Życie na przekąskę. Pustki w sklepach, pełnia w kulturze czyli opowieści nie tylko z PRL-u - Monika Małkowska - ebook
Opis

Rzeczywistość artystyczno-kulinarna w czasach PRL, czyli co artyści na stół podawali.

Monika Małkowska, krytyczka sztuki, napisała świetną książkę o sztuce najbardziej ulotnej - kulinarnej. Smacznie, mądrze, dowcipnie. Trzeba się wprosić na kolację, koniecznie!

Michał Komar

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawca Daria Kielan

Redaktor prowadzący Katarzyna Krawczyk

Redakcja Krystyna Śliwa

Korekta Marianna Filipkowska Irena Kulczycka

Copyright © by Monika Małkowska, 2015 Copyright © for this edition by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Łamanie MAGIK

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

Wstęp

Tytuł Życie na przekąskę nadałam książce, którą przeczytały... trzy osoby: redaktor, recenzent oraz autor ilustracji. W księgarniach się nie pojawiła.

A było tak: rok 1992, maszynopis złożony w Wydawnictwie „Watra”, ilustracje (Rosława Szaybo) gotowe, korekta dokonana, recenzje wewnętrzne napisane. Ba, nawet kasa wypłacona. I buch, babkę w brzuch! Oficyna plajtuje tuż-tuż przed drukiem. Jeden z pierwszych upadków firm, które w starym systemie znakomicie prosperowały, a wraz z nastaniem nowego straciły grunt pod nogami. Na szczęście oficyna zwróciła mi maszynopis. Gruba szara teczka, do której go włożyłam, przetrwała ponad dwie dekady w zapomnieniu. Pewne okoliczności sprawiły, że niedawno wydobyłam pożółkłe papiery.

Pierwszym impulsem okazała się książka Sowiety od kuchni Iriny Głuszczenko, wydana pod koniec 2012 roku. Drugim stał się pokaz fotografii Tadeusza Rolkego w warszawskiej Galerii Le Guern wiosną 2013 roku. Temat: czas z przełomu PRL i RP. Lata 1990–1992. Ludzie walili na wystawę i się wzruszali. Ja też poszłam, ale nie polały mi się łzy czyste, rzęsiste. Toż to było ni to, ni sio! Chałupniczy kapitalizm. Dziś egzotyka: „szczęki”, handel badziewiem na stolikach w przejściu podziemnym i na przystankach, surowe mięso na straganach pod gołym niebem przy placu Unii, barobusy i banany – pierwszy luksusowy towar powszechnie udostępniony.

Taki był nasz wymarzony, wolny świat? Tak kostropaty, karykaturalny, absurdalny? Ja także pretendowałam do błyskawicznego dogonienia Europy? Nawet gdybym chciała, nie mogłabym się wyprzeć: znalazłam swój portret wśród wizerunków kilku innych kreatywnych (cokolwiek by to znaczyło) kobiet tamtej epoki. Tadeusz przez jakiś czas pracował nad takim cyklem na zamówienie niemieckiego pisma „Madame”. Wybrane foty pokazał w Le Guern. Nie podobam się sobie na nich – ale przecież niczego nie zmienię! Taka byłam, tacy byliśmy.

Wtedy, na początku lat dziewięćdziesiątych, zajmowałam się nie tylko krytyką sztuki. Również malowałam, a także gotowałam na domowo-towarzyski użytek. A nie było łatwo. Jednak w porównaniu z końcem lat osiemdziesiątych szło jak po maśle. I właśnie doświadczenia z okresu przełomu relacjonowałam na bieżąco w dzienniku kulturalno-kulinarnym, czyli w Życiu na przekąskę. Gdyby nie ten pamiętnik, chybabym nie uwierzyła, jakich cudów na kiju dokonywałam w małej, ślepej kuchni. Nie ja jedna zresztą – było wielu (a raczej wiele, bo gotowaniem zajmowały się głównie kobiety) znacznie ode mnie lepszych w tej materii.

Nagość

(Selery w winie)

Otwieram teczkę z maszynopisem dziennika kulturalno-kulinarnego. Czytam wstęp:

„Ta książka miała być pamiętnikiem kulinarnym. Stała się jednak czymś więcej: kiedy zaczynałam ją pisać, nie mogłam przewidzieć, że notuję wydarzenia z okresu ustrojowego przełomu. I tak styczeń 1988 przypadł na schyłek socjalizmu, a kwiecień 1991 to już epoka przyspieszonej inkubacji polskiego kapitalizmu. Książka nie ma właściwie zakończenia. Jednak dzięki niej wiem, że nigdy nie wiadomo, jak historia doprawi nam obiad, który właśnie zjadamy”.

A potem zanurzam się w przeszłość. Nie rozczulam się wspomnieniami, bo też nie ma powodu. Są raczej przerażające. Poczytajcie, jak było. Jeszcze coś. Przepisy, które zapisane są półgrubą czcionką, nie zostały wyssane z palca. Każdy został zrealizowany i... skonsumowany.

Ciekawe, czy dziś się któryś przyda.

Naga prawda ukazała się polskiemu społeczeństwu. Nie była przystojna – to tu, to tam zniekształcał ją jakiś nawis, ówdzie sterczał gnat, tam i siam skóra naciągnięta do granic wytrzymałości. A wszystko to razem jakoś w kwadrat uformowane, ale po skosie. I brak winnego, kto prawdę zeszpecił. Jej brak urody objawił się pod koniec stycznia 1988 roku, kiedy niedawne pogłoski stawały się sprawdzonymi informacjami. Oficjalny komunikat obwieszczał drastyczne podwyżki cen na produkty spożywcze: czterdzieści procent, a może więcej. Jak przyjdzie żyć? – biadali Polacy. Tymczasem robili zapasy.

W piątek, ten ostatni normalny, jak zwykle przy zakupach pomagał mi mąż. I jak miał w zwyczaju, robił to pod koniec dnia, kiedy przeminęła nawałnica kobiet, w przededniu podwyżek wyjątkowo agresywnych. Kupował, co było możliwe bez kolejki. Rezultaty przedstawiały się niezbyt imponująco: seler wielkości główki niemowlęcia, kilogram kartofli, natka pietruszki, pięć jaj, cykoria i butelka wina. Od męża zionęło zniechęceniem i beznadzieją, w jakiej tkwiła większość współobywateli. Poza tym bolał go palec przydeptany przez grubą jejmość w jakimś sklepie.

– Może nareszcie zaczną się odchudzać – mruczał pod nosem.

– Przeciwnie, teraz utyją. Bieda tuczy, szczupłość kosztuje. – Odebrałam mu resztki nadziei.

– A gdyby wylansować modę na nagość? – rzucił.

– No way, wredzi nam klimat. No i te tam normy moralne. Nawet topless na plaży wywołuje skandal. Jednak choćby nie wiem jakimi restrykcjami obwarować człowieczą obyczajność, w tym dotyczącą stroju, i tak próżność skłania nas do demonstrowania bliźnim urody cielesnej – jeśli się ją posiada. Zwłaszcza gdy klasyczna rzeźba ciała została okupiona potem, łzami i wyrzeczeniami. A w utrzymaniu perfekcyjnej formy Polakom, a zwłaszcza Polkom, najbardziej przeszkadza... polityka gospodarcza.

Uświadomiłam to sobie zimą tego roku, kiedy obywatele PRL-u szturmowali do sklepów i tak ogołoconych z dóbr. Nikt nie myślał o sylwetce ani o tym, co przyspiesza jej deformacje. Większości Polaków marzyło się tylko wielkie żarcie.

Gdy mąż pokuśtykał do łazienki wymoczyć obolały palec, zadumałam się nad dostarczonymi surowcami na dwa weekendowe obiady. Chyba będziemy musieli przerzucić się na kuchnię jarską.

W sobotę obrałam seler, pokroiłam na plastry centymetrowej grubości. Obgotowałam je w osolonej wodzie, półtwarde wyjęłam z wywaru, przełożyłam do misy i zalałam szklanką wytrawnego wina.

Przygotowałam sos: dwa zgniecione ząbki czosnku, łyżka oliwy, połowa szklanki czerwonego wina, połowa szklanki wywaru z selera. Wymieszałam, zagotowałam. W drugim naczyniu sporządziłam inną mieszankę: dwa żółtka ukręcone z 10 dekagramami startego żółtego sera, pół pojemnika śmietanki, szklanka kefiru, sól, pieprz, zioła prowansalskie.

Gdy podsmażyłam plastry z obu stron, przełożyłam je na wysmarowaną masłem patelnię i polałam wrzącym sosem. Następnie zalałam śmietanowo-serową pulpą. Patelnię przykryłam, zmniejszyłam płomień; poczekałam, aż ser się rozpuści. Selerowe „kotlety” podałam posypane posiekaną natką pietruszki; do tego ciepła bagietka.

Deserem był oprószony cukrem pudrem, grejpfrut wcześniej wstawiony na pół godziny do lodówki. Po nim czarna kawa plus krówki ciągutki.

Tego wieczoru rodakom złaknionym strawy (kulturalnej) oraz kobiecego piękna TVP przygotowała ucztę: film z Sophią Loren. Gwiazda cały czas pozostawała ubrana, a mimo to wydawała się pozbawiona cielesnych tajemnic. Obcisłe szatki efektownie eksponowały jej krągłości i przewężenia.

– Ona podobno uwielbia makaron, a jakoś tego po niej nie widać – zauważył mąż.

– Widocznie nie obżera się na zapas – odparłam.

– Wolałbym dostać w biodro jej biodrem niż być deptanym przez rozdeptane potwory.

Mąż najwyraźniej wciąż rozpamiętywał wczorajsze poniżenie. Żeby nie kontynuował tematu, podrzuciłam ciekawszy: czy ubiór zakrywa kształty, czy je podkreśla? Gapiąc się na nieziemsko seksowne biodra pani L., w roztargnieniu żuliśmy ciągutki.

