Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo - Marek Rabij - ebook + audiobook

10 osób właśnie czyta

Opis

Dobra prezencja bywa kluczem do sukcesu, a metka na ubraniu ma znaczenie. Czasem to kwestia życia lub śmierci. Dla niektórych – dosłownie.

Blisko 1200 kobiet i mężczyzn zabitych pod gruzami Rana Plaza. Spalona szwalnia w Ashulii, w której pewnego wieczoru zamknięto pracowników na wyższych piętrach, by z płonącego budynku wynieść najpierw zawartość magazynu na parterze. Oburzające. Ale na miano skandalu zasługuje dopiero to, że za spodnie czy sukienkę, które w Bangladeszu uszyto za 10 zł, w polskim centrum handlowym musisz zapłacić dziesięć-piętnaście razy więcej. Marek Rabij, dziennikarz działu gospodarczego tygodnika „Newsweek Polska” w maju 2013 roku – tuż po zawaleniu się Rana Plaza – pojechał do Dhaki poznać z bliska warunki, w jakich produkuje się w Bangladeszu ubrania dla polskich i zagranicznych marek. Rok później powraca na dłużej do banglijskich slumsów w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy katastrofa z 24 kwietnia 2013 r. wpłynęła jakoś na funkcjonowanie globalnego przemysłu odzieżowego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 202

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 14 min

Lektor: Andrzej Ferenc

Popularność

Kolekcje



Marek Rabij

Życie na miarę

Odzieżowe niewolnictwo

Copyright © by Marek Rabij, MMXVI

Wydanie I 

Warszawa MMXVI

Moim synom: Tymonowi i Ignacemu

Często – gdy byłem już daleko – myślałem o tych dwóch kobietach, odźwiernych u wrót Ciemności, robiących na drutach jakby ciepły całun z czarnej wełny; wspominałem, jak jedna z nich wprowadza, wprowadza bez końca w nieznane, a druga bada obojętnie starymi oczami wesołe i głupie twarze.

Joseph Conrad, Jądro ciemności, przeł. Aniela Zagórska

***

Nie wiem, po co naprawdę przyjechałeś do Bangladeszu. Jeśli z dobrymi intencjami, zaklinam cię, wysłuchaj mnie.

Nie chcemy litości. Współczucie pomaga głównie współczującemu.

Nie prosimy też o jałmużnę, dopóki jeszcze potrafimy zarobić na kolację. Naprawdę potrzebujemy jedynie waszej uwagi. Nie chcę nawet myśleć, że zdajecie sobie sprawę z tego, jak tu się żyje, albo uważacie, że pogodziliśmy się już ze swoim losem. Musielibyście być naprawdę złymi ludźmi, aby tak sądzić.

Proszę cię więc, skoro już znalazłeś się tutaj, po prostu opisz wiernie, co widzisz i słyszysz. Nie współczuj, nie płacz, nie szukaj na siłę biedy i niesprawiedliwości. Wystarczy ci tej, którą spotkasz tu na każdym kroku.

Ziaul, emerytowany wojskowy, lat 84 Dhaka, Mirpur, 4 kwietnia 2014

Sorry, Shahina

Bóg pogrzebał Shahinę 24 kwietnia 2013 roku zaraz po śniadaniu. Gdy kilka godzin później odzyskała przytomność, połowa jej ciała spoczywała zmiażdżona pod monstrualnym żelbetowym zakalcem, w jaki zmieniła się Rana Plaza, ośmiopiętrowy budynek w Savarze koło Dhaki mieszczący pięć fabryk odzieżowych. Druga, wystająca z gruzów połówka Shahiny wyła z bólu, chwilami zagłuszając nawet warkot agregatów prądotwórczych ściągniętych przez ratowników na rumowisko. Bogu widocznie musiało się zrobić głupio, bo ponownie zesłał dziewczynie głęboki sen.

