Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 517 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie jak obsesje - Anna Dalia Słowińska

Życie jak obsesje” – to poruszający dramat, w którym każda strona powieści nasila nowe barwy. To niezwykła podróż wrażliwej kobiety w średnim wieku tropem swoich marzeń i z nadzieją, bez której nie da się żyć. Jest to jednak podróż przez chaszcze życia naszpikowane emocjami, które niszczą świat wewnętrzny bohaterki, zakłócając jej noce nerwowymi snami i wizjami, a które nieczęsto przeradzają się w rzeczywistość.


„Krótki, nerwowy sen i obudziła się spanikowana; znowu te sny... Spojrzała w niebo, szukając w nim pomocy. Pozostało niewzruszone i tylko na jego tle trzepoczące ptasie skrzydła, dzioby skrzeczące czarnych kruków. – To się  wkrótce wydarzy… Czerwona plama krwi… zamazane twarze. Krzyk. Czyj krzyk?! Wzmożone bicie serca i przez chwilę ożywione pukające myśli. – Czy to jej obsesje? Dlaczego wracają?”

Anna Dalia Słowińska

Mieszkanka Piły, autorka kilku opowiadań i dwu powieści psychologiczno -obyczajowych: „Szansa na szczęście” i „Co ja tu robię?” .

Życie, jej zdaniem to wytyczony cel, którym się podąża, najczęściej pokonując kręte ścieżki i wciąż pod górę.

Najważniejsze, mówi Anna Słowińska, uchwycić chwilę, nim wiatr osuszy kroplę wody na skale czy źdźble trawy, a która jest życiodajną siłą i gdzie tylko chwile słabości... drżą jak ta kropla.

Opinie o ebooku Życie jak obsesje - Anna Dalia Słowińska

Fragment ebooka Życie jak obsesje - Anna Dalia Słowińska

Anna Dalia Słowińska

Życie jak obsesje

© Copyright by Anna Dalia Słowińska & e-bookowo

Grafika i projekt okładki: Natalia Joanna Wysocka

ISBN 978-83-7859-134-4

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Powieść tę dedykuję moim najcudowniejszym córkom: Małgorzacie i Elżbiecie.

Anna poczuła się jak kiedyś dawno – ociężała, zmęczona i pozbawiona energii. Inaczej widziała swoje życie u boku Roberta. Czyżby znowu pomyliła się zbyt gorliwie szukając szczęścia? Zawsze pragnęła trwałego, silnego związku z mężczyzną, na którego mogłaby liczyć w każdej sytuacji i w takiej, kiedy życie zacznie się paskudzić, a właśnie tak się zdarzało coraz częściej.

Niestety, Robert stał z boku – nieobecny, uwrażliwiony tylko na swoją matkę, a jej było nie było, żony od siedmiu lat, prawie nie zauważał. Przykre… Matkę trzeba zauważać, a żonę trzeba widzieć. Skurcz irytacji przebiegł jej po twarzy. Uchyliła okno. Nozdrzy doleciał ostry zapach wilgoci, liści i przestrzeni. Zamkniętej? Westchnęła, zerknęła na zegarek i połknęła proszek nasenny, tylko to pozwoli jej dzisiaj usnąć.

Krótki, nerwowy sen i obudziła się spanikowana; znowu te sny... Spojrzała w niebo, szukając w nim pomocy. Pozostało niewzruszone i tylko na jego tle trzepoczące ptasie skrzydła, dzioby skrzeczące czarnych kruków. – To się wkrótce wydarzy… Czerwona plama krwi… zamazane twarze. Krzyk.

Czyj krzyk?

Wzmożone bicie serca i przez chwilę ożywione pukające myśli.

Czy to jej obsesje?

Dlaczego wracają?

Sto lat temu pofrunęły z wiatrem. Czy dlatego, że nigdy nie potrafiła wyjść poza własną powłokę cielesną znieruchomiałą z przerażenia? Nagle ogarnął ją popłoch. Coraz częściej poddawana była takim napięciom, od których nie chciało się nic poza odizolowaniem. A tu wypadało od czasu do czasu zmierzyć się z niechęcią teściowej. Ba, z jej jawną wrogością! Jak w takiej sytuacji mógł ją ominąć stres? No właśnie. Od bardzo dawna nie śmiała się, a przecież miało być inaczej!

– Źródło problemu tkwi nie we mnie a w mojej matce – potwierdzał od czasu do czasu Robert, nie czując tematu, kiedy próbowała z nim rozmawiać. Spoglądał na nią poważnym wzrokiem, usiłując wysondować, co jeszcze kryją jej błyszczące oczy, jakie też żale? Ale tylko przez chwilę spoglądał.

– A co to zmienia, Robert? – pytała cichym głosem. – Czy wydaje ci się, że jeżeli przypiszesz winę swojej matce, cofniesz zegar i zapobiegniesz rozpadowi naszego związku, w którym ona obraca trybami?

Patrzył, mrugając oczami. Milczał. Już pożałowała, że poruszyła ten temat. Nie powinna była nic mówić bo jej małżonek i tak nie chciał nic rozumieć. Był specjalistą od krótkich dystansów. Przypomniała jej się rozmowa, którą przeprowadzili kilka dni przed swoim ślubem, kiedy to odwiedzili teściów:

– Powiedz mi coś o swojej rodzinie… o matce – zawahała się.

– Jest hałaśliwa.

– To znaczy? – spytała.

– To znaczy dokładnie to co mówię – umilkł, a ona nie podtrzymała rozmowy.

Po co? Słowa, które wypowiedział jej mąż, padły tak szybko jak gdyby od dawna już siedziały mu w głowie i tylko czekały na okazję, by wydostać się na zewnątrz. Pomyślała wtedy i dziś, że to niestety nie była najważniejsza z wad teściowej; hałaśliwą można być na wiele sposobów i całkiem przy tym sympatyczną.

Westchnęła. Dużo bardziej niepokoił ją ten specyficzny stosunek Roberta do matki – bezwolny. Pozwalał by mocno mieszała w ich życiu, a to… to przynosiło tylko rozczarowania. Codziennie większe.

Niedobrze…

Jej brązowe oczy gasły w tonie jego głosu i coraz częściej przychodziła niecierpliwość i... poczucie samotności. Robert przemykał w jej życiu jak nieznajomy, którym stał się nie wiadomo kiedy, z dnia na dzień? Nie łatwo to było wytłumaczyć nawet samej sobie. Przecież się kochali?

Chwilę postała jeszcze w oknie, spoglądając na zewnątrz, na pobliski park i na ulice przecięte światłem latarni tuż przed jej blokiem. Zza okna słychać było monotonny chlupot deszczu i wiało czymś nieokreślonym.

– Chciałbym odwiedzić matkę – usłyszała słowa Roberta.

– To, w czym problem? – Zajrzała mu w oczy.

Instynktownie odgadywała w czym, ale ani myślała ułatwiać mu życia, które w końcu na jego własne życzenie przybrało taką a nie inną formę, co nie znaczy, że czuła się ociężała i zmęczona. Robert przewracał do góry nogami kolejność rzeczy ułożoną przez nią dawno temu i zaczynała się gra uczuć. Spokój, który usiłowała z siebie wydobyć, to była tylko żałosna próba, a młoteczki w głowie i rozdrażnienie przypływało wraz z myślami każdego dnia. Do niczego dobrego to nie prowadziło. Przez chwilę stała w oknie i patrzyła na szare strugi deszczu rozpryskujące się po asfalcie ulicy, zalegając kałużami w brudnych dziurach, które gęsto rozsiane były po ulicy.

– Jest dobrze! Jest wszystko w porządku! Nic się nie dzieje, muszę spędzać więcej czasu z przyjaciółmi, rozmawiać, gdzieś wyjechać, odprężyć się i wszystko jeszcze może być dobrze.

Może by tak… odwiedzić wnuki i pomóc trochę Beatce w gospodarstwie domowym? Jest taka zapracowana, a ona miała teraz sporo czasu od kiedy przeszła na wcześniejszą emeryturę. Podeszła do komputera, który również ją wyciszał, gdy nie mogła już dostrzec nawet samej siebie.

– Co tam tak gryzmolisz? – spytał Robert, zaglądając do pokoju.

– Piszę pamiętnik – roześmiała się.

– Pamiętnik?? – Spojrzał w jej oczy rozbawionym wzrokiem. – W komputerze??

– Coś tam usiłuję stworzyć – powiedziała.

– Piszesz wiersze?

– Prozę. Prozę życia.

– A ja muszę zadzwonić do matki – przypomniał sobie i chwycił słuchawkę. – Mama?

Nie była to z całą pewnością miła rozmowa. Na chwilę objął głowę rękoma jak człowiek wyprowadzony z równowagi. Jego oczy tchnęły bezradnością.

Spojrzała zdziwiona; jak dorosły mężczyzna pozwala się tak prowadzić na krótkiej smyczy, nie próbując nawet szczeknąć? Nie rozumiała tego i było jej żal męża. Przy takim stresie, jaki mu szykowała matka za każdą rozmową telefoniczną i nie tylko, nie powinno się dać normalnie funkcjonować, ale w rezultacie kończyło się to zawsze tym, że stres, olbrzymi stres z tego tytułu przeżywała ona właśnie, a Robert szybko przechodził do normalności, irytując się zaledwie, co ją również irytowało. Niepotrzebnie, ale jednak.

– Mamo, daj spokój. Już to słyszałem… Mamo, przyjadę za kilka dni. Wiem, że jesteś samotna. Wiem, że powinienem być z tobą. Wszystko to wiem. Wezmę kilka dni urlopu i posiedzę trochę dłużej. Nie, nie mogę być na stałe, mamo. Przynajmniej na razie. Nie, to nie Ania mnie buntuje. Ja po prostu na razie pracuję. Pa! Przyjadę za kilka dni. Tak, sam – powtarzał jak zacinająca się płyta, co spowodowało, że uniosła głowę znad klawiatury. Ostatnie zdanie męża niemal wytrąciło ją z równowagi; Robert robił plany. Swoje tylko plany, jakby już nie musiał niczego z nią uzgadniać. Niedobrze…

Zirytowała się. – Skoro wyjeżdżasz do matki, ja odwiedzę swoją rodzinkę – powiedziała zdeterminowana.

Spojrzał zdziwiony, jakby usłyszał coś niestosownego i co godzi w jego zamierzenia.

– Przecież ja też tęsknię i za Beatą, za Dorotką, i za wnukami. Tak dawno ich nie widziałam – powiedziała cicho a widząc, że jej małżonek czerwienieje na twarzy, dodała: Widzisz w tym coś złego? Coś jest nie tak?

Wiedziała, co jest nie tak, Robert nie wiedział. Są rodziną od kilku lat i wszędzie powinni jeździć razem; i do jego matki i do jej dzieci. Tyle, że ona zupełnie nie miała ochoty skonfrontować się znowu z atakiem teściowej, a Robert zupełnie nie czuł potrzeby odwiedzać jej dzieci. To było przykre.

– Myślisz, że jadę do matki dla przyjemności? Ciągle zapominasz, że to mój obowiązek. Matka jest przecież sama w dużym domu. – Sapnął rozdrażniony.

– Jest sama jak większość wdów, ale przecież ma rodzinę na miejscu, przyjaciół, a przynajmniej powinna ich mieć. – Lekko zaoponowała i wykrzywiła usta.

– Nie utrzymuje z nimi żadnych kontaktów i dobrze o tym wiesz, moja droga – powiedział sarkastycznie. – I nie próbuj udawać, że nie wiesz o co chodzi, bo doskonale rozumiesz położenie matki.

– Może i rozumiem, ale już ciebie …nie za bardzo – stwierdziła cierpkim tonem.

– Mnie nie jest trudno zrozumieć, mam po prostu swoje obowiązki i koniec kropka – dodał zirytowany nagle.

– A ty nie zapominaj, że jesteśmy małżeństwem, które umiera podtruwane systematycznie, właśnie przez twoją mamę, którą nie potrafisz wstrząsnąć i powiedzieć, że masz również i żonę i swoje wobec niej obowiązki, że powinna dać sobie pomóc i nie odrzucać wszystkich poddawanych propozycji z góry wszystko negując co jej zaproponuję, bo tak dokładnie jest i też o tym wiesz! – niemal wykrzyczała, wytrącona z równowagi.

Niedobrze… No tak, ostentacyjna demonstracja siły męskiej…

Przez pewien czas siedzieli w zupełnym milczeniu, rozważając swoje słowa. Jej mąż okazał się zlepkiem uległości wobec szantażującej go matki. Tego nie mogła kiedyś przewidzieć, ani tego, że zupełnie przestanie liczyć się z jej zdaniem, a poza tym w miarę rozmowy w głosie Roberta narastała niecierpliwość. To było niepojęte. Jej układny, spokojny mąż okazywał się wcale nie taki spokojny i układny.

A może to moja wina? – pomyślała, marszcząc brwi. Robert ma przecież niełatwą sytuację.

– Wiec kiedy zamiarujesz wziąć urlop? – spytała już niemal ugodowo po dłuższej chwili milczenia, spoglądając mu w oczy.

– W piątek – oznajmił i przełknął ślinę.

– Więc ja również w piątek wyjadę do Beatki – stwierdziła, gasząc komputer.

Wyraz twarzy męża sprawił, że poczuła się jak piętnastolatka prosząca ojca o pójście na dyskotekę. Roześmiała się nerwowo i był to śmiech pełen goryczy. Robert okazał się psem ogrodnika.

– Tak, pojadę do Warszawy – powiedziała stanowczo bardziej do siebie, jak do męża.

– A dlaczego nie chcesz ze mną pojechać do Wrocławia? Dlaczego nawet o tym nie wspomnisz? Wypadałoby mieć w sobie trochę więcej uczuć czysto chrześcijańskich... – urwał i spojrzał jej z wyrzutem w oczy.

Żachnęła się do tyłu. – Robert trafił w jej czuły punkt i poczuła, jak robi jej się gorąco. Była dobrą katoliczką. Pomogłaby każdemu i w każdej sytuacji, ale teściowa była poza zasięgiem, niczym za ścianą z lodu. Nie życzyła sobie nawet jej widzieć, a każda jej wizyta w domu teściowej, kończyła się prawie atakiem serca, a poza tym… A poza tym, za każdym razem siadała jej psychika i to było najgorsze. Znowu zacznie się horror nocą, czarna wizja, która wkrótce przybierze realny kształt w życiu.

– Jak możesz? – jęknęła rozżalona i spojrzała bezradnie poza okno. I co ona ma robić??

Deszcz przestał już dawno padać a na niebie cicho zakwitały gwiazdy. Zgasiła światło. Zniechęcenie pojawiło się na wargach i w oczach. Nie widział tego. Nic nie widział, może dlatego, że ostentacyjnie wyszedł do drugiego pokoju.

– Idę spać, bo jak widzę, to będzie najlepsze wyjście – rzucił nerwowo. Dostrzegła przegrany wyraz jego oczu, kiedy zamykał drzwi i wiedziała, że takie samo spojrzenie mówiące o porażce widoczne było w jej oczach. Chwilę postała; tysiąc myśli wirowało jej w głowie, po czym wyszczotkowała włosy, umyła się i położyła obok Roberta.

Leżała długo z zamkniętymi oczyma. – Jej życie właśnie uciekało gdzieś w popłochu, a porozumienie z mężem należało już do przeszłości. Wzdrygnęła się poruszona głośnym chrapaniem Roberta, które mimo zatkanych uszu wciąż dobiegało. Nie, na pewno przy nim nie uśnie. Nie ma mowy. Wstała po cichu, by go nie obudzić, pociągając za sobą poduszkę. Położę się w pokoju Anety – pomyślała, czując się jednocześnie jak złodziej we własnym domu.

– Ciociu…? Stało się coś? – Aneta uniosła głowę. Jeszcze nie spała.

– Nie, skarbie. Nic się nie stało oprócz tego, że Robert strasznie chrapie. Nawet tu słychać, nie uważasz? – Roześmiała się, ale wcale jej nie było do śmiechu.

Bratanica zrobiła jej miejsce obok siebie. Przytuliła się. – Porozmawiamy? – spytała.

– A o czym?

Chwilę milczały.

– Wiesz, ciociu… Mam teraz taki dobry okres w swoim życiu. Chyba jest za dobrze. Tylko tęsknię za mamą, za tatą… – ucichła.

– Rozmawiałaś z mamą? – spytała Anna.

– Tak. Dzisiaj. Była taka milcząca, musiałam wyciągać z niej każde słowo. A ty… ciociu? Mogę o coś zapytać?

– Chcesz zapytać o Roberta, czy tak?

– W… właśnie.

– Widzisz, dziecko, Robert jest nie tym człowiekiem, z którym, z którym… – dobierała słowa. On się bardzo zmienił pod wpływem swojej matki. Zbyt często tam jeździ. – Westchnęła. – A teraz śpijmy. Słodkich snów Anetko… – pożyczyła bratanicy i odwróciła się do ściany.

Długo jeszcze leżała z otwartymi oczami, wsłuchując się w oddech Anety. – Moje życie ucieka popychane niechęcią. Jest szare. Każdy dzień i każda noc – myślała gorzko. W końcu, nad ranem zasnęła;

Spadała w dół niepowstrzymanie. Nie wytworzyła w sobie ani jednej stalowej osi, dookoła której mogłaby się obracać, ani jednej stalowej podpórki, której mogłaby się chwycić. Spadała w dół, w przepaść z jakąś jej obcą siłą, przeciwna treści jej duszy, jej myśli…

Obudziła się późno z tętniącym bólem głowy. Anety już nie było, wyszła do pracy. Do pokoju wszedł Robert.

– Zmieniłaś łóżko? – spytał z przekąsem.

– Ależ nie. – Uśmiechnęła się. – Chciałyśmy poplotkować z Anetą.

– O mnie?

– Też.

Wstała i otworzyła okno, wpuszczając rześki strumień powietrza i smugę oślepiającego światła.

– Co zjesz na śniadanie? Jajka?

– Myślisz, że są mi potrzebne? Masz za mało seksu? – spytał.

– A jeżeli? – Siliła się przez moment na żartobliwy ton. – A tak już na poważnie. Musimy odpocząć od siebie, Robert. Tak jak wczoraj powiedziałam, pojadę do Beatki – stwierdziła zdecydowanym głosem.

Wyglądał na zdziwionego. Rzucił w jej kierunku krótkie spojrzenie, żeby się przekonać, czy dobrze zrozumiał.

– A, to coś nowego słyszę? Co chcesz przez to powiedzieć? Jak to odpocząć? Masz prawo być niezadowolona, ale przecież zrozum, że to moja matka! Powinnaś to zrozumieć! Ją także powinnaś zrozumieć. W tym wieku...

Nie dała mu dokończyć. Dobrze wiedziała, co chciał powiedzieć. Odwróciła się bez słowa. Nie było sensu dalej przerabiać tego tematu, bo to już była drobna mielonka.

– Tak. Wiem. I rozumiem – powiedziała cicho. – Weszła do łazienki i ochlapała twarz zimną wodą. – Jedziesz samochodem, czy ja mogę go wziąć? – zapytała. Starała się nadać głosowi spokojny, pewny ton, choć w jej głowie kołatało się tysiące myśli.