PS W takich oto okolicznościach powstał pierwszy, powyżej przytoczony przepis. I tak przez całą książkę – tło historyczno-prywatne służyło mi za tacę dla dania przygotowanego przeze mnie bądź znajomych, przyjaciół, członków rodziny. Przysięgam, każda potrawa sprawdzona, zjedzona, czasem... odchorowana! Przepisy brane z głowy, komponowane na wyczucie; niektóre z tradycji, jeszcze inne z ustnych przekazów. Bo to była epoka, kiedy książki kucharskie – o ile ktoś takową posiadał – okazywały się niekompatybilne z realiami. Czytelnicy zapewne zwrócili uwagę na niebanalną technikę preparowania selera tudzież sosu imitującego beszamel. Zapewniam – było smaczne. A może miałam wtedy kubki smakowe w zaniku?

Omlet ostatniego dnia

(Omlet francuski z pieczarkami à la befsztyk)

Sięgam po kolejny tekst pamiętnika i myślę sobie, że jednak znajdowałam się w korzystniejszej sytuacji niż większość współobywateli PRL-u: nie miałam dzieci z wilczym apetytem, tylko – wilczy apetyt na sztukę. A tę potrzebę stosunkowo łatwo dawało się zaspokoić. Z mnóstwem artystów byłam za pan brat, bez względu na różnice pokoleniowe. Czytam dziś moje kulinarne wspomnienia i wzruszam się, co kilka stron natrafiając na wzmianki o tych, których już zabrakło...

Nawet gwasz od Jana Tarasina nie mógł poprawić nam humorów. Nie tylko nam nie było do śmiechu. W niedzielę 31 stycznia 1988 roku wszyscy Polacy trzęśli się ze zgrozy – media podały komunikat o czterdziestoprocentowych, w niektórych przypadkach nawet wyższych, podwyżkach na podstawowe artykuły żywnościowe, używki, druki, paliwo, czynsze, opłaty za gaz, światło, komunikację. Stało się jasne, że w ślad za tym pójdą w górę ceny innych towarów, może nie niezbędnych, lecz przecież używanych i sprawiających, że mieliśmy poczucie przynależności do cywilizowanego świata.

W obliczu nadchodzącej katastrofy mało co mogło się stać pociechą. Zbliżający się termin otwarcia wystawy Jana Tarasina w Galerii Studio wydawał się kwiatem do kożucha. Na wernisaż przybył tłum, jednak w następnym tygodniu frekwencja spadła niemal do zera. Rodacy robili zapasy.

Zamiast iść za głosem rozsądku, sięgnęłam po katalog Tarasina. Mistrz zwykł komentować swą sztukę nie wprost, lecz uogólniając, filozofując. „Słowo «komplikacja» ma złą opinię. Lubimy rzeczy i sytuacje proste, jasne i czytelne. Chcemy wierzyć, że istnieje jakiś uniwersalny klucz, którym będziemy mogli otworzyć i wyjaśnić najtrudniejsze, dziś dla nas niedostępne tajemnice – czytałam. – Z drugiej strony wiemy, że natura organizuje coraz to nowe, wyższe związki i zjawiska, a czyni to niemal wyłącznie przez komplikowanie wzajemnych uwarunkowań i powiązań. Komplikacja jest więc ceną za coraz wyższy poziom organizacji natury”.

Spojrzałam na gwasz Jana T., zdobiący – między wieloma innymi obrazami – ściany naszego niewielkiego mieszkania. Mimo komplikacji kompozycyjnej wydał mi się przejrzysty w konstrukcji. I jasny tą szczególną jasnością, jaka promieniuje ze sztuki najwyższej próby.

Za to kiedy zajrzałam do lodówki, zrobiło mi się ciemno przed oczyma. Co na obiad?!

A niech się świat wali, dziś będzie ostatni dzień rozpusty: francuski omlet z pieczarkami.

Rozbełtałam trzy żółtka z odrobiną mleka, szczyptą soli, pieprzu i suszonej bazylii; białka ubiłam na sztywną pianę i delikatnie połączyłam z żółtkami. Na roztopione na patelni masło wrzuciłam posiekane ząbki czosnku, podsmażyłam. Na to buch! Puszysta jajeczna masa. Smażona, pięknie urosła. Po przerzuceniu na drugą stronę gotowa była do konsumpcji.

Poszła z pieczarkami à la befsztyki. Zajęłam się nimi symultanicznie. Trzydzieści dekagramów szampinionów pozbawiłam trzonków. Zachowane w całości kapelusze potraktowałam podobnie jak omlet – mocno nagrzana patelnia, masło, czosnek. Chodziło o to, żeby grzybki pozostały w środku półsurowe, a porządnie zrumienione na wierzchu.

Do tego bagietka i liście cykorii zroszone cytryną. Do popicia woda z lodem.

Po posiłku ponownie spojrzałam na kompozycję Tarasina. Teraz wydała mi się metaforą chaosu udającego uporządkowanie. Słowem, idealnie obrazowała stan, w jakim znajdowała się polska rzeczywistość Anno Domini 1988.

Filet udoskonalony

(Filety rybne w sosie z awokado)

Niedawno rozmawiałam z Michałem Komarem, kuchmistrzem doskonałym (vide: Wtajemniczenia, książka wydana w 2009 roku). Zadałam mu trudne pytanie – czy zna metodę przerobienia rybnej mrożonej kostki na wykwintne danie? Przysięgał, że dałby radę – skupiłby się na jakimś wybornym sosie. Dziś możliwe – ale wtedy? Poza tym z pewnością nie dorastałam Komarowi do pięt. Kulinarnie, znaczy. A wątek kostki rybnej wywołał wspomnienia...

Melchior Wańkowicz miał rację: są rzeczy mniej smaczne od dorszy. Nawet od tych występujących pod postacią mrożonych filetów. Wygrzebałam z zamrażalnika cztery kostki rybne, na domowy użytek zwane fizdetami. Zdrapywałam im właśnie panierkę niewiadomego pochodzenia i przy tej czynności zaskoczył mnie mąż. Niespodzianką było jego wcześniejszy, niż oczekiwałam, powrót do domu. Co gorsza, od progu sygnalizował potrzebę spożycia pokarmu.

– Nie martw się, mam coś wspaniałego na obiad! – pocieszał, wyciągając w moim kierunku dłoń.

Leżała na niej duża zielona gruszka. Awokado! Skąd on to wziął?

Mąż wyglądał niczym brodata Ewa kusicielka. Zachowałam się jak Adam – przyjęłam owoc. Tym samym porzuciłam myśl o pisaniu wstępu do katalogu Jana Dobkowskiego. A deadline zbliżał się wielkimi krokami.

– Katalog nie zając, nie ucieknie – próbował żartować mąż.

Nie podjęłam tematu. Skupiłam się na posiłku, który ze spartańskiego niespodziewanie przeobrażał się w królewski.

Fizdety z trudem się rozmrażały, więc był czas na awokado.

Włożyłam pokrojoną gruszkę do miksera z dodatkiem drobno posiekanej cebulki, soku z cytryny, soli i pierzu. Po zmiksowaniu wzbogaciłam pulpę dwiema łyżkami oliwy, wlewając je powoli i nieustannie mieszając.

Nadeszła pora na rybę (swoją drogą, z jakich gatunków składa się ta kostka? Dorsz mógł być tylko rybą tytułową). Obtoczyłam kostki w rozbełtanym jajku, firmową panierkę zastępując własnej produkcji.

Tak udoskonalone filety trafiły na rozgrzany na patelni olej słonecznikowy (podobno najszlachetniejszy z dostępnych w detalu). Usmażone prostokąty ozdobiłam kopiastymi łyżkami kremu z awokado, zwieńczając porcje plasterkiem cytryny. Rybie towarzyszyły ziemniaki.

– To powrót, a nie wygnanie z raju – mąż komplementował obiad, dumny ze swego zakupowego wyczynu.

Drzemał, gdy klawisze mojej maszyny do pisania wystukiwały uwagi o raju z przedstawień Dobkowskiego. Szło mi gracko, aż... zabrakło puenty. Jak zakończyć rzecz o rajskich wizjach?

Nie żebym tam szukała natchnienia – ale odruchowo zerknęłam na lodówkę, w której tkwiła kilogramowa porcja fizdetów nabytych na wszelki wypadek. Czyli na najbliższe dni. Trudno było liczyć na kolejny uśmiech losu w postaci awokado: nie co dzień mąż przechodził obok bazaru na Polnej.

Jednak daliśmy radę dorszom, czy co tam je udawało. Raz przygotowałam je z dodatkiem pieczarek, innym razem polane śmietanką i posypane startym żółtym serem. Trzymałam się tylko jednej zasady: zlikwidować kupną panierkę.

– Kryzys przetrwamy z pomocą dorsza. – Do takiego wniosku doszedł mąż.

Mylił się: na czwarty fizdetowy wariant nie miałam pomysłu.

Sugestia istnienia

(Kurczak w adobo para parillas)

Kurczaki to dziś jedno z najtańszych mięs – ale pochodzi od ptaków szprycowanych sztucznościami, do tego zniewolonych i nieszczęśliwych.

Kiedyś młody drób z prywatnego chowu, kupowany od bab lub na bazarze, kosztował słono, a smakował słodko – z delikatności. Nic dziwnego, że pieczone kurczaki serwowano z sałatą polewaną pocukrzoną śmietaną: słodkości ze sobą współgrały.

Moja mieszkająca pod Warszawą przedsiębiorcza ciotka postawiła wtedy na nowoczesność – wybudowała w ogrodzie kurzą fermę. Ale w skali mikro. W boksach siedziały dobrze odżywione leghorny, gdakały, srały, składały jaja, a potem siebie ludzkości w ofierze. Wizyta u krewnej łączyła się z nieodzownym nadziewanym kurczakiem, sałatą przyprawioną po polsku (patrz wyżej) oraz sakramentalną zachętą do konsumpcji: „Jedz, bo kiedy będziesz jadła taką świeżą kurkę, przecież twojej matki nie stać”. Wtedy ptak, choć pyszny, stawał mi w gardle w poprzek.

To à propos tego, o czym dalej.

Imienin Marii jest w roku wiele, ale mało która z tych dat tkwi mi w pamięci. Poza jedną – dniem Marii Gromnicznej, drugi dzień lutego. Wówczas można bez najmniejszego ryzyka odwiedzić dom Dobkowskich. Na pewno Maja świętuje imieniny i na bank, choćby panował najcięższy kryzys, stół będzie obficie zastawiony.

W lutym 1988 roku do fetowania Gromnicznej dochodziła jeszcze jedna okazja: zbliżający się termin otwarcia wystawy Jana D. w Galerii Studio. Na ulicach topniał niesprzątany śnieg zamieniający ulice w błotne grzęzawiska, przez które brnęliśmy wraz z mężem w kierunku mieszkania Dobkowskich. Przybyliśmy jako ostatni z gości. Nie szkodzi, stół z zakąskami był na bieżąco uzupełniany. Jan niedawno powrócił z ponadtrzymiesięcznej podróży statkiem zawijającym do portów czterech kontynentów. Przywiózł dziesiątki rysunków, wszystkie zapełnione – jak to zwykle u niego – kompozycjami złożonymi z giętkich, gęstych linii.

– Z linią można zrobić wszystko: zbudować przedmioty, postaci, przestrzeń; pokazać powietrze, ziemię, wodę. Linia – to nie fikcja. To konstrukcja wszechświata – tłumaczył artysta.

Rzeczywiście, nawet pejzaże z wyprawy składały się z cieniutkich, rytmicznie prowadzonych kresek.

– Przedmiot jest i nie ma go zarazem. Istnieje tylko sugestia – ciągnął autor.

Pięknie opowiadał o sztuce, nie mniej pięknie o zamorskich krajach. Gdy się słuchało jego relacji, wydawało się, że ma w oku kamerę, że żaden detal nie umknął jego uwagi, że wszystko spamiętał. A jednak. Zapomniał o drobiazgu, na którym szczególnie zależało Mai: o wenezuelskiej ziołowej przyprawie zwanej adobo para parillas – czyli o mieszance do mięs.

Jan nawijał jak w natchnieniu. Maja zachowała powściągliwość, pozwalając mężowi się wygadać. Tego dnia jej aktywność ograniczała się do zaspokajania potrzeb gości. Właściwie nie wiadomo, skąd u niej smykałka do garów, bo z wykształcenia jest fizykiem, z zawodu – nauczycielką tego przedmiotu, z powołania – pedagogiem, takim co zaszczepia w podopiecznych potrzebę sprawdzenia, „jak działa jamniczek”.

Ja zaś potrzebowałam wyjaśnień, jak działa nadobne adobo. Kilka lat wcześniej mąż przywlókł z Ameryki Południowej z kilogram tego specjału i nie bardzo mieliśmy pomysł, jak przyprawę zużyć. Podzieliliśmy się z Mają, która na to konto nabyła kurczaka. Oraz zaprosiła na kulinarny pokaz.

Otóż natarła kurczaka od wewnątrz i z zewnątrz adobo. Po godzinie wchłaniania smaku obsmażyła ptaka na smalcu, aż zyskał apetycznie złocistą barwę. Wówczas został przełożony do żeliwnego naczynia; w nim trafił do piekarnika nastawionego na maksa. Zaraz potem Maja płomień zmniejszyła, co jakiś czas podlewała pieczeń wodą, na koniec znów podkręciła żar. Wszystko to trwało godzinę.

Zjadanie (z sałatą z sosem winegret) – najwyżej kwadrans.

Jana D. zioło nie kręciło. Kontynuował swój motyw przewodni:

– Interesuje mnie przede wszystkim natura. Traktuję siebie jako jej cząstkę. Ale w moim „ja” jest to, co o sobie wiem i czego nie wiem. I dopiero tworząc, dowiaduję się czegoś o sobie.

Są tacy, którzy mają podzielność uwagi, i tacy, którzy są w stanie skupić się tylko na jednym. Dobkowski reprezentował drugi przypadek – nie interesował się, jak przygotowuje się danie. Koncentrował się na konsumpcji. Żeby mieć energię na sztukę.

Fasola jak diament

(Fasolka po bretońsku)

Co fasola ma wspólnego z biżuterią? Dziś chybabym nie zgadła. Ale wówczas i owszem. Może to była metafora dalekich skojarzeń, jednak miała powód.

Znalazłam ziarenko fasoli w dżemie śliwkowym. Poczułam się fasolową królową, lecz nie miałam z kim podzielić się tym awansem. Zadzwoniłam do Wandy Roszkowskiej. Oderwałam ją od makietowania „Bajtka”, satelickiego pisemka „Sztandaru Młodych”, przeznaczonego dla nieletnich programistów. Wybrałam Wandę, jako że znała się nie tylko na typografii, również na roślinach strączkowych. Kiedyś podała mi przepis na „bretonkę”.

Namoczyć fasolę Jaś w przegotowanej, wystudzonej wodzie; zostawić na noc. Następnego dnia wymieszać z drobno pokrojonymi kawałkami różnych mięs, wśród których nieodzowny jest wędzony boczek; włożyć pokrojoną w talarki cebulę; gotować godzinę.

Teraz sos: dwie łyżki przetartych przez sito fasoli rozprowadzić połową szklanki wody z fasoli, dodać przyprawy – majeranek, liść laurowy, odrobinę gałki muszkatołowej, szczyptę sproszkowanego cynamonu, sól, pieprz plus kilka łyżek koncentratu pomidorowego; pogotować z pół godziny, na koniec dorzucić kilka goździków.

Gotowy sos wymieszać z fasolką, podgotować, odstawić na godzinę, żeby całość się przegryzła. Przed podaniem odgrzać, nakładać do małych miseczek i posypać po wierzchu plasterkami kiełbasy dla smaku i natką pietruszki dla zdrowia oraz urody.

Ale co począć z ziarenkiem znalezionym w dżemie, nawet Wanda nie wiedziała.

– Żeby to był diament... – westchnęła.

– Byle nie z Jabloneksu – zaoponowałam.

Od kilkudziesięciu lat ten socjalistyczny Cartier upiększał kobiety z czerwonego obozu za sumy mieszczące się w najchudszych portfelach. Moda się niby zmieniała, lecz w dniach dostaw towaru do warszawskiej filii czeskiej firmy jubilerskiej tradycyjnie formowała się przed wejściem kolejka. Dwa dni wcześniej musiano coś rzucić do Jabloneksu, bo w sklepie przy Żurawiej nie można było zamknąć drzwi, omal niewyważonych przez tłum elegantek. Widocznie nie zależało im na zdrowiu – bo dowiedziono, że jedynie kamienie szlachetne leczą, a odpowiednio dobrane, także gwarantują przychylność losu. Na przykład agaty, które występują – a jakże! – w Polsce, u kobiet uśmierzają bóle i sprzyjają płodności, u mężczyzn wzmagają potencję, a obydwie płci chronią przed piorunami. Karneol (taki rdzawoczerwony, przejrzysty kamień) szczególnie zalecany jest skorpionom (mój znak!), jako że im właśnie daje siłę, koi nerwy, wyostrza bystrość. Gdybym jeszcze obwiesiła się granatami (kamiennymi), to wybuchnę władzą i sukcesami. Wanda utyskiwała, że jest zbyt zajęta, aby poszukać właściwego dla niej minerału – a w jej stanie przydałoby się jakieś zasilanie ze strony natury.

Wczułam się w rolę alchemika:

– Wejrzyj w siebie i powiedz, co ci najbardziej doskwiera.

– Polska – usłyszałam w odpowiedzi. – Takie dno, że nie mam czym nakarmić psa. Przecież mu nie dam fasoli po bretońsku.

Urodziny kuzyna

(Wieprzowina po chińsku)

Spotkałam Ewę Woydyłło na imprezie radia Tok FM, które po raz trzeci wręczało swoje nagrody w przyjemnych okolicznościach kulturalno-kulinarnych. Ewa zapowiedziała wyjazd na narty, po którym obiecałyśmy sobie kawę. Ona jak zwykle wydaje się niestrudzona, niespożyta. I całkowicie odporna (mentalnie) na upływ czasu. Akurat natrafiłam w moim pamiętniku na fragment traktujący o przyjęciu u państwa O. Czytam i sama nie wierzę w to, co wtedy napisałam. Panował kryzys nad kryzysy, a tam żarcie niebiańskie. Co zabawne – w tamtych trudnych czasach ludzie nie byli przyzwyczajeni do takich luksusów, nie potrafili jeść powściągliwie. Więc gdy piszę, że było ciężko podołać, to proszę wierzyć. Po prostu konsumpcyjny szok.

Szóstego lutego urodziny obchodzili: Wiesław Gomułka (nieżyjący już wtedy), Ronald Reagan i Wiktor Osiatyński. Informacja pewna, uzyskana u źródła. Nie, nie z Białego Domu – od żony ostatniego z wymienionych solenizantów. Tenże (solenizant, znaczy) był kuzynem męża, jednak żadnemu nie spieszyło się kultywować bliskich familijnych kontaktów. Osiatyński pisywał onegdaj do „Kultury”, potem opublikował kilka książek z wywiadami na uczone tematy ze światowymi sławami w różnych dziedzinach. Z mężem (moim) spotkali się na pogrzebie jednego z wujów i postanowili pogadać w miejscu bardziej przytulnym niż cmentarz Bródnowski.

Kilka dni po tej smutnej ceremonii nastrojony lirycznie mąż zadzwonił do kuzyna akurat w przededniu urodzin. Również nastrojony czule kuzyn zaprosił nas na party. Oprócz nas mieli pojawić się dwaj archeolodzy z żonami.