Umarła pięć dni później, w tej samej klaustrofobicznej szczelinie utworzonej przez zaklinowane kawałki stropu, z której na powierzchnię dobiegł jej pierwszy krzyk. Ratownicy przez cały ten czas nie odstępowali jej na krok, podawali tlen i wodę, przynosili z domu khićuri, miejscową potrawę z ryżu i soczewicy, bo ciągle miała na nią ochotę, i odganiali międzynarodową zgraję dziennikarzy, którzy widoczną na powierzchni połówkę Shahiny pragnęli koniecznie uczynić gwiazdą najbliższych wiadomości.

Dziewczyna nie chciała widzieć nikogo poza lekarzami i garstką ludzi z ekipy ratowniczej. Gdy ból zmiażdżonych kończyn na chwilę przestał mącić jej myśli, zdołała im przekazać, że pochodzi z miejscowości Kushtia w pobliżu granicy indyjskiej i że zostawiła tam półtorarocznego synka, którego nie miała za co utrzymać. Na wypadek, gdyby Bóg jednak nie zechciał uwolnić jej spod gruzów Rana Plaza, Shahina poprosiła, by oddać dziecko do adopcji jakimś porządnym ludziom.

Rana Plaza, początek maja 2013 roku. W miejscu katastrofy codziennie zbierają się krewni pracowników, których nadal nie odnaleziono w ruinach.

Bóg nie zechciał. Najpierw uniemożliwił użycie ciężkiego sprzętu, ukrywając w gruzowisku dziesiątki nadal żyjących ludzi. Gdy zdesperowani ratownicy spróbowali w końcu piłami ręcznymi porozcinać stalowe pręty konstrukcyjne, sprawił, że iskry zapaliły rumowisko pełne tkanin, papieru, plastiku, gumy oraz łatwopalnych chemikaliów używanych przy produkcji odzieży. Zagłębienie, w którym utknęła Shahina, błyskawicznie wypełnił gryzący dym. Strażacy desperacko rzucili się w ogień, by ratować dziewczynę; czterech z nich trafiło do szpitala z poważnymi poparzeniami. W końcu zdołali zdusić płomienie. Niestety, w swojej żelbetowej dziupli przestała odpowiadać na nawoływania także Shahina.

Na zdjęciu jednej z agencji prasowych z 29 kwietnia 2013 roku ratownicy wynoszą z gruzowiska zwłoki dziewczyny owinięte w czerwoną tkaninę. Jeden z mężczyzn wtula twarz w ramiona zmarłej. Kilku innym w świetle reflektorów lśnią na policzkach łzy.

„Sorry, Shahina” – zatytułował notkę o tragedii w Savarze jeden z brytyjskich tabloidów.

***

Kilkanaście dni później wylądowałem z fotografem Filipem Ćwikiem w Dhace, stolicy Bangladeszu, dokąd wysłała nas macierzysta redakcja. Po największej katastrofie w dziejach przemysłu odzieżowego, która oficjalnie kosztowała życie blisko 1,2 tysiąca osób, w polskim „Newsweeku” postanowiliśmy się dowiedzieć, czy podobny los nie spotkał – lub czy nie spotka w przyszłości – także ludzi szyjących ubrania dla polskich firm odzieżowych.

Bangladeska tragedia wstrząsnęła nie tylko nami. Katastrofy budowlane zdarzają się wprawdzie w każdej szerokości geograficznej, ale nieczęsto zbierają tak krwawe żniwo jak ta w Bangladeszu. Jeszcze rzadziej właściciel budynku na wieść o wypadku natychmiast próbuje czmychnąć za granicę, wiedząc z góry, co inspektorzy wykopią w dokumentach i w ruinach. Rana Plaza, zaprojektowana jako biurowiec, bez stosownych zezwoleń stała się siedzibą pięciu fabryk odzieżowych. Piętra, na których pierwotnie miały stać tylko biurka z komputerami, zawalono setkami ciężkich maszyn do kroju i szycia. Cztery górne kondygnacje – jak powtarzał w kolejnych wywiadach wstrząśnięty Ali Ahmed Khan, komendant główny straży pożarnej w Bangladeszu – dobudowano bez pozwolenia, a na ostatniej strop obciążały dodatkowo wielkie agregaty prądotwórcze i klimatyzatory.