Dzieciaki – dziewięcioletnia Urszulka i sześcioletni Mateusz przywitały ją okrzykiem radości, wieszając się jej na szyi.

– Babcia!

Przytuliła je mocno, podczas gdy one opowiadały o psie, o swoich przyjaciołach, o szkole i najnowszych zabawach. Oglądały z entuzjazmem i z okrzykami radości wszystkie przywiezione prezenty, wykrzykując co kawałek:

– O, jakie to fajne! Właśnie o tym marzyłam. Jak ty babciu wiesz, co sprawi radość…

Oglądały jeszcze długo prezenty, później je poukładała po kolei w łóżkach, bo tak sobie życzyły i weszła do pokoju córki.

– Wyglądasz na zmęczoną, mamuś – powiedziała Beata.– Masz jakieś kłopoty?

Anna pokiwała głową. – Tak. Można to tak nazwać… – Uśmiechnęła się blado. Stała na środku pokoju, oglądając go uważnie. Nie odzywała się, czuła się niezręcznie. Córka znała ją lepiej niż mogło jej się zdawać. Promieniała w niej łagodność i troska.

– Nie układa ci się z Robertem? – Zapytała domyślnie i zatopiła spojrzenie w jej oczach, a w jej wzroku malowało się pytanie.

– Mmm… jakby ci tu powiedzieć? Niby nie jest źle, a na okrągło jestem zestresowana – odpowiedziała Anna.

– Tak myślałam.

– Dlaczego tak myślałaś? – Spojrzała na Beatę speszona.

– Nie wiem, dlaczego – zastanowiła się chwilę. – A to… co mówiła Aneta o twojej teściowej, to przesada? Przesadziła?

– Nie, nie przesadziła. Ale najgorsze jest to, że Robert jest pod całkowitym jej wpływem. Ja niewiele znaczę i tu jest problem. Od jakiegoś czasu czuję się obca w swoim małżeństwie, a na dodatek mam wyrzuty, nie wiedzieć czemu – zamilkła.

– Teraz to już ty przesadzasz, mamo.

– Może…

Anna cofnęła się o krok, opuszczając ręce.

– Już od jakiegoś czasu mijamy się z Robertem, nie rozmawiamy o bolących sprawach. Nie rozumie ich. Inaczej je pojmuje, a ja nie potrafię do niego trafić. A poza tym nie umie słuchać i to jest chyba najgorsze. Obawiam się, że ma charakter swojej matki… – zamilkła wystraszona tą myślą.

Zaskoczona poderwała głowę. – Nie myśl tak idealistycznie i nie karz się za wszystko i nie czuj się też winną tej sytuacji. To nie twoja wina. – W głosie Beaty była wyraźna troska.

– A czy w ogóle można pozbyć się poczucia winy? Ja tego nie potrafię, choć przecież chcę tego, to niezależne ode mnie. Tak bardzo chciałam być w tej rodzinie… Nie wyszło. Jestem obca i znienawidzona. To bardzo przykre, Beatko. Boli beznadziejnością. Nie potrafię tak żyć, wiesz przecież, jak ważna jest dla mnie rodzina – mówiła.

– No wiem, mamo. To dziwne. Tak świetnie potrafisz rozwiązywać problemy innych, ale nie własne – stwierdziła w zamyśleniu.

– Tak to już jakoś jest – odpowiedziała i westchnęła, przymykając oczy. Ta cała sytuacja wydawała się idiotyczna.

Beata bacznie przypatrywała się matce. Pokiwała głową z umiarkowanym optymizmem. Mama jej od jakiegoś już czasu miała smutne, nie swoje oczy, pozbawione młodzieńczego blasku. W jej małżeństwie działo się znacznie gorzej, niż mówiła.

– Nic się nie kończy mamo, dopóki nie dobiegnie kresu. Powalcz o to swoje małżeństwo. Spróbuj przynajmniej, bo będzie tak jak z tatą – stwierdziła z westchnieniem i zamilkła wyraźnie speszona.

Anna drgnęła na wspomnienie Waldka. Zakłuło w sercu. Było to niesprawiedliwe i bolesne, że córka wini ją za nieudany dialog z Waldemarem. Powoli pokiwała głową.

– Przepraszam. Wiem dobrze, że to było coś innego. Nie wiem, dlaczego tak powiedziałam… – Beata uśmiechnęła się przepraszająco kącikami ust.

– Bo tak myślisz, moja droga, ale twój ojciec był zupełnie innym człowiekiem, jak Robert, i moje małżeństwo z nim wyglądało też zupełnie inaczej. Gdyby nie alkohol... – zamilkła. Westchnęła ciężko. Potarła czoło w zakłopotaniu.

– Wiem, mamo – zapewniła. – Przepraszam.

– Samo życie, córunia. Proza życia, ale dobrze, że mam ciebie i Dorotkę. Mogę się przynajmniej wyżalić. Jutro wieczorem pojadę do Doroci. Tam zanocuję – dodała po chwili wahania.

Beata ze zrozumieniem pokiwała głową. – A wracając do naszej rozmowy o twojej teściowej. Nie musisz przecież tam jeździć i denerwować się. Dostaniesz kiedyś wylewu jak babcia. Jesteś zupełnie w taki sam sposób emocjonalna… – urwała, przestraszona.

– No, nie muszę, masz rację. I już chyba nieprędko pojadę. Nie mniej jednak wytworzył się jakiś stan anormalny i czuję w nim milczący nakaz Roberta. Prawie mnie zmusza. Nie potrafię ci tego wyjaśnić. Sama tego nie rozumiem – zamyśliła się.

Beata pokiwała głową. Znała swoją mamę. – Była zbyt uległa i niezbyt szczęśliwa w tym swoim drugim małżeństwie. Westchnęła. – A nie mówiłam ci, mamo?

– Idę już spać. Jestem skonana – powiedziała Anna, wstając z krzesła. – Jutro pogadamy o polityce. To znacznie milszy temat – dodała, wykrzywiając w uśmiechu usta.

– Jak dla kogo. Ja nie znoszę polityki – odpowiedziała ze śmiechem. – Dalej jesteś… jak by tu powiedzieć „ czerwona”? – spytała humorystycznie.

Anna roześmiała się. – Dalej.

Pocałowała córkę w czoło i weszła do sypialni. Pośpiesznie rozebrała się i wślizgnęła do łóżka nie wziąwszy nawet prysznica.

Spała jak zabita do ósmej rano, kiedy to usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Obudziła ją córka z Urszulką.

– Mamo, wychodzimy. Zamknij się. Mateusz jeszcze śpi. Zostanie dzisiaj z tobą. Nie zapomnij przepłukać mu gardło. – Wydała dyspozycje.

– Jasne – odparła z uśmiechem.

Po chwili zajrzała do wnuka, starając się go nie obudzić, ale usłyszał i zapiszczał z radości.

– Cześć babciu. Fajnie, że jesteś, bo nie muszę iść do przedszkola – stwierdził.

Podeszła prędko i zmierzwiła mu włosy – były mięciutkie i pachnące. Całując go, powiedziała:

– Wstawaj, smyku. Przygotowałam śniadanko!

Czuła się dziś odprężona i spokojna.

– Pójdziemy babciu na plac zabaw? – zapytał, zajadając z apetytem przygotowane kanapki. Zawsze robiła je takie jak lubił; kolorowe i przypominające różne przedmioty i zwierzątka.

Rozczesała przed lustrem na przedpokoju swoje długie włosy, przyglądając się sobie. Właściwie powinnam je przefarbować. Może zrobić pasemka?

Stwierdziła też, że jest zbyt blada. – Umalowała mocno usta i nałożyła trochę różu na policzki. – Już lepiej... Spojrzała jeszcze raz na siebie z zadowoleniem. Teraz złapię trochę słońca, to pomaga na stres.

Stres?? Właściwie dlaczego jestem zestresowana?

W torebce zabrzęczała komórka – dzwonił Robert. Wprowadził ją w niemałe zdumienie.

– Skarbie, nie pojechałem do mamy. Jestem w domu – powiedział zirytowanym głosem.

– Dlaczego? Czy coś się stało? – zaniepokoiła się lekko.

Przez chwilę w słuchawce słychać było tylko głośno nastawiony telewizor.

– Co tam u ciebie się dzieje?! Co tak głośno? – spytała.

– To telewizor. Oglądam mecz – odpowiedział poirytowanym głosem.

– A dlaczego nie jesteś u mamy?

Rozglądnęła się za Mateuszem.

– No, po prostu... – Jąkał się w słuchawkę – Mama coś tam wymyśla i kręci, że źle się czuje, że nie będzie mi miał kto ugotować posiłków, że powinnaś ty to wszystko przygotować. To był zarzut w jej kierunku. – Porozmawiamy w domu, jak przyjedziesz – powiedział. W jego głosie było pytanie – kiedy?!

– O co chodzi, Robert?

Przez chwilę nadawał coś niewyraźnie, a ta jego opowieść miała koloryt ego.

– Porozmawiamy jak przyjadę za kilka dni, tak jak to było uzgodnione. Przykro mi, że sam musisz sobie radzić.

Potrafiła mówić spokojnie nawet wtedy, gdy emocje ściskały jej gardło. Teraz też tak było, choć Robert znowu coś wymuszał.

– Może mogłabyś skrócić ten pobyt u córki? – spytał.

Zbagatelizowała to pytanie i żądanie, jednocześnie rozglądając się za Mateuszem. Zniknął jej z oczu. Znajdował się w okresie intensywnego zdobywania różnych umiejętności.

Właśnie się wdrapał na dość wysokie drzewo, a co zobaczyła niemal ze zgrozą i struchlała z przerażenia.

– Przepraszam cię, Robert. Nie mogę teraz rozmawiać, Mateusz mi uciekł na drzewo.

– Kto uciekł?! Na jakie drzewo?

