Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2004

Życie owadów ebook

Wiktor Pielewin

3.83838383838384 (99)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie owadów - Wiktor Pielewin

Pomysłowa, pełna alegorii, fantastyki i filozoficznych dociekań historia, rozgrywająca się w świecie, w którym wszystko jest ze sobą powiązane. Samuel Sacker, amerykański biznesmen, przyjeżdża do nadmorskiego hotelu na spotkanie ze swymi dwoma rosyjskimi partnerami. Po chwili wszyscy trzej, już jako komary, wyruszają na poszukiwanie hemoglobiny i glukozy. Widzimy dwa żuki gnojaki, ojca i syna, którzy dyskutują o zagadkach wszechświata, kobietę imieniem Marina, a zarazem muchę, która haruje w spółdzielni przypominającej ul, inżyniera Sieriożę – jednocześnie cykadę, z racji długich wąsów często mylonego z karaluchem, i wiele innych postaci, których losy krzyżują się w najbardziej zdumiewający sposób. Ten niesamowity świat i zaludniający go bohaterowie są znakomitą, niepokojącą metaforą ekonomicznego upadku i społecznego chaosu w dzisiejszej Rosji.

Opinie o ebooku Życie owadów - Wiktor Pielewin

Fragment ebooka Życie owadów - Wiktor Pielewin

Tytuł oryginału: Жизнь насекомых

© Editions du Seuil, 1995 et 1997 pour la presentation

Tytuł wydania francuskiego: La Vie des insectes

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2004

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2004

Wydanie I 

Warszawa 2004

Redakcja: Wiesława Karaczewska

Korekta: Jadwiga Piller, Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Urszula Ziętek

Projekt graficzny serii: Zuzanna Lewandowska

Na I stronie okładki wykorzystano obraz Pawła Jarodzkiego Tank you

Fotografia autora: © Alexander Victorov

Wydawnictwo W.A.B.

02-502 Warszawa, Łowicka 31

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie:

Komputerowe Usługi Poligraficzne, Piaseczno, Żółkiewskiego 7

ISBN 978-83-7747-241-5

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

W mym ogrodzie z lampy sączy się poświata.

Siedzę sam. Znajomych, bliskich ani śladu.

Zamiast silnych oraz słabych tego świata -

Tylko głośny, harmonijny brzęk owadów.

Josif Brodski

1. „Rosyjski Las”

Główny pawilon ośrodka wypoczynkowego, do połowy zasłonięty starymi topolami i cyprysami, był ponurym, szarym budynkiem, który, niby na rozkaz głupiego Iwanuszki z rosyjskiej bajki, ustawił się tyłem do morza. Jego fasada, z kolumnami, popękanymi gwiazdami i wiecznie ugiętymi na gipsowym wietrze snopami, zwrócona była na wąski dziedziniec, pełen zmieszanych zapachów kuchni, pralni i zakładu fryzjerskiego, na bulwar zaś wychodziła masywna ściana z dwoma czy trzema oknami. W odległości kilku metrów od kolumnady wznosił się betonowy mur, na którym biegły w dal połyskujące w promieniach zachodu kominy ciepłowni. Wysokie paradne drzwi, ukryte w cieniu wspartego na kolumnach gigantycznego balkonu (a właściwie tarasu), zamknięto tak dawno, że nawet szczelina w podwojach znikła pod kilkoma warstwami zaskorupiałej farby, i dziedziniec zazwyczaj był pusty – tylko czasem ostrożnie wciskała się tam ciężarówka dowożąca z Teodozji mleko i chleb.

Tego wieczoru jednak na dziedzińcu nie było nawet ciężarówki, toteż mężczyzny wspartego o rzeźbioną balustradę tarasu nie widział nikt, może prócz pary patrolujących mew, płynących po niebie niby białe kropki. Mężczyzna spoglądał w dół, na prawo, na mały budyneczek przystani łódek, w którym mieścił się głośnik radiowy. Morze szumiało, ale kiedy wiatr zaczynał dąć w stronę pensjonatu, można było uchwycić fragmenty rzucanych ku pustej plaży zdań.

– …bynajmniej niejednakowi, nieuformowani wedle jednego i tego samego szablonu…

– …stworzył nas różnymi – czyż nie jest to część potężnego zamysłu, obliczonego, w odróżnieniu od krótkotrwałych planów człowieka, na wiele…

– …czego oczekuje od nas Pan, spoglądający na nas z nadzieją? Czy potrafimy wykorzystać Jego dar?

– …Nawet On nie wie, jak się zachowają dusze, które posłał na…

Rozległy się dźwięki organów. Melodia była raczej majestatyczna, tylko od czasu do czasu przerywana niezrozumiałym „umpa-umpa”; mężczyzna nie zdołał się zresztą należycie wsłuchać, bo muzyka grała bardzo krótko i znów odezwał się głos spikera:

– Był to program z cyklu przygotowanego specjalnie dla naszej radiostacji na zamówienie amerykańskiego towarzystwa dobroczynności „Rzeki Babilonu”… w każdą niedzielę… na adres: „Głos Boży”, Bliss, Idaho, USA.

Głośnik umilkł i mężczyzna zagiął palec wskazujący.

– Aha – mruknął – dziś niedziela. Więc będą tańce.

Mężczyzna wyglądał dziwnie. Mimo ciepłego wieczoru miał na sobie szary garnitur z kamizelką, czapkę z daszkiem i krawat (prawie identycznie odziany był stojący na dole niewielki nadmorski Lenin, aż po srebrzyste lędźwie opleciony winoroślą). Mężczyźnie jednak upał najwyraźniej nie dokuczał: widać było, że czuje się zupełnie swobodnie. Niekiedy tylko zerkał na zegarek, oglądał się i coś z niezadowoleniem szeptał.

Głośnik przez parę minut trzeszczał na jałowym biegu, a potem marzycielsko przemówił po ukraińsku. W tym momencie mężczyzna usłyszał za sobą czyjeś kroki i obejrzał się. Po tarasie szli ku niemu dwaj ludzie. Przodem kroczył niziutki grubas w białych szortach i kolorowej koszulce. Za nim podążał cudzoziemiec w panamie, przewiewnej koszuli i jasnych, beżowych spodniach; w ręku niósł dużą dyplomatkę o opływowych kształtach. O tym, że jest cudzoziemcem, świadczyło nie tyle ubranie, ile delikatne okulary w cienkich czarnych oprawkach i lekka opalenizna o charakterystycznym, nabokowskim odcieniu, którą uzyskać można wyłącznie na zamorskich plażach.

Mężczyzna w czapce wskazał palcem swój zegarek i pogroził grubasowi pięścią, na co ten odparł krzykliwie:

– Spieszy się! Wskazuje złą godzinę!

Uściskali się na powitanie.

– Cześć, Arnold.

– Witaj, Arturze. Poznajcie się. – Grubas odwrócił się do cudzoziemca. – To jest Artur, o którym panu opowiadałem. A to Samuel Sucker. Mówi po rosyjsku.

– Po prostu Sam – odezwał się cudzoziemiec, wyciągając rękę.

– Bardzo mi miło – powiedział Artur. – Jak podróż, Sam?

– Dziękuję – odparł zagadnięty. – W porządku. A co tu u was słychać?

– Bez zmian – odrzekł Artur. – Wyobraża pan sobie sytuację w Moskwie, Sam? No więc tu jest tak samo, tylko trochę więcej hemoglobiny i glukozy. No i oczywiście witamin – pasza jest tu dobra: owoce, winogrona.

– A poza tym – wtrącił Arnold – o ile wiemy, wy tam, na Zachodzie, dusicie się po prostu od różnych repelentów i insektozoli, a nasze opakowania są ekologicznie absolutnie czyste.

– A od strony sanitarnej?

– Słucham?

– Czy spełniają wymogi sanitarne? Bo mówił pan przecież o skórze? – upewnił się Sam.

Arnold zmieszał się lekko.

– T-tak – przerwał niezręczne milczenie Artur. – Pan do nas na długo?

– Myślę, że na jakieś trzy, cztery dni – powiedział Sam.

– I zdąży pan w tym czasie przeprowadzić badania marketingowe?

– Sądzę, że „marketing” to w tym wypadku zbyt wielkie słowo. Po prostu chcę się zorientować. Wyrobić sobie, że tak powiem, opinię, czy opłaca się rozwijać tu nasz biznes.

– Świetnie – powiedział Artur. – Wyodrębniłem już kilka dość reprezentatywnych obiektów i myślę, że jutro z rana…

– O nie – zaoponował Sam. – Żadnych potiomkinowskich wsi1. Proponuję działać na chybił trafił. Choć może brzmi to paradoksalnie, uzyskuje się w ten sposób najprawdziwszą ocenę sytuacji. I nie jutro z rana, ale teraz, zaraz.

– Jak to? – jęknął Artur. – Nie chce pan odpocząć? Wypić drinka po podróży?

– Rzeczywiście – dorzucił Arnold. – Lepiej byłoby jutro. I według naszej listy. Bo jeszcze wyrobi pan sobie fałszywą opinię.

– Jeżeli wyrobię sobie fałszywą opinię, będziemy mieli dość czasu, by ją skorygować – odparł Sam.

Pewnym, wytrenowanym ruchem wskoczył na balustradę tarasu i usiadł, zwieszając nogi w pustkę. Dwaj pozostali, zamiast próbować go powstrzymać, również wleźli na poręcz. Artur dokonał tego bez trudu, Arnoldowi udało się dopiero za drugim podejściem, a w dodatku usiadł nie tak jak jego towarzysze, ale plecami do dziedzińca, jakby w obawie, że zakręci mu się w głowie, gdy spojrzy w dół.

– W drogę! – zakomenderował Sam i skoczył.

Artur bez słowa poszedł w jego ślady. Arnold nabrał powietrza i tyłem rzucił się w przestrzeń, jak płetwonurek skaczący do morza z łódki.