Wkrótce po przebudowie na ścianach pojawiły się pęknięcia, niektóre głębokie na pół dłoni. Na kilka dni przed katastrofą budynek drżał już jak chory na febrę, z sufitów co chwila spadały kawałki tynku. Na parterze w popłochu zamknięto oddział banku i kilka biur, ale o ewakuacji fabryk na wyższych kondygnacjach właściciele nie chcieli słyszeć.

Zaniepokojony personel próbował strajkować. Feralnego poranka setki pracowników zgromadziły się przed budynkiem i odmówiły wejścia do środka. Nadzorcy jednak szybko złamali opór, zapowiedziawszy, że kto nie zacznie pracy na czas, straci dniówkę, a być może i posadę. Zmiana zaczynała się o ósmej. Tuż potem zabrakło prądu, na najwyższym piętrze z warkotem obudziły się spalinowe generatory prądotwórcze i budynek rozkołysał się jeszcze bardziej.

Około 8.57 nastąpiło nieuniknione.

Rahina Sarkar pod szpitalem w Savarze, do którego przewożono ofiary katastrofy Rana Plaza. Rahina miała szczęście. Na oddział trafiła tylko ze zwichniętą nogą i pękniętymi żebrami.

Tamtego poranka Rahina Sarkar zaspała do pracy. Na śniadanie zabrakło już czasu, do termosu wrzuciła więc resztki wczorajszego dania z soczewicy i ze ściśniętym sercem pobiegła w stronę Rana Plaza.

– Z każdym dniem coraz bardziej bałyśmy się tego przeklętego budynku. Wychodząc rano do pracy, zastanawiałam się, czy najbliższy wieczór spędzę w domu, czy w szpitalu – relacjonowała kilkanaście dni po katastrofie, otoczona gęstym tłumem gapiów tkwiących nadal w miejscu, gdzie jeszcze niedawno było wejście do Rana Plaza. – Jeśli się przyłożyło rękę do ściany, czuć było, jak gmach się napina i drży, prawie jak brzuch żywej istoty. Siedziałyśmy więc przy maszynach czujne jak urwy1 i co chwila zerkałyśmy, czy z sufitu nie leci wentylator albo większy kawał stropu. Dziewczyny panikowały, że może runąć cały budynek, ale mnie się to jakoś nie mieściło w głowie.

Po porannej przepychance ze zmianowymi Rahina była tak wykończona psychicznie, że perspektywa kolejnego monotonnego dnia przy maszynie do szycia wydała się jej wręcz nęcąca. Ale tamtego poranka od początku nic nie szło tak, jak powinno. Igła w jej maszynie nagle zaczęła wściekle szarpać materiał. Dziewczyna miała właśnie zawołać nadzorcę linii produkcyjnej i pokazać mu, co się dzieje, gdy coś kazało jej spojrzeć w górę.

– Kątem oka zobaczyłam, jak sufit pęka mi nad głową i pluje w moją stronę całą zawartością wyższej kondygnacji – opisywała beznamiętnym głosem i tylko rozbiegane oczy i nerwowe ruchy dłoni wygładzających w kółko ubranie świadczyły, że Rahina wciąż nie poradziła sobie ze wspomnieniami tamtego dnia. – Zawsze mi się wydawało, że jak jest katastrofa, to jest też potworny huk. A tu nic. Cisza, nie było nawet silnego wstrząsu. Moja maszyna stała tuż przy oknie. Odruchowo rzuciłam się w jego stronę.

Ocknęła się pod gruzami, nie wiedząc, ile czasu upłynęło. Twarz i oczy miała zalepione pyłem, w piersiach czuła kłucie przy każdym głębszym wdechu, a w uszach huczało jej jak od głośnego wystrzału. Nie miała nawet pojęcia, czy leży na wznak, czy twarzą w stronę ziemi, czy może głową w dół, postanowiła więc wypluć nieco śliny na policzek. Na szczęście popłynęła na brodę. Wkrótce pył zaczął opadać i promienie ostrego światła docierające z powierzchni przez ażur rumowiska podpowiedziały Rahinie, że leży zagrzebana stosunkowo płytko. Gorzej z lewą stopą, która utknęła jej głęboko między stalowymi prętami konstrukcyjnymi i skręcona pod nienaturalnym kątem bolała jak diabli.

