Zwierzyniec - Jerzy Bralczyk - ebook

40 osób właśnie czyta

Opis

O tym, że prof. Jerzy Bralczyk jest specjalistą od słów, wszyscy dobrze wiemy, ale to, że ma też wiele do powiedzenia na temat zwierząt, będzie dla większości czytelników niespodzianką.
Jego najnowsza książka to zbiór ponad stu felietonów językowo‑zoologicznych poświęconych żyjącym w Polsce gatunkom. Ciekawe, skąd te nazwy się wzięły, a jeszcze ciekawsze, jaki mają potencjał znaczeniowy, jak się łączą z innymi słowami, dając odniesienie do różnych ludzkich spraw, jak przechodzą do frazeologii, do metafor, do przysłów i do tekstów literackich. Jak w polszczyźnie funkcjonują różne żurawie, żbiki, żubry i żółwie (żeby do jednej litery się ograniczyć). Opisane przez Jerzego Bralczyka zwierzęta narysowała finezyjną kreską Zofia Różycka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


korekta: Teresa Kruszona

projekt graficzny: Wojtek Kwiecień-Janikowski

rysunki: Zofia Różycka

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

Wydawnictwo książkowe:

dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

redaktor naczelny: Paweł Goźliński

koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Jerzy Bralczyk 2019

© copyright by Zofia Różycka 2019

© copyright by AGORA SA 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-3034-1 (epub), 978-83-268-3035-8 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Zwierzyniec

Zwierzyńcem nazywano kiedyś wydzielony teren dla zwierząt, wydzielony przez ludzi oczywiście, nie przez zwierzęta. Trzymano tam zwierzęta egzotyczne, na pokaz, albo dzikie swojskie, żeby na nie polować. To pierwsze przeznaczenie pozostało w ogrodach zoologicznych nazywanych zwierzyńcami już tylko żartobliwie. Zwierzyńców do polowań już na szczęście nie mamy. W każdym razie oficjalnie.

Za to przetrwało mnóstwo zwierzyńców w charakterze nazw geograficznych. Jest Zwierzyniec jako jedno z miast Roztocza, a innych Zwierzyńców jest aż trzydzieści osiem! Najczęściej są to części różnych większych i mniejszych miast, są też wsie i osady. Bodaj najbardziej znany jest Zwierzyniec krakowski.

Bywały też liczne zwierzyńce wśród książek. Przy czym dawniej była to dla książki raczej nazwa gatunkowa niż tytuł. W takich zwierzyńcach czy, z łaciny – bestiariach, opisywano zwykle różne i różnie uporządkowane zwierzęta, ale ponieważ za zwierzętami ciągną się od tysiącleci metafory, opowiadano w nich także i o innych, mniej zwierzęcych sprawach.

Ten „Zwierzyniec” nie jest przenośny, są w nim prawdziwe zwierzęta, choć tylko w pewien, najbardziej zresztą dostępny nam sposób – przez swoje nazwy. Zwierzęta polskie, ale nieoswojone, choć nie zawsze szczególnie dzikie. Są ssaki, ptaki, gady, płazy, owady, a i robaki różne też. Ryb nie ma, nawet i raków na tym bezrybiu brak – są tylko lądowe: polne, leśne i powietrzne. Te łatwo rozpoznawalne i te mniej zauważane. I takie, które za polskie trudniej nam uznać, ale bywają u nas, bywały lub od niedawna dopiero są. I dwa takie zwierzęta, których już nie ma.

Nasze polskie nazwy zwierząt zdają się nam mówić coś i o nosicielach tych nazw. Biorą się one czasem z wyglądu, czyli z kształtu, z barwy; czasem z wydawanego przez zwierzę dźwięku (tak bywa często z ptakami), ale czasem pochodzenie takiej nazwy jest bardziej skomplikowane lub zgoła trudne do ustalenia. A zwykle ciekawsze jest nie to, skąd nazwa się wzięła, ale to, jaki ma potencjał znaczeniowy, jak łączy się z innymi słowami, dając odniesienia do różnych ludzkich spraw; jak przechodzi do frazeologii, do metafor, do przysłów i do tekstów literackich. Jak w polszczyźnie funkcjonują różne żurawie, żubry, żbiki i żółwie – żeby do jednej litery się ograniczyć...

Samo słowo zwierzę przecież ma i pochodzenie ciekawe, i frazeologię bogatą, i rodzinę szeroką. Jest młodsze od zwierza, który był u nas już w XIV wieku, czasem też jako źwierz, a nawet źwirz. Jego prasłowiański przodek, czyli zver, wywodził się z praindoeuropejskiego ghuer-, a jego kuzyn, łaciński przymiotnik ferus, znaczył tyle, co ‘dziki’. Stąd i niemiecki Tier, i szwedzki djur. Dzikość zwierzowi zatem jako główną cechę przypisujemy, inaczej niż języki romańskie, a także angielski czy rosyjski, gdzie ważniejsza okazała się żywotność (animal, żiwotnoje). Animaliami zwierzęta i u nas, makaronizując, nazywaliśmy.

Zwierzę jest dzikie, ale językowo raczej nieduże, bo przyrostek -ę tworzy nazwy istot młodych (ptaszę, wilczę, orlę) – i tutaj, jak to bywa, to, co młode, wyparło starego zwierza, pozostawiając go tylko we frazeologii jako „dzikiego”, „wielkiego” czy „grubego”, i to raczej w przenośniach. I potem już całkiem dorosłe zwierzę dało podstawę dalszemu zdrobnieniu, czyli zwierzątku, które stało się dla nas zresztą od razu bardzo sympatyczne.

Mniej sympatyczny jest natomiast zwierzęcy przymiotnik, bo w kontekstach tego zwierzęcego mamy i okrucieństwo, i strach, a nieco mniej negatywny apetyt czy nawet pożądany instynkt tego nie równoważą. A już rzeczowniki zwierzęcość i zezwierzęcenie zdają się wskazywać na najgorsze cechy, skądinąd ludzkie przecież.

Bo tak się składa, że sami rzadko siebie zaliczamy do „królestwa zwierząt”. Czasem „wychodzi z nas zwierzę”, czasem półżartem mówimy o człowieku jako o „zwierzęciu społecznym” czy „towarzyskim”, ale naszych „braci mniejszych” za bliskich sobie tak naprawdę nie uważamy.

I zamykamy ich w różnych zwierzyńcach. Pół biedy, gdy książkowych.

Batalion

Batalion, bojownik batalion, bojownik zmienny, bojownik odmienny, biegus bojownik – ileż bojowych nazw! Wśród bekasowatych brodźce brodzą, biegusy biegają, a bojowniki bój oczywiście prowadzą. I to zapewne wydało się dla nich najbardziej charakterystyczne, w każdym razie dla tych, co nazwy ptakom nadawali. Ten batalion to po łacinie Philomachus pugnax – mache to po grecku ‘bitwa’, przedrostek philo- wskazuje w tym wypadku na kogoś, kto bitwę lubi, a jeszcze do tego dochodzi pugna, czyli znów ‘bitwa’, ‘walka’. Ten bojownik jest bojowy niejako podwójnie, trochę jak nasz bojownik batalion. Po francusku to combattant varie – choć zmienny, to kombatant, po niemiecku to Kampflaufer – biega, ale walczy, nawet po węgiersku to pajzsos canko, a pajzs to tarcza. Rosyjski turuchtan odbiega od tego, bo chyba jest dźwiękonaśladowczy, a angielski ruff wiążą etymolodzy z dawnym ree, co miało oznaczać kogoś oszalałego, opętanego. Może? W końcu walki walecznych samców batalionów mogły przypominać obłąkanie...

Naszemu batalionowi bycie pojedynczym bojownikiem widocznie nie wystarczyło, skoro przeważa nazwa właściwa całemu oddziałowi bojowników. Batalion jako oddział liczył od sześciuset do tysiąca żołnierzy, ale w wyrazistym języku potocznym używano czasem słowa batalion na oznaczenie wielkiej liczby, całego tłumu. Całe bataliony mówiło się, gdy chciano wywołać silne wrażenie nagromadzenia czegoś, choćby owadów. A wyrażenie do kroćset tysięcy batalionów diabłów! miało już przerażać wściekłością przesady.

Włoskie słowo battaglione odnosiło się do wojska, ale takiego uczestniczącego aktywnie w bitwie, realnie walczącego, a nie będącego na przykład w odwodzie. Stąd i francuski battaillon, który potem do nas w wojskowym znaczeniu trafił. Łacińskie battuere, czyli ‘bić’, dało włoskie battere, hiszpańskie batir (to akurat znaczy ‘kuć’) i francuskie battre. Ale ten sam „bojowy” rdzeń mają, dzięki różnym przenośniom, też inne słowa: i bateria (po francusku batterie to i ‘bijatyka’, i ‘bicie w bęben’), i dyrygencka batuta, i nawet handlowy rabat, bo rabattare znaczyło ‘potrącić’.

Nazwa tego okazałego bekasowatego ptaka, tożsama z używaną nazwą oddziału, może być uznana za nieco dziwną, bo raczej rzadko się zdarza, by jednostka bywała nazywana tak jak wielki zbiór. „Nazywam się milijon” mówi wprawdzie Konrad w „Wielkiej improwizacji”, a „na imię mi Legion, bo jest nas wielu” powiada u św. Mateusza diabeł – ale widzimy, w jak podniosłych okolicznościach pojawiają się takie figury retoryczne. W przypadku batalionu i bataliona mamy do czynienia nie tyle z wynikiem porównania ptaka do oddziału wojska, ile raczej z równoległym pochodzeniem obu tych nazw od dających różne odniesienia wyżej wskazanych walecznych romańskich słów. I, jak widać, jest tu jednak różna deklinacja: jeden rzeczownik gramatycznie jest męskożywotny, drugi należy do nieżywotnych – choć przecież takie bataliony żołnierzy żyją, przynajmniej do pewnego czasu.

Ale ważne jest w tym zestawieniu słów chyba jeszcze i to, że samce ptaków batalionów, czy inaczej bojowników, nie tylko są szczególnie bojowe w okresie godowym, ale i wyjątkowo okazale, imponująco wyglądają. Trochę mogą tym przypominać rycerzy, a także i żołnierzy różnych armii, których umundurowanie czasami mogło być uznane za przesadnie ozdobne, nawet wręcz utrudniające walkę. Czy chodziło tu o dodanie sobie ducha wspaniałym wyglądem, czy o straszenie przeciwnika groźnie pięknym czy pięknie groźnym strojem? A może też o wywieranie wielkiego wrażenia na damach?

Ptasie i ludzkie obyczaje bywają czasami podobne...

Bażant

Zgodnie z przysłowiem – lepszy gołąb w ręku niż bażant na sęku, ale przecież nawet i w tym zestawieniu wskazuje się, jak dobry jest bażant. Zwłaszcza jako potrawa. Pierwszy cytat w starych polskich słownikach łączy bażanta ze smakiem, do tego w smacznej męskoosobowej formie: bażanci smaczni (inna rzecz, że wszyscy ptacy, a nawet ptakowie, tak się wtedy mogli odmieniać). Kolejny cytat pokazuje frazeologiczne przesunięcie znaczeniowe tego słowa, bo bażantami karmić znaczyło tyle, co karmić wyszukanymi przysmakami. To drugie znaczenie przez pewien czas było w ogóle związane ze słowem bażant, które stało się w ten sposób synonimem marcepanów i innych nazw nieraz egzotycznych specjałów. A na uczcie weselnej bażantem zwano także zwykłego pieczonego koguta czy raczej kapłona, żeby w ten sposób przydać mu smaku i wykwintności. Ślady tego mamy do dziś.

Bażant jest nie tylko smaczny, lecz także kolorowy i piękny. Piękny tak efektownie, że może nawet przesadnie. Stąd też nazwanie kogoś bażantem właśnie z racji wyglądu wcale nie musiało być komplementem. Ta nazwa była zresztą do ludzi szeroko stosowana, przejściowo zaś miała niedobre ideologiczne konotacje – w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku określano tak młodzieńców hołdujących w stroju i w obyczajach kulturze amerykańskiej. Ta złota młodzież, zwana też bikiniarzami, nie pasowała do zgrzebnej socjalistycznej rzeczywistości tamtych lat. Potem nazywano tak, nie bardzo już wiadomo czemu, podchorążych rezerwy, i ta nazwa była popularna dość długo. Najwięcej znaczeń miało, a może i ma, słowo bażant w gwarze przestępczej, bo mogło oznaczać i wieśniaka, i młodocianego przestępcę, i więźnia (zwłaszcza młodego lub ze wsi), i złodzieja w ogóle, a także wręcz przeciwnie – policjanta lub tajniaka. Widocznie samo brzmienie i pewna egzotyczność nazwy prowokowały do tak zróżnicowanego zakresu znaczeniowego. W każdym razie we wszystkich tych metaforycznych odniesieniach miał w sobie bażant coś lekko pogardliwego – ciekawe, że u ptaków barwnej urody nie cenimy, w końcu papuga ma też niezbyt pochlebne odniesienia. Ale czy to nie znak, że tak nazywanym ludziom czegoś, choćby tej efektowności, trochę zazdrościmy?

W ogromnej większości języków bażant nazywa się podobnie: fagiano, faisan, pheasant, fasan, fasant... Nazwę wziął od rzeki Phasis, płynącej w starożytnej Kolchidzie, lub tak samo się nazywającego greckiego miasta u jej ujścia. Dziś to Gruzja, a rzeka nazywa się Rion, co z bażantami mało ma wspólnego. Jeszcze w XVII wieku nazywaliśmy tego ptaka fazyan, do tej nazwy odsyła Knapiusz, znający już wprawdzie słowo bażant, ale jako mniej powszechne w słowniku z 1621 roku. Obecną nazwę wzięliśmy od Czechów, a oni zapewne z jakiegoś niemieckiego narzecza. Dziś fazany rozpoznajemy na piwnych etykietkach, ale dla tego barwnego ptaka nazwa bażant wydaje się bardziej stosowna. I była płodna – mamy przecież nie tylko bażancicę, lecz i bażancika, bażantarnię obok bażanciarni, i bażantnika, i bażanciarza...

Oswoiliśmy się z bażantem, ale do tej pory zachował coś z egzotyczności – i kiedy widzę bażanty u siebie w ogrodzie, wciąż się dziwię.

Bąk

Ten ptak z rodziny czaplowatych nazwę zawdzięcza głosowi, chociaż tego głosu bączeniem dziś już raczej nie nazwiemy. Kiedyś bąk bączył, bąkał, czasem bąknął – teraz co najwyżej buczy. Buczą także inne bąki: owady, dziecięce wirujące zabawki i nawet same dzieci, zwłaszcza te uprzykrzone. Między bączeniem i buczeniem związek historyczny jest wyraźny, dziś bączenia nie ma, bąkanie zaś i bąknięcie wiążą się w języku łowieckim raczej z głuszcem, a w języku ogólnym z niepewnym i niewyraźnym mówieniem – i pomyśleć, że kiedyś bąkanie oznaczało ryczenie! Tak było przecież z prasłowiańskim bąkati i z greckim byktes; indyjskie bukkati oznaczało ‘szczekanie’, a bukkara – ‘ryk’; nasz byk i ukraińskiego pochodzenia buhaj także mają w sobie ten ryczący dźwięk. Dodajmy, że dawne słowiańskie słowo buk, zanim stało się nazwą drzewa, oznaczało miejsce, gdzie woda opada, właśnie dudniąc i hucząc.

Pierwsze bąki pojawiły się w polszczyźnie już w XII wieku, mamy poświadczenie tego w nazwach osobowych. Od początku słowo to oznaczało ptaka: wprost w odniesieniu do niego pojawia się w tekstach z XV wieku, przy czym oprócz właściwego dzisiejszego bąka nazywano tak różne ptaki, jak puchacz i pelikan! W XVI wieku zaczęto nazywać w ten sposób również buczącego owada – gza, trzmiela, trutnia, a Kochanowski użył tego słowa na określenie buczącego instrumentu muzycznego: tak nazwał dudy. Od XIX wieku tak mówimy na dziecięcą huczącą i kręcącą się zabawkę, dawniej zwaną cygą, frygą lub warkotką – dawne cygi, czyli bąki, puszczano w ruch za pomocą specjalnego biczyka, stąd też mówiło się o zbijaniu bąków, gdy ktoś z lenistwa zajmował się głupstwami, zamiast pracować. Potem i różne urządzenia i części mechanizmów, niekoniecznie buczące, bąkami i bączkami nazywano, czasem łącząc to ze szczególnym ich wirowaniem.

W ogóle frazeologia i metaforyka jest w przypadku bąka niezwykle obfita. Często zresztą zapomina się o pierwszym, „ptasim” znaczeniu. Czy rzeczywiście bąk tak dużo pije, żeby mówić o kimś, że opił się jak bąk? Sędzia w „Panu Tadeuszu” mówił: „nie piję tak wiele jak wy szlachta – wy szlachta ciągniecie jak bąki”. Rozumiemy, że ktoś kręci się jak bąk, ale czyżby ustrzelenie tego łownego niegdyś ptaka było zwykle wynikiem pomyłki, skoro mówi się o kimś, kto popełnił gafę czy inne głupstwo, że strzelił bąka? Mówiono też, że ktoś dolewał bąka, gdy podsycał czyjąś dumę, a kogoś nadętego czy nadąsanego też bąkiem nazywano.

Wreszcie dwa znaczenia już szczególnie zdają się, krzywdzić tego skromnego ptaka. Pierwsze, pewnie także związane z odgłosem, pojawia się, gdy mówimy o jego puszczaniu; drugie wiąże się z fałszem, nieprawdą: bąkami nazywano bowiem fałszywe monety, osiemnastogroszowe tynfy, oraz to, co dziś zwie się, też nie wiadomo dlaczego, kaczką dziennikarską, czyli nieprawdziwą wiadomość, celowo dla sensacji puszczoną. Może działają tu skojarzenia z tą nieszczęsną zabawką, może inne czynniki – w każdym razie bąk ptak nic tu nie winien. Pocieszające tylko, że te wszystkie znaczenia mają w sobie coś wesołego i że nie obciążają samego pierwotnego i najwłaściwszego nosiciela tej krótkiej i wygodnej nazwy.

Bekas, kszyk, słonka, kulik

Ptaki, zwłaszcza płochliwe, często są postrzegane najpierw słuchem, a dźwięk, który wydają, może dawać im nazwę. Zazwyczaj tak jest naprawdę – to prawdziwe pochodzenie ich nazwy, ale czasem tylko nam się tak wydaje.

Dla laików bekas zapewne wziął się z beczenia. Samce bekasów istotnie podczas lotu tokowego wydają skrzydłami głos trochę do beczenia podobny, stąd dziecięce „beczