich straż. Ta ko­eg­zy­sten­cja bar­dzo po­do­ba­ła się pu­blicz­no­ści.

Pan Ku­mar w pew­nym mo­men­cie uniósł gło­wę i za­uwa­żył mnie. Uśmiech­nął się i ma­cha­jąc jed­ną ręką, pod­czas gdy dru­gą trzy­mał na ba­rier­ce, przy­wo­łał mnie do sie­bie.

– Wi­taj, Pi – po­wie­dział na przy­wi­ta­nie.

– Dzień do­bry panu. To miło, że przy­szedł pan do zoo.

– Sta­le tu przy­cho­dzę. Moż­na by rzec, że to moja świą­ty­nia. Cie­ka­we… – Wska­zał na wy­bieg. – Gdy­by­śmy mie­li ta­kich po­li­ty­ków jak te kozy i no­so­roż­ce, w na­szym kra­ju na pew­no by­ło­by mniej pro­ble­mów. Ale, nie­ste­ty, pani pre­mier ma skó­rę no­so­roż­ca, ale ani odro­bi­ny jego zdro­we­go roz­sąd­ku.

Nie zna­łem się za bar­dzo na po­li­ty­ce. Oj­ciec i mat­ka wciąż na­rze­ka­li na pa­nią Gan­dhi, ale mnie mało to ob­cho­dzi­ło. Pani Gan­dhi miesz­ka­ła da­le­ko na pół­no­cy, nie w zoo ani na­wet nie w Pu­duć­će­ri. Czu­łem jed­nak, że mu­szę coś po­wie­dzieć.

– Ura­tu­je nas wia­ra – od­par­łem. Od­kąd pa­mię­tam, re­li­gia była bo­wiem bar­dzo bli­ska mo­je­mu ser­cu.

– Wia­ra? – Pan Ku­mar uśmiech­nął się sze­ro­ko. – Nie wie­rzę w re­li­gię. Re­li­gia to ciem­no­ta.

Ciem­no­ta? By­łem zbi­ty z tro­pu. Po­my­śla­łem: ciem­ność to ostat­nia rzecz, jaka ko­ja­rzy się z re­li­gią. Prze­cież re­li­gia to świa­tło. Czyż­by pod­da­wał mnie pró­bie? Czyż­by mó­wił: „Re­li­gia to ciem­no­ta”, tak jak cza­sa­mi rzu­cał na lek­cji coś w sty­lu: „Ssa­ki zno­szą jaja”, żeby spraw­dzić, czy ktoś go po­pra­wi? („Tyl­ko dzio­ba­ki, pro­szę pana”).

– Nie ma żad­nych pod­staw, żeby wy­cho­dzić poza na­uko­wą in­ter­pre­ta­cję rze­czy­wi­sto­ści, tak jak nie ma ra­cjo­nal­ne­go po­wo­du, żeby wie­rzyć w co­kol­wiek poza po­zna­niem zmy­sło­wym. Czy­sty in­te­lekt, uważ­na ob­ser­wa­cja i odro­bi­na wie­dzy na­uko­wej wy­star­czą, aby zde­ma­sko­wać re­li­gię jako za­bo­bon. Bóg nie ist­nie­je.

Czy na­praw­dę tak po­wie­dział? Czy może to stwier­dze­nie ja­kie­goś in­ne­go ate­isty spo­śród tych, któ­rych po­zna­łem póź­niej? W każ­dym ra­zie o to mniej wię­cej cho­dzi­ło. Nig­dy wcze­śniej ni­cze­go po­dob­ne­go nie sły­sza­łem.

– Po co to­le­ro­wać ciem­no­tę? Je­śli tyl­ko przyj­rzy­my się uważ­nie, wszyst­ko mamy przed sobą jak na dło­ni.

Wska­zał na Pe­aka. Ale cho­ciaż bar­dzo po­dzi­wia­łem to zwie­rzę, nig­dy nie wi­dzia­łem w no­so­roż­cach źró­dła świa­tła.