Nic nie rozumiał, ale nie myślała mu tego wyjaśniać.

– Zadzwonię później. Pa.

Słońce napełniło cały plac zabaw pokręconymi plamami czerwonych świateł. Na drzewie na samym jego czubku siedział Mateusz i krzyczał do niej rozradowanym tonem:

– Babciu... Zobacz gdzie jestem! – wykrzykiwał radośnie.

Spojrzała w górę, na wysokie liściaste drzewo, skąd dochodził głos. Na tle zielonych liści i w kolorowym ubranku wyglądał jak zawieszona maskotka.

– O Boże... – westchnęła przerażona. – Spróbuj jakoś zejść powolutku...

Już była gotowa za nim tam wejść na to okropne drzewo, ale zanim się spostrzegła, był przy niej i śmiejąc się, zaglądał jej w oczy. – Przestraszyłaś się, babciu? – spytał, widząc jej niewyraźną minę. – Ja doskonale umiem już chodzić po drzewach... – dodał.

Patrzył na nią z wyrazem niewinnej pewności, że jego wybryki zostaną mu wybaczone. Objęła go za szyję, przytulając do siebie. Był rozkoszny.

– Więcej tego nie rób. Chociaż wyszło ci to rzeczywiście wspaniale. Mógłbyś spaść z drzewa i zrobić sobie krzywdę, a tego nie chcemy, prawda? Przyrzekasz babci, że już nie będziesz chodził po drzewach? – Przytuliła go.

– Przyrzekam! – Podniósł dwa palce w górę.

Roześmiała się. Był uroczym i mądrym dzieckiem. Usiadła na ławce, przyglądając się, jak jej wnuk wspina się po drabinkach i poręczach. Obok usiadł mężczyzna i uśmiechnął się do niej. Miał około pięćdziesiątki, szpakowatą czuprynę, bystre niebieskie oczy i szerokie bary. Mocna budowa ciała przyciągnęła jej wzrok, kiedy już podchodził do ławki na której siedziała. Kiedy podniósł na nią wzrok, zobaczyła, że ma interesującą, spaloną słońcem twarz, i oczy, które spoglądają z żywym zainteresowaniem.

– Nie ma to jak wnuki... – roześmiał się wesoło. – Chłopak, to chłopak. Widziałem jak się wspinał po drzewach. Moja wnuczka na razie na etapie piaskownicy, a co będzie dalej, zobaczymy. – Rozmowę prowadził jakby się znali od miesięcy. – Nie jest pani z Warszawy, prawda? – spytał.

– Nie. Mieszkam w Poznaniu. Teraz jestem u córki. Relaksuję się.

Roześmiała się.

– O, to tak jak ja – ucieszył się. – Wie pani... Jestem bardzo poważnie chory. To serce. Wyciszam się tu, u córki. Nigdy nie przyszłoby mi przez myśl, że żona moja może okazać się tak niewyrozumiałą kobietą. Zostawiła mnie, kiedy byłem w największej potrzebie. – Mówił rzeczowo z jakąś opanowaną przystępnością i spokojem, które mogły być rezultatem męskiego panowania nad sobą. – A może nie potrafię być w stosunku do niej obiektywny? – powiedział i pogrążył się na chwilę w swoich niewesołych myślach. – Mogę chyba się do pani wygadać? Będzie lżej – dodał.

– Ależ oczywiście – odparła z uśmiechem. – Obcy ludzie zawsze lepiej rozumieją. Patrzą z dystansem i to chyba o to chodzi – dodała.

Chwilę jeszcze opowiadał o sobie. W jego głosie nie było gniewu. Nie było nawet zbyt wielkiego żalu.

– Moja żona odeszła z innym mężczyzną. Pewnie go kochała... A ja już jestem tylko wrakiem człowieka. Powiedziała, że ja potrzebuję pielęgniarki a nie żony, że drży, kochając się ze mną. I chyba ma rację, ja w każdej chwili mogę dostać zawału i koniec ze mną. Następnego już nie przeżyję – dodał i umilkł nagle przestraszony. Po chwili kontynuował opowieść. – Pozwoliłem jej na to, by odeszła. Litość to dosyć wątła podstawa małżeństwa, nieprawdaż? – Uśmiechnął się i umilkł.

– Może i tak…

– Nie może, tylko nawet na pewno! Wiem o tym. Najważniejsze to nie poddać się – stwierdził.

– I o to chodzi. – Anna uśmiechnęła się i rozwinęła myśl.

Mężczyzna przysłuchiwał się z dużym zaciekawieniem w oczach, kiwając co chwilę głową.

– Dużo pani wie na ten temat…i ma pani rację, najważniejsze to nie myśleć o śmierci. Wierzyć w dobre jutro, bo ono przecież będzie! Ja też w to wierzę i w te myśli pozytywne, które leczą. – Uśmiechnął się przyjaźnie, ciepło.

– Pożegnam już pana. Muszę iść gotować obiad – powiedziała ostrożnie, spoglądając na zegarek. Podała mu rękę, którą przetrzymał dłużej niż wypadało i powiedział coś bardzo dziwnego:

– Pani ręce leczą, podobnie jak słowa. Gdybym tylko mógł kiedyś jeszcze je potrzymać...

Uśmiechnęła się.

– Może jeszcze się spotkamy. Niewykluczone – powiedziała i spojrzała z wahaniem.

– Jutro? – spytał mężczyzna z nadzieją w głosie.

– Jutro – odpowiedziała.

Przywołała Mateusza i oglądając się, poszła w stronę domu. Mężczyzna patrzył za nią dopóki nie zniknęła mu z oczu. Z nadzieją? Poczuła się przez moment jak osoba, która może mu pomóc. Chciał jej słuchać, niezależnie od tego, czy jej wierzył, czy nie. Chyba wierzył. Jej zmartwienia oddaliły się także. Jak niewiele potrzeba... Trochę rozmowy, pomyślała. Wróciło niemal natychmiast poczucie własnej siły i możliwość pokonania najtrudniejszych sytuacji. Wystarczy chcieć. Chciała! Pojadę z Robertem do Wrocławia. Muszę przełamać tę bezsensowną wojnę z jego matką, zdecydowała nagle. Myśl ta szybko przerodziła się w pewność. – Na pewno znajdę odpowiednie słowa.

– Na pewno przekonam do siebie teściową…– powiedziała do córki przy kolacji.

Beata spojrzała bez przekonania. – No to spróbuj. Właściwie to tak chyba jest, że dobrocią pokonuje się wszelkie zło. A może ją złamiesz? A jak nie, to przynajmniej będziesz miała pewność, że zrobiłaś wszystko. Może to cię uspokoi nieco, także twoje sumienie i poczucie winy, bo je masz, nie wiadomo dlaczego…?

Anna pokiwała głową. – Faktycznie. Od dłuższego już czasu czuła się prawie winna tej nienormalnej sytuacji w jakiej się znalazła, wychodząc za mąż za Roberta. – Może mimo wszystko nie potrafiła być dla teściowej wyrozumiała? Może powinna cierpliwie wysłuchiwać jej utyskiwań i złośliwości i nie obruszać się z tego powodu? Może musi wykazać znacznie więcej dobrej woli, niż to robiła dotychczas? Może powinna wszystko, absolutnie wszystko zgryźć w sobie? Nie zauważać?

Tylko jak to zrobić? Chwilę się nad tym zastanawiała, potem zaczęła afirmację i doszła do wniosku, że przy najbliższej okazji, kiedy tam pojedzie, spróbuje wszystko naprawić.

Ba, naprawi!

Rano obudził ją deszcz i choć Mateusz został z nią w domu, nie wyszli na plac zabaw. – Szkoda, pomyślała – chętnie jeszcze raz porozmawiałaby z tym schorowanym mężczyzną.

Wieczorem pojechała do Dorotki. Córka jakby czytała w jej myślach. – Mamo, co się dzieje? Czy twoje małżeństwo się kładzie? – spytała bez żadnych wstępów, jakby była na taką ewentualność przygotowana.

Anna spojrzała na nią ze szczerym zdumieniem.

– No, rzeczywiście mam niewielkie kłopoty rodzinne, masz rację. Ale to chodzi o matkę Roberta, a nie o niego – wyjaśniła. – Sądzę jednak, dziecko, że potrafię rozwiązać ten problem. Jestem pełna wiary – dodała z uśmiechem.

– I tak trzymaj! Wiara to cały sukces a nie połowa, jak powiadają niektórzy – Dorota roześmiała się. – Choć z drugiej strony…

Anna oderwała się od swoich pesymistycznych myśli, rozmawiając z córką. Ona była taka dobra, wszystkim ludziom przychyliłaby nieba... a jej, tym bardziej. Wszystko dla niej było proste.

– ŻYJE SIĘ ŻEBY KOCHAĆ I WYBACZAĆ… ŻYCIE JEST MIŁOŚCIĄ, A BEZ NIEJ NIE DA SIĘ ŻYĆ. MIŁOŚĆ KOCHA BLIŹNIEGO I WYBACZA MU... wyrecytowała na jednym tchu. Nie sposób było nie zgodzić się z jej filozofią życia.

Poczuła się wypełniona dobrą myślą.

Tak trzymać!

***

Kiedy po powrocie od córek oznajmiła Robertowi, że przy najbliższej okazji pojedzie z nim do matki, coś na kształt uśmiechu przeleciało mu po wargach.

– Zobaczysz, wszystko jeszcze będzie dobrze. – Namyślał się głośno. – Mama potrzebuje pomocy i na pewno wiele już do niej dotarło. A w końcu, jesteś jedyną kobietą w rodzinie i kto miałby jej pomóc jak nie ty? – powiedział i wypełnił się poczuciem rozbawionego zadowolenia, a ją przez moment ogarnęło zwątpienie, które gęstniało jak mgła – było cieniem i zwiastunem następnej awantury. Machnęła ręką. – No cóż… To się okaże – pomyślała i niemal natychmiast odgoniła tę myśl.

