Zwyczajny dzień - Nina Majewska-Brown - ebook
Opis

Zwyczajny dzień to kontynuacja Wakacji, barwnej i zmysłowej opowieści o poszukiwaniu i dawaniu miłości, szczęścia, akceptacji, o budowaniu świata na nowo, gdy ten dotychczasowy, tak bardzo bezpieczny i przewidywalny, niespodziewanie się rozpada.

Nina po stracie ukochanego męża i syna musi na nowo uporządkować życie własne i ośmioletniej córki. W obliczu nieszczęść czuje się bezradna i zagubiona, ciągle szuka dna, od którego miałaby siłę się odbić. Niespodziewana ciąża i obecność Klary wyzwalają w niej nie tylko nowe siły, ale są również źródłem małych sukcesów i radości, które pozwalają dostrzec odrobinę cudowności w codzienności.

Pomyśl, że ta pełna zabawnych, ale też wzruszających i refleksyjnych chwil historia mogła przydarzyć się tobie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

Piotrowi

1

W nic się nie mieszczę. W sukienki, spodnie, pierścionki… nawet w buty. Nie mieszczę się za deską do prasowania, kierownicą samochodu i umywalką podczas mycia zębów. Moje ciało jest rozciągnięte do granic możliwości. W dodatku puchną mi nogi, wiecznie jestem podenerwowana i chce mi się siku. W ciągu dnia myślę tylko o spaniu, a przewrotnie w nocy spać nie mogę. Malec rozpycha się całym sobą i mam wrażenie, że gdyby mógł, wsadziłby mi nogę do gardła. Czuję się jak szynka w sznurku.

Ciąża ponoć jest najwspanialszym okresem w życiu kobiety, a po czterdziestce najskuteczniejszym liftingiem lekko już więdnącego ciała.

Ciekawe.

W moim wypadku niespodziewana ciąża zamordowała drzemiącą we mnie damę. Zarżnęła grację, optymizm, poczucie wolności i wrzuciła na dno szafy ubrania w rozmiarze S. Nawet przesunęła środek ciężkości, sprawiając, że wiecznie się potykam i niemal przewracam. Spłyciła oddech i wyjaśniła, czym jest zgaga. Okrągły brzuch przesłania wszystko! Nie pozwala zawiązać butów, o malowaniu paznokci u stóp nie mówiąc.

Co do liftingu, to faktycznie wyglądam inaczej. Każda najmniejsza zmarszczka na twarzy została szczelnie wypełniona tłuszczem, gdzieś przecież musiało się pomieścić dodatkowe dwadzieścia siedem kilogramów, a cera z suchej zmieniła się niespodziewanie w łojotokową. Pryszcze, niczym krecie kopce na trawniku, rozsiadły się wygodnie na czole i podbródku, mnożąc się jak króliki.

Ciało zgłupiało, gubiąc się w metryce i okolicznościach. Zamiast zmierzać w kierunku nieuchronnego klimakterium, popycha mnie w stronę nastoletniej hormonalnej zawieruchy. Z tą różnicą, że inaczej niż u nastolatek moje kończyny, zamiast się patykowato wydłużyć, wyraźnie się skurczyły. Spuchnięte nogi, przypominające kolumny korynckie, i obrzmiałe stopy współpracują tylko z rozwleczonymi czarnymi EMU, które mogę nawlec bez zbytniego schylania się. Nie moje ciało usiłuję ukryć w szaroburych sukienkach wyglądających jak namioty nomadów. Wszelkie próby włożenia czegoś bardziej kolorowego i radosnego spełzły na niczym. W mojej ulubionej zieleni wyglądam jak napęczniała kapusta, a w granatowym, obszytym lisim futerkiem, niedopinającym się płaszczu przywodzę na myśl tłustą świętą Kingę z obrazu Matejki.

Wszystko mnie wkurza. Jestem na granicy rozstroju nerwowego.

Ku uciesze pracowników coraz rzadziej zaglądam do knajpy, gdzie, o ironio… najbardziej denerwują mnie klienci. Hałaśliwi, a jacy mieliby być, spotykając się z przyjaciółmi, marudzący i niezdecydowani, do czego też przecież mają prawo, ściubiący drobne, by nie zostawić kelnerce napiwku. I najgorsze: sabaty studiujących przyjaciółeczek, które przy słodkim pitu-pitu zapijanym herbatką z jednym ciasteczkiem, za to z dziesięcioma widelczykami, potrafią całe godziny okupować stolik, uniemożliwiając obsłużenie ludzi, którzy mieliby ochotę zjeść coś bardziej wyszukanego. I ten ich rytuał płacenia rachunku! A czy jest zniżka studencka? A dlaczego nie? Po czym wyciągają migoczące niebieskimi światełkami komórki i zaczynają wyliczać, co która zamówiła, dzielić koszt ciasteczka na uczestniczki imprezki, każda płaci osobno, najczęściej podając pięćdziesięciozłotowy banknot i drenując nas ze wszystkich drobnych. I choć cieszy mnie coraz większy ruch, nie mam ochoty na takie przedstawienia.

Trzecia ciąża jest kolejną z serii niespodzianek zafundowanych przez drwiący ze mnie los i dlatego w domu, pomijając pamiątkowe białe szatki do chrztu Jasia i Klary, nie ma niczego, co w jakikolwiek sposób byłoby przydatne w sprawowaniu opieki nad niemowlakiem. Ku uciesze Magdy, która na myśl o zakupach dostaje euforycznej wysypki, muszę zabrać swoją kartę kredytową na spacer po galerii, by kupić masę rzeczy z krótkim terminem przydatności, typu śpioszki w rozmiarze pięćdziesiąt sześć, grzechotki, smoczki numer jeden, za to w porażająco nieprzyzwoitych cenach, odbierających dech i optymizm – ich pluszowatość, różowatość i delikatność w żaden sposób nie jest w stanie zrekompensować wydatku.

Okazuje się, że mała Antonina albo mały Antoś, obok koszulek, śpioszków, pampersów, tetrowych pieluch, kocyków i kosmetyków, potrzebuje również mnóstwa sprzętu posiadającego przeróżne parametry, których nie ogarniam. Wydawałoby się, że wózek to wózek, a tymczasem okazuje się, że może być wyposażony w cztery, trzy albo sześć kół, teleskopowe lub piórowe resory, materiał tradycyjny lub z filtrem przeciwsłonecznym, drewniane, styropianowe czy plastikowe dno, choć ekologiczne jest najlepsze, składa się w prawo, lewo albo w kostkę… Czuję się tak, jakbym miała zdecydować o wyborze samochodu, a nie kosza na kółkach do przewożenia niemowlaka. Zresztą, analizując ceny sprzętu, czuję się zupełnie jak w salonie samochodowym. Do tego powinnam zastanowić się nad wydajnością laktatora, tworzywem butelek i rodzajem światła, które ma emitować nocna lampka.

Po trzech godzinach obłędu, który zaliczyłam wśród zapchanych sklepowych regałów, wspomaganych katalogową i internetową ofertą, wychodzę lżejsza o trzy i pół tysiąca, za to z naręczem mikroskopijnych ciuszków, wózkiem, przewijakiem i wszystkim tym, co młodemu człowiekowi może się przydać. Zastanawiam się, jak ogarniały temat kobiety rodzące i wychowujące pierworodne pociechy w stajenkach i chłopskich chatach, bez wspomagania chociażby tetrą, o pampersie nie wspominając, podczas gdy ja jestem zmuszona do wypakowania wanienkami i nosidełkami całego samochodu.

Problem stanowi nie tylko wybór niemowlęcej wyprawki, ale również jej kolor. Z racji tego, że nie znam płci dziecka, wszystko kupuję w neutralnych niebiesko-, błękitno-, brązowo-białych odcieniach. W sumie wyprawka prezentuje się dość stylowo, a po wyjęciu z kartonów i rozłożeniu w sypialni sprawia, że zaczynam z coraz większą niecierpliwością czekać na dzidziusia, którego pojawienie się staje się coraz bardziej realne.

Wszystko to powoduje, że jak kania dżdżu wypatruję dnia porodu. Powrotu do dawnej wagi i sprawności, chcę to już mieć za sobą. Zastanawiam się, jak to będzie bez ciepłej dłoni Bartka na moim policzku. Jednocześnie konsekwentnie dziękuję Magdzie za propozycję towarzyszenia mi w tych najważniejszych chwilach. Nie wiem, czy to mądra decyzja, bo będę zdana tylko na siebie, ale z drugiej strony ma to być moje, i tylko moje misterium. Kiedyś te chwile największej intymności, obnażające nasze największe słabości, były zarezerwowane tylko dla Bartka i chcę, by nadal tak było. Prosząc kogoś o wsparcie, miałabym poczucie zdrady i dopuszczenia do tajemnic alkowy może nie intruza, ale kogoś, kogo nie powinno tam być.

Z drugiej strony, po tym, co się wydarzyło, nie wiem, skąd u mnie takie pokłady lojalności.

Przez wszystkie procedury szpitalne mam zamiar przebrnąć sama. Już kilka dni temu, po wyjątkowo bolesnych harcach maleństwa, spakowałam szpitalną torbę ze śpioszkami, pieluchami i zestawem surwiwalowym pacjenta w polskim szpitalu. Obok banalnych kapci i co najważniejsze… miękkiego papieru toaletowego znalazły się kubek, łyżka, ściereczka do naczyń etc. Żenujące, że w szpitalach zmieniają się kolory ścian, łóżka, procedury i personel, a to jest niereformowalne.

Pamiętam niedzielę, gdy miał przyjść na świat Jasiek. Leżeliśmy po porannej kawie w łóżku, delektując się ciszą i lenistwem poranka, gdy nagle coś poczułam.

– Bartek, to chyba JUŻ.

Człowiek naoglądał się filmów i ma wrażenie, że TO nadejdzie w taki śliczny niedzielny, wolny od pracy poranek. Mój rozleniwiony mąż usiłuje mnie przekonać, że z pewnością jeszcze nie i możemy trochę pospać, a nawet sugeruje, że byłoby to lepsze dla naszego dziecka, czym doprowadza mnie do szału. Po chwili każę się wieźć na porodówkę, gdzie po kolejnych długich dwunastu godzinach okazuje się, że to nadal nie JUŻ.

Bart, zesztywniały i ścierpnięty na metalowym krzesełku bez oparcia, wyraźnie się nudzi, co prawda z lekko rozszerzonymi strachem oczami, podczas gdy ja… też się nudzę, bo nie dzieje się nic. Na filmach są to zazwyczaj najbardziej dynamiczne i wrzaskliwe sceny, pełne emocji, pikającej aparatury, biegających ludzi, a tu… nic. Cisza i tylko my dwoje.

W końcu pozbawiony śniadaniowego omleta mąż obwieszcza, że ma dość i musi coś zjeść. Przyjmuję to z umiarkowanym entuzjazmem i zrozumieniem, które pryska jak bańka mydlana, gdy po niecałej godzinie wraca na salę z wielką papierową torbą z logo McDonald’s, pachnącą frytkami, ciepłymi bułkami i do tego… kubkiem coli w ręku. Czuję, jak moje spierzchnięte, zwilżane od kilku godzin mokrą gazą usta pękają, gdy usiłuję wygiąć je w nafochanego smutnego banana, gotowa zamordować za łyk słodkiego gazowanego napoju. I w zasadzie, oczywiście poza cudownym, śliczniutkim Jaśkiem, podobnym do teściowej jak dwie krople wody – sic! – to pamiętam najlepiej.

Gdy rodziłam Klarę, mądrzejsza o wcześniejsze doświadczenie, wiedziałam, że JUŻ to jeszcze nie to JUŻ, i w zasadzie do szpitala jadę na ostatnią chwilę, która została dodatkowo skrócona po tym, jak dyżurująca lekarka swobodnie rzuciła:

– No to za parę godzin będzie po wszystkim. Maluszek urodzi się dziesiątego, w sumie fajna data.

I tu nastąpiła eksplozja w mojej głowie.

– Jak to dziesiątego? Jak, do cholery, dziesiątego?! Dziesiątego teściowa ma urodziny! Nie ma mowy! Rodzimy dzisiaj!

– Ale do północy została niecała godzina! A to przecież ładny prezent.

– No to musimy się sprężyć! Nie będzie żadnego prezentu!

Po trzydziestu minutach, dokładnie dziesięć minut przed północą, rodzi się Klara. Tylko nasz prezent.

Bartek na wspomnienie drugiego porodu mówił, że w zasadzie nie ma żadnych wielkich wspomnień, nosił w sobie za to żal, i to do mnie…

Pamiętam chwilę wejścia na porodówkę. Był to już inny szpital i inna dekada. Tym, co przykuło uwagę mojego męża, nie była nowoczesna aparatura, tapeta w baloniki ani stylowa łazienka, tylko… wielki, elektrycznie regulowany skórzany fotel dla przyszłego ojca. Pamiętając poprzedni poród z perspektywy metalowego stołka, mój małżonek aż się zarumienił z zadowolenia, nie wiedząc, że po zdopingowaniu datą urodzin teściowej nie zdąży nawet na nim usiąść. I o to miał do mnie żal, że nie dałam mu się nacieszyć nową zabawką.

Tym razem wszystko będzie inaczej, co wcale nie napawa mnie lękiem. Czekam z pewną niecierpliwością na tego małego człowieczka, którego od kilku miesięcy kocham całą sobą. Cieszę się na inny rytm dnia, na długie spacery z wózkiem i Klarą obok, na wyciszenie i spokój, które niesie macierzyństwo.

Bardzo jestem ciekawa, jak Klara zareaguje na maleństwo, szczęśliwie jedno – jednak wróżka się pomyliła! – które pojawi się w naszym domu. Póki co, nieustannie męczy mnie wypytywaniem:

– I jak, mamo, co czujesz? Myślisz, że to chłopiec?

Opcjonalnie w pytaniu pojawia się dziewczynka.

– Nie wiem, kochanie. Tego się nie czuje.

– No, ale co byś wolała? Dziewczynkę czy chłopca?

– Jest mi to obojętne. Najważniejsze, żeby dzidziuś był zdrowy i grzeczny.

– No, ale gdybyś musiała wybrać, to co?

– Na szczęście nie muszę wybierać. To będzie niespodzianka.

– A myślisz, że tata i Jasiek wiedzą?

– Też chyba nie. Czekają z taką samą niecierpliwością jak my.

– Wiesz, Jasiek ostatnio mniej mi się psoci i już tak nie chowa rzeczy, myślisz, że dalej mnie kocha? Może on już woli to nowe dziecko?

– Słońce, co ty wygadujesz? Jesteś ulubioną siostrą swojego brata i on zawsze będzie kochał cię najbardziej! A nie chowa ci rzeczy, bo pewnie przykro mu się robi, jak płaczesz, szukając ich. Proste.

Wcale nie takie proste. Postanawiam na nowo wskrzesić, a w zasadzie pomóc małej dostrzec obecność Jacha i celowo nieco zaburzyć ład pokoju i jej dziecięcych szaf. Niech trochę ponarzeka na psotnego brata. Przyłapałam ją ostatnio na spaniu ze zdjęciem Bartka i Jaśka, zrobionym na stadionie w Barcelonie, pod poduszką. Mrówka najwyraźniej bardzo za nimi tęskni.

Po kilku miesiącach od tych najgorszych wakacji w moim, w naszym życiu nauczyłam się, że tęsknota powraca falami i zalewa oszałamiającym, paraliżującym bólem w najmniej oczekiwanych momentach. Myślałam, że zaplanowałyśmy wszystko dokładnie i skrupulatnie i wystarczy tylko powoli, wdech za wdechem, wydech za wydechem, iść przed siebie.

Tymczasem to życie dokonało za mnie wyborów, pozostawiając kilka bolesnych psychicznych siniaków.

Mała jeszcze nie wie, że ma siostrę… i w zasadzie w innych okolicznościach i z innymi bohaterami w rolach głównych cała ta kuriozalna sytuacja byłaby zabawna: marzy o siostrzyczce, bęc – proszę bardzo, chce braciszka – cyk, jest braciszek, a nawet za sprawą zaradnego tatusia ma prawie nową mamusię. Ale nie jest. Nawet nie mogę Bartka zapytać DLACZEGO?, a co tym idzie – zrozumieć. I ta zagadka będzie mnie męczyć do końca moich dni, DLACZEGO? DLACZEGO? DLACZEGO?

Szpitalna wysłużona stara torba, porzucona przy drzwiach, intryguje niespokojne koty, które kręcąc ósemki wokół moich nóg, zdają się przeczuwać nadchodzącą zmianę. Ziuta usiłuje za wszelką cenę dostać się do środka skórzanej sakwy, nacierając głową na każde wgłębienie pojawiające się w skórze, natomiast Cymbał, co rusz zsuwając się i łapiąc równowagę, drapie bok tobołka lub wyleguje się wciśnięty w metalowy zamek.

Wieczorem do sypialni przychodzi Anka, by po raz setny powtórzyć scenariusz na wypadek porodu. W zasadzie wszystkie scenariusze: poród w domu w opcji jestem sama lub z rodziną, w pracy, na ulicy, w miejscu publicznym, ze szczególnym uwzględnieniem szkoły, dojazd samochodem, ewentualnie taksówką. Oczywiście jest wersja nocna i dzienna, zupełnie jakby to Anka miała mieć dziecko, nie ja. Biedaczka jest tak wkręcona w moje nadchodzące wielkimi krokami nowe macierzyństwo, że nie tylko przytyła, na oko jakieś osiem, dziesięć kilogramów, ale narzeka na bóle pleców, zmęczenie i, jak to mawiała babcia… ma wapory naprzemiennie z globusem. Mam nadzieję, że jej stan wróci do normy z chwilą przyjścia na świat nowego członka rodziny, w innym wypadku będzie to nie do zniesienia.

Poniedziałkowy poranek zapowiada zimny, wietrzny, ponury dzień. Resztki śniegu zalegają w zacienionych kątach ogrodu szarymi, smutnymi płatami. Porywy wiatru szarpią pustym karmnikiem zawieszonym na jednej z nielicznych gałęzi świerków, które bezceremonialnie wdzierają się z pobliskiego lasu wprost do ogrodu. Coraz bardziej oswajam nasz nowy dom i coraz silniej czuję się z nim związana. Jest mi tu dobrze. Odarta ze starego życia wszystkimi zmysłami uczepiłam się myśli, że jeszcze mam szansę na coś nowego. Boję się myśleć: na coś szczęśliwego, ale nowego z pewnością.

Rozpalam ogień w kominku i zastanawiam się, jak by się potoczyło nasze małżeństwo, gdyby nie ten fatalny wypadek. Czy Bartek powiedziałby mi o Joannie i małej Mariannie? Czy miałby odwagę przyznać się do romansu? I co z tego przyznania by wyniknęło? Czyby mnie zostawił? Może kochał Joannę? Jest taka młoda i ładna. Nie tylko nie znajduję odpowiedzi, co więcej – nie potrafię w ogóle wyobrazić sobie rozmowy na ten temat. Mimo sporadycznych, wyimaginowanych, jak sądziłam, chwil zwątpienia raczej byłam głęboko przekonana o monogamii mojego męża i teraz w głowie mi się nie mieści, że mógł mnie zdradzać. Ile jeszcze tajemnic skrywał za zasłoną milczenia i introwertyzmu, tego pewnie nigdy się nie dowiem.

Pojawienie się Joanny odarło mnie z resztek sił i kojącego spokoju, jakie niesie z sobą ciepło nowego domu. Myślałam, że najgorsze mam za sobą, tymczasem nowe, oczywiście nowe tylko dla mnie, dziecko Bartka zmieniło wszystko. Kochankę chyba można przeboleć, choć w zasadzie sama nie wiem… Trudno odnieść się do miłości, którą w pół kroku zakończyła śmierć. W tej chwili zupełnie nie ma znaczenia, co bym usłyszała w prawdopodobnie burzliwej rozmowie z Bartem.

W zasadzie nie wiem, co wolałabym usłyszeć: że była to przygoda na jedną noc, która o poranku już nic nie znaczyła, czy że jednak się zakochał i mimo tylu wspólnych lat musi odejść.

Co za kretyn! Czy nie miał świadomości, że każda nowa kobieta po pół roku jest jak stara? I stale to nurtujące jedno pytanie: dlaczego?

Czy byłam nudna, banalna z codziennymi problemami, mało atrakcyjna, zrzędliwa? Może potrzebował dowartościowania i zachwytu w oczach młodej kobiety? Czego nie miałam ja, a co dała mu ona? Co zrobiłam źle albo czego nie zrobiłam? Dlaczego szeptał nam obu czułe słówka? Dlaczego nie potrafił zdecydować się na jedną z nas? A może właśnie podjął decyzję, której ja nie potrafiłam dostrzec?

To strasznie upokarzające dowiedzieć się, że było się tylko subskrybentem uczuć męża, że nie posiadało się ich na wyłączność. W obecnej sytuacji pozornie nie ma to znaczenia, a jednak nie daje mi spokoju.

Ich dziecko ma znaczenie. Mimo że oficjalnie nigdy nie zostało uznane, nie tylko domaga się ode mnie pieniędzy, ale również burzy rodzinny spokój. Kiedyś będę musiała powiedzieć Klarze, że ma siostrę. W zasadzie nie wiem, kiedy powinnam to zrobić. Może jak najszybciej? Mała jeszcze nie potrafi ogarnąć świata wypełnionego datami i terminami, więc może nie będzie zadawała zbyt wielu pytań. Marianna niczym cień będzie nam towarzyszyła już zawsze, a myśl o niej drażniąco przeniknie mój umysł w każde święta.

Agnieszka zajęła się stroną formalną pretensji Joanny do należnych jej pieniędzy, bank stroną praktyczną kolejnego kredytu, by spłacić zobowiązania tak lekkomyślnie zaciągnięte przez mojego męża, a mi pozostała najczarniejsza rola zarobienia na to wszystko. Choć oczy małej, tak podobne w kolorze i kształcie do oczu moich dzieci, powiedziały wszystko, jej pokrewieństwo zostało również potwierdzone badaniami medycznymi, tak więc nie mam wątpliwości, że tworzymy zlepek rodziny. Pozostaje mi tylko nadzieja, że Bartosz nie szastał genami na prawo i lewo i żadna kolejna Niunia czy Angelika nie pojawi się pod furtką.

Znudzone bezruchem mojego spoczywającego na kanapie ciała dziecko gwałtownie kopie i przywraca mnie do rzeczywistości, przypominając o tym, że powinnam się pozbierać. Wlokę niepokój do kuchni i mimo zaawansowanej ciąży po raz pierwszy od miesięcy nalewam do wysokiego kieliszka odrobinę czerwonego wina. Z namaszczeniem delektuję się jego cierpkim smakiem i widokiem mojego maleńkiego ogrodu za oknem.

Drewno w kominku raz po raz radośnie strzela kaskadami iskierek, emanując przyjemnym, rozlewającym się po całym domu ciepłem. Ania zabrała małą na klasowe urodziny i raczej nie wrócą przed dwudziestą pierwszą. Dlatego z niecierpliwością czekam na Magdę, ciesząc się na wieczór plotek i opowiastek. Od czasu, jak wpadłyśmy na pomysł otwarcia wspólnej firmy, spotykamy się niemal codziennie, by omówić kolejne koncepcje i możliwości. W miarę upływu tygodni coraz bardziej skłaniamy się ku pomysłowi projektowania i szycia awangardowych torebek. Mają być niepowtarzalne, unikatowe, spersonalizowane i przede wszystkim wygodne. Podoba mi się pomysł łączenia różnych faktur, kolorów, stylów i materiałów. Chwilowo nie mieszczę się za maszyną do szycia, jednak wielki gruby brulion wygodnie wpasowuje się w owal mojego brzucha, pozwalając kreślić wzory tego, co niebawem wyjdzie spod igły maszyny. W każdej wolnej chwili przeglądam Internet w poszukiwaniu skór, nici i dodatków. Cieszę się tym jak dziecko foremkami w piaskownicy i mam poczucie, że małymi kroczkami zmierzam we właściwą stronę. Plan jest banalnie prosty: knajpa, doglądana z doskoku, przy nowym menedżerze będzie żyć własnym życiem, a ja zajmę się nowym biznesem i wreszcie finansowo stanę na nogach.

Pół godziny później wpada przemarznięta Magda, wnosząc gwar, woń lasu i powiew zimna. Niewiarygodne, ile hałasu i zamieszania potrafi wywołać jedna osoba. Gada jednocześnie na pięć tematów, wymachuje rękoma, przekłada rzeczy, głaszcze koty i ma się wrażenie, że dom nawiedza tłum ludzi. Tuż za nią wbija się pozytywna energia. Tym większa, że od czasu rozstania z Krzysztofem, po jego ostatnim romansie z młodą kelnereczką, która uczyniła go miesiąc temu pięćdziesięcioletnim tatusiem, Magda wyraźnie odżyła i nabrała dystansu do siebie. Zamieszkała dwie przecznice za nami, w wygodnym jednorodzinnym domu otoczonym sporym ogrodem, i kupiła wymarzonego liliowego brytyjskiego kota, na którego sierść jej mąż był tak uczulony.

– O Jezu! Nina, wyglądasz jak młodsza siostra Hagrida!

– Dzięki…

Udaję, że się obrażam, ale niestety od czasu do czasu zerkam w lustro i wnikliwie analizuję swoje ledwie mieszczące się w tafli odbicie.

– Jak ty dajesz radę? Masz chyba rozstęp na rozstępie.

– Zdziwisz się, ale nie, natomiast czuję się jak kwoka, która nie może wysiedzieć jaja.

– To może wreszcie urodzisz…

Mówi to z takim spokojem, jakby chodziło o otwarcie kolejnej butelki szampana, a nie przeciągnięcie arbuza przez cytrynę. Nalewa kolejną lampkę wina i zapada się w miękkim wygodnym fotelu. Wyciąga przed siebie nogi i z politowaniem przygląda się moim nieporadnym próbom umoszczenia się na kanapie.

Zazdrośnie spoglądam na jej wino i zdołowana sączę wodę mineralną. Jest szał: woda ma bąbelki, liść sztucznie podpędzonej mięty z supermarketu i plaster cytryny.

– Taaa, oczywiście. Wstanę i urodzę! Niby jak mam to zrobić? Mam, kurna, przed sobą jeszcze jakieś dwa tygodnie, a znając moje szczęście, pewnie uda mi się z tydzień przenosić.

– Ale przecież puścisz w szwach, jak jeszcze trochę poczekasz.

– Myślisz, że nie mam dosyć? Codziennie myję pieprzone okno albo dwa, biegam po schodach i nic. Lekarka mówi, że mam nie przesadzać i spokojnie czekać. Dobrze, że w tym stanie tylko w znikomym stopniu muszę pokazywać się światu.

Z trudem dźwigam otumanione wagą ciało i usiłuję z wdziękiem dowlec się do kuchni. Gdyby tak jeszcze trochę przytępiły mi się wzrok i słuch, mogłabym się poczuć jak osiemdziesięciolatka. Powoli, narciarskim, posuwistym krokiem szuram po kuchennej marmurowej podłodze i z wysiłkiem nalewam wodę do czajnika. Gdy dowiedziałam się o ciąży, przestałam pić kawę, za to rozsmakowałam się w różnego rodzaju mniej i bardziej aromatycznych herbatkach, którymi katuję też wszystkich znajomych.

Gdy woda zaczyna wypluwać parę z dzióbka czajnika, czuję, że coś jest nie halo, i zaczynam się orientować, że właśnie wielkimi krokami nadchodzi JUŻ.

– Cholera, zaczyna się.

Rozwalona w fotelu Magda tępym wzrokiem wodzi po kuchni i salonie, zupełnie nie rozumiejąc, o co chodzi. Po dłuższej chwili wreszcie do niej dociera, o czym mówię, i zrywa się z poduszek.

– O ja pierdolę, o kurwa, ja pierdolę! Co teraz? Jezu, Nina, co teraz? Trzymasz się? Dajesz radę?

– No, jest spoko.

Kurczowo uczepiona kuchennego blatu w panice zastanawiam się, jak spławić moją przyjaciółkę, która nie przepuści takiej okazji i będzie usiłowała zabrać się ze mną do szpitala.

– Magda, wszystko jest OK, ale herbatę chyba wypijemy innym razem. Muszę jechać do szpitala.

Żaden ze scenariuszy opracowywanych przez Anię nie zakładał udziału największej panikary i hipochondryczki, jaką znam. Niestety Magda jest równie uparta jak lękliwa, a jej wewnętrzna samarytanka, która nakazuje nieść pomoc zawsze, wszędzie i wszystkim, bez względu na to, czy tego chcą czy nie, już zaciera ręce i wiem, że nie odpuści.

– Jedziemy!

– Halo, jakie jedziemy? Ja jadę.

– Nie ma mowy, nie puszczę cię w takim stanie samej!

– Magda, nie jestem w żadnym stanie i naprawdę dam radę.

– Tylko tak ci się wydaje. Jadę z tobą i już. Nie masz teraz obok siebie faceta, to masz chociaż przyjaciółkę. Nigdy nie byłam przy porodzie, więc…

– Hej, wyhamuj, dobrze? Nie byłaś i nie będziesz.

– Nie opowiadaj, oczywiście to będzie trudne przeżycie i takie nowe, ale razem damy radę.

Wiem, że ja tak, natomiast Magda prawdopodobnie padnie pod łóżko po pierwszym szybszym poruszeniu pielęgniarki i zamiast skupić się na sobie, będę się martwić o nią.

– Magda, robiłam to już dwa razy! Więc raczej wiem, czego się spodziewać…

– No tak, ale teraz bez wsparcia zobaczysz, to nie będzie bułka z masłem.

– Będzie ze mną moja lekarka, zaraz do niej zadzwonię. I proszę, przestań mnie pocieszać, bo naprawdę się zestresuję.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

2

Rozdział dostępny w pełnej wersji

3

Rozdział dostępny w pełnej wersji

4

Rozdział dostępny w pełnej wersji

5

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Podziękowania

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Karta redakcyjna

Text copyright © by Nina Majewska-Brown 2015

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2015

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Agnieszka Horzowska

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Piotr Majewski

Fotografie na okładce

Z archiwum prywatnego Autorki (3, 4, 5, 8)

Fotolia (1, 2, 6, 7)

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Zwyczajny dzień, wyd. I, Poznań 2015)

ISBN 978-83-7818-949-7

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

www.woblink.com