Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 204 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie jest fajne - Katarzyna Miller, Małgorzata Szcześniak

 

Dzięki tej książce zrozumiesz, że lepsze od szczęścia jest świadome życie. A czasami można mieć i jedno, i drugie.

W książce Życie jest fajne lubiana i ceniona psycholożka udowadnia, że życie współczesnej kobiety jest niezwykle długie i pomieści wszystko. Miłość, romans, pracę i dziecko. Ale także chorobę, pustkę, błędy czy traumatyczne przeżycia które oczywiście nie są przyjemnymi doświadczeniami, ale wiele mogą nas nauczyć, zarówno o nas samych, jak i o otaczającym nas świecie.

Ciepła, zabawna książka, która zawiera odpowiedzi na wiele nurtujących kobiety pytań. To także praktyczny poradnik, podsuwający rozwiązania wielu codziennych problemów.

Katarzyna Miller – psycholożka, psychoterapeutka, filozofka i poetka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną. Autorka i współautorka wielu książek, m.in. Instrukcja obsługi kobiety, Instrukcja obsługi faceta, Nie bój się życia, Królowe życia i król, W życiu jak w kinie, Chcę być kochana tak jak chcę, Seksownik (Wydawnictwo Zwierciadło). Na stałe związana ze magazynem „Zwierciadło”.

Małgorzata Szcześniak polonistka, pedagog, dziennikarka. Była redaktorką prowadzącą w miesięcznikach o tematyce kobiecej. Autorka poradnika psychologicznego Sukces w rozmiarze XXL.

Opinie o ebooku Życie jest fajne - Katarzyna Miller, Małgorzata Szcześniak

Fragment ebooka Życie jest fajne - Katarzyna Miller, Małgorzata Szcześniak

Opracowanie, ‌redakcja i korekta: ‌Melanż
Projekt ‌okładki: Paweł Panczakiewicz / ‌PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN
Ilustracja ‌na okładce: ‌MIROSŁAWA SZAWIŃSKA
Skład, łamanie: Plupart
Redaktor ‌prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor ‌produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
© ‌Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło ‌Sp. ‌z o.o., Warszawa 2018Text ‌© ‌copyright by Katarzyna ‌Miller, ‌Małgorzata Szcześniak, 2018
Wszelkie prawa ‌zastrzeżone. Reprodukowanie, ‌kopiowanie w urządzeniach przetwarzania ‌danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek ‌formie ‌oraz wykorzystywanie w wystąpieniach ‌publicznych tylko za wyłącznym ‌zezwoleniem ‌właściciela praw autorskich.
ISBN: 978-83-8132-041-2
Wydawnictwo ‌Zwierciadło ‌Sp. z o.o.ul. Postępu 14, ‌02-676 Warszawatel. (22) ‌312 37 12
Dział handlowy: handlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja: ‌eLitera s.c.

Dla Lesia Szcześniaka– ‌z radością, że przeżył.

Dla ‌Edka – ‌fajnie, że jesteś.

Wstęp

Pomysł ‌napisania tej książki zrodził ‌sie dość nietypowo. Jako ‌dziennikarka miałam wielokrotnie ‌okazję ‌do kontaktów z Kasią. ‌Już wtedy fascynowała mnie ‌jej inteligencja ‌i podejście do wielu ‌spraw. Dlatego, ‌kiedy miałam naprawdę poważne ‌problemy, ‌zadzwoniłam ‌do niej z prośbą ‌o przyjacielską poradę. Powiedziała mi ‌dokładnie, ‌co powinnam zrobić. Co ‌ważniejsze, przewidziała, co ‌się stanie, jeśli ‌jej ‌posłucham. ‌A ja ‌pomyślałam, że terapia w wykonaniu ‌Kasi Miller nie jest ‌oderwana od ‌życia i że znana ‌psycholog ‌potrafi udzielić konkretnej rady ‌na ‌konkretny ‌problem. Dlatego też ‌postanowiłam ją namówić ‌na wspólną ‌książkę, która byłaby bliska ‌naszej codzienności. Pierwotnie nasza ‌publikacja miała mieć ‌tytuł: Życie na tacy, ale podczas wspólnych rozmów doszłyśmy do wniosku, że jednak lepiej będzie nazwać ją: Życie jest fajne. No bo jest! Zdaniem Kasi jest niezwykle długie i pomieści wszystko. I miłość, i pracę, i dziecko. Ale także chorobę, pustkę, błędy czy traumatyczne przeżycia – które oczywiście fajne nie są, ale wiele nas mogą nauczyć zarówno o nas samych, jak i o otaczającej nas rzeczywistości. W tym wszystkim Kasia stara się nawracać kobiety na racjonalizm, uczy korzystać z Wewnętrznego Dorosłego. Twierdzi, że nie możemy zmienić drugiego człowieka, a jedynie siebie w relacji z nim. Że poprzez terapię będziemy potrafili zmienić naszą przeszłość i wpłynąć na przyszłość. No i że zawsze warto budować siebie, a reszta przyjdzie sama. Dzięki pracy z Kasią zrozumiałam, że lepsze od szczęścia, jest świadome życie. A czasem zdarza się i jedno, i drugie.

Kasiu, dzięki za to, że potrafisz być dobrą kumpelą, a nie celebrytką!

Małgorzata Szcześniak

Rozdział 1

Psychoterapia

Gosia: Kasiu, wyobraź sobie, że mój kochany mąż zapadł niedawno na śmiertelną chorobę. Pięć miesięcy walczył o życie najpierw w szpitalu w Nysie, następnie na OIOM-ie w szpitalu na Solcu w Warszawie (on i prężne zespoły medyczne). Przez pięć miesięcy cała rodzina żyła w okropnym lęku. Nasze dziecko przestało jeść. Brałam leki antydepresyjne garściami. Na skraju szaleństwa wybrałam się do pani psycholog, która okazała się bardzo młodą i ładną osóbką. Powiedziałam jej, w czym rzecz, i że mam ochotę obdzwonić wszystkich moich wolnych kumpli z pytaniem, czy w razie czego któryś się ze mną ożeni. I że resztkami świadomości czuję, że to absurd. No i ta młoda dziewczyna odpowiedziała mi na to: „Rozumiem pani uczucia, ma pani prawo do takich emocji”. Nie tego oczekiwałam.

Kasia: A czego? (śmiech)

Gosia: Spodziewałam się spotkać Kasię Miller.

Kasia: I co ja bym ci na to powiedziała?

Gosia: Nie wiem. Powiedz mi coś...

Kasia: Powiedziałabym ci: „Ale ma pani parszywą sytuację. No to co, pogadamy, jak to przetrzymać... Czy pani czuje, że pani to przetrzyma, czy też że się pani załamie? Bo łatwo byłoby się załamać, nie? I powiedzieć: A teraz się o mnie martwcie. Tak jak pani szanowna mówi, niechby się jakiś następny, i to już, natychmiast znalazł, nie? I żeby się tak od razu zadeklarował, i pomógł: «Nic się nie martw, Gosia. Ja się tobą zajmę». Cwana panienka, już od razu wie, co robić”. (Śmiejemy się razem). No ale wiesz, musisz mieć dla tej młodej dziewczynki zrozumienie, ona się dopiero uczy. Bidula, ona w kieszonce trzyma takie gotowce, nie? Bardzo ci szlachetnie powiedziała: „Masz prawo do tych uczuć”.

Gosia: Ale wiesz, ja sobie poradziłam tak, że najpierw piłam wódkę, a potem żarłam tabletki.

Kasia: Brawo! I fajnie, że siedzisz tutaj roześmiana, że twój mąż i ty wygraliście z chorobą. Więc tylko gratulować i się z tego cieszyć. Musicie zdać sobie sprawę, że oboje będziecie teraz wzmocnieni. I że się cieszymy i możemy obśmiać się z tego, co było... Zaczęłaś jednak od destrukcji właściwie, tak? Zaczęłaś od upadłości, nie? Nie radzę sobie, prawda? Muszę się napić, muszę sobie coś połknąć. Każdy człowiek ma prawo sobie pomagać w tak trudnej sytuacji, czym tylko potrafi. Byleby tylko nie został w tym na zawsze. Jest takie niebezpieczeństwo... Ludzie mają taki skrypt, pod którym się lubią podpisać: Za co mnie coś takiego spotkało, co ja takiego zrobiłam. Ale zupełnie nie pytają, dlaczego Kowalską spotkało to, że jej mąż umarł. I to w tak młodym wieku.

Gosia: Nie, Kasiu, ludzie mają odpowiedź: „Nie dbała o niego”.

Kasia: A... Nie dbała... A jakby dbała, toby nie umarł?

Gosia: No tak!

Kasia: Czyli ci wszyscy faceci, co to umierają dziesięć lat wcześniej niż kobity, znaczy się są niezadbani. Ciekawy punkt widzenia, ci powiem. Dlaczego kobiety tak długo żyją, a mężczyźni nie. Proste. Nie dbają o nich. I baby teraz pomyślą: „Boże, to ja muszę dbać jeszcze bardziej o tego chłopa”.

Gosia: Widzisz, i już mi pomogłaś. Śmieję się. Powiedz mi teraz, dla kogo jest psychoterapia?

Kasia: Dla tych, co chcą, przede wszystkim. Psychoterapia jest dla takich osób, które są ciekawskie. Takich, co jako dziecko nie wiadomo było, w co nos wsadzą. I dla ludzi, których obchodzi to, co mają w środku. I zdają sobie sprawę z łączności między tym, co mają w środku, a tym, co im się zdarza na zewnątrz. Wiedzą, że ich życie w jakiś ważny sposób od nich zależy. Że poza tym jest fascynującym materiałem do przeżywania i do bawienia się nim oraz do poważnego traktowania. Gdy mówię o bawieniu się życiem, nie chodzi mi oczywiście o niepoważne traktowanie. Bo zabawa jest szalenie poważna. Dla dziecka zabawa jest najważniejsza – to pierwsze ludzkie ważne zajęcie. Dziecko w niej tkwi od stóp do głów, całym sobą – zafascynowany mały człowiek. Jeden będzie na przykład patrzył, jak pełza robak, potnie go na kawałki, a potem go spróbuje złożyć, inny bachor rozwali sobie lalkę i sprawdzi, co ona ma w środku, inny samochód czy kolejkę, a inny będzie tak patrzył i myślał: „Co się dzieje w mojej mamusi”, nie?

Gosia: To ostatnie to mój Darek.

Kasia: No widzisz. Albo co się dzieje między moją mamusią a moim tatusiem? Albo dlaczego gdy ciocia przychodzi, to mama jest zła? Albo dlaczego jak wujek przychodzi, to tata natychmiast wychodzi z domu? To oczywiście jest już trochę większe dziecko, ale nie takie bardzo duże. Tak więc są nasze wyposażenia genetyczne, są też wpływy rodziny i tego, co się w niej dzieje, gdy dziecko przychodzi na świat, i to na pewno albo wzmaga, albo oddala taką ciekawość siebie. Jung podzielił ludzi na cztery główne typy, potem się z tego zrobiło szesnaście, potem dwadzieścia parę. Wszystkich nie pamiętam, ale te główne to są: myśliciel, uczuciowiec, intuicjonista i doznaniowiec. I już jest, zobacz, różnie. Spotka się taki intuicjonista z myślicielem, no to każdy co innego widzi, każdy co innego opowiada, mogą się co prawda zaciekawić sobą wzajemnie, ale nawet, jeżeli zajmą się tym samym, to każdy będzie to robił z innej strony. Człowiek ma jedną cechę nadrzędną, jedno wyposażenie główne, za którym idą te mniejsze. Wszystkimi dysponujemy, tylko w mniejszym stopniu. Ja jestem zdecydowanie intuicjonistką, a następnie mam rozwinięte uczucia i doznania. Ale intuicyjny zdecydowanie najbardziej. Nic nigdy nie pamiętam, żadnej daty. Spróbuj mnie zapytać, kiedy coś miało miejsce. Przychodzi na przykład do mnie facet i mówi: Siódmego sierpnia w 2007... A ja myślę wtedy: „Jezus Maria, co to jest w ogóle... Skąd ten człowiek to wie, kiedy to było?” Wyobraź sobie, że mam pojęcie o różnych okresach historycznych, ale one dla mnie wszystkie są jednocześnie. Filozofów czytywałam, wiem, kto jest od czego, ale dla mnie oni są jednocześnie. Dla mnie wszystko istnieje naraz. To, co widziałam, czułam, przeżyłam... Pamiętam tylko jedną datę: 1410 i koniec.

Gosia: To podobnie jak ja. Mam taki PIN ustawiony w komórce.

Kasia: To zdaje się wielu ludzi ma taki PIN.

Gosia: A jak się nie ma pieniędzy na terapię, to czy warto chociaż poczytać książki psychoterapeutyczne?

Kasia: Warto. Nie tylko jak się nie ma pieniędzy, ale także wtedy, gdy się je ma. Warto jednak czytać takie książki, które do nas przemawiają. Jest rodzaj publikacji terapeutycznych typu poradnik – niektórzy je uwielbiają, bo jasno po kolei wszystko jest wyłożone, w ramkach znajdują się porady. Na ile tacy czytelnicy wprowadzają je w życie, tego nie wiem. Natomiast są też takie książki, do których ja też gdzieś swoje zaliczam, które są rodzajem trochę przemyśliwania, trochę przeżywania, szukania tego, co dla nas ważne, na co warto zwrócić uwagę, co w sobie zauważać, jak siebie traktować, jak się nastawiać. I dlatego powiedziałabym, że moje książki nie są poradnikami, aczkolwiek niektórzy mówią, że dzięki nim bardzo dużo zyskali czy sobie poradzili. Niektórzy mówią natomiast cudowne i jednocześnie straszne zdanie, że się uratowali od bardzo ciężkich rzeczy ze śmiercią włącznie. I wtedy jestem już naprawdę bardzo poruszona. Ale właśnie czuję, że są to takie osoby, do których dotarło to, co ja ze sobą niosę. Mają podobny rodzaj skojarzeń, języka, a ja do nich przemawiam i możemy się porozumieć. A do niektórych nie trafiam. Tak więc książki trzeba wybierać, tak jak terapeutę. Jeżeli człowiek czuje, że potrzebuje pomocy, to powinien pójść do paru terapeutów, chyba że od razu trafi dobrze. Czasem podobnie jest w małżeństwie. Należy najpierw poznać kilku facetów, żeby się przekonać, który mi pasuje, z którym mi dobrze, jeżeli uda mi się od razu, no to jestem szczęściarą. Natomiast nie należy zrażać się porażkami, bo to jest podobnie jak z krawcem. Jeden zniszczy sporo materiału, a drugi od razu uszyje dobrze. I warto zostać przy kimś takim, z kim ma się od razu więź, porozumienie i poczucie, że można mu wszystko powiedzieć, że cię nie oceni, że cię przyjmie, że cię akceptuje, a jednocześnie – że cię nie będzie nadmiernie chronił. Że nie pozwoli ci się zagubić w takiej ciepłej pierzynce pod tytułem: Ach, jak my się tu dogadaliśmy.

Gosia: Co nam daje samoświadomość? Bo ludzie często właśnie po nią przychodzą na terapię.

Kasia: To nie jest łatwe pytanie w ogóle, po co idziemy na terapię, bo można by tu wymienić wiele rzeczy. Mało tego, jest jeszcze wiele różnych szkół terapeutycznych i one w bardzo różny sposób człowieka traktują. Poczynając od freudowskiej psychoanalizy, która traktuje wszystkich jak chorych, wszystkich, jak jeden mąż, zupełnie nie rozumiem dlaczego. W mniemaniu tej szkoły zdrowi są chyba tylko terapeuci!

Gosia: Moja koleżanka powiedziała kiedyś, że chodzę na terapię po to, aby dostać trochę miodu. I że psychoterapeuta mnie wyczuł i będzie mi go dawał coraz więcej, abym jak najczęściej przychodziła i... płaciła za to.

Kasia: To zarówno jej własna manipulacja, i jako osoba, która sama manipuluje – podejrzewa o to samo innych. Zgadzam się, że bywają terapeuci, którzy złapali przez ten swój miód taką świetną formułę czy procedurę, na zarówno zaspokajanie ludzkich potrzeb, jak i utrzymywanie klientów. Zgadzam się. Bo to można tak zrobić, żeby się tak nad kimś pochylać...

Gosia: Z troską...

Kasia: Z troską, i pochylać, i pochylać, i pochylać... A on ciągle tam na dole leży, nie? Zamiast wstać! Nie lubię tego, wolę, aby moi klienci stanęli na własnych nogach, nie mówiąc o tym, że chciałabym, żeby również pomyśleli o swojej dupce, cipce i głowie. I ruszyli z humorem w świat. Ale niektórzy mogą potrzebować, żeby ich długo głaskać. To tak jak w małżeństwie. Jeżeli ludzie wytrzymują ze sobą ileś lat i sobie coś tam wzajemnie robią, nawet jeżeli z zewnątrz może się to komuś nie podobać, to znaczy że mają w tym swój interes. Dobieranie się z terapeutą też może być ciekawą rzeczą.

Gosia: Kasiu, a wracając jeszcze do tych książek... Czy możesz podać kilka tytułów, które warto przeczytać?

Kasia: Mam parę takich pozycji, które proponuję wszędzie i zawsze. Na pierwszym miejscu niech będzie Maja Storch z książką Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną. Myśli tej pani są mi szczególnie bliskie, ona dostrzega ten stan dzisiejszych kobiet, które są z jednej strony szalenie inteligentne, wyuczone, z aspiracjami, a z drugiej bardzo poszukują miłości. Kolejna książka to Judith Viorst To, co musimy utracić. Cudowna rzecz. Jednocześnie filozoficzna, duchowa i szalenie realna, piękna po prostu. Pokazuje to, jak mamy się żegnać z kolejnymi etapami życia, wkraczać w nowe, wiedzieć, że strata jest zawsze po to, żeby coś zyskać, że trzeba ją przeżyć, bo inaczej się nie da, nie zrobi się miejsca na nowe. Jest to książka o tym, jak cudownie całe życie jest ułożone, jak można je fajnie przejść, jakie plusy i minusy czekają na nas na każdym etapie... Bardzo mi dużo dobrego zrobiła. Dalej Clarissa Pinkola Estés i jej Biegnąca z wilkami – uczciwie mówię dziewczynkom, że możecie sobie darować wstęp, bo jest bełkotliwy, ale kiedy się później zaczyna rozmawiać o bajkach, to jest naprawdę wstrząsająco ciekawie, bardzo zresztą feministyczna pozycja, taka dość sztandarowa, ale piękna... No i szanowany przeze mnie mężczyzna Wilfried Wieck Mężczyzna pozwala kochać. Głód kobiety.

Gosia: Z jakimi problemami dzisiejsze kobiety najczęściej lądują u ciebie na kozetce?

Kasia: Do mnie przychodzą z tym rozkrokiem. I kiedy tylko otwierają buzię, ja bym już mogła za nie dośpiewać resztę. Że ja studia skończyłam, jedne, drugie, trzecie. I jakiś tam MBA, i zawód już trzeci zdobywam. Znam kilka języków albo firmę założyłam, albo coś tam... No ale ten mój mąż. Albo ten mój facet... Albo właśnie się rozstałam po raz któryś i nie wiem, co dalej. Albo nie umiem nikogo przy sobie zatrzymać. Zdarzają sie sprawy związane z dzieckiem albo z odpowiedzią na pytanie, czy chcę mieć dzieci. Że ja chcę, a on nie, albo że on chce, a ja nie. Albo czy to już teraz... To są dziewczyny między 25. a 50. rokiem życia. I one mają takie dylematy. Zdarzają się wyjątki. Na przykład przyszła dama – piękna i bogata. I ona miała wielki ból w sercu, ponieważ jej mąż się zabił po latach nieprawdopodobnych sukcesów finansowych, kiedy pierwszy raz nie udała mu się transakcja wielomiliardowa, czego on nie uniósł. I czy ona ma się czuć winna, bo przecież mówiła mu, że oni z tym, co mają, mogą dostatnio żyć jeszcze trzy życia i że on już nie musi pracować. Natomiast ja jej powiedziałam, że ona rzeczywiście nie jest winna, a on się poczuł jak Pan Bóg, a przecież nim nie był. Gdyby kiedykolwiek przedtem nauczył się przegrywać, to byłoby znacznie lepiej. A tak po prostu faceta załatwiło to, że był nadzwyczaj pyszny. Ale to jest bardzo wyjątkowa sprawa. Zdarza się też, że przychodzi dama, która mówi tak: „Trzydzieści lat z nim żyłam, wszystko robiłam tak jak trzeba (to ciekawe jest zawsze, bo co to znaczy, jak trzeba, według kogo jak trzeba – według jej mamy, babci czy prababci czy według przepisów sąsiadów, nie wiem), wychowywałam MU dzieci (troje, wszystkie po studiach, urządzone), prowadziłam MU dom, na niezwykłym poziomie, bo on był bardzo wysoko postawiony, chciał, żeby ten dom był piękny, więc był. Byłam zawsze ubrana, zadbana i jak wprowadzał gości niespodziewanie do domu, to było zawsze coś do picia i do jedzenia, co więcej, było to pięknie przygotowane. I on mnie rzucił. Po trzydziestu latach...”. Wtedy mówię: „Wie pani co, ja bym panią rzuciła po trzech”. A ona wtedy: „Jak pani może sobie ze mnie drwić?”. A ja jej na to: „Wie pani co, ja naprawdę nie drwię. I nie lekceważę tego. Tylko po prostu pani w tym wszystkim tak naprawdę w ogóle nie było. A pani mówiła mu czasem: „«Teraz mi za to podziękuj»?”. A ona na to: „A jak to, a za co, a dlaczego? Jakie podziękuj?”. Ja: „A dziękował sam?”. Ona: „Nie...”. Ja: „No bo po co miał dziękować. Ale pani uważała, że skoro włożyła pani taką inwestycję w jego dobrobyt i w wasz wspólny obraz, to się to już pani zawsze do końca zwróci, tak?”. Ona: „No tak myślałam...”. Ja: „No to jest pani naprawdę w rozpaczy, bo to jest straszna sytuacja”. I jej najtrudniej jest przyjąć, że sama zrobiła, co mogła, żeby sobie wykopać grób. Bo oczywiście w XIX wieku on by jej nie zostawił, ale to tylko dlatego, że nie było rozwodów. Miałby sobie kochanki na boku, jak w tym dowcipie, opowiedzieć?

Pani prezesowa Wilczyńska dostała anonim, że prezes Wilczyński ma kochankę. Cała zalana łzami mówi mu: „Jak ty możesz, jak mnie to boli, czy wiesz, jak ja się z tym czuję? Tyle lat wspólnego życia, mojego wysiłku, żebyś ty mógł pracować, uczyć się, żeby ci się dostała ta prezesura i teraz dajesz mi taką nagrodę?”. A na to prezes Wilczyński: „Kochanie, ja ciebie uwielbiam, tyś światłem mojego życia, ty jesteś dla mnie najważniejszą kobietą...”. A na to jego żona: „To po co ci ta kochanka?”. Prezes Wilczyński odpowiada: „Słuchaj, muszę ci to wytłumaczyć, jesteś niewinną kobietą, nie rozumiesz, że prezes MUSI mieć kochankę. I jak wszedłem między prezesy, to się dowiedziałem, bo przedtem nie miałem. A teraz wiem i mam”. „Co ty opowiadasz – krzyczy Wilczyńska. – To przecież jakiś absurd. A Przetaskiewicz ma kochankę?”. „Oczywiście, że ma...”. „No i ten Jałowiński też ma?”. „Pewnie, każdy ma. Musimy się wykazać i pokazać innym prezesom, i to są młode, bardzo piękne dziewczyny, bo o to właśnie chodzi, żeby prezes miał młodą i piękną kochankę”. „No, nie wiem, nie wiem – mówi Wilczyńska. – Naprawdę? No dobrze, a tam ten, Ziółkowski?”. „Już mnie nie pytaj o nich. Chcesz, zobaczysz. Idziemy na przyjęcie. Noworoczne, wielkie, będziesz tam miała wszystkich i ja ci pokażę”. Prezesowa ubrała się pięknie, żeby też dobrze wyglądać. Poszli i Wilczyńska pyta: „Gdzie jest Przetaskiewicza kochanka?”. „Stoi tam przy kominku”. „A Ziółkowskiego?” „Przy palmie, rozmawia tam z takim młodym brunetem”. „A tego, Jałowińskiego, to która to?” „O tam wchodzi taka grupka, widzisz?” „No dobrze... A twoja?” „A moja jest tam przy tych kieliszkach. Właśnie Czerwiński nalewa jej szampana”. „Hm... – mówi prezesowa. – Nasza najładniejsza”.

Gosia: Piękne!

Kasia: Dla mnie jest to opowieść o tym, jak inteligentny mężczyzna może wszystko rozwiązać. Nic dziwnego, że w prezesy zaszedł. Wie, co komu powiedzieć. To jest po prostu połowa zwycięstwa. Oczywiście manipulacyjnego, ale... Boski dowcip, uwielbiam go.

Gosia: Podobno nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani.

Kasia: To tak uważają policjanci – nie ma ludzi uczciwych, tylko tacy, których jeszcze nikt nie złapał na przestępstwie. Ja jestem wyznawczynią psychologii egzystencjalnej. Mówi nam ona, że wszyscy jesteśmy zdrowi tacy, jacy jesteśmy. Jesteśmy normalni z całą naszą przeszłością, wyposażeniem i mamy prawo do tego, aby chcieć sobie poprawić swój los. Bo bywa czasami, że mamy jakieś poczucie braku albo cierpienia, albo małej wartości. Bardzo dużo jest więc tych powodów, dla których człowiek idzie na terapię, na pewno, mówiąc globalnie, po to, aby się czuć lepiej. Żeby fajnie funkcjonować wśród ludzi, dowiedzieć się, co się chce robić, i żeby mu to coś przynosiło. Jest poza tym cały świat uzależnień, który chce z nich wyjść i żyć swobodnie i w wolności. Chociaż ludzie bardzo się boją wolności, z nią to jest naprawdę bardzo różnie. Podobnie bardzo się boją świadomości. Jest co prawda trochę ludzi, i bardzo ich kocham, którzy próbują się przedrzeć przez zwały zasłaniające im siebie. Bo ja jestem „jungowska” – wierzę, że jest gdzieś moja jaźń, która na mnie czeka. I jak do niej dotrę, to znajdę się właściwie nie w sobie, tylko w środku sensu świata w ogóle.

Gosia: Kasiu, ja, jako osoba terapeutyzująca się, odkryłam dwie rzeczy. Czasem człowieka faktycznie ktoś musi pogłaskać, bo leży tak nisko, że sam się już nie podniesie, a po drugie – jak już stanie na nogi, to powinien zobaczyć prawdę na swój temat. I na temat bliskich. Bo jak widzimy problem, to możemy z nim coś zrobić, wyprostować go? Prawda?

Kasia: Czasami trzeba człowieka pogłaskać? Tak! Często trzeba to robić. Wielu ludzi bardzo potrzebuje głaskania, bo nigdy tego nie miało. Czasem to wystarczy – zdarzały mi się takie sytuacje. Jest oczywiście różnica miedzy pogłaskaniem terapeutycznym: „Pani jest inteligentna i na pewno sobie świetnie ze wszystkim poradzi” a tak zwaną akomodacją, czyli tym, aby rodzic go uznał, był z niego dumny, czyli takiej głębszej rzeczy. Ale to też jest potrzeba głasku. Gdybyśmy zresztą od początku dostawali głaski od rodziców, żaden terapeuta nie byłby nam potrzebny. Mądre głaski oczywiście, potrzebne głaski – wtedy, kiedy na nie naprawdę zasługiwaliśmy. A drugi aspekt – człowiek faktycznie musi poznać prawdę. Bo jeśli nie ma prawdy w tym, co usłyszy, to niby na czym ma się oprzeć? Jeżeli zajmujemy się problemami, w których omijamy prawdę jako coś nieprzyjemnego i oszczędzamy klientowi przykrych przeżyć, to jesteśmy załganymi, nieuczciwymi pomagaczami. Oczywiście trzeba się dość długo uczyć, jak tę prawdę podać. Ona powinna być powiedziana po pierwsze wprost, po drugie, z troską o naszego rozmówcę.