Gdyby był świadek tej sceny, zapewne wychyliłby się przez balustradę, przekonany, że zobaczy w dole trzy okaleczone ciała. Nie zobaczyłby jednak niczego prócz ośmiu niewielkich kałuż, rozdeptanej paczki po papierosach Primorskije i pęknięć w asfalcie.

Gdyby natomiast miał nadludzko ostry wzrok, dostrzegłby w oddali trzy komary lecące w stronę skrytej za drzewami osady.

Co by pomyślał ów iluzoryczny obserwator i jak by się zachował – zszedłby w osłupieniu zardzewiałą drabinką pożarową, jedyną drogą wyjścia z dawno zabitego na głucho deskami tarasu, a może – kto wie? – posłuszny nowemu, nieznanemu uczuciu, jakie zbudziło się w jego duszy, usiadłby na szarej, rzeźbionej balustradzie i rzucił się w ślad za trzema nieznajomymi? Nie wiem. Nikt chyba zresztą nie wie, jak postąpiłby ktoś, kto tak naprawdę nie istnieje, ale za to posiada nadludzko ostry wzrok.

Oddaliwszy się o kilka metrów od ściany, Sam obejrzał się na swych towarzyszy. Artur i Arnold zamienili się w niewielkie komary o charakterystycznej barwie typu „twe szare chaty”, która niegdyś doprowadzała do łez Aleksandra Błoka; obaj z zawiścią popatrywali na swego gościa, kołysząc się w strumieniu powietrza, bijącym z nagrzanej w ciągu dnia ziemi.

Jedynie niewygodna budowa otworu gębowego powstrzymała Sama Suckera od wzgardliwego grymasu. On wyglądał zupełnie inaczej: miał jasnoczekoladowe zabarwienie, długie, wytworne łapki, płaski brzuszek i skrzydła skierowane skośnie w tył jak odrzutowiec; zmienione twarze Artura i Arnolda zakończone były grubym trzpieniem, przypominającym ni to igłę gigantycznej strzykawki, ni to wskaźnik szybkości na dziobie myśliwca odrzutowego, natomiast wargi Sama wydłużyły się elegancko w sześć cienkich, mocnych wyrostków, spośród których wystawała długa, ostra trąbka – jednym słowem, wiadomo, jak wyglądał amerykański moskit na tle dwóch pospolitych rosyjskich owadów. Na dodatek Artur i Arnold lecieli jakąś babską żabką, a ruchy skrzydeł Sama przypominały raczej lot motylkowy, toteż posuwał się on naprzód o wiele szybciej i czasem nawet musiał zawisać w powietrzu, by zaczekać na swych kompanów.

Lecieli w milczeniu. Sam zataczał szerokie kręgi wokół Artura i Arnolda, którzy smętnie popatrywali na jego ewolucje; szczególnie marnie czuł się Arnold, ściągała go bowiem ku ziemi połyskująca w jego brzuchu rubinowa kropla. Dokąd zmierza Sam, nie mieli pojęcia – wybierał drogę, kierując się sobie tylko wiadomymi punktami orientacyjnymi, kilkakrotnie zawracał i zmieniał wysokość, wleciał w jakieś okno, przemknął przez długi, pusty strych i wyfrunął z drugiej strony; wreszcie popłynęła im naprzeciw biała ściana z oknem w niebieskich ramach i wszystko okrył gęsty cień rosnących wokół domu grusz. Sam zniżył lot, podfrunął do niewysokiego okna, zaciągniętego białą gazą, i wylądował na krzywo przybitej desce, pełniącej funkcję gzymsu. Artur i Arnold usiedli obok niego. Gdy tylko ucichło cienkie bzyczenie skrzydeł, zagłuszające prawie wszystkie pozostałe dźwięki, zza gazy dało się słyszeć chrapanie.

Sam pytająco spojrzał na Artura.

– Tu, w rogu, powinna być dziurka – oznajmił ten szeptem. – Nasi zazwyczaj je robią.

Dziurka okazała się wąską szparką między ramą a gazą. Artur z Samem przecisnęli się przez nią bez specjalnego trudu, ale Arnold miał kłopot z powodu brzucha; długo stękał i sapał, i przelazł dopiero wtedy, gdy towarzysze wciągnęli go do środka za łapki.

W pokoju było ciemno; pachniało wodą kolońską, pleśnią i potem. Na środku stał stół obity ceratą; obok łóżko i stolik nocny, na którym błyszczał równy szereg rżniętych flakonów. Na łóżku, w kłębowisku pogniecionych prześcieradeł, spoczywało półnagie ciało ze zwieszoną na podłogę niebieską trykotową nogą. Wzdrygało się w spazmach niespokojnego snu i naturalnie nie zauważyło, że na stoliku, tuż przy jego głowie, pojawiły się trzy komary.

– Co on ma tu za tatuaż? – spytał cicho Sam, kiedy oczy przywykły mu do półmroku. – No, Lenin i Stalin – to rozumiem, ale dlaczego pod spodem jest napisane „princ”? Czy to jakiś miejscowy arystokrata?

– Nie – odrzekł Artur. – To skrót. „Psy – ryje i nędzne ciule”.

– Więc on nienawidzi psów?

