Wydawca: Media Rodzina Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 334 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie na podglądzie - Len Vlahos

Co byś zrobił, gdyby życie twojej rodziny niespodziewanie stało się obiektem telewizyjnego show?

Piętnastoletnia Jackie Stone kocha swojego tatę. Jej tato, Jared, kocha Jackie. Nic dziwnego, że gdy Jared dowiaduje się o swym śmiertelnym nowotworze mózgu, przede wszystkim myśli o zabezpieczeniu rodziny. Postanawia sprzedać... swoje życie na eBayu. Konsekwencje tej decyzji wywrócą rodziny do góry nogami, gdy okaże się, że jednym z licytujących jest telewizyjny producent reality show. Jackie zostanie zmuszona do podjęcia działań, na które nigdy by się nie odważyła, i zyska zupełnie niespodziewanych sojuszników.

Błyskotliwa, przewrotnie zabawna, mocna powieść dla młodzieży ze świetnie nakreślonymi bohaterami, wśród których niepoślednią rolę odgrywa sam zyskujący świadomość nowotwór.

Opinie o ebooku Życie na podglądzie - Len Vlahos

Fragment ebooka Życie na podglądzie - Len Vlahos

Prolog

Prolog

Czwartek, 10 września

Jackie Stone kochała tatę. Bardzo go kochała.

Przykleiła zdjęcie taty – miał na imię Jared – na wewnętrznej stronie drzwi szafki w szkole. Było to niedawno zrobione selfie, na którym oboje siedzieli na wyciągu narciarskim. Kosmyki jasnych włosów Jackie wymykały się spod czapki, ale bynajmniej nie zasłaniały szerokiego od ucha do ucha uśmiechu. Zawsze, gdy miała zły dzień, a zdarzało się jej to częściej niż innym, wystarczyło, że zerknęła na tę fotografię. Stała się dla niej wizualnym odpowiednikiem przytulanki.

W te dni, kiedy Jared nie jeździł do Salem, gdzie pracował w legislaturze Oregonu, najczęściej barykadował się w swoim gabinecie. Jackie podejrzewała, że równie dobrze mógł wtedy pracować, jak i grać na Wii. Wiedząc, jak tata się cieszy, pokonawszy Tigera Woodsa w jego własnej dyscyplinie, nawet jeśli mecz odbył się jedynie na wirtualnym polu golfowym, kochała go tym bardziej. W każdym razie nie przeszkadzała mu, kiedy zamykał drzwi na klucz.

Ale czwartki były wyjątkowe.

W czwartki tata załatwiał różne sprawy domowe – w sklepie spożywczym, na poczcie, w pralni chemicznej – a potem szedł na siłownię. Po powrocie do domu stawiał przy drzwiach torbę z przepoconym strojem treningowym, wbiegał po schodach, przeskakując po dwa stopnie, i siadał z Jackie na najwyższym z nich. Trochę rozmawiali, jedli obiad z mamą i siostrą Jackie, a potem siedzieli przytuleni na sofie i leniwie przerzucali kanały w telewizji. Jackie i tata nazywali te chwile „rodzinną randką”. To była jej ulubiona część tygodnia.

Skończyła dopiero piętnaście lat, ale wtulona w ciepłe, bezpieczne ramię ojca czuła spokój i komfort, których nic innego na świecie nie mogło jej zastąpić. Wiedziała, że on też to czuje.

Jednak w ten czwartek oczekiwanie na powrót taty niemiłosiernie się dłużyło.

Spóźniał się.

***

Jared Stone lubił swój mózg. Bardzo go lubił.

Oczywiście zdarzały się chwile – podczas monotonnych dojazdów z pracy do domu, nudnych rund transmitowanych późno w nocy meczów baseballa, krzepiącej rutyny cotygodniowych mszy – kiedy jego mózg się wyłączał, przechodził w tryb autopilota. Zwykle jednak działał na najwyższych obrotach.

Pomagał mu poruszać się po korytarzach kapitolu stanowego, do którego Jared już po raz piąty został wybrany na dwuletnią kadencję jako przedstawiciel zacnych mieszkańców Portland. Podpowiadał, jak odczytywać enigmatyczne miny żony Deidre i dwóch nastoletnich córek, Jackie i Megan – dzięki temu nie miał wątpliwości, kiedy go potrzebują, a kiedy powinien je obchodzić szerokim łukiem. Jego mózg wiedział, które jedzenie dobrze smakuje, które kobiety są atrakcyjne i którzy znajomi mają kłopot z zapachami wydzielanymi przez ich ciała. W gruncie rzeczy całkiem nieźle się orientował, co jest dobre, a co złe. Można powiedzieć, że mózg Jareda był jego najlepszym przyjacielem. I właśnie z tego powodu trudno mu było przyjąć do wiadomości, że jego mózg zaatakował glejak wielopostaciowy IV stopnia – a właściwie byłoby mu trudno, gdyby wiedział, czym jest glejak wielopostaciowy IV stopnia.

– Glejo… co? – zapytał.

Lekarka, kobieta o popielatych włosach i kwadratowej szczęce, w białych sandałach – takich, jakie nosiła jego ciotka Eva – przyglądała mu się przez chwilę.

– Przykro mi, Jared. Masz guza mózgu.

Odczekał, aż słowa przestaną wirować w jego głowie: „Przykro mi, Jared. Masz guza mózgu”. Było jej przykro z powodu guza czy dlatego, że nie wyraziła się dość jasno, mówiąc o „glejaku wielopostaciowym IV stopnia”? Czy guz wyrósł właśnie na tej części mózgu, której w tej chwili używał?

– I co w związku z tym? – zapytał.

– Złe wieści – odparła lekarka.

– Złe wieści?

Jared słyszał jej słowa, ale nadążanie za tematem rozmowy sprawiało mu trudność. Wiedział, że powinien się skupić, że właśnie teraz jest to o wiele ważniejsze niż kiedykolwiek przedtem, ale nie potrafił. Właśnie te zdarzające się od czasu do czasu spadki koncentracji, napady rozkojarzenia i utraty pamięci oraz ciągły ból w prawej skroni przyprowadziły go do neurologa.

– Tak – powiedziała lekarka. Poczekała chwilę, dając mu szansę, żeby sam się domyślił.

– Złe wieści – powtórzył, wreszcie wykazując zrozumienie.

– Nie da się go operować.

– Nie da się operować… – Tym razem Jared od razu zrozumiał sens jej słów.

– Mogę przepisać jedynie terapię paliatywną.

– Przepraszam, pani doktor, nie znam tego słowa.

Nie wiedział jednak, czy zawsze tak było, czy kiedyś je znał, ale uleciało mu z pamięci.

– To znaczy, że możemy spróbować uśmierzyć ból, ale nie da się usunąć guza. Będzie się rozrastał.

– Guz będzie się rozrastał?

– Tak.

Jared pozwolił, żeby ta informacja również wybrzmiała i przetoczyła się przez jego głowę. Znowu się zastanawiał, czy toczy się nad guzem, pod guzem, wokół niego, a może przez sam środek.

– Mogę żyć z guzem? – zapytał.

Lekarka westchnęła. Był to niezamierzony odruch. Powstrzymała się, a jej stłumione „ach…” zabrzmiało bardziej jak potwierdzenie najgorszych przeczuć niż wyraz współczucia. Potem powiedziała:

– Nie.

– Nie – powtórzył Jared.

– Nie.

Powiedziała to rzeczowym tonem, jakby informowała go o temperaturze powietrza albo o wilgotności, ale Jared zauważył, że zaszkliły jej się oczy, więc zrobiło mu się jej żal. Empatia była filarem jego charakteru, a przynajmniej tak sądził. Już niczego nie mógł być pewien.

***

Glejak wielopostaciowy IV stopnia lubił mózg Jareda Stone’a. Bardzo go lubił. Prawdę mówiąc, wręcz za nim przepadał.

Tak jak większość organizmów, guz nie miał pojęcia, skąd się wziął. Podobnie jak noworodek, który opuszcza łożysko i od razu przysysa się do piersi matki, pewnego dnia glejak po prostu zbudził się, posmakował szarych komórek płatu czołowego Jareda i odkrył, że ta sytuacja mu odpowiada.