Wyjątkowo ciepły luty dokuczył tego wieczoru deszczem, intensywniejącym wraz z przybliżaniem się do celu. Cel znajdował się na Bielanach, na osiedlu bloków równie trudnych do topograficznego rozpracowania jak Ursynów.

Kiedy wreszcie odnaleźliśmy właściwy wielkopłytowy masyw, rozpoczynała się pierwsza runda kulinarnej potyczki. Goście stanęli wobec ogromu przystawek. Wędliny, jajka z kawiorem, pstrąg à la śledź, sałatka z krabów plus sosy i marynaty. Cuda! Nie trzeba było nikogo zachęcać do wielokrotnego napełniania talerzy. Godzina była niemłoda – po ósmej wieczorem – więc zaproszeni potraktowali hors d’oeuvres jako całość odświętnej wieczerzy. Nieszczęśni, którzy połakomili się na zbyt wiele repet! Ledwo uprzątnięto talerze po zakąskach, już wnoszono tace z filiżankami czerwonego barszczu. Za nimi wjechał półmisek z górą pasztecików. Stało się jasne, że to nie koniec uczty. Rzeczywiście – po barszczu nastąpiły dania gorące w liczbie trzech. Dwie okazały się spolszczonymi wersjami chińskich potrawek; dla etnicznego kontrastu dopełniał je paprykarz.

Stać mnie było – w sensie możliwości żołądkowych – jedynie na skosztowanie gulaszu z wieprzowych żeberek. (Dwa dni później wydobyłam z Ewy przepis: kilogram żeberek pokroić na małe kawałki, wrzucić do garnka, zalać szklanką wiśniaku i czterema łyżeczkami sosu sojowego, wymieszanymi z połową szklanki cukru. Naczynie przykryć i wstawić do większego gara wypełnionego do połowy gorącą wodą; gotować około czterech godzin na bardzo małym ogniu, uzupełniając ubytki wody. Podawać z ryżem na sypko).

Goście jęczeli z przejedzenia, pot zraszał ich czoła, lecz dzielnie atakowali kolejne potrawy. Towarzyszyły im sałatki, z których zapamiętałam cykorię z rodzynkami i sosem winegret.

Coraz powolniejszemu spożywaniu towarzyszyła coraz bardziej ożywiona rozmowa. Najpierw koncentrowała się wokół ponurej sytuacji polskiej inteligencji, co stanowiło rażącą sprzeczność z wystawnością przyjęcia. Potem zaszła zmiana i tematem numer jeden stały się sporty, w których zgromadzeni panowie osiągali wyniki. To też kontrastowało z ich obecnymi gabarytami.

– Przez wiele lat jeździłem po Polsce i świecie, od uczonego do uczonego, z laboratorium do laboratorium, by dowiedzieć się, w jaki sposób nauka może być pomocna w zrozumieniu świata oraz czy może znaleźć odpowiedź na podstawowe pytania dotyczące ludzkiej kondycji – pan domu i solenizant niespodziewanie zmienił tok rozmów. – Jestem przekonany, że w tej materii nic po tradycyjnej nauce, te kwestie ze swej natury bowiem dotyczą wartości.

Jakoś nikt nie podjął szlachetnego wątku, zgromadzonych pochłonęło pochłanianie deseru. Szło im jak pod górkę, z trudem łapali oddechy – a tu torty, lody, ciasta. Kawa i herbata trochę ułatwiały zadanie. No i spirytualia na trawienie.

Za to bohater wieczoru nie wziął do ust kropli alkoholu, nie zapalił papierosa. Co więcej, wielkodusznie odwiózł nas do domu, wreszcie znajdując wdzięcznych słuchaczy dla nurtujących go spraw.

– Kiedy zaczynałem rozmawiać z uczonymi, wierzyłem, że nauka będzie niejako za mnie rozwiązywać problemy – życiowe, umysłowe, psychiczne i duchowe. Dziś coraz dobitniej zdaję sobie sprawę z tego, iż swoje najważniejsze problemy muszę rozwiązać sam i że sam ponoszę za to odpowiedzialność. Przy ich rozwiązywaniu mogę wprawdzie korzystać ze zdobyczy nauki, lecz nie tylko. Muszę korzystać ze wszystkiego, co zawiera się w moim człowieczeństwie i w człowieczeństwie innych ludzi.

Po niedługim czasie znalazłam puentę, czy raczej dopełnienie tamtego wieczoru i rozmowy z Wiktorem. Ostatnim jego rozmówcą zamykającym cykl wywiadów z naukową elitą, w tym z kilkoma noblistami, okazał się mechanik samochodowy. Facet mądry mądrością życiową, własną. Na każdy czas.

Wywiad z modelką

(Wołowina po burmańsku)

Kilka lat schyłkowego PRL-u w dużej mierze upłynęło mi w pracowniach fotografów. Zajmowałam się tym, co obecnie nazywa się stylizacją, z pewnymi elementami fryzjerstwa i charakteryzacji. Bez żadnych kwalifikacji zawodowych, kierując się jedynie wyczuciem, intuicją oraz ściąganiem z zachodnich pism, przygotowywałam dziewczyny do sesji fotograficznych. Zajęcie obecnie prestiżowe i chyba nieźle płatne, wówczas przypominało amatorską zabawę. Co do gratyfikacji, przedstawiała się równie nieprofesjonalnie. Niemniej czas spędzałam wesoło, zachowując moralny komfort niekolaborowania z reżimem. No i zarabiałam jakieś grosze.

Potem skumałam się z kwartalnikiem „Moda”. Zamieszczałam tamże teksty tudzież pomagałam przy sesjach zdjęciowych. Polegało to na tym, że targałam własne szmatki i dodatki, żeby „ubogacić” skromną produkcję odzieżowych firm – państwowych, spółdzielczych, chałupniczych. Sesje odbywały się w fotograficznych atelier wyposażonych w kilka zwijanych barwnych teł (wtedy eksluzyw!), wentylator do robienia wiatru (zleceniodawcom podobały się rozwiane włosy modelek) oraz parawan, za którym dziewczyny się przebierały. Jako stylistka-asystentka byłam też odpowiedzialna za kawę, herbatę oraz dobrą atmosferę.

Jednak nie narzekałam. Liczył się fan – a to miałam zagwarantowane.

System zakupowy mieliśmy rozpracowany. Wiedzieliśmy, że u Mamuta najlepsze są jabłka i kwaszona kapusta; jajka najsmaczniejsze pochodzą od Małego; w mięsnym „pod byłym teściem” wisi coś na hakach nawet popołudniami.

W ostatni piątek lutego mąż zauważył, że choć miesiąc ma się ku końcowi, nasze kartki na mięso ledwo zostały tknięte. Nie widzieliśmy powodu, żeby rezygnować z przydziałowego szczęścia. Tym bardziej że czekało mnie nie lada wyzwanie – wywiad z modelką. Nosiła imię Amarylis.

W mięśniaku „pod byłym teściem” widoki także były nieciekawe. Tylko wołowina w barwie buraka, poprzerastana tłuszczem, z żyłami. Kupiłam ponad pół kilo, resztę bonów wymieniając na puszki z mielonką.

Z modelką Amarylis umówiłam się na sobotę. Przedtem czekało mnie tradycyjne sprzątanie i wołowy ochłap. Byłam uzależniona od ruchów męża. Jego sobotnim rytuałem stało się golenie, które poprzedzało kilka gimnastycznych ruchów, te zaś następowały po odkurzeniu półek z książkami. Dopiero po tym wysiłku jadł śniadanie, a gdy kończył – udostępniał kuchnię do przedobiednich przygotowań.

Jakość mięsa nie pozostawiała złudzeń: befsztyka nie da się z tego zrobić. To może jakaś egzotyka? Znalazłam przepis na wołowinę po burmańsku. Niech będzie, spróbuję.

Zaczęłam od ryżu. Miałam taki system: szklanka ryżu na dwie szklanki wrzącej wody. Zagotować, zmniejszyć płomień. Półtwardy ryż (ale po wchłonięciu przezeń wody) w tym samym garnku, w którym się gotował, zawinąć w koc i odstawić na parę godzin.

Po ryżu zabrałam się do pasty do wołowiny. W jej skład wchodziły: dwie starte cebule, dwa pory, trzy ząbki czosnku, dwie łyżki sproszkowanego imbiru, łyżeczka soli i pół ostrej papryki.

Mąż bohatersko podjął się tarcia cebuli do pasty – a kuchnia niewielka, bez okien, choć z okapem. Włączyliśmy wyciąganie, lecz olejki eteryczne cebuli okazały się silniejsze niż wentylacja. Lejąc cebulowe łzy, przystąpiłam do uzdatniania mięsa.

To, co wydawało się jadalne, pokroiłam w kostkę, wymieszałam z pastą. Po przepisowym czterogodzinnym przegryzaniu się wrzuciłam wołowinę na rozgrzany w głębokim rondlu olej sojowy. Dusiłam pół godziny, co jakiś czas podlewając potrawę rosołem z kostki (wyszła szklanka). Pod koniec duszenia doprawiłam wszystko trzema łyżkami koncentratu pomidorowego i łyżeczką maggi. Gdyby nie ryż, danie chyba poparzyłoby nam języki. Popijaliśmy je czerwonym winem, które nieco łagodziło pieczenie w paszczach i przełyku.

Czując się jak smok wawelski, pobiegłam do modelki. Uważała się za modową wyrocznię i miała ambicje projektanckie. Spisałam jej pomysły.