– No to jedziemy. Ja mam również nadzieję, że już coś dotarło do twojej mamy i tym razem pozwoli sobie pomóc... – zawiesiła głos.

– Pomóc?? – Robert okazał zdziwienie. Splótł ramiona na piersi i stał chwilę nieporuszony.

– A czy nie o to właśnie chodzi? – Spojrzała mu w oczy.

Był w nich wyraz natężonej uwagi. Chyba sam nie bardzo wierzył w powodzenie tej misji, chociaż niewątpliwie oczekiwał cudu.

Ten, jednak się nie stał. Jeszcze nie zdążyli wnieść bagaży i już teściowa przybrała cierpiący wyraz twarzy i kiedy odpowiednio nie zareagowali na jej utyskiwania, najwyraźniej się zdenerwowała. Była jak beczka prochu; wypowiedziane nie po jej myśli słowa, spowodowały gwałtowną eksplozję. Badała synową wzrokiem, jakby szukała dogodnego miejsca, w które mogłaby uderzyć. Trafiała zresztą bardzo celnie.

– Mamo daj spokój, nie rób awantury o nic – powiedział jak zwykle spokojnym tonem Robert.

– Jak ty się zwracasz do matki? To tak cię wychowałam?! Ale nie, to wpływ żoneczki! Nakręca cię… Oczywiście, że tak! – Kipiała gniewem.

Anna milczała ogłuszona. Czuła jak jej twarz i szyja oblewają się purpurą, a ciśnienie idzie ostro w górę. Najlepszym wyjściem i jedynym byłoby pewnie wsiąść do samochodu i prędko zniknąć jej z oczu, ale tylko czuła jak wszystko w niej pęka.

– Nic tu po mnie – powiedziała po trzech godzinach, spuszczając głowę. – Ty oczywiście, Robert, zostań. To jest twoja mama. Ja jutro z rana wracam, tak będzie lepiej – dodała i westchnęła nagle ogarnięta znużeniem. – Nie chciałabym dostać wylewu czy zawału, bo i nie o to chodzi – ciągnęła, czując, jak wzrasta w niej napięcie i ciśnienie.

– Jakiego zawału, kobieto?! Zawału to ja dostanę! – wykrzyknęła gwałtownie matka Roberta.

Jeszcze przez chwilę wirował w powietrzu język inwektyw.

– Proszę cię, mamo… – uspakajał Robert, nie uspakajając.

Zrezygnowana Anna, pokiwała głową. Czuła wzmożony łomot własnej krwi. Kłębowisko myśli wirowało w głowie. Za diabła w tej atmosferze nie zmusi się do pozytywnych myśli. A powinna! Jęknęła i zażyła jakieś środki na uspokojenie i zbicie ciśnienia, które podał jej Robert i niemal natychmiast otworzyła się przed nią czarna otchłań – zapadała w nią na pół przytomna. Silne leki zaczynały działać, a może to było znacznie coś gorszego.

– Położę się – powiedziała przyduszonym głosem. Już nie mogła dostrzec nawet samej siebie.

Matka z synem zgodnie kiwnęli głowami. Anna sięgnęła na półkę po książkę – może poczytam… Słowa jednak zlały się. Usnęła z zaplątanymi myślami, tuląc do siebie nadzieję, która jednak odbiła się od niej jak od trampoliny, podobnie jak te niespokojne myśli, wciskające się w sen:

Wysokie czubki drzew poruszane mocnym wiatrem, zwiewające krzyk mężczyzny o znajomych oczach. – Ratuj... Wyciąga ręce w noc. Jak trudno się przedostać na znajomą ławkę, która stoi w oddali. Ukrzyżowane nagle nogi i uczucia. Stopy wrosły w ziemię. Chciałby podbiec, pomóc, chwycić choć za rękę. Nie da rady – ołowiane nogi nie chcą zrobić ani kroku. Już nie zdąży podbiec. Mężczyzna wpada w głęboką dziurę. Już go nie widać.

Obudziła się w ciemności. Serce biło tak gwałtownie, że drżała jak werbel. O Boże! – westchnęła przerażona. Wstrząsały nią dreszcze. Miała nadzieję, że nie krzyczała przez sen. Wzięła kilka głębokich oddechów, żeby uspokoić serce. Ciepła dłoń dotknęła jej czoła.

– Co się stało? – Robert spojrzał zaspanymi oczyma.

Skwitowała pytanie uśmiechem. – Zły sen.

– Śpij… śpij…

Już nie usnęła. Koszmary nocne…

Ile to już lat ich nie było?

Teraz wracały.

Jęknęła, wtulając się w Roberta. Spał niczego nieświadomy. Sięgnęła po ciśnieniomierz. Zapikało dwa razy.

Robert otworzył oczy. – Masz bardzo wysokie ciśnienie. Trzeba wziąć leki. – Podał jej amlozek. – Nie powinnaś teraz wstawać z łóżka – dodał stroskanym tonem.

– Nie! – sprzeciwiła się. – Wracam do domu. Ja jadę! A ty jak chcesz. W domu wszystko wróci do normy – powiedziała wolno i stanowczo. – Potrzeba mi tylko spokoju i ciszy. Po śniadaniu wyjeżdżam – dodała krótko. Zdecydowana.

Spakowała swoje rzeczy. – Jedziesz ze mną? – spytała cicho. – Nie musisz… Mogę wrócić pociągiem – dodała, zrezygnowana.

Robert spojrzał z wyraźnym wahaniem w oczach. Były podkrążone mocno. Chyba jednak się przejął zachowaniem matki. Zrobiło jej się przez moment żal męża. Właściwie, co on jest winien tej niezdrowej sytuacji? Jego matka to kliniczny przypadek, a przecież to jednak matka.

– Pojedziemy, mamo – powiedział, kiedy spoglądała z oddali, milcząc. – Anna ma problemy z sercem, musimy iść do lekarza, a nie mogę jej puścić samej – dodał usprawiedliwiająco.

Spojrzała martwym wzrokiem bez żadnego wyrazu. – Jak uważasz, synu... – A po chwili dodała obojętnym głosem. – Nie gniewaj się Aniu, nie żyw do mnie nienawiści. W każdej rodzinie bywają kłótnie, to jest przecież normalne... – urwała, mierząc ją wzrokiem.

Nie było to normalne i obie o tym wiedziały, ale Anna nie zamierzała z nią na ten temat dyskutować, ba, była pewna, że teściowa z premedytacją wszczyna te wszystkie awantury, chcąc uczynić jej wizytę ostatnią. Na pewno jej się to udało.

– Nie gniewam się, mamo. Bądź zdrowa – odpowiedziała zrezygnowanym tonem i wyszła przed dom z torbą w ręku, otwierając pilotem drzwi samochodu, do którego jednak nie wsiadła. Rozejrzała się bezradnie, nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą począć i co jeszcze powiedzieć. Zielone trawy w ogródku teściowej uśmiechnęły się przygaszonym uśmiechem, zalegających w niej chwastów. Gdzieniegdzie rozkwitał nieśmiało rumianek.

W oczekiwaniu na Roberta, zerwała ich kilka; budziły tysiące tęsknot i pragnień niedościgłych. Wtuliła w nie swoje nozdrza; pachniały inaczej, nie tak promiennie, jak rumianki w górach u jej dziadka… za czasów jej dzieciństwa. To było tak dawno…

Po chwili wyszła z domu jej teściowa wraz z Robertem; zimna i obojętna. W jej oczach Anna wyczytała niezdrowy tryumf. Ciężko było to pojąć a jeszcze gorzej zrozumieć.

Robert chrząknął. – Przepraszam cię za mamę. Myślę, że rzeczywiście nie jest najlepszym pomysłem, żebyś ze mną tu przyjeżdżała – powiedział niemal natychmiast, gdy uruchomił silnik. – Jeszcze mi dostaniesz zawału... – dodał. – Ja jestem do tego przyzwyczajony. Matka, zawsze taka była…nie lubiła ludzi, nie lubiła kobiet. Mojej pierwszej żony... – urwał. – Po prostu taka jest – powiedział i spojrzał na nią zmrużonymi oczyma.

Czuła, że to wyznanie musi go dużo kosztować, ale wiedziała też, że za moment przestanie o tym myśleć i zapomni o całej tej przykrej dla niej sprawie, aż do następnego razu. Nie, na pewno nie będzie następnego razu – postanowiła. Choćby nie wiem co.

– To mój ostatni raz, kiedy zdecydowałam się przyjechać – powiedziała cicho. – Już ci nie ulegnę, Robert.

– A gdy będzie taka potrzeba, żebym…

Przerwała mu. – Najlepszym i jedynym wyjściem z tej sytuacji będzie, jak faktycznie zamieszkasz z mamą, gdy już będzie taka potrzeba – powiedziała bez przekonania i licząc, że zaprzeczy.

Robert nie zaprzeczył jednak. Widać uważał, że to rzeczywiście jest jakieś wyjście. Przełknęła gorzką ślinę. Dobre dla jego mamy i dla niego wyjście, ale w żaden sposób dla niej. Zrobiło jej się bardzo przykro. Zebrało się całe mnóstwo goryczy. Zamknęła oczy, udając, że śpi. Była wyczerpana i słaba.

Jechali w milczeniu kilka godzin. Nie było sensu poruszać tego tematu. Innych też. Czuła, jak wszystko w niej pulsuje pod szalonym ciśnieniem. Można pomyśleć, że jej małżonek tylko czekał na tę propozycję z jej strony… Zapiekło w mostku. – Muszę się zacząć leczyć a już na pewno przestać się przejmować – postanowiła twardo. Do domu dotarli w milczeniu. Szybko wzięła prysznic i założyła piżamę.