– Drogi panie – z pobłażliwą wyższością odparł Arnold. – Chodzi o dość skomplikowaną warstwę kulturową. Jeżeli zacznę to teraz wyjaśniać, nigdy stąd nie wyjdziemy. Lepiej, skoro już tu jesteśmy, niech pan pobierze próbkę, dopóki materiał śpi.

– Tak, tak – powiedział Sam. – Ma pan absolutną rację.

Wzbił się w powietrze, wykonał nad leżącym pełen wdzięku nawrót Immelmana i wylądował na spłachetku cienkiej, delikatnej skóry koło ucha.

– Arnoldzie – z zachwytem wyszeptał Artur – co ty na to? Lata zupełnie bezszelestnie.

– Ameryka – zakonkludował Arnold. – Leć, uważaj na niego, żeby się co nie stało.

– A ty?

– Ja tu zaczekam – rzekł Arnold i poklepał się po brzuchu.

Artur wystartował i starając się brzęczeć jak najciszej, podfrunął do Sama. Ten nie zrobił jeszcze nakłucia i siedział na fałdach skóry, między którymi sterczały włosy przypominające młode brzózki.

Sam wstał, oparł się o jedną z brzózek i zapatrzył w zadumie na dalekie wzgórza sutków, pokryte gęstwiną rudych zarośli.

– Wie pan – przemówił, kiedy Artur wylądował obok niego – dużo podróżuję, ale zawsze zaskakuje mnie zdumiewająca niepowtarzalność każdego pejzażu. Niedawno byłem w Meksyku – naturalnie nie ma porównania. Wyjątkowo bogata roślinność, bujna, powiedziałbym, że nawet zbyt bujna. Czasem, żeby się napić, trzeba się długo przedzierać przez chaparral na piersiach, zanim się znajdzie odpowiednie miejsce. Nieustannie należy się mieć na baczności – z wierzchołka włosa może zaatakować dzika wesz, a wtedy…

– Naprawdę wesz może zaatakować? – z niedowierzaniem zapytał Artur.

– Widzi pan, meksykańskie wszy są bardzo leniwe i oczywiście łatwiej im wysysać krew z cienkiego komarzego brzuszka niż zdobywać pożywienie uczciwą pracą. Są jednak dość nieruchawe, więc jeśli wesz zaatakuje, komar zazwyczaj zdąży wzlecieć do góry. Ale w powietrzu może się zderzyć z pchłą. Słowem, jest to kraina surowa, okrutna, lecz jednocześnie piękna. Chociaż ja osobiście wolę Japonię. Wie pan, te rozległe żółte przestrzenie, prawie pozbawione roślinności, a mimo to nieprzypominające pustyni. Kiedy spoglądasz na nie z góry, zdaje ci się, że trafiłeś w epokę głębokiej starożytności. Ale wszystko to, oczywiście, trzeba zobaczyć na własne oczy. Nie ma nic piękniejszego niż japońskie pośladki, lekko ozłocone pierwszym promieniem świtu, kiedy je muska łagodny wietrzyk… Mój Boże, jakież piękne może być życie!

– A jak się panu podoba tutaj?

– Każdy krajobraz ma swój urok – wymijająco odparł Sam. – Ta okolica – wskazał głową w stronę zwisającego nad szyją ucha – przypomina mi Kanadę w rejonie Wielkich Jezior. Tyle że tutaj przyroda jest bardziej nieujarzmiona, wszystkie zapachy naturalne… – Dotknął łapką nasady włosa. – Zapomnieliśmy już, jak ona pachnie, wilgotna matka skóra…

Z intonacji, jaką Sam nadał ostatnim słowom, Artur odgadł, że Amerykanin popisuje się znajomością rosyjskiej idiomatyki.

– A w ogóle – dodał Sam – różnica jest mniej więcej taka, jak między Japonią a Chinami.

– Był pan w Chinach? – zapytał Artur.

– Owszem.

– A w Afryce?

– Wielokrotnie.

– No i co?

– Nie powiem, żeby mi się szczególnie tam spodobało. Ma się wrażenie, jakby się trafiło na obcą planetę. Wszystko czarne, ponure. A poza tym – tylko proszę mnie dobrze zrozumieć – nie jestem rasistą, ale tamtejsze komary…

Artur umilkł, nie wiedząc, o co jeszcze zapytać, i Sam, uśmiechnąwszy się uprzejmie, przystąpił do pracy. Wyglądało to dziwnie. Odgiął boczne wyrostki, jego ostra trąbka zawirowała z niewiarygodną szybkością i jak nóż w kiełbasę zagłębiła się w grunt u podnóża najbliższej brzózki.

Artur też zamierzał się napić, ale wyobraziwszy sobie, jak jego toporna, gruba ssawka będzie się z chrzęstem wbijać w niepodatną skórę, poczuł się skrępowany i postanowił jeszcze zaczekać. Samowi udało się trafić w naczynie włosowate i teraz jego brzuszek z brązowego zmieniał się w coraz bardziej czerwony.