– O, choćby ten czarny sweterek. Zmieniłam jego styl, naszywając z przodu tiulowe kokardki z koralikami. Dzięki temu uzyskał taki przestarzały wdzięk, trochę jak z lat pięćdziesiątych. Noszę go z kalesonami z połyskliwego dżerseju. Albo to – czyż nie urocze? Posłużyłam się wykrojem z Mody Polskiej, bo ujął mnie fason. Uszycie okazało się łatwizną. Może oprócz kamizelki, której dekolt wyszedł trochę krzywo... Ale nie ma sprawy, teraz w modzie luz. A w ogóle to najbardziej cenię w stroju bezpretensjonalność i wygodę. – Paplała bez przerwy ponad trzy godziny.

Kiedy wróciłam do domu, płonęła mi głowa, a wzrokiem ciskałam błyskawice.

– Ciągle ta wołowina? – uprzejmie zainteresował się mąż, widząc, z jaką zachłannością ciągnę zimne mleko prosto z lodówki.

– Nie, modelka. Muszę się uspokoić, a podobno mleko ma właściwości kojące – warknęłam.

Japońska kanapka

(Kurczak w pomarańczach i japońska kanapka, czyli socjalistyczne sushi)

Mąż przygotował danie jednogarnkowe: tadżin. Obecny mąż, nie ten, którego wspominam w moim pamiętniku.

Bazę stanowiły kawałki kurczaka i cebula. Reszty nie pamiętam – na pewno czarne oliwki, cytryna, dużo zielonej kolendry. Do tego kuskus. W czasach PRL-u tylko dwa pierwsze składniki były mniej więcej wciąż dostępne. Jednak nie samym octem się żyło, jak zapewniają ci, którzy mają pamięć słabą albo powód, żeby się przy occie upierać.

Każdy powód dobry, jak powiedziałby mój cioteczny szwagier, z zawodu specjalista od morderstw. Wybierał te najatrakcyjniejsze medialnie i prezentował w TVP, udając, że nie zna rozwiązania kryminalnej zagadki – a znał. Skoro każdy powód dobry, to i ten się nadawał: pomysł córki Ewy G., żeby zdawać na filozofię. Panna była w klasie maturalnej, starała się rozpoznać własne predylekcje i szanse na przyszłość. Osobą, która miała ocenić jej intelektualne predyspozycje do zajmowania się królową nauk, okazał się mój mąż. Jego rozmowa z kandydatką na filozofkę odbyła się przy drzwiach zamkniętych. Poprzedził ją posiłek. Dla gospodarzy i zaproszonych.

Daniem głównym był kurczak w pomarańczach z ryżem na sypko.

Jak rozpoznawać najlepsze gatunki ryżu, Ewę poinstruował Kōji Kamoji, japoński artysta mieszkający w Polsce od prawie trzech dekad. Dobry ryż powinien mieć kolor biały, duże, owalne, lekko przezroczyste ziarna, bez osadu i zanieczyszczeń. Stary japoński sposób gotowania to jedna objętość ryżu na półtorej objętości wody. Opłukany ryż wrzucić do wody, zagotować na dużym ogniu. Zmniejszyć płomień i gotować, cały czas mieszając, aż ziarna wchłoną całkowicie wodę.

Ryż więc był sypki. Jak rozpoznać kurczaki jadalne od tych niekoniecznie, Ewa orientowała się sama. Okaz, który zakupiła, natarła solą i majerankiem, a następnie obłożyła plastrami pomarańczy. Po godzinie ptak został obsmażony na maśle. Przyrumieniony trafił do żaroodpornego naczynia wraz z pomarańczami. Czterdzieści minut pieczenia w 180 stopniach i danie już gotowe.

Sos, samoistnie wytopiony z pieczystego, został podany w osobnej miseczce.

Do tego surówka z grubo pokrojonej cykorii wymieszanej z ocukrzonymi surowymi żurawinami.

Na deser ananas z puszki, rodzynki i półwytrawny riesling.

Słowem, dominowała słodkawa nuta uszczęśliwiająca wszystkich zgromadzonych. Tylko Kōji marudził. Wolałby coś bardziej ryżowego (tęsknota za ojczyzną?), zarówno na przystawkę jak na zamknięcie posiłku. Podzielił się z nami pomysłem na – jak to nazywał – japońską kanapkę (wiele lat później uświadomiłam sobie, że podał najbardziej minimalistyczną wersję na sushi).

No to tak: gotujemy ryż „na lepko”, studzimy, formujemy kulki takiej wielkości, żeby mieściły się w skulonej dłoni. W kulkach robimy dołek, smarujemy go sproszkowanym imbirem rozprowadzonym wodą; w dziurkę wkładamy śledzia wyjętego z octowej marynaty. Można dodać cebulę.

Próbowałam wyobrazić sobie smak tego oszczędnego cuda, wpatrując się w równie minimalistyczną kompozycję Kōjiego: szare tło, pionowa linia ze sznurka, doklejony kamyczek. Pomimo wieloletniego absorbowania nadwiślańskiej kultury narodowe tradycje dominowały w sztuce K.K. Nie inaczej w jego koncepcjach kulinarnych. Tego wieczoru podzielił się z nami wizją dań „o charakterze przezroczystości”.

– Na przykład rosół – mówił, zmiękczając spółgłoski szypiaszcze – ma charakter przezroczystości. Trzeba to wyeksponować. Dodatki też powinny być transparentne, choćby makaron ryżowy. Taką zupę najlepiej podać w wazie z przezroczystego szkła, ze szklaną łyżką wazową. Jeść również trzeba w stanie przezroczystości... – Tu Kōji przerwał, nie wyjaśniając, co dokładnie miał na myśli.

„...nawet kiedy wszystko będzie powiedziane, pozostanie jeszcze coś, co wymyka się słowu”, zauważył Bashō, mistrz haiku, duchowy pobratymiec Kōjiego. Kōji przybył do Polski w wieku dwudziestu czterech lat, realizując życzenie stryja Umedy. Po studiach na tokijskiej ASP edukował się w warszawskiej akademii; zaprzyjaźnił się z naszymi awangardystami, zwłaszcza z Henrykiem Stażewskim. Miał własną wersję europejskiego średniowiecza. Abstrakcyjnego – co zaprezentował w Galerii Foksal (z tego cyklu pochodziła wspomniana powyżej praca ze sznurkiem i kamyczkiem). Od Kōjiego dowiedziałam się, o co w tym chodzi:

– Kamienie są częścią przyrody. Jednocześnie są osadami naszej pamięci, świadkami wydarzeń. Są skamienieliną uczuć.

Szkoda, że to nie Kōji zamierzał zdawać na filozofię – świetnie się nadawał. Poza nim nie znam nikogo, kto rozważałby taki problem jak... najpiękniejszy kąt otwarcia drzwi. A Kōji tak, jego to pochłaniało.

– Siedziałem w kuchni, drzwi do łazienki były uchylone i drzwi od kuchni też. Razem tworzyły kąt. Wtedy zacząłem się zastanawiać, jaki kąt otwarcia drzwi jest najdoskonalszy.

Przy tak doniosłej kwestii mniejsza o jakość ryżu.

Marcowa kukurydza

(Sałatka z kukurydzy i pieczarki w śmietanie)

Rano ósmego marca zagroziłam mężowi: bez tulipana nie masz po co wracać do domu. Wieczorem stawił się z całym pękiem białych, delikatnych jak dziewica, zapewne sztucznie wyhodowanych, spod klosza, bez kontaktu ze słońcem. Nostalgiczne kwiaty...

Zabawne, że Dzień Kobiet wrócił z woli głównych zainteresowanych, którym z racji wieku to święto nie kojarzy się źle. Upierali się też przy nim reprezentanci płci przeciwnej, którym damski dzień pozwala zabalować.

Mąż i ja byliśmy w awangardzie restytuowania Dnia Kobiet. W połowie roku dwutysięcznego zorganizowaliśmy u nas w domu Dzień Kobiet w stylu retro. Przyjaciele (stare pierdziele pamiętający ten obyczaj w PRL-u) stanęli na wysokości zadania. Zjawili się w strojach żywcem wyjętych z lat sześćdziesiątych–siedemdziesiątych; ktoś przyniósł adapter Bambino i płyty analogowe. My też staraliśmy się przywołać minione czasy za pośrednictwem menu. Na zakąski galantyna z kury, pikle, kiełbasa, szynka, sałatka jarzynowo-majonezowa zwana włoską. Potem barszcz z pasztecikami. Daniem głównym miały być gołąbki – ale robiliśmy je po raz pierwszy (wedle przepisu Macieja Kuronia, niestety) i kapusta nie doszła. Prawdę mówiąc, okazała się półsurowa – a nie o to szło. Za to deser w postaci sernika oraz galaretki z owocami nie pozostawiał nic do życzenia.

Mimo niejadalnych gołąbków zabawa była przednia, co zostało uwiecznione na zdjęciach. Natomiast nie zachowała się fotograficzna dokumentacja (w ogóle nikt o nią nie zadbał) z prywatki w domu Bez Kantów Anno Domini 1968. Trudno w to uwierzyć: kilka kroków dalej, przy tym samym Krakowskim Przedmieściu, działy się dzieje. A ja wraz z moimi niedoinformowanymi kolesiami pląsałam na kobieco odświętnej prywatce, na którą urwaliśmy się z lekcji. Wyszłam z imprezy – paskudnie, mokry śnieg – i zaskoczył mnie jakiś mało odświętny nastrój na ulicy. Mundurowi, tłoki, krzyki. Pomknęłam do domu (mieszkałam na Mokotowie) i dopiero wieczorem dowiedziałam się, co zaszło: marzec ’68.

A jak było dwadzieścia lat później?

Ósmy marca. Koszmarny dzień zwany Dniem Kobiet. W roku 1988 pogoda zlekceważyła polskie matki, żony, kochanki i teściowe: sypał mokry śnieg, ku wieczorowi przeobrażający się w deszcz; snuły się ciężkie chmury, dął wiatr.

Na tle buroszarego pejzażu biegali zadowoleni z siebie chłopcy, mężczyźni i faceci o trudnym do określenia wieku, chłop w chłopa dzierżący w dłoni rachitycznego tulipana.