Z punktu widzenia guza było to normalne zajęcie. Guzy już tak mają: pożerają wspomnienia swojego żywiciela, dopóki oboje – żywiciel i guz – nie przestaną istnieć. Glejak opychał się pozornie niewyczerpanym zapasem neuronów, przejmując esencję umysłu żywiciela i z upływem czasu stając się Jaredem bardziej niż sam Jared. Jeszcze nie wiedział, że kiedy to się stanie, będzie po wszystkim. Wiedział tylko, że musi jeść, że wspomnienia Jareda są doskonałym źródłem pożywienia i że warto rozkoszować się ich smakiem.

Tego dnia, w czwartek rano, kiedy Jared poszedł do lekarza i gdy okazało się, że ma raka mózgu, glejak przyglądał się wspomnieniu narodzin starszej córki Jareda, Jackie.

Deirdre, żona Jareda i matka Jackie, leżała na stole porodowym – jej głowa i ramiona znajdowały się na jednym końcu łóżka, a nad drugim pochylali się lekarz i pielęgniarki, ale zasłaniali widok i glejak nie widział, czym dokładnie się zajmowali. Guz chłonął każdy szczegół. Śnieżnobiałą, błyszczącą podłogę i ściany; przenikające się zapachy krwi i środków dezynfekcyjnych, które zwiastowały coś ważnego; pulsujące dźwięki aparatury monitorującej i syk respiratorów. Guz przyswajał sobie obrazy, zapachy i dźwięki z taką ciekawością, jakby sam ich doświadczał, co w pewnym sensie było zgodne z prawdą. Dla niego wspomnienie tamtej chwili niczym się nie różniło od tego, w jaki sposób pamiętał je Jared.

Smak i struktura tego konkretnego wspomnienia podpowiedziały glejakowi, że potrzebne było cesarskie cięcie, bo pępowina owinęła się wokół szyi dziecka. Jared, a teraz guz, czuł, że ze strachu żołądek podchodzi mu do gardła.

Jared siedział koło łóżka, pochylał się nad Deirdre, trzymał ją za rękę i powtarzał wyświechtane frazesy: „Wszystko będzie dobrze”, „Lekarz twierdzi, że takie sytuacje zdarzają się bardzo często”. Starał się, żeby jego słowa brzmiały szczerze, ale guz wiedział, że żywiciel sam im nie wierzy. Wiedział to, bo sam też był do nich sceptycznie nastawiony.

Deirdre płakała. Glejak najbardziej na świecie chciał ją pocieszyć.

Nagle rozległ się nowy płacz.

Inny płacz.

Płacz, w którym brzmiały wszystkie tajemnice wszechświata.

Na początku płacz był skoncentrowany nad ciałem Deirdre, ale jego dźwięk szybko rozszedł się po całej sali i Jared – a teraz guz – poczuł atak paniki.

Lekarka anestezjolog, której guz nie zauważył, kiedy usiadła koło Jareda, zapewne wyczuła niepokój w jego zachowaniu.

– Wszystko w porządku – powiedziała. – Teraz ją myją, a potem zrobią jej test Apgar.

– Test Apgar? – zaniepokoił się Jared.

– To jednorazowe badanie potwierdzające, czy wszystko jest na swoim miejscu. Rutynowa kontrola.

Po chwili weszła położna w zielonym fartuchu ochronnym i masce, która zasłaniała jej całą twarz oprócz oczu. Pokazała dziecko Deirdre, a potem podała je Jaredowi.

– Gratulacje – powiedziała.

Guz zauważył jej promienny uśmiech pod maską. Zdziwił się, jak to możliwe, żeby okazywać tyle szczerych emocji z powodu czegoś, co się robi co dzień.

– Cześć, Jacquelyn – przywitał córkę Jared. – Jaka jesteś malutka!

Guz poczuł, że mięśnie ramion i karku Jareda stężały. Napawał się jego niepewnością i lękiem, że może niechcący upuścić tego nowo narodzonego człowieka.

– Daj mi ją zobaczyć – powiedziała Deirdre.

Jared uklęknął na jedno kolano i przytrzymał noworodka w polu widzenia żony. Nagle zrobił coś, czego guz kompletnie nie mógł zrozumieć – zaczął śpiewać.

Na początku piosenka brzmiała tak cicho, że glejak był pewny, iż nikt oprócz niego – nawet Deirdre – jej nie słyszy. To była kołysanka przeznaczona tylko dla uszu nowo narodzonej córeczki. Jednak guz ją usłyszał i pomyślał, że jest piękna: Seven Spanish Angels Williego Nelsona i Raya Charlesa. Ten tytuł nagle wpadł mu do głowy, a raczej wpadłby, gdyby guz miał głowę, ale jej nie miał. Jednak wrażenie było identyczne.

– Przestała płakać – powiedziała Deirdre, a guz, widząc jej wzrok, pomyślał, że żona żywiciela zaraz pęknie z radości.

Jared uśmiechnął się, pochylił i pocałował Deirdre w czoło. Potem pochylił się jeszcze bardziej i pocałował małą Jackie dokładnie w to samo miejsce. Skóra Deirdre była zmęczona i zroszona potem, tymczasem Jackie była gładka, pachniała nadzieją i obietnicą. Maleństwo cicho zakwiliło.

Guz wiedział, że więzi, która w tej chwili połączyła ojca z córką, już nic nie zerwie. Przez jakiś czas delektował się tym uczuciem i pozwolił, by spowiła go wszechogarniająca radość.

Następnie glejak wielopostaciowy IV stopnia pożarł w całości to wspomnienie.

***

Megan, młodsza siostra Jackie, zaprosiła na czwartkowe popołudnie grupę znajomych, siostrze zaś wyraźnie dała do zrozumienia, że jej obecność nie jest szczególnie mile widziana. Jackie wcale nie zależało na tym, żeby z nimi zostać. Ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę, było oglądanie powtórek Kawalera do wzięcia albo innego kretyńskiego reality show w towarzystwie Megan i jej koleżanek gdaczących przed telewizorem jak stado kur.

Tata nie wrócił o umówionej porze, więc Jackie poszła do swojego pokoju, żeby odrobić lekcje. Ominęła leżącą na dywanie stertę brudnych ubrań, dotknęła na szczęście (jak zawsze) wielkiego plakatu Wrednych dziewczyn, a potem odsunęła rozłożone na biurku podręczniki i powieści kryminalne, żeby się dostać do swojej torby. Bezwładnie padła na łóżko, położyła się na brzuchu i oparła o poduszkę zeszyt ćwiczeń.

Z ołówkiem w jednej ręce, nawijając kosmyki włosów na palec drugiej, Jackie uśmiechnęła się, kiedy napotkała angielskie słówko, które miało się przydać uczniom dziesiątej klasy:

fatuous ['fatjʊəs] – głupi albo próżny.

Nic dodać, nic ująć – Megan i jej gang gwiazdek z ósmej klasy były na sto procent głupie i do szpiku kości próżne.

Nie żeby to miało znaczenie. Jackie zaszyłaby się w swoim pokoju, nawet gdyby Megan i jej koleżanki nie opanowały całego piętra. Ten pokój był jej azylem – jedynym miejscem w całym domu, gdzie mogła się czuć absolutnie swobodnie.

Jedynym miejscem poza domem, w którym Jackie czuła się komfortowo, był Internet. Często dochodziła do wniosku, że połączenie ze światem jest o wiele ważniejsze niż wychodzenie mu naprzeciw. Przede wszystkim odpowiadało jej poczucie anonimowości. Możesz godzinami siedzieć na jakiejś stronie internetowej albo na czacie i pies z kulawą nogą się tobą nie zainteresuje. Nikt nie zwraca na ciebie uwagi, a jeżeli nawet tak, to jeden klik i już go nie ma. To trochę tak, jakby Jackie miała swoją osobistą parę czerwonych trzewiczków, które potrafiły ją w mgnieniu oka teleportować z Krainy Oz do Kansas albo do Hollywood, albo do Tokio.

Jedynym człowiekiem, z którym kiedykolwiek rozmawiała online, był Maks. Właśnie teraz Jackie miała ochotę z nim pogadać, ale wiedziała, że tak późnym popołudniem na pewno nie będzie dostępny.