Powierzchnia pod nogami drgnęła, rozległ się cichy pomruk wydechu – Artur był pewien, że ciało uczyniło to z jakiegoś własnego powodu, bez żadnego związku z tym, co się działo, ale i tak zrobiło mu się nieswojo.

– Sam – powiedział. – Zbierajmy się. To nie Japonia.

Sam nie zwrócił na te słowa żadnej uwagi. Artur spojrzał na niego i wzdrygnął się. Puszysty ryjek Sama, jeszcze przed chwilą rozumny i wytworny, był teraz dziwnie zniekształcony, a wypukłe, kosmate oczy, obwiedzione cienką czarną linią niby oprawką okularów, straciły wszelki wyraz, jakby ze zwierciadła duszy zamieniły się w dwa wygaszone reflektory. Artur zbliżył się do Sama i lekko go szturchnął.

– Ej! – rzekł z naciskiem. – Dosyć.

Sam w ogóle nie zareagował. Artur trącił go mocniej, lecz ten jakby wrósł w glebę. Jego brzuszek nadal pęczniał. Nagle ciało pod nogami poruszyło się i wydało ochrypły ryk. Artur podskoczył w panice i wrzasnął na cały głos:

– Arnold! Szybko!

Arnold, zaniepokojony ruchem i krzykami, już i tak podlatywał.

– Czego się drzesz na cały pokój? Co się stało?

– Coś niedobrze z Samem – odparł Artur. – Chyba paraliż. Nie mogę go ocucić.

– Chwyćmy go pod skrzydła. O, tak. Ostrożnie, nadepnąłeś mu na łapkę. Sam, może pan lecieć?

Sam przytaknął niepewnie. Skóra, na której stali, zatrzęsła się i zaczęła przechylać w prawo.

– W górę, szybko! On wstaje! Sam, niech pan macha skrzydłami, bo będzie za późno! – krzyczał Artur, podtrzymując ociężały tułów Sama; ledwie nadążał uchylać się przed jego skrzydłami bezsensownie trzepocącymi w przód i w tył.

Wreszcie udało im się jakoś wylądować na nocnym stoliku. Ciało podniosło się z łóżka, nawisło nad komarami i w strasznej ciszy spod sufitu czarnym cieniem sięgnęła ku nim olbrzymia dłoń. Kiedy Artur i Arnold już mieli zostawić Sama na pastwę losu i poszybować w różne strony, dłoń zmieniła kierunek, zręcznie chwyciła jeden ze stojących na stoliku flakonów i zniknęła w górze; rozległ się daleki jęk sprężyn; ciało znów zakołysało się na wyrku.

– Artur, nie wiesz, co jest w tych flakonach? – zapytał cicho Arnold.

– To las – odezwał się nagle Sam. – Nasz rosyjski las.

– Jaki las?

– Cypr chypre – niezrozumiale odrzekł Sam.

– Sam, wszystko z panem w porządku? – zapytał Arnold.

– Ze mną? – Sam uśmiechnął się złowieszczo. – Ze mną w porządku. A z wami dopiero zrobię porządek…

– Trzeba go zaraz zabrać na świeże powietrze – z troską powiedział Artur.

Arnold przytaknął i spróbował podnieść Sama, ale ten chlasnął go skrzydłem po ryjku, wzbił się w górę, poszybował do okna i z niezwykłą zręcznością prześlizgnął się przez wąską szparkę między ramą a gazową moskitierą, za którą błękitniał gęstniejący już południowy zmierzch.

Ranek następnego dnia był cichy. Spełzająca z gór mgła przesączała się w cyprysowe aleje i patrząc z wysoka, miało się wrażenie, jakby pod jej powierzchnią, poprzecinaną równoległymi zielonymi groblami, nie było w ogóle dna, a jeśli nawet było, to bardzo daleko. Nieliczni przechodnie wyglądali jak ryby powoli płynące na niewielkiej głębokości; ich zarysy były niewyraźne i Artur z Arnoldem już dwa razy niepotrzebnie zniżali lot, wziąwszy za Sama Suckera najpierw rozmiękłe kartonowe pudło od telewizora, a potem mały stóg siana, przykryty kawałkiem folii.

– Może złapał okazję i wyjechał do Teodozji? – przerwał milczenie Artur.

– Może, może – odparł Arnold. – Wszystko jest możliwe.

– Patrz – powiedział Artur – czy to nie on?

– Nie – orzekł Arnold, wytężywszy wzrok. – To nie on. To pomnik siatkarza.

– Ależ nie, dalej, koło kiosku. Wychodzi z krzaków.

Arnold zobaczył duży obiekt, z daleka wyglądający jak wielka kula nawozu. Obiekt wygramolił się z krzaków, zataczając się, dowlókł do ławki i padł na nią, po czym wyciągnął przed siebie dziwnie cienkie nogi.

– Lądujemy – zakomenderował Arnold.

Minutę później wyszli zza pustego kiosku z gazetami, obejrzeli bacznie kilka metrów widocznej przestrzeni i usiedli na ławce po obu stronach grubasa. Był to niewątpliwie Sam, ale zupełnie inny niż ten, który wczoraj wieczorem stał na balkonie pensjonatu. I wcale nie z powodu powiększonego brzucha – owa zwykła u komarów transformacja niewarta była wzmianki – lecz z powodu twarzy, która mimo że ta sama, wydawała się czymś wypchana, ale nie tak jak na przykład kaczka nadziewana jabłkami, tylko raczej jak jabłko faszerowane kaczką.

„Cholera – pomyślał Artur, patrząc na spokojny i trochę niesamowity profil cudzoziemca – może ta grupa krwi mu szkodzi? Może ma alergię?”

– Ledwie pana znaleźliśmy, Sam – odezwał się Arnold.

– Nie trzeba mnie było szukać – powiedział Sam.

– Przecież jestem. To wyście dopiero przybyli.

Mówił nowym, obcym głosem, głuchym i powolnym.

– Gdzie pan spędził noc? – zapytał Artur. – Chyba nie na ławce? Przecież nie zna pan miasta, a ludzie teraz trafiają się różni…

Sam obrócił się gwałtownie do Artura i chwycił go za klapy.

– Ależ co pan… – zasapał Artur, odrywając jego dłonie od marynarki. – Niech pan puści! No! Ludzie patrzą!

To akurat była nieprawda – patrzył na nich tylko zakłopotany Arnold.

– Przyznaj się, skurwysynu – surowo przemówił Sam – pijesz rosyjską krew?

– Piję – cichutko odrzekł Artur.

Sam puścił jedną klapę marynarki i żelaznymi palcami chwycił za gardło Arnolda.

– I ty też?

– Ja też – przyznał wstrząśnięty Arnold.

Ręka uciskała mu bark z taką siłą, że przygiął się pod nią jak sztangista próbujący dźwignąć zbyt wielki ciężar, i nagle przypomniał sobie kamienną prawicę z tragedii Puszkina, którą czytał jeszcze jako larwa. Sam pogrążył się w milczeniu, jakby medytując, co jeszcze powiedzieć.

– No więc dlaczego ją pijecie, co? – zapytał tępo po jakichś trzech minutach.

– Chce nam się pić – żałośnie odpowiedział Artur.

Arnold nie mógł go dostrzec – Artura zasłaniał olbrzymi brzuch Sama, przypominający samotny czerwony żagiel. Arnold poczuł się dotknięty pokorą brzmiącą w głosie kolegi.

– A cóż to za aluzje? – spytał jadowicie. – Ssiemy różną krew. A pan może nie? Dobrze znam takie teksty. Po prostu chce pan sam wypić wszystko do ostatniej kropli i już. O, jakie brzuszysko. My z Arturem w tydzień nie poradzilibyśmy sobie z taką ilością.

Sam puścił Artura i pomacał dłonią swój olbrzymi, kołyszący się brzuch.

– Wyklęty, powstań, ludu ziemi – wybełkotał i podniósł się z wysiłkiem, omal nie rozmazawszy Arnolda po ławce. Odrzucił głowę, zrobił kilka krótkich wdechów i pochylił się, ale zamiast kichnąć, jak można się było spodziewać po tej uwerturze, chlusnął na asfalt strugą ciemnoczerwonych wymiocin, cuchnących krwią i wodą kolońską. Jego wielki brzuch od razu zmalał o połowę.

– Gdzie ja jestem? – zapytał głosem przypominającym już trochę głos dawnego Sama i rozejrzał się dokoła.

– Jest pan u przyjaciół – odparł na wpół rozgnieciony Arnold, czując, jak uciskająca mu ramię dłoń słabnie.

Sam potrząsnął głową i popatrzył na ogromną krwawą kałużę pod swymi stopami.

– Co się stało? – zapytał.

– Otóż – przemówił Artur – zaszła pomyłka, błąd techniczny. Trafił się panu wybrakowany egzemplarz. Proszę nie myśleć, że u nas wszyscy piją „Rosyjski Las”…

Na te słowa Sama znowu zamroczyło i znowu złapał Artura i Arnolda jak w kleszcze.

– Idziemy – rzucił.

– Dokąd? – z przestrachem zapytał Artur.

– Zobaczysz. Pić się łachudrom zachciało…

Wlokąc za sobą stawiających słaby opór towarzyszy, Sam zrobił aleją kilka monumentalnych kroków w stronę bulwaru i nagle znów zwymiotował, tym razem znacznie gruntowniej. Szeroki ciemny strumień, buchając na Artura i Arnolda niezwykłym zapachem (tak zapewne mogłyby pachnieć kartonowe orchidee pierwszomajowych manifestantów), popłynął w dół po asfalcie. Arnold poczuł, że dłoń, która jeszcze przed chwilą niby hak ciągnika wlokła go za sobą, teraz czepia się jego karku w poszukiwaniu oparcia.

– Chyba już po wszystkim – zwrócił się do Artura, chwytając rękę Sama. – Przejdźmy się po bulwarze, niech złapie oddech.

– Co to było? – zapytał Artur.

– Niezbyt wytrzymała psychika – odrzekł Arnold.

– Wypił za dużo krwi i przestał się kontrolować. Coś w rodzaju transu.