– Nawet nie próbowałam jej uwolnić, najmniejszy ruch sprawiał mi ból. W dodatku jakiś mężczyzna leżący opodal odzyskał przytomność i zaczął strasznie jęczeć – opowiadała Rahina. – Dopiero wtedy zorientowałam się, że nie leżę w tym gruzach sama.

W dziwnej grocie z pokruszonych betonowych płyt, pośród stalaktytów i stalagmitów pogiętych prętów konstrukcyjnych, katastrofę przeżyło aż sześć osób. Rahina i zawodzący obok mężczyzna nie mogli się ruszyć, cztery inne dziewczyny nie były jednak uwięzione, a poza ranami i stłuczeniami nie odniosły poważniejszych obrażeń. Już po uwolnieniu z gruzowiska Rahina usłyszała od ratowników, że mieli szczęście. Gdy budynek zaczął się rozpadać, część piątego piętra, gdzie pracowała, jakimś cudem nie została przywalona przez wyższe kondygnacje i zsunęła się na obrzeże gruzowiska.

– Wkrótce zaczęliśmy też słyszeć ludzi biegających nad naszymi głowami, ale nadal nie wiedzieliśmy, kiedy się do nas dokopią. Jedna z dziewczyn miała przy sobie wodę w butelce. Uzgodniliśmy, że będziemy wszyscy co dwie godziny zwilżać usta – opowiadała Rahina, przekrzykując się z gapiami, którzy koniecznie chcieli uzupełnić jej relację. – Słychać było, że na górze panuje chaos. Ludzie wspinali się po gruzach, krzyczeli, histeryzowali, ciągnęli za nogi i ręce najpłycej pogrzebanych, zwalając przy tym gruz na innych poszkodowanych. Dopiero po jakimś czasie do akcji ratunkowej włączyło się wojsko oraz strażacy. Wtedy po raz pierwszy pozwoliłam sobie na odrobinę optymizmu. Pomyślałam, że może rzeczywiście nas uratują.

Późnym popołudniem ratownicy w końcu dogrzebali się do Rahiny. Zwichniętą, jak się okazało, nogę udało się uwolnić dopiero z użyciem piły do metalu. Dziewczyna miała też problemy z oddychaniem, sanitariusze przypięli jej więc do ubrania kartkę ze skierowaniem i wkrótce Rahina wylądowała na oddziale pobliskiego szpitala z podejrzeniem złamanych żeber. Po trzech dniach wypisano ją do domu. Sale zaczynały pękać w szwach od kolejnych poszkodowanych w o wiele gorszym stanie.

– Potrzebowałam jeszcze tygodnia, żeby zebrać się w sobie na tyle, by wrócić do Rana Plaza. Nie bałam się tego, co tam zobaczę, ale tego, co usłyszę, tej wyliczanki martwych i okaleczonych koleżanek. – Oczy Rahiny jednak zaszły łzami. – Pierwsze, co dostrzegłam, to czerwona flaga powiewająca na gruzowisku. Powiedziano mi, że to znak dla ekip rozbiórkowych, że w ruinach nie ma już żywych ludzi.

Na piątym piętrze zginęło sześćdziesięciu jeden spośród stu sześćdziesięciu pracowników. Ocalałych szybko okrzyknięto szczęściarzami. Piętro niżej nie przeżył nikt.

Połowa maja 2013 roku. Po ruinach Rana Plaza już prawie nie ma śladu. Mieszkańcy Savaru powtarzają z przekąsem, że budynek rozebrano równie szybko, jak go zbudowano.

