Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Zwycięzca bierze wszystko ebook

Aneta Jadowska

3.90566037735849 (106)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 551 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zwycięzca bierze wszystko - Aneta Jadowska

Jest kilka spraw do załatwienia nim nastanie Sąd Ostateczny. "Heaven can wait"

Boże Narodzenie nie cieszy jak dawniej, kiedy nad głową wisi ci archanielski miecz, niestabilny emocjonalnie diabeł i zakontraktowana zabójczyni. W dodatku nadchodzi rewolucja, od której wyniku zależy zbyt wiele, by nie spróbować interwencji...

Na załamania przyjdzie czas, gdy opadnie bitewny pył.

Dora Wilk robi co musi i nie zamierza pokornie czekać, aż wypełnią się boskie wyroki. Czas wyciągnąć miecz i rozciągnąć kilka mięśni, bo jeden pierzasty tyłek jest wart przetrzepania. A wściekłej wiedźmy nie powstrzyma nawet Abbadon.                              

Po lekturze trzeciego tomu jestem pewien: AC/DC śpiewając "She's got balls" mieli na myśli Dorę Wilk. I nie, to nie jest spoiler fabularnego twista.

Jakub Ćwiek

Opinie o ebooku Zwycięzca bierze wszystko - Aneta Jadowska

Cytaty z ebooka Zwycięzca bierze wszystko - Aneta Jadowska

tylko dlatego, że cholerna smarkula, którą mam nieszczęście się opiekować, tnie żyły i muszę leźć za nią do piekła? A teraz co? W łóżku z piromanem? Czyś ty na głowę upadła? Mam cię dość, przeklęta dziewucho!
Zmuszenie mnie, bym przez pół Thornu łaziła oblepiona jego zapachem, to ze strony Asa zdecydowanie nieczyste zagranie. Wyciągnę od Baala jego pełne imię i każę mu tańczyć w różowej sukience baletnicy i we wróżkowych skrzydełkach z tiulu, obiecałam sobie,
Dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi oraz rzucanych na podłogę ubrań nie dotarły do mnie przez szum wody, ale gdy drzwi kabiny rozsunęły się i chłodne powietrze wdarło się do środka, odwróciłam się gwałtownie. – Co ty wyrabiasz? – Myślę o ekologii, słonko, trzeba dbać o Matkę Ziemię, czyż nie opowiadałaś mi, że jako dziecko byłaś fanką Kapitana Planety?
Stał na krawędzi ochronnego okręgu, z ciemną grzywką nonszalancko przysłaniającą lewe oko. Trybuna wrzała. Samo pojawienie się anioła śmierci i zagłady przerażało ich, szepty przepływały między niebieskimi jak wzburzona fala. Nie przejmowałam się tym, jak i on wiele sobie z tego nie robił. Mroczny i spowity w czerń, w kolejnej sarkastycznej koszulce. Uśmiechał się ironicznie. Uniósł w obu dłoniach katanę i rzucił mi ją łagodnym łukiem.
Lata seksu z ludzkimi facetami, tygodnie z Gwidonem w łóżku, nic nie mogło się równać z nim. Nie chodziło tylko o technikę, choć na Boginię, władał nią po mistrzowsku, ale o połączenie, bliskość, którą mogłam dzielić tylko z nim. Wchodził we mnie powoli, a ja z uśmiechem patrzyłam w jego rozpalone oczy, przyciskając się do niego ciasno, wplatając palce w jego włosy,

Fragment ebooka Zwycięzca bierze wszystko - Aneta Jadowska

Seria o Dorze Wilk:

Złodziej duszBogowie muszą być szaleniZwycięsca bierze wszystko

Dla Karoliny,   czyli Komety, pierwszej psychofanki

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Rozdział 1

Sygnał radiowozu przedarł się przez pulsowanie w mojej głowie. Niebieskie światła zamigotały w lusterku, a Joshua spojrzał na mnie z niepokojem.

– Muszę się zatrzymać – powiedział cicho.

– Zrób to. Papiery mamy w porządku – odpowiedziałam, czując jednak skurcz trzewi.

Było bardzo wiele rzeczy, które mogły pójść nie tak, jednak nie policja była dziś moim głównym powodem do niepokoju. Jeszcze kilka miesięcy temu po prostu pokazałabym odznakę i pogawędziła z funkcjonariuszem o trudach służby. Przywyknięcie do tego, że to już przeszłość, nie jest łatwe. Czy tylko dlatego czułam teraz dziwny skurcz w żołądku? Włoski na ramionach stały mi dęba, coś było nie tak...

Joshua zwolnił i zjechał na pobocze. Miron przebudził się na tylnym siedzeniu.

– Co tam?

– Nic, śpij spokojnie, zajmiemy się tym – odparłam, sięgnęłam do niego i pogłaskałam po głowie. Nadal był cholernie rozpalony.

Sekundy, gdy czekaliśmy, aż oficer podejdzie do nas, dłużyły się cholernie. Źle się czułam z tym, że nie jesteśmy w ruchu.

– Dzień dobry, proszę przygotować dokumenty – powiedział mundurowy, nachylając się do otwartego okna. Wydawał się spokojny i znudzony, dobrze po czterdziestce, z brzuchem nieco zbyt wyraźnie rysującym się pod mundurem.

Wyciągnęłam papiery z torby, moje i chłopaków, lewe jak cholera, ale wyszły spod ręki mistrza, więc nie obawiałam się kontroli. Olaf przysięgał na swój wilczy honor, że przejdą każdą, nawet tę ze sprawdzaniem danych w komputerze. Wychyliłam się ze swojego miejsca i podałam dowody policjantowi.

W chwili, gdy jego ręka dotknęła mojej, wiedziałam już, że mamy kłopoty. Zadrżał i lekko zbladł. Cholera jasna! Właśnie dziś musiałam trafić na człowieka ze śladami magicznej krwi? Nie mógł to być po prostu zwykły krawężnik, jak tysiące, ale jakiś pociotek wiedźmy, sam nie dość magiczny, by to miało znaczenie, ale potrafiący wychwytywać ślady magii? Po zaciśniętych zębach i napięciu, jakie błyskawicznie objęło jego ciało, domyślałam się, że nie wiedział, co przed chwilą poczuł, ale to go zaniepokoiło. Reagował jak Żamłoda. Jego ręka odruchowo powędrowała do kabury.

– Coś nie tak, panie władzo? – zapytałam, uśmiechając się słodko i jeszcze bardziej nachyliłam się w jego stronę, gotowa zareagować, jeśli przyjdzie mu do głowy strzelić. Wyczułam za plecami wzrastającą aurę Mirona, wyłapywał mój niepokój. Nie potrzebowaliśmy kolejnego napadu furii, z pewnością nie w samochodzie.

Jeśli liczyłam na to, że glina zwróci uwagę na moje piersi, kołyszące się lekko pod bawełnianą koszulką, zawiodłam się. Wpatrywał się, ale to nie one zwróciły jego uwagę, a kabura i lśniący glock. Cholera, wciąż zapominałam, że znów noszę broń palną, ale odznaki policyjnej już nie.

Miałam sekundy, nim zrobi coś skrajnie głupiego. Czas zwolnił, gdy wpatrywałam się w wymierzoną we mnie lufę pistoletu.

Nim pomyślałam, poczułam, że moja magia wzrasta, osłaniając chłopaków. Policjant drżał jak w febrze, trzymał palec na spuście, a krople potu spływały mu po czole. Marzył, by strzelić, by zniknęła ta dziwna sensacja w jego wnętrznościach. Magia napierała na niego twardą ścianą. Mogłam tylko mieć nadzieję, że jeśli gliniarz wystrzeli, kula nie dotrze do mnie czy do anioła. Nigdy nie używałam osłony jako zapory przed ołowiem. Adrenalina zaczynała buzować.

– Panie władzo, nie ma powodu do niepokoju – powiedziałam miękko, sięgając odruchowo po swoją broń. – Nie przekroczyliśmy prędkości, mamy dokumenty w porządku, proszę nie robić nic, czego przyjdzie nam wszystkim żałować.

Nie zamierzałam do niego strzelać, miał pecha, trafiając na nas, my trafiając na niego.

Zamrugał. Magia docierała do niego znacznie mocniej niż powinna. Zaskoczył mnie, wbijając we mnie zamglone spojrzenie zauroczonego. Nie rzucałam uroku, ale koleś bez wątpienia był zaczadzony magią. Rozpoznawałam tę ledwie uchwytną mechaniczność jego ruchów, drżenie mięśni żuchwy. Był poza własną kontrolą, ale czy był pod moją? Takie kalkulacje mogły kosztować nas więcej, niż gotowa byłam zapłacić, ale czy miałam jeszcze wybór?

– Proszę, oddaj nam papiery i odjedziemy, nie będziesz nic pamiętał z tego spotkania. Nie jesteśmy osobami, których szukasz – odezwałam się niepewna, czego się po nim spodziewać.

Nigdy nie rzucałam uroków na ludzi, nie w ten sposób! Jeśli brak ci doświadczenia i nie znasz właściwych zaklęć, zawsze warto poudawać Jedi, a nuż zadziała. Zadziałało.

– Proszę, państwa dokumenty, życzę miłej drogi – powiedział mechanicznym głosem. Odsunął się o krok, byśmy mogli go wyminąć. Joshua rzucił mi zaskoczone spojrzenie i uruchomił silnik. Ruszył, a ja we wstecznym lusterku zobaczyłam policjanta, który stał jak słup soli, wpatrzony w przestrzeń przed nim. Mogłam się założyć, że stałby tak do jutra.

– Do diabła, wracaj do niego – warknęłam. Joshua zamrugał, ale posłusznie szarpnął dźwignią zmiany biegów i zaczął cofać.

Zatrzymał auto przy policjancie, wciąż nieruchomym. Opuścił szybę, a ja pochyliłam się bardziej, by wyraźnie widzieć oczy mundurowego. Był w transie, jakimś pieprzonym cudem zahipnotyzowałam go, szlag by to. Nowe umiejętności, choć okazały się przydatne, przerażały mnie jak cholera. Wyskoczyłam z samochodu, okrążając maskę, znalazłam się tuż przy funkcjonariuszu. Wyjęłam mu broń ze sztywnych palców, schowałam ją do jego kabury, zapinając ją dokładnie.

– Panie władzo, jak się pan nazywa? – zapytałam miękko, nie chcąc go wystraszyć.

– Tomasz Bednarek – powiedział tym samym mechanicznym tonem nakręcanej zabawki.

Potarłam skronie, czując, że między naszymi głowami jest jakieś dziwne połączenie, napięta cienka nić, która w każdej chwili może się zerwać, i na Boginię, nie wiedziałam, co wtedy stanie się z tym biednym kolesiem. Musiałam mu pomóc albo do końca życia będę ponosić odpowiedzialność za to, co się z nim stanie.

– Tomaszu, za chwilę usłyszysz klakson, czar pryśnie, poczujesz się nieco zmęczony, ale przytomny. Dość już na dziś zrobiłeś, wrócisz do domu i odpoczniesz. I pod żadnym pozorem nie powinieneś dotykać dziś broni. Dobrze?

– Tak, proszę pani – powiedział, a jego wzrok wciąż był nieobecny.

Zerknęłam na obrączkę na jego palcu.

– Nie będziesz nic pamiętał z tego spotkania, wrócisz do domu, do żony, którą bardzo kochasz, chcesz z nią spędzić trochę czasu. Przydałby ci się krótki urlop, prawda?

– Tak, proszę pani.

– Dobry chłopiec. – Poklepałam go po ramieniu i ostrożnie wróciłam do samochodu. Zapięłam pasy, nie spuszczając z oka Tomasza Bednarka. Nić, wciąż wyczuwalna, drżała, gdy odległość między nami wzrosła.

Silnik zawarczał, odjechaliśmy parę metrów, kiedy nacisnęłam energicznie klakson kilka razy. We wstecznym lusterku widziałam, że mundurowy drgnął, jakby się przebudził. Przez chwilę pocierał twarz dłońmi, po czym poszedł do radiowozu. Odetchnęłam, kiedy zawrócił i ruszył w przeciwnym kierunku niż my.

– Co to było, kotek? – Joshua zerkał na mnie niespokojnie. – Nie wiedziałem, że potrafisz takie rzeczy...

– Bo nie potrafię, przynajmniej nie potrafiłam do naszej małej przygody. I mam nadzieję, że to minie, bo przeraża mnie jak cholera.

Ręce drżały mi jak alkoholikowi pozbawionemu dostępu do paru głębszych.

– Nic mu nie będzie?

– Nie powinno. – Zacisnęłam usta. – Z tego co słyszałam, może mieć jakieś przebłyski, więc zasugerowałam kilka dni wolnego. Gdyby znalazł się w krótkim czasie w podobnej sytuacji, mógłby zareagować, jakby tego uroku nie było.

– Mógłby po zatrzymaniu kogoś na rutynową kontrolę wyciągnąć broń i strzelić, jak zamierzał? – spytał zszokowany anioł, zaciskając palce na kierownicy.

– Tak myślę – powiedziałam, zdając sobie sprawę, że nie ja jedna widziałam, na co się zanosi, jednak Joshua nie zareagował wtedy, w pełni ufając, że jakoś sobie poradzę. Hm, tego, w jaki sposób, żadne z nas nie mogło się spodziewać.

– Jak się czujesz? – Joshua nie patrzył na drogę, tylko na mnie.

Skrzywiłam się i wzruszyłam ramionami. Właśnie zamieniłam faceta w zombie i mogłam jedynie zakładać, że nie spaliłam mu magią obwodów. Mówienie o tym, że bolało mnie wszystko, od skóry po kości, nie miało sensu. Oczy piekły jak przy zapaleniu spojówek, a głowa pulsowała migreną stulecia. Norma, tak było już drugi dzień. Zaczęło się rankiem, kiedy się obudziłam, pierwszy raz odkąd staliśmy się triumwiratem. Pierwsza faza – euforia i brak bólu po ranach, jakie zadała mi Jezabel, była tylko ulotną chwilą szczęśliwości. Za nią przyszedł ból i jak dotąd nigdzie się nie wybierał. Spojrzałam uważnie na anioła. On zdawał się znosić nowy stan całkiem dobrze, może dlatego, że dopiero co przechodził gorączkę przemiany. Ja i Miron zaliczaliśmy, jak się zdaje, własne jej wersje. Przymknęłam oczy, by osłonić je przed światłem; krótkotrwała ulga, nim znów zaczęły piec.

Zwinęłam się na fotelu i pozwoliłam odpływać myślom, jak najdalej od bólu pulsującego w mięśniach, odbijającego się echem w kościach. Joshua pogłaskał mnie po udzie, fale jego empatii zaczęły mnie zalewać. Uśmiechnęłam się blado i zupełnie nieprzekonująco. Nie było sensu się mazać, nie zamierzałam chlipać po kątach. W ostatecznym rezultacie i tak wygrywamy. Mogłam stracić wszystko, Miron mógł dziś nie żyć, ja mogłam nie żyć, Joshua pewnie też. Jeśli alternatywą dla tego był ból, trudno, biorę na wynos i poproszę frytki do tego. Pogłośniłam radio. Kompilację muzyki do samochodu zebrał Joshua. „Kashmir” Zeppelinów wypełniał przestrzeń auta, a ja próbowałam odpłynąć w psychodeliczne zaświaty. Anioł nic już nie mówił, twarz miał nieco pobladłą i wiedziałam, że się o nas martwi. Nic mu nie mówiłam, ale on i tak jakoś wyczuwał mój ból. Kłopotów z Mironem nie musiał wyczuwać. Dziwne nastroje diabła dały się wszystkim we znaki. Zwłaszcza Leonowi, który dostał dziś cios z zaskoczenia tylko dlatego, że mnie dotknął. Miron warczał na wszystkich poza Joshuą, nawet na swojego dziadka Lucyfera czy dziadka Joshui, archanioła Gabriela, choć żaden z nich nie miał wobec mnie złych intencji.

*

Trudno uwierzyć, że od piątkowego wieczoru, kiedy zaatakowała nas Jezabel, minęły zaledwie dwa dni. Dwa dni, odkąd widziałam rozdarte i krwawiące ciało Mirona, kiedy czułam, jak umiera w moich ramionach. Dwa dni, odkąd pokonałam sukę, która mu to zrobiła. Dwa dni, odkąd jakaś boska interwencja, do dziś nie wiemy czyja: Pana czy Bogini, nie tylko ocaliła jego życie, ale też związała naszą trójkę, wiedźmę, diabła i anioła, w triumwirat, pierwszy w historii i nieoczekiwany. Miron otrzymał pełnię majestatu, co diabłom się nie przydarza. Ja też, co jest chyba nawet dziwniejsze. Przyjęliśmy to ze spokojem, choć Gabriel, Lucyfer i Michał ostrzegali, że nie da się w pełni przewidzieć konsekwencji triumwiratu dla nas, ani reakcji, potencjalnie wrogiej, wszystkich środowisk z nami związanych. To, co się wydarzyło, kwestionowało prawa niebieskie, magiczne i podważało porządek, jaki panował w kręgach piekielnych. Ale skoro alternatywą była nasza śmierć, nie zamierzaliśmy żałować.

O tym, że nie będzie łatwo, przekonaliśmy się już godzinę później. Siedzieliśmy sobie w uroczym towarzystwie starego triumwiratu – Gabriela, Lucyfera i Michała – kiedy do drzwi załomotał ktoś tak wnerwiony, że futryna z trudem zniosła te ciosy. Zamki puściły pierwsze i nim doszłam do drzwi, w progu stanął ogromy czort, dwa metry trzydzieści centymetrów mięśni i agresji.

– Leon? – wykrztusiłam zaskoczona.

Rozglądał się wściekły, szukając zagrożenia. Zlustrował pokój, nim podszedł do mnie. Odruchowo cofnęłam się o krok, widząc jego minę. Przystanął i odetchnął. Starał się opanować, więc zrobiłam krok w jego stronę.

– Co tu się dzieje, malutka, wszystko w porządku? – zapytał, kiedy jego oddech się uspokoił. Nagle zrozumiałam, bał się o mnie, myślał, że coś mi grozi i wpadł tu w trybie bojowym. Spoglądał w głąb pokoju, gdzie archaniołowie, Książę Piekieł, anioł i diabeł siedzieli na kanapach, nie kryjąc zaskoczenia.

– Tak, Leosiu – powiedziałam miękko, pewna, że skoro jest już opanowany, z pewnością nie zrobi mi krzywdy – wszystko już pod kontrolą.

– To może mi wytłumaczysz, jakim cudem linia magiczna przed twoim domem dymi i żarzy się tak, że zbiegają się tu magiczni z całego Thornu?

– Linia magiczna? Nie mam pojęcia... nawet nie wiedziałam, że mamy aktywną linię magiczną przed domem – zdziwiłam się.

– Bo nie mieliśmy, nie była aktywna od dwóch wieków. A teraz świeci jak cholerna choinka w centrum handlowym.

Pobiegłam do okna w kuchni, wychodzącego na ulicę i Szatański Pierwiosnek.

– Na Boginię – jęknęłam, widząc, że nie przesadzał. Linia żarzyła się czerwienią, niczym strumień lawy wychylający się spomiędzy popękanej nawierzchni. Magicznych było coraz więcej, mrowili się na chodnikach, ich podekscytowanie było wyczuwalne nawet z wysokości drugiego piętra i przez szyby.

– No więc, jak to zrobiłaś? – zapytał Leon tuż za moimi plecami. Jak na olbrzyma poruszał się cholernie cicho.

– Ja? Nic nie zrobiłam! Nie mam pojęcia, co uaktywniło wygasłą linię! – zawołałam gwałtownie, czując, że ziemia usuwa mi się spod nóg.

– Panienka coś za bardzo protestuje – powiedział Gabriel z ironią wyraźną w każdej głosce.

– Zamknij się – warknęłam.

– Dora, nie wierzę w takie przypadki, uaktywniła się akurat ta linia, akurat pod twoim domem, akurat po tym, jak interweniowałaś w boskie igrzyska, walczyłaś z niebieską wszetecznicą, a Baal odwiedził moje skromne progi... – Leon spoglądał na mnie z cierpliwą troską.

Zachwiałam się. Chwycił mnie, nim upadłam, i bez słowa zaniósł na kanapę.

– Co, do cholery... – Nie musiałam się oglądać, by wiedzieć, że właśnie zobaczył mój nowy tatuaż. Jakby ogromne sowie skrzydła, zajmujące całe plecy i wypełzające na ramiona, mogły pozostać niezauważone.

– To długa historia – powiedział Miron, przyciągając mnie do siebie. Z westchnieniem przyjęłam ciepło jego ramion.

– Wstrzymajmy się z opowieściami, za chwilę dołączą kolejni zainteresowani tą historią – powiedział Luc, nasłuchując. Po chwili i ja usłyszałam kroki na schodach. Pełna obaw patrzyłam w stronę drzwi, niepewna, kto się w nich ukaże. Tłum z pochodniami, skandujący „spalić wiedźmę”, zaskoczyłby mnie mniej niż Roman, miejscowy Książę Wampirów, wkraczający w moje progi. Bez zaproszenia, cholera jasna.

– Czemu możesz wejść? – wykrztusiłam.

Nigdy go tu nie zapraszałam, zawsze wybierałam neutralny teren na służbowe spotkania – siedzibę Starszyzny albo Szatański Pierwiosnek, nawet jego posiadłość, ale nigdy mój dom. Raz zaproszony mógłby tu wejść, kiedy chciał, a ja obawiałam się, że któraś z potencjalnych wizyt mogłaby nie mieć przyjaznego przebiegu. Nie była to czysta paranoja, nasze relacje bywały w przeszłości napięte. Jakim cudem teraz wchodzi sobie z tą cholernie irytującą nonszalancją, jak pieprzony król wybiegów, przekraczając mój próg, moje zaklęcia ochronne?

– Też się cieszę, że cię widzę, moja słodka – parsknął. – Nie bądź taka zaskoczona, jestem mężczyzną wielu talentów.

– Roman, jesteś wampirem – jęknęłam.

– Nie bądź taka drobiazgowa, gdzie twój szacunek dla politycznej poprawności? Chyba nie zamierzasz mnie dyskryminować ze względu na moją dietę? – Znów się ze mnie nabijał, przyglądając się zgromadzonym w salonie gościom. – No proszę, ależ towarzystwo, moja mała, kto by pomyślał...

– Nie mów tak do mnie, krwiopijco – warknęłam – i lepiej śpiewaj, jak się tu dostałeś! Bez zaproszenia.

– Nie muszę mieć zaproszenia. Cokolwiek się tutaj zdarzyło, wypaliło zaklęcia ochronne. I bardzo chciałbym wiedzieć, co to było, bo rozpaliło linię magiczną pod twoim domem do białości.

– Skąd wiesz, że to ma ze mną cokolwiek wspólnego?

– Słaby blef, wiedźmo, oczywiście że ma. Gdybym miał wątpliwości, wasze piękne aury, przebijające nawet przez osłony, powiedziałyby mi, że coś jest na rzeczy. I to konsylium wokół ciebie. Poza tym przywykłem, że jeśli pojawiają się kłopoty, maczasz w tym palce lub za chwilę będziesz. Więc lepiej mi powiedz, zanim znajdę inne sposoby, by to z ciebie wyciągnąć.

Spacerował po dywanie z pozorną nonszalancją, ale świdrujące spojrzenie, jakim śledził nasze twarze, dowodziło, że był spięty. Milczałam. Czy jest jakaś skrócona wersja tej historii? I co w ogóle zamierzał zrobić, kiedy już znajdzie potwierdzenie, że mam z tym cokolwiek wspólnego?

– Radzę ci, krwiopijco, zważaj na słowa i nie groź jej, bo stracę cierpliwość – warknął Leon. Dopiero niedawno się dowiedziałam, że Leon, odkąd mnie zna, opiekował się mną, obejmując ochroną przed wszystkim, co mogłoby czekać na naiwną wówczas i skłonną do brawury nastolatkę. A mało kto chciał zadzierać z potężnym czartem, za którym wlokła się reputacja najgroźniejszego i najtwardszego generała piekielnych zastępów w historii. Miron pokiwał tylko głową, że chętnie się przyłączy do Leonowej utraty cierpliwości. Joshua położył dłoń na moim kolanie w czytelnym znaku ochrony. Luc, Gabe i Michał tylko unieśli brwi, ich kpiące uśmieszki mówiły jasno, że groźby te są całkiem bez pokrycia.

Cóż, nie chciałam kolejnej bijatyki tej nocy, a obicie tyłka członkowi Starszyzny przez gości z innego systemu nie byłoby dobre dla polityki międzysystemowej. Westchnęłam.

– Roman, powiedz mi tylko, co z linią, przepala się? – spytałam.

To byłby najgorszy scenariusz. Linie magiczne były podstawą egzystencji magicznych miast. Dostarczały energii, zasilały naszą magię. Bez nich nie byłoby Thornu. Liczba linii jest stała. Niektóre są czynne, inne uśpione, zachowana jest równowaga. Jednak wygaśnięcie linii, jej faktyczne zamknięcie tę równowagę burzy. Tak ginęły miasta, magiczne cywilizacje odchodziły w zapomnienie.

– Za wcześnie, by to stwierdzić. Taka aktywność może być zapowiedzią wygasania.

– Ale nie musi?

Wzruszył ramionami.

– Nie jestem ekspertem. Katarzyna ci to lepiej wyjaśni. Na razie całe miasto odczuło przypływ energii. Linia uaktywniła się na całej długości. No więc, coś ty znowu zmalowała?

Przełknęłam. Jeśli linia wygaśnie i ktokolwiek udowodni, że miałam z tym cokolwiek wspólnego... Na Boginię, mogłabym od razu strzelić sobie w głowę, byłoby szybciej i bezboleśnie.

– Ciągle czekam, wiedźmo, a moja cierpliwość czuje się kiepsko – ryknął zirytowany.

– Roman, nie strasz jej!

Głos Katarzyny jak zwykle mnie uspokoił. Stała w progu, w białej, długiej sukni, ze spływającymi do pośladków złotymi włosami, jak moja chrzestna wróżka, która zaraz zamieni dynię (może Romana?) w karocę i pomoże mi uciec od kłopotów. Przeszła szybko przez pokój i kucnęła przy mnie. Przez chwilę patrzyła na mnie tymi niezwykłymi szafirowymi oczami i poczułam, że za chwilę się rozpłaczę, widząc zawarte w nich niepokój i troskę.

– Jesteś cała, kochanie?

Skinęłam. Spojrzała na Romana z wyrzutem.

– Nie bądź dupkiem, Roman, nie czujesz, ile wciąż w powietrzu jest bólu i ile krwi tu dziś wylano? Nie potrzeba tu kolejnych pokazówek macho. Jeśli nie potrafisz zachowywać się normalnie, wyjdź.

– Katarzyno... – zaczął z nutką perswazji, ale ona już stała przed nim, niewielka, ale wyprostowana jak struna, z zadartym podbródkiem i pałającymi oczami.

– Nawet nie zaczynaj. Są chwile, gdy mogę ci pobłażać, gdy sobie z nią pogrywasz, ot tak to już jest między wami, ale nie dziś – powiedziała twardo. – Zamknij drzwi. I jeśli nie potrafisz zmienić podejścia, zostań po drugiej stronie.

Miałam ochotę jej kibicować, ale musiałam szczerze przyznać, że nie zasłużył na obicie tyłka.

– Katarzyno – odezwałam się z kanapy – nic się nie stało, trafiłaś na jego gorszy moment. Nie był dupkiem cały czas, choć wciąż nie wiem, jak mógł tu wejść bez zaproszenia.

– Daywalker – powiedział Roman wdzięczny mi za obronę. Nigdy dotąd nie zastanawiałam się, jak dużą władzę ma Katarzyna jako głowa Starszyzny nad pozostałymi członkami, ale teraz widziałam, że Roman prędzej nadzieje się na kołek i przejdzie na wegetarianizm, niż rozmyślnie wyprowadzi ją z równowagi. – Mogłem wejść z tego samego powodu, z jakiego mogę wyjść na słońce. Pozostałość po magicznym życiu sprzed przemiany. Gdybyś miała działające zaklęcia, zatrzymałyby mnie jak każdego magicznego.

– Dobrze wiedzieć. A teraz może usiądźcie? Porozmawiamy, napijemy się kawy i zapomnimy o wszelkich groźbach?

Joshua wstał i poszedł nastawić ekspres. Roman spoglądał na Katarzynę z grymasem najbliższym skruchy, jaki kiedykolwiek zagościł na jego twarzy. Skinęła głową, przyjmując niewypowiedziane, ale wyraźne przeprosiny. Podał jej ramię i podprowadził do fotela. Usiadła, zwiewny obłok białego tiulu, złotych włosów i władzy absolutnej. Roman przysiadł na jej fotelu na podłokietniku, choć drugi fotel był wolny. Nie rozumiałam do końca ich relacji, ale ten gest zasugerował mi, że nie tylko służbowo Roman podlegał pięknej wiedźmie. Oficjalnie Katarzyna miała swojego Kaspiana, ale może Roman miał inne miejsce w jej życiu? Albo ona w jego?

– Katarzyno, znasz moich gości?

Przedstawiłam jej Gabriela, Lucyfera i Michała. Skinęła uprzejmie głową. Oczywiście słyszała o nich (kto nie słyszał?) ale nie mieli dotąd okazji do spotkań. Przez wieki systemy się izolowały, a takie historie, jak przyjaźń wiedźmy, anioła i diabła nie miały zwyczajnie miejsca. Dłuższą chwilę poświęciła twarzy Michała, o tym, że bywał u nas Gabe i Luc, wiedziała, ale widok kolejnego archanioła był dość zaskakujący.

– Dobrze, kochanie, możecie mi wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi? Czuję tu strasznie dużo krwi, poznaję po zapachu, że należy do ciebie i twojego diabła, ale wy siedzicie tu cali i zdrowi, czuję też inną krew, magiczną, ale nie do końca...

– To ostatnie to krew Jezabel, tej, o której mówiłam, że mnie prześladuje... gdy wróciliśmy do domu, już tu czekała. Uzbrojona i zdeterminowana, by nas zabić. – Przełknęłam na wspomnienie wściekłej twarzy suczy, nie przesadzałam, bardzo chciała nas zabić. – Walczyłam z nią, miała miecz z anielskiej stali... Prawie zabiła Mirona, gdy zasłonił Joshuę... Zabiłam ją. Michał zajął się zwłokami, więc nie ma sprawy, nie zaszkodzi to polityce międzysystemowej.

Siliłam się na spokój, choć niewiele go w sobie odnajdywałam. Dłoń Joshui gładziła mnie po ramieniu, koił, jak tylko anioły potrafią.

– To nie koniec tej historii, prawda? Jak dotąd nie powiedziałaś o niczym, co mogłoby uaktywnić linię.

– Nie wiem, co mogło to zrobić – zagryzłam wargi.

Roman prychnął, ale umilkł pod spojrzeniem Katarzyny.

– Może więc powiedz po kolei, a ja spróbuję odgadnąć. Kochanie, to ważne, musimy wiedzieć, co obudziło linię, zwłaszcza jeśli wygaśnie...

Skinęłam głową. Powoli opowiedziałam skróconą wersję tego, co nastąpiło po zabiciu Jezabel. Pod przymkniętymi powiekami znów to widziałam.

Gabriel i Michał, którzy pojawili się po duszę Mirona. Luc, który przyszedł opłakiwać wnuczka. Nasza bezradność. Moja wściekłość, ból, strach, że go stracę, że zostanę sama. Moje obietnice, miłości, ślubu, wspólnego życia. Moje modlitwy do Bogini i do Boga. Prośby, że skoro nie mogą go uratować, to niech przynajmniej pozwolą mi być z nim po drugiej stronie. I ból, gdy rozcięłam sobie nadgarstek, rwący, gorący krwotok, który spływał z rany na mnie, na Mirona. I to, co uznałam za swoją śmierć. Światło, gdy Gabriel, Michał, Joshua, a nawet Luc weszli w pełnię majestatu. I szok, gdy okazało się, że Miron jest uzdrowiony i ma skrzydła, a ja tatuaże na całych plecach i tworzymy z Joshuą triumwirat, potwierdzony tatuażami na naszych nadgarstkach.

Opowiadałam Katarzynie, Romanowi i Leonowi okrojoną wersję tej historii, nie musieli wiedzieć wszystkiego.

Nie mogłam oddać słowami tego, co czułam.

Nie zamierzałam też tłumaczyć, że Michał, Luc i Gabe są triumwiratem, ani co się z nim może wiązać dla nas. Powiedziałam po prostu, że jest to rodzaj nierozerwalnej więzi splatającej nasze aury, dlatego są inne, co Roman i tak już zauważył.

Nie wspominałam o pomocy Baala, bo jego status, niegdyś bóstwa, dziś Księcia Demonów, był dyskusyjny.

Gdy skończyłam, strumyki łez znów oznaczyły moje policzki, Joshua i Miron przytulali mnie ciasno między sobą i nikt się nie odzywał.

Dziadkowie chłopaków i Michał wyraźnie zachowywali dyskretny dystans w czasie spotkania z magicznymi. Zaczynałam doceniać to, że mnie nie traktowali z takim chłodem. No może poza Gabem, który od początku był upierdliwym gnojkiem z kijem w dupie... Katarzyna spoglądała na mnie z absolutnym spokojem na twarzy. Widać patent na wyprowadzanie jej z równowagi miał tylko Roman, który zszokowany milczał teraz jak zaklęty.

– I nie wiecie, czyja to była interwencja? – zapytała po dłuższej chwili głowa Starszyzny.

– Bez wątpienia Pana – powiedział stanowczo Gabe – tylko on potrafi przywołać pełnię majestatu u aniołów, i diabłów, jak się okazuje.

– Ale nie powinno to mieć wpływu na wiedźmę. – Zmarszczyła nos w grymasie niezadowolenia.

– Myślę, że zadziałali oboje, Pan i Bogini – powiedziałam cicho.

Spojrzeli na mnie, jakbym wygłosiła największe bluźnierstwo.

– Dajcie spokój, tak, mamy osobne systemy, ale w tę historię były zamieszane osoby z różnych systemów połączone silną więzią... Poza tym, mimo że jestem magiczna, jestem też ochrzczona, byłam u komunii, nigdy nie dopełniłam formalnej apostazji, uznając, że samo wejście do świata magicznych wystarczy, ale pewnie według norm niebieskich wciąż jakoś tam jestem wpisana w rejestry grzeszników. Prosiłam o pomoc lub śmierć oboje, złożyłam ofiarę z życia, której wspaniałomyślnie Bogini nie przyjęła. Nie wiem, kto konkretnie ocalił życie Mirona, kto uleczył moje rozpłatane żyły, nie wiem, kto doprowadził do mojej przemiany, ale widzę tu działanie i Pana, i Bogini. Ona nie zdołałaby przywołać pełni majestatu anioła, diabła i pary archaniołów, on nie rozpaliłby linii magicznej.

Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wydawało mi się to jedynym logicznym uzasadnieniem.

– Co oznacza przemiana dla ciebie, wiedźmo? – zapytał Roman w końcu.

– Nie wiem, nie było dotąd takiego przypadku. Na razie z tego, co już wiem, zmieniła się moja aura, co widzisz, mam też tatuaże – odwróciłam się i uniosłam włosy, by w pełni zobaczył sowie skrzydła – ale jak na razie to tyle z nowości. Poinformuję niezwłocznie, jeśli się coś zmieni.

Tak, Roman uwielbiał to, że nigdy nie wiedział, z czym za chwilę wyskoczę.

– Jeśli dożyjesz zmian. Dobrze się domyślam, że nie wszystkim spodoba się ich więź? – spytała Katarzyna, wbijając szmaragdowe oczy w archaniołów. Chrząknęli niespokojnie.

– Istnieje pewne niebezpieczeństwo – wyjąkał Gabe w końcu.

– Musimy się na jakiś czas ukryć. – Potarłam rozpalone czoło dziwnie zimną dłonią.

– Nim opadnie kurz, nim triumwirat nie okrzepnie i nie zakończy się przemiana, nim góra, dół i magiczne „pomiędzy” nie ustalą, czy chcą nas upiec, czy mają w nosie, co się stało – powiedział Miron, zgrzytając cicho zębami.

– Masz dokąd uciec? – zapytała Katarzyna wprost.

– Mam. Wybacz, ale wolałabym, by to miejsce pozostało sekretem.

– Oczywiście. Potrzebujesz czegoś?

– Kilku rzeczy, myślę, że Olaf mi pomoże w ich uzyskaniu.

Pomyślałam o dokumentach, broni, samochodzie. Jeśli twoje potrzeby są dziwnie zbieżne z potrzebami członków mafii, nie ma jak lojalny Alfa. Katarzyna przytaknęła. Widziałam, że coś wciąż ją niepokoi.

– Katarzyno, po prostu to powiedz – jęknęłam, spodziewając się kłopotów.

– Gdyby nie pobudzenie linii, nie byłoby sprawy, ale teraz... sądzę, że przez wielu to, że miałaś w tym swój udział, będzie odbierane jako zagrożenie. Domyślam się, że niektórzy – podkreśliła to słowo – członkowie Starszyzny będą chcieli dyskutować, czy nie byłoby bezpieczniej pozbyć się ciebie raz a dobrze. I sądzę, że będą chcieli głosowania.

Zamknęłam oczy. Obawiałam się tego. Ostatnio zbyt wiele się wkoło mnie działo. Za mocno się wychyliłam.

– Czy jeśli opuszczę Thorn, będę ścigana? – Głos zadrżał mi odrobinę. Było wiele paskudnych stworzeń, jakie można wysłać za zbiegłą wiedźmą.

– Nie wybiegaj zbyt daleko w przyszłość. Postaram się załagodzić sytuację. Wciąż to ja jestem głową Starszyzny. – Katarzyna starała się brzmieć lekko, ale nie była aż tak dobrą aktorką.

– Jeśli linia nie wygaśnie, mamy szansę – powiedział Roman spokojnie.

Zamrugałam zaskoczona.

– Będziesz głosował za mną?

– Oczywiście. Tłumaczyłem ci kiedyś, że jestem praktyczny, a ty jesteś doskonałym namiestnikiem.

Katarzyna była zadowolona z tego, co powiedział, i poklepała go delikatnie po kolanie. Chyba właśnie odkupił macho-bzdety, którymi ją tak wkurzył. Niewiele to zmieniało w mojej sytuacji. Gardiasz od początku mnie nienawidził, Klaudia była mną zwykle poirytowana, a Bruno podejrzewa, bezpodstawnie, że spróbuję przejąć jego wilcze stado, co nie nastraja go przyjaźnie. Dwa do trzech.

– Zamierzam zwołać Radę Okręgu. – Katarzyna zdawała się czytać w moich myślach.

W skład okręgu wchodziło, prócz Thornu, Trójprzymierze. Juliana, Gajusz, Olaf... Na Boginię, miałam szansę! Byłam pewna głosu mojej elfiej przybranej matki, Olaf ślubował mi lojalność, z Gajuszem... cóż, miałam pakt o nieagresji... Chyba że wyczuje moją chwilę słabości i właśnie teraz go wypowie.

– Domyślam się, że Trójprzymierze wystawi radę międzygatunkową twojego pomysłu jako przedstawicielstwo. Więc będzie też Eleonora i, przynajmniej teoretycznie – ty, jesteś przecież pośrednikiem. Nawet jeśli wykluczą cię z głosowania z przyczyn formalnych, nie jest źle, masz lojalnych przyjaciół. – Katarzyna kalkulowała dokładnie jak ja. – Myślę, że mamy szansę na oddalenie oskarżeń.

– Jeśli nie wygaśnie linia – powtórzył głucho Roman.

Tak, jeśli do tego dojdzie, nie będzie głosowania, zostanę automatycznie uznana za zagrożenie dla rasy. Czy, jeśli zostanę stracona, odbije się to na chłopakach?

– Jeśli do tego dojdzie, masz azyl w piekle, kochana, wszyscy macie – powiedział Luc stanowczo. – Nie będziesz pierwszą przyjętą przez nas istotą magiczną. Poza tym jesteś wybranką mego wnuka, nie zamierzam stać z boku i patrzeć, jak dzieje ci się krzywda. Zresztą, tylko wyjątkowi głupcy nie docenią tego, co dla nich zrobiłaś w ostatnim czasie. Loki grałby dziś w kości szkieletami magicznych, wampirów i wilków, gdyby nie ty – przypomniał z naciskiem – więc należy ci się co najmniej kredyt zaufania.

Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością. Ale nie mogłam przyjąć tej oferty, dopóki istniało ryzyko, że ściągnę mu na głowę kłopoty. Poza tym Joshua raczej nie mógłby żyć w piekle, nie na dłuższą metę, nie jako nieupadły.

*

Spotkanie ciągnęło się niemal do świtu. Byłam tak zmęczona, że niemal przysypiałam, kiedy w końcu wszyscy wyszli, zapowiadając, że wkrótce wrócą. Zostaliśmy sami w naszym mieszkanku. Niemal bez słowa rozebraliśmy się i poszliśmy do mojej sypialni.

Strach przed stratą, która dziś była tak realna, sprawiał, że mimo zmęczenia nie mogłam zasnąć. Słuchałam równego oddechu Mirona, który przytulał się do moich pleców jak łyżeczka, i Joshui, zwiniętego jak kocię, z plecami wtulonymi w mój brzuch. Splotłam palce z ich dłońmi i bałam się zasnąć. Bałam się, że to tylko sen i obudzę się bez nich. Okaże się, że Jezabel mi ich zabrała, a ja tkwię w sanktuarium w śpiączce, a ostatnie godziny były tylko fantazją prokurowaną przez zmaltretowany i niedotleniony mózg.

– Śpij, słonko – szept Mirona załaskotał mnie na karku – jesteśmy tu i nigdzie się nie wybieramy.

– Skąd...?

– Pachniesz strachem i smutkiem. I miażdżysz moją rękę. – Niemal słyszałam jego uśmiech.

– Przepraszam – szepnęłam, luzując uścisk.

– Nie masz za co.

– Kocham cię, Miron. Nie mogłabym bez ciebie żyć.

– Wiem, słonko. Mam dokładnie tak samo. Choć nie zapomnę, że z przyjęciem oświadczyn zwlekałaś, aż jakaś suka niemal mnie zabiła.

Zachichotałam, zaskoczona zmianą tematu.

– Czasem trudno się zdecydować na poważny krok. Ale wiesz, że teraz nie pora na ślub.

– Kochanie, możemy mieć długie narzeczeństwo, najważniejsze dla mnie jest to, że przyjęłaś oświadczyny i nie zaprzeczasz już temu, co jest między nami.

– Nie mogłabym.

I mówiłam prawdę. Przysięgłam sobie nigdy nie tchórzyć, nie udawać już, że nie kocham, że nie chcę z nim być. Nie ma przeszkody, której byśmy nie pokonali. Pokonaliśmy śmierć. Dziś byłam gotowa oddać za nich życie, a myśl o życiu bez Mirona rozrywała mi serce. Są rzeczy, które można przeżyć tylko raz, nie popadając w obłęd.

*

Nie wiem, kto obudził się pierwszy następnego ranka, ja czy ból. Jęczałam, wijąc się w pościeli. Ciało płonęło, mięśnie drżały, głowa pulsowała nieznośnym łomotem, a światło słoneczne zdawało się wypalać oczy. Joshua potrząsał mną, usiłując uzyskać odpowiedź na pytanie, co u diabła mi jest. Nie wiedziałam. Przygryzłam wargę do krwi, by nie wrzeszczeć na całe gardło. Mirona nie było w sypialni. To mnie na chwilę otrzeźwiło i zaczęłam się rozglądać nerwowo.

– Miron? – wyszeptałam przez zaciśnięte strachem gardło.

– W łazience. W tym samym stanie, co ty. Myślę, że to gorączka przemiany.

Cień przemknął mu przez oczy na wspomnienie tego, jak sam przechodził ją nie tak dawno. Choć jeśli spojrzeć na to, ile się od tego czasu wydarzyło, można śmiało powiedzieć, że minęły całe wieki. Opadłam na poduszkę zbyt słaba, by wstać, spocona i rozpalona.

– Trzeba cię trochę ochłodzić, kotek, bo za chwilę się ugotujesz – powiedział zaniepokojony, dotykając mojego czoła – czas na bardzo zimny prysznic.

Podniósł mnie jakbym była piórkiem. Nie jestem. Żadna kobieta mierząca metr osiemdziesiąt i niebędąca modelką nie waży tyle co nic. A jednak Joshua nawet się nie skrzywił. Sam miał jakieś sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, był szczupły jak nastolatek, a długie blond włosy i upodobanie do rockowych ciuchów upodabniało go do garażowego muzyka. Nie wyglądał na faceta, który bez mrugnięcia może zanieść mnie do łazienki. Wydaje się, że nie w pełni doceniłam jego pełnię majestatu, nawet nieobjawianą. Jęknęłam, gdy stopą zawadziłam o futrynę.

– Przepraszam – wymamrotał, przyciskając mnie mocniej do siebie.

Miałam dość siły, by go objąć za szyję, głowa opadła mi niemal bezwładnie na jego pierś. Miron wpółleżał w wannie. Wyglądał kiepsko. To znaczy zawsze wygląda świetnie i nawet chory był piękny, ale dziś wyglądał poniżej swoich możliwości. Blady, z ciemnymi cieniami pod oczyma, czarnymi, długimi do ramion włosami, oblepiającymi spocone czoło i twarz. Odruchowo szarpnęłam się w jego kierunku wystraszona tym, że był tak nieruchomy – z zamkniętymi oczyma wyglądał, jakby życie uleciało z niego z ostatnim oddechem.

– Spokojnie, kotek. – Joshua pochylił się i pozwolił mi się zsunąć do wanny obok diabła. Syknęłam. Woda była lodowata, igły wbijały się w obolałe mięśnie. Dziwiłam się, że nie zaczęła parować w kontakcie z moją skórą. I skórą Mirona, który był tak samo rozpalony.

– Miron – wyszeptałam z ustami przy jego policzku.

Skurcz przebiegł przez ciało diabła. Uchylił powieki i zobaczyłam tak znajome i kochane czarne oczy z czerwoną obwódką wkoło tęczówki, teraz płonącą żywym ogniem.

– Słonko – uśmiechnął się słabo – a to się odegraliśmy, co? Teraz on musi wkoło nas skakać...

Przewróciłam oczami. Diabelskie poczucie humoru.

– Boli cię?

– Jak cholera. A jak z tobą?

– Tak samo – jęknęłam – ale żyjemy, to najważniejsze.

– Chyba też jesteście silniejsi niż ja – powiedział anioł, gładząc moje czoło zimną gąbką – jesteście przytomni. Myślę, że wam przejdzie szybciej. Gabe jest dobrej myśli, choć nie może wam podać leku na gorączkę przemiany, bo ten został stworzony dla aniołów i mógłby was zabić.

Westchnęłam.

– Był tu dziś?

– Zanim się obudziliście.

– Nic nie słyszałam, mógł nas ktoś załatwić, zanim na dobre bym się obudziła.

– Nie mógł. Wstałem wcześnie. Czuwałem.

Był taki poważny i skupiony. Wiedziałam, że kocha nas tak bardzo, jak my jego. Chwyciłam jego dłoń, gdy ocierał mi policzek, i pocałowałam go w kłykcie.

– Dziękuję, ptaszyno.

– Od tego masz Anioła Stróża, prawda? Poza tym mamy szczęście, że nie przechodzimy przemiany w jednym czasie, na coś się ta moja wcześniejsza choroba przydała.

W oczach migały mu ciepłe iskierki, maleńkie krople złota na granatowym tle tęczówek.

*

Gorączka ustępowała powoli, ale ból nie zniknął. Miron, choć wciąż rozpalony, czuł się lepiej. Mogłam zająć się przygotowaniami do naszego wyjazdu.

Wybrałam numer Olafa, odebrał po drugim sygnale. Jak na wilka brzmiał całkiem ludzko, bez częstych u samców tego gatunku gardłowych warkotów co drugie słowo. Był nowym Alfą w Gdyni i miałam niejasne przeczucie, że wniesie coś nowego do wilczej społeczności. Pod wieloma względami był tak inny od tego, do czego przywykłam w kontakcie z wilkami... Bywał jak oni gwałtowny i agresywny, ale potrafił się przyznać do błędu i podejmować trudne, ale rozsądne decyzje dla dobra stada. Jednym z błędów było wyzwanie mnie do walki, gdy sądził, że przyszłam w imieniu mojej krwiożerczej babki, Królowej Wilków, odebrać mu stado. Trudną, ale rozsądną decyzją było przyznanie się do błędu, podporządkowanie szalonej Wilczycy i obietnica całkowitej lojalności, jaką mi złożył. Czas sprawdzić, jak ta lojalność wygląda w praktyce.

– Olaf, potrzebuję pomocy – powiedziałam, sondując grunt.

– Oczywiście, cokolwiek w mojej mocy – powiedział szybko i mocno.

Nie spodziewałam się aż takiej gotowości i od razu cieplej pomyślałam o Alfie z Trójprzymierza. Tutejszy, Bruno, jedyną pomoc, jaką by mi zaproponował z miłą chęcią, to urwanie głowy albo pomoc w pozbyciu się kilku kończyn. Moich.

– Potrzebuję dokumentów. Dowodów osobistych, prawa jazdy... Najlepszych, takich, by przeszły bez trudu ludzkie kontrole.

– Nie ma problemu.

– W przypadku dowodów dla chłopców oznacza to właściwie sprokurowanie ludzkich tożsamości dla nich.

– Do zrobienia – powiedział tak pewnym głosem, że przez chwilę zastanawiałam się, jak wielu osobników z wilczymi lewymi dokumentami przeszło niezauważonych wszelkie policyjne kontrole. Nawet jeśli dziś ja miałam korzystać z takich lewych papierów, w głębi mego serca wciąż siedziała policjantka, którą do niedawna byłam.

– Samochód, pewny, też musi przejść wszelkie kontrole.

– Miasto czy teren?

– Teren.

– Oddam ci mój. Jest w pełni legalny. I twoi przyjaciele nie będą musieli się w nim garbić.

– Ale...

– Nie ma problemu, Doro, zrobiłabyś to samo, gdybym ja czy ktoś z moich poprosił cię o pomoc.

Podziwiałam tę pewność, ale musiałam przyznać, że coś się zmieniło. Jeszcze jesienią pierwszą moją reakcją na wilka było zaciśnięcie pięści i przybranie postawy bojowej. Dziś dzwonię do jednego z nich, ufając mu bardziej niż wielu magicznym. Bardziej niż zaufałabym człowiekowi. Może wilcza lojalność wobec stada była czymś bardziej namacalnym? Oznaczała honor, a wilk jest tyle wart, co jego honor.

– Jeszcze coś, Olaf, potrzebuję broni.

– Jakiej?

– Lubiłam glocka.

– Jasne. Broń biała?

– Mam, dziękuję, że pytasz – zaśmiałam się lekko. – Na kiedy możesz mi to załatwić?

Nie chciałam go poganiać, ale ziemia już trochę paliła nam się pod stopami. Echo wydarzeń z wczorajszej nocy rozejdzie się szerszymi kręgami niż bym chciała.

– Jutro przed południem będę.

– Wiesz, że możesz kogoś wysłać.

– Rocky pojedzie drugim autem, żebym miał jak wrócić.

– Dziękuję, Olafie.

– Powstrzymałaś nowe Ragnarok, ocaliłaś moich ludzi, Dora. Nikt, kto dwa razy przeżył utratę stada, nie zapomina takich rzeczy – powiedział niższym, nieco chrapliwym głosem.

Pożegnaliśmy się.

Przez chwilę patrzyłam na słuchawkę. Dwa razy... powiedział, że dwa razy utracił stado. Pierwszy raz wiedziałam, jak to wyglądało. Moja babka ich zabiła, jego ojca, Alfę Olega, i pozostałych. On był szczeniakiem. Ocalał dzięki jakiemuś kaprysowi Królowej. A drugi? O tym nic nie wspominał, ale coś mi mówiło, że to była świeża sprawa. Czy dlatego przyjechał do Polski? Dlatego przejął stado, gwałtownie i agresywnie, od starego Alfy z Gdyni? Kilka pytań miało w przyszłości doczekać się odpowiedzi.

*

– Dora, zauważyłaś coś dziwnego, jeśli idzie o Mirona? – Joshua szeptał mi do ucha, kiedy przygotowywaliśmy jedzenie. Kątem oka zerknęłam na diabła, stojącego przy jednym z okien w naszym saloniku.

– Napięty...

– Wściekły, czuję, jak się w nim gotuje – sprostował anioł.

Zamrugałam, spoglądając jeszcze raz na diabła. Gdy się skupiłam, zobaczyłam jego aurę, znałam jego osłony wystarczająco, by móc je przejrzeć. Wciąż wyglądała dziwnie – gdy zawiązał się triumwirat, nasze aury zmieszały się: moja błękitno-perłowa, złota Joshui i ciemnoszkarłatna Mirona i teraz każdy z nas miał podobną, przeplataną, z dodatkowym efektem specjalnym w postaci małych, ruchliwych błyskawic przeskakujących wzdłuż pasm. Z tym że teraz błyskawice Mirona wcale nie były malutkie. Jego aura była niespokojna, pulsująca, a błyskawice drżały kolejnymi wyładowaniami. Uwalniał mnóstwo energii.

Wytarłam dłonie o ręcznik i podeszłam do diabła. Byłam już pół kroku od niego i wyciągałam rękę, by dotknąć jego barku, gdy podskoczył, zaskoczony moją obecnością. Energia uderzyła we mnie, zastając mnie zupełnie nieprzygotowaną. Krzyknęłam. Na policzku pojawiła się krew jak po smagnięciu biczem. Miron zaklął szpetnie i chwycił mnie w ramiona, niemal miażdżąc z siłą, jakiej jeszcze wczoraj nie miał. Wycisnął mi powietrze z płuc.

– Przepraszam, kochanie – mruczał mi do ucha. Poruszyłam się gwałtownie, czując, że nie mogę oddychać i że za chwilę połamie mi żebra. Odczytał to i poluzował uchwyt. – Nic ci nie jest?

– Drobiazg, ale będę wdzięczna, gdy mi powiesz, co się stało – powiedziałam, wpatrując się w jego rozszerzone źrenice.

– Nie wiem, na piekielne psy, nie wiem – odparł i przez chwilę jego twarz wyrażała dziecięcą bezbronność i bezradność. – Czuję się dziwnie... jakbym się gotował od środka... Coś we mnie buzuje.

Przytuliłam go mocniej i pocałowałam w policzek. Wtulał twarz w moje włosy, wdychał ich zapach. Prawie przegapiłam ten ułamek sekundy, kiedy coś w sposobie, w jaki Miron mnie trzymał, się zmieniło. Zacieśniło. Podgrzało. Kiedy nie trzymał po prostu ramienia na mojej talii, ale przyciągał moje biodra do swoich. Erekcja napierała na mój brzuch, nie bacząc na dżinsy, które stały jej na przeszkodzie. To było jak samozapłon. W jednej chwili był to niewinny pocałunek w policzek i tulenie zagubionego chłopca, w następnej oddech rwał się, gdy diabeł, całował moją szyję, jakby chciał się w nią wgryźć, dłonie wdzierały się gwałtownie pod moją koszulkę, a całe jego ciało krzyczało, że gotów jest wziąć mnie tu i teraz, na dywanie w salonie, z Joshuą wpatrującym się w nas z niemym pytaniem „co, do diaska?” w oczach. Miron pocałunkami wyznaczył trasę z mojej szyi do ust. Przygryzł mi dolną wargę nim wtargnął językiem w usta, zawłaszczając je bezapelacyjnie. Cholera, tyle zwlekaliśmy, od lat krążyliśmy wokół siebie wygłodniali, ale zbyt rozsądni, by to skonsumować, a teraz byliśmy o krok, by zrobić to na dywanie. Nie protestowałam, stłamszona przez pasję i żar bijące z jego ciała. Zapach drzewa sandałowego i czegoś głębszego, bardziej dzikiego, uderzał w nozdrza. Z trudem oddychałam między kolejnymi pocałunkami.

Uderzenie było dość mocne, by oderwać nas od siebie. Zupełnie, jakbym włożyła palce do kontaktu, potężny impuls elektryczny uderzył i posłał mnie na dywan, a Mirona na ścianę.

– Co, na Boginię? – wyjęczałam, siadając na podłodze.

– No chyba sobie, kurwa, żartują – warknął Miron, pocierając tył głowy.

– Nic wam nie jest? – Joshua był już przy nas, pomagając mi stanąć na nogi.

– Tylko impuls... jak prąd... – powiedziałam uspokajająco, choć wcale nie byłam spokojna.

– To chyba przejściowe, co? – Miron zwerbalizował moje lęki.

– Oby...

– Gabe mówił, że na początku, nim przemiana w triumwirat się nie dopełni, energia może być dość... niestabilna – powiedział Joshua.

– Dobrze, że nam to mówisz, moglibyśmy przecież nieświadomie zrobić coś, co by wzburzyło tę i tak niespokojną energię, co mogłoby być niezbyt przyjemne, może nawet niebezpieczne – warknął Miron.

– No przepraszam, nie wiedziałem, że zamierzacie się do siebie dobierać jeszcze przed śniadaniem, na podłodze w salonie – odgryzł się Joshua.

Ciało Mirona napięło się niebezpiecznie. Chwyciłam go za rękę zaskoczona tym, że zaciskał pięść. Na Boginię, przecież nie uderzyłby Joshui!?

– Miron, co się z tobą dzieje? Jesteś jak płynna nitrogliceryna – krzyknęłam zbyt zdenerwowana, by pomyśleć, że krzyki tu raczej nie pomogą.

Przez chwilę nie odpowiedział, patrząc mi w oczy. W końcu uciekł spojrzeniem w bok.

– Przepraszam, chyba nie do końca nad sobą panuję.

– Hej, dobrze już, siedzimy w tym razem, diable, po prostu mów co się dzieje...

Joshua wycofywał się z posępną miną. Miron skoczył i chwycił go za nadgarstek. Anioł zamarł, lekko usztywniając ramiona.

– Stary, przepraszam – wysapał Miron.

Anioł uśmiechnął się nieco blado i powiedział cicho:

– Wybaczone, choć postaraj się mnie nie zabić. Nie będę się bronił, nie przed tobą.

Mironowi krew odpłynęła z twarzy i puścił przyjaciela.

Coś się działo między nimi, ale nie wiedziałam co. Coś, czego nie byłam w stanie uchwycić oczami czy tylko na podstawie ich słów. I po ich minach wiedziałam, że żaden z nich nie jest gotowy na to, by cokolwiek mi powiedzieć.

– Miron... – Wyciągnęłam do niego rękę, ale odsunął się i zgarbił. Włosy opadły mu na twarz.

– Wybacz, słonko, potrzebuję trochę przestrzeni – powiedział i po chwili usłyszałam, jak cicho trzasnęły drzwi w jego pokoju.

To dopiero tempo, od gorączkowych macanek do przemowy o potrzebie przestrzeni w niecały kwadrans. Objęłam się ramionami, czując, że nagle robi mi się zimno. Łzy zapiekły już i tak podrażnione oczy.

Joshua przygarnął mnie mocno i przytulił. Głaskał mnie po włosach, powtarzając jakieś najbardziej podstawowe pocieszenia, które o dziwo działały. Przywarłam mocniej do mojego anioła. W tej emocjonalnej burzy on jeden zdawał się być kotwicą.

*

Samochód był dużą toyotą Rav4. Byłam koszmarnym kierowcą, traciłam prawo jazdy, ledwie je odzyskałam. Parkowanie równoległe pozostawało dla mnie czarną magią, a tej z zasady nie uprawiałam. Miałam do niedawna małą micrę, autko poręczne i niewielkie, więc mieściłam się jakoś na parkingach, ale ravka... nie, to jakby posadzić mnie za kierownicą czołgu, ulice nigdy nie byłyby takie same, a na pewno nie byłyby bezpieczne.

– Ja poprowadzę – powiedział Joshua, wyczuwając moje napięcie.

– Potrafisz? – zapytałam zaskoczona. Nigdy nie pomyślałam, że anioł miał takie umiejętności. Miron potrafił, ale szczerze nie lubił prowadzić auta. I dobrze, za kółkiem zachowywał się, jakby wciąż żył w epoce Henry’ego Forda, z bardzo nielicznymi samochodami na drodze.

– Jasne, lepiej niż ty. – Uśmiechnął się rozbawiony moim zdziwieniem. – Wciąż wielu rzeczy o mnie nie wiesz, kotek, żyję trzysta pięćdziesiąt lat, nabyłem kilka umiejętności.

Odetchnęłam. Prowadzenie jest dla mnie czynnością stresującą i bez bólu pulsującego w całym ciele.

Olaf stał krok za nami, cierpliwy, milczący i dyskretny jak ekspert od programu ochrony świadków.

– Dzięki, wilku, jestem twoją dłużniczką. – Wepchnęłam dokumenty, które nam przywiózł, do torby, zdjęłam kurtkę i założyłam kaburę, skórzane paski leżały jak ulał. Obejrzałam uważnie glocka, był idealny i na niego też miałam jakieś papiery, choć numery seryjne były zatarte.

– Nie ma sprawy, jesteś przyjaciółką stada – powiedział oficjalnie. I nadal powstrzymywał się od zadawania pytań, choć wiedziałam, że wilki są wścibskie jak wszystkie psowate. Najchętniej powęszyłby trochę, przekopał zaułki, ale trwał w szlachetnej pozie „jeśli obdarzysz mnie zaufaniem, zaszczytem będzie wysłuchać cię, pani”. Przewróciłam oczami rozbawiona. Olaf naprawdę różnił się od wilków, jakie znałam dotąd, był nową jakością i zaczynałam się do niego coraz bardziej przekonywać.

– Olaf, dziękuję za dyskrecję i tempo.

– Potrzebujesz ochrony?

– Nie, lepiej będzie, jeśli po prostu zniknę na jakiś czas.

Olaf nie był głupi. Musiał się domyślać, że ukryję się między ludźmi, skoro potrzebuję dokumentów i auta. Ale nie komentował.

– Będę trzymał rękę na pulsie. Mam coś jeszcze, Cahan Rhiamon. – Nazwał mnie imieniem, które przypominało, że jestem wnuczką swojej babki, właściwie bardzo odległej prapra – nieskończenie wiele razy – babki, Królowej Wilków, Faoiliarny, suki, która go zdominowała i zapewniła mi status honorowej Alfy w jego stadzie. Podał mi niewielkie urządzenie podobne do komórki, ale zamiast klawiszy z cyframi było kilka małych guziczków oznaczonych symbolami.

– Co to? Przecież komórki między realem a magicznymi miastami nie działają...

– To komunikator, nie komórka – powiedział z uśmiechem – i tym możesz bez problemu łączyć się z każdym wymiarem, nawet niebem i piekłem, jeśli potrafisz przywołać astral tego, z kim chcesz rozmawiać, więc nie nada ci się do randek w ciemno, ale do rozmów z przyjaciółmi jak znalazł.

Spoglądałam na niego zszokowana. Nigdy nie słyszałam o takiej technologii.

– Jakim cudem nikt tutaj o tym nie słyszał? – zapytałam ostrożnie. Nie żebym miała coś przeciwko, że trafił mi się mój Q z zabawkami jak z Bonda, ale...

– To jeden z prototypów. Przywiozłem ze sobą z Finlandii. Nie tylko Nokia produkuje tam swoje gadżety. – Uśmiechnął się, ukazując ostre białe kły. – Jest kompatybilny z naszymi telefonami i lustrami komunikacyjnymi.

– Olaf, to niesamowite... nie mogę...

– Spokojnie, oddasz, jak nie będzie potrzebny. Dostaniesz na własność, gdy wypuścimy to oficjalnie na rynek.

– Masz udziały w firmach telekomunikacyjnych? – Szczęka opadła mi nisko.

– Zdziwiona? Że wspieram IT, a nie branżę nielegalnych używek? – Śmiech odbił się echem o jego płuca. – Wilki są różne, Cahan, nie każdy z nas ma kuratorów. Choć przyznaję, wiem, skąd twoje skojarzenie. Stado w Trójprzymierzu jest wyzwaniem, ale naprostuję, co trzeba.

Spoglądałam z coraz większym uznaniem. Olaf mnie zaskakiwał i to na plus. Gdy dowiedziałam się, że przejął stado w drodze puczu, byłam zła i chciałam mu obić tyłek, ale może to wszystkim wyjdzie na dobre? Poprzedni Alfa nie miał skrupułów, jeśli chodzi o dragi, rozboje i stręczenie wilczyc.

– Jedna rzecz, Cahan, słyszałem to i owo, jeśli linia wygaśnie, będziesz w dupie, wszyscy będziecie. Jeśli będziesz chciała zniknąć na dobre, opuścić Polskę, daj znać. Na Północy wciąż są tacy, którzy są mi coś winni, i wiele wilków szanujących twoją babkę.

– Lub trzęsący przed nią portkami – mruknęłam, ale nie miałam im tego za złe, była przerażającą suką. Głośniej powiedziałam: – Dzięki, Alfo, zapamiętam to, co dla mnie robisz.

Uścisnęłam mu mocno dłoń i pozwoliłam na wilcze okazanie sympatii i zaufania. Przysunął się bliżej i potarł policzkiem o mój policzek, odsłaniając przy okazji szyję. Jego skóra otarła się o moje usta. Gdybym chciała, mogłabym wgryźć się i nie próbowałby się bronić. Podporządkowywał mi się jako wilk. Jęknęłam cicho i potarłam odsłoniętą skórę nosem.

Warczenie dobiegło zza moich pleców i odruchowo podskoczyłam, zaciskając pięści, gotowa do walki. Miron wyszedł właśnie przed dom i spoglądał na nas z wściekłością w oczach. To z jego piersi wydobywał się warkot.

– O co ci chodzi? – parsknęłam.

– Niech ten sierściuch trzyma się z dala – warknął.

Napięłam się cała. Obrażał przyjaciela i sprzymierzeńca.

– Przeproś w tym momencie – syknęłam – i zachowuj się.

– Nie jesteś moją matką.

– Więc nie zachowuj się jak bachor wymagający zdyscyplinowania – warknęłam rozzłoszczona jego postawą. Od rana był humorzasty, kłótliwy i złośliwy, ale przeginał, czepiając się Olafa. Na niewiele osób mogłam teraz liczyć.

Wzruszył ramionami i wrócił do mieszkania. Tupot na schodach sugerował, że ma nadmiar energii do spalenia.

– Przepraszam za niego, Olaf, nie jest sobą – powiedziałam przez zaciśnięte usta.

– Nie biorę tego do siebie, słyszałem, że miałaś trudny czas, on też.

Po ludzku uścisnęłam wilka i poklepałam go po ramieniu. Jeśli przyjaciół poznaje się w biedzie, on właśnie przeszedł test.

Joshua znosił bagaże do samochodu. Trzy podręczne torby z ciuchami, osobna duża i wypchana torba z naszym małym arsenałem, bronią białą, księgami zaklęć, zestawami magicznymi i pudełkami nabojów do glocka. Był milczący, ale po minie poznałam, że znów ściął się z Mironem, czy też raczej Miron ściął się z nim, a Joshua po prostu wziął go na wstrzymanie. Coś się z diabłem działo, bez wątpienia. Oby zmiana w porywczego dupka nie była permanentna, bo chyba oszaleję.

Archaniołowie Gabe i Michał, Luc, Katarzyna i Roman, Leon i Katia stanowili nasz mały komitet pożegnalny. Miałam nadzieję, że nie jest to ostatnie pożegnanie. Byłam wzruszona ich troską i dobrą wolą, ale też wkurzona tym, że patrzyli tak, jakby nie spodziewali się mnie więcej zobaczyć w jednym kawałku. Ucieszyli się, że dzięki urządzeniu Olafa będę w kontakcie i przesadnie wylewnie zaczęli zapewniać o tym, że zrobią wszystko, by moja dupa nie została złożona w ofierze. Skrzywiłam się. I Herkules dupa, kiedy ludzi kupa. Jeśli linia się przepali, nie przekonają całej społeczności, by dała mi jeszcze jedną szansę.

Leon ściskał mnie tak mocno, że moje stopy straciły kontakt z podłożem. Dyndałam w jego ramionach jak szmaciana laleczka. Mamrotał mi coś do ucha w języku piekielników, rozumiałam tylko „moja dziewczynka”. Zdaje się, że to czarcia wersja rozpaczy spowodowanej syndromem opuszczonego gniazda. Przez ostatnie dziesięć lat zbliżyliśmy się do siebie, był moim dyskretnym opiekunem, a jego knajpa była mi domem. Niechętnie postawił mnie z powrotem na ziemi. Zapiekły mnie oczy.

I właśnie wtedy Miron go uderzył. Jak w zwolnionym tempie widziałam pięść diabła przecinającą powietrze i odbijającą się od podbródka czorta. Leon nawet nie drgnął. Był ogromnym facetem, dwa metry trzydzieści centymetrów mięśni. Zamarłam, opierając się o niego i przytrzymując go w miejscu. Jeśli zechce oddać Mironowi, to będzie rzeź, a ja nie zdołam go powstrzymać. Ani nikt... może poza Lucyferem.

– Leon – szepnęłam błagalnie.

Czart spoglądał rozjarzonymi oczami na mnie i na mojego diabła, w końcu błysnął ząbkami ostrymi jak u rybki w stronę Mirona i powiedział:

– Dzieciaku, mógłbym cię wgnieść w ziemię za to, co zrobiłeś, ale wezmę pod uwagę to, że nie jesteś sobą, i to, że zraniłoby to moją dziewczynkę, więc ogarnij się trochę, bo jeśli spadnie jej włos z głowy, znajdę cię i porachuję twoje upadłe kości – wycedził.

Obejrzałam się na Mirona. Joshua przytrzymywał go za ramiona, Luc niespokojnie przyglądał się wnukowi, którego oczy płonęły żywą czerwienią.

– Miron – powiedział w końcu Lucyfer – krew piekielnika nie musi wygrać. Jesteś upadłym, a to daje ci prawo wyboru.

I nagle zrozumiałam, co, na piekielne zastępy, działo się z moim przyjacielem. I oby mu szybko przeszło, bo inaczej jesteśmy w dupie. Nie ma mowy, bym zdołała poskromić prawdziwego piekielnika. Leon był mieszańcem. Jego żona, diablica, była czystej krwi piekielnikiem, nie upadłą, jak Luc i Miron. Kontakt z nią przypominał obcowanie z napalmem.

– Uważaj na niego – szepnął Luc, ściskając mnie na pożegnanie. – Opiekuj się moim chłopcem.

– Jasne, jak zawsze – odpowiedziałam, zerkając jednocześnie na Mirona, który wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie podoba mu się to, że ktokolwiek mnie dotyka. Nie rwał się do bicia, ale gdyby wzrokiem potrafił uśmiercać, wszystko, co miało ptaka w spodniach i dotknęło mnie choćby palcem, leżałoby pokotem na chodniku. Potrząsnęłam głową. Do cholery, nie miałam cierpliwości do zaborczego gówna.

*

– Dora, dojeżdżamy. – Joshua delikatnie potrząsnął moim kolanem, myśląc, że śpię.

Cztery godziny w samochodzie spędziłam na granicy katatonii. Joshua był dobrym kierowcą, a GPS prowadził go prosto do celu, miejsca z mojej przeszłości, do którego nie zamierzałam nigdy wracać.

Przetarłam twarz dłońmi, poprawiłam potargane włosy i zebrałam w sobie energię. To było trudniejsze niż stawienie czoła potworom spod łóżka, trudniejsze niż pokrzyżowanie planów bogom czy stawanie przed wampirzym konklawe.

Musiałam zmierzyć się z tym, jak bardzo zawiodłam kogoś, kto znaczył dla mnie niemal wszystko. Zawiodłam i nic nie mogło tego zmienić, nie dostałam szansy na poprawę.

Samochód zjechał na żwirową drogę wiodącą przez niewielką wieś. Joshua zaparkował przed niskim białym domem pod numerem dwanaście. Przełknęłam głośno, patrząc na budynek, który ostatnio widziałam osiem lat temu. Niewiele się zmienił. Ale ja byłam już kimś zupełnie innym.

Miałam ochotę kazać Joshui zawracać, znaleźć inne miejsce. Ale to byłoby tchórzostwo. Odpięłam pas i wysiadłam. Zimno grudniowego popołudnia zmieszało się z zimnem, jakie ogarnęło mnie na wspomnienie tego, co się tu stało. Zadrżałam, ale krok za krokiem pokonywałam kamienny podjazd.

Przystanęłam dopiero przed drzwiami. Sięgnęłam do kieszeni po klucze. Na kółku obok tych do mieszkania w Thornie i w Toruniu, obok klucza na zaplecze Szatańskiego Pierwiosnka i do domu Juliany w Sopocie wisiał niewielki pomarańczowy klucz pasujący do zamka przede mną. Klucz do przeszłości, do domu... Gdy dotknęłam klamki, impuls elektryczny, jaki przeskoczył na moją skórę, sprawił, że odskoczyłam, niemal przewracając się na kamiennych schodach. Joshua chwycił mnie w pasie. Miron wciąż stał oparty o samochód.

– Nie chce mnie – szepnęłam – ten dom mnie nie chce...

– Nie, kocie, to ty się go boisz. Co to za miejsce?

Nie odpowiedziałam, przez chwilę wpatrywałam się w pociemniałe szyby. Kiedyś witały mnie blaskiem lamp, przywoływały ciepłem. Ale wtedy ona tu jeszcze była. Bez niej dom był martwy. Pchnęłam drzwi i przekroczyłam próg, spodziewając się w duchu, że padnę trupem albo trafi mnie piorun. W pełni zasłużenie.

Rozdział 2

Dom był niewielki, ale wygodny. Wąska sień prowadziła do kuchni, za nią był przechodni pokój, dalej mały korytarz, dwa idealnie kwadratowe pokoiki, łazienka i spiżarnia. Z sieni drugie drzwi prowadziły do przybudówki, mieszczącej warsztat dziadka, do którego można też było wejść bezpośrednio z podwórka. Przy warsztacie był jeszcze niewielki pokoik, w którym dziadek przechowywał skończone meble, spotykał się z klientami, palił fajkę z sąsiadem – babcia nie chciała, by palił w domu. Często widywałam go, jak siedział na wersalce przykrytej wełnianym, zrobionym na szydełku pledem, nad szklanką herbaty – tak czarnej, że aż gęstej – w metalowym koszyczku stojącą na stoliku, i z fajką o ceramicznym cybuchu w ręce. Babcia nazywała ten pokoik kawalerską jaskinią dziadka.

Obchodziłam teraz wszystkie te pomieszczenia, starając się zachować chłodną głowę, nie myśleć, nie pamiętać, nie wspominać. To był obchód, konieczność, jeśli chciałam mieć pewność, że będziemy bezpieczni. Wyszłam przed dom, by rozejrzeć się po obejściu. Prostokątne podwórko było otoczone budynkami. Dom i warsztat zamykały dwa boki prostokąta, naprzeciw domu stała drewniana stodoła, ostatni z boków zajmowały budynki gospodarcze – mała obora, spichrz, komórka na narzędzia. Całość, ogrodzona drewnianym płotem, niewiele zmieniła się, odkąd byłam tu ostatnio. Na prawo od domu wciąż był sad, a w nim kilka jabłoni i wiśni, studnia nadal miała zamontowany drewniany daszek zamykany na kłódkę – zabezpieczenie założone przez dziadka, gdy jako dzieciak nie przestawałam nawijać o skrzatach mieszkających w studni i kilka razy przyłapano mnie, jak zaglądałam do niej, przechylając się mocno nad cembrowiną.

Zamknęłam metalową bramę wiodącą na żwirową drogę, którą tu przyjechaliśmy. Przeszłam przez podwórko, by upewnić się, że drewniana furtka prowadząca na łąkę za stodołą też jest zamknięta. O wiele łatwiej było stworzyć porządny i duży krąg ochronny, jeśli przestrzeń była wyraźnie wydzielona. Płot stanowił wystarczające ograniczenie i otaczał całe gospodarstwo. Zakładałam kolejne zaklęcia: szpiegowskie, ochronne, izolujące. Magia we mnie była nieco kapryśna, szarpała, zamiast wypływać łagodnie, bez wątpienia potężniejsza niż ta, jaką dysponowałam przed zawiązaniem triumwiratu, ale w jakimś stopniu bardziej niepokojąca, bo trochę obca. Przymknęłam oczy, by sprawdzić efekt. Delikatne, ale mocne pole siłowe otaczało podwórze. Byliśmy bezpieczni, do pewnego stopnia. Nałożyłam ostatnią pieczęć na zaklęcie ochronne i poczułam, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Zużyłam więcej energii niż zakładałam. Usiadłam na ośnieżonej ławce przy studni i westchnęłam. Do słabości nie zamierzałam przywyknąć jeszcze długie lata. Może na emeryturze przyjmę ją z godnością, ale biorąc pod uwagę moją teoretyczną nieśmiertelność, minie jeszcze sporo czasu, nim to nadejdzie.

Dochodziła siedemnasta, zmierzchało. Gdyby nie śnieg, od którego odbijało się sporo światła, byłoby już praktycznie ciemno. Nie lubiłam tej pory roku, za zimno, za ciemno i smutno.

Czułam zapach wilgoci, unoszący się z zimnych kamieni cembrowiny. Oparłam o nie pulsującą i rozpaloną głowę i odpłynęłam myślami.

– Nie skupiaj się na tym, co było złe. – Głos Joshui zabrzmiał w ciszy jak wystrzał, aż podskoczyłam. – Wybacz, kotek, nie chciałem cię wystraszyć.

– Nie ma sprawy, jestem nerwowa i tyle.

– Będzie dobrze, mam przeczucie, że znów spadniemy na cztery łapy, jak zawsze, w końcu jesteś kotek, nie? – zaśmiał się.

Kotek, to było jego specjalne określenie. Jakoś to mętnie tłumaczył, że niby jestem taka ciepła i mruczę przez sen, ale myślę, że po prostu lubił nazywać mnie tak, jak nikt inny nie śmiałby z obawy przed moim prawym sierpowym. Wiedział, że nigdy bym go nie uderzyła. I może chciał jakoś zaznaczyć swój wyjątkowy status. Skoro Miron mógł nazywać mnie słonkiem, on mógł mnie nazywać kotem. Dla mnie zawsze był ptaszyną, moim Aniołem Stróżem, przyjacielem. Nadanie pieszczotliwych przezwisk było najprostszym sposobem na zaznaczenie bliskości i praw, jakie przyznaliśmy sobie nawzajem. Prawa do uważania się za rodzinę. A to, że nikt inny nie odważyłby się ich użyć, tylko wzmacniało efekt wyłączności.

– Mówiłem poważnie, Dora, nie koncentruj się na tym, co złe. W tym miejscu jest tyle dobrych wspomnień, miłości, dobrej energii, czuję ją, czuję tu twoje ślady. – Kucnął przy mnie i spoglądał na dom.

– To prawda, to dobre miejsce – powiedziałam cicho. – Czułam się tu naprawdę szczęśliwa. Babcia była cudowna, dziadek też... Kochali mnie i nigdy nie dawali poznać po sobie, że jestem dziwna, zbyt inna, by zasłużyć na miłość. Spędzałam tu sporo czasu, wakacje, ferie, to tu uciekałam jako dziecko czy nastolatka. Miałam siedem lat, gdy uciekłam pierwszy raz i sama przyszłam tu przez las, dzielący tę wieś od miasteczka, w którym wówczas mieszkałam. Prawie dziesięć kilometrów, zajęło mi to cały dzień. Przyszłam i powiedziałam babci, że wilk mnie tu przyprowadził.

– Tak było? – Joshua był zaskoczony.

– Nie wiem – zaśmiałam się – jako dziecko miałam nieograniczoną wyobraźnię, sama nie wiem, czy był tam ten wilk, czy tylko go sobie wyobraziłam, ale dlaczego wilk miałby prowadzić dziecko przez las?

– Nie wiem, może dlatego, że to dziecko jest wnuczką Faoiliarny?

Przez chwilę patrzyłam na niego z półotwartymi ustami.

– Naprawdę tak myślisz?

– Dlaczego nie?

Właściwie, dlaczego nie? Wtedy nie wiedziałam o połowie rzeczy, jakie miały miejsce na ziemi, nie wiedziałam o alternatywnym świecie, o tym, że jestem magiczna, że jestem wiedźmą. Dowiedziałam się niedługo przed osiemnastymi urodzinami. Dopiero kilka miesięcy później przeszłam szkolenie, choć inne magiczne dzieci przechodziły je w przedszkolu.

– Joshua, ja nigdy o tym nie myślałam, ale przez całe dzieciństwo wciąż opowiadałam dorosłym o stworzeniach, o wróżkach, wodnikach, skrzatach, które, jak twierdziłam, bawiły się ze mną. Wszyscy myśleli, że mam bujną wyobraźnię, że dziewczynka z zielonymi włosami to moja wersja wymyślonej przyjaciółki, ale co jeśli to było prawdziwe? Jeśli ja ich wtedy widziałam? Jeśli tamten świat nawiązywał ze mną jakiś kontakt? – Głos mi drżał, gdy tylko uświadomiłam sobie znaczenie tych założeń dla mojego ówczesnego życia.

– Nie powinnaś pamiętać wszystkiego? Przecież jesteś magiczna, myślałem, że tylko ludzie zapominają o spotkaniach z przedstawicielami świata alternatywnego?

– Pamiętam, ale to wszystko jest lekko rozmyte, jakby było czymś ze snu... może dlatego, że nie byłam szkolona, nie przeszłam inicjacji... To byłoby coś niesamowitego, Joshua...

– Nie byłaś sama, nie byłaś obca, tamten świat cały czas był przy tobie – podsumował z typową dla siebie przenikliwością.

Kiwnęłam tylko głową.

– Kiedy byłaś tu ostatnio? – Lekkość, z jaką zadał to pytanie, nie przysłoniła faktycznej troski.

– Osiem lat temu.

– Co się wtedy wydarzyło?

Westchnęłam. Naprawdę nie wiedziałam, jak mu o tym powiedzieć.

– Przyjechałam na godzinę. Zamknęłam dom, oddałam zwierzęta sąsiadom, dałam im wszelkie pełnomocnictwa na użytkowanie ziemi i wróciłam do Torunia.

Spoglądał na mnie bez słowa i czekał, aż powiem coś więcej o okolicznościach tej wizyty, ale wstałam i otrzepałam spodnie na pupie.

– Sąsiedzi wywiązali się z obietnicy, dbali o dom, widzę nową rynnę, płot jest w dobrym stanie, w domu nie ma zacieków ani śladów wilgoci... Wszystko na swoim miejscu. Chodź, ptaszyno, trzeba coś zjeść, od tego śniadania i przegryzki w KFC po drodze minęło zdecydowanie zbyt wiele czasu – zmieniłam temat.

Nie protestował, poszedł za mną do domu i tylko pociemniałe oczy podpowiadały mi, że wcale nie jest zachwycony moją rejteradą i wróci jeszcze do tematu. Oby nieprędko.

*

Miron, słysząc nasze kroki, uniósł wzrok znad stołu. Kanapki na talerzu piętrzyły się apetycznie. Praktyczna Katarzyna przyniosła nam na pożegnanie torbę z prowiantem, domyślając się, że żadne z nas nie pomyśli o zatrzymaniu się na zakupy. Miron nie mówił wiele przez całą podróż, teraz też był dziwnie milczący. Nie potrafiłam rozpoznać, czy nadal był podminowany, czy było mu głupio za wcześniejsze zachowanie.

Skłaniałam się ku tej drugiej opcji, wkurzony nie zadałby sobie trudu zrobienia kolacji, rozpalenia w kaflowym piecu i kuchni węglowej, na której teraz posykiwał duży żeliwny czajnik. Było ciepło i przytulnie.