Życie cię kocha, Lili - Anna H. Niemczynow - ebook
Opis

Najbardziej pozytywna historia tego lata! Pamiętajcie, ŻYCIE WAS KOCHA!
Lilianna Berg, każdego poranka otwiera oczy i przyjmuje z radością to, co przyniesie kolejny dzień. Bo każdy dzień jest wyjątkowy, już nigdy się nie powtórzy.
Dziewczyna kolekcjonuje unikatowe, barwne sukienki, które odzwierciedlają jej osobowość, odwagę i gotowość na podejmowanie nowych wyzwań.
Każdego dnia staje przed lustrem, patrzy z radością na swoje oblicze i mówi: Życie cię kocha, Lili. Trzy proste słowa, które są początkiem wszystkiego.
Mimo utraty rodziców i przeszkód, które napotyka na swojej drodze, dziewczyna unosi wysoko głowę i dziarsko stawia im czoła.
Spotkanie z radosną i kolorową Lili jest jak piękny letni poranek. Wnosi świeżość, energię, łamie utarte schematy i …daje kopniaka do tego, by w końcu się obudzić i zacząć naprawdę żyć. Bo bez względu na to ile masz lat, kim jesteś i co robisz, ŻYCIE CIĘ KOCHA, i tylko od Ciebie zależy co zrobisz z tą miłością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla mojej wyjątkowej córeczki Lilianny –

abyś miała motywację do nauki języka polskiego, najdroższa.

JESTEŚ CUDEM. ŻYCIE CIĘ KOCHA.

Mamusia

Trzeciego lipca, o godzinie siedemnastej z minutami, jechaliśmy razem autobusem linii sto dwadzieścia jeden. Wysiadła Pani na placu Zgody i ruszyła w kierunku ulicy Truskawkowej.

Nie mogę spać, bo nieustannie o Pani myślę.

Mam nadzieję, że Pani to przeczyta.

S.

Wyczytane z listu na drzewie

ROZDZIAŁ 1

Życie mnie kocha

Energia zawsze płynie w tę stronę, w którą kierujemy swoją uwagę. Życie mnie kocha, życie mnie kocha, życie mnie kocha – szeptałam bezgłośnie, próbując wyślizgnąć się z objęć snu. Kolejny raz przełączyłam budzik na drzemkę. Potem na kolejną i kolejną, za każdym razem obiecując sobie, że jeszcze tylko pięć minutek. Jeszcze tylko pięć minutek, jeszcze tylko pięć minutek… i tak dwanaście razy. Nie zauważyłam, kiedy od pierwszego sygnału pobudki minęła godzina. Wystraszona wskazówkami zegara wyskoczyłam z łóżka i podbiegłam do okna. Zauważyłam promienie słońca rozbijające się uroczyście o dachy okolicznych budynków i zwróciłam uwagę na ludzi korzystających z uroków panującej aury. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż każdy kolejny dzień zaczynają niemalże przed końcem poprzedniego. Ich zaangażowanie w życie przejawiało się krzykiem klaksonów, zniecierpliwionym stukotem szpilek i niemalże przyklejonym do ucha smartfonem.

– Życie Cię kocha, Lili – powiedziałam do siebie na głos i pobiegłam do łazienki.

W popłochu szorowałam swoje śpiące jeszcze ciało, darując sobie mycie głowy. Westchnęłam ku niebu, związując na czubku głowy kitkę, z której co chwilę wyślizgiwały się błądzące w okolicach policzków kosmyki moich włosów. Dół wybranej przeze mnie tego dnia sukienki zdobiły dwa rzędy przaśnych falbanek. Wsunęłam stopy w pachnące gumą balonową baleriny i jeszcze raz szepnęłam do swojego lustrzanego odbicia słowa: Życie Cię kocha, i byłam gotowa.

–Ale tak bez pożegnania? A wspólna kawa? Ciasteczko? – zapytał mój konkubent, rozciągając usta w leniwym uśmiechu.

Określenie „konkubent” przywarło do Filipa chwilę po tym, jak zdecydowałam się przedstawić go swojej babci. A ona zdecydowanie nie była amatorką luźnych związków, o nie.

Podbiegłam do ukochanego i przywarłam nosem do miejsca pomiędzy jego uchem a barkiem, łapczywie wciągając w nozdrza zapach jego skóry. Pachniał waniliowym ciastem mojej produkcji, które konsumowaliśmy do późnych godzin nocnych, kitłasząc się w łóżku z wystającymi sprężynami.

– Muszę lecieć, skarbie. Jestem spóźniona trzeci raz w tym miesiącu.

– O której wrócisz?

– Nie mam pojęcia. A co, chcesz ugotować obiad? – mrugnęłam, w zasadzie przewidując odpowiedź.

Odparł, że z przyjemnością odwiedzi babcię Rózię i przyniesie od niej kilka słoików z wegetariańskim bigosem. Zawsze miała je w zapasie i chociaż marudziła, że musi się dzielić, rzadko odmawiała.

Wychodząc do pracy, cmoknęłam swoją dłoń i zdmuchnęłam z niej miłosny pocałunek. Fifi odwzajemnił się tym samym. Odkąd zostaliśmy parą, wszystkie dni zaczynały się podobnie.

***

Kiedy wybierałam się na studia dziennikarskie, byłam przekonana, że to trafny wybór. Jak każdy młody człowiek chciałam zostać kimś ważnym. Kimś, czyje umiejętności rzetelnego przekazu sprawią, że świat zaleje lawina prawdy, uczciwości i dobra. Słowo pisane (czytane ze zrozumieniem) ma przecież ogromną moc!

Oczyma wyobraźni widziałam siebie siedzącą w przeszklonym gabinecie i pracującą nad rozwikłaniem jakiejś bardzo ważnej dla ludzkości zagadki. Chciałam pisać o polityce, ekologii, prawach kobiet, ochronie praw zwierząt i o wszystkim, co z mojego punktu widzenia miało jakiś sens.

Zupełnie nie przewidziałam faktu, że świat się zmieni i rzetelny przekaz zastąpią masowo wytwarzane obrazki, publikowane w hurtowych ilościach za pośrednictwem portali społecznościowych. Ściskając w dłoniach cieplutki jeszcze dyplom, miałam głowę pełną ideałów. Jak to się stało, że zaraz po studiach wylądowałam w fastfoodowej restauracji? Nie mam pojęcia.

Po roku polewania parówek keczupem i zapiekania ich w osmolonym piekarniku miałam dość. Nie po to przez pięć lat wkuwałam tajniki dziennikarstwa, by potem przez dwanaście godzin dziennie ograniczać się do zadawania wciąż tego samego pytania: Keczup, musztarda, majonez, sos czosnkowy czy sos mieszany?

Nie chciałam też udzielać odpowiedzi co do rodzaju kiełbasek, przy których dotykaniu chciało mi się płakać. Biedne świnki musiały oddać życie, bo ktoś nie potrafił pohamować się przed konsumpcją ich ciał. Nie chciałam tam pracować, ale… wydawało mi się wówczas, że nie mam innego wyjścia.

Po dwunastu godzinach pracy przy hot dogach zabierałam się do masowej produkcji karteczek, na których pisałam drobnym maczkiem:

„Świnki uważane są za jedne z najinteligentniejszych zwierząt świata. Pod tym względem górują nawet nad psami”

„Ich doskonały zmysł orientacji sprawia, że potrafią znaleźć drogę powrotną nawet z najbardziej oddalonych miejsc”

„Świnki uwielbiają się przytulać”

„Świnki śpiewają swoim dzieciom, dzięki czemu te rozpoznają głos mamy i przybiegają potem na jej zawołanie”

„NIE ZJADAJŚWINEK” – w tym miejscu malowałam coś na kształt emotikona dłoni złożonych do modlitwy. Chciałam profesjonalnie zadbać o przekaz. Byłam przecież dziennikarką. To nic, że niepraktykującą. W końcu to w niedalekiej przyszłości miało ulec zmianie.

I w ten sposób gratis do hot dogów dodawałam co nieco od siebie. Miałam cel! Wreszcie widziałam sens tego, co robię. „Nie wiedzieć czemu”, buda z hot dogami z dnia na dzień była coraz mniej oblegana, a ja miałam w pracy czas na czytanie. Po trzech miesiącach miałam go jeszcze więcej bo… zostałam zwolniona.

– A nie mówiłam? – skwitowała babcia Rózia.

Od początku była przeciwna moim samozwańczym zapędom. Twierdziła, że zachowuję się jak fanatyczka, a ja, nie chcąc drążyć tematu, udawałam, że nie wiem, o co jej chodzi. W odpowiedzi tylko przewróciłam oczami. Wieść o zagorzałej obrończyni „świńskich” praw rozeszła się po wszystkich okolicznych fastfoodziarniach. W branży gastronomicznej byłam spalona. Może i dobrze? W końcu wszystko, co nam się przytrafia, ma jakiś sens. Od początku tłumaczyłam sobie, że z tej wieprzowej akcji wyniknie tylko coś dobrego. Nie myliłam się. Wywalczyłam posadę w czasopiśmie dla kobiet, w dziale lifestyle, gdzie zajęłam się pisaniem rozległych, fascynujących, pieczołowicie dopracowanych i nikomu niepotrzebnych (w moim odczuciu) artykułów prawiących między innymi o wyższości szminki w kolorze krwistej czerwieni nad lepkim i mdłym błyszczykiem. Nie przesadzę, twierdząc, że na dzień dobry miałam ochotę odebrać sobie życie dziurkaczem. Stanęłam przed wyborem: nadal szukać pracy albo pokochać tę, która już pojawiła się na mojej drodze.

***

Pulchne biodra Brygidy niezmiennie przykuwały mój wzrok. Dorodnej wielkości pośladki podskakiwały niemal przed moimi oczami. Gapiłam się w nie z podobnym zachwytem, z jakim świętej pamięci dziadek Józek oglądał mecze w czarno-białym telewizorze. Prawdą jest, że inność zawsze jest ciekawa. W moim gapieniu się nie było więc nic dziwnego. Spóźniona szłam za szefową, drobiąc kroki, i modliłam się w duchu, aby tylko mnie nie zauważyła. Niestety Ten z góry nie usłyszał moich próśb. Ni stąd, ni zowąd Brygida odwróciła się na pięcie i wbiła we mnie swój przenikliwy wzrok, mrużąc oczy i zaciskając usta w milczeniu.

– Przysięgam, to ostatni raz – wydukałam jak pierwszoklasistka, kładąc rękę na klatce piersiowej.

Niewątpliwie czułam przed Brygidą respekt, chociaż nigdy nie podniosła na mnie głosu. Wystarczyło, że spojrzała, a zaczynałam się jąkać.

Aby nie spłonąć do reszty od rumieńca zalewającego moje policzki, przeniosłam wzrok na przeźroczystą siatkę, którą ściskała w dłoni. Dojrzałam w niej pojemniki wypełnione czymś kolorowym; prawdopodobnie były to warzywa.

– Ostatni raz gapisz się na mój tyłek, czy ostatni raz się spóźniłaś? Możesz doprecyzować swoją wypowiedź?

Jej szczerość była rozbrajająca. Nie usłyszałam w tym ani grama złośliwości albo… może nie chciałam usłyszeć?

– Wcale nie gapię się na twój tyłek – kłamałam, dobrze wiedząc, że nie brzmię wiarygodnie.

– Zła odpowiedź, Lilianno. Jeśli chcesz być POWAŻNĄ dziennikarką, musisz popracować nad ripostą. Ciętą ripostą – uściśliła. – Inaczej zginiesz w tym stadzie hien – zaśmiała się perliście.

No tak – pomyślałam.

Zostałam zaproszona do jej gabinetu, co mogło oznaczać, że albo chce mi zlecić coś poważniejszego, albo zakomunikować, że nie przedłuży zawartej na okres próbny trzymiesięcznej umowy. Biorąc pod uwagę moje spóźnienia, wcale by mnie to nie zdziwiło.

W wyobraźni witałam się już z hot dogami, zastanawiając się nad tym, czy moja „sława” jako obrończyni świnek zdążyła nieco przycichnąć. Parówki zdawały się mnie prześladować.

Brygida rozsiadła się za swoim biurkiem, a ja rozglądałam się nerwowo po jej gabinecie. Mój wzrok spoczął na stojącym nieopodal metalowym śmietniku. Dostrzegłam w nim papierki po cukierkach, totalnie niepasujące do śniadaniówek szefowej. Nie chciałam jednak wyciągać pochopnych wniosków, to nie była przecież moja sprawa.

– Usiądź, proszę. – Wskazała dłonią miejsce.

Zrobiłam, co kazała. Przełknęłam ślinę, gotowa przyjąć prawdę na klatę.

– Myślałam o tobie ostatnio – zaczęła.

Jej rozbiegane spojrzenie obejmowało wszystko wokół, tylko nie mnie.

Znów przełknęłam ślinę. Zależało mi na tej pracy. Bardzo mi na niej zależało. Umówiliśmy się z Fifim, że jakoś się przemęczę, dopóki on nie znajdzie wydawcy dla swojej książki. Miała podbić serca milionów czytelników i wyciągnąć nas z finansowych tarapatów. Za zarobione dzięki niej pieniądze mieliśmy smażyć się na plaży i popijać drinki przyozdobione bibułkową palemką. To znaczy ja miałam pić drinki, a Misiek yerba mate. (Mężczyzna mego życia nie tykał alkoholu – chciał być „świadomy każdej doświadczanej chwili”). Filip, przyszły polski Stephen King, potrzebował jedynie odrobiny ciszy, wsparcia i dobrej energii. Dwoiłam się i troiłam, by żadnej z tych trzech rzeczy mu nie zabrakło.

Szefowa przewracała jakieś papiery, najwyraźniej czegoś szukając. Było mi coraz bardziej gorąco. Sapnęłam – trochę za głośno.

– Chcesz wody, Lila? Jakaś niewyraźna się zrobiłaś.

Chyba się zorientowała, że mi słabo. Kiwnęłam głową, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Brygida podniosła słuchawkę stacjonarnego telefonu (wciąż się dziwiłam, że ktoś z nich jeszcze korzysta) i poprosiła sekretarkę o przyniesienie napoju. Dwie minuty później z ulgą ugasiłam pragnienie.

– O, jest! Już myślałam, że będę musiała prosić Kasię o kopię – cmoknęła, wzdrygając się tak, że jej obfity biust finezyjnie zafalował.

Kasia była kadrową. No to amen w butach. Chcą mnie zwolnić. Poczułam, że lada moment zwrócę wolność bąbelkom połkniętym minutę wcześniej.

Co z naszymi marzeniami?

Co z książką Filipa?

Co na Boga zrobię ze swoim życiem? Wersje czarnych scenariuszy zalały mnie doszczętnie. Z tej sytuacji wyniknie tylko coś dobrego, z tej sytuacji wyniknie tylko coś dobrego, z tej sytuacji wyniknie tylko coś dobrego – powtarzałam w myślach afirmację wymyśloną przez babcię.

Szefowa odchrząknęła, ściągając mnie tym odgłosem na ziemię.

– Proszę, Lili. To dla ciebie. – Podsunęła w moją stronę kartkę.

– „Recepta na szczęśliwy związek” – przeczytałam jedno zdanie, nie rozumiejąc, o co tak właściwie chodzi.

Trzymała mnie w napięciu tylko po to, by dać mi kartkę, na której widniało jedno zdanie? Nie mogła mi tego po prostu powiedzieć? Niczego nie rozumiałam. Zmarszczyłam czoło i wybałuszyłam oczy, usiłując pojąć przekaz.

Tymczasem Brygida wyjęła z torby pudełko z sałatą, dość nerwowo dając mi do zrozumienia, że nasza „rozmowa” zmierza ku końcowi, podczas gdy ja nie mogłam się ruszyć. Moje pośladki przywarły do krzesła, jakby ktoś wcześniej rozlał na nim super glue. Podrapałam się po głowie i zmarszczyłam czoło, usiłując niezdarnie przedłużyć czas, jaki został mi przeznaczony.

– Najmocniej przepraszam, ale nie rozumiem.

– Och, Lila. Czego ty nie rozumiesz? To temat artykułu, który napiszesz, przecież to jasne. Obie wiemy, że nie lubisz pisać o kosmetykach i nie trzeba szóstego zmysłu, aby to zauważyć. Tak więc to jest twoja szansa, kochana. Związki międzyludzkie to może nie polityka, ale zawsze coś poważniejszego, nieprawdaż? Poza tym wiem, że zależy ci, abyśmy przedłużyli z tobą umowę.

– Naturalnie. Chcę bardzo, ale… ale że szczęśliwe związki? Ja? Przecież ja nie jestem nawet mężatką – palnęłam.

Brygida chrupała już sałatę, kompletnie nie krępując się moją obecnością. Koncentrowała się na tym, by wbić widelec w pestkę dyni, nie wiedząc chyba, że to walka z wiatrakami. Nie zwróciłam jej uwagi, bo kimże byłam, by udzielać rad redaktor naczelnej? Po chwili podniosła wzrok, wyraźnie już zniecierpliwiona. Mogłabym przysiąc, że w wyrazie dezaprobaty zrobiła zeza.

– Lila, nie jesteś też rozwiedziona, jak trzy czwarte zatrudnionych tu ludzi. Nie masz dzieci z poprzednich związków i obciążeń w postaci kredytu. Kto tę bajkę napisze lepiej niż ty? No kto?

Rozłożyła ręce, unosząc je w kierunku sufitu. Z jej ust wypadł kawałek kurczaka; dyplomatycznie udałam, że tego nie widzę.

– Przecież wierzysz w miłość do grobowej deski, co nie?

Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę wierzę. Zamyśliłam się o pół sekundy za długo. Jeszcze chwilę wcześniej miałabym prawo do polemiki, ale gdy padły słowa: „No to mamy jasność”, nie było już odwrotu.

Ja, Lilianna Berg, właśnie dostałam „życiową szansę”. Wreszcie mogłam się wykazać! (Przynajmniej tak twierdziła Brydzia). Nie pozostało mi nic innego, jak tylko uwierzyć w słowa przełożonej i napisać coś, co rzekomo odmieni życie ludzi.

***

Przez cały dzień nie mogłam skupić się na pracy. Co prawda, nie miałam żadnych megaodpowiedzialnych zadań, ale wolałam nie pomylić szamponu do włosów z pianką do depilacji nóg. Raz mi się to zdarzyło i… gdyby nie dobre serce Brydzi, moja „kariera” dziennikarska ległaby w gruzach już po tygodniu pracy w redakcji.

Prym wiodły kosmetyki naturalne, co oczywiście mnie cieszyło, bo sama z nich korzystałam. Zrobiłam to, co miałam zrobić, i zadzwoniłam do babci, by uprzedzić ją, że Filip prawdopodobnie…

– Twój konkubent już był – usłyszałam, zanim zdążyłam rozwinąć wypowiedź.

Zacisnęłam powieki, jednocześnie wciągając przez nos powietrze.

– Nie dałam mu mojego wegeteriańskiego bigosu. Niech się do roboty weźmie, belzebub. Kto to widział, żeby dziewczyna na niego pracowała!

– Babuniu, Fifi też pracuje. Jest artystą, przecież wiesz – próbowałam tłumaczyć ukochanego.

Prychnęła i zaśmiała się głośno. W tle usłyszałam jakiś hałas, chyba tłuczonego szkła. Zapytałam babci, czy wszystko w porządku, a ona odparła, że w jak największym i że jeśli mam ochotę na jej bigos, to oczywiście zaprasza, ale mam przyjść sama. Zerknęłam na zegarek i zrobiłam w myślach szybką kalkulację. Dochodziła szesnasta. Zanim wyjdę z pracy, dojadę do sklepu, zrobię zakupy, przytaszczę je do domu i zajmę się gotowaniem, to… istnieje szansa, że do dziewiętnastej zjem jakiś ciepły posiłek.

– Powinnam być za pół godziny. Postaram się złapać pierwszy autobus – oświadczyłam prędko.

– Tylko…

– Tak, wiem, babuniu. Będę sama. Po tym, jak ostatnio nie otworzyłaś nam drzwi, nauczyłam się, że trzeba traktować twoje słowa poważnie.

– Niezmiernie mnie to cieszy, kwiatuszku, naprawdę.

Przewróciłam oczami, po czym zakończyłam połączenie.

***

Było niemiłosiernie gorąco. Chyba ze sto pięćdziesiąt stopni w cieniu. Sapałam jak słonica, co chwila ocierając z czoła pot, i przyglądałam się ludziom czekającym na autobus. Prawie wszyscy byli zajęci gapieniem się w swoje smartfony. Odniosłam wrażenie, że to urządzenie jest przedłużeniem ludzkich rąk. Nikt z nikim nie rozmawiał, poza dwiema starszymi paniami licytującymi się o to, której bardziej doskwiera reumatyzm. Od razu doceniłam swoją babcię. Ona nigdy nie narzekała. Miała prawie osiemdziesiąt lat i wciąż jej się chciało ćwiczyć jogę i gotować wegetariański bigos. Na samą myśl o jedzeniu pociekła mi ślinka. Byłam bardzo głodna. Na szczęście autobus już nadjechał, więc zapakowałam się do niego czym prędzej, ciesząc się, że za chwilę najem się do syta. Wystukałam esemesa do Filipa z informacją, że odwiedzę babcię i że zjem u niej. Może nie było to zbyt miłe, ale trudno. Jak raz Fifi zje smażone jajka, to mu się nic nie stanie, pomyślałam.

Kropla potu spłynęła po moich plecach, a chwilę później jakiś monstrualnych rozmiarów chłop przywarł do mnie tak mocno, że poczułam na swojej twarzy jego pachnący miętą oddech. Ot, komunikacja miejska. Ile ja bym dała, aby mieć samochód! Jakikolwiek, nawet taki bez silnika. Mogłabym się odpychać stopami od podłoża niczym Wilma Flinstone, byleby tylko nie być od nikogo zależną. Marzenie ściętej głowy. Przy mojej pensji nie było mnie stać nawet na rower. Połowa zarobionej kasy szła na opłacenie wynajmu kawalerki, połowę pozostałej połowy przejadaliśmy, a ostatnią, prawie całą ćwiartkę wydawałam na komunikację miejską. To, co zostawało, szło na ubrania zakupione z drugiej ręki. Dzięki temu zawsze wyglądałam oryginalnie, były więc jakieś plusy. Kosmetyki często robiłam sama, w ramach oszczędności.

Wielki chłop wybąkał „przepraszam” i odkleił się ode mnie, niestety w przeciwieństwie do mojej sukienki, która przywarła do mojego ciała tak mocno, że przez jej cienki materiał można było dostrzec zarys brodawek. Złapałam za materiał i zaczęłam nim wachlować, przeklinając w myślach Filipa, dla którego to nosiłam bieliznę typu druga skóra, chociaż zdecydowanie wolałam staniki z usztywnieniem. No, ale czego się nie robi dla mężczyzny? Wymieniłam z wielkim chłopem kilka spojrzeń, mając nieodparte wrażenie, że kompletnie nie pasuje on do tego autobusu.

Dwadzieścia minut później wysiadłam i rozmyślałam już tylko o bigosie. Wiedziona jego zapachem dotarłam do babci.

– Lilunia! Kwiatuszek! Moja wnusieńka! – babcia przywitała mnie z radością.

Przyodziana w białe luźne spodnie do jogi i obcisły bawełniany top, wyglądała na co najmniej na dwadzieścia lat mniej. Włosy spięła w mały ślimakowy koczek na czubku głowy. Zmarszczki otulające okolice oczu dodawały jej więcej seksapilu niż tony mazideł na twarzach modelek, z którymi uczyłam się pracować.

– Józek, odsuń się – ochrzaniła kota ocierającego się o jej nogi. – Chłopie! Nie widzisz, że mamy gościa? – Spuściła wzrok na zwierzaka.

Józek odwrócił się obrażony i wskoczył na stół.

Przytuliłyśmy się, jak zawsze.

Kot Józek zamieszkał z moją babcią miesiąc po tym, jak odszedł dziadek. Babcia, Rozalia Chełmińska – pieszczotliwie nazwana Rózią – była święcie przekonana, że jej mąż wrócił do niej na ziemię pod postacią tego oto zwierzęcia. Nie mogła więc nadać mu innego imienia.

– Co tam u ciebie, Liluniu? Tylko uprzedzam, nie obchodzi mnie ten cały Fifak, czy jak mu tam. – Zatrzepotała muśniętymi tuszem rzęsami.

– Nie Fifak, tylko Fifi. Babciu, nie zapominaj, że mówisz o moim chłopaku.

– Jakim chłopaku? To zwyczajnie twój konkubent i jak na moje oko, nigdy się z tobą nie ożeni, i bardzo dobrze! – Klasnęła. – Jeszcze tego by brakowało. Harowałabyś na niego tylko. Prędzej będziesz sadzić kwiaty na moim grobie, niż Fifak podaruje ci pierścionek. A wiesz przecież, że zamierzam żyć długo, przede mną tyle pięknych chwil. Chyba nie chcesz zostać starą panną – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

Wstawiła bigos, po czym zaczęła mieszać go energicznie. Po chwili wylądowała przede mną miseczka obłędnie aromatycznego dania. Nikt nie potrafił przyrządzić go tak doskonale, jak babcia. Kiedyś, kiedy jeszcze żył dziadek, wiele dań przygotowywała z myślą o nim, co w moim odczuciu blokowało jej kreatywność. Teraz było inaczej. Babcia definitywnie porzuciła jedzenie mięsa i stała się wegetarianką, twierdząc, że w życiu nigdy nie jest na coś za późno. Lubiłam tę jej elastyczność.

– Mów, mów, co u ciebie, kwiatuszku – przerwała ciszę, ponawiając pytanie.

Wcisnęła do ust widelec kapusty, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Opowiedziałam jej o porannej rozmowie z Brydzią i o temacie artykułu, jaki mi zleciła. Rozdziawiła usta, po czym usiłowała złapać resztki wypadającego z nich jedzenia.

– Wiem, co chcesz powiedzieć, babciu. Ja też zapytałam szefową, dlaczego wybrała właśnie mnie.

Babcia zwaliła Józka ze stołu.

– A niby dlaczego miała wybrać kogoś innego? – zapytała, odpychając natrętnego kota nogą.

– Dlaczego? Przecież ja nie mam doświadczenia. Fifi to mój pierwszy i jedyny chłopak. Odkąd pamiętam, jestem tylko z nim. Nie mamy ślubu, dzieci ani nawet wspólnego zwierzaka. – Spojrzałam w stronę obrażonego Józka.

– To po co z nim jesteś?

– Bo go kocham? – Rozłożyłam ręce.

– To napisz ten artykuł. Myślę, że może wyjść całkiem zabawnie. Jak to było? Recepta na udany związek?

Położyła dłonie na blacie i wbiła oczy w sufit, udając, że się nad czymś zastanawia. Po chwili wypaliła, że mogę napisać, że aby związek był szczęśliwy, to facet musi mieć pełny brzuch i puste jajca, bo w przypadku Fifaka to wystarczy w zupełności.

I tak oto gładko z tematu artykułu przeszłyśmy na temat mojego życia. Na nic się zdały tłumaczenia, że Filip ma aspiracje, by zostać wziętym pisarzem, i właśnie realizacji tego zadania poświęca cały swój czas. Babcia wiedziała swoje i nie wiem, co musiałoby się stać, żebym mogła ją przekonać do… mojego – jak to zwykła określać – konkubenta.

Poprosiła tylko, abym przyniosła jej artykuł, zanim jeszcze trafi do druku. Chciała przeczytać koleżankom, z którymi uczęszczała na chór.

– Zaoszczędzimy na zajęciach z jogi śmiechu – rzekła sarkastycznie.

– Bardzo śmieszne.

– Otóż to! – Uniosła palec wskazujący, a ja opadłam czołem na stół.

Sama nie wiedziałam, czy bardziej wykańcza mnie jej nonszalancja, czy to, że była w niej naprawdę uczciwa i że coraz częściej docierało do mnie, iż w tym, co mówi, może być trochę racji.

Do trzydziestki brakowało mi zaledwie pięciu lat. Granice mojego ciała ciasno określały smukłe mięśnie, które męczyłam, biegając minimum trzy razy w tygodniu. Brak odporności na krzywdę zwierząt już dawno sprawił, że przestałam jeść mięso, co dodatkowo przysłużyło się mojej figurze. To właśnie ona przykuła uwagę Filipa. Bardzo szybko zostaliśmy parą i gdybym miała teraz określić moment, w którym to nastąpiło, chyba miałabym problem.

Kiedy się poznaliśmy, wszystko było inne. Ja, dziewczyna wychowywana przez dziadków, i on, chłopak „z dobrego domu” – cokolwiek to oznaczało. Ja, pilna studentka z najlepszą średnią, która gwarantowała regularne wpływy na konto w postaci stypendium, i on, którego konto zasilane było przez rodziców.

Gdy skończyliśmy studia, siłą rzeczy skończyły się wpływy. Rodzice Filipa zakręcili kurek, dochodząc do wniosku, że teraz to już syn powinien się usamodzielnić. Owszem, pomagali co jakiś czas, ale rzadko.

Filip napisał książkę i rozsyłał ją do potencjalnych wydawców, lecz jak na złość nikt nie chciał się poznać na jego talencie. Obiecywał mi jednak każdego dnia, że się nie podda i że nadejdzie czas, w którym wyciągnie nas z finansowego dołka. Trzeba przyznać, że miał cierpliwość. Minął już ponad rok, odkąd skończył pisać, a on wciąż wierzył w spełnienie swojego snu o potędze, a ja, cóż… pracowałam sama, bo ktoś przecież musiał.

Kiedy już najadłam się do syta, babcia poczęstowała mnie jeszcze domowym ciastem, które kupiła w sklepie wege. Napiłyśmy się też naparu z jakichś zdrowych liści i ani się spostrzegłam, jak dochodziła dziewiętnasta.

– Muszę lecieć, jest już późno. Filip się pewnie o mnie martwi.

– Lilunia, zostań na noc. Pogramy w scrabble, będzie fajnie. W szafie wciąż wisi trochę twoich ubrań, więc jutro bez problemu coś tam dla siebie znajdziesz – upierała się.

Prawdę powiedziawszy, miałam na to ogromną ochotę. Marzyła mi się wanna pełna piany, a nie jak zwykle szybki prysznic. Posiłek podany przez kogoś też smakował jakby inaczej. Tęskniłam za ciepłem domowego ogniska, które udało się Rózi wzniecić i podtrzymywać. Nie dałam się długo prosić. Zadzwoniłam do Filipa, by mu o tym powiedzieć.

– Jutro? Co? Co mówiłaś? – bąkał coś niezrozumiale.

Zaniepokoiłam się.

– Tak, wrócę jutro. Wiesz…babcia tak bardzo mnie prosi, a i ja też się za nią stęskniłam. Będę jutro po pracy, dobrze? Może uda mi się wyprosić chociaż jeden słoik bigosu, dla ciebie – złożyłam obietnicę dość pochopnie.

Kiedy babcia usłyszała, co mówię, z miną grabarza wykonała gest imitujący odcięcie głowy. Powinnam była gadać ciszej. Westchnęłam i wyszłam do swojego starego pokoju, zamykając za sobą drzwi. Tam poczułam się o wiele swobodniej.

– Wszystko u ciebie w porządku? – spytałam, zaniepokojona dziwnym sapaniem ukochanego.

– Tak, tak. Wszystko w porządku. Wiesz… postanowiłem jednak zacząć biegać – powiedział z taką dumą w głosie, że aż mnie nią poraził.

Od dawna namawiałam Filipa na tę formę relaksu, ale dotąd nie dawał się przekonać. Pochwaliłam go teraz, dodając, że nie mogę się doczekać, kiedy pobiegamy razem. Sapanie przybierało na sile (co było zrozumiałe), rozłączyłam się więc rozanielona wizją treningów, które podejmiemy w przyszłości. Gdy opowiedziałam o tym babci, nakazała mi dodać wspólne treningi do listy rzeczy, które trzeba spełnić, by mieć szczęśliwy związek. Myślała, że nie zauważyłam, jak za plecami krzyżuje palce prawej dłoni. Śmiechu duszonego w klatce piersiowej też nie zdołała ukryć.

– Babuniu – zaczęłam, przytulając się do Rózi. – Gdybym ciebie nie znała, pomyślałabym, że jesteś zazdrosna. I może trochę złośliwa – wyszeptałam jej do ucha.

– Złośliwa jestem, nie przeczę, ale zazdrosna? – Odsunęła się i spojrzała mi w oczy.

Kiwnęłam głową, wydymając usta.

Babcia cmoknęła.

– No dobra, dobra. Jestem zazdrosna. Nawet nie wiesz jak bardzo! Jestem zazdrosna o czas, który spędzasz z kimś, przy kim gnuśniejesz. Spójrz na siebie: jesteś młoda, śliczna i do tego mądra. Jeszcze do niedawna miałaś głowę pełną marzeń. Gdzież się one podziały? – Zmarszczyła czoło i rozłożyła ręce.

Wzruszyłam ramionami.

Faktycznie, ostatnio jakoś nie myślałam o tym, co kiedyś miało dla mnie znaczenie. Celem mojego życia stało się utrzymanie siebie i Fifiego. Moja praca zarobkowa (bo inaczej nie można było jej nazwać) nie miała nic wspólnego z kreatywnością. Aż do dziś, kiedy to… zlecono mi napisanie „poważnego” artykułu.

– Pamiętasz, jak chciałaś zwiedzać świat? Uczyć się języków? Ciotka Anka co chwilę pyta, kiedy do niej przyjedziesz. Wiem, że Niemcy to nie Ameryka, ale może od czegoś trzeba zacząć?

– Dlaczego nie zaproponuje tego mnie?

– Och, znasz ciotkę. Totalne przeciwieństwo twojej świętej pamięci matuli, niech jej ziemia lekką będzie. – Babcia w pośpiechu wykonała znak krzyża, a mnie zrobiło się smutno na myśl o rodzicach, z którymi musiałam się rozstać, zanim tak na dobre ich poznałam. – Kiedy Piotruś przyprowadził Bogusię pierwszy raz, od razu wiedziałam, że są dla siebie stworzeni. Posągowo piękna, wrażliwa, ale jednocześnie stanowcza, taka wiesz, z pazurem. – Rózia zacisnęła pięść.

Każde słowo babci dotyczące mamy i taty było dla mnie niczym okruch chleba, zgarnięty ze stołu i zjedzony przez bezdomnego. Zapamiętywałam wszystko. Niestety nie opowiadała o nich zbyt często. Gdyby nie to, że po śmierci mamy spadło na nią wychowanie mnie, wtedy pewnie sama położyłaby się do grobu, na ochotnika. Zwłaszcza, że jej ukochany syn, Piotr, ni z tego, ni z owego nagle zapadł się pod ziemię. Chociaż uznano go za zaginionego i nawet postawiono mu nagrobek, babcia wciąż wierzyła, że mój ojciec żyje i pewnego dnia do niej powróci. I tego grobu nie odwiedzała wcale.

– Teraz to już musztarda po obiedzie. Mam tu pracę, chłopaka, plany na przyszłość – wymieniałam.

Babcia się obruszyła.

– Plany? Ha ha ha. Jakie plany? Aby wpaść do mnie po bigos? Chyba powinnam przykręcić to żywieniowe źródełko, może to zmusiłoby cię trochę do myślenia. W przeciwnym razie nigdy nie doczekam się prawnuków. Śmiem twierdzić, że ten cały Fifak to jakiś wybrakowany jest.

– Mylisz się. Nawet nie wiesz jak bardzo!

Oczy babuni nabrały żabiego wyglądu.

– Uprawiasz seks przedmałżeński? Lilunia, na miłość boską! – Złapała się za głowę, a ja zupełnie nie uwierzyłam, że ona naprawdę myśli, że my to tak jak brat z siostrą.

Znów opadłam czołem na blat, będąc niemalże pewną, że jeśli nie skończymy tych dywagacji na „trudne” tematy, nazajutrz pójdę do pracy z guzem. Na szczęście Józek został przyłapany na obgryzaniu liści paprotki i cała uwaga babci skupiła się na nim. Kiedy po raz enty tłumaczyli sobie zasady panujące w domu, ja postanowiłam wziąć odprężającą kąpiel. Na samą myśl o babcinym lawendowym olejku zrobiło mi się błogo. Jego naturalny aromat przywoływał emocje z dzieciństwa, które, zważając nawet na tragiczne okoliczności, było bardzo szczęśliwe. Babcia z dziadkiem każdego dnia starali się, abym nie odczuła pod ich dachem żadnego braku.

Z zamyślenia wyrwało mnie dudnienie do drzwi łazienki. Poderwałam się do pozycji siedzącej, odruchowo zakrywając piersi.

– Utopiłaś się? – usłyszałam babcię.

Wypuściłam powietrze z płuc, na powrót zanurzając się w wodzie. Dudnienie jednak nie ustawało.

– Jak mi nie powiesz, że się nie utopiłaś, to liczę do trzech i wchodzę. „Razdwatrzy”, wchodzę!

Nie zdążyłam. Rózia stała nade mną, trzymając w ramionach kota.

– Babcia, opanuj się!

Nie wiedziałam, co zakryć. Biust czy… Pożałowałam, że lawendowy olejek nie wytwarza piany, pod którą mogłabym teraz schować to i owo. W domu babci żadne drzwi nie miały zamka. Poza tymi wejściowymi, rzecz jasna. Uznawała ona bowiem, że zamki stawiają blokady pozytywnej energii, jaką co ranka starała się wytworzyć podczas oryginalnej gimnastyki. O tej energii powiedziała jej jakaś koleżanka z chóru, podobno specjalistka od feng shui. Nie wchodziłam w szczegóły, to było dla mnie za trudne. Zresztą mnie energia kojarzyła się jedynie z elektrycznością.

– Jak starsi pytają, to się odpowiada. Nawiasem mówiąc, bardzo cię proszę, Liluniu, zamykaj ubikację po tym, jak z niej skorzystasz – popchnęła nerwowo klapę.

Próbowałam rozgryźć, która z nas jest bardziej poirytowana. Aż nie wytrzymałam i spytałam z ironią, czy przez kibel też ucieka energia, na co odparła, że nie tylko energia, ale i pieniądze, po czym dodała, że jeśli u siebie w domu zachowuję się podobnie, to nic dziwnego, że nie śmierdzę groszem. Nie dyskutowałam dalej, swoją drogą nie miałam nawet z kim, bo babcia zdecydowała się opuścić łazienkę, podkreślając swoje wyjście głośnym sapnięciem.

Ujęłam nos między kciuk a palec wskazujący i zanurkowałam.

Kiedy po kwadransie wyszłam z łazienki, babcia już na mnie czekała. Zdążyła rozłożyć scrabble i przygotować dla mnie kanapki, w które aktualnie wpatrywał się Józek (znów siedział na stole).

Wiedziałam, że przegram. Jeśli chodzi o tę grę, to babcia nie miała sobie równych. Przez całe życie połykała książki, nawet wtedy gdy zabraniał jej tego okulista.

– Nic już więcej nie przełknę. Jestem bardzo objedzona – rzekłam, patrząc na suto obłożony talerz. – To chyba paprykarz, prawda? – Dźgnęłam palcem grubą warstwę pomarańczowej mazi, po czym przypomniałam jej, że wegetarianie nie jedzą ryb.

– To nie jest paprykarz, Liluniu. To pasta ze słonecznika i suszonych pomidorów – wyprowadziła mnie z błędu z nieskrywaną satysfakcją.

– Co takiego?

Rózia skrzyżowała ramiona.

– Ja wiem, wnusia, że jeśli chodzi o nasz wspólny wegetarianizm, to ty się zbytnio nie rozwinęłaś. Kiedy przestałyśmy jeść mięso?

– Hm…Tuż po śmierci dziadka.

– Ile to minęło?

– Kilka lat.

– No właśnie, kilka lat. Kilka lat, w trakcie których ty wciąż jadasz kanapki z dżemem – przewróciła oczami.

Teraz już nie miałam pewności, czy pomysł zostania u niej na noc był trafiony. Kiedy po raz piętnasty wyraziła swoje niezadowolenie z powodu tego, że nie chcę zjeść kolacji, którą przygotowała, dla świętego spokoju chwyciłam za kanapkę. Już przy pierwszym gryzie pożałowałam, że tak długo dałam się namawiać. Mruczałam z zachwytem, pochłaniając łapczywie kolejne kęsy.

– A nie mówiłam?

– Jesteś fenomenalna, babciu. Mów szybko, co to jest. Zrobię dla Fi…

Błąd. Nie powinnam była wspominać o Filipie.

– Fajfus! Fajfus niech sobie sam gotuje – burknęła.

Przez dziesięć minut próbowałam przekonywać ją, że jeśli zrobię tę pastę, to jedynie dla siebie. Absolutnie nie dla Filipa, Fifiego, Fifaka i… Fajfusa… Dla konkubenta też nie. Dopiero gdy zakryłam usta dłonią, podając w wątpliwość sens kontynuowania tej absurdalnej rozmowy, babcia uległa i zdradziła mi sekret przyrządzania pasty.

– Tylko tyle? Taka afera o tak banalną recepturę? – zakpiłam nieplanowanie.

– Banalna, niebanalna, ale weź na to wpadnij. To trzeba mieć mózg, Lila! Fajfus na pewno go nie ma.

– Nie wiem, czy potrzeba aż tyle mózgu, aby zmiksować prażone pestki słonecznika z suszonymi pomidorami odsączonymi z zalewy. Może chociaż proporcje mi podaj? – poprosiłam, wierząc, że clou tkwi właśnie w tym.

Rózia sięgnęła do zielonego woreczka, żeby wylosować literki. Ani się spostrzegłam, jak wysunęła się na prowadzenie o siedemnaście punktów.

– Na oko dawałam.

No tak. Na oko. Czegóż mogłam się spodziewać? Moja babcia zrobiłaby wszystko, abym tylko przestała się starać dla Filipa. Grałyśmy przez cały wieczór. Uwielbiałam patrzeć, jak cieszy się ze zdobytych punktów. Oczywiście wygrała, nie będąc wcale zdziwioną swoim sukcesem. Twierdziła, że to Józek przynosi jej szczęście. Po raz pierwszy też przyznała się, że miejsce, w którym zawsze mnie sadza, jest obciążone jakąś wodną żyłą czy czymś podobnym, co rzekomo blokuje moje twórcze siły. Chichotała przy tym pod nosem, pocierając z wigorem dłonie. Wyglądała tak uroczo, że nie potrafiłam się nawet na nią zezłościć. W tym wszystkim, co prezentowała poprzez bycie naturalną, była obezwładniająco rozkoszna.

Dochodziła północ. Leciałam z nóg, lecz mimo to nie mogłam pozwolić, by babcia sama zmywała naczynia. Stanęłam przy zlewie, wylałam na gąbkę zielonkawy płyn i zabrałam się do pracy. Rózia nie miała zmywarki i wcale nie chciała jej mieć. Twierdziła, że lubi swoją malutką gąbeczkę, za sprawą której wszystkie filiżanki, talerze, talerzyki i kubki powracają do stanu czystości. Była zdania, że zmywanie naczyń to forma medytacji (czy czegoś tam innego, w trakcie czego podobno się nie myśli).

Gdy ciepła woda spływała po jej pomarszczonych, pergaminowych dłoniach, Rózia zwykła koncentrować się na czymś, co nazywała świadomym oddechem. Nie sądziłam, że coś z mojego punktu widzenia tak błahego jak oddech może być świadome, no ale… nie wnikałam.

Ja sama szczerze nienawidziłam zmywać. I nie mogłam pojąć, jak można przy tej czynności wypoczywać. Płucząc naczynia, nie zwracałam uwagi na swoje doznania, nie zastanawiałam się nad temperaturą wody ani nie rozkoszowałam się zapachem płynu, lecz myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Planowałam to, co miałam jeszcze do zrobienia, albo analizowałam to, co już zrobiłam.

Mniej więcej w połowie tej „katorgi” w kuchni pojawiła się babcia. Jedwabna krótka koszula przykrywała jedynie korpus jej ciała, odsłaniając śliczne ramiona i szczupłe nogi otulone zdrowo utrzymaną błyszczącą skórą. Czoło przykrywała opaska, którą lada chwila Rózia miała zsunąć na oczy. Odkąd pamiętam, zawsze jej używała do snu. Aromat olejku ze słodkich migdałów przyćmił wszystko, co dotychczas wyczuwały moje nozdrza.

– O czym tak myślisz? – zwróciła się do mnie, rozsmarowując na dłoniach krem.

– Ach, o tym i o tamtym.

– Czyli? – dociekała.

Rozmyślałam o tym, co stało się z moimi marzeniami. Kiedy kończyłam dziennikarstwo, miałam tyle planów, tyle celów. Wierzyłam, że wszystkie uda mi się zrealizować. Pracę w hot dogach trudno było nazwać początkiem rozpoczynającej się z przytupem kariery. Praca w gazecie też zostawiała wiele do życzenia. Nie trzeba było kończyć studiów, by móc przepisywać teksty umieszczone na opakowaniach kosmetyków. Usiłowałam przypomnieć sobie, kiedy ostatnio rozmawiałam z kimś po angielsku, a przecież tak lubiłam ten język. Czy w ogóle coś jeszcze z niego pamiętam?

– Nie szoruj tak tej filiżanki, bo zaraz dziurę w niej zrobisz. To moja ulubiona, zapomniałaś?

Jak mogłabym zapomnieć? Pamiętałam doskonale filiżankowy grafik. Babcia piła z niej w dni nieparzyste, a dziadek w parzyste. Uśmiechnęłam się do uroczego wspomnienia, przyglądając się temu, jak Rózia podskoczyła niczym nastolatka i chwilę później siedziała już na kuchennym blacie, zarzuciwszy nogę na nogę. Zwróciłam uwagę na jej wypielęgnowane stopy, zakończone paznokciami w kolorze indygo.

– Babciu… – zaczęłam i zamilkłam na chwilę. – Myślę o tym, co powiedziałaś. To prawda, kiedyś chciałam zwiedzać świat i żyć zupełnie inaczej. Uczyłam się angielskiego, bo sądziłam, że będę przeprowadzała wywiady z amerykańskimi aktorami. Tymczasem…

– Nie dramatyzuj, kochana. Nawet nie zaczynaj – uciszyła mnie. – Zawsze możesz przeprogramować swoje życie.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Przeprogramować? Jak? Mam jechać do ciotki Anki?

– A to taki zły pomysł? Dlaczego nie? Chociaż zaraz mi pewnie wymyślisz tysiące powodów, a jednym z nich będzie Fif…

– Nie chcę tego słuchać, babciu! – Zdecydowanym ruchem podniosłam mokrą dłoń na wysokość jej twarzy, próbując się tym gestem obronić.

Rózia aż się wzdrygnęła. Zamilkła i nieco spoważniała. Poczułam wyrzuty sumienia i wypuściłam powietrze z płuc.

– Masz rację. Groszem nie śmierdzę. Zalegamy z czynszem od prawie trzech miesięcy. Może powinnam pomyśleć na poważnie o tym twoim całym feng shui czy jak mu tam. Jeśli zamykanie kibli ma mnie uratować przed katastrofą finansową, to w sumie dlaczego by nie spróbować? – usiłowałam być zabawna.

– Jak na mój gust, masz jeden zbyteczny mebel w domu, taki, co to wysysa z ciebie energię – wymamrotała, a ja z wiadomych przyczyn nie pytałam o szczegóły.

Nie trzeba było być detektywem, aby domyślić się, że nie chodzi jej o mebel, lecz o Filipa.

Wytarłam zlew papierowym ręcznikiem, łypiąc okiem na świecącą za oknem latarnię, i ziewnęłam. Za chwilę dzień płynnie przejdzie w kolejny, a ja? Cóż z nim zrobię? Gdy ocknęłam się z zapatrzenia, obok mnie stała babcia, ściskając w dłoniach kopertę. Domyśliłam się, że są w niej pieniądze.

– O nie, nie, nie, nie, nie. Nie-ma-mo-wy – wysylabizowałam. – Nie mogę ich przyjąć. Jeszcze tego brakowało, aby dziewczyna w sile wieku brała pieniądze od emerytki.

– Rencistki! – poprawiła mnie groźnie, wznosząc palec.

– Tym gorzej. Nie mogę, babciu. Wierzę, że los się wreszcie odmieni. Jeśli napiszę świetny tekst, to istnieje szansa, że Brydzia mnie awansuje.

– Istnieje też szansa, że z powrotem zamieszkasz u mnie – rzekła „optymistycznie” babunia.

To mogła być prawda. Pan Czesio, właściciel wynajmowanego przez nas mieszkania, i tak już wykazał się dobrocią serca i dał nam czas na spłatę długu do końca lipca. Miałam więc jeszcze dwa tygodnie, by coś wymyślić. Kończyłam pisać na boku pracę magisterską dla pewnego „zapracowanego” studenta. Cieszyłam się, że mogę w ten sposób dorobić. Nie było to, co prawda, wysokich lotów dziennikarstwo, ale hm… Zawsze coś. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – pocieszałam siebie, trochę jednak zaintrygowana grubością koperty. Wreszcie nie wytrzymałam i ją otworzyłam. Po tym, co w niej zobaczyłam, doznałam szoku.

– Skąd na Boga masz tyle forsy?! – wykrzyknęłam, zapominając o zmęczeniu.

W pliku dwustuzłotowych papierków musiało być przynajmniej z dwadzieścia patoli.

– Ach, odłożyłam – rzuciła Rózia niby od niechcenia, wachlując sobie przed nosem gazetką z supermarketu.

– Ale z czego? Z tej renty po dziadku?

– Oj, a czy to ważne? Trochę z renty, trochę z serwetek, tych wiesz, co dziergam na kółku krawieckim.

Gapiłam się na forsę jak dzieciak na pajdę chleba z nutellą. Nigdy w życiu nie widziałam na własne oczy takiej kwoty. Po co ja studiowałam, skoro na dzierganiu serwetek można było dochrapać się takiej fortuny!

Obliczyłam szybko (chociaż z matematyki nigdy nie byłam orłem), że wystarczyłoby góra piętnaście tych banknotów, a wszystkie moje finansowe kłopoty zniknęłyby w mgnieniu oka. Chwilę potem przypomniałam sobie o marzeniach babci. Przez całe życie pragnęła doświadczyć obcowania z delfinami. Dlaczego będąc tak nadzianą, nie spełniała tych pragnień? Pokręciłam głową z niedowierzaniem, po czym włożyłam pieniądze z powrotem do koperty.

– Babciu, naprawdę nie mogę tego przyjąć – rzekłam, przesuwając w jej stronę zamkniętą kopertę. – Tak nawiasem mówiąc, na co ty tak odkładałaś?

– Oj tam, na nic ważnego.

– Nic ważnego i odłożyłaś tyle forsy?

Zmieszała się nieco. Odparłam na to, że nie wezmę ani grosza, dopóki nie dowiem się, na co ta kasa była przeznaczona. Niechętnie, ale w końcu wydusiła z siebie, że zbierała na… kremację.

– Na co? Nie wierzę! Ty, która kochasz życie, zbierałaś na kremację? – wydarłam się tak głośno, że na sto procent usłyszała mnie połowa bloku.

– Bądźże cicho, Lilka!

Kiedy babcia była zła, nazywała mnie Lilką. W jej ustach wypowiedzenie mego imienia w tej właśnie formie było największą obelgą.

– Ty wiesz, ile kosztuje kremacja? Mam pozwolić, aby zżarły mnie robale? O nie, nie, nie, nie. Nie ma mowy. Po moim trupie!

– No raczej! Żywcem cię przecież nie wezmą.

– Uważaj, co mówisz, młoda damo.

– Przepraszam, ale po prostu nie mogę uwierzyć, że odkładałaś na coś tak… tak… Kurczę, dziwnego, no.

Byłam zdruzgotana. Owszem, wiedziałam, że babcia jest babcią i że nic nie trwa wiecznie, ale do tej pory ani razu nie przyszło mi do głowy, że kiedyś może jej zabraknąć. Kwota, jaką odłożyła na swoje, nazwijmy to, życie po śmierci, przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. Nie miałam pojęcia, że to tyle kosztuje, i o to też ją zapytałam.

– Kremacja sama w sobie nie jest taka kosztowna, ale trzeba do niej doliczyć koszty transportu – wyjaśniła. – Bo nie wiem, czy wiesz, ale ja to bym chciała, by moje prochy rozrzucono gdzieś, no, w sumie sama jeszcze nie wiem. Dlatego odkładam, bo być może zdecyduję, żeby po śmierci zostać rozrzuconą na Bora-Bora albo w Izraelu, no i skąd ty wtedy na to wytrzepiesz forsę, dziecko? – Machnęła teatralnie dłonią. – W każdym razie mam czas i jeszcze się zastanowię. Jedno wiem na pewno – podniosła palec wskazujący – nie chcę leżeć ze wszystkimi jak ten śledź.

Szczęka opadła mi na podłogę.

– Jaki śledź? Od zawsze powtarzasz, że ci to obojętne. Po śmierci dupa nie wierci, czy jakoś tak – zastanawiałam się głośno.

– Mówiłam, mówiłam. Wiele rzeczy mówiłam, ale zmieniłam zdanie. Przecież mam do tego prawo.

Jęknęłam, zaskoczona jej planami na „przyszłość”. Iskierki w oczach babci porażały nieustającą radością. Nie wyglądała na kogoś, kto żegna się z życiem. Po chwili namysłu zaczęłam rozważać jej darowiznę. Wychwyciła moment mojego wahania, podeszła bliżej i owinęła sobie wokół palca opadający mi na czoło kręcony paciorek.

– Spokojnie, Lilunia. Wiesz, jak bardzo cię kocham, mój kwiatuszku, prawda? Nigdy w życiu nic ci nie dałam, dlatego teraz…

Uśmiechnęła się promiennie. Jej równe białe zęby niezmiennie robiły na mnie wrażenie. Będąc w tym wieku, nie miała ani jednej protezy. Poddałam się.

– Wezmę trzy tysiaki i postaram się oddać je jak najszybciej.

Kiwnęła głową uradowana, informując mnie, że w razie czego w zanadrzu ma jeszcze siedemnaście i że wcale nie muszę jej niczego oddawać.

Wyjęłam z koperty tyle, ile było mi potrzebne, i od razu postanowiłam schować pożyczone pieniądze. Udałam się do korytarza, zdjęłam z wieszaka torebkę i zaczęłam w niej grzebać, po raz kolejny obiecując sobie, że wreszcie zrobię w niej porządek. Piętrzyły się tam kłęby woreczków po skonsumowanych kanapkach, wprowadzając totalny chaos w stosunkowo niewielkich rozmiarów wnętrze. Zrezygnowana spojrzałam na zegarek. Dochodziła pierwsza. Czyżbym miała już tak zmęczone oczy, że nie potrafiłam znaleźć portfela?

– Długo jeszcze się będziesz tak tłukła? – Rózia właśnie układała się do snu i moja hałaśliwość najwyraźniej ją irytowała.

Jej pytanie odbiło się od moich uszu.

– Chcę wstać o czwartej, na powitanie słońca. Zostały mi jakieś trzy godziny snu – zakomunikowała dobitniej, a do mnie dotarło coś strasznego.

– Okradł mnie. A niech to! – warknęłam – Ten bydlak z autobusu, co się tak do moich cycków przykleił! Okradł mnie! – nakręcałam się.

Z sypialni dobiegł mnie chichot.

– Najwyraźniej potrzebował, to sobie wziął – rzuciła beztrosko babcia, irytując mnie jeszcze bardziej.

Jedyny pozytyw tej sytuacji był taki, że zginęły tylko pieniądze. Siedemdziesiąt trzy ciężko zarobione złote. Co za menda – pomyślałam. Narastał we mnie gniew. To dlatego mi tak nie pasował. Perfumowany, wysztafirowany laluś, który się do mnie przykleił, był zwyczajnym złodziejem!

– Nie wiem, co w tym śmiesznego. Ja też potrzebuję kasy, ale nie wpadłabym na to, by ją komuś zwędzić! – odgryzłam się.

Babcia wstała z łóżka i podeszła do mnie leniwym krokiem, po czym zamknęła mnie w troskliwym uścisku, przytulając policzek do moich włosów.

– Lilunia, Lilianeczko. Kwiatuszku mój piękny. Pieniądze są energią. Przypływają do nas zawsze, kiedy ich potrzebujemy. Ukradł? Trudno. To tylko forsa. Pewnie coś go przypiliło. Nic się nie martw, połóż się spać. Mrok nocy zawsze jest trudniejszy od poranka – wyszeptała ze spokojem w głosie.