Ja też zostałam obdarowana tradycyjnym kwiatkiem. Wręczył mi go mecenas Piotr Andrzejewski. Godzinę wcześniej dostałam inny cenny prezent: stumililitrowe buteleczki z szampanem, zamiast korkiem zamknięte metalowymi nakrętkami. Napitek z bąbelkami zawdzięczałam Mici i Wojtkowi Freudenreichom. Całą trójkę zaprosiliśmy na kolację we wtorek. Nie zwróciliśmy uwagi, że złożona kursywą informacja pouczała wszystkich użytkowników kalendarzyka (bynajmniej nie małżeńskiego), że tego dnia solenizantkami są wszystkie panie. Zaproszeni też nie zwrócili uwagi na datę.

No i błąd. Przekonaliśmy się w wigilię przyjęcia, kiedy usiłowaliśmy skompletować produkty na wieczerzę. Naród także chciał wygospodarować bodaj kawałek odświętnego dnia. Ekspedientka w mięsnym na błaganie męża, żeby raczyła zajrzeć pod ladę – a nuż coś tam się uchowało, bo, wie pani, mamy gości – prychnęła: „Mamusia i ja też mamy!”.

Nie kupiliśmy wędliny. Trudno, muszą wystarczyć dania jarskie i rybne. Za sukces uznaliśmy zdobycie dwóch butelek czerwonego wytrawnego wina. Z szampanami od Freudenreichów kolacja nabierała wykwintu. Na początek podałam przystawki: korki anchois, pasztet z kryla, kalmary w sosie ketchupowym i sałatkę z kukurydzy.

Powstała z odsączonej z zalewy puszkowej kukurydzy; połowy pęczka posiekanej natki pietruszki, startego na grubej tarce żółtego łagodnego sera (ciekawe, co to był za ser! Morski? Zamojski?). Składniki spajał sos: dwie łyżki oleju słonecznikowego, trzy zgniecione ząbki czosnku,sok z połowy cytryny, pół łyżeczki musztardy, sól, pieprz, zioła prowansalskie, estragon dosmaku.

Miskę z sałatką ozdobiłam liśćmi chudej inspektowej sałaty, nie wiedzieć czemu potraktowanej przez gości jako niejadalna dekoracja.

Wzniesiono toast: „To, cha, cha, zdrowie pań!”.

Po przerwie na papierosa wniosłam danie gorące. Jego podstawowym składnikiem były – z braku mięsiwa – grzybki surojadki. Znaczy, pieczarki. Starałam się wybrać dorodne i twarde.

Poszło prawie pół kilograma. Pokrojone na ćwiartki, podsmażyłam na maśle z dodatkiem kilku ząbków czosnku. Przyrumienione grzybki polałam słodką śmietanką zmieszaną z kefirem, żeby było lekko. Doprawiłam solą, pieprzem, tymiankiem i sosem sojowym. Po prawie półgodzinnym duszeniu pod przykryciempolałam całość rozbełtanym jajkiem i zestrugałam na wierzch wiórki żółtego sera.

Na deser złożyły się rodzynki, daktyle, orzeszki ziemne, ananasowa galaretka i ciasto.

Przy kawie z kroplą mleka mecenas Andrzejewski zabrał głos i już do końca wieczoru nikomu nie pozwolił go sobie odebrać. Ku dezaprobacie Wojtka, który też chętnie by pogadał. Mici to nie przeszkadzało. Chyba myślała o obrazie, który malowała. Przynajmniej taki miała wyraz twarzy – nieobecny.

Rozstaliśmy się w radosnym nastroju. Głównie dzięki buteleczkom szampana na gwint, odpowiednio schłodzonego parogodzinnym leżakowaniem w lodówce. Sprowokowało to mecenasa do kolejnej anegdotki. Puentował, stojąc w drzwiach.

I wtedy Wojtek stracił cierpliwość. Zaczął się spieszyć, ciągnąc za sobą Micię, z natury bardziej wyrozumiałą. Ale przecież Wojtek nie panna, nie musiał fetować Dnia Kobiet.

Zamiast schabu

(Pieczona łopatka wieprzowa)

Nie bez dumy wyznaję: mam czarny pas w pieczonym schabie. Mimo to za każdym razem, kiedy go wsuwam w rękaw (do pieczenia) i po odpowiednim czasie z tegoż wyciągam, przeżywam emocje nowicjusza. Przecież użyłam innych dodatków do marynaty, podlałam innym alkoholem (albo wcale), mięso pochodziło od niezidentyfikowanego dawcy i tak dalej. Ta niepewność sprawia, że nigdy nie popadam w schabową rutynę. Ostatnio dowiedziałam się, że zamiast piec tradycyjnie, można schab udusić w... mleku. Jestem otwarta na eksperymenty, jednak mąż oprotestował (z góry) tę metodę. Ciekawe, co by powiedział na łopatkę uzdatnioną sposobem, o którym dalej.

Cud w zasięgu ręki. Na ladzie konkurowały ze sobą: polędwica, schab i wołowe jak lalka. Kolejka, w której tkwiliśmy od pół godziny, poruszała się w stronę ekspedientki z godnością papieskiej procesji. Pora była wczesnopopołudniowa, sklep śródmiejski, za godzinę oczekiwały nas atrakcje w Pałacu Kultury i Nauki – mianowicie otwarcie wystawy Teatr Amerykański. W mężowskim portfelu leżały, oprócz banknotów, dwie całe kartki na mięso na marzec, który właśnie miał się ku końcowi. Słowem, pełnia szczęścia.

Tak przynajmniej sądziliśmy do momentu, kiedy przyszło nam przedstawić sprzedawczyni dezyderaty. Ledwo zdążyliśmy wybąkać, trochę zawstydzeni własnym łakomstwem, że chcielibyśmy kilogram schabu i tyleż polędwicy, gdy kobieta, rzuciwszy okiem na trzymany w mężowskiej dłoni bon, wylała wiadro wody na rozpalone marzeniami głowy: „Na kwietniowe jeszcze nie sprzedajemy!”. I już realizowała życzenia następnej klientki.

Oto do czego doprowadza nadmierna oszczędność kartek na mięso – pomyliliśmy kolorystykę marcowych z tonacją kwietniową. Niestety, te ważne zostały w domu. Żegnaj, schabie!

Zamiast nim przyszło nam podejmować Marka Wyrzykowskiego pieczenią z wieprzowej łopatki, zawsze dyżurnej w pobliskim mięśniaku. Wyrzykowski był asystentem samego rektora Akademii Sztuk Pięknych, miał duże szanse na awans, a przy tym umiał malować. Z tych oraz innych powodów zaprosiliśmy go na kolację.

Do łopaty zabrałam się w przededniu spotkania. Z niechęcią, bo wyglądała odstręczająco – gruba skóra podszyta warstwą tłuszczu, tu i ówdzie sterczące resztki szczeciny, kolor taki jakiś sinawy...

Nic to. Skórę i sadło odcięłam, zostawiając samo mięso. Chude, ładne. Natarłam solą, czosnkiem, majerankiem, posypałam kminkiem, obłożyłam plastrami cebuli, skropiłam wrzącym octem. W żeliwnym naczyniu stopiłam kawałki wędzonej słoniny z posiekaną cebulką. Po chwili włożyłam tamże łopatkę, obsmażyłam na złoto ze wszystkich stron. Namoczyłam suszone śliwki. Skropiłam łopatkę sosem sojowym, podlałam wodą ze śliwek. Dorzuciłam kilka ziarenek białego pieprzu i listki laurowe. Tak doprawione mięso dusiłam prawie godzinę, co jakiś czas zraszając wodą, w której moczyły się śliwki. W połowie duszenia dodałam także śliwki, a na sam koniec – obrane ze skórki i pokrojone w kawałki kwaśne jabłko. Po wystudzeniu dania sos przeistoczył się w galaretkę. Pyszną, jak się okazało. Mięso też się udało. Mięciutkie! Po wystudzeniu pokroiłam w plastry.

Dodatki stanowiły gruszki marynowane, śliwki z octu, świeży ogórek i pomidory. Smak suszonych śliwek udanie korespondował ze śliwowicą, która towarzyszyła kolacji.

Gość pochwalił schab – bo nie poznał, że ma do czynienia z łopatką. Wyprowadzony z błędu, opowiedział anegdotę o Tadeuszu Dominiku, w którego pracowni swego czasu studiował. Zdarzyło się to podczas dziekanowania mistrza. Dominik spóźnił się haniebnie na radę wydziału. Kiedy wszedł, zebrani utkwili weń spojrzenia pełne wyrzutu. Już, już otwierali usta, by zgromić spóźnialskiego, lecz ten nie dopuścił ich do głosu. „Proszę państwa, byłem wczoraj na kolacji – zaczął. – Zakąseczka – łosoś i sałatka, do tego setka. Potem zupa rakowa, następna setka. Na drugie – de volaille i czerwone, łagodne wino o niezapomnianym bukiecie; deser – gruszka w czekoladzie, likier, czarna kawa...”. Wszyscy słuchali z napięciem. „I niech sobie państwo wyobrażą, za wszystko zapłaciłem sto trzydzieści pięć złotych pięćdziesiąt groszy” – zakończył dziekan. „Gdzie, gdzie tak dają?” – podniecili się słuchacze, zapominając o irytacji. „Nigdzie, ale za to jak tanio” – zakończył Dominik i przystąpił do omówienia porządku dziennego rady.

My także zmieniliśmy temat. Marek przejechał się po „nowym ekspresjonizmie” w rodzimym wydaniu.