Aleja się skończyła i wyszli na nadmorski bulwar. Sam szedł bez pomocy, zataczając się lekko i poprawiając okulary, których jedno szkło okazało się pęknięte.

– Sam, już dobrze? – zapytał Arnold.

– Chyba tak – słabym głosem odpowiedział Amerykanin.

– Może pan chodzić?

– Panowie – odezwał się Sam. – Bardzo przepraszam. Jestem przerażony własnym zachowaniem.

– Głupstwo – wesoło odparł Arnold. – Nic się nie stało. Już o wszystkim zapomnieliśmy.

– A mówiłem – wtrącił Artur. – Najpierw trzeba było odpocząć.

– Za pozwoleniem – zapytał Sam – a gdzie jest moja teczka?

Arnold rozejrzał się dokoła, ale nigdzie nie dostrzegł dyplomatki.

– A to kłopot. Co pan tam miał? Coś cennego?

– Nieszczególnie. Sprzęt do badań. Kamerę wideo. Jak ja teraz będę pobierał próbki?

– Wszystko jasne – domyślił się Arnold. – Właśnie tam jej pan zapomniał. Zaraz wrócimy… No już dobrze, dobrze, Sam. Rozumiem. Osobiście polecę i wszystko sprawdzę.

– Ale cóż za huragan emocji – odezwał się Sam. – Jakaż kaskada uczuć! Słowo daję, omal mnie nie zmiotło.

Artur i Arnold troskliwie usadzili chudziutkie, drżące ciało na ławce i ulokowali się po bokach. Sam nie przestawał dygotać.

– Spokojnie, spokojnie – macierzyńskim tonem wyszeptał Arnold. – Widzi pan, jak tu pięknie i cicho. O, mewy latają, dziewczęta spacerują. A tam płynie stateczek. Coś pięknego, prawda?

Sam podniósł oczy. Przez mgłę po betonowych płytach bulwaru brnęli pierwsi poranni wczasowicze. Od strony letniej kawiarni dobiegły dwa głosy: dziecięcy, który o coś niezrozumiale zapytał, i autorytatywny bas, który równie niezrozumiale coś odpowiedział.

Z mgły wyłonił się wąsaty mężczyzna w dresie. Za nim dreptał chłopczyk z plażową torbą, wypełnioną czymś ciężkim. Dogonił mężczyznę i teraz szedł obok, zerkając na Sama i jego towarzyszy. Chłopczyk miał na nogach niebieskie japonki i pociągał lewą stopą, bo jeden z gumowych pasków był pęknięty.

2. Inicjacja

– Tato, widziałeś tych dziwnych panów? – odezwał się chłopczyk, gdy już się oddalili od ławki.

Ojciec splunął na chodnik.

– Pijanice – powiedział. – Jeśli dalej będziesz się tak zachowywał, to też wyrośnie z ciebie coś takiego.

Nie wiadomo skąd pojawił się w jego dłoniach kawałek zleżałego nawozu. Rzucił go synowi i chłopczyk ledwie zdążył nadstawić ręce. Ze słów ojca nie wynikało jasno, jak należy czy nie należy się zachowywać, żeby wyrosnąć na kogoś takiego jak ci panowie, ale gdy tylko w ręce wpadł mu miękki, ciepły nawóz, chłopiec wszystko zrozumiał i w milczeniu włożył prezent do torby.

We mgle ukazał się długi i wąski pawilon, wyglądający jak postawione na boku pudełko zapałek. W środku, między różnobarwnymi paczkami papierosów, flakonami perfum i tandetnymi spodniami produkcji rodzimego small businessu, sterczała znudzona ekspedientka. Za jej plecami dymiła okopcona szyba grilla z piekącymi się na nim białymi, obojętnymi kurami. Na ścianie pawilonu wisiał głośnik, z którego nagłymi zrywami buchała muzyka, jak gdyby przedmuchiwana przez czarną plastikową siatkę niewidzialną pompką rowerową.

– Przepraszam, gdzie tu jest plaża? – zwrócił się ojciec do sprzedawczyni.

Ta wysunęła z okienka rękę i bez słowa wycelowała palec we mgłę.

– Hm… A ile kosztują te szklaneczki? – zapytał ojciec.

Ekspedientka odpowiedziała cicho.

– No, no – mruknął ojciec. – Poproszę.

Wręczył szklaneczki synowi, ten włożył je do torby i ruszyli dalej. Pawilon zniknął, przed nimi zaś pojawił się niewielki most. Mgła za nim okazała się jeszcze gęstsza – dobrze widoczny był tylko beton pod nogami, a po obu stronach majaczyły rozmyte zielone smugi, przypominające ni to olbrzymie źdźbła trawy, ni to drzewa. Zamiast nieba nad głowami zwieszało się niskie, białe sklepienie mgły, a po lewej stronie co jakiś czas pojawiały się puste betonowe pojemniki na ziemię o żeberkowanych ściankach – rozszerzały się ku górze, co upodabniało je do odwróconych kapsli od piwa.

– Tato – spytał chłopczyk – z czego składa się mgła?