Cią­gnął da­lej:

– Nie­któ­rzy mó­wią, że Bóg umarł pod­czas po­dzia­łu In­dii w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym siód­mym. Inni, że w sie­dem­dzie­sią­tym pierw­szym, pod­czas woj­ny. A może to się sta­ło wczo­raj tu, w Pu­duć­će­ri, w sie­ro­ciń­cu. Tak mó­wią nie­któ­rzy, Pi. Kie­dy by­łem w two­im wie­ku, le­ża­łem w łóż­ku cho­ry na po­lio. Co­dzien­nie za­da­wa­łem so­bie py­ta­nie: „Gdzie jest Bóg? Gdzie jest Bóg? Gdzie jest Bóg?”. Bo nie przy­cho­dził i nie przy­cho­dził. I to nie on mnie ura­to­wał… tyl­ko me­dy­cy­na. Moim pro­ro­kiem jest ro­zum, któ­ry mi mówi, że po­dob­nie jak sta­je ze­ga­rek, tak i my umie­ra­my. I ko­niec na tym. Je­śli ze­ga­rek nie dzia­ła jak trze­ba, mu­si­my go na­pra­wić, tu i te­raz. Pew­ne­go dnia przej­mie­my środ­ki pro­duk­cji i na zie­mi za­pa­nu­je spra­wie­dli­wość.

Tego było dla mnie za dużo. Ton, ja­kim mó­wił, na­wet mi od­po­wia­dał – ser­decz­ny i jed­no­cze­śnie śmia­ły – ale prze­kaz wy­dał mi się przy­gnę­bia­ją­cy. Nic na to nie od­po­wie­dzia­łem. Nie dla­te­go, że ba­łem się roz­zło­ścić pana Ku­ma­ra. Oba­wia­łem się ra­czej, że kil­ko­ma po­chop­nie rzu­co­ny­mi sło­wa­mi mógł­by znisz­czyć coś, co ko­cha­łem. A je­śli jego sło­wa po­ra­żą mnie tak, jak jego nie­gdyś po­ra­zi­ło po­lio? Cóż to musi być za strasz­li­wa cho­ro­ba, je­śli za­bi­ła w czło­wie­ku Boga?

Od­szedł, chwie­jąc się i ko­ły­sząc na tym roz­sza­la­łym mo­rzu, jaki był dla nie­go sta­ły grunt.

– Nie za­po­mnij o wtor­ko­wym spraw­dzia­nie. Ucz się pil­nie, Trzy Czter­na­ście.

– Tak jest, pro­szę pana.

Stał się moim ulu­bio­nym na­uczy­cie­lem w Pe­tit Se­mi­na­ire, i to ze wzglę­du na nie­go wy­bra­łem po­tem zoo­lo­gię na uni­wer­sy­te­cie w To­ron­to. Czu­łem, że łą­czy nas pew­ne po­wi­no­wac­two du­cho­we. Po raz pierw­szy od­nio­słem wra­że­nie, że ate­iści są mo­imi brać­mi w in­nej wie­rze i każ­de sło­wo, któ­re wy­po­wia­da­ją, jest wy­ra­zem tej wia­ry. Że jak ja idą tak da­le­ko, jak da­le­ko jest w sta­nie za­pro­wa­dzić ich ro­zum – a po­tem ska­czą przed sie­bie.

Będę szcze­ry. To nie o ate­istów się boję, ale o agno­sty­ków. Wąt­pli­wo­ści cze­muś słu­żą tyl­ko przez ja­kiś czas. Wszy­scy mu­si­my przejść przez ogród Get­se­ma­ni. Je­śli Chry­stus miał chwi­le zwąt­pie­nia, to my też mu­si­my je mieć. Je­śli Chry­stus prze­żył peł­ną roz­te­rek noc na mo­dli­twie, je­śli wy­rzu­cił z sie­bie na krzy­żu: „Mój Boże, mój Boże, dla­cze­go mnie opu­ści­łeś?”, to z pew­no­ścią i nam wol­no wąt­pić. Ale po­tem trze­ba iść da­lej. Wy­brać po­wąt­pie­wa­nie jako fi­lo­zo­fię ży­cia to jak wy­brać bez­ruch jako śro­dek trans­por­tu.