Wydawca: WAB Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 284 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zwłokopolscy - Marcin Pałasz

Tajemnicza rodzina Kovvalskich od setek lat ścigana jest po świecie przez nieustępliwych wrogów. Gdy Kovvalscy osiedlają się w małym miasteczku nieopodal Wrocławia, zaczynają dziać się dziwne rzeczy: pościgi, nocne najścia... Paranormalne zdolności Kovvalskich oraz mrocznej istoty zwanej Gerardem powoli przestają wystarczać. Co ma z tym wszystkim wspólnego zwariowana zakonnica, siejąca postrach swoim przedpotopowym automobilem? Gdy zaś do akcji włącza się Ferdynand - zwany pieszczotliwie i nie bez powodu Szkodnikiem - sprawy nabierają już po prostu zabójczego tempa!

Z recenzji poprzedniej książki:

Autor stawia na dynamiczne przygody i sam dobrze bawi się przy pisaniu - to widać podczas lektury. Pałasz to twórca, do którego można mieć zaufanie - jego powieści podobają się wszystkim, którzy po nie sięgnęli.
tu-czytam.blogspot.com

Opinie o ebooku Zwłokopolscy - Marcin Pałasz

Fragment ebooka Zwłokopolscy - Marcin Pałasz

Marcin Pałasz

Zwłokopolscy

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Redaktor serii: Natalia Sikora

Redakcja: Paweł Gabryś-Kurowski

Korekta: Zuzanna Kowalska, Joanna Stryjczyk

Projekt graficzny serii, I strony okładki i ilustracje we wnętrzu: Olga Reszelska

Projekt logo serii: Joanna Rusinek

Skład i łamanie: www.pagegraph.pl

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-357-3

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Gdzieś tam w Europie Miesiąc wcześniej

– Natychmiast proszę przestać się pocić! – zażądał prezes wściekłym głosem, patrząc na swojego podwładnego i marszcząc groźnie brwi. – Klimatyzacja w końcu nie wytrzyma takiej wilgotności powietrza!

Zaufany sekretarz prezesa, siedząc na pięknym, acz zaskakująco niewygodnym krześle przed biurkiem swojego szefa, kwiknął z przerażeniem i nerwowo zamrugał. Wytężył się i spróbował przestać się pocić, czując zarazem, jak kolejna strużka spływa mu po czole. Wytężył się więc jeszcze bardziej, ale efekt był taki, że kilka kropel potu spadło mu z nosa na kolana.

Prezes Coulthard zawsze go onieśmielał – zarówno swoim nienagannie skrojonym garniturem z idealnie dobranym krawatem, jak również imponującą posturą, krótką siwą bródką, a przede wszystkim – lodowatym spojrzeniem stalowych oczu. Sam wprawdzie powiedziałby, że kolor oczu prezesa oscyluje pomiędzy siwym a szarawym, niemniej sekretarka powiedziała mu w zaufaniu, że prezes lubi wzmianki na temat jego stalowego spojrzenia.

Zapatrzył się w krawat prezesa, na którym dziś widniał ptaszek Tweety na granatowym tle. To dodatkowo go dekoncentrowało.

– Powtarzam raz jeszcze – powiedział prezes złowieszczo aksamitnym głosem. – Gdzie oni są?!

Sekretarz głośno przełknął ślinę, powstrzymując odruchową, gwałtowną chęć, by uciec jak najdalej. Na przykład na Wyspy Kanaryjskie… chociaż nie; prezes miał tam jedną ze swoich willi. Może Nepal? Albo Arktyka? Eskimosi podobno są bardzo sympatyczni…

Mężczyzna za biurkiem, widząc cokolwiek otępiałe spojrzenie swojego podwładnego, westchnął głęboko i postanowił spróbować nieco innych metod. Ten sekretarz, w sumie młody jeszcze chłopak, był cholernie zdolny, najwyraźniej jednak przejawiał syndrom strachu przed władzą.

– Czy są jakiekolwiek nowe wiadomości? – spytał możliwie łagodnym tonem. – Proszę się nie bać, tylko sensownie odpowiedzieć. Czy nasi agenci wpadli na jakiś nowy trop?

Sekretarz drgnął. Łagodny ton prezesa spowodował, że w jego wyobraźni pojawił się obrazek przedstawiający kota usiłującego namówić mysz do wspólnej zabawy.

Mimo wszystko sekretarz skupił się na pytaniu, które brzmiało nieco lepiej od poprzedniego.

– Johnson powinien wrócić lada chwila – wybełkotał wreszcie, starając się odpędzić sprzed oczu obraz prezesa porośniętego sierścią i prężącego się w słońcu. – Właśnie czekamy na niego. Wraca z Europy.

– Nie mamy zbyt wiele czasu – mruknął z zatroskaniem prezes, przesuwając stojącą przed nim na biurku figurkę kota Sylwestra nieco bliżej Kaczora Donalda. – Wyniki finansowe za ubiegły rok są tragiczne. Dział badawczy jest w stanie wyprodukować wszystko, tylko nie szczepionkę… O, proszę! – Coulthard ze wzburzeniem zamachał opasłą teczką. – Tu jest wszystko, co osiągnęli! Wyhodowali bakterie powodujące łysienie, wypadanie zębów, co tylko chcesz! Jedynie to potrafimy zrobić! Jesteśmy w stanie podstępnie zarazić ludzi wszystkim, czym zapragniemy! A co z lekami, pytam?! Zarazić to nie sztuka, ale musimy mieć lekarstwo, aby na nim zarabiać!

– Podobno wyprodukowali coś na zęby – powiedział niepewnie sekretarz, usiłując sobie przypomnieć wczorajsze sprawozdanie rady badawczej koncernu. – Zdaje się, że…

– Tak!!! – wrzasnął prezes, zrobił się purpurowy i trzasnął teczką w blat biurka, miażdżąc przy tym figurkę Myszki Miki. – Wyprodukowali! Ochotnikom testującym lek wyrosły zęby, owszem! Ale w uchu! A jednemu dodatkowo między palcami u nóg! Panie Scary, nie o to nam chodzi!

– Myślę, że odszkodowanie załatwi sprawę – rzekł niepewnie Scary, ciesząc się w duchu, że dwa lata temu zgłosił swoją kandydaturę na sekretarza, a nie na ochotnika testującego nowe specyfiki produkowane przez koncern. Niepokój budziła sama myśl o tym, co i w jakich miejscach mogłoby mu teraz wyrosnąć po przyjęciu tych leków.

– Jakie odszkodowanie? – spytał sceptycznie prezes, po czym spojrzał na blat biurka, z którego oskarżycielsko wpatrywało się w niego jedno oko Myszki Miki, oddzielone od reszty, rozrzuconej dookoła. – No nie, moją kolekcję znowu szlag trafił… Posklejasz to potem. A o odszkodowaniach nie ma nawet mowy.

– Ochotnicy nie będą protestować? – odważył się spytać sekretarz, ponuro wpatrując się w szczątki upiornej myszy, w ilości około dwustu, najmarniej licząc. Sklejanie potrwa tym razem trochę dłużej niż zwykle. Czy ten dział badawczy musiał przysyłać szefowi takie potwornie obszerne, masywne i ciężkie sprawozdania?!

– Protestować? – skrzywił się prezes, bębniąc palcami po blacie. – Zwłoki nie protestują.

– Zmarli od skutków ubocznych? – przeraził się Scary, podrywając się z krzesła i ocierając kolejne strużki spływające mu po czole. – Mój Boże, oni są zwłokami…

– Pan znowu się poci – skarcił go szef, cmokając z dezaprobatą. – Poproszę dział badawczy, aby zaaplikował panu jeden z nowych, testowanych właśnie specyfików na tę przykrą dolegliwość. A ochotnicy nie zmarli na skutek żadnych tam skutków ubocznych. Zanim zdążyły wystąpić, zajął się nimi Hermann.

– Nie!… – kwiknął sekretarz, nie bardzo wiedząc, dlaczego: z przerażenia na samą myśl o spożyciu jakiegoś nowego preparatu, czy też na skutek wizji Hermanna, budzącego grozę specjalisty do spraw delikatnych. Tak przynajmniej nazywał go prezes, każdy przy zdrowych zmysłach jednak wiedział, że Hermann to człowiek, który bez zbędnych pytań po prostu pozbywa się problemów. Także tych na dwóch nogach.

Najgorsze było to, że nikt, absolutnie nikt – może poza samym prezesem – nie wiedział, jak Hermann naprawdę wygląda, nie mówiąc już o tym, jak naprawdę się nazywa. Enigmatyczny osobnik czasem objawiał się jako mały, drobny staruszek o drżącym głosie, a następnego dnia, po kolejnym wykonanym zadaniu, wkraczał do sekretariatu jako brutalny osiłek w skórzanym stroju motocyklisty. To potrafiło wzbudzić wątpliwości i uzasadniony niepokój. W dodatku zawsze, za każdym razem, z dziwnym zainteresowaniem przypatrywał się nieszczęsnemu sekretarzowi, co sprawiało, że zaczynał pocić się bardziej niż zwykle. I jak tu żyć? Jak tu wydajnie pracować?!

Zza pleców sekretarza dobiegł delikatny odgłos otwieranych drzwi, po czym dał się słyszeć słaby głos sekretarki.

– Panie prezesie? Przybył agent Johnson.

– Znakomicie! – wrzasnął uradowany prezes, zrywając się ze swojego obszernego, skórzanego fotela. – Nareszcie! Wprowadzić!

– Johnson jest w złym stanie – dodała niepewnie sekretarka. – Przywiózł go Hermann…

– Nieważne! – zatarł dłonie Coulthard. – Byle tylko był w stanie porozmawiać ze mną i moim sekretarzem… Zaraz, panie Scary? Gdzie pan jest, u diabła?!

Odpowiedziało mu milczenie.

– Panie Scary! – zaniepokoił się prezes, rozglądając się po gabinecie. Natknął się jedynie na puste spojrzenie Myszki Miki w stroju królowej Anglii, spoglądającej na niego z jednego z portretów na ścianie. – Co się z panem stało?!

– Jestem pod biurkiem – dobiegł skądś z dołu stłumiony głos sekretarza. – Nie wyjdę.

– A to czemu? – zdumiał się szef, kiwając zarazem dłonią na Hermanna, który akurat wtaczał do pokoju szpitalne łóżko na kółkach z czymś długim, przykrytym białą płachtą. Sanitariusz, drepczący u boku, trzymał tymczasem stojak z kilkoma krop-lówkami, od których rurki prowadziły gdzieś pod prześcieradło.

– Niepokoi mnie obecność Hermanna – padła odpowiedź. – Proszę powiedzieć, jak dziś wygląda?

Hermann z zadumą przygładził czerwoną, obcisłą suknię wieczorową i poprawił długie blond włosy. Niesforny loczek wciąż zasłaniał mu czoło, czego bardzo nie lubił, niemniej wydepilowane nogi w szpilkach ze skóry krokodyla zwiększały jego psychiczny komfort.

– Niczym Nicole Kidman – warknął prezes, schylając się i zaglądając pod biurko. Jego wzrok napotkał wytrzeszczone oczy sekretarza, co wzbudziło w nim lekki niesmak. – Panie Scary, czy między wami coś jest nie tak? Chyba zamówię wam wspólną sesję u firmowego psychoanalityka.

– Nie! – wrzasnął z przerażeniem sekretarz, po czym usiłując zachować resztki godności, wypełzł spod biurka i stanął sztywno wyprostowany, z rękami dumnie założonymi na piersi. Tej godnej pozycji zaprzeczało jednak drżenie jego łydek. – Ja… ja tylko zgubiłem tam szpilkę od krawata.

– Nie ma pan krawata – warknął prezes, przewracając oczami. Następnie skupił uwagę na nowo przybyłych. – Johnson? Jesteś tam?

Spod prześcieradła dobiegł żałosny i bolesny jęk.

– A więc jest – mruknął szef z zadowoleniem. – Jak przebiegł lot?

Kolejny jęk sprawił, że prezes zatarł dłonie z zadowoleniem.

– Pracownikom nie może być zbyt dobrze – rzekł do sekretarza konspiracyjnym szeptem. – To sprawia, że się rozbestwiają i żądają coraz więcej. A wtedy stają się ochotnikami do testów.

– Ach…

– Nie kwicz. I przestań się pocić albo każę ci stać w misce. Hermann? Co z Johnsonem?

– Zaraz zacznie mówić – odparł Hermann miękkim, aksamitnym sopranem, po czym uniósł nogę i wbił wysoki obcas w to, co znajdowało się pod prześcieradłem. – Johnson? Zdaj raport.

– Wy… wyjmij to – wyrzęziło spod białej tkaniny. – Wbijasz mi to w tchawicę.

Hermann przewrócił oczami i posłusznie postawił nogę na ziemi. Potem z wdziękiem usiadł w jednym ze skórzanych foteli dla gości, otworzył torebkę, wyjął puderniczkę i zaczął poprawiać rozmazany nieco makijaż.

Sekretarzowi na ten widok zrobiło się słabo, zwłaszcza wtedy, kiedy Hermann niespodziewanie uniósł wzrok i puścił do niego oko. Cofnął się niepewnie o krok i udał, że nie widzi pasów do pończoch wystających z torebki tego straszliwego człowieka.

– Gdzie oni są?! – warknął prezes, biegając wo-kół noszy, podczas gdy sanitariusz gmerał przy kroplówce, zwiększając dawkę środków przeciwbólowych. – Mów natychmiast! Zdobyłeś jakieś informacje?!

Podniósł jeden koniec prześcieradła i zmarszczył z niesmakiem nos na widok owłosionych męskich stóp.

– Czemu nikt mi nie powiedział, gdzie on ma przód?! – zagrzmiał z wściekłością, biegnąc do drugiego końca noszy.

– Sami nie byliśmy pewni… – usiłował tłumaczyć się sanitariusz, jednak natychmiast zamilkł, porażony wzrokiem prezesa. Pospiesznie pokręcił zaworem kroplówki, choć w zasadzie było to już zbędne.

Szef ostrożnie uniósł drugi koniec tkaniny i z zadumą spojrzał na to, co znajdowało się pod spodem.

– Nie dziwię się – mruknął w stronę sanitariusza, który odetchnął z ulgą, i usiadł na podłodze, nie zwracając najmniejszej uwagi na sekretarkę, akurat dyskretnie zamykającej za sobą drzwi. – Johnson? Słyszysz mnie?

– Słyszę – wybełkotała masa leżąca na noszach. – Przepraszam, że wyglądam niekorzystnie. Spuch-łem.

– Od czego?!

– Od polskiego bigosu. Okazało się, że mam uczulenie na kapustę i polskie grzyby.

– Co, u licha, robiłeś w Polsce?! – zdumiał się prezes. – Tylko nie mów mi, że znowu poniosły cię hormony! Wiem, że polskie piosenkarki są atrakcyjne, ale przecież miałeś zadanie!

– To nie piosenkarki – wybełkotał Johnson, otwierając jedno oko. – Zresztą nieważne. Panie prezesie, dopadłem ich. To znaczy, zlokalizowałem. Chyba.

– Chyba?

– Niemal na pewno. Po ucieczce z Niemiec zmienili nazwisko.

– Przecież wcześniej byli w Stanach Zjednoczonych! – zdumiał się szef, tupiąc nogami. Hermann, widząc to, pogroził Johnsonowi palcem.

– Nie denerwuj pracodawcy – zaszczebiotał, zalotnie trzepocząc rzęsami, na widok czego sekretarz Scary poczuł przerażające łomotanie serca. – Pamiętaj, że możesz stracić premię!

– Niech cholera weźmie premię – rzekł ponuro Johnson. – Owszem, mieszkali w Stanach, nazywali się Smith. Potem wyemigrowali do Niemiec, jakieś dwadzieścia lat temu… Tam przybrali nazwisko Müller.

– A teraz?! – zagrzmiał w końcu prezes, gdy przerwa w zeznaniu Johnsona wydała mu się zbyt długa. – Johnson?! Co się z tobą dzieje, u licha?!

Sanitariusz z zakłopotaniem zerknął na dozownik leków i z przerażeniem spostrzegł, że pomylił środek przeciwbólowy z nasennym.

– Prezesie? – szepnął Johnson, patrząc na szefa z rozczuleniem. – Pan jest taki podobny do mojego pluszowego misia… Nazywał się Robert. Wiedział pan o tym?

– Ja oszaleję! – wrzasnął prezes, unosząc pięści w górę. – Jaki znowu miś?! Jeśli polski bigos ma takie skutki uboczne, ONZ powinna wprowadzić zakaz turystyki w tych stronach! Albo używać go przeciwko wrogom podczas walk w Afganistanie!

Sanitariuszowi udało się ukradkiem podać agentowi podwójną dawkę środka pobudzającego produkcji własnego koncernu. W efekcie Johnon najpierw dostał niekontrolowanych drgawek, a potem spojrzał nieco przytomniej.

– Jaki miś? – spytał z urazą. – Panie prezesie, ja nic nie wiem o żadnym misiu. Skupmy się na obowiązkach służbowych. Oni są teraz w Polsce.

– Dzięki Bogu, wreszcie do czegoś dochodzimy – odetchnął prezes z głęboką ulgą. – Czyli jest szansa złapać ich i przeprowadzić testy. Bez tej rodziny nie mamy szans na opracowanie nowych leków, rozumiecie to?! Zarząd mnie zwolni, firma straci miliardy, a ludzkość… ludzkość nie pozna lekarstwa na nasze nowe bakterie wywołujące łysienie i wypadanie zębów. Chociażby. Bo przecież pracujemy już nad wyhodowaniem wirusa strusiej grypy, prawda? Właśnie, Scary, co osiągnęliśmy?

Sekretarz drgnął nerwowo i ponownie wrócił myślami do wczorajszego sprawozdania działu badawczego.

– Hmm, tak – zaczął niepewnie. – Niestety z tego, co wiem, w dziale badawczym pomylono probówki z DNA. Zamiast kodu genetycznego aus-tralijskich strusi, najpierw wzięto DNA kangurów, a potem dziobaka i kolczatki…

– Co takiego?! – prezes ponownie spurpurowiał. – Co to znaczy: dziobaka?!

– To takie zwierzę. Rdzennie australijskie.

Szef opadł bezwładnie na fotel i zaczął wachlować się egzemplarzem czasopisma „Disney World”.

– I jakie są efekty? – spytał beznadziejnie. – Tylko nie mów, że ochotnicy zaczęli się dziobać.

– Nie – odchrząknął Scary z pewnym zakłopotaniem. – Po przyjęciu dawki wirusa zaczęli poruszać się w nieco nieprzewidywalny sposób oraz…

– Nieprzewidywalny? Co to ma znaczyć?!

– Skaczą – wyjaśnił Scary, zamykając oczy, gdyż Hermann znów puścił do niego oko, malując zarazem usta krwistoczerwoną szminką. – Poruszają się skokami, dość nieskoordynowanymi. To wszystko przez te kangury.

– Litości – wyszeptał prezes słabym głosem. – Mam nadzieję, że tylko skaczą? Nie ma innych efektów ubocznych?

– Jak by to panu powiedzieć… – zatroskał się sekretarz, przestępując z nogi na nogę, co chyba nadzwyczajnie spodobało się Hermannowi. – Skakanie to tylko początek. Zaraz potem zaczęli namiętnie pływać w przydzielonym im basenie, założyli gniazda, połączyli się w pary i złożyli jaja. Niektóre już się wykluły. Ale zapewniam pana, że mężczyźni karmiący piersią nie wyglądają wcale tak absurdalnie, jak mogłoby się to wydawać.

– Nie – wyrzęził prezes, tym razem dla odmiany siniejąc. – Nie, dość tego! Hermann?! Wytłucz cały personel działu badawczego! Chociaż nie, oszczędź doktor Ambrose, ona ma takie… To znaczy, ona jest kompetentna. Jej asystentki też mogą zostać. Ochotnicy mają zniknąć! Aha, trzeba też opróżnić basen.

Sanitariusz posłusznie schylił się po szpitalny basen ustawiony pod noszami Johnsona, po czym jęknął, gdy dostał po głowie kantem okładki „Disney World”.

– Nie ten basen i nie do ciebie mówiłem! – wrzasnął prezes, zrywając się na równe nogi. – Johnson?! Mów dalej! Są w Polsce, to już wiemy. Co więcej?

– Więcej tej kroplówki poproszę – mruknął rozmarzony agent, wpatrując się w sufit. – O, babcia? Jak pięknie wyglądasz! A co u dziadka?

Sanitariusz, nie czekając na kolejny cios, pospiesznie podał Johnsonowi kolejną dawkę środka pobudzającego. Najgorsze skutki uboczne firmowe-go leku, o których wiedział, jeszcze się nie pojawiły, choć czarna szczecina w uszach agenta była mrocznym preludium do tego, co miało się stać w najbliższym czasie. Chciał zamknąć oczy, ale jakoś się powstrzymał.

– Mówiłeś, że są w Polsce… – powtórzył prezes znękanym głosem. – Co dalej?!

– Babcia jest w Polsce? – zdumiał się Johnson, ale już po chwili jego wzrok stał się nieco bardziej przytomny. – Ach tak, to pan prezes! Wie pan, co odkryłem w czasie mojej misji?

Prezes jęknął, zachwiał się lekko, po czym podsunął ramię sanitariuszowi. Ten przez chwilę wpatrywał się w niego z osłupieniem, po czym posłusznie podłączył mu kroplówkę.

– Mów – wysyczał wściekle szef, marszcząc brwi i wlepiając morderczy wzrok w jednego ze swoich najlepszych agentów. – Bo jak nie, to…

– Przecież cały czas mówię! – odparł agent z wyrzutem, patrząc na niego oczami, wokół których co chwilę pojawiały się coraz to nowe i dłuższe rzęsy. – Tylko trochę źle widzę. Oni są w Polsce, w takiej wiosce Pietrzyków. Pod Wrocławiem. Nazywają się teraz…

Powiedziawszy to, dziwnie zdrętwiał i zrobił się niebieski. Sanitariusz speszył się nieco i uznał, że dawka środka pobudzającego była jednak odrobinę za duża.

– No? – spytał niecierpliwie prezes. – Nazywają się… jak?!

– Blebleble – wybełkotał agent, uśmiechając się z błogością i chwytając go za rękę. – Bleble?

– Co takiego?!

– Bleble – odparł stanowczo Johnson, przewrócił oczami i zamarł na dobre.

Na długą chwilę zapadła cisza.

W końcu prezes zamrugał gwałtownie, gdyż nagle zaczęły przeszkadzać mu jego własne rzęsy, po czym spojrzał wściekle po obecnych i skupił wzrok na Hermannie.

– Hermann? – zaczął cicho i złowieszczo. – Teraz już dokładnie wiesz, gdzie oni są. Za miesiąc chcę ich mieć w naszych laboratoriach. Żywych. I wszystkich! To znaczy, najważniejszy jest dla nas syn. Szczeniak ma cechę, która jest dla nas bezcenna! To świeżo upieczony gimnazjalista, więc nie powinniście mieć żadnych problemów. Ale jeśli uda się dorwać kogokolwiek z pozostałych, zwłaszcza ojca, to jeszcze lepiej. Tym bardziej, że on podobno jest w zarządzie IRD.

– Czy pojedzie ze mną Scary? – spytał beztrosko Hermann, chowając szminkę do torebki i podnosząc się z fotela. – Dobrze wpływa na moją wydajność pracy. I mój nowy image…

W tym momencie nieszczęsny sekretarz zemdlał.

I w sumie było to chyba najlepsze wyjście.

Bar Rusałka Miesiąc później

– Nie chcesz wiedzieć, jak to wyglądało, kiedy jeszcze żyło – rzekła beznamiętnie Gabi, pogardliwym ruchem podbródka wskazując to, co leżało za szybą. – O ile, oczywiście, w ogóle kiedyś żyło.

– Na pewno żyło to, co ciocia Adela chciała dziś przyrządzić na obiad – bąknął ze smutkiem Egon, patrząc zachłannie na stek widniejący za szybą na podgrzewanej płycie kuchennej baru Rusałka. – Ale uciekło, zanim zdążyła to rozbić na kotlety.

Poczułem się w obowiązku sprostowania niektórych informacji.

– Niekoniecznie żyło – oznajmiłem z godnością. – Być może było efektem najnowszych eksperymentów genetycznych.

Gabi spojrzała na mnie z politowaniem, tak jak tylko ona potrafiła. Poczułem się niepewnie, Egon zaś – jak zwykle – zapatrzył się w nią z podziwem w oczach. Od niedawna, czyli od kiedy zamieszkał u nas, na idola wybrał sobie bowiem nie mnie (na czym w sumie by nie stracił), ale właśnie Gabi. Szczególnie od momentu, gdy naczytała się wiktoriańskich romansów i wtrącała często do rozmowy dziwnie wielkopańskie sformułowania.

– Po prostu nie było pierwszej świeżości, jak to zwykło się podawać w dobrych domach – oświadczyła, kładąc nienawistny akcent na słowo „dobrych”. Miałem ochotę ją kopnąć, ale mama uczyła mnie kiedyś, że to niezbyt grzecznie.

– Widocznie odpełzło z właściwą sobie godnością – warknąłem, usiłując ratować reputację rodziny. – Tak właśnie bywa w dobrych domach.

Byłem świadom, że wieprzowina w plasterkach nie może odpełznąć z godnością, przynajmniej bez pomocy ciotki Adeli, a Gabi zdawała sobie z tego sprawę równie dobrze, jak ja. Znaliśmy się w końcu od ponad roku – spędziliśmy w jednej ławce całą szóstą klasę, od kiedy moja rodzina sprowadziła się do Pietrzykowa. Trochę się bałem, że rozdzieli nas zmiana szkoły, więc teraz cieszyłem się bardzo, że Gabi wybrała to samo gimnazjum, co ja – czyli to nasze najbliższe, pietrzykowskie. Teraz zaś w tej samej klasie miał być z nami Egon. To już budziło pewien niepokój, ale miałem nadzieję, że jakoś damy radę.

Niezależnie od wszystkiego Egona należało jednak chronić przed natłokiem informacji. Chociaż mieszkał w moim domu od dwóch miesięcy, wciąż nie wiedział o pewnych podstawowych rzeczach. Ciarki mnie przeszły na myśl o tym, że tata przestawia właś-nie VALKIRIĘ, czyli nasz domowy moduł sztucznej inteligencji w taki sposób, aby wreszcie zaczął odzywać się do biednego Egona. Do tej pory VALKIRIA miała kategoryczne zalecenie, by Egona ignorować, aby oszczędzić mu wstrząsu psychicznego. Oczywiście u Egona, a nie u komputera. Ten akurat był dość odporny.

Ale w końcu nie każdy ma dom, który wita go po powrocie z pracy lub ze szkoły, dba o zaopatrzenie lodówki i przyjemnie podejmuje gości. Oraz, oczywiście, odpowiednio nieprzyjemnie traktuje intruzów.

Chwilowo interesowało mnie, czego przez pomyłkę użyła ciotka, skoro wieprzowina wykazała taką inwencję i ruchliwość. Nie zmieniało to faktu, że na skutek ucieczki obiadu byliśmy skazani na bar pana Kińskiego, gdyż naleśniki z mielonego prosa – czyli awaryjna propozycja ciotki – wydały nam się dziwnie niestosowne.

W końcu wybraliśmy sobie placki ziemniaczane, które były chyba stosunkowo bezpieczną alternatywą dla steków. Stek wzięliśmy tylko dla Püdla, który najpierw obwąchiwał go z rosnącym zainteresowaniem, a potem zaczął chciwie pożerać, co stanowiło wymowny znak, że posiłek z pewnością był szkodliwy dla zdrowia. Moim zdaniem samobójcze skłonności tego psa powinny być dla Gabi powodem do zmartwienia, jej jednak zawsze udawało się w porę wyjąć jego łeb z piekarnika albo też wyłowić go z dna wanny wypełnionej wodą.

Egon wyciągnął swoją przeraźliwie chudą postać nad stołem i sięgnął po solniczkę. Przypominał nieco modliszkę, co zawsze trochę mnie niepokoiło. Stanowczo powinien trochę przytyć. Brałem jednak poprawkę na to, że szesnaście lat życia w bieszczadzkich lasach, w całkowitej izolacji od współczesnego świata, a zwłaszcza fast-foodów, mogło mieć pewien wpływ na jego kondycję fizyczną. Sam nie byłem pewien, jakbym wyglądał, gdybym odżywiał się głównie grzybami, wiewiórkami i korzonkami.

– Püdel je stek – oznajmił bezradnie Egon, wskazując pod stół. – Czy to dobry znak?

– Na pewno nie dla pana Kińskiego – mruknęła Gabi, polewając kolejny placek kwaśną śmietaną. – Ja jednak nie zamierzam martwić się o to, ile roboty będzie tu miało w najbliższym czasie pogotowie ratunkowe.

– Jesteś bez serca – jęknął Egon. – Dlaczego się z tobą przyjaźnię?!

– Bo Püdel jest odporny i fajny, a ja jeszcze bardziej – padła stanowcza odpowiedź. – Poza tym nie mów, że jestem bez serca, bo… bo…

Gabi kilka razy kłapnęła szczęką i straciła głos. Powiodłem wzrokiem za jej spojrzeniem i na chodniku, za wielką szybą upstrzoną zdechłymi muchami, ujrzałem Dawida czule obejmującego Roksanę.

– Nie martw się – powiedziałem pospiesznie. – A najlepiej w ogóle na niego nie patrz. To taki ludzki karaluch, pamiętaj.

– Ale to przynajmniej pięknie umięśniony karaluch – westchnął Egon nabożnie, wpatrując się z podziwem w koszulkę Dawida, bez reszty wypełnioną potężnym ciałem, składającym się głównie z mięśni, sterydów anabolicznych i czegoś tam jeszcze. – Mój Boże, jak ja chciałbym tak wyglądać…

– Po co? – spytała nieżyczliwie Gabi, odzyskując głos. – Karaluchów mamy dość, chociażby w Rusałce.

– Jak myślicie, skąd pan Kiński wziął dla swojego baru nazwę Rusałka? – bąknąłem rozpaczliwie, starając się oderwać myśli Gabi od tego durnego Dawida. – Może od takiej nimfy z bajek?

– Prędzej od gatunku motyla – rzekł Egon, po raz kolejny budząc moje zakłopotanie. Od kiedy wyszedł z lasu i zamieszkał u nas, przeczytał w całości słownik języka polskiego, co budziło zarazem moją zgrozę i podziw, tym bardziej że zapamiętał większość haseł i znaczeń. Jego pragnienie dostosowania się do współczesnego świata naprawdę wzbudzało szacunek.

– Motyla? – spytałem niepewnie. – Znam bielinka. Kapustnika.

– Są też rusałki – wyjaśnił niecierpliwie Egon, z wyraźnym zaniepokojeniem wpatrując się w Gabi. – Na przykład rusałka pawik. Albo rusałka admirał.

– Ten bar wziął nazwę od rusałki żałobnik – stwierdziła Gabi z ponurą pewnością siebie. Biorąc pod uwagę fakt, że Püdel po zjedzeniu steku dostał właśnie pod stołem dziwnych drgawek i wytrzeszczał ślepia, jej sugestia opierała się na solidnych podstawach.

To mnie jednak nie uspokoiło, gdyż moja przyjaciółka nadal wpatrywała się chmurnym wzrokiem w Dawida, którego owijała jak bluszcz Roksana. Fakt, że mnie też nigdy nie udało się go polubić. Roksanę zaś chciałem poznać bliżej od samego początku, jednak zrezygnowałem po tym, jak znalazła na korytarzu mój palec. W dodatku zawsze demonstracyjne zatykała nos, gdy tylko przechodziłem obok. Czy zapach formaliny naprawdę jest taki koszmarny?! Egonowi i Gabi najwyraźniej jakoś to nie przeszkadzało albo może po prostu się przyzwyczaili.

– Lubisz go? – spytał Egon z dziwnym zaciekawieniem, zwracając się gdzieś w przestrzeń pomiędzy Gabi a szybą. – To znaczy podoba ci się, gdy chłopak tak wygląda?

– Kiedyś mi się podobało – warknęła Gabi, jednak znałem ją dobrze i wiedziałem, że to niezbyt bezpieczny temat. – Teraz mam uraz.

Egon znowu otworzył usta, ale wtedy Gabi niespodziewanie wybuchła.

– I żeby żaden z was sobie nie pomyślał, że ja za nim tęsknię albo coś w tym rodzaju! – wrzasnęła, rumieniąc się i machając dłonią z wyciągniętym palcem wskazującym. Egon pisnął i wtulił się w oparcie krzesła; prawdopodobnie dzięki temu uniknął wydłubania lewego oka. – Nie tęsknię! Ja w ogóle nie chcę go znać! Było, minęło i koniec! Miałam zaćmienie umysłu, że mi się podobał i w ogóle z nim byłam! Zresztą to trwało tylko dwa miesiące, bo potem spodobała mu się Roksana!

– Dlaczego? – zdumiał się żałośnie Egon, na wszelki wypadek zasłaniając również drugie oko. – Byłaś z nim? I zerwał? Ale dlaczego?! Przecież jesteś fajna!

– Bo Roksana ma piersi!

Po tym oświadczeniu na długą chwilę zapadła cisza.

– Dawid to wyrób człowiekopodobny – oświadczyła w końcu Gabi z godnością, po raz kolejny demonstrując zadziwiające opanowanie. Zawsze wybuchała jedynie na kilka sekund, po czym znowu potrafiła zachowywać się jak stuprocentowa dama. – Wyroby człowiekopodobne z reguły fascynują się trzeciorzędowymi cechami płciowymi, w związku z czym przegrałam z tą małą siksą, wymalowaną niczym obraz Picassa po kilkakrotnej renowacji. Zresztą, i tak nigdy nie wyjdę za mąż.

– A to niby dlaczego?! – zgorszył się pan Kiński, który akurat przechodził obok naszego stolika i aż się zatrzymał po jej ostatnich słowach. – Moje dziecko, to wcale nie musi być tak okropne, jak się wydaje!

– Jasne! – syknęła Gabi, obrzucając go nieprzyjaznym spojrzeniem. – Tak tylko pan mówi, bo pana żona uciekła z siostrą wikarego!

– To już inna kwestia – odparł pan Kiński z godnością i przeczesał trzy włosy na czubku głowy. – Dzięki temu mogłem całkowicie poświęcić się prowadzeniu mojego baru.

– Faktycznie społeczeństwu wyszło to na dobre…O mój Boże, Püdel!

– Pieni się – stwierdził pan Kiński z zatroskaniem, schylając się pod stół, pod którym miotała się Gabi, robiąc psu sztuczne oddychanie. – A właśnie. Zawsze miałem was spytać, co to za zwierzę?

– Pies – odparłem ze smutkiem. Lubiłem Püdla i nie chciałem, by skończył w ten sposób. – A co pan myślał?

– Że to mały krokodyl.

– Nie, to nie mały krokodyl. Małe krokodyle wyglądają trochę inaczej.

– Ale tylko trochę – wtrącił Egon. Nienawidziłem go w tej chwili za jego encyklopedyczne wiadomości. – Na przykład pokryty łuskami ogon Püdla wskazuje na to, że…

– Zamknij się – poprosiłem żarliwie. – Kiedyś Püdel wyglądał zupełnie normalnie. To znaczy wtedy, kiedy był szczeniakiem i ojciec Gabi znalazł go na parkingu przy niemieckiej autostradzie. Wtedy wyglądał jak mały pudel i dlatego nazywa się Püdel. No bo znaleziono go w Niemczech. Dopiero niedawno wypił coś, co przygotowała ciotka Adela, i wtedy zaczął przechodzić te zmiany.

– Przygotowała to specjalnie dla niego?! – zgorszył się Egon. – Chciała go zabić?

– Idiota! – zezłościłem się w końcu. – Nie dla niego, tylko na komary. Miała to wylać do oczka za domem, ale wujek Brunon protestował. Twierdził, że wody gruntowe przeniosą tę mieszankę do jego studni i będzie kłopot. Więc ciotka postawiła to pod ścianą, obok kuchenki, i wtedy…

– Kłopot to macie teraz – mruknął filozoficznie pan Kiński. – Zwierzę nie wygląda zbyt dobrze. Nie jest przypadkiem jadowite? Bo wiecie, ja troszczę się o klientów.

– Więc niech pan usunie steki ze swojego menu! – wrzasnęła Gabi spod stołu. – I kotlety mielone!

– Obrażasz mnie, dziecko – odparł restaurator z godnością, po czym majestatycznie ruszył w stronę wejścia do kuchni. – W razie czego, następnym razem podaj swojemu zwierzęciu kaszankę. I sporą dawkę antybiotyków.

– Zwierzęciu?! To jest pies! PIES!!!

–Jasne… – dobiegło zza kuchennych drzwi; potem coś tam potężnie gruchnęło, metalicznie walnęło, a wreszcie zapadła cisza.

Niepewnie spojrzałem na okno przy stoliku, do którego od zewnątrz przylepione były twarze Dawida i Roksany, z wyraźnym zaciekawieniem obserwujących zabiegi Gabi na podłodze. Tylna część jej ciała miotała się rytmicznie, co wyglądało dość dwuznacznie i raczej niepokojąco. Odchrząknąłem więc i zrobiłem kilka kroków w stronę drzwi wyjściowych.

Obie twarze natychmiast odkleiły się od szyby i oddaliły pospiesznie wraz z przymocowanymi do nich tułowiami; jednym umięśnionym i drugim obdarzonym pokaźnym biustem, który wywołał przejściową depresję Gabi.

Prawdopodobnie po to, by zagłuszyć odgłosy reanimacji Püdla, pan Kiński włączył radio nastawione na lokalną stację siostry Cherubiny. Wieża nadawcza malutkiego klasztoru, znajdującego się na wzgórzu przy końcu ulicy Głównej, była w końcu najbardziej rzucającym się w oczy punktem orientacyjnym w Pietrzykowie. I nikomu nie przeszkadzało to, że siostra mówiła czasem na antenie dziwne rzeczy.

Z głośników dobiegła akurat końcówka jednej z przygrywek chorałowych Bacha. Potem coś okropnie zgrzytnęło i na moment zapadła cisza.

– Donaldo? – dał się słyszeć niepewny głos siostry Cherubiny. – Tu odpadło takie małe, okrągłe.

Coś zgrzytnęło mocniej. Potem chrupnęło, a następnie dała się słyszeć przygrywka chorałowa odtwarzana wstecz, w dodatku w przyspieszonym tempie. Teraz było jasne, że do akcji wkroczyła osiemdziesięcioletnia siostra Donalda, która była niejako zapleczem technicznym naszego pietrzykowskiego klasztoru.

– Siostra Cherubina potrafi znaleźć odpowiedź prawie na każde pytanie – odetchnąłem z ulgą. – Lubicie ją, prawda?

– Na każde? – uradował się Egon. – Bo ja chciałbym wiedzieć jedną rzecz.

– Püdel będzie żył – oznajmiła zdyszana Gabi, wypełzając spod stolika; wyglądała trochę pogodniej niż przed chwilą. – Przepraszam, że ci przerwałam. Co chciałbyś wiedzieć?

– Na pewno chodzi mu o to, jak jest w naszej szkole – wtrąciłem pospiesznie, gdyż nagle przyszło mi do głowy straszne przypuszczenie. Jeśli Egon spyta o to, co podejrzewałem, to Gabi w ataku mogłaby pozbawić go kilku istotnych części ciała. – Prawda?