Ojciec zastanawiał się chwilę.

– Mgła – powiedział, podając synowi kilka małych kawałków nawozu – to wiszące w powietrzu drobniutkie kropelki wody.

– A czemu nie spadają na ziemię?

Ojciec znów pomyślał i wręczył chłopcu jeszcze jeden kawałek.

– Bo są bardzo malutkie – wyjaśnił.

Chłopczyk tym razem też nie zauważył, skąd tata wziął nawóz, i rozejrzał się dokoła, jakby usiłując wypatrzyć owe malutkie kropelki.

– Nie zabłądzimy? – zapytał z niepokojem. – Przecież plaża chyba już powinna tu być.

Ojciec nie odpowiedział. W milczeniu kroczył przez mgłę, więc chłopcu nie pozostało nic innego, jak iść za nim. Miał wrażenie, że pełzną z ojcem u podnóża największej choinki świata przez olbrzymie strzępy waty imitującej śnieg, pełzną nie wiadomo dokąd i ojciec tylko udaje, że zna drogę.

– Tato, dokąd my tak ciągle idziemy, idziemy…

– Co?

– Nie, nic…

Chłopczyk podniósł oczy i dostrzegł z boku niewyraźne migotanie. W białej mgle nie sposób się było zorientować, gdzie jest źródło tego światła i co tak świeci – czy to część mgły tuż obok jaśnieje błękitną poświatą, czy skądś z daleka przebija się promień włączonego nie wiadomo przez kogo reflektora.

– Tato, patrz!

Ojciec podniósł wzrok i zatrzymał się.

– Co to jest?

– Nie wiem – odparł ojciec, ruszając w dalszą drogę.

– Pewnie zapomniano zgasić jakąś latarnię.

Chłopiec podreptał za nim, zerkając na odpływające do tyłu światło.

Przez kilka minut szli w milczeniu; chłopiec oglądał się co jakiś czas, ale światła nie było już widać. Za to do głowy zaczęły mu przychodzić jakieś dziwne, niepokojące myśli, które w normalnym miejscu nigdy by się nie pojawiły.

– Wiesz co, tato – powiedział – wydało mi się nagle, że myśmy już dawno zabłądzili. Że tylko myślimy, że idziemy na plażę, a tak naprawdę żadnej plaży nie ma. I aż mi się zrobiło nieswojo…

Ojciec roześmiał się i potarmosił syna za włosy. Potem w jego rękach nie wiadomo skąd zjawił się tak duży kawał nawozu, że wystarczyłoby go na ulepienie głowy wielkiego nawozowego bałwana.

– Wiesz, co mówi przysłowie? – powiedział, podając grudę synowi. – Życie to nie spacer po polu.

Chłopiec bez przekonania przytaknął, z trudem wcisnął dar ojca do torby i uchwycił ją mocniej, bo cienkie polietylenowe rączki już się zaczęły rozciągać.

– I nie powinieneś się bać – mówił dalej ojciec. – Nie powinieneś… Jesteś przecież mężczyzną, wojownikiem. Masz, weź.

Chłopiec usiłował utrzymać w rękach nowy kawał nawozu, ale zaraz go upuścił, a w ślad za nim na asfalt klapnęła torba, w której zachrzęściły potłuczone szklanki. Chłopiec przykucnął nad torbą, z której przy upadku wyleciała większość nawozu, pomacał ją, z lękiem podniósł oczy na ojca, ale zamiast spodziewanej gniewnej miny zobaczył na jego twarzy uroczyste rozrzewnienie, zabarwione odrobiną oficjalności.

– A więc stałeś się dorosły – po chwili milczenia przemówił ojciec, wręczając chłopcu nową garść nawozu.

– Można by rzec, że dziś narodziłeś się po raz drugi.

– Dlaczego?

– Teraz nie będziesz już mógł nieść nawozu w rękach. Będziesz miał własną Ia, jak ja i mama.

– Własną Ia? – powtórzył chłopczyk. – A co to jest Ia?

– Sam zobacz.

Chłopiec uważnie przyjrzał się ojcu i nagle zobaczył obok niego wielką, półprzezroczystą, szarobrązową kulę.

– Co to jest? – spytał z przestrachem.

– To moja Ia – odparł ojciec. – I teraz ty będziesz miał taką samą.

– A dlaczego wcześniej jej nie widziałem?

– Byłeś jeszcze za mały. A teraz wystarczająco urosłeś i możesz już sam widzieć świętą kulę.

– A dlaczego ona jest taka niewyraźna? Z czego jest zrobiona?

– Kula wydaje ci się niewyraźna – wyjaśnił ojciec – ponieważ dopiero co ją ujrzałeś. Kiedy się przyzwyczaisz, zrozumiesz, że to najbardziej realna rzecz na świecie. A składa się z czystego nawozu.

– A-a – powiedział przeciągle chłopiec. – Więc to stąd cały czas brałeś nawóz. Bo ciągle mi go dajesz, dajesz, ale skąd – nie wiedziałem. A tu widzę, że masz go tyle. Zaraz, jakie to słowo powiedziałeś?