Mahmud Yassin, niski barczysty czterdziestolatek o rzadkiej w tym kraju posturze zapaśnika, znalazł zatrudnienie w ekipie oczyszczającej rumowisko. Początkowo – jak mówił – kierujący rozbiórką brali do tej roboty jak leci, młodych i starych, silnych i słabowitych. No i szybko wyszło na jaw, kto zgłosił się do pomocy ze szczerego serca, a kto chciał jedynie załapać się na darmowe jedzenie albo cenne znaleziska w gruzach. Psy, krzywił się Mahmud. Grabić miejsce zbroczone krwią setek sąsiadów, znajomych, być może nawet krewnych?

– Z mojej rodziny nikt nie pracował w Rana Plaza, ale nie wiem, jak bardzo musiałbym być głodny, żeby przełknąć jedzenie kupione za pieniądze lub rzeczy wykopane z tych ruin. – Mężczyzna gestykulował z wściekłością.

Przez kilka pierwszych dni pracy na gruzowisku Mahmud i tak nie miał apetytu. Dla muzułmanów, którzy pochówek w ciągu dwudziestu czterech godzin od śmierci uważają za obowiązek religijny, usuwanie fragmentów ciał gnijących przez długi czas w ruinach było trudne nie tylko z powodów czysto estetycznych.

– Dźwig uniósł wielki kawał stropu. Kiedy opadł pył, zobaczyliśmy biurko częściowo wystające z rumowiska. – Mahmud przełknął głośno ślinę. – Na blacie leżało gnijące, napuchnięte ludzkie ramię, z dłonią nadal zaciśniętą na słuchawce stojącego obok telefonu. Widok był tak upiorny, że zaczęliśmy się śmiać. Opanowałem się dopiero wtedy, gdy ktoś włożył ramię do plastikowej torby i zaniósł w wyznaczone miejsce, do którego znosiliśmy wszystkie większe fragmenty ciał do późniejszej identyfikacji.

Rankiem 3 grudnia 1984 roku w indyjskim Bhopalu rozszczelnił się zbiornik zawierający czterdzieści trzy tony izocyjanianu metylu, śmiertelnie toksycznej substancji używanej między innymi do produkcji gumy. Firma Union Carbide, właściciel feralnej instalacji, podała oficjalnie, że wskutek wycieku trującego gazu zmarło około 3,8 tysiąca osób, a czterdzieści tysięcy odniosło obrażenia układu oddechowego, które uczyniły je trwale niezdolnymi do pracy. Organizacje pozarządowe od początku jednak podawały te statystyki w wątpliwość i przedstawiały własne, zebrane na miejscu dane. W 1991 roku żniwo katastrofy ostatecznie podsumowały władze indyjskie. Zmarło około piętnastu tysięcy osób, a blisko pięćset tysięcy odniosło rany. Była to więc najtragiczniejsza katastrofa przemysłowa w historii, ale w latach osiemdziesiątych nie było YouTube’a ani Facebooka, telefonów komórkowych nagrywających obraz full HD ani całodobowych kanałów informacyjnych. Transmisję z akcji ratunkowej w Savarze świat śledził już niemal na żywo.

Do zachodnich konsumentów, dotychczas wpatrzonych bardziej w marki niż metki, nagle zaczęło docierać, że te krwawe obrazki z internetu i telewizji pochodzą z tego samego świata, z którego przyjechały ich kolorowe ubrania. Również ja ze zdumieniem odkryłem, że jakieś trzy czwarte zawartości mojej szafy pochodzi właśnie z Bangladeszu, choć do tej pory naiwnie podejrzewałem o to raczej chińskie Shenzen, pierwszą i największą strefę wolnego handlu w Chinach utworzoną jeszcze za rządów Deng Xiaopinga. Więcej szczegółów do garderobianej kwerendy błyskawicznie dorzucił Google. LPP, Redan, Big Star, nawet Biedronka – jeśli ktoś w Polsce sprzedawał odzież, mniejszą lub większą część produkcji lokował w Bangladeszu. Najwięksi producenci mieli w Dhace nawet własne biura.

Na przygotowanie relacji dla „Newsweeka” mieliśmy niecały tydzień. Mnóstwo czasu, zważywszy na to, że listę polskich marek made in Bangladesh można skompletować w godzinę w jednym dużym centrum handlowym. A zarazem koszmarnie mało, biorąc pod uwagę, że po wielkiej katastrofie w zakładzie odzieżowym niekoniecznie wszyscy właściciele fabryk będą zainteresowani rozmową z dziennikarzami i otwarciem przed nimi hal produkcyjnych. Rzeczywiście – z trzynastu zakładów pracujących dla polskich klientów, które udało się nam zidentyfikować w Dhace i okolicy, dwanaście nie wpuściło nas za bramę. Oficjalnie nikt nie odmawiał spotkania i ze zrozumieniem traktował pobudki, które sprowadziły nas do Bangladeszu. Na przeszkodzie zawsze stawały tak zwane obiektywne trudności.

– Akurat mamy zamknięte. W klimatyzacji i w przewodach wentylacyjnych zalęgły się nam jakieś niebezpieczne grzyby – usłyszeliśmy w pierwszej fabryce. – Dezynfekcja potrwa jeszcze kilka dni, na terenie są tylko ludzie z firmy, która ją przeprowadza, i garstka pracowników administracyjnych, więc i tak z nikim nie porozmawiacie.

– Bardzo żałuję, od kilku dni leżę z gorączką – mamrotał przepraszająco do telefonu dyrektor drugiego zakładu. – Nie mam nawet pojęcia, co mnie tak rozłożyło, więc nie będę panów narażać na kontakt z jakimś subtropikalnym paskudztwem.

– Jaka szkoda, jaka wielka szkoda! – lamentował asystent kolejnego szefa. – Dyrektor od kilku dni bawi służbowo w Chinach. Prosił, żeby przekazać, że z przyjemnością się z panami spotka… no właśnie, do kiedy zostajecie w Bangladeszu? Tylko do piątku? Co za pech, co za straszny pech. Szef wraca w poniedziałek. To znaczy najwcześniej w poniedziałek.

– To panowie już na miejscu? I nie ma tam Rashida? Miał czekać na was w fabryce, bo ja dziś od rana jestem poza miastem. Pewnie utknął gdzieś po drodze w korku albo o was zapomniał – wzdychał do telefonu jeszcze inny dyrektor. – Najmocniej przepraszam, osobiście się policzę z tym gamoniem – zapowiedział i choć ani przez chwilę nie wierzyłem, że mówi szczerze, mimowolnie przypomniał mi się fabrykant Herman Bucholc z Ziemi obiecanej Reymonta, pastwiący się z byle powodu nad sekretarzem Augustem. To, co oglądaliśmy zza szyb samochodu, na każdym kroku przypominało nam właśnie reymontowską Łódź. Może z wyjątkiem dorodnych mango na straganach, bo właśnie rozpoczął się sezon na te wyborne owoce.

Tylko jedna fabryka w Dhace nie miała przed nami nic do ukrycia. Kiedyś pracowała dla polskiej marki Reporter, lecz ostatnio nie trafiały już do niej żadne zlecenia znad Wisły. Właścicielowi, na oko czterdziestoletniemu mężczyźnie w modnych okularach i o delikatnych, niemal chłopięcych rysach, dobrze patrzyło z oczu. Był wyraźnie wstrząśnięty tym, co wydarzyło się kilkanaście dni wcześniej w Savarze. Gdyby na siłę chcieć porównać go do któregoś z trójki głównych bohaterów Ziemi obiecanej, byłby to intelektualnie rozedrgany Maks Baum, usiłujący pogodzić rozterki moralne z ambicjami zawodowymi. Facet sprawiał wrażenie ucieszonego naszą wizytą. Nie mógł tylko zrozumieć, dlaczego pytamy w kółko o robotników i warunki pracy, a nie o chybotliwy kurs dolara albo o cyklon, ponownie zbliżający się do wybrzeży Bangladeszu, grożąc opóźnieniem dostaw do Europy i Stanów Zjednoczonych. To były problemy, które najmocniej poruszały naszego gospodarza zaledwie kilka tygodni po hekatombie w Savarze.

– Workers no problem – wypalił w miejscowej angielszczyźnie.

Kiedy przeszliśmy do hal produkcyjnych, szybko zrozumiałem, co naprawdę miał na myśli. Spacer żywo przypominał dziesiątki podobnych wizytacji, w których uczestniczyłem w chińskich fabrykach produkujących dla amerykańskich, japońskich i europejskich molochów teleinformatycznych. Podczas takiej wizyty wolno było się przejść po czystej hali fabrycznej i z bezpiecznej odległości poobserwować uśmiechniętych robotników przy liniach produkcyjnych, oczywiście bez zamieniania z nimi choćby słowa. Dla podkreślenia sterylności warunków panujących w hali kilkukrotnie kazano mi nawet zakładać biały fartuch, foliowe pokrowce na obuwie, a czasem też plastikowe okulary ochronne. O obowiązkowych bezpłatnych nadgodzinach czy innej presji na personel oczywiście nie było mowy. Fabryka firmy Foxconn, w której śmiertelnie przemęczeni robotnicy montujący sprzęt dla Apple’a zaczęli nagle jeden po drugim popełniać samobójstwa, to zdaniem organizatorów tego typu wycieczek smutny wyjątek od baśniowej reguły, do której zawzięcie przekonują swoich gości.

Szczególnie zapadła mi w pamięć jedna taka wycieczka w Shenzen. Zaprowadzono nas wtedy do pomieszczenia, w którym robotnicy mieli rzekomo odpoczywać w trakcie zmiany. Pośrodku stał stół do ping-ponga z dwiema rakietkami rzuconymi niedbale na środek, pod ścianami ustawiono zaś pięć biurek z komputerami i konsolę PlayStation podłączoną do wielkiego telewizora LCD – rzecz jasna, jednej z japońskich firm zlecających fabryce produkcję. Do dyspozycji pracowników były również fotele z funkcją masażu i dwie wielkie wygodne sofy. Wszystko to nie nosiło najdrobniejszych śladów użytkowania i było pokryte warstewką kurzu, niczym scenografia sztuki teatralnej zdjętej w ostatniej chwili z afisza po gwałtownej interwencji cenzora. Z nóg i krawędzi stołu do ping-ponga nie ściągnięto nawet folii, która podczas transportu zabezpieczała go przed zarysowaniem. Trudno było pozbyć się wrażenia, że zaraz po naszym wyjeździe z fabryki pomieszczenie znowu zostanie zamknięte na klucz aż do przybycia kolejnej zachodniej wycieczki. Jeden z towarzyszących mi dziennikarzy musiał mieć identyczne odczucia, bo podszedł do telewizora i na zakurzonym ekranie wypisał palcem datę naszej wizyty, którą ozdobił emotikonem symbolizującym żart. Zmieszani gospodarze natychmiast wymienili między sobą spojrzenia z aż nadto czytelnym przesłaniem: podczas kolejnej prezentacji dla zagranicznych gości takie niedopatrzenie nie może się powtórzyć.

W Bangladeszu nie było PlayStation ani nawet stołu do ping-ponga. Przybyszów witała masywna brama zdobiona obficie brązem niczym barokowa monstrancja, wysoki pobielony mur z drutem kolczastym oraz wpółprzytomni od upału strażnicy. Wewnątrz, na każdym z pięciu fabrycznych pięter, wielkie sufitowe wiatraki poruszały powietrze nad głowami szwaczek, na świeżo pomalowanych ścianach wisiały zaś wyglancowane gaśnice i humorystyczne plakaty przypominające o tym, że ucięte palce dłoni odrastają tylko w amerykańskich kreskówkach dla dzieci. Przez okna wpadało mnóstwo światła, zorganizowano również kącik sanitarny i małą kuchnię wyposażoną w palniki na gaz oraz podstawowe naczynia. Nigdzie nie było czuć żadnych nieprzyjemnych zapachów. Szwaczki przy maszynach świergotały między sobą niczym moniuszkowskie prządki, a właściciel przechadzał się dumnie wśród maszyn, zapewniając, że gdyby tylko chciał, mógłby kosztem personelu na czysto wyciągać ze swojej fabryki dwa razy więcej pieniędzy. Ale oczywiście nie chce, co z pewnością potwierdzi losowo wybrana przez szefa rozmówczyni, dwudziestosześcioletnia mężatka z jednym dzieckiem na utrzymaniu, która pracuje dla niego już od sześciu lat.

Rozejrzałem się po hali. Na piętrze wielkości szkolnej sali gimnastycznej tłoczyło się przy maszynach do szycia od stu dwudziestu do stu pięćdziesięciu kobiet, a raczej dziewczyn wyglądających najwyżej na piętnaście–siedemnaście lat. Dlaczego mieliśmy rozmawiać akurat z jedną z najstarszych?

Nim zdążyłem zaprotestować, wyznaczona szwaczka zaczęła snuć swoją opowieść. Pensja? Cóż, kokosów nie ma, ale w innych fabrykach w Dhace zarabia się jeszcze mniej, nie mówiąc o zakładach na prowincji, gdzie ludziom zdarza się ponoć pracować i za miskę ryżu. Nadgodziny? Wyłącznie dobrowolne, płatne i w granicach zdrowego rozsądku, bo przecież z niewolnika, zwłaszcza przepracowanego, nie ma pracownika. Atmosfera w pracy? Ależ szef to dusza człowiek, jak trzeba, to pożyczy nawet na lekarza – kobieta recytowała swój monolog, po każdej odpowiedzi zerkając nerwowo na pryncypała, podczas gdy my głowiliśmy się, czy jesteśmy świadkami prymitywnej demonstracji siły, czy może właściciel fabryki próbuje coś przed nami ukryć.

Odpowiedź na tę zagadkę nadeszła z chwilą, kiedy wśród szwaczek wypatrzyłem kilka dziewcząt wyglądających najwyżej na dwanaście–czternaście lat. Nie zdążyłem zrobić dwóch kroków w ich stronę, kiedy właściciel grzecznie, acz stanowczo zastąpił mi drogę.

– Nie wyobrażasz sobie, jaka spadłaby na nie hańba, gdyby rodziny i sąsiedzi dowiedzieli się, że rozmawiały z wami nie w obecności ojca lub starszego brata – wyjaśnił pospiesznie, tym razem już przez tłumacza, bo najwidoczniej skończył mu się zasób angielskiego słownictwa albo był zbyt zdenerwowany. – W naszym kraju niezamężnej kobiecie nie wypada nawet spojrzeć na obcego mężczyznę, a już na pewno nie na cudzoziemca.

– A to pech – wycedził do mnie wyraźnie rozbawiony Filip, który już kilka dni z rzędu fotografował miejscowe piękności i ani razu nie spotkał się ze sprzeciwem czy choćby oznaką niezadowolenia.

Coraz więcej wskazywało na to, że Bangladesz nie tylko tanio produkuje odzież bardzo wysokiej jakości, lecz także radzi sobie doskonale z ukrywaniem przed obcymi tego, czego z różnych powodów wolałby im nie pokazywać. Inna sprawa, że przybywający tu ze zleceniami cudzoziemcy nie patrzą bangladeskim partnerom biznesowym na ręce z przesadną skrupulatnością. Chodzi im przecież dokładnie o to samo, czego chcą właściciele fabryk w Bangladeszu – o zysk i święty spokój. Jak tłumaczył mi potem w Dhace jeden z polskich kupców, kupowanie odzieży w tym kraju przypomina zawody w jeździe figurowej na lodzie: obok programu obowiązkowego (czyli negocjacji cenowych i pilnowania jakości) jest również program dowolny, w którym można dodatkowo wykazać się wrażliwością na los pracowników czy troską o stan przyrody. Tylko po co? Punkty przyznaje jury złożone z klientów sklepów, którzy w nosie mają azjatyckie szwaczki, subtropikalne lasy deszczowe i inne dyrdymały spod znaku tak zwanej społecznej odpowiedzialności biznesu. Klienci kupują oczami. A ich wzrok – nawet po Rana Plaza – w pierwszej kolejności pada na cenę.