Życie, motocykle i inne niemożliwe projekty - Katarina Bivald - ebook
Opis

„Książka najwyższych lotów poprawiająca nastrój” Femina W dniu swoich osiemnastych urodzin Anette Grankvist przyrzekła sobie, że zrobi w życiu trzy rzeczy: nauczy się jeździć na motocyklu, kupi dom i będzie samowystarczalna. Dziewiętnaście lat później rzeczywiście jest samowystarczalna, choć w tym tysiącleciu nie była jeszcze na prawdziwej randce. Mieszka w wynajętym mieszkaniu w Skogahammar i wciąż pracuje w sklepie Mat-Extra. I nie ma nawet prawa jazdy na samochód. Wszystko to było do przyjęcia dopóki razem z nią mieszkała córka, ale gdy dziewczyna zdaje na studia i wyprowadza się do innego miasta, Anette uzmysławia sobie, że jest różnica w byciu samotną matką z dzieckiem, a samotną matką bez dziecka. Nie miała pojęcia, że życie składa się z takiej ilości czasu. Dlatego dobrym pomysłem wydaje się rozpoczęcie kursu nauki jazdy na motocyklu, poznanie własnej mamy pogrążającej się w demencji i rzucenie się w wir szalonej miłości. Jednak szybko okazuje się, że wolność i przygody są znacznie bardziej skomplikowane niż Anette myślała. Życie, motocykle i inne niemożliwe projekty to ciepła, pełna humoru powieść o miłości, przyjaźni i o tym, jak spełniać swoje marzenia – i mieć odwagę za nimi podążać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 503

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Livet, motorcyklar och andra omöjliga projekt

Copyright © Katarina Bivald 2015

First published by Bokförlaget Forum, Stockholm, Sweden

Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Szara Sowa

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Anna Just, Marta Chmarzyńska, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-187-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Isakowi, który zabiera mnie na przejażdżki,

i Cecilii, która pilnuje, żebym wciąż marzyła:

Here’s to us.

A prayer for the wild at heart,

kept in cages

TENNESSEE WILLIAMS

1

Tutaj zaczyna się moja droga do szaleństwa. Siedzę w przedpokoju i rozmawiam z drzwiami wejściowymi.

Zatrzasnęły się zaledwie przed kilkoma sekundami. Dziewiętnaście lat zniknęło razem z trzaśnięciem drzwiami i tym bezwzględnym szczękiem otwierającej się windy, i szuraniem walizki o podłogę.

– Niech to szlag! – rzuciłam, gdy usłyszałam, że winda zjeżdża na dół. Drzwi wejściowe jeszcze mi nie odpowiedziały.

Niewiele myśląc, wstaję, wpadam do kuchni i wybiegam na balkon.

– Poczekaj! – wołam przewieszona przez poręcz. – Nie zostawiaj mnie! Mówiłam ci? Mogę się zmienić. Przyrzekam, tylko daj mi szansę!

Mój nagły wybuch sprawia, że przechodząca chodnikiem para nerwowo spogląda w górę. Część mnie myśli, że się ośmieszam. Ale mam to gdzieś. Osoba z walizkami też przystanęła i się odwróciła.

– Mamo, daj spokój – mówi Emma, moja jedyna córka, światło mojego życia, centralny punkt mojej egzystencji, teraz oddalając się ode mnie. Patrzy w kierunku balkonu i moim, jakby to miało być ostatnie spojrzenie. Mogłabym przysiąc, że w jej wzroku jest jakaś tęsknota.

Wygląda jak bardziej przebojowa wersja mnie. Ma moje niesforne, kręcone włosy, ale bardzo do niej pasują – wygląda lekko i niebanalnie – stanowią pewnego rodzaju przedłużenie energii, którą emanuje przez cały czas we wszystkich kierunkach.

Teraz rozkłada ręce.

– Nawet nie doszłam do przystanku.

– Pomyślałam, że może zmieniłaś zdanie i chcesz, żebym pojechała z tobą do Karlskrony – oznajmiam.

– Żebyś mogła pójść ze mną na rozpoczęcie roku akademickiego i dopilnować, żebym nie zapomniała wziąć ze sobą książek?

– Czemu nie?

– Jest niedziela. Jutro pracujesz.

Wychylam się jeszcze bardziej. Słońce właśnie przesuwa się nad budynek po drugiej stronie ulicy i gdyby nie wyprowadzka Emmy z domu, mogłaby to być wspaniała niedziela. Może nie jest jeszcze za późno?

– Potrzebuję wakacji. Mam jeszcze mnóstwo urlopu.

– Jasne. I weźmiesz go bez uprzedzenia, zostawiając biednego Rogera samego z układaniem makaronu. – Roger to mój szef. Ma wyrobione zdanie na temat roli, jaką odgrywa odpowiednie ułożenie produktów na półkach. Nie mogę powiedzieć, że ułatwia mi to życie.

– Słyszałam, że Karlskrona jest w sierpniu piękna – dodaję.

– Byłaś w Karlskronie. Nie ma tam nic ciekawego poza brukiem.

– Największy brukowy rynek w Europie. Piękny materiał. Zawsze lubiłam kocie łby.

Emma postawiła walizki i zasłoniła oczy ręką, by mnie lepiej widzieć.

– Mamo, wyluzuj – prosi. – Nigdy wcześniej się nie martwiłaś.

– Nie martwię się – kłamię jak z nut.

– Jak złamałam nogę, nawet nie mrugnęłaś.

To było co innego. Kiedy złamała nogę, nie mogła się nigdzie ruszyć. Taki gips to praktyczna rzecz.

– Przestrzegłaś mnie tylko przed zakochaniem się w lekarzu.

– Miałaś piętnaście lat. Codziennie oglądałaś „Ostry dyżur” i łatwo ulegałaś wpływom.

Emma się śmieje.

– Idę – oświadcza.

Ale jeszcze przez chwilę nie rusza się z miejsca. Desperacko szukam słów, nie bardzo wiem jakich, ale przypuszczalnie takich, które sprawią, że będzie chciała wziąć mnie ze sobą.

– Poczekaj! Przyjedziesz do domu na Boże Narodzenie?

– Ha, ha. Pa, mamo.

Jasne, że żartuję. Emma macha do mnie ostatni raz, trochę niezdarnie, bo ma przewieszony przez ramię ciężki plecak. Skończyła dziewiętnaście lat; to już dorosła kobieta, choć wciąż oczywiście dziecko. Ja mam trzydzieści osiem i jestem mniej więcej tak dojrzała jak ona.

Jeśli byłabym o to pytana, odpowiedziałabym, że uważam za szaleństwo to, że dzieci stają się dorosłe i wyprowadzają się z domu. Dzieci nie powinny radzić sobie same. Do tego zostały wynalezione mamy. Bycie samotną matką zdzieckiem to wielki osobny temat, ale bycie matką bez niego – to zmarnowany kobiecy potencjał.

Urodziłam Emmę, mając dziewiętnaście lat, i od tego czasu we dwie byłyśmy przeciwko całemu światu.

Wstawiam filiżankę z zimną kawą do mikrofali. Potem siadam przy kuchennym stole i gapię się tępo przed siebie. Na więcej nie mam siły. Obita filiżanka wolno się kręci.

Przypominam sobie pięć najlepszych historii związanych z Emmą w chronologicznym porządku:

Miejsce numer pięć: Gdy mama skończyła pięćdziesiąt lat, a Emma właśnie wyrosła z etapu „Mamo, a dlaczego…” i weszła w etap „Mamo, a wiesz, że…”. Piła sok, jadła siedem rodzajów ciasteczek i opowiadała przyjaciółkom babci, skąd się biorą dzieci. Mama była tak zszokowana, że nie wiedziała, co powiedzieć. Wyczyn.

Miejsce numer cztery: Gdy Emma zaczęła pierwszą klasę i zaprosiła do domu koleżankę. Martwiłam się, że przyzwyczajona do przebywania tylko ze mną, nie będzie miała przyjaciół, więc z wielką ulgą opróżniłam całą spiżarnię – zaproponowałam im wszystkie zapasy zgromadzone na deszczowe i nudne dni. Dziewczynki przejadły się słodyczami, lodami i cynamonowymi bułeczkami. Niestety, mama jednej z koleżanek Emmy była dentystką i jeszcze przez wiele miesięcy na wywiadówkach wprowadzała napiętą atmosferę. Wciąż mam tę kobietę przed oczami. Siejąca postrach uprzejmość w połączeniu z włosami w kolorze miodu: gęstymi i miękkimi, z ciepłymi złocistymi refleksami, na pewno farbowanymi w droższym salonie fryzjerskim niż ten, który znajdował się w Skogahammar i do którego chodziłam, gdy chciałam sobie sprawić przyjemność. Działo się to raz na dziesięć lat, bez względu na to, czy była taka potrzeba, czy też nie.

Numer trzy: Emma kończyła osiem lat. Udało mi się zorganizować przyjęcie urodzinowe roku, szeroko dyskutowane, i zmieścić się przy tym w moim budżecie. Namówiłam emerytowanego sąsiada do przebrania się za Ojca Fourasa, znalazłam różne wstrętne rzeczy i schowałam je w puszkach po ciastkach oraz wypełniłam popcornem swoją sypialnię, która wśród dzikich okrzyków zmieniła się w salę kinową z czekającym na dzieciaki najnowszym filmem Disneya. Popcorn znajdowałam w najbardziej nieoczekiwanych miejscach jeszcze pół roku później, ale warto było. Mama Emmy versus inni rodzice 1 : 0.

Numer dwa: Emma miała trzynaście lat i pierwszy raz w życiu złamane serce. Powiedziała mi o tym. Właśnie stała się tak nieznośnie dorosła – to ten okres, kiedy latorośl nie chce być już traktowana jak dziecko, lecz uważa, że ma prawo tak się zachowywać. Ale w tamten weekend znowu byłyśmy we dwie przeciwko całemu światu, a przede wszystkim przeciwko Dupkowi, bo tak później go nazywałyśmy.

I w końcu – werbel, tadada i tym podobne – miejsce numer jeden: Gdy Emma dostała się na studia. Jest w naszej rodzinie jedyną osobą, która tego dokonała. Świętowałyśmy butelką musującego Chapel Hill, a Emma opowiadała o życiu na wyższej uczelni – jak wygląda oficjalne rozpoczęcie roku akademickiego, jak działa CSN – prawdopodobnie, by bardziej siebie przekonać niż mnie, że ma wszystko pod kontrolą. Tej wiosny i tego lata na powrót bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Szukałyśmy mieszkania, kilka razy pojechałyśmy do Karlskrony, żeby przyzwyczaić się do myśli, że Emma będzie tam mieszkać, i za każdym razem jadłyśmy w Fox and Anchor, jakby to stałe miejsce posiłków miało sprawić, że wszystko stanie się bardziej namacalne. Kupiłyśmy meble do małej kawalerki, którą szybko znalazłyśmy, oraz komplet talerzy, szklanki, patelnię i inne sprzęty potrzebne w prawdziwym domu, włącznie z deską do prasowania i żelazkiem. Emma zapewniła mnie ze śmiechem, że nigdy go nie użyje. „To nie ma znaczenia” – powiedziałam. Żelazko jest częścią wyprawki. Nie można być dorosłym bez żelazka i deski do prasowania, nawet jeśli nigdy się ich nie używa.

Piknęła mikrofala. Uświadamiam sobie, że zapomniałam o kawie, która zdążyła się zagotować, zapach spalenizny rozchodzi się po całej kuchni, gdy otwieram drzwiczki. I taką ją wypijam, gdy tylko trochę ostyga.

Nie mam nic do roboty. W ostatnich miesiącach moja lista rzeczy do zrobienia koncentrowała się wokół Emmy. Znaleźć mieszkanie w Karlskronie. Kupić odkurzacz. Kupić dodatkowe worki do odkurzacza. Ten punkt Emma również zakwestionowała, ale tylko dlatego, że jeszcze nie wiedziała, jak frustrujące jest szukanie odpowiednich worków do odkurzacza. Za każdym razem, kiedy ktoś mi mówi, że kiedyś było lepiej, podaję mu stronę dammsugarpasar.nu.

A teraz moja córka się wyprowadziła.

Mały szczegół, o którym powinnam była pomyśleć, zanim zaczęłam świętować.

2

Gdyby moje życie było nagrywane do „Na torze”1, początek brzmiałby mniej więcej tak: „Zaczynamy naszą podróż w miejscu oddalonym o dwadzieścia minut drogi od celu”. Kamera zrobiłaby zbliżenie na czterokondygnacyjny dom zbudowany w latach czterdziestych, w czasach, gdy o wszystkich przemysłowych miastach myślano, że czeka je ciągły rozwój. A że to mimo wszystko jest program z kolejową scenografią, to kamera mogłaby pokazać zlikwidowaną część linii kolejowej Örebro–Svartå, zanim musiałaby skręcić, minąć tradycyjny budynek gminy z mieszczącymi się w nim urzędem pracy i przychodnią stomatologiczną i udać się w kierunku centrum – ku rzędowi niskich budynków, gdzie kiedyś mieściło się znacznie więcej butików niż obecnie.

Skogahammar jest takim rodzajem miasta, w którym nie rozwinął się żaden znaczący przemysł od czasu, kiedy państwo szwedzkie zaczęło kłócić się z Leśnymi Finami o trzebież żarową (już wtedy powinniśmy przeczuwać coś złego w związku z zamykaniem zakładów, wyprowadzkami i biurokracją). Poradziliśmy sobie dzięki naszemu położeniu geograficznemu – blisko zakładów przemysłowych, teraz już zlikwidowanych. Obecnie naszym największym pracodawcą jest urząd gminy i urząd pracy: żyjemy dzięki sztucznemu oddychaniu, które sami sobie robimy.

Może jeszcze wspomniano by w nagraniu o znanych osobach pochodzących ze Skogahammar. Kiedy wpisze się w Wikipedii nazwę naszego miasta i wejdzie na „Znane osoby ze Skogahammar”, pojawiają się: Tomp Stjernström, hokeista (Hockeyettan), Jocke Andersson, hokeista (division 2), Sara Andersson, startująca w kwalifikacjach do „Idola”, i Anna Maria Mendez, naczelnik gminy. Jej obecność w tym miejscu należy traktować w kategoriach żartu, ale na razie Wikipedia jej nie usunęła.

Przypuszczam, że można by też nadmienić, że miasto odwiedził Olof Palme. To najważniejsze wydarzenie z rodzaju historycznych, jakiego doświadczyliśmy. Wszyscy powyżej czterdziestki pamiętają tę wizytę, jakby to było wczoraj, nawet jeśli szczegóły trochę się nie zgadzają („to był fantastyczny dzień, jak przyszłość, która się przed nami rysowała”, „było szaroburo, w kolorze komunizmu, który Palme próbował wprowadzić w Szwecji”). Ale gdy Emma pisała specjalną pracę na temat jego rzekomej wizyty, nie udało jej się znaleźć żadnych źródeł, które by ją potwierdzały. Ustaliła jedynie, że podczas kampanii wyborczej w osiemdziesiątym drugim przybył z oficjalną wizytą do Karlskogi i zatrzymał się w Bofors Hotel.

Jeśli nawet kiedykolwiek minął nas na ulicy, to nie było to nic, co by miało znaczenie dla potomności – tak krótka i nieistotna musiała być ta wizyta, o ile w ogóle się odbyła.

I oto zbliżamy się do kresu naszej podróży. Za dwa punkty: zbliżenie na Mat-Extra w Skogahammar. Teraz w oknach jest ciemno, ponieważ mamy „Otwarte codziennie od 9.00” (z wyjątkiem Bożego Narodzenia, Wielkanocy i Midsommar, ale nasz szef, Mały Roger, uważa, że informacja na tabliczce jest prawdziwa, bo w gruncie rzeczy mamy otwarte codziennie). Aktualnie reklamujemy ketchup, pałki z kurczaka i karkówkę w supercenie. Wygląda to tak, jakby nikt nam nie powiedział, że lato się skończyło.

Pracuję tu od dwunastu lat, prawie najdłużej ze wszystkich, włącznie z szefem. Jedyną osobą będącą dłużej na etacie ode mnie jest Pia, która mnie tu wkręciła, gdy potrzebowałam pracy. Pia pracuje w Mat-Extra, odkąd skończyła czternaście lat, z dziesięcioletnią przerwą, podczas której wyszła za mąż i urodziła dzieci. Potem jej mąż wylądował w więzieniu. To, prawdę mówiąc, nie jest w Skogahammar takie niespotykane, ale jego wsadzili za oszustwa podatkowe, co było pewną sensacją. Większość z nas nie zarabia tyle, by urząd skarbowy widział sens w zajmowaniu się nami. I Pia wróciła. Mat-Extra daje jej poczucie bezpieczeństwa. Trochę jak szwedzki Kościół.

A gdybym grała w filmie „Oto twoje życie”? Niczego nie trzeba by zmieniać. Mogliby użyć tego samego materiału, z moimi kolegami i Emmą, która się pojawia, a ja próbuję udawać zdziwienie. I mamą, oczywiście, chociaż jest coraz bardziej zagubiona i zapewne nawet w swoje lepsze dni nie zgodziłaby się na udział w tym projekcie. Odkąd mamy dwa kanały, uważa, że telewizja zrobiła się niemoralna.

Mam trzydzieści osiem lat, jestem samotną matką bez dziecka, pracuję w Mat-Extra i mieszkam w mieście, z którego wyprowadził się Bóg. Oto moje życie.

Tego poniedziałkowego poranka rozmowa w pomieszczeniu dla personelu dotyczy jak zwykle tego, czy jest prawdopodobne, że Mały Roger znajdzie zastępcę kierownika sklepu. Przed dwoma miesiącami ogłosił, że będzie nabór na to stanowisko, żeby zachęcić nas do „inicjatywy i brania odpowiedzialności”. Co tydzień przypomina nam o tym, jak ważne jest „wykazywanie inicjatywy” czy „wczucie się w rolę sprzedawcy!” (robi to słowami, które usłyszał na wieczorze motywacyjnym w klubie Rotary, i od tego czasu ciągle ich używa). Na razie tylko Nesrin rozważa ubieganie się o to stanowisko, ale chyba wyłącznie dlatego, że chce, by jej ojciec dostał ataku serca. Prowadzi lokalny kiosk i zabronił jej dodatkowej pracy u siebie. Od zawsze kierował się w stosunku do niej trzema zasadami: wykształcenie, wykształcenie i jeszcze raz wykształcenie, więc było pewne, że skończywszy liceum, Nesrin z przekory zrobi sobie roczną przerwę na pracę w Mat-Extra.

Jest nas, zatrudnionych na pełen etat, w Mat-Extra pięcioro i praktycznie rzecz biorąc, pracujemy w dni powszednie. Ponadto pracuje tu mniej więcej tyle samo młodych osób, które pomagają w weekendy i czasem wieczorami. My, personel na pełnym etacie, jesteśmy oczywiście przekonani, że niczego nie kontrolują i są zbyt leniwi, by dobrze pracować. „Naprawdę mam nadzieję, że tak jest” – mówi Pia za każdym razem, gdy w rozmowie pojawia się ten temat, czyli mniej więcej w każdy poniedziałek. „Dobrze wiedzieć, że młodzież wciąż ma swoje priorytety”.

Dzisiaj wszyscy zatrudnieni na pełen etat są w pracy i ze zróżnicowanym entuzjazmem słuchają motywującej przemowy Małego Rogera. Z czasem spontanicznie sami podzieliliśmy się na grupy, jak to ludzie mają w zwyczaju. Ja, Pia i Nesrin tworzymy grupkę, którą Pia nazywa „jedyne rozsądne, choć nawet to jest relatywne”.

Poza tym są jeszcze Mały Roger i Duży Roger. Właściwie nie mają ze sobą nic wspólnego poza imieniem i płcią, lecz to wystarczy, by trzymali ze sobą. Mały Roger jest niski i przysadzisty, a znerwicowanie kompensuje sobie wbijaniem małych agresywnych szpil. Zagadką jest, dlaczego ubzdurał sobie, że zostanie szefem w miejscu pełnym kobiet. Nie ma żadnych szans – nasze matki uodporniły nas na znerwicowanie i „pasywnie agresywne” szpile, gdy dorosłyśmy na tyle, by je rozczarować. Większość z nas uważa jednak, że Mały Roger jest okej i mógłby zostać szefem. Być może sensem życia Pii jest drażnienie się z nim, ale jestem pewna, że nie robi tego złośliwie.

Duży Roger jest co najmniej trzydzieści centymetrów wyższy i jakieś czterdzieści kilogramów cięższy od Małego Rogera. Lubi rzucać bulwersującymi w swoim mniemaniu żartami, ale że nie jest złym człowiekiem, to niezbyt mu to wychodzi. Co nie oznacza, że nie próbuje.

Maggan to klasa sama w sobie. Ma pięćdziesiąt pięć lat, zaczęła pracę w ramach projektu Unii Europejskiej i zawsze staje po stronie Małego Rogera. Jej ojciec był oficerem, do czego zaskakująco często wraca w rozmowach, więc podejrzewam, że zna swoje miejsce w szeregu i umie zastosować się do rozkazów.

Na przykład w tym momencie jest jedyną osobą, która rzeczywiście słucha tego, co ma do powiedzenia Mały Roger, starając się przy tym zagłuszyć zgryźliwe komentarze Pii. Jeśli o mnie chodzi, to właśnie wyjęłam komórkę i weszłam w Google.

Kiedy człowiek wpisuje w wyszukiwarkę „Jak przeżyć z nastolatkiem”, w dwadzieścia jeden sekund wyświetla się siedemset osiem tysięcy stron.

Po wpisaniu jednak „Jak przeżyć bez nastolatka” nie otrzymujemy żadnych praktycznych wskazówek.

„Będę musiała opracować własną strategię” – myślę. „Co właściwie powinnam zrobić?”

Wpadam na genialny pomysł i wpisuję w wyszukiwarkę „kryzys czterdziestolatki”, zakładając, że znajdę jakąś inspirację, ale wygląda na to, że na ten temat ludzie też nie mają za wiele do powiedzenia.

Może w dzisiejszych czasach kryzys dopada ludzi nie wcześniej niż po pięćdziesiątce? Kiedy właściwie jest dobry czas na młodsze kochanki i kabriolety, przedawkowywanie solarium i krótkie spódniczki? Wpisuję też „kryzys pięćdziesięciolatka”, ale Google proponuje „kryzys czterdziestolatka”, więc znowu jestem w punkcie wyjścia.

– Jak jest po angielsku „kryzys czterdziestolatka”? – pytam. Pia dziwnie mi się przygląda, a Mały Roger podejrzanie szybko odpowiada midlife crisis.

No proszę. Po angielsku jest znacznie więcej informacji. W Wikipedii znajduje się nawet długa lista wszystkiego, co może ten kryzys spowodować. Ożywiam się. Bezrobocie, śmierć rodziców, na zawsze utracona młodość i zbliżająca się milowymi krokami starość, znienawidzona praca, dzieci wyprowadzające się z domu, klimakterium i zdrada (tu przyczyna i skutek zdają się powiązane) – to tylko przykładowe wspaniałe rzeczy, które mogą nas, nieco już dojrzałych ludzi, pogrążyć.

Próbuję sobie wyobrazić wolność bez nastolatki, o którą nie trzeba się już troszczyć, ale jedyne, co widzę, to wypaczona wersja siebie samej na wakacjach dla zdesperowanych singli na Majorce. Z pomarańczową pomarszczoną skórą i dżinem z tonikiem w ręku próbującą poderwać jakiegoś nieszczęsnego dwudziestojednoletniego pilota wycieczek z biura podróży Fritidsresor.

Jestem przekonana, że Majorka wyszła już z mody, lecz to absurd, by w celu totalnej kompromitacji trzeba było jechać aż do Tajlandii.

Wikipedia podaje nawet, jak długo statystycznie trwa taki kryzys wieku średniego. Od trzech do dziesięciu lat u mężczyzn i od dwóch do pięciu lat u kobiet.

„Dwa lata” – myślę i blednę.

– Będę musiała sobie kupić sportowe auto – bąkam pod nosem.

Wikipedia zilustrowała nawet artykuł zdjęciem czerwonego ferrari.

– Nie pomaga – oświadcza Mały Roger, zerkając mi przez ramię. – To znaczy… nie trzeba już przypadkiem zamykać?

Wszyscy klienci, którzy mnie znają, wiedzą, że Emma wyjechała na studia. Posyłają mi współczujące spojrzenia i próbują zachęcić do tego, żebym zdradziła im wszystkie szczegóły. Nie sądzę, żeby wiedzieli, o jakie szczegóły im chodzi. Ja sama nie wiem, ale mieszkańcy małych miasteczek zawsze zakładają, że pod powierzchnią kryje się coś więcej.

– Tak, Emma wyprowadziła się z domu – przyznaję. I: – Tak, to oczywiście fantastyczne, że będzie studiować na wyższej uczelni. – Większość moich rozmówców nawet wymawia słowa „wyższa uczelnia” przez duże W i U – trochę nieufnie, trochę nabożnie. Zawsze przy akompaniamencie spokojnego dźwięku pik-pik. – To wszystko? Sto trzy korony. Tak, jestem z niej bardzo dumna. Papierową torbę? Będzie studiować planowanie przestrzenne. Rachunek?

Planowanie przestrzenne. Nawet nie wiem, co to jest. Przypuszczam, że planowanie przestrzenne jest przeciwieństwem przestrzennego chaosu. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, to wiele osób po tym kierunku pracuje w urzędzie gminy, część z nich zajmuje się wydawaniem pozwoleń na budowę.

To dołujące, że dla Emmy perspektywa zostania znienawidzoną gminną biurokratką warta jest czteroletniego oddalenia ode mnie.

Po lunchu daję za wygraną i zmuszam Pię, żeby zmieniła mnie przy kasie, a ja uciekam do zamrażarek, by wypakować cotygodniową dostawę mrożonych warzyw. Ale nie mija nawet dziesięć minut, a już znajduje mnie Ann-Britt.

Ann-Britt to nasze sumienie świata tutaj, w Skogahammar. Każdy rodzaj zła sprawia jej przykrość i powoduje zmartwienie, zaczynając od kobiety, która ukradła dzienny utarg w second-handzie Kupan, na masowym mordzie w Sudanie kończąc. Od lat jest szefową naszego oddziału Czerwonego Krzyża, co sprawiło, że ma twarz smutnego pluszowego misia.

Trudno jej uwierzyć, że ktoś może nie mieć serca i nie ofiarować pieniędzy podczas zbiórki na ofiary powodzi w Bangladeszu, głodu w Korei Północnej, na dzieci-żołnierzy w Ugandzie, na rzecz nie na własne życzenie samotnych ludzi w Szwecji czy porzuconych kotów w Skogahammar. A większość z nas odkrywa, że nie ma serca. I dlatego obraz ludzi chowających się na jej widok w Mat-Extra za regał z makaronem, robiących uniki za kierownicą lub nagle skręcających w boczne uliczki wcale nie należy do rzadkości.

Ale tym razem jestem zbyt rozkojarzona i nie udaje mi się schować.

Zmarszczki smutku na twarzy Ann-Britt robią się płytsze z powodu przyjaznego uśmiechu, który pojawia się na jej twarzy na mój widok.

– Przykro mi z powodu Emmy – oznajmia, jakby dziecko wyprowadzające się z domu dorzuciła do swojej długiej listy niepojętych okropności, które spotykają ludzi na całym świecie.

Ale ze względu na mnie stara się znaleźć pozytywną stronę tej sytuacji.

– Pewnie teraz, gdy Emma się wyprowadziła, wyrzucisz trochę rzeczy? – zagaja. – Pamiętam, co się działo po wyprowadzce Kristin. Składzik! Szafy! – W jej oczach pojawia się jakaś tęsknota. – Ale nie wyrzucaj jej dziecięcych ubrań. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą.

– Już je wyrzuciłam – informuję i popełniam tym samym okropne faux pas.

– Wyrzuciłaś?

– Emma powiedziała, że jeśli będzie miała dzieci, a ja je wystroję w jej stare ciuchy z lat dziewięćdziesiątych, to sama zadzwoni do Bris2. Jeśli jej dzieci nie zdążą zrobić tego wcześniej.

Emma dorastała w używanych ubraniach. Wie, jak to jest.

Ale w jednym Ann-Britt trzeba przyznać rację. Kobiety w Skogahammar wszystkie ważne życiowe sprawy łączą ze sprzątaniem. Śluby, wesela, odwiedziny, dzieci – wszystkie te wydarzenia prędzej czy później powodują, że padamy na kolana i szorujemy listwy przypodłogowe.

Do tej pory moje podejście do sprzątania było ściśle połączone z przyznawaniem sobie punktów za te wszystkie nudne rzeczy, które musiałam robić. Stosuję strategię spółek lotniczych i kolejowych, ale trochę zawyżam liczby. Odkurzanie to 27 000 punktów, wycieranie kurzu – 43 000, porządki w szafach – 57 000 (nigdy na tyle nie zasłużyłam). Szczerze mówiąc, pilnuję, żeby przyznać sobie mniej więcej tyle punktów, ile można dostać z SAS lub SJ. Dodatkowa filiżanka kawy w leniwy sobotni poranek kosztuje mnie 14 000 punktów. Drobne słodycze w piątek lub w sobotę – 27 000. Drobne słodycze w dzień powszedni – 39 000.

Ale teraz będę mogła wziąć się za sprzątanie. W życiu jest zdecydowanie za dużo weekendów i wieczorów.

Zawsze mogę zrobić porządek w szafie.

Telefon milczy.

Milczy cały dzień, ale wtedy przynajmniej jestem w pracy. Gdy tylko wracam do domu, robi to jakoś intensywniej – ta wieczna, ciążąca cisza.

Mam iPhone’a 4 – to stary telefon Emmy. Pokazała mi, jak działa, gdy w prezencie urodzinowym dostała iPhone’a 4S, i od tamtego czasu nie muszę już godzinami głowić się, jak się nazywa aktor, którego nazwiska właśnie nie mogę sobie przypomnieć. W tym niepewnym świecie pocieszam się tym, że jest Google i zawsze mogę wszystko sprawdzić.

Do teraz. Obecnie wyjmuję iPhone’a tylko po to, żeby się upewnić, że nie przegapiłam telefonu od Emmy, albo gdy mam ochotę do niej zadzwonić i coś jej powiedzieć, sama nie wiem dokładnie co. Wiele razy musiałam się w ostatniej chwili powstrzymywać.

Stoję w przedpokoju i patrzę na mieszkanie, jakby nagle zrobiło się równie obce i absurdalne, jak telefon. Chociaż nic się właściwie nie zmieniło.

Nawet słońce świeci tak jak zawsze i rzuca nastrojowe światło na meble z Ikei.

Latami walczyłam o to, żeby moje mieszkanie wyglądało tak, jak zaplanowałam. Jest pomnikiem wystawionym Ikei, hołdem złożonym szwedzkiej produkcji masowej. W salonie stoi dwuosobowa beżowa kanapa Karlstad i żółto-zielony szezlong Kivik, jedno i drugie kupione na przecenie podczas którejś z niezliczonych wypraw do Ikei w Örebro. Kuchnia też jest urządzona w duchu Ikei: cała moja porcelana jest stamtąd, podobnie jak patelnie, garnki i noże. Stół to biała Bjursta: rozkładany i łatwy w utrzymaniu czystości, z pasującymi do niego krzesłami.

W mieszkaniu nie ma niczego, co wymagałoby stałego doglądania czy ciągłego wycierania kurzu. To całkiem świadomy protest przeciwko mieszkaniu, w którym dorastałam, z mnóstwem ciemnych, wypolerowanych powierzchni, starych żeliwnych patelni i zmienianych co sezon zasłon – wszystko po to, by przeciętna pani domu nie doświadczyła nudy przez pięćdziesiąt lat.

Ale nasze, moje i Emmy, mieszkanie jest inne. „W życiu jest dużo ciekawszych rzeczy niż sprzątanie” – pomyślałam, kiedy w końcu było mnie stać na kupienie własnych mebli.

„Chcę być dobrą mamą, być ze swoją córką, a nie ochrzaniać ją za to, że zapomniała położyć na stole podkładki” – powiedziałam do samej siebie. „Mały chaos jest tylko czarujący”.

I dowody na to wciąż tu są. W pokoju Emmy stoi filiżanka z niedopitą kawą, na podłodze leżą porozrzucane ubrania, a w przedpokoju, tuż obok moich stóp, poniewiera się kurtka, z którą Emma pożegnała się tuż przed odjazdem.

Wyobrażam sobie, że podobnie jak ja mogłaby czuć się osoba, która jako jedyna przeżyłaby wybuch Wezuwiusza w Pompejach – kiedy to dzień zatrzymuje się na zawsze i staje się złośliwą parodią życia i ruchu.

Pochylam się i podnoszę kurtkę, a przed odwieszeniem czule ją głaszczę. Podejrzewam, że kurtka czuje się podobnie jak ja. Porzucona i trochę zszokowana, że tak nagle została w przedpokoju sama.

Emma spędziła właśnie swój pierwszy cały dzień w Karlskronie. Nie mam pojęcia, co robiła. Zakupy spożywcze? A może poszła na uczelnię? Oficjalne rozpoczęcie roku akademickiego jest w środę, ale może już teraz mają jakieś spotkanie? Myśl, że zaczęła całkiem nową przygodę beze mnie, wydaje mi się niedorzeczna.

Znowu chwytam za telefon. Waham się, trzymając palec na jej imieniu. Przecież dzwoniłam już dwa razy. Nie oddzwoniła.

„Opanuj się, Anette”.

Zdecydowanie wstaję i zanoszę telefon do pomieszczenia gospodarczego.

Teraz, żeby do niej zadzwonić, będę musiała przedrzeć się przez przeszkody w postaci toreb z butelkami zwrotnymi zbieranymi przez całe lato, odkurzacza, mopa i pudła z komiksami.

Potem znowu się rozglądam i po raz pierwszy uzmysławiam sobie to, co panie domu przypuszczalnie wiedzą od czasów, gdy pojawiły się pralki i półprodukty żywnościowe: że życie to ocean wolnego czasu, a dni lepiej spędzić na wycieraniu kurzu aniżeli wychowywaniu dzieci, które dorastają i wyprowadzają się z domu.

3

Stoimy z Pią na rampie rozładunkowej, tuż pod tabliczką PALENIE ZABRONIONE, i palimy. Wszyscy pracownicy ignorują zakaz w cichym porozumieniu. Kilka metrów dalej znajduje się wysypisko śmieci, więc by móc tu postać dłuższą chwilę, trzeba palić.

Właściwie to nie możemy wychodzić równocześnie na przerwę, ale Mały Roger ma właśnie biznes lunch w klubie Rotary i nie może nas strofować za coś, czego nie widzi.

Jest naprawdę wspaniały, późnoletni dzień, rampa znajduje się jednak zawsze w cieniu. Widok kontenerów i pustego parkingu nie podnosi mnie jakoś szczególnie na duchu.

Czasami wydaje mi się, że palę tylko z tego powodu, żeby sklepowy zapach nie wgryzł się w moją skórę. To suche, zatęchłe sklepowe powietrze sprawia, że często nagle zaczynam odczuwać ból głowy. Palenie trochę trzyma go w ryzach. Poza tym czas szybciej mija.

Moje najlepsze chwile w pracy to te, kiedy prawie zapominam, że w niej jestem, i wszystko robię automatycznie, bezwiednie. Przypuszczalnie życie byłoby o wiele prostsze, gdyby dało się całkowicie wyłączyć mózg. Szłoby się do pracy, przełączało mózg na tryb stand-by, a potem, po zdjęciu ciuchów roboczych, włączałoby się go znowu pilotem.

Chociaż gdybym mogła przełączyć mózg na tryb stand-by, to nie wiem, kiedy włączałabym go z powrotem. Może wyjściem byłby jakiś świecący czerwony guzik, przypominający, że coś, czego nie używam, mimo wszystko istnieje i czeka.

Opowiadam o tym Pii.

– Rany boskie, tak – zapala się. – Gdybym mogła snuć się wokół jak zombie, to zarówno moje życie, jak i życie Małego Rogera byłoby znacznie prostsze. Nawet siedzenie na kasie i uśmiechanie się do emerytów nie stanowiłoby dla mnie problemu!

Zaciągam się papierosem. Betonowa ściana, o którą opieram się plecami, jest chłodna i szorstka.

– Myślisz, że ktoś już to wymyślił i trzyma w tajemnicy? – pyta Pia. – No wiesz, przekazują sobie tę wiedzę z pokolenia na pokolenie, a nam pozostaje tylko głowienie się nad tym. To by wiele wyjaśniało.

Otwierają się drzwi obok nas i obie podskakujemy. Potem spoglądamy na siebie głupawo, kiedy się okazuje, że to tylko Nesrin. Pomimo tej całej naszej gadki na temat ignorowania zasad Małego Rogera jesteśmy zgodne co do tego, że lepiej to robić za jego plecami.

– Wymknęłyście się beze mnie? – pyta Nesrin.

– Przecież nie palisz – zauważa Pia.

– To chyba żaden powód! Maggan chce, żeby ją zmienić na kasie, a dlaczego mam tam siedzieć zupełnie sama, skoro nie ma Małego Rogera?

Wzruszamy ramionami, gasimy papierosy i wracamy z Nesrin do środka.

– O czym rozmawiałyście? – pyta Nesrin, gdy w końcu siada przy kasie, a my stajemy obok.

Opowiadam jej o tym, że mózg mógłby działać jak telewizor, ale zanim dochodzę do trybu stand-by, Nesrin woła: „To by było cool. Móc wejść w wybrany kanał i tam żyć?”.

Zerkam na Pię.

Pia rzuca:

– Właśnie. Jakbyśmy przez cały czas o tym myślały.

– Jaki serial byście wybrały? – pyta Nesrin.

– „Grę o tron” – odpowiada natychmiast Pia. – Pięć trupów przed lunchem. Małemu Rogerowi zostaje poderżnięte gardło jeszcze przed otwarciem sklepu.

Nesrin wygląda na lekko rozbawioną. Nadal bierze na poważnie większość tego, co mówi Pia, i w związku z tym często jest zszokowana.

– A ty kim chciałabyś być? – pytam ją.

– Daenerys Targaryen. Pomyślcie, byłoby wspaniale móc nasyłać na ludzi własne dzieci-smoki!

– A ty, Anette, w jakim serialu chciałabyś żyć? – ciągnie mnie za język Nesrin.

– „Kochane kłopoty” – odpowiadam. – Kawa w dużych papierowych kubeczkach, czarujące szaliki i córka, która mieszka w domu nawet po rozpoczęciu studiów.

– Jesteś żałosna – stwierdza Pia. – Potrzebujesz własnego życia. Gorzelnia dziś wieczorem?

– Co jest złego w „Kochanych kłopotach”? – pytam.

– To fajny serial – oznajmia jakaś klientka, która nagle wyrasta za nami. Uśmiecha się niczym egzaltowana przedszkolanka, a cała jest ubrana na różowo: różowy kapelusz, różowe spodnie, różowa lejąca się bluzka. Pia ma minę, jakby właśnie jej słowa się potwierdziły, a Nesrin i ja wyglądamy przede wszystkim na zdenerwowane. Ale nawet jeśli paniusia słyszała słowa o nasyłaniu smoków na ludzi, to nie pokazuje tego po sobie.

– All men must die, but we are not men! – oświadcza Pia. – Zapraszam do tej kasy.

Gorzelnia to największa knajpa w Skogahammar. To miejsce nazywało się już Lokal, Na Rogu (z powodu lokalizacji na rogu Rynku) i Zielona Krowa (poprzedni właściciel preferował bardziej nowoczesny i surrealistyczny język, ale ta nazwa nigdy się nie przyjęła). Formalnie jest to teraz Skogahammar Bar i Kuchnia. W założeniu nazwa ta miała chyba wyrażać trochę więcej od poprzedniej, ale to się szybko zmieniło, gdy Pia zaczęła nazywać tę knajpę Gorzelnią, co – gdy teraz o tym myślę – na dobrą sprawę sporo mówi o tym miejscu.

Chociaż nazwa zmieniała się przez te wszystkie lata, wystrój i muzyka pozostały takie same. Ciemne, lakierowane stoliki, boazeria i sztuczne kwiatki – to desperacka próba upodobnienia tego miejsca do eleganckiej restauracji.

Jest wpół do siódmej. Siedzimy z Pią i Nesrin przy naszym stoliku pod oknem. Przychodzimy tu z Pią na piwo mniej więcej raz w tygodniu, a Nesrin się przyłącza, jeśli nie ma nic lepszego do roboty.

Z głośników lecą różne hity z lat dziewięćdziesiątych – jak przez ostatnie dwadzieścia lat – a przy stoliku w samym rogu dwóch emerytów rozwiązuje krzyżówki. Możliwe, że oni też tu są od lat dziewięćdziesiątych. Między nimi stoi pół karafki białego wina, każdy z nich ma czołówkę, żeby coś widzieć w tym przytłumionym świetle.

– Nie rozumiem, jak Mały Roger może myśleć, że któraś z nas będzie się ubiegać o stanowisko zastępcy kierownika sklepu – mówi Pia.

Mały Roger wrócił z lunchu w klubie Rotary pełen nowych pomysłów i zdecydowany, by zmotywować personel sklepu.

– Trzeba być idiotą, żeby tak myśleć – ciągnie Pia.

Wypijam łyk piwa i czekam na rozwinięcie myśli. Znam ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że tak będzie. Zostałyśmy przyjaciółkami wiele lat temu, gdy jej mąż wylądował w więzieniu, a ja kilka razy zaprosiłam na obiad jej chłopców. To wystarczyło, by Pia wzięła mnie pod swoje opiekuńcze skrzydła. Charakteryzuje się bezwzględną lojalnością. Jest też farbowaną blondynką, przez cały rok nosi za krótkie spódniczki i ma chrypkę spowodowaną nałogowym paleniem i piciem whisky.

Nesrin dołączyła do nas dopiero latem. To koleżanka Emmy, więc traktuje nas jak przyszywane mamy. Nesrin i Pia nie mają ze sobą prawie nic wspólnego. Obie oglądają „Idola”, ale Nesrin dlatego, że martwi się o uczestników i najczęściej kibicuje temu, który właśnie odpada, a Pia najchętniej zasiadłaby w jury, bo uważa, że Alexander Bard3 jest tchórzem.

Pia ciągle mówi, ale mam trudności ze skupieniem się na jej słowach. Nagle nie mogę się powstrzymać, żeby się nie rozejrzeć, i uświadamiam sobie, że często siedzę przy tym stoliku, patrząc na tych samych emerytów z czołówkami i tych samych małolatów przy automatach do gry.

Nigdy nie planowałam zostać w Skogahammar. I na swój sposób wcale nie czuję, że to zrobiłam. Emma, odkąd zaczęła chodzić, wciąż jest w drodze. Może po prostu ubzdurałam sobie, że tak jesteśmy ze sobą zżyte, iż w jakiś przedziwny sposób teleportuję się do Karlskrony tylko dlatego, że ona się tam przeprowadziła.

– Zastępca kierownika, wicekierownik, nazywajcie go, jak chcecie, to kolejna pułapka, w którą wpadają kobiety – ciągnie Pia. – Siedemdziesiąt lat temu prasowałyśmy im koszule i niańczyłyśmy ich dzieci. Teraz robimy to wszystko, a ponadto za nich szefujemy. A im została pensja, tytuł i lunche w klubie Rotary.

– Muszę coś zrobić ze swoim życiem – oświadczam.

– Najpierw chyba musisz je mieć? – ironizuje Pia.

Nesrin kiwa głową ze zrozumieniem.

– Syndrom opuszczonego gniazda – stwierdza. – Czytałam o tym w Internecie.

– To mit – oświadcza z pełnym przekonaniem Pia.

Zastanawiam się w milczeniu, jak sobie z tym poradziła, gdy jej trzej synowie wyprowadzili się z domu. Przypuszczalnie zbytnio się nie przejmowała. Pia należy do osób, które bez względu na okoliczności będą robić domowe köttbullary4, nawet jeśli gotują tylko dla siebie. Kiedyś przyznała, że gotowanie zaczęło jej sprawiać przyjemność dopiero wtedy, gdy nie musiała już karmić trzech pytonów („połykają jedzenie w całości, a potem leżą na kanapie i czekają, aż się strawi”).

A ja kupiłam dziś siedem gotowych mrożonych dań Findusa, małe opakowanie jajek i pięć pomidorów. Powinno mi to wystarczyć na tydzień.

– Badania pokazują, że kobiety są szczęśliwsze, kiedy dzieci wyprowadzają się z domu. Lepiej się czują, są pogodniejsze i lepiej układa im się w łóżku z partnerem.

– Jestem singielką – zaznaczam.

– A więc twoje życie seksualne może się tylko poprawić.

– Kiedyś miałam marzenia – mówię.

Ściśle mówiąc, trzy. Zabawne, że nie myślałam o tym przez wiele lat. Sprecyzowałam je sobie wszystkie podczas jednego wieczoru. Miałam wtedy osiemnaście lat, było lato, a ja bawiłam się na jakiejś imprezie pod gołym niebem gdzieś między Skogahammar a Karlstad. Nie pamiętam, jaki to był miesiąc, lecz wystarczająco późno, żeby zakwitły czeremcha i bez, a na tyle wcześnie, żeby wieczorami powietrze było chłodne i pełne obietnic. W trzeszczącym radiu leciały różne przeboje; to były czasy, kiedy zespół U2 wciąż jeszcze nie znalazł tego, czego szukał, a grupa Roxette święciła swoje największe sukcesy.

Próbuję sobie przypomnieć, jak wtedy wyglądałam – włosy, ubrania, twarz – ale jedyne, co mam przed oczami, to Emma przebrana w ciuchy z lat osiemdziesiątych. Miałam wtedy na sobie zniszczone, prawie rozlatujące się marmurkowe dżinsy, a pod nimi czarne kabaretki. Pamiętam, że cały dzień spędziłam pracując nad tym, żeby te dżinsy miały wystarczającą ilość przetarć i dziur. Moje uda stały się czerwone od tarcia papierem ściernym, ale było za ciemno, żeby ktoś mógł to zobaczyć.

I właśnie wtedy obiecałam sobie, że zrobię trzy rzeczy, które mnie uszczęśliwią.

– Tego lata, gdy skończyłam osiemnaście lat – zaczynam opowiadać, a zarówno Pia, jak i Nesrin spoglądają na mnie z zainteresowaniem, chociaż Nesrin wydaje się liczyć, kiedy to mogło być – obiecałam sobie, że zrobię trzy rzeczy, dzięki którym będę szczęśliwa. Numer jeden: kupię dom…

– Wynajmujesz mieszkanie – przerywa mi Pia.

„Dom nie był taki ważny” – myślę. Głównie chodziło o to, że moi rodzice mieli mieszkanie, więc z punktu widzenia ewolucji powinnam posiadać dom.

– Będę jeździć motocyklem.

Mój ówczesny chłopak miał motocykl. Wciąż pamiętam nasze wejście: trzy ogniska obozowe już się paliły, a wokół nich kręcili się szczupli i atrakcyjni młodzi ludzie. Zsiadłam z motocykla, jakbym nic innego w życiu nie robiła, a moje natapirowane włosy jakoś przeżyły tę krótką podróż w kasku.

– Cool – rzuca Nesrin.

– Przecież nie masz nawet prawa jazdy na samochód – przypomina Pia.

– I będę samowystarczalna – wygłaszam z triumfem swoje ostatnie marzenie.

Pia traci rezon.

– To ostatnie w każdym razie mi się udało – stwierdzam.

– W tym tysiącleciu nie byłaś na prawdziwej randce, więc jasne. Chyba można tak powiedzieć.

Patrzę na Pię i Nesrin. To moje najlepsze przyjaciółki. Z pewnością mi pomogą.

– Potrzebuję nowych marzeń – oświadczam. – Muszę coś robić.

A one oczywiście całkowicie skupiają się na tym, żeby pomóc mi wpaść na coś konstruktywnego.

– Przede wszystkim musisz przestać myśleć, że sama sobie poradzisz – podpowiada Pia. Mówi to tak poważnie, że wyjmuję długopis i sięgam po serwetkę, by zapisać wszystkie propozycje.

Pochyla się do przodu i wskazuje palcem serwetkę.

– Napisz: seks!

Moja ręka zatrzymuje się w powietrzu.

– Z co najmniej dziesięcioma facetami – dodaje.

– Rany boskie, w całym mieście nie ma dziesięciu facetów, z którymi można by uprawiać seks, pomijając już to, czy oni chcieliby to robić ze mną.

– Oj tam, po prostu jesteś zbyt wybredna. Masz zostać największą flirciarą w Skogahammar. Podrywaj wszystkich, jak leci!

Nie zapisuję tego.

Nesrin jest poważna, ale pomocna mniej więcej tak samo jak Pia.

– A może znajdź sobie jakieś hobby. Czym to się zajmuje ten dziwny chłopak w kapeluszu ze zwisającym rondem?

To jeden z naszych najbardziej ekscentrycznych klientów.

– Znaczkami – mówię z przekąsem. – Jest przekonany, że się na tym wzbogaci i zbiera wszystkie znaczki, jakie znajdzie w koszu na śmieci przy okienku pocztowym – wyjaśniam. Mamy w Skogahammar małe okienko pocztowe w Mat-Extra.

– Filatelista-erotoman? – rzuca Pia.

– A może jakieś rękodzieło? – pyta niewzruszona Nesrin. – W dzisiejszych czasach wiele osób się tym zajmuje. Możesz dziergać szaliki na zimę albo nauczyć się haftu krzyżykowego! Robić takie małe makatki z własnym przesłaniem. Możesz sama wymyślać, co ma na nich być. Może jakaś miła sentencja z poradnika, żebyś mogła zastanowić się nad czymś przyjemnym za każdym razem, kiedy będziesz na nią patrzeć. Jest naprawdę dużo świetnych poradników.

Nie powinna była tego mówić.

– To kolejna pułapka, w którą wpadają kobiety! – oświadcza Pia.

– Myślałam, że był nią wiceszef? – mówię.

– To się ze sobą łączy. Wszystkie kobiety to okropnie głupie neurotyczki. Takie jest moje zdanie. Dorastając, mitrężymy mnóstwo czasu na dbanie o swój wygląd, a potem wychodzimy za mąż za obdartusów. Jaki w tym sens?

– Niektórzy mężczyźni dbają o wygląd – oponuje Nesrin.

– Nie, niektórzy mężczyźni są sztokholmczykami. A do tego są neurotyczni.

Trudno z tym dyskutować.

– A poradniki to tylko część tego wszystkiego. Mają z nas robić neurotyków. Zmieniają ludzi w durnowato uśmiechniętych, infantylnych idiotów, którzy dzielą się na Facebooku swoimi zdjęciami robionymi na łące, podpisanymi fikuśną czcionką, a inni idą przez życie, powtarzając mantrę: to pierwszy dzień reszty mojego życia, to pierwszy dzień reszty mojego życia, zmiana zaczyna się od środka, zmiana zaczyna się od środka. Nie, to nie jest, do cholery, pierwszy dzień reszty waszego życia. To pięć tysięcy czterysta siedemdziesiąty piąty dzień zmywania i sprzątania w waszym życiu. Proszę bardzo, próbujcie zmienić wasze wewnętrzne organy według zasad feng shui i sprawdźcie, jak będziecie się czuły. To ten sam rodzaj idiotyzmu, który każe kobietom wierzyć, że od zawsze marzą o tym, by się zaharowywać i nic z tego nie mieć.

– Okej, możemy się trochę skoncentrować na mnie i na moim deficycie marzeń? – pytam, ale właśnie w tym momencie podchodzi kelnerka z następną kolejką piwa, bo kończymy pierwszą. Słyszała ostatnie słowa Pii.

– Próbowałam przemeblować swój pokój według zasad feng shui – informuje wesoło. – Ale zdechły mi wszystkie kwiatki – rzuca, znikając z pustymi kuflami.

– Czytałam kiedyś o kobiecie, która stworzyła obraz ze swoimi marzeniami – mówi Nesrin, nie zauważając, że Pia gapi się na nią z niedowierzaniem. – Zrobiła kolaż ze zdjęć, które przedstawiały wszystkie jej marzenia o tym, jak chciałaby żyć.

„Hm, może obraz z marzeniami to nie taki głupi pomysł” – myślę. Chociaż trudno mi sobie wyobrazić, że sama mogłabym zrobić coś takiego.

A na razie biorę serwetkę i kładę ją na kolanie, a następnie spisuję wszystkie marzenia, jakie przychodzą mi do głowy, podczas gdy Pia i Nesrin ciągle wesoło się sprzeczają.

– Jedno ze zdjęć przedstawiało szczęśliwą rodzinę na tle domu – kontynuuje opowieść Nesrin. – I kiedy wiele lat później znalazła ten obraz z marzeniami, odkryła, że mieszka w takim właśnie domu! To był ten sam dom!

– Jasne – rzuca Pia. – I ten sam mąż i te same dzieci. Podświadomie spełniła swoje marzenia. Znalazła go na Facebooku i tak długo prześladowała, aż w końcu rozwiódł się ze swoją godną pożałowania żoną, która żyje teraz sama w wynajętym mieszkaniu jedynie ze swoim własnym obrazem z marzeniami na ścianie.

– Nie, wcale tak nie było.

– I bez swojego psa! Bo pies też był na tamtym obrazie.

Dyskretnie masuję skronie, podczas gdy Pia i Nesrin toczą długą dyskusję na temat tego, czy kobietom potrzebne jest poczucie własnej wartości i wiara w siebie. Kończymy już drugie piwo, a one wciąż się zawzięcie sprzeczają.

To zupełnie zwyczajny wtorek. Abstrahując od tego, że w domu czeka na mnie tylko pyttipanna5 Findusa.

– Jeszcze jedno piwo? – pytam.

4

Aj.

– Niech to szlag!

– Mamo, wszystko okej?

– Tak, oczywiście, wszystko w porządku, tylko…

– Co to za hałas?

– Puste butelki. Poczekaj chwilkę.

Pochylam się i z telefonem wtulonym między ucho i bark próbuję przytrzymać nogą butelki po coli, w końcu daję za wygraną i je omijam.

– Gdzie jesteś?

– W składziku.

Wrzucam butelki, które się wyturlały, a następnie szybko zamykam drzwi. Z kieszeni wypada mi zgnieciona serwetka, więc odruchowo schylam się i ją podnoszę.

– Co tam robisz?

– Ja…? Sprzątałam.

– Wszystko okej? – Wyczuwam w jej głosie prawdziwy niepokój. – Widziałam, że dzwoniłaś. Już wtedy spałam, więc nie oddzwoniłam.

Poprzedniego dnia mniej więcej przy czwartym piwie wpadłam na genialny pomysł. Dzisiaj zaczęłam myśleć, że może nie był taki świetny, jak mi się zdawało, ale z taką pewnością siebie, na jaką tylko mnie stać, mówię:

– Dzień Wszystkich Świętych.

Oto co wymyśliłam: powinniśmy byli importować Święto Dziękczynienia. Przecież przenieśliśmy na nasz grunt większość innych świąt. Na przykład Halloween.

W USA dzieciaki przyjeżdżają do domu na Święto Dziękczynienia. Weekend w listopadzie byłby idealny. Po wakacjach, przed Bożym Narodzeniem. Z pewnością moglibyśmy otoczyć czcią Indian i kukurydzę zamiast duchy i brzydkie przebrania (które już mamy na Wielkanoc).

To podsunęło mi myśl o Dniu Wszystkich Świętych.

– Dzień Wszystkich Świętych? – powtarza Emma. Jej głos brzmi dziwnie.

– Uważam, że powinnyśmy go spędzić razem. Jak kiedyś. Hamburgery zamiast pizzy.

Gdy kupujemy jedzenie do domu, prawie zawsze jest to pizza. Wyjątek stanowi Dzień Wszystkich Świętych. Wtedy obowiązują hamburgery, chociaż frytki miękną, zanim dochodzimy do domu. To nasza tradycja. Przez jakiś czas eksperymentowałyśmy z chińszczyzną, ale się nie przyjęła.

– Jest koniec sierpnia – zauważa Emma.

– Ani się obejrzymy, a przyjdzie jesień… – zawieszam głos. – I było miło, prawda? Mam na myśli hamburgery.

Cisza.

– A poza tym? Jak tam w Karlskronie? Musisz zadzwonić i zdać mi relację z oficjalnego rozpoczęcia roku akademickiego. Spotkałaś już jakichś innych studentów?

– Mamo, dlaczego sprzątasz w składziku w środowy poranek?

Wpatruję się w zamknięte drzwi. Nie będę mogła ich teraz otworzyć.

– Taka była potrzeba – odpowiadam z determinacją w głosie.

– Znajdź sobie jakieś hobby.

Przypominam sobie o zgniecionej serwetce. Wygładzam ją owładnięta desperacką nadzieją, że poprzedniego dnia wpadłam na jakiś błyskotliwy pomysł. Niestety. Prawie nieczytelnym pismem nabazgrałam: „kupić dom”.

Nie przychodzą mi do głowy nowe marzenia.

A kolejne punkty na liście to: zacząć randkować, znaleźć sobie jakieś dziwne hobby, dajmy na to zbieranie znaczków, nauczyć się haftu krzyżykowego, kupić motocykl, nauczyć się zasad feng shui, posprzątać w składziku.

Napisałam nawet o znaczkach i hafcie krzyżykowym. Ocenzurowałam propozycję Pii: „seks z dziesięcioma facetami”. Nie żeby „zacząć randkować” było o wiele bardziej prawdopodobne.

Na samym dole napisałam: „zająć się czymś, najlepiej jakimś niemożliwym projektem”. Gdybym była na tyle głupia, żeby zacząć randkować, mogłabym za jednym zamachem mieć z głowy dwa punkty.

– Zastanawiam się nad prawem jazdy na motocykl – informuję. To powinno ją zadziwić. Czuję, że wspominanie o hafcie krzyżykowym i sentencjach nie jest dobrym pomysłem.

Emma tylko się śmieje.

– Fantastyczny pomysł – oświadcza. – Może poderwiesz jakiegoś czarującego motocyklistę.

No proszę, można to połączyć z innym punktem na mojej liście.

– Nie będę nikogo podrywać – mówię zdecydowanym głosem. – Będę sobie radzić sama i kupię dom.

Emma znowu się śmieje. Potem na chwilę zapada cisza, a ja zastanawiam się, co powiedzieć. W końcu Emma mówi:

– Hamburgery były miłe. Pewnie przyjadę do Skogahammar jeszcze przed Wszystkimi Świętymi.

„Ha!” – myślę. „Zwycięstwo!”

– Kiedy tylko chcesz – oświadczam wspaniałomyślnie.

Ale najpóźniej na Wszystkich Świętych. Szybko minie. To tylko kilka tygodni. Żaden problem.

Zdecydowanie żaden problem.

– Zadzwoń, żeby opowiedzieć mi o lekcji jazdy na motocyklu – prosi Emma i się rozłącza.

Fantastycznie. Biorę długopis i piszę na serwetce dużymi grubymi literami tuż nad tymi wszystkimi żałosnymi pomysłami: przeżyć do Wszystkich Świętych. Waham się, a potem dopisuję: i nie naprzykrzać się Emmie.

Trzydzieści siedem tysięcy czterysta dziesięć godzin – tyle niezagospodarowanego czasu zostało mi jeszcze w życiu. To relatywnie prosty rachunek, jak te, które wybijam na kasie. Powiedzmy, że człowiek ma wolnych mniej więcej pięć godzin każdego roboczego dnia, odejmując czas na sen i pracę. Szesnaście godzin w weekendy, jeśli przyjmie się wariant optymistyczny, czyli że śpimy osiem godzin w ciągu doby.

W sumie daje to pięćdziesiąt siedem niezagospodarowanych godzin w tygodniu. Rok ma pięćdziesiąt dwa tygodnie, ale prawdopodobnie Emma przyjedzie do domu koło Bożego Narodzenia, powiedzmy na dwa tygodnie, i latem, powiedzmy na cztery. To daje dwa tysiące sześćset dwadzieścia dwie godziny rocznie, lecz nie zapominajmy, że obiecała przyjechać na Wszystkich Świętych. Odliczam jeszcze cztery weekendy w roku i otrzymuję bardziej rozsądną liczbę: dwa tysiące czterysta dziewięćdziesiąt cztery godziny w każdym roku.

Ile mam przed sobą takich lat? Kusi mnie, żeby policzyć wszystkie lata do swojej śmierci, ale potem uzmysławiam sobie, że jest bardzo prawdopodobne, iż Emma będzie kiedyś miała dzieci.

Wtedy na pewno zadzwoni. Jeśli nie w jakiejś innej sprawie, to choćby dlatego, że będzie potrzebowała niańki. Mogłaby się wprowadzić do mieszkania obok, a potem, gdy jej dzieci dorosną, ja będę śmiała się ukradkiem. Będziemy siedzieć na balkonie, pić kawkę i narzekać na dzieciaki, które wyprowadzają się z domu.

Ale oczywiście nie chcę, żeby zaszła w ciążę. To jedna z rzeczy, które napawały mnie największym strachem, odkąd wyrosła z wieku, kiedy przejmowałam się tym, że zostanie ofiarą szkolnego mobbingu. Naprawdę mam nadzieję, że wczesne zachodzenie w ciążę nie przechodzi u nas z pokolenia na pokolenie. Jakkolwiek patrzeć, ciąża mamy temu przeczy. Rodzice się pobrali i urodziłam się, gdy już obydwoje byli dojrzałymi ludźmi. Jestem prawie pewna, że nie uprawiała seksu przed poznaniem mego taty. Gdyby nie to, że się urodziłam, miałabym wątpliwości, czy w ogóle uprawiała seks.

Ale za jakieś piętnaście lat… wtedy mogłabym zostać babcią. No i wychodzi nam okrągła liczba trzydziestu siedmiu tysięcy czterystu dziesięciu godzin.

Pozostaje tylko zacząć odliczanie.

Liczenie zajęło mi całą środę, a następnego dnia jestem tak zdesperowana, że rozważam nawet, czy nie zadzwonić do ojca Emmy.

Nazywa się Adam Andersson; spędziliśmy ze sobą kilka nocy pewnej wiosny na początku lat dziewięćdziesiątych. Kiedy zaszłam w ciążę, nie pomyślałam nawet o tym, żeby się z nim związać, a jemu naprawdę ulżyło, gdy się o tym dowiedział. Mieliśmy jednak ze sobą sporadyczne kontakty. Emma, uświadomiwszy sobie około siódmego roku życia, że większość jej koleżanek ma ojców, przechodziła okres tatusiowy i Adam grzecznie zgodził się na kilka spotkań, zanim jej nie przeszło. Gdy tak się stało, też mu ulżyło, bo był już wtedy żonaty. Dzisiaj ma dwoje dzieci i mieszka z rodziną w Örnsköldsvik. Nie wysyłamy sobie bożonarodzeniowych kartek.

W piątkowe popołudnie już na samą myśl o samotnym weekendzie oblewa mnie zimny pot. Wcale nie pomaga mi to, że wiem, ile dokładnie godzin muszę czymś wypełnić. Emma dzwoniła dwa razy. Raz, żeby mi zdać relację z oficjalnego rozpoczęcia roku akademickiego, a drugim razem, by mi powiedzieć, że mieli jakieś spotkanie integracyjne i wszyscy byli mili.

Jest parę minut po piątej, siedzę na ławce w szatni i przebieram się najwolniej, jak tylko potrafię. Pia wbija się już w rajstopy, a ja zdążyłam zaledwie zdjąć służbową bluzkę.

– Może zrobimy coś w weekend? – pytam.

– Chłopcy przyjeżdżają – odpowiada Pia. Jest przynajmniej na tyle przyzwoita, by zrobić zatroskaną minę. – Uważasz, że jestem za gruba? – pyta, chcąc prawdopodobnie odwrócić moją uwagę od niesprawiedliwości tego świata.

Nawet nie podnoszę wzroku.

– Wiesz, że nigdy ci nie odpowiem na to pytanie, prawda? – mówię z irytacją.

– Dzisiaj musiałam skakać, żeby założyć spódnicę. Chyba zrobiła się ciaśniejsza.

Masuję skronie.

– Pia, zawsze masz zbyt obcisłe spódniczki. Jeśli nie musisz skakać w sklepie, gdy je przymierzasz, to ich przecież nie kupujesz.

– To prawda – przyznaje Pia.

– Masz zamiar znowu zacząć trenować? – pytam badawczo. Mniej więcej raz na cztery miesiące Pia oświadcza, że będzie chodzić do Friskis & Svettis albo zacznie pływać lub ćwiczyć jogę, a potem jest marudna i skwaszona aż do chwili, gdy w końcu rezygnuje z tego pomysłu i wraca do alkoholu i papierosów. Zawsze mówi, że kiedyś miała wałeczki tam, gdzie trzeba, a teraz ma je wszędzie.

– Uważasz, że powinnam?

– Błagam, tylko nie zacznij trenować.

– Zobaczymy – mówi złowieszczo. – Dzisiaj Birgitta wpadła po produkty light. Testuje nową dietę. I jak zwykle zadowolona z siebie poinformowała, że łączy ją z treningiem.

– Minie jej – pocieszam Pię. Birgitta wytrzymuje na swoich dietach tak długo, jak Pia na treningach.

– Jak schudnie i wyładnieje, to się zastrzelę. Masz zamiar kiedyś się przebrać?

Po zdjęciu służbowej bluzki wolno zakładam prywatną. Jestem już w połowie przebrana, gdy Nesrin zagląda do środka.

– Prawdopodobnie żadna z was nie ma ochoty wziąć kilku moich ostatnich godzin? – pyta. – Mam randkę.

Nie zdążyłam całkiem założyć swojej bluzki, więc teraz podchodzi do góry i zasłania mi twarz.

– Ja, ja, ja! – krzyczę z materiałem w ustach.

– Rany boskie, zrób coś ze sobą – prosi Pia, a Nesrin się rozpromienia i znika, by powiedzieć Małemu Rogerowi o zmianie w grafiku.

– Czemu nie? – rzucam. – Zagospodaruję cztery godziny. W ten sposób w weekend spędzę bezczynnie już tylko dwadzieścia osiem godzin.

Pia patrzy na mnie nierozumiejącym wzrokiem.

– Cholera, nie doliczyłam piątkowego wieczoru. To oznacza, że mam jeszcze trzydzieści trzy godziny.

Pia kładzie mi ręce na ramionach i patrzy głęboko w oczy, by się upewnić, że rozumiem jej słowa.

– Anette – mówi zadziwiająco czule. – Mówię to jako twoja przyjaciółka.

Kiwam głową.

– Jesteś żałosna. Zacznij żyć.

5

Nigdy, już nigdy więcej.

Jest poniedziałkowy poranek, a ja docieram do pracy pół godziny przed czasem, na długo przed pojawieniem się Małego Rogera z kluczami i kodem do alarmu.

A i tak musiałam ze sobą walczyć, żeby nie być tu już o siódmej.

Zdeterminowana stoję przy rampie rozładunkowej. Nie spędzę już żadnego weekendu tak jak tego, nawet jeśli będę musiała umówić się na dziesięć randek i nauczyć się haftu krzyżykowego. W sobotę wysprzątałam całe mieszkanie, włącznie z pokojem Emmy.

To był błąd.

Przez cały sobotni wieczór i całą niedzielę mieszkanie szydziło ze mnie swoimi lśniącymi podłogami, brakiem porozrzucanych rzeczy i ubrań, startymi powierzchniami i oczywistą pustką.

Wyjmując komórkę, rozglądam się ukradkiem, jakbym miała właśnie popełnić jakieś przestępstwo.

„Pierwszy dzień reszty twojego życia” – myślę. „Pierwszy dzień reszty twojego życia, pierwszy dzień…”

Wyszukuję w Google numer telefonu i szybko go wystukuję, żeby się nie rozmyślić.

Zdecydowany głos w słuchawce informuje mnie klarownie:

– Ingeborg. Witamy w szkole nauki jazdy w Skogahammar. W czym mogę pomóc?

– Muszę zacząć żyć – wyjaśniam.

Cisza.

– W tym nie mogę pomóc. Chce pani jeździć motocyklem czy samochodem?

Przełykam ślinę.

– Motocyklem – odpowiadam. – Jasne, że motocyklem.

Rezerwuję termin próbnej lekcji, obiecując, że do tego czasu załatwię pozwolenie na prawo jazdy i zgromadzę niezbędne papiery. I że będę miała przy sobie dowód osobisty.

Po zakończeniu rozmowy uświadamiam sobie, że zapomniałam zapytać, ile kosztuje ta przyjemność, ale to nie ma znaczenia. Na jedną lekcję mogę sobie pozwolić. To tylko lekcja próbna. Nie muszę decydować się na kolejne. Chcę mieć tylko poczucie, że zrobiłam choć jedną szaloną i niemożliwą rzecz, i to wyłącznie dla siebie.

Prawo jazdy na samochód to zupełnie inna historia. Jest potrzebne do załatwiania poważnych spraw w dorosłym życiu, takich jak duże zakupy czy przeprowadzka. A motocykle? Motocykle są grzeszne, niepotrzebne i tak wyzwalająco niepraktyczne.

Rampa rozładunkowa od razu zaczęła wyglądać jakoś inaczej. Niby ten sam beton, te same porzucone kartony i ta sama dobrze znana woń kuchennych śmieci, a mimo to wszystko się w jakiś niepojęty sposób zmieniło.

Zrobiłam to, chociaż nie mam bladego pojęcia, jak się ta sprawa skończy. I to jest fantastyczne.

Następnego dnia wymykam się w porze lunchu do optyka po zaświadczenie.

Właściwie jest to jedyna rzecz, jakiej potrzebuję, żeby otrzymać pozwolenie na prawo jazdy. Później, nawet mnie nie widząc, urząd do spraw ruchu drogowego zdecyduje, że nadaję się do jazdy na czymś, co może zabijać ludzi. Jasne, muszę zdać kilka egzaminów, by robić to samodzielnie, lecz w trakcie nauki mogę korzystać z publicznych dróg.

Czy nie ma już wystarczająco wielu szaleńców, którzy jeżdżą nieprzewidywalnie? W naszym kraju, kładącym nacisk na bezpieczeństwo, ktoś im to chyba powinien choć trochę utrudniać? Czy urząd do spraw ruchu drogowego nie powinien już teraz się ze mną spotkać, przeprowadzić rozmowę i upewnić się, że wiem, jak zachować się na skrzyżowaniu równorzędnym? Czy kandydat na kierowcę nie powinien najpierw uczyć się jeździć na jakimś symulatorze?

W salonie optycznym pracuje Ulla-Carin. Ma krótkie ciemnorude włosy, ewidentnie farbowane. Wiele z nas, mieszkanek Skogahammar, nie uznaje naturalnych odcieni czy dyskretnych pasemek. Jest tak po części dlatego, że nasza fryzjerka nie umie robić innych pasemek niż blond, które prawdę mówiąc, często są platynowe, prawie białe; a po części dzieje się tak dlatego, że nigdy nie widziałyśmy sensu w chodzeniu do fryzjera lub farbowaniu włosów w domu tylko po to, żeby wyglądać naturalnie. Bo skąd wtedy ktoś miałby wiedzieć, że farbowanie pochłania tak wiele naszego czasu i że wkładamy w nie tyle energii?

Ulla-Carin połączyła ten kolor włosów z intensywnie czerwonymi oprawkami okularów, zegarkiem z fioletowego tworzywa, widocznym na jej opalonej ręce, i jasnoróżową szminką w odcieniu, który od późnych lat osiemdziesiątych jest już nie do zobaczenia nigdzie indziej w Szwecji.

Wyjmuje tabliczkę leżącą za kasą, na której jest napisane: „Badanie wzroku. Wracam za dziesięć minut”, i stawia ją na ladzie.

– Sądziłam, że masz dobry wzrok – oznajmia, prowadząc mnie do mniejszego pomieszczenia na tyłach lokalu. – No, ale z wiekiem to się często zmienia. Pewnie czujesz, że ci się trochę pogorszył? Połóż tutaj brodę – prosi. – Pochyl się do przodu, tak żeby czoło dotknęło tego miejsca.

Twarz Ulli-Carin znajduje się absurdalnie blisko mojej, a ona każe mi wodzić wzrokiem za swoim palcem i sygnalizować, gdy ten pojawi się w moim polu widzenia. Wyobrażam sobie, jaką zrobi minę, kiedy jej powiem, że mam zamiar zacząć jeździć motocyklem. Pomyśli, że zwariowałam, i nie będzie w stanie pojąć, jak mogę tego właśnie chcieć.

– Ja… – zaczynam.

– To zupełnie normalne w twoim wieku. Tak to jest, jak się człowiek starzeje – wypowiada ostatnie zdanie bardzo entuzjastycznie, zadowolona z tego, że dołączę do klubu osób noszących okulary do czytania.

– Potrzebuję tylko zaświadczenia, że mam dobry wzrok – mówię. Waham się, lecz jestem zmuszona powiedzieć to prosto z mostu. – Muszę je mieć, żeby dostać pozwolenie na prawo jazdy – wyjaśniam.

– Ach tak, prawo jazdy – mówi Ulla-Carin. – Spójrz w lewo. Tak, może to już najwyższy czas – dodaje. – A teraz w prawo. Teraz, gdy Emma się wyprowadziła, będziesz mieć więcej czasu. Prawo jazdy może się przydać. Musiało być wam trudno zorganizować przeprowadzkę do Karlskrony bez auta.

– Poradziłyśmy sobie – bąkam pod nosem. Jestem przewrażliwiona na punkcie tego typu stwierdzeń, odbieram je jako insynuacje, że czegoś Emmie nie zapewniam. Jest tak prawdopodobnie dlatego, że nie udało mi się zorganizować jej żadnego taty.

– W dzisiejszych czasach wiele osób zaczyna jeździć samochodem w dojrzałym wieku. Masz z kim jeździć? W przeciwnym razie może być drogo. Moja córka zaczęła kurs, ale jeździ głównie ze mną.

– Nie bardzo – mówię.

– Może Pia Larsson?

– Wątpię.

Ulla-Carin nie przejmuje się, że mówię to ironicznie.

– Chociaż nie wiem, czy to odpowiednia osoba. Jej styl jazdy jest taki… interesujący. Przeczytaj pierwszy rząd liter.

Myśl o tym, że może sama zaoferuje mi pomoc, nagle powoduje u mnie zdenerwowanie.

– Będę robić prawo jazdy na motocykl – informuję szybko i słysząc ciszę dźwięczącą w uszach, kontynuuję czytanie liter: – F–D–Z–G–L–M.

Ulla-Carin stoi osłupiała

– Prawo jazdy na motocykl?

– Z–T–N–B–A.

W tym momencie uświadamiam sobie, że połowa mieszkańców Skogahammar dowie się o tym w ciągu kilku dni.

– Motocykl. Ale… ty masz chyba czterdzieści lat?

Lub w ciągu kilku godzin.

Słusznie.

– Motocykl – mówi Pia na mój widok.

To następny dzień po mojej wizycie u optyka. Jem lunch w Słodkich Snach, nowej kawiarni w Skogahammar. Istnieje od dwóch lat, ale czas to tutaj pojęcie względne. Kawiarnia jest otwarta w dziwnych godzinach i wygląda na to, że głównie żyje z emerytów przychodzących tu codziennie na kawę.

Pia pracuje w tym tygodniu w weekend, więc wczoraj miała wolne i dziś też nie pracuje, ale ta wiadomość w jakiś przedziwny sposób już do niej dotarła.

– Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Pierwszy raz w życiu robisz coś szalonego, a ja dowiaduję się o tym od Birgitty.

Skoro Birgitta już wie, to jest gorzej, niż przypuszczałam.

– „Słyszałaś o Anette?”, spytała mnie, gdy spotkałyśmy się we Friskis.

– Rany boskie, zaczęłaś trenować – przeraziłam się, ale Pia ignoruje moje słowa. Siada naprzeciwko mnie i kontynuuje swój wywód, jakby nie usłyszała, co powiedziałam.

– „Motocykl w jej wieku”, powiedziała Birgitta. „Dlaczego, na miłość boską?”

Nie bronię się. Chowam twarz w dłoniach.

– Nie mam pojęcia, dlaczego to robię – wyznaję.

Pia zmienia nastawienie, gdy tylko wyrzuca z siebie wszystko, co chce mi powiedzieć. Na migi zamawia kawę u właściciela i zdejmuje kurtkę.

– Daj spokój. Uważam, że to fantastyczny pomysł.

To nigdy nie jest dobrym znakiem.

Nawet jeśli tak uważa, to jest wyjątkiem.

Sporządzam listę reakcji znajomych na wiadomość, że zamierzam robić prawo jazdy na motocykl:

Śmiertelnie niebezpieczne: jedna osoba

Kryzys wieku średniego: dwie osoby

Dobry pomysł: zero (z wyjątkiem Pii, ale ona się nie liczy – uważa, że palenie jest fajne).

Ann-Britt ma wreszcie zupełnie nowy przedmiot zmartwień. Nerwowo przechyla się przez kasę i szepce:

– Ale czy to nie jest… niebezpieczne? – Mówi to tak, jakby samo wypowiedzenie słowa „motocykl” powodowało wypadek drogowy.

Godzinę później stoję przy lodówce, wypakowując mięso mielone, i całkiem niechcący słyszę następującą rozmowę:

– Podejrzewam, że to kryzys wieku średniego. Skórzany kombinezon motocyklowy i takie tam. – Kobieta wypowiadająca te słowa stoi w przejściu tuż za mną i mówi bez żadnego skrępowania. Znam ten głos, ale nie mogę sobie przypomnieć, do kogo należy.

– Zdaje się, że już jest po czterdziestce?

– A Emma to taka rozsądna dziewczyna. Studia i w ogóle.

– Chyba wie, co robi? – Z tonu tego pytania wnoszę, że nie wiem, co robię.

I osoby te mają całkowitą rację. Odkładam opakowanie mielonego mięsa, które mam w dłoni, odwracam się i obchodzę dookoła półkę. Wciąż nie wiem, kto mnie obgaduje. Są trochę za stare, żeby być mamami jakiegoś dziecka, które chodziło z Emmą do szkoły, a trochę za młode, by być przyjaciółkami mojej mamy.

– Anette!? Nie widziałyśmy cię. Fajnie, że będziesz jeździć motocyklem.

Unoszę brwi.

– I… jak to się stało, że zdecydowałaś się na kurs?

– Cóż, zawsze chciałam mieć harleya. Parę lat temu miałam kochanka, który jeździł harleyem. Fantastyczne wspomnienia.

To była prawda.

Miałam siedemnaście lat i to było „parę” lat temu. A jeśli chodzi o fantastyczne wspomnienia, to trochę przesadziłam. Jocke miał dwadzieścia dwa lata i jeździł ryczącym, czarnym harleyem, a kochał go bardziej niż swoją matkę, tak twierdził. I bardziej niż swoją pierwszą dziewczynę i swojego psa. Bardziej niż ich wszystkich razem wziętych. Jocke utrzymywał, że to zupełnie normalne, bo czy harley nie dawał mu więcej radości niż pies i matka? Nie widziałam w tym nic dziwnego. Moja własna matka mnie nie rozumiała, nigdy nie pozwoliła mi mieć psa; z pewnością byłam też lepsza od pierwszej dziewczyny Jockego. Wiedziałam też już wtedy, że nie należy go pytać, kogo woli: mnie czy harleya. Nie byliśmy ze sobą zbyt długo. Pewnego razu nazwałam jego harleya motorem i to był koniec naszego związku.

Widząc ich miny, żałuję, że to powiedziałam. Mieszkam w Skogahammar przez całe życie i jeszcze nie udało mi się wyleczyć z małomiasteczkowej odmiany zespołu Tourette’a.

Patrzą na siebie, jakby chciały powiedzieć: A Emma zawsze jest taka miła.

Można było przypuszczać, że Emma będzie zainteresowana moim motocyklowym projektem, lecz ona jest zaskakująco zrzędliwa.

– Zaczynam lekcje jazdy na motocyklu! – informuję entuzjastycznie, kiedy w końcu udaje mi się do niej dodzwonić następnego dnia. Emma mruczy przekleństwa pod nosem.

– Mamo, jest wpół do ósmej!

– Dobijałam się do ciebie od wczoraj, ale nie odbierałaś. A chyba i tak zaraz wybierasz się na uczelnię.

– Dzisiaj mam na jedenastą.

– Zaczynam lekcje jazdy na motocyklu! – powtarzam.

Słychać, jak wychodzi spod kołdry, a potem słyszę jej kroki na podłodze.

– Fantastycznie – mówi w końcu Emma. – Naprawdę. Ale o dziesiątej też bym się ucieszyła.