Usłyszała, że ktoś otworzył i zamknął drzwi wejściowe do domu, zgraja koleżanek Megan chórem zawołała: „Dzień dobry, panie Stone”, a potem zaśmiała się kompletnie bez powodu. To jedna z rzeczy, które najbardziej drażniły Jackie u koleżanek Megan – ten ich bezsensowny śmiech.

To jednak było nieważne. Tata wrócił. Jackie wstała z łóżka, wyszła z pokoju i już po chwili siedziała na najwyższym stopniu schodów.

Usłyszała, że tata powiedział coś do mamy – ale nie zrozumiała, co – a potem wyszedł zza rogu i ruszył po schodach na górę. Jej szeroki od ucha do ucha uśmiech zgasł, kiedy się zorientowała, że tata mamrocze pod nosem i zdaje się co najmniej zdezorientowany. Oszołomiona przepuściła go, kiedy przeszedł obok.

– Tato?

Jared przystanął i odwrócił się.

– Och, cześć, Jax, przepraszam. Nie zauważyłem, że tu siedzisz.

To nie było normalne zachowanie. Absolutnie. Przeszedł i jej nie zauważył? To mniej więcej tak, jakby prezydent Stanów Zjednoczonych w roztargnieniu minął mównicę podczas konferencji prasowej. Takie rzeczy po prostu się nie zdarzają.

– Tato, wszystko w porządku?

– Co? Aha, tak. Mam dzisiaj dużo pracy.

Jackie od razu poznała, że to nieprawda.

– Muszę się spiąć – dodał, a potem wszedł do gabinetu i zamknął drzwi, zostawiając zszokowaną córkę na korytarzu. Nie zaprosił jej do środka.

***

Jared jeszcze nie był gotowy na szczerą rozmowę z rodziną. Nie mógł im powtórzyć tego, co usłyszał od lekarki – że napady dezorientacji i bóle głowy staną się częstsze i coraz bardziej dokuczliwe, a za trzy, może cztery miesiące umrze.

Nieprzyjemnie się czuł z powodu incydentu z Jackie na schodach, ale w tej chwili nie mógł zawracać sobie tym głowy. Musiał wszystko przemyśleć.

Lekarka powiedziała mu, że w jakimś stopniu może kontrolować wrażenie chaosu, redukując liczbę bodźców zewnętrznych, które jego mózg jest zmuszony przetwarzać. Jared rozejrzał się po gabinecie, szukając potencjalnych bodźców zewnętrznych. Wyłączył komputer, monitor i drukarkę, żeby zlikwidować szum tych urządzeń. Zgasił światło pod sufitem i lampkę na biurku. Głupio mu było tak stać w ciemności, więc położył się na wznak na podłodze.

Leżał przez kilka minut, a potem powiedział na głos:

– Konam.

Zaskoczył go dźwięk własnego głosu, więc powtórzył:

– Konam.

Trebusz, pies Stone’ów, który akurat drzemał w gabinecie, na chwilę uniósł łeb, a potem w sposób typowy dla czarnych labradorów w jesieni życia oparł go z powrotem na łapach i zmęczony głośno westchnął.

Jared skojarzył, że „konam” jest anagramem słowa „manko”. Nagle uświadomił sobie, że dzięki panującej w pokoju ciszy wreszcie może jaśniej myśleć.

– Zatem umieram – powiedział. W myślach dodał: „To anagram słów: »teraz ma mumie«. Dziwne”.

Im dłużej rozmyślał o śmierci, tym mniej się jej bał. Musiał się zająć ważniejszymi sprawami. Jak wielu urzędników legislatury, Jared miał dwie prace, żeby wiązać koniec z końcem. W odróżnieniu od większości urzędników, nie był jednak prawnikiem, tylko projektantem grafiki. Niezbyt wysokie dochody z obu działalności, nawet uzupełnione pensją Deirdre, nie były w stanie pokryć wydatków rodziny. Tuż po narodzinach Jackie wykupił ubezpieczenie na wypadek śmierci, ale polisa na dwadzieścia lat opiewała na zaledwie pięćset tysięcy dolarów. Te pieniądze błyskawicznie się rozejdą, zjedzone przez raty kredytu hipotecznego – jak jabłko zjedzone przez robaka albo jak mózg zjedzony przez raka. Wytężył umysł, szukając sposobu na rozwiązanie tego problemu, ale im dłużej się zastanawiał, tym bardziej doskwierał mu ból głowy. Nie był pewien, czy czuje się tak przez nowotwór, czy raczej z powodu trudnej sytuacji, lecz to była drugorzędna sprawa.

– Musisz zdobyć kasę – mruknął półgłosem i od razu pomyślał: „sędzia szybko smuć”.

Skąd mu wpadały do głowy te anagramy? Nigdy nie miał skłonności do zabawy słowami, a w każdym razie nie przypominał sobie, żeby je miał. Może guz stymulował niektóre części mózgu, jednocześnie zabijając inne?

Wymyślając kolejne anagramy, zapadł w sen („w nasze padł”), kołysany falami literek i słów („ta siła ról w filmie”).

***

Jackie zwróciła uwagę, że przez kilka dni tata zdawał się zamknięty w sobie. Próbowała pociągnąć go za język, ale każda rozmowa okazywała się jeszcze bardziej zagadkowa niż poprzednia.

– Cześć, tato – przywitała go pewnego dnia.

– Co? Och, aha, cześć, Fistaszku. Dzięki, wszystko w porządku.

Odwrócił się i odszedł.

Ta zdawkowa wymiana zdań była nietypowa i bolesna dla Jackie. Przecież nawet go nie zapytała, co u niego słychać ani nic w tym rodzaju. Na domiar złego tata zawsze nazywał Fistaszkiem Megan.

– Tato, pomożesz mi rozwiązać zadanie z matematyki? – poprosiła przy innej okazji.

– Pewnie, Jax, ale może później. Najpierw obejrzyjmy Jerycho.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że minął już rok od ostatniego odcinka Jerycha.

Dla ścisłości wypada powiedzieć, że nie wszystkie ich spotkania przebiegały w tak dziwny sposób – Jared nadal pamiętał, żeby zapytać Jackie o szkołę, i nawet udawało mu się okazać zainteresowanie nowinkami – jednak dla niej było wystarczająco dużo znaków, że coś tu nie gra.

Próbowała porozmawiać z mamą, lecz Deirdre była rozkojarzona w zupełnie inny sposób, typowy dla wszystkich matek z podmiejskich dzielnic. Zawsze mają zbyt wiele spraw na głowie, żeby się zamartwiać, o ile nic nie uruchamia w ich świadomości syreny alarmowej. Guz Jareda niewątpliwie powinien wywołać alarm, ale jeszcze nikt nie zgłosił pożaru.

Jackie doszła do wniosku, że tata jest po prostu przemęczony pracą czy czymś w tym rodzaju i starała się nie roztrząsać tematu. Dzięki temu niechcący mogła się nacieszyć ostatnimi chwilami błogiej niewiedzy.

***

Jared przez cztery dni nikomu nie mówił o raku mózgu. Większość czasu leżał na podłodze w swoim gabinecie i próbował pozbierać myśli. Wychodził z pokoju na tyle często, żeby reszta rodziny nie nabrała podejrzeń, że dzieje się coś dziwnego, a potem wracał, upewniwszy się, że na jakiś czas oddalił problem.

Jared próbował znaleźć sposób na to, żeby zapobiec trudnej sytuacji finansowej, w której, jak sądził, wkrótce się znajdą jego najbliżsi. Niedługo trzeba będzie opłacić college. A potem przyjdzie czas na samochody, wakacje i inne rzeczy, na które dzieci zwykle potrzebują pieniędzy. Przede wszystkim jednak próbował myśleć. Kiedy nudziło go leżenie w ciemności, włączał komputer i surfował po stronach internetowych poświęconych nowotworom. Od czytania ponurych informacji o glejakach wielopostaciowych IV stopnia zaczynała go boleć głowa, więc niemal odruchowo przełączał się na strony z wiadomościami albo rozrywką.