– Źle się czujesz? – spytał.

– Tak. Jestem zmęczona. Poczytam w łóżku – odpowiedziała i wyszła.

Ale nie czytała. Czuła łzy ściskające ją za gardło. Smakowała gorzką prawdę. – Oto stanęła oko w oko z niedającą się już niczym okłamać i zdemaskować, wewnętrzną próżnią. I poczuła wręcz żal do siebie, że znowu nie umiała przewidzieć biegu rzeczy, że znowu dała się wmanewrować w problemy nie do rozwiązania – w jego problemy, w konieczność pokonywania rzeczy niemożliwych; Robert był tak pozbawiony intuicji i realnego spojrzenia na wszystkie te sprawy związane z jego matką, że zastanawiała się, jak mogła w ogóle z nim żyć? Jej mąż próbował dysponować jej życiem nie wziąwszy pod uwagę jej samej, i na ogół mu się to udawało.

I już jakby to miało być regułą, ledwo sen zmorzył oczy, przyplątywał się koszmar. Tej nocy było nie inaczej.

Kiedy wstała umęczona, Roberta już nie było w domu. Spłukała resztki snu pod chłodnym prysznicem i uśmiechnęła się do siebie w lustrze. – Wszystko wróci na właściwe tory…Tak będzie! Z bezowocnych medytacji wyrwał ją dźwięk telefonu.

– Mamo, i co? Jak twoja wizyta u teściowej? – odezwał się zatroskany głos Beaty.

– To była moja ostatnia wizyta, dziecko. Oczekiwałam w swojej naiwności tego co niemożliwe – powiedziała cicho. – Ale nie mówmy o tym. Świat może być piękny i bez miłości teściowej – dodała żartobliwie.

Córka na moment zaniemówiła, porażona głosem matki. Właściwie spodziewała się tego. Jej, matka nie oszuka.

– Mamo, jedziemy za dwa tygodnie na wczasy do Mielna. Zarezerwowałam ci miejsce. Zregenerujesz siły i dojdziesz do siebie. Co ty na to? – spytała.

– Świetnie. Tego mi potrzeba.

Ucieszyła się. Skupi się teraz na pozytywnych aspektach tego, co będzie przeżywać na co dzień, każdego dnia, będąc w otoczeniu przyjaznych jej osób. Wszystko wróci do normy a już na pewno zrelaksuje się.

– A wiesz, mamo... wczoraj umarł na naszym placu zabaw jakiś mężczyzna. Chyba zawał... – powiedziała jako ciekawostkę. – Mateusz mówi, że go znałaś. – W jej głosie było zaciekawienie zabarwione troską.

Struchlała. Jej sen okazał się prawdziwy. Zawirowało w głowie. Tylko nie to! – powiedziała cicho do siebie, patrząc w wielkim lustrze w przedpokoju na swoje odbicie. Była podkrążona i bardzo blada. – Nie, nie mogę tak się zachowywać. – Weź się w garść kobieto – powiedziała do siebie. Chwyciła dawno zapomniane już podręczniki. – Muszę wrócić do pozytywnych myśli, do ćwiczeń, postanowiła i muszę wypocząć, z dala od małżonka.

– Robert, za dwa tygodnie jadę z wnukami i z Beatą na wczasy – oznajmiła krótko, przy kolacji.

Spojrzał bardzo zdziwiony. – Chyba nie mówisz poważnie? – Poczuła na sobie jego złe spojrzenie.

– Najpoważniej jak tylko można. Potrzebuję odpoczynku i relaksu – powiedziała i spojrzała mu twardo w oczy.

– Przecież możemy pojechać gdzieś razem…

Przerwała mu gwałtownie. – Nie! Tym razem chcę pobyć bez ciebie, Robert.

Wyszedł obrażony do drugiego pokoju. – Później z nim porozmawiam – pomyślała. – Nie dziś.

Drzwi otworzyły się z impetem i do domu weszła Aneta z Januszem. Przez chwilę mrugała oczami, zaskoczona. – Nie spodziewała się tak wcześnie ciotki.

– Czy wszystko w porządku, ciociu? – zapytała z troską w głosie.

– W miarę. A co u ciebie? – Anna zmieniła temat.

Nie musiała odpowiadać. To było widać. Aneta tryskała szczęściem. Jej twarz rozjaśniał tak promienny uśmiech, a z oczu bił taki blask, że od razu pojęła, czym było ostatnimi czasy życie jej bratanicy. Słuchała z zadowoleniem szczebiotu Anety, a kiedy skończyła mówić, powiedziała:

– Bardzo się cieszę, skarbie, że myślicie o wspólnej przyszłości. Będziecie zgraną parą. Pasujecie do siebie. A najważniejsza jest – MIŁOŚĆ przez duże M – powiedziała i w tym momencie zapomniała o swoich kłopotach.

– Robert – zawołała – chodź tu do nas. Młodzi mają nam coś ważnego do zakomunikowania.

Wszedł powoli, nie patrząc na nią. Nadal czuł się urażony. Wyraz jego twarz stopniowo się zmieniał, kiedy Aneta opowiadała o swoim szczęściu.

– Gratuluję. Życie we dwoje może być bardzo piękne – powiedział zdawkowo.

Młodzi wyszli z pokoju z roześmianymi twarzami.

– No dobrze, jeżeli uważasz, że powinnaś pojechać na te wczasy z Beatą, to oczywiście nie mam nic naprzeciwko… – stwierdził po chwili, o czym położył się, biorąc do ręki gazetę.

Anna weszła do salonu. Był już półmrok. rozglądnęła się. – Muszę poprzesadzać kwiaty. Oberwała kilka suchych listków i sprawdziła ziemię. Były niedawno podlane. – Aneta podczas jej nieobecności bardzo o nie dbała. Usiadła w głębokim fotelu i podkurczyła nogi. Teraz, w ciszy pokoju mogła zastanowić się nad wydarzeniami ostatnich dni i nad tym, co jeszcze może się wydarzyć w najbliższym czasie. – Nie miała prawie żądnych wątpliwości, że czeka ją kryzys małżeński w związku z nieuniknionym wyjazdem Roberta do starzejącej się matki. – Nie da się żyć na odległość; ona z pewnością tak nie potrafi żyć, a Robert już zadecydował za siebie i za nią. Chwilę trwała w zadumie. – No to i w końcu trzeba się wziąć w garść – postanowiła po raz któryś. – Rozwiązanie wszak przyjdzie samo. Jutro pójdzie do fryzjera, zmieni kolor włosów, może fryzurę? – Jest w całej pełni lato, uwielbia tę porę roku. – Gorące słońce ożywia jej myśli, przywraca radość. I o to chodzi!

Uśmiechnęła się, spoglądając w niebo. Jedna po drugiej wchodziły na niebo gwiazdy i dobry duch niebios zapalił lampę wieczorną księżyca.

Będzie dobrze…

***

Obudziła się wcześnie rano. Ośrodek wczasowy, w którym wylądowała, był cudownym miejscem na odpoczynek. Przez okno widać było las, czy może park i w niewielkim oddaleniu morze. Podeszła do okna otwierając je szeroko. Wpadło rześkie powietrze. Dzisiaj będzie bardzo gorąco – pomyślała, spoglądając na śpiącą wnuczkę. – Wyglądała jak aniołek; zaróżowione policzki, ręce zarzucone w górę i rozrzucone gęste włosy na całą poduszkę. – Jest śliczna... i taka podobna do Beatki, tyle, że w jej wieku córka nie była taką szczęśliwą dziewczynką. Jej problemy związane z alkoholizmem Waldemara gasiły radość małej dziewczynki. Westchnęła cichutko, spoglądając z rozczuleniem na Urszulkę. W drugim pokoju tuż obok, spali Beata z Mateuszem. Nie dochodziły stamtąd jeszcze żadne dźwięki.

Anna weszła po cichu do łazienki. Chwilę patrzyła na swoje odbicie w lustrze. Bardzo korzystnie wyglądała w czarnych włosach poprzedzielanych dość gęsto blond pasemkami. Pierwsza zwróciła na to uwagę jej wnuczka, gdy tylko ją zobaczyła.

– Babciu, jak ty ładnie wyglądasz... Jesteś taką, taką bardzo młodą babcią. Taką bardzo zadbaną babcią! – powiedziała i potrząsnęła swoimi ślicznymi włosami.

Zrobiło się miło i radośnie; pochwała płynąca z ust wnuczki była miłym komplementem. Robert w ogóle nie zwrócił uwagi na jej nową fryzurę. Czy już nie widział w niej kobiety, czy po prostu niewiele go już obchodziła? Ocknęła się z zamyślenia. Do drzwi łazienki zapukała Urszulka.

– Babciu, czy mogę wejść? Babciu, czy dzisiaj po śniadaniu pójdziemy pływać? Czy wzięłaś swój strój kąpielowy? – zadawała mnóstwo pytań. – Czy mogę już obudzić mamę i Mateusza?

Nie trzeba było ich budzić. Roześmiany Mateusz od ucha do ucha, opowiadał już w drzwiach, co na dzisiaj zaplanowali z mamą.

– Dzisiaj od rana plaża, bo jest świetna pogoda! Już sprawdziłem, babciu. A czy wiesz, że znam się na termometrze?! – powiedział z dumą. – Jest 22 stopnie, a mama mówi, że za chwilę będzie dużo więcej!

Roześmiała się. – Ubieraj więc na głowę czapeczkę, żeby słoneczko nie wypaliło ci włosów.

– Nie wypali, babciu, bo ja będę siedział w wodzie i nie pozwolę na to! A wiesz, że woda chłodzi??

Anna nie zdecydowała się jednak wejść do morza. Woda była jeszcze zbyt chłodna. Patrzyła z brzegu jak jej wnuki pluskają i chlapią się wodą. Uśmiechała się. Słońce zapatrzyło się w omdlewającą w jego ramionach ziemię.

– To niesamowite... spotkać się po tylu latach i to tutaj... – usłyszała blisko czyjś głos i aż podskoczyła z wrażenia. – Anna? Czy to możliwe?

Drgnęła całym ciałem. – Czy my się znamy? – Ładny, zgrabny nos, wysokie kości policzkowe, szerokie namiętne usta i przymrużone niebieskie oczy, które patrzyły z niedowierzaniem. – Zbyszek? – upewniła się.

Stała nieruchoma jak posąg, zaskoczona jego widokiem. Wyglądał bardzo atrakcyjnie. Jak kiedyś. Był tak blisko niej, że chwytała jego zapach.

– Pięknie tu... – powiedział, zerkając na nią z nieukrywaną ciekawością. – Nic się nie zmieniłaś, Aniu. Jesteś sama, czy z mężem? Podobno wyszłaś za mąż? – recytował, posyłając jej długie, uważne spojrzenie.

Był opanowany i uszczęśliwiony jej widokiem, takie przynajmniej odniosła wrażenie.

– Jestem z córką i wnukami. Leczę nadciśnienie. A ty? – spojrzała za dziećmi i poczuła jak wzrasta w niej napięcie.

Wnuki były w wodzie z Beatką, piszcząc z uciechy i wykrzykując coś na głos. Ciepły wiatr porywał słowa.

– Przyjechałem kilka dni temu na dwa tygodnie i również leczyć nadciśnienie, no i trochę się odchudzić. Mam małą nadwagę. – Dobrze mi te marchewki zrobią. Jesteś na diecie, Aniu? – Podniósł brwi do góry i uśmiechnął się po staremu, a jej zrobiło się gorąco na sercu i nie tylko.

– A co u Iwonki? – Zawahała się już na samo wspomnienie cierpienia, jakie zadała jego żonie, bardzo dawno temu. Wciąż pamiętała o tym. – Dalej mieszkacie w Szczecinie? – zapytała z namysłem.

– Zabawne, że o to zapytałaś… – rzucił niemal nerwowo. – I to ty właśnie…

Poczuła jak krew napływa do jej twarzy. Z nadmiaru emocji zadrżały jej nogi i nie tylko. Cała zadrżała.

– Nic nie wiesz? Rozeszliśmy się już kupę lat temu – powiedział. W jego głosie nie było żalu, ani żadnego innego uczucia. Po chwili dodał już bardziej emocjonalnie:– Życie porządnie mnie doświadczyło. Najpierw ty mnie rzuciłaś w sposób, którego do tej pory nie potrafię zrozumieć, a później ona. Zupełnie tak samo.

Uśmiechnął się gorzko. Zmrużył oczy, tak jakby się nad czymś zastanawiał, nad słowami, które cisnęły mu się na usta. Znała dobrze to jego spojrzenie. Paliło wyrzutem.

Dzieci właśnie wyszły z wody, podbiegając do niej. Stała wryta w piach, jak rzeźba z piachu i soli. Słychać było piski i śmiech, a w niej dudniło głucho… I to ty właśnie…

– Babciu jest fajowo! Następnym razem jak mama pozwoli nam już wejść do wody, to pójdziesz z nami. Dobrze?

– Dobrze – zgodziła się bez wahania. Na pewno zimna woda dobrze jej zrobi.

– Beatko, poznaj... To mój stary znajomy. – Przedstawiła Zbyszka.

Zbyszek pocałował Beatę w mokrą rękę. – Jest pani tak samo piękna jak mama. – Spojrzał w jej oczy z niekłamanym zachwytem. – Czy wieczorem będę mógł porwać pani mamę na poważną rozmowę, której teraz nie sposób dokończyć? – zapytał odchodząc. – Anno, czy jest to możliwe? Umawiasz się jeszcze z facetami? – zaśmiał się krótko. Było to wypowiedziane lekko i w formie żartu.

– Oczywiście – przystała łatwo, połykając ślinę. Czuła się tak, jakby adrenalina miała ją za chwilę rozsadzić. – A umawiałam się kiedyś z jakimiś facetami? Nie przypominam sobie… – zapytała i wykrzywiła usta, co miało służyć za uśmiech.

– Czasami ze mną, ale to było dawno – stwierdził i łobuzersko uśmiechnął się do jej córki. – A teraz muszę już uciekać – stwierdził, spoglądając na zegarek.

Beata odpowiedziała mu również uśmiechem. – Było miło poznać..

– Ale na tym chyba… nie koniec? – spytał zalotnie.

Anna przez chwilę patrzyła za nim, jak powoli oddala się w stronę ośrodka. Ten sam, nie urojony jakiś, ale z krwi i kości – Zbyszek – jej wielka zakazana miłość, którą przez długie lata wyrywała z serca. Niemal się udało, a teraz… Miała wrażenie, że to jakiś przedziwny sen, jeden z wielu, tym razem jednak nie horror.

Komplement złożony jej i Beacie nie pozostał niezauważony przez dzieci.

– Babciu, jaki ten pan jest miły – powiedziała Urszulka, a Mateusz skwapliwie to podchwycił. – ... I zna się ten pan na kobietach... – dodał rzeczowo.

Anna roześmiała się głośno, ale w jej oczach musiało być zamieszanie. Było. Jak diabli.

– Czy wszystko w porządku, mamo? Widzę, że ten facet zrobił na tobie olbrzymie wrażenie. Czy to była ważna znajomość? – Beata spojrzała w jej oczy.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć córce. – Czy ważna?? Boże!! Jeszcze jak ważna! – No, kiedyś Zbyszek był bardzo ważny, ale to było z piętnaście lat temu. Nie ma do czego wracać, dziecko. Stare dzieje – odpowiedziała odwracając głowę i wzięła kilka głębokich oddechów, próbując się odprężyć.

Dzień był bardzo ciepły, pełen zapachów trawy, które rosły na wydmach i zapachów morza. Przypiekało rozgrzane ciało i myśli.

– Dzieciaki idziemy do wody? – spytała.

– Taaaak! – wykrzyknęły z entuzjazmem.

Wstała, otrzepując z nóg piasek.

– Nie unikniesz ze mną tej rozmowy, mamo. Nic z tego! – powiedziała ze śmiechem Beata i uśmiechnęła się. – Teraz rzeczywiście zmyj gorączkę z serca. Jesteś mężatką, szczęśliwą! – przypomniała, przywracając kolejność rzeczy.

– Pamiętam!

– My już wracamy, a ty? – Córka podniosła się z koca, otrzepując stopy z piasku.

– A ja jeszcze poleżę – stwierdziła sennie.

Jeszcze dobrą godzinę leżała na piachu wsłuchana w szum rozbudzonej krwi – ostatni uśmiech losu?... Tfuuu, o czym ona myśli?

Po kolacji Zbyszek czekał przed stołówką. Anna za wszelką cenę starała się zapanować nad swoimi emocjami. Musi być spokojna i musi mu dokładnie wszystko wytłumaczyć, jak to było, że nagle z dnia na dzień pogoniła tę jego i swoją miłość.

Poszli w stronę lasu. Między drzewami migotały już pierwsze gwiazdy. Chłód wieczoru przenikał ich ciała, a przed nimi wznosiła się olbrzymia matowo pomarańczowa tarcza wschodzącego księżyca w pełni. Zbyszek uśmiechnął się szeroko i szczerze. Zdawał się kipieć energią. Spojrzały na nią oczy, które nie mają nic do ukrycia, patrzące uczciwie i prosto i całą sobą zapragnęła nagle znowu go dotknąć, ale jednocześnie odczuła niesamowite zażenowanie.– Minęło przecież tyle lat. Tyle się wydarzyło, i tyle mu miała do powiedzenia. Ale to on zaczął mówić pierwszy.

– Wiesz... jak cię wtedy kochałem… Twoja zdrada, Aniu, walnęła mnie obuchem po głowie. Od tego czasu, jak mnie rzuciłaś, skręciło się nagle wszystko. Całe moje życie. Nienawidziłem cię i kochałem. Marzyłem o tobie każdej nocy leżąc przy Iwonie. Musiała to czuć – zamyślił się. – Przychodziłaś do mnie co dzień, co noc... Oczekiwałem na to z okrutną chciwością, a potem nienawidziłem się za to. Umierałem... I któregoś dnia umarłem! W momencie, kiedy wyjechaliśmy z Iwoną do Szczecina, stało się coś dziwnego ze mną. Od tego momentu przestałem cię kochać. Byłem jednak na tyle głupi, że ze wszystkiego zwierzyłem się Iwonie, wierząc naiwnie, że spowiedź zjednoczy nas. Kochała mnie przecież – powiedział to jakoś bezradnie. – Przyjęła to prawie obojętnie, a potem zrobiła dokładnie to samo, co ty. Pewnie cały czas czekała na moment, żeby się zemścić – dodał gorzko. – Nic dla ciebie nie znaczyłem? Naprawdę?? Aż się nie chce w to wierzyć. Jak ja cię jednak nie znałem… – Pokręcił głową. – Nic dla ciebie nie znaczyłem? – powtórzył chrapliwym tonem.

Milczała przez dobrą chwilę, rozpaczliwie próbując uchylić się od odpowiedzi na tak postawione pytanie. Cofnęła się o krok, opuszczając ręce. Zimny powiew z nad morza przywołał ją do rzeczywistości. Zapięła ciaśniej kurtkę.

– Owszem, znaczyłeś, Zbyszku. Wiele znaczyłeś, tyle, że…

Kiedy już zaczęła mówić, przerwał jej z goryczą. – Ty i ja używaliśmy pojęcia miłości dla oznaczenia czegoś diametralnie przeciwnego.

Schyliła nisko głowę. Skurczyła się w sobie oczekując ciosu.

– Chciałbym cię zapytać o powody, dla których w tak mało kulturalny sposób odrzuciłaś moją miłość? Nie mogłem i nie mogę nadal tego zrozumieć. Chciałbym to wiedzieć. Chociaż… – zawahał się – to już przecież nie ma znaczenia. – Jego głos zdradzał wymuszony spokój.

– Ma znaczenie. Dla mnie miało zawsze, i teraz ma – powiedziała przyciszonym głosem. Poczuła łzy pod powiekami. Spłynęła jedna.

Sięgnął do jej policzka. Wytarł tę jedyną skruszoną łzę.

– Nawet, jeśli nie możemy wrócić do tamtego czasu, chciałabym, żebyś wiedział, co tak naprawdę się stało. Posłuchaj mnie… – powiedziała.

Opowiadając tę dawną historię, starała się zanalizować dokładnie, na czym polegała jej „zdrada”, przytaczając mu argumenty. Przypominała mu siebie samą, swoje zachowania, cały kompleks zdarzeń i zmagań związanych z wyrzutami sumienia. Rysowała nie tylko wątek tego, co było w tej nieczystej według niego grze, ale i treść uczuciową mającą w sobie tę przedziwną logikę, nie będącą mu przecież obcą.

– Gdybym nie uraziła wtedy twojej dumy, twojej męskiej ambicji, Zbyszku, czy mógłbyś się ze mną rozstać? Czy mogłam to zrobić inaczej? Na mój rozum, nie!

Spoglądał na nią osłupiały nagle. – Nie mogłam inaczej postąpić... Uwierz mi – mówiła dalej. Wszystko, co bym wtedy nie zrobiła, każda inna forma, bardziej czy mniej kulturalna, musiała cię zaboleć.

– Więc mnie kochałaś?! I zrobiłaś to dla nas?! Dla Iwony zabiłaś naszą miłość?! Dla niej?! Nie warto było! – Ukrył twarz w dłoniach.

Dotknęła go lekko. – Nic mi nie jest... – wymamrotał. – Wyrzuciłem cię wtedy, dziewczyno, z umysłu, ale nie z serca. Byłaś w nim cały czas, jak ta gorycz. Ta dzisiejsza również, bo nadal nie potrafię pojąć tego co wówczas zrobiłaś. – Pokiwał głową do swoich myśli.

Spoglądała na niego w milczeniu. – To przeszłość. To już poza nią. Zbyszek był zagrzebaną wielką jej miłością. Ona również wyrzuciła go z umysłu, ale tylko z umysłu, a teraz to już nie ma sensu, choć serce bije jak oszalałe. Wyrywa się. Czeka na nią za jej własnymi słowami.

– Anno… jak mogłaś? – wypowiedział znowu słowa pełne wyrzutu.

Drżała jak schwytany w palce motyl.

– Nie chciałam cię skrzywdzić. Nie chciałam też skrzywdzić Iwony, byłeś żonaty.

– Ale skrzywdziłaś. – Spojrzał w jej oczy znowu rozbiegane, nieszczęśliwe i chwycił za ręce. Był już dawnym Zbyszkiem, tym, który o nią zaciekle walczył. – To już przeszłość, którą jednakże możemy naprawić – powiedział wolno. – To cud, że po tylu latach dane nam było znowu się spotkać. To chyba coś znaczy, nie uważasz? – dodał.

Przygarnął ją i pocałował lekko.

Odsunęła się niechętnie. Czuła, że zaczyna się wiązać w jakąś dwuznaczną, niezdrową dla niej i dla niego sytuację. I było to jak trwoga przed niemożnością już innego życia niż to, które mieli i on i ona. Sytuacja ta zaczynała działać już niszcząco, choć jeszcze nic się nie stało. Właśnie dochodzili do jakiegoś mostku, a z daleka dobiegał jakby pomruk grzmotu.

– Będzie chyba burza… – powiedziała. – Wracamy?

– One moment… Jedną minutkę. – Więc to dlatego?...

Spojrzała w niebo, a potem w jego oczy, w których zobaczyła miłość i opanowała ją nagle straszliwa tęsknota. Nie był to żal za utraconą w najgłupszy sposób przeszłością, była to tęsknota za samą sobą sprzed lat. Tamto nie wróci. Jest już zupełnie inna. Słowa nie mają sensu. Po prostu brzmią. Może nawet głupio.

– O czym myślisz? – spytał.

Był zadziwiająco ciepły, więc instynktownie przysunęła się do niego. Objął ją ramieniem i pochylił się, żeby pocałować. Zamroczyło ją już od samego oddechu, który poczuła na swojej twarzy.

– Myślę o tym, że to, co mówiłam przed chwilą, chcąc się wytłumaczyć z czegoś, z czego nie powinnam się tłumaczyć, jest zupełnie marne i podłe. Nie mam prawa. Wracamy! – zadecydowała, uświadamiając sobie, że i tak zabrnęła zbyt daleko. Znów i niepotrzebnie.

Zbyszek uśmiechnął się na widok jej zmartwionej miny i szybko pocałował ją w usta. Nie oddała pocałunku. Odsunęła go od siebie lekko, ale i stanowczo.

Przez chwilę szli w milczeniu. Odchrząknął nerwowo. – Anno...?

Był całkowicie pochłonięty jakąś myślą, która wyorała mu głęboką bruzdę na czole.

– O co chciałeś zapytać?

– Już dzisiaj o nic. Deszcz pada. – Uśmiechnął się niewyraźnie, a deszcz dopiero teraz rozpadał się gęsty. – Biegniemy! – powiedział i chwycił ją za rękę. – Jutro skończymy tą rozmowę, tak?? – Jego lśniące oczy spoczęły na jej twarzy.

– Tak – odpowiedziała.

Podprowadził ją pod same drzwi, bez słowa odwrócił się i powoli odszedł w szalejącą zamieć. Za nim zamknęła się kurtyna deszczu, a ona doznała dziwnego uczucia. – Czego właściwie oczekiwała? Że ją przytuli? Pocałuje? Że co?! Że zaprowadzi do swojego pokoju i będzie do rana ją kochał, jak dawniej?!

Szaleństwo w głowie.

Hm mm, trudne przejścia kształtują jednak charakter.

Nie widziała, że Zbyszek zacisnął pięści tak mocno, aż poczuł ból wpijających się w ciało paznokci, weszła po cichu do pokoju. Na jej łóżku leżała Beata. Czekała.

– Chcesz mi coś powiedzieć, mamo? – spytała miękko, wyrażając nieśmiałe przypuszczenie.

Anna drgnęła całym ciałem. – Nie. Chcę się położyć spać. Boli mnie głowa. Ta rozmowa ze Zbyszkiem była wyczerpująca. Nie powinnam go tu spotkać…– dodała z westchnieniem, którego nie potrafiła opanować.

Beata pokiwała głową. Nie była zaskoczona taką odpowiedzią. Przykryła Urszulkę, pocałowała Annę i wyszła cicho, zamykając za sobą drzwi.

Anna włożyła koszulę nocną, dygocąc od stóp do głów i pośpieszyła do łóżka. Leżała w mroku, rozmyślając o wszystkim, co usłyszała. Nie spodziewałaby się nigdy spotkać w tym uroczym miejscu, w miejscu gdzie przyjechała zrelaksować się, zapomnieć o brutalnym życiu pełnym stresów i niepokoju, właśnie Zbyszka, tłumaczyć się z przeszłości, odgrzebywać stare rany. Minęło tyle lat. Tyle się wydarzyło. Byli już dojrzałymi ludźmi. Bardzo dojrzałymi...

I co z tego?

I nagle uświadomiła sobie z przerażeniem, że jej myśli biegną ku temu mężczyźnie zupełnie tak samo jak kiedyś. Znów wirowały jak szalone, a noc miała z głowy.

Nie myśleć... nie myśleć... – powtarzała sobie prawie na głos i przypominając sobie z piekielną wyrazistością, jak Zbyszek nachylał się nad nią i patrzył swymi niebieskimi, cudownymi oczyma, widząc dokładnie samo dno jej duszy.

Usnęła nad samym ranem i ze zdziwieniem stwierdziła, że już trzeba wstawać. – Wielkie nieba! To już słońce świeci!

Powitanie dzieci było bardzo serdeczne. Opadły ją ze wszystkich stron. Chwilę baraszkowała z nimi w łóżku, a potem zerwała się gwałtownie.

– Za moment będę gotowa! Wezmę tylko prysznic. Idźcie sami na śniadanie. Zaraz dołączę – powiedziała, łykając jakąś tabletkę na lepsze krążenie krwi.

Ubrała się bardziej starannie niż zwykle, przymierzając kilka bluzek. – Bardzo mnie lubił w czerwonej – pomyślała o Zbyszku.

W drzwiach stołówki poszukała go wzrokiem – siedział pałaszując jakieś jarskie danie w towarzystwie jej wnuków i Beaty. Rozmawiali z ożywieniem. Zdaje się, że miał mnóstwo tematów, które ciekawiły i dzieci i jej córkę.

Kiedy podeszła zupełnie blisko, spojrzał na nią przenikliwie i z dużą swobodą stwierdził, że zajął jej miejsce przy stoliku.

– Widzę, że dobrze spałaś. Wyglądasz tak świeżo i prześlicznie... Dostawię krzesełko. – Roześmiał się.

Był odprężony, szczęśliwy i pełen entuzjazmu. Spoglądał na nią z zachwytem jak kiedyś, a ona nie umiała ukryć radości, co chwilę wybuchając śmiechem.

Dzięki