– Ogromnie mnie śmieszy, że u nas traktuje się to tak poważnie jako najbardziej aktualne zjawisko, podczas gdy na Zachodzie ten kierunek dawno utracił sens i rozmach – prawił z miną kogoś, kto zjadł nie tylko łopatkę, również wszystkie mądrości. – Poza tym dla nas jest to coś obcego, niezgodnego z polskim temperamentem, nawet z historycznymi uwarunkowaniami. Polskie Neue Wilde powinno być szare, beznamiętne, nawiązujące do rzeczywistości. Wtedy byłoby oryginalne. Te monumentalne formaty zamazane jaskrawymi farbami wcale nie oddają naszych problemów... – co mówiąc, zatoczył lewą ręką subtelny łuk. W prawej trzymał kawałek sernika, którego z powodu wywodu na razie nie tknął.

Jego gest odczytaliśmy jako odruch solidarności.

Mieszkanie mamy ciasne, acz przy kawalerce połączonej z pracownią Wyrzykowskiego to salon. Żadne z nas nie miało szansy na formaty pozwalające na prawdziwie ekspresyjne malarstwo. Ściany w moim M-3, jak w jego M-2, zdobiły rzuciki pozostałe po zbyt swobodnych machnięciach pędzlem. Może kiedyś trafią do muzeów jako graffiti?

W tym momencie Marek od spraw ogólnych przeszedł do najbardziej dla artysty zajmującego wątku: własnej sztuki.

– Nie chciałbym, żeby moje płótna epatowały barwami czy przytłaczały rozmiarami. Wolałbym, żeby miały to coś, co z czasem staje się ważniejsze od pierwszego efektu – podsumował i spojrzał mi wymownie w oczy.

Zgadzałam się z nim całkowicie. Moja łopatka także nie prezentowała się zbyt efektownie. Za to pozostały po niej miłe smakowe wspomnienia.

Światło w bieli

(Kalafior w sosie śmietanowym i kotlety z szynki)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pod pierzyną

(Jarzyny w sosie beszamelowym z sadzonymi jajami)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Postrajkowy keks

(Keks z drożdżowego ciasta)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przesądy artystów

(Pieczony schab)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Trzy golonki

(Golonka wieprzowa w rosole)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Fachowiec

(Ziemniaki z folii w sosie rokpolowym)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Praskie brambory

(Zupa kartoflana, pieczeń wieprzowa i kurczak w orzeszkach arachidowych)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Sycylijskie spaghetti

(Spaghetti na zimno i chłodnik)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przez Maksymiuka

(Sałatka z fasolki szparagowej)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ołatki Mitona

(Placki z kabaczka w sosie grzybowym)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Imieninowe nadziewanie

(Krem z bakłażanów, faszerowany kabaczek i sernik z serków homogenizowanych)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ryby biorą

(Smażony pstrąg)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ja, snobka

(Sałatka jogurtowa i kotlety schabowe z kapustą na kwaśno)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Dla Ludycznego

(Sałatka „babie lato” z czarnej rzodkwi, kura po ułańsku i mus z szarych renet)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Dla Marty

(Pory w śmietanie i drożdżowe naleśniki)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Szkoła połączeń

(Kalafior z szynką, kartofle „po bałkańsku” i sos z porów)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pizza dla szwagra

(Omlet à la pizza)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kata znaczy Kaśka

(Sałatka „polska”, sałatka „węgierska” i gorące danie z kukurydzy)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Na przyjazd męża

(Duszony schab i sałatka „przymilna”)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Antidotum na słodycz

(Makaron z sosem pieczarkowym)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Labirynt

(Sałatka z dorsza i zapiekanka „labirynt”)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Od końca

(Gicz cielęca)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Na dodatek

(Roast beef „nałogowiec”, mus z jarmużu i sałatka „perskie oko”)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ule-bule

(Przystawka w barwach niemieckich i kurczak na słodko „ule-bule”)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

W piwnicznej izbie

(Mięsna potrawka z makaronem ryżowym w chińskim stylu)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Luksus Grochowa

(Zupa z kartofli i wędzonego boczku „luksus Grochowa”)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Piekło w gębie

(Pieczeń wołowa „zbójecka” i sałatka „piracka”)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Imitacje

(Fondue z sera)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

W ciemności

(Flądry w sosie pieczarkowym)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Śledź nie doczekał

(Rolmopsy ze śledzi, wódka orzechówka i cielęce eskalopki)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wołowina z wirusem

(Bitki wołowe w mięcie)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Surrealistyczna kolacja

(Sałatka i zapiekanka Zuzanny)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wieprzowina pod włosy

(Wieprzowina w kapuście z czerwonym ryżem)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Suka w dygocie

(Faszerowane kartofle)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kwestia kończyn

(Gicz cielęca w mięcie)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Naiwność

(Tosty z przepiórczymi jajeczkami)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Koty i cielęta

(Pieczeń cielęca i deser malinowy)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Bicie piany

(Mus z ananasa, barszcz i sałatka z buraków)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zachcianki

(Zupa pietruszkowa i sałatka „Amarcord”)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wybory

(Wołowina „na dziko” i zupa ze świeżych ogórków)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Słynne Freudenreichowskie ataki

(Paszteciki „dinozaury”)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

W rytmie samby

(Sałatka Mai i chińska potrawa z żółtym ryżem)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Korzyści ze snów

(Sałatka Magdy)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Świętoszek

(Wołowina w jarzynach po chińsku)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Jaja faszerowane na moją cześć, których nie jadłam

(Faszerowane jajka)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zakąska prezydencka

(Babeczki z pianki ze szczypiorkiem)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Teść wędzi, teściowa piecze szarlotkę

(Botwinka, szarlotka, wędzona szynka i wino wieloowocowe)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Z ziemi włoskiej do polskiej

(Duszona cukinia)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Cud

(Tarta z pomidorów i bakłażanów)

Uwaga! Ten tekst jest przełomowy!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Seniorowi

(Sałatka z kurczaka z ananasem, sałatka z szalotek i gruszka w szampanie)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pożegnanie czerwonego

(Zupa z czerwonych owoców i wątróbka cielęca w malinach)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Polak, Niemiec, Rosjanin

(Trzy przepisy na solę)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ekologicznie

(Jajka na twarożku i makaron z pomidorami)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Grupowo

(Krem z zielonego groszku i flaki wołowe)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Stypa po śwince morskiej

(Bałkańska impresja z kartofli)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kolega z jednej ulicy

(Pudding z kalafiora, ragoût z pieczarek, sałatka „dyplomatyczna” i zapiekane pomarańcze)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rzeczy najprostsze

(Sznycle cielęce)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Sytuacje wyjątkowe

(Sałatka z kryla i sałatka z fasoli)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Nie dla telewizji

(Zupa ogórkowa mamy i pasztet)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozciągliwość

(Strudel z jabłkami)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pingwin

(Wołowina na słodko i sałatka z cykorii oraz pomarańczy)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kacza Madonna

(Kaczka w jabłkach)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Nareszcie w Europie

(Zakąska z selera i boczku)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pewność

(Gratin z pomidorów i panierowane bakłażany)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przystanek Budapeszt

(Gulasz węgierski)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Szalone lata dziewięćdziesiąte

(Tosty z krewetkami)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Popremierowy głód

(Kurczak w curry)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Tatarski konflikt

(Zupa krem z melona „całusek”)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Normalizacja

(Sałatka z kalmarów)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Żeberka pod relief

(Owocowa niespodzianka i kotlety z baleronu)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Na ponuro

(Jajka eklery i sos wszystkich świętych)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Symultanka

(Kurczak po japońsku)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Małpi show

(Sałatka z serem i makaronem)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rocznice

(Sałatka urodzinowa)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

W czarną godzinę

(Sałatka z tuńczyka i zapiekanka z kurczakiem)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Czas marny na słodko

(Babka z marchewki)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

W grudniu po południu

(Eskalopki z indyka w papilotach i sałatka z selera)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kuchenna korespondencja

(Ryba pieczona i pory pod beszamelem)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Demokracja ma głos

(Sandwicze z kartofli)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Purpura w genach

(Kaczka w wiśniach)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Po pożarze

(Wołowina po chińsku i słodka sałatka z kukurydzą)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Urodzinowe jajo

(Karotka w kminku i mięcie)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Spełnienie marzeń

(Kotlety mielone Sobola)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kwietniowe pstrągi

(Faszerowane filety z pstrąga i pomidory z bakłażanami)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Jak wcielił się we mnie duch Kantora

(Wieprzowina „habanera” i jajecznica Kłossowicza)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Od Autorki

Kobieta pracująca

– To jak panią przedstawić?

Często słyszę to pytanie poprzedzające wejście na antenę czy wizję. Przez kilkanaście lat nie było problemu: krytyk sztuki „Rzeczpospolitej”. Gdy odeszłam, prosiłam o skreślenie nazwy gazety podczas prezentacji. Ale przecież krytykiem też już nie jestem, mniejsza z tym dlaczego.

Kiedyś przy introdukcji mojej osoby padało: artystka. I znów odpowiadało to prawdzie przez kilkanaście lat. Bywało, że nazywano mnie designerką. Trochę na wyrost, lecz powód był.

W notce o M.M. (jedynej w sieci) znalazłam określenie „grafik”. Fakt, skończyłam wydział grafiki, konkretnie – pracownię drzeworytu. Ani razu po studiach nie stanęłam przy graficznej prasie.

Za to próbowałam robić filmy animowane – cierpliwości starczyło mi na dwie noncamerowe miniatury. W literackim zakresie zadebiutowałam Małą encyklopedią ruchu; potem były książki o modzie i kulinariach. Robiłam maskotki, malowałam gumowe lalki, kleiłam makiety. Dłubałam biżuterię ze skóry, nizałam korale, zdobiłam malunkami drewniane chochle i deski. Tworzyłam kartki pocztowe, okładki do płyt, kalendarze; projektowałam książki, reklamy, katalogi.

W przerwach pomiędzy tym i owym stylizowałam znane osoby, asystowałam przy zdjęciach, aranżowałam wystawy, prowadziłam plenery, uczestniczyłam w sympozjach, wygłaszałam referaty.

Pisałam. Do periodyków, dzienników, miesięczników. Do katalogów. Do ludzi znanych i nie. Przeprowadzałam wywiady na tematy hobbystyczne z osobami medialnymi. Recenzowałam wystawy, książki, filmy, komiksy. Przygotowywałam wariackie przyjęcia. Opisywałam wariackie przyjęcia. Złożyłam książkę o wariackich przyjęciach. Realizowałam programy telewizyjne, nagrywałam, montowałam, wygłaszałam felietony. Byłam radiowcem i tak zwaną osobowością telewizyjną. Uczyłam. Dzieci, młodzież i dorosłych. Historii sztuki, plastyki, matematyki. Obroniłam doktorat. Jak to zebrać do kupy?

Niedawno usłyszałam: ty jesteś jak Irena Kwiatkowska – kobieta pracująca, która żadnej pracy się nie boi. Zbiegiem okoliczności przed wielu laty Irena Kwiatkowska sprezentowała mi łóżeczko – plecione, wiklinowe. Szybko z niego wyrosłam, niestety.

Ale może dostałam od niej coś więcej?

Indeks nazwisk

A

Abakanowicz Magdalena

Adamczewski Piotr

Adamczyk Sabina

Adamczyk Włodzimierz

Anderson June

Andrzejewski Piotr

Arens Mirosława

B

Bablet Denis

Bablet Marie-Louise (Misolette)

Bacewiczówna Grażyna

Bakuła Hanna

Balcerowicz Leszek

Banaszak Hanna

Bardini Aleksander

Bashō Matsuo

Berdyszak Jan

Biernacka Alina

Bogusz Marian

Bohdziewicz-Winiarska Emilia

Bojko Szymon

Bokiewicz Jan

Bonarski Andrzej

Brillat-Savarin Anthèlme

Brzechwa Jan

Bułhakow Michaił

Buñuel Luis

C

Calder Alexander

Castro Ruz Fidel

Cegielski Max

Cendrowska Ewa

Chełkowska Izabela

Chyła Tadeusz

Cichowicz Stanisław

Copra Fritjof

Craig Eduard Gordon

Cybis Jan

Cynke Anna Monika

Cywińska Izabela

Czapla Marian

Czapski Józef

Czeczot Andrzej

Czerniewska Klara

Ć

Ćwierczakiewiczowa Lucyna

D

Dali Salvador

Daszkiewicz Jarosław

Dąbrowski Waldemar

Dłużniewska Emilia

Dłużniewski Andrzej

Dłużniewski Kajetan

Dmochowski Wojciech

Dobkowscy

Dobkowska Maria (Maja)

Dobkowska Marianna

Dobkowski Jan

Doležal Josef

Doležalova

Dominik Tadeusz

Drabik Jacek

Dryll-Glińska Elżbieta

Duchowscy

Duchowski Mirosław

Dyrzyńska Małgorzata

Dyrzyński Jacek

Dzikowska Elżbieta

E

Eco Umberto

Eidrigevicius Stasys

el Greco

Ernst Max

F

Fangor Wojciech

Fellini Federico

Fernandel (właśc. Fernand Joseph Désiré Contandin)

Fidel Castro, patrz Castro Ruz Fidel

Fijałkowski Stanisław

Forman Miloš

Fredro-Boniecki Tadeusz

Freud Zygmunt

Freudenreich Emilia, patrz Piekarska-Freudenreich Emilia

Freudenreich Wojciech

Freudenreichowie

Freddie Mercury, patrz Mercury Freddie

G

Gaultier Jean-Paul

Gémes Péter

Gierek Edward

Gierowski Stefan

Glińska Elżbieta, patrz Dryll-Glińska Elżbieta

Gliński Andrzej

Głuszczenko Irina

Godard Jean-Luc

Godlewski Włodzimierz

Goebel Marek

Goethe Johann Wolfgang

Golik Ewa

Golik Katarzyna

Gomułka Wiesław

Gorbaczow Michaił

Goya (właśc. Francisco de Goya y Lucientes)

Gribojedow Aleksander

Grochowiak Magdalena

Grochowiak Stanisław

Grotowski Jerzy

Grzegorzewski Jerzy

Guggenheim Peggy

Gustowska Izabella

Gutowski Maciej

H

Hase Grażyna

Hitler Adolf

Hniedziewicz Magdalena

Hrycko Halina

I

Ingarden Roman

J

Jabłonowska-Ratajska Zofia

Jachtoma Aleksandra

Jampolski Leszek

Jan Paweł II

Jaromscy

Jaromska Marianna, patrz Murawska-Jaromska Marianna

Jaromska Wiktoria

Jaromski Marek

Jaruzelski Wojciech

Jasiuk Jerzy

Jethon Magdalena

Jethon Marta

Joanna d’Arc

Jonas Andrzej

Jonas Hanna

Jonasowie

K

Kalina Andrzej

Kalina Jerzy

Kandinsky Wassily

Kanownik Krystyna

Kantor Tadeusz

Karpiński Maciej

Kłossowicz Jan

Kochanowski Jan

Kōji Kamoji

Kolumb Krzysztof

Komar Michał

Konic Paweł

Kopczewski Jan

Kowalska Bożena

Kramsztyk Roman

Krempel Ulrich

Krukowski Wojciech

Kucharski Henryk

Kuroń Maciej

Kwiatkowska Irena

L

Lahusen Aliska

Laudański Leszek

Lec Stanisław

Lennon John

Loren Sophia

Lorenc Michał

Luba Iwona

Lynch David

Ł

Łempicka Tamara

Łubieńska Elżbieta

Łukomski Józef

M

Madonna

Majewska Barbara

Maksymiuk Jerzy

Malczewski Jacek

Małkowski Eugeniusz Geno

Mapplethorpe Robert

Marconi Guglielmo

Markowski Eugeniusz

Marx, bracia

Matuszewski Andrzej

Maziarska Jadwiga

Mazowiecki Tadeusz

Mazurówna Krystyna

Mądzik Leszek

Mądzik Liwia

McCartney Paul

Meker Alfred

Mercury Freddie (właśc. Farrokh Bulsara)

Mickiewicz Adam

Młynarski Wojciech

Modzelewski Jarosław

Mołotow Wiaczesław Michajłowicz

Monatowa Maria

Moore Henry

Mozart Wolfgang Amadeusz

Murawska-Jaromska Marianna

Muter Mela (właśc. Maria Melania Mutermilch)

Myjak Adam

N

Nacht-Samborski Artur

Néray Katalin

O

Oller Joseph

Osiatyński Wiktor

Osiecka Agnieszka

P

Pabel Grzegorz

Pągowska Teresa

Pape Eva

Pavarotti Luciano

Petrykowski Janusz

Piątkowski Andrzej

Picabia Francis

Picasso Pablo

Piekarska-Freudenreich Emilia

Pietkiewicz Marek

Pietrasik Zdzisław

Pietruszczyk Tomasz

Piłsudski Józef

Płócienniczak Irena

Płócienniczak Jan

Podkowiński Władysław

Proust Marcel

Pysiak Barbara

Pysiak Krzysztof

R

Rabelais François

Ratajscy

Ratajski Sławomir

Reagan Ronald

Rechowicz Gabriel

Rechowicz Hanna

Rechowicz Zuzanna

Rembrandt (właśc. Rembrandt Harmenszoon van Rijn)

Renes Andrzej

Retmaniak Anna

Ribbentrop Ulrich Friedrich Willy Joachim von

Rolke Tadeusz

Rosenstein Erna

Rosocha Ulrike

Rosocha Wiesław

Rosochowie

Roszkowska Wanda

Rybiński Maciej

S

Sandauer Artur

Santor Irena

Schubert Franz

Sempoliński Jacek

Sendłak Jerzy

Serafin Lidia

Sienicki Jacek

Sieradzka Anna

Sitkowska Maryla

Siuda Lech

Sobolewski Tadeusz

Sosnowska Honorata (Ata)

Sosnowski Kajetan

Stajuda Jerzy

Stalin Józef

Starowieyski Franciszek

Stażewski Henryk  

Sveland Maria

Szajna Józef

Szańkowski Maciej

Szaybo Rosław

Szejd Romuald

Szekspir William

Szot Jerzy

Ś

Świerzy Magdalena

Świerzy Waldemar

T

Tanguy Yves

Tarasewicz Leon

Tarasin Jan

Tatarkiewicz-Małkowska Wanda

Tchórzewski Jerzy

Tomaszewscy

Tomaszewski Henryk

Toulouse-Lautrec Henri de

Trafankowska Daria

U

Ücker Günter

Umeda

V

van Gogh Vincent

Velázquez Diego

Verdi Giuseppe

W

Wagner Ryszard

Wajda Andrzej

Walczewski Marek

Wałęsa Lech

Waniek Henryk

Wańkowicz Melchior

Waszczuk Kazimierz

Weiner Lawrence

Wiechno Barbara

Wierzchowska Wiesława (Sławka)

Więcek Daniel

Więcek Magdalena

Więckiewicz Robert

Winiarska Zofia, patrz Bohdziewicz-Winiarska Emilia

Winiarski Ryszard

Wojtyszko Maciej

Wolska Zofia

Woody Allen (właśc. Allan Stewart Konigsberg)

Woydyłło-Osiatyńska Ewa

Wróblewska Danuta

Wyrzykowski Marek

Wyspiański Stanisław

Z

Zagrodzki Janusz

Zak Eugeniusz

Ziemski Rajmund

Ż

Żygulski Kazimierz


Autorka nie chciała zdradzić, co weszło w skład dania, każdy dochodził tego indywidualnie, smakując przydzieloną porcję. – Seler, mam seler – zdecydowałam i okazało się, że tak, mam rację. – Marchewka, znalazłem marchewkę – ucieszył się mój mąż. Też trafił. – Chyba trafiłem na kawałek wołowiny – zatriumfował Sławek. Również się nie pomylił.