Właśnie w taki sposób trafił na dziwny artykuł sprzed kilku miesięcy:

Rozwiedziony mężczyzna sprzedaje swoje życie na aukcji internetowej

14 marca – Worldwide News Now

Kiedy Jens Schmidt postanowił, że potrzebny mu nowy start, wystawił na sprzedaż przez Internet cały zgromadzony przez siebie materialny dorobek życia – od napoczętej tubki pasty do zębów do toyoty camry z 2002 roku. Całe życie Jensa Schmidta stanie się własnością uczestnika aukcji, który zaproponuje najwyższą cenę.

Zdawało się, że Jens Schmidt, trzydziestoczteroletni Holender, wzięty prawnik oraz pasjonat paralotniarstwa i narciarstwa, ma wszystko, czego człowiek potrzebuje do szczęścia. Jednak gdy jego pochodząca z Włoch żona Anna Mazzucchi po siedmiu latach małżeństwa zażądała rozwodu, Schmidt zdecydował, że nadszedł czas, by kompletnie odmienić swój los.

„Nie chciałem, żeby cokolwiek przypominało mi o dawnym życiu” – twierdzi.

Wśród wystawionych na sprzedaż przedmiotów są: jego dom, wanna, ubrania, telewizor, kot i samochód. Pan Schmidt pisze: „Pakiet zawiera też moich znajomych. Jeżeli wygrasz aukcję, obiecują, że będą dla ciebie mili”.

Jared oderwał wzrok od artykułu na ekranie monitora i przez chwilę czuł się tak, jakby świat się zatrzymał.

W jego umyśle zaczęła kiełkować pewna myśl. Szalona myśl. Pomysł, na który mógł wpaść jedynie człowiek z glejakiem wielopostaciowym IV stopnia. Postanowił wystawić na sprzedaż na eBayu swoje życie – nie przedmioty materialne, ale samo życie.

Lobby zwolenników eutanazji już od jakiegoś czasu nalegało, żeby zajął stanowisko wobec proponowanego złagodzenia oregońskiego prawa do decydowania o swojej śmierci. Teraz mógł zostać ich orędownikiem. Jared Stone – na sprzedaż. Licytuj, kup i zrób z nim wszystko, co zechcesz.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Licytatorzy

Wtorek, 15 września

Pozostało: 9d 9h 14m

Hazel Huck lubiła gry. Bardzo lubiła.

Lubiła gry logiczne (szachy i krzyżówki), lubiła też gry losowe (kości i Ryzyko), ale najbardziej na świecie lubiła gry fabularne, od kampanii dla jednego gracza w uniwersum Dungeons & Dragons do sieciowych światów EverQuest, Dark Age of Camelot i World of Warcraft. Nic nie dawało Hazel większej satysfakcji niż wcielanie się w rolę innej postaci. Zmieniając się w postawną wojowniczkę elfów ze 150 punktami życia, stawała się niezwyciężona. Spędzała każdą wolną chwilę w tych światach. To był jej sposób na oderwanie się od szarości i nudy codziennego życia.

Hazel czuła się jak kosmitka. Pochodziła z zamożnej rodziny z Huntsville w Alabamie i jako siedemnastolatka powinna już myśleć o przygotowaniach do balu debiutantek. Koleżanki z jej klasy w Szkole dla Panien z Wyższych Sfer imienia Florence Nightingale miały obsesję na punkcie tych przyjęć. Hazel jednak była inna. Idea oficjalnego wprowadzenia młodych dam na salony zdawała się jej w najlepszym razie anachroniczna i co najmniej żenująca. Jej rodzice, prawnicy specjalizujący się w prawie morskim, byli rozczarowani, ale szanowali niezależność córki.

Poza szkołą i obowiązkami wynikającymi z życia rodzinnego – codziennymi zajęciami, odwiedzinami u ciotek i wujków, rutynowym udziałem w niedzielnej mszy – Hazel żyła w wirtualnym świecie. Najbliższymi jej przyjaciółmi byli członkowie gildii w Warcrafcie. Co w tym dziwnego? Byli ciekawymi ludźmi. Nigdy nie spotkała ich osobiście, ale wiedziała o nich więcej niż o koleżankach ze szkoły. Był wśród nich biznesmen w średnim wieku z Nowego Jorku, uczennica szkoły średniej z Boliwii, a nawet osoba podająca się za autora (autorkę?) poczytnych powieści scence fiction, chociaż nie chciał (-a?) zdradzić tytułów, treści książek ani nazw wydawnictw, z którymi współpracował (-a?). Nieważne. W tym świecie mogłeś być, kim chciałeś, nie tylko w sensie odgrywanej postaci, ale i opowiadanych o sobie historii.

Podczas pierwszych kontaktów ze środowiskiem gier sieciowych Hazel wstydziła się swojej historii, a właściwie jej braku, więc wymyśliła sobie życiorys. Twierdziła, że studiuje literaturę angielską na uniwersytecie „w jednym z europejskich krajów”. Wyglądało na to, że ta informacja zrobiła wrażenie na innych graczach, więc Hazel już nie mogła przyznać się do kłamstwa. Dla uwiarygodnienia swojej wirtualnej tożsamości prowadziła szczegółowe badania dotyczące programu studiów literatury angielskiej na najważniejszych uczelniach Wielkiej Brytanii i Francji. Zawsze miała pod ręką najświeższe nowinki, potwierdzające jej wersję. Z upływem czasu sama zaczęła wierzyć, że ta postać – którą na forum publicznym nazywała Tess – naprawdę istnieje. Było już za późno, żeby wyjawić, że tak naprawdę uczy się w szkole średniej – w pierwszej klasie, kiedy puściła w obieg tę plotkę, a teraz już w ostatniej – i że mieszka w Alabamie. Podtrzymywała zatem tę fikcję, nie dementowała kłamstwa.

Hazel właśnie rzucała zaklęcie lecznicze, gdy na ekranie pojawiła się wiadomość od znajomego z Warcrafta. IM napisał: „Ha, ha, przeczytaj to. Nie uwierzysz. ROTFL!” i dołączył link do aukcji wystawionej przez Jareda na eBayu.

Ale Hazel wcale nie było do śmiechu.

***

Ethan Overbee lubił swoją sekretarkę Monique. Bardzo lubił.

Lubił ją, bo umiała przewidzieć, kiedy zechce przełożyć jakieś spotkanie. Lubił ją, bo wiedziała, których podwładnych wpuszczać do jego biura, w które dni i jak długo przetrzymać ich w sekretariacie. Lubił ją, bo zawsze umiała spławić przez telefon jego dziewczynę, matkę lub siostrę. Przede wszystkim jednak lubił Monique za rzeczy, na które mu pozwalała po zamknięciu na klucz drzwi jego biura w Santa Monica.

Nigdy nie przyszło mu do głowy, że przez niego Monique czuje się jak droga prostytutka i że zniszczył w niej poczucie własnej wartości do tego stopnia, że dziewczyna patrząc w lustro, ma ochotę zwymiotować. Nigdy nie przyszło mu to na myśl, bo nie mogło. W przeciwieństwie do Jareda Stone’a, Ethan Overbee był człowiekiem kompletnie pozbawionym empatii.

Kilka lat później genetycy mieli odkryć, że za empatię u ludzi odpowiada konkretny marker genetyczny (w chromosomie 15q). Dalsze badania wykazały, że wśród najskuteczniejszych przywódców państw, dyrektorów dużych firm i zapalonych weekendowych cyklistów istnieje większy odsetek osób nie posiadających tego genu niż wśród reszty społeczeństwa. Ethan należał właśnie do tej grupy osób.

Nic więc dziwnego, że Ethan nie tylko miał obsesję na punkcie roweru, ale też w wieku trzydziestu dwóch lat był najmłodszym zastępcą dyrektora do spraw programowych w dziejach American Television Network. ATN była klejnotem koronnym imperium medialnego – właściciela stacji telewizyjnych, radiowych i gazet na całym świecie – które zdołało się wszystkim narazić, ale jednocześnie co roku przyciągało rekordową liczbę widzów, słuchaczy i czytelników. „New York Times” pisał na stronie redakcyjnej, że ATN jest „zwierciadłem, w którym odbijają się najciemniejsze zakamarki amerykańskiej duszy”. Gdyby Ethan zastanowił się nad tymi słowami (ale się nie zastanowił), pragmatyczna strona jego charakteru mogłaby się z nimi zgodzić.

Los nie dał Ethanowi empatii, ale szczodrze obdarzył go wdzięcznością. Ethan obsypywał drogimi upominkami tych, którzy dobrze go traktowali. Szczególną wdzięczność zaś czuł do Monique – która wciąż płakała w łazience, o czym on jednak nie wiedział. Akurat w tej chwili przeglądał aukcje na eBayu, szukając dla niej idealnego prezentu.

Wiedział, że Monique przepada za aktorem Heathem Ledgerem. W normalnej sytuacji zatelefonowałby do kilku osób i Ledger zjawiłby się w jego biurze, żeby zaprosić Monique na lunch. Niestety, facet przegiął z narkotykami, więc Ethanowi nie pozostało nic innego, jak coś kupić. „Artyści” – pomyślał. „Wszyscy są tacy sami”.

Na eBayu trwało prawie dwa tysiące aukcji związanych z Ledgerem, ale żaden z wystawionych przedmiotów nie wydawał mu się odpowiedni. Jego zdaniem, zdjęcie z autografem albo kostium, w którym aktor występował w jednym z filmów, były zbyt oklepane. Przyszło mu na myśl, że może istnieją jakieś pamiątki związane z jego śmiercią. Przez chwilę pomyślał z niepokojem, że takie memorabilia mogą się źle kojarzyć, jednak nie widział powodu, dlaczego ktoś miałby tak sądzić.

Gazety informowały, że śmierć Ledgera była przypadkowa, lecz Ethan w to nie wierzył, więc wpisał w wyszukiwarce hasło: „samobójstwo Ledgera”. Analizując kilka makabrycznych wyników wyszukiwania, zwrócił uwagę na odsyłacz: „Kupujący ten przedmiot oglądali też…”. Tytuł jednej z sugerowanych aukcji przykuł jego wzrok: „Sprzedam życie”. Kliknął w link.

W ten sposób Ethan Overbee znalazł aukcję Jareda.

***

Siostra Benedykta Joanna lubiła Internet. Bardzo lubiła.

Lubiła Internet, bo za jego pośrednictwem na swoim blogu pod nazwą kadecichrystusa.blogspot.com mogła głosić Słowo Boże. Lubiła Internet za to, że dzięki niemu mogła się łączyć z innymi wojownikami armii Chrystusa na całym świecie. Przede wszystkim jednak lubiła Internet za to, że pozwalał jej zobaczyć i zwalczać bezmiar rozpusty, arogancji i bluźnierstwa, które zagrażały przyzwoitemu społeczeństwu. Kogoś mniej optymistycznego mogłaby przytłoczyć taka ilość pornografii i przemocy, która wdarła się do światowego systemu informacyjnego. Ale nie siostrę Benedyktę – jej życiu nadała sens.

Jako przeorysza Zgromadzenia Sióstr Wieczystej Adoracji stała na czele swojej społeczności i uważała, że czuwanie nad dobrem i bezpieczeństwem zakonnic oraz nowicjuszek jest jej osobistą misją. Rozumiała przez to o wiele więcej niż zapewnienie im strawy i dachu nad głową. Musiała zrobić wszystko, co w jej – wprawdzie ograniczonej – mocy, żeby pomóc w dziele tworzenia świata opartego na wiedzy, nasyconego nauką i miłością Jezusa Chrystusa. Można zaryzykować stwierdzenie, że jedynie uwielbienie dla samego Chrystusa przewyższało uwielbienie siostry Benedykty Joanny dla Internetu.

W pewnym sensie siostra stanowiła relikt przeszłości. Od czasów Soboru Watykańskiego II większość zakonnic posługiwała się imieniem nadanym podczas chrztu, dlatego nietrudno było o siostrę Ellę, siostrę Casey czy też siostrę Jordyn. Tymczasem Angela Marie Taggart twierdziła, że zachowanie swojego imienia byłoby anatemą prawdziwej wiary. Zakonnice, które w dzieciństwie uważała za swoje idolki – odznaczające się pobożnością, posłuszeństwem i niemal żołnierską gracją – przyjmowały imiona świętych mężczyzn. Była to tradycja, którą siostra Benedykta czuła się zobowiązana podtrzymywać, przynajmniej na tyle, na ile to możliwe. Postrzegała swoje imię zakonne jako znak postawy surowej, ale krzepiącej dla młodych członkiń zgromadzenia, a tym bardziej dla uczennic katolickiej szkoły Zwiastowania Pańskiego, gdzie uczyła trzecie klasy. Po prostu niezręcznie im było kwestionować polecenia osoby o imieniu siostra Benedykta.

Jej najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa dotyczyły katolickiej mszy. Już jako czteroletnia dziewczynka wiedziała, że odda życie Chrystusowi. Nie rozumiała jednak – ani wtedy, ani teraz – dlaczego tylko ona to poczuła. Co tydzień tłum parafian wypełniał ławki kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej. Wierni w nabożnym skupieniu siedzieli pod wysokimi witrażami okien, wstawali, siadali i klękali, kiedy trzeba, a potem otwierali serca i portfele, kiedy ich o to poproszono. Przekazywali sobie znak pokoju, z natchnionymi uśmiechami mówiąc: „Pokój z tobą”. Jeżeli wszyscy wierzyli w Boga i Jego Słowo, jeżeli wierzyli, że Biblia mówi prawdę, a oni zebrali się po to, by sławić Pana, Króla nad królami, Stwórcę wszystkiego i Władcę ich losu, to dlaczego tylko raz w tygodniu było ich stać na oddawanie Mu czci? Czyż to nie powinno być ich podstawowe, codzienne zajęcie?

O tym rozmyślała siostra Benedykta, włączając laptopa. Jak zwykle, nie znalazła odpowiedzi na te pytania. Potrząsnęła głową i popiła łyk herbaty earl grey.

Siostra lubiła obserwować elektroniczne ablucje, których dokonywał jej komputer: ładowanie systemu Windows, start oprogramowania antywirusowego, sprawdzanie aktualizacji i odbieranie poczty. Wyobrażała sobie, że każdą z tych operacji zawiaduje ręka boska. Pamiętała jednak, że prawdziwym świadectwem Bożej łaski nie były cuda techniki, lecz umysły ludzi, którzy je stworzyli.

Otworzyła przeglądarkę i weszła na swojego bloga. Nigdy w stu procentach nie zdołała się przekonać do nazwy Kadeci Chrystusa, ale wszystkie inne dobre nazwy – takie jak Wojownicy Chrystusa, Rycerze Chrystusa i Żołnierze Chrystusa – już były zajęte. Zauważyła nowy komentarz, co nie zdarzało się zbyt często. Siostra Benedykta była pewna, że ludzie czytali jej bloga, ale rzadko coś dopisywali. A jeżeli już, to zwykle treść komentarzy brzmiała mniej więcej tak: „Weź się, k…a, za coś porządnego, kretynko”, tyle że ich autorzy nie zawracali sobie głowy wykropkowaniem wulgaryzmów.

Nowy komentarz, podobnie jak garstka pozostałych, był anonimowy i krótki: „Nie można pozwolić na takie rzeczy”. Pod spodem znajdował się link do aukcji internetowej Jareda Stone’a.

***

Sherman Kingsborough lubił życie. Bardzo lubił.

Skończył dopiero dwadzieścia trzy lata, a już był nieprzyzwoicie bogaty. Poszczęściło mu się i został beneficjentem funduszu powierniczego zostawionego mu w spadku przez ojca, który dorobił się milionów na spekulacjach podczas wojny w Wietnamie i zmarł w dniu osiemnastych urodzin Shermana.

Matka wróciła do ojczystej Korei, jeszcze kiedy Sherman był mały (ojciec odprawił ją mniej więcej tak, jak niechcianego pracownika), i od tamtej pory nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Pod wpływem ojca chłopiec doszedł do błędnego wniosku, że matka go porzuciła. Wychowując się bez rodzeństwa i rodziców, wśród blichtru i przepychu, Sherman wyrósł na człowieka, którego kompas moralny wskazywał najdziwniejsze kierunki. Jego wskazówka wirowała bez opamiętania i nigdy nie odnajdywała bieguna.

Nic dziwnego zatem, że Sherman przeznaczał swoje nowo zdobyte miliony na zaspokajanie najdzikszych zachcianek i żądz. Niczego sobie nie odmawiał – od kontaktów seksualnych tak wyuzdanych, że lepiej o nich nie mówić, po sprowadzanie najbardziej egzotycznych, zagrożonych wyginięciem zwierząt tylko po to, żeby je zjeść. Realizował każdy pomysł, który wpadł mu do głowy.

Jednak nie wszystko, co robił, było rozwiązłe i zdeprawowane. Za każdym razem, kiedy Sherman pogrążał się w najciemniejszych czeluściach swoich instynktów, w ślad za tym robił coś szlachetnego. Po zwolnieniu całej służby z powodu plamki na kieliszku przez dwa miesiące pracował w hinduskiej aśramie. Tydzień później powiedział pewnej piętnastolatce, że ją kocha, tylko po to, żeby ją zaciągnąć do łóżka, a następnego dnia rano zostawił ją w obskurnym pokoju hotelowym i poleciał na koło podbiegunowe, żeby ratować mewy po wycieku ropy naftowej z tankowca w Cieśninie Beringa. A wyrzuciwszy ubogą rodzinę z jednego z domów kupionych przez ojca – podupadłej kamienicy w nowojorskiej dzielnicy Queens – wziął udział w ekspedycji na Mount Everest, której celem była zbiórka pieniędzy dla organizacji dobroczynnej Habitat for Humanity. Każdym szlachetnym czynem równoważył jakiś popełniony przez siebie grzech.

Była to szalona huśtawka, gwałtowna jak zmiany nastroju po amfetaminie (którą Sherman zresztą lubił). Nie zatrzymywał się, żeby złapać oddech; nie zastanawiał się nad tym, kim się stał – za bardzo się bał, co mógłby odkryć.

Po sześciu latach życia na najwyższych obrotach Sherman Kingsborough był do szpiku kości znudzony. Miał wszystko, a w każdym razie mógł dostać wszystko, co chciał, i już brakowało mu pomysłów.

Sherman już wcześniej doświadczał tego uczucia. Kiedy zdobył Mount Everest, miał wrażenie, że nie da się jeszcze wyżej podnieść poprzeczki – powtarzał sobie ten bon mot podczas całej drogi powrotnej – ale okazało się, że wędrówki z przemytnikami opium w Pakistanie to odlot, jakiego do tej pory nie znał (ta gra słów była niezamierzona). Wyglądało na to, że zawsze, kiedy kończyły mu się możliwości, pojawiała się nowa, jeszcze nieodkryta droga. Często powtarzał, że nie trzeba być dobrym, tylko mieć szczęście. To było motto jego życia.

To była też pierwsza myśl, która wpadła mu do głowy, kiedy zobaczył aukcję Jareda Stone’a na eBayu.

***

Jackie leżała na łóżku wpatrzona w ekran nowego iPhone’a i przeglądała wpisy na Twitterze Neila Gaimana. Miała ten telefon dopiero od kilku tygodni – obie z Megan dostały telefony na rozpoczęcie nowego roku szkolnego – ale już można było odnieść wrażenie, że aparat jest z nią zrośnięty. Zawsze znajdował się w pobliżu, najczęściej po prostu trzymała go w ręce. Już założyła konta na wszystkich serwisach społecznościowych, jakie udało jej się znaleźć – na Twitterze, Facebooku, Instagramie – ale sama prawie nic nie pisała. Wystarczała jej rola milczącego obserwatora, podglądacza.

Taka już była. Jackie nie należała do tych uczniów, którzy wyrywają się do tablicy, jako córka (zwykle) nie kwestionowała zdania rodziców, a w Internecie nie wyrażała swoich opinii. Wystarczało jej trollowanie bez wdawania się w dyskusje, chociaż czasami zastanawiała się, czy jej brak aktywności nie jest innym rodzajem trollowania. Jedyną osobą, z którą kontaktowała się przez Internet, był Maks, który mieszkał w Petersburgu, w Rosji.

Razem z Maksem uczestniczyli w zorganizowanej przez ich szkoły akcji wymiany uczniów za pośrednictwem mediów społecznościowych. Jackie nie miała ochoty poznawać nikogo z zagranicy – znajomi ze starych dobrych Stanów Zjednoczonych sprawiali jej dosyć kłopotów – ale nauczycielka potraktowała tę akcję jako zadanie obowiązkowe. Kiedy okazało się, że jej losowo przydzielony partner jest chłopakiem, trochę się załamała.

Na szczęście Maks okazał się bardzo miły. Fascynowała go kultura amerykańska i zasypywał Jackie pytaniami, kiedy spotykali się online, czyli najczęściej podczas porannego okienka w lekcjach, które spędzała w pracowni komputerowej. Najbardziej interesowały go filmy – miał rodzaj obsesji na punkcie amerykańskich reżyserów: Martina Scorsese, Camerona Crowe’a i Stevena Spielberga.

Do tej pory ich rozmowy dotyczyły jedynie mało istotnych spraw – przede wszystkim muzyki, filmów i szkolnej mody. Maks miał już za sobą trzy związki z dziewczynami, czym nieco zawstydził Jackie, której życie uczuciowe właściwie nie istniało, ale na szczęście nie drążył tego tematu.

Rozmawiając z nim, Jackie czuła się bezpieczna, pewnie dlatego, że wiedziała, że nigdy się nie spotkają twarzą w twarz. W jego wirtualnym towarzystwie wychylała się ze swojej skorupy, co sprawiało jej przyjemność. Ponadto miała wrażenie, że Maks się w niej podkochuje.

Dała się ponieść fantazjom o Maksie i już zaczęła bujać w obłokach. Nagle dźwięk dzwonka sprowadził ją z powrotem na ziemię. Jackie, jak to ona, pomyślała, że ktoś inny powinien pójść otworzyć drzwi.

***

Jared Stone czwarty raz przeczytał treść swojego ogłoszenia. Nie mógł się pozbyć wrażenia, że o czymś zapomniał.

Sprzedam życie

Czterdziestopięcioletni mężczyzna, któremu zostały cztery miesiące do śmierci, sprzeda swoje życie osobie, która zaproponuje najwyższą cenę. Nabywca będzie mógł z nim zrobić, co zechce – bez względu na to, czy to będzie niewolnictwo, morderstwo, tortury czy po prostu sympatyczna pogawędka. Ludzkie życie całkowicie pod Twoją kontrolą, Twoja własność. Nabywca musi mieszkać w kraju lub stanie dopuszczającym wspomagane samobójstwo. Pokrywa także koszt transportu i podatku. Transakcja dojdzie do skutku jedynie pod warunkiem osiągnięcia ceny minimalnej.

Jeżeli coś pominął, to nie bardzo wiedział, co. Napisał ogłoszenie, kiedy jego umysł funkcjonował normalnie, więc możliwe, że niepewność, która teraz drążyła jego podświadomość, była jedynie efektem ubocznym guza. Niemniej…

Aukcja zaczęła się dopiero przed pięcioma godzinami, ale już złożono siedem ofert. Pierwsze propozycje kupna pochodziły od ludzi z marginesu społecznego. Historia ich zakupów wskazywała na szczególne zainteresowanie hitlerowskimi pamiątkami, średniowieczną bronią i przedmiotami kolekcjonerskimi związanymi z Hello Kitty. Najwyższa oferta z tej grupy wynosiła dziewięćset dolarów – była tak żałosna w porównaniu z ceną minimalną, którą Jared ustalił na milion dolarów, że mimowolnie się zaśmiał.

Zadźwięczał dzwonek u drzwi i Jared usłyszał krzyk Megan:

– Już otwieram!

Po chwili rozległ się stukot kroków na schodach, kiedy zbiegła, jak zwykle skacząc po dwa stopnie.

Megan była silną, samowystarczalną dziewczyną, więc nie martwił się, czy zaakceptuje, zrozumie i przyswoi wiadomość o jego śmierci. Na pewno będzie to dla niej traumatyczne doświadczenie, ale da sobie radę. Należała do tych dzieciaków, które z naturalną swobodą idą przez życie.

Starsza córka, Jackie, to zupełnie co innego.

Jackie na własne życzenie żyła w cieniu młodszej siostry, nigdy nie próbowała grać pierwszych skrzypiec, nie obstawała przy swoim zdaniu. Była drobna i delikatna, a Jared kochał ją nad życie. Właśnie troska o Jackie, bardziej niż cokolwiek innego, pchnęła go do ryzyka i wystawienia aukcji na eBayu.

Jared usłyszał dochodzący zza drzwi gwar przytłumionych głosów, a potem wołanie Megan:

– Mamo! Tato!

Wstał od komputera i poszedł sprawdzić, co się dzieje.

– Kochanie – odezwała się Deirdre, która podeszła do drzwi kilka sekund przed nim. – Czy ja o czymś nie wiem?

„Aha, no tak” – pomyślał Jared, widząc kilka ekip telewizyjnych i dwa razy więcej reporterów. „Już wiem, o czym zapomniałem”.

***

Kiedy dziennikarze zaczęli błagać Jareda o wywiad, glejak właśnie objadał się wspomnieniem z drugiej Gwiazdki swojego żywiciela, kiedy ten skończył półtora roku. To wspomnienie było głęboko ukryte, guz musiał się wgryźć w rzadko używaną część mózgu, żeby je wyłowić. Ten proces tak bardzo wstrząsnął organizmem, że Jared zachwiał się i osunął w ramiona żony.

Guz nie miał pojęcia, co się dzieje na świecie poza umysłem żywiciela. Był tak zachwycony „śniegołódką” – tak mały Jared nazwał swoje pierwsze sanki – że nie zwracał uwagi na nic innego.

Sanki były prawdziwym cudeńkiem – bez żadnej ryski, błyszczące i czerwone jak kabriolety z marzeń facetów przechodzących kryzys wieku średniego. Mały Jared odtańczył dziecięcy taniec radości, czyli wykonał szybki bieg w miejscu, śmiejąc się i trzymając żółty sznurek sanek. Nie wiedział, że sankami jeździ się po śniegu, ale to nieważne. Wystarczyło, że w jego skali postrzegania świata były ogromne i należały tylko do niego.

Biesiadzie towarzyszyło uczucie czystej, niezmąconej radości. Guz wpadł w taką ekstazę, że zapłakałby ze szczęścia, gdyby miał oczy, kanaliki łzowe lub łzy. Wrażenia były tak silne, jakby to wszystko działo się tu i teraz, w czasie rzeczywistym.

Deirdre podtrzymała Jareda i pomogła mu usiąść na podłodze. Ten pozbierał myśli – resztę, która jeszcze mu została – wstał i jakoś zdołał utrzymać się na nogach, a potem zwrócił się do tłumu stojącego za drzwiami jego domu.

Guz nawet ich nie zauważył.

***

– Z tatą dzieje się coś złego.

Megan wpadła jak burza do pokoju i zatrzymała się w wejściu, ciężko dysząc. Jackie dalej siedziała wpatrzona w telefon.

Megan odkaszlnęła.

– Słyszałaś, co powiedziałam?

Jackie słyszała. Po prostu sądziła, że młodsza siostra próbuje w jakiś nowy, szczególnie nieprzyjemny sposób uprzykrzyć jej życie. Z niezrozumiałego dla Jackie powodu było to ulubione zajęcie Megan. Wynajdywała rzeczy, które miały dla Jackie największe znaczenie, i wykorzystywała je jako broń przeciwko niej.

Pewnego razu, parę lat temu, Megan zapytała:

– Czy w waszej klasie uczy się jakiś Kevin?

Była wtedy w czwartej klasie, a Jackie w szóstej. Kiedy usłyszała to pytanie, serce na chwilę zamarło w piersi Jackie.

Kevin Memmott siedział w ławce przed nią. Był przeciętnym, ale wyluzowanym chłopakiem, a poza tym jej pierwszą sympatią. Co rano, kiedy wchodził do klasy i witał się z Jackie, pociły jej się ręce i czuła ucisk w żołądku. Wstydliwie spuszczała głowę i ze ściśniętym gardłem odpowiadała mu, niemal kompletnie zasłaniając twarz długą grzywką. Kevin wzruszał ramionami, siadał i do końca dnia nie zamieniali już ze sobą ani słowa. Dla Kevina był to nic nie znaczący gest, Jackie jednak traktowała ten rytuał jak coś specjalnego dla nich dwojga.

– Jest u nas jeden Kevin – potaknęła. – Dlaczego?

– Och, nic takiego. Po prostu słyszałam, jak rozmawiał z kolegą… o tobie.

Megan miała wtedy dopiero dziewięć lat, a już umiała podpuścić siostrę jak wędkarz, który w mistrzowski sposób zarzuca przynętę.

– Co mówili? – zapytała Jackie, wpatrując się w czubki swoich butów i owijając wokół palca kosmyk włosów. Nieudolnie próbowała udawać, że naprawdę nie jest tym zainteresowana.

– No, wiesz, podsłuchałam, że… – Megan zrobiła pauzę i chociaż były same w pokoju Jackie, zniżyła głos, jakby zdradzała sekret, którego nikt inny nie powinien usłyszeć: – Że się w tobie zabujał!

Każdy, kto się w kimś podkochiwał, potajemnie wierzy, że obiekt jego westchnień odwzajemnia to uczucie, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nic na to nie wskazuje. Jackie tak często wyobrażała sobie siebie i Kevina jako parę, że łatwo dała się nabrać na kłamstwo Megan.

Megan zobaczyła, że siostra połknęła haczyk i że teraz wystarczy jedynie zakręcić kołowrotkiem.

– Rozmawiał z innym chłopakiem z waszej klasy, jakimś Scottem.

„Pewnie ze Scottem Yee” – pomyślała Jackie. „To jego najlepszy kolega”.

– Powiedział, że bardzo mu się podobasz i chętnie zaprosiłby cię na randkę, ale wolałby, żebyś się ładniej ubierała.

Następnego dnia Jackie, która do tej pory nosiła jedynie niebieskie dżinsy i luźne swetry, włożyła sukienkę, którą kilka tygodni wcześniej, w Niedzielę Wielkanocną, miała na sobie w kościele. Sukienka była bladoróżowa, kończyła się nad kolanami, a na plecach miała wielką kokardę. Rodzice byli tacy szczęśliwi, widząc, że Jackie wychyliła się ze swojej skorupy, że podczas śniadania cały czas rozpływali się w zachwytach.

Przed lekcjami Jackie czekała na Kevina Memmotta, stojąc w tej sukience przed budynkiem szkoły, a wszyscy oglądali się na nią zaintrygowani. W końcu zobaczyła Kevina ze Scottem, a na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech.

Zebrała się na odwagę, by powiedzieć:

– Cześć, Kevin.

– Hę? O, cześć – odparł, ledwo ją zauważając.

Niemal w tej samej chwili podszedł inny chłopak, Jason Sanderson – przedwcześnie obsypany pryszczami, w grubych okularach i z potarganymi włosami.

– O ja cię, Jackie, ale ładnie dzisiaj wyglądasz!

Jackie dosyć lubiła Jasona. Miał miły sposób bycia, chociaż kompletnie nie wiedział, co się wokół niego dzieje, jakby myślami zawsze był gdzieś daleko. Nieatrakcyjny wygląd przywodzący na myśl roztargnionego profesora sprawiał, że Jason był ulubionym obiektem docinków innych dzieciaków. Jackie złościła się, że wszyscy się na nim wyżywają. Raz nawet wyszła ze swojej strefy komfortu, żeby stanąć w jego obronie. Ale tamtego dnia, kiedy wystroiła się w wielkanocną sukienkę, Jason Sanders był ostatnim człowiekiem na świecie, którego chciała spotkać.

Nagle usłyszała dobiegający zza pleców chichot i rozbawione parsknięcia. Oboje z Jasonem zerknęli za siebie. Niedaleko stała Megan z koleżankami i wszystkie skręcały się ze śmiechu. Zwykle zaśmiewały się jak hieny bez żadnego powodu, ale tym razem Jackie wiedziała, że ich rechot nie był przypadkowy.

Odwróciła się i uciekła do domu, a potem dwa dni nie wstawała z łóżka. Udawała, że jest chora, ale naprawdę prawie cały czas płakała pod kołdrą, trochę ze wstydu, a trochę dlatego, że nie mogła pojąć, dlaczego siostra jest dla niej taka okrutna.

Kiedy więc Megan weszła do jej pokoju i powiedziała: „Z tatą dzieje się coś złego”, Jackie od razu uniosła gardę.

– Uhm – mruknęła z powątpiewaniem.

– Wyjrzyj za okno. Jesteśmy w telewizji.

Jackie była sceptyczna, ale w głosie siostry usłyszała nową nutę. Podeszła zatem do okna.

Na trawniku przed domem kręciła się chmara dziennikarzy. Jedni pakowali mikrofony, inni ostatni raz filmowali dom Jackie, żeby zebrać więcej materiału wideo do programów informacyjnych, a jeszcze inni rozchodzili się do samochodów. Wyglądało to tak, jakby ktoś zwołał flash mob, właśnie przeprowadził swoją akcję i już zaczął się rozpraszać.

Jackie ruszyła do drzwi, żeby zejść na dół, ale Megan złapała ją za ramię.

– Jax – powiedziała łamiącym się głosem. – Nie idź tam.

Siostry usiadły razem na łóżku – pierwszy raz od wielu lat – i Megan powtórzyła Jackie wszystko, co usłyszała.

– Czekaj. Jak to: tata umiera? – zapytała Jackie, kiedy Megan skończyła swoją relację.

Ta skinęła głową i zalała się łzami. Rzuciła się starszej siostrze w ramiona i zaczęła łkać wtulona w jej pierś. Jackie była tak oszołomiona, że przez jakiś czas nie mogła się ruszyć. Ale z płaczem jest jak z ziewaniem – kiedy jedna osoba zaczyna, to zaraża nim innych.

***

Kiedy Hazel Huck miała siedem lat, zdarzyło się coś, co odcisnęło trwałe piętno na jej emocjach. Jej pies Boots pił wodę ze swojej miski. Chłeptał łyk za łykiem, a Hazel cierpliwie czekała, aż skończy. To był dobrze przećwiczony scenariusz, który co rano radośnie powtarzali. Boots lizał Hazel po dłoniach i twarzy, dopóki się nie zbudziła, a potem prowadził ją do drzwi. Dziewczynka wypuszczała go na dwór, patrzyła, jak się załatwia, a po chwili pozwalała wrócić i dawała mu karmę. Hazel zawsze stawała dziewięć kroków za nim (dziewięć było jej szczęśliwą liczbą) i obserwowała go podczas jedzenia. Co dzień Boots rzucał się na miskę, jakby to był jego pierwszy posiłek od wielu tygodni. Wylizywał ją do czysta, a potem wypijał pół miski wody. Kiedy skończył, odwracał się, zerkał na Hazel, merdał ogonem i wtulał pysk w jej brzuch.

Tamtego dnia rano napił się, odwrócił, zamerdał ogonem, zrobił krok w kierunku Hazel i nagle się przewrócił. Hazel krzyknęła.

Weterynarz, wysoki, chudy lekarz z długim, wąskim nosem, długim, cienkim wąsem i wysokim, piskliwym głosem zdiagnozował raka mózgu. Hazel, niewinna siedmioletnia dziewczynka, wiedziała, co to znaczy. W mózgu Bootsa rósł guz.

– Może pan go wyciąć? – zapytała.

Matka Hazel rozpłakała się, widząc jej pełną nadziei minę. Weterynarz uklęknął na jedno kolano i popatrzył małej prosto w oczy.

– Przykro mi, dziecko. Obawiam się, że nic nie możemy zrobić.

Podczas pogrzebu Bootsa w ogrodzie za domem Hazel z całej siły starała się powstrzymać łzy. Boots nie chciałby, żeby płakała. Kiedy jego grób przykryła ostatnia porcja ziemi, Hazel już dłużej nie mogła wytrzymać – puściły jej nerwy. Pobiegła do domu, położyła się na łóżku i do końca dnia nie wyszła z pokoju.

Dziesięć lat później, widząc w wiadomościach telewizyjnych Jareda Stone’a, który w towarzystwie żony, córek i psa opowiadał o swoim nowotworze mózgu, Hazel poczuła, że zalała ją fala wspomnień. Podeszła prosto do komputera i wysłała wiadomość do wszystkich członków warcraftowej gildii: „Uwaga! Uwaga! Musimy pomóc Jaredowi Stone’owi!”.

***

Tego wieczoru, kiedy Ethan Overbee zobaczył w wiadomościach informację o Jaredzie, uleciały mu z głowy wszystkie myśli o sekretarce Monique. Pierwsza myśl, która je wyparła, brzmiała: „Ja pieprzę…”. Od razu zastąpiła ją druga: „Ja pierniczę, ale jaja!”. Po nich nastąpiła rozbudowana seria różnych myśli, które stały się gruntem dla nowego pomysłu kiełkującego w głowie Ethana. Czym prędzej musiał się wziąć do roboty.

Ethan od trzech lat pracował w studiu, ale już czuł, że marnuje się w cieniu dyrektora programowego Thaddeusa St. Claire’a. Thad wziął Ethana pod swoje skrzydła i przygotowywał go do objęcia mniej więcej za dziesięć lat najwyższego stanowiska. Tyle że młodzi ludzie, szczególnie młodzi, bogaci ludzie, a już na pewno młodzi, bogaci ludzie pozbawieni pewnego markera genetycznego w chromosomie 15q, nie lubią długo czekać – na pewno nie dziesięć lat – żeby osiągnąć swój cel. Ethan dostrzegł szansę i postanowił ją wykorzystać.

– Monique! – warknął do interkomu. – Muszę odnaleźć człowieka, który niedawno otworzył aukcję na eBayu. To pilne. Mamy tam jakieś kontakty?

– Sprawdzę to, Ethan – odpowiedziała Monique, nie dając po sobie poznać odrazy, którą czuła na dźwięk jego głosu. – Powiesz mi, czego dotyczy ta sprawa?

– Właśnie wpadłem na pomysł reality show stulecia.

***

Siostra Benedykta Joanna miała pewne zastrzeżenia do autentyczności aukcji na eBayu. Nie wierzyła, że ktoś mógłby być do tego stopnia pozbawiony rozumu albo wiary w Boga, żeby się sprzedać w ciemno. Jednak zobaczyła na własne oczy tego mężczyznę w wieczornych wiadomościach.

Zdziwiła się, bo wyglądał młodo, przyzwoicie i sprawiał wrażenie dosyć odpowiedzialnego. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, włosy koloru szarlotki, wydatne usta i karmelowe oczy. Nawet deklarował, że wierzy w Boga.

Musiała przyznać, że podczas wywiadu zdawał się nieco zdezorientowany, a kiedy dziennikarz zapytał go o to, mężczyzna odparł, że guz w mózgu wywołuje u niego takie zaburzenia.

Oczywiście poglądy pana Stone’a na eutanazję nie zrobiły pozytywnego wrażenia na siostrze Benedykcie.

– Zanim to się stało, naprawdę nie wiedziałem, za którą opcją będę głosować – powiedział dziennikarce. Miał na myśli projekt ustawy, nad którą obecnie debatowano w legislaturze Oregonu. – Teraz mam nadzieję, że będę żył na tyle długo, żeby oddać głos za dopuszczeniem takiego rozwiązania.

Siostrze Benedykcie zaświtała w głowie niegodziwa myśl – poczuła satysfakcję, że Bóg pozbędzie się Stone’a, zanim ten użyje swojej władzy prawodawczej, by zapewnić rządową ochronę najgorszemu z popełnianych przez człowieka grzechów. Oczywiście jej umysł nie uwzględnił paradoksu, że na pozytywny stosunek Jareda do eutanazji wpłynął nowotwór, który według niej był narzędziem w ręku Boga. Tak czy owak, siostra znała siebie na tyle, żeby wiedzieć, kiedy jej myśli zbaczają w kierunku niegodziwości, więc przeżegnała się trzy razy i skupiła uwagę na programie w telewizji.

Najbardziej uderzyło ją to, że pan Stone mieszkał w jej parafii. Nie wiedziała, czy jest katolikiem, ale nie trzeba urodzić się katolikiem, żeby zginąć jak katolicki męczennik. A gdyby siostra Benedykta mogła zająć stanowisko w tej sprawie, to pan Stone miałby przed sobą jeszcze długie lata życia.

Sięgnęła po telefon, żeby zadzwonić do swojego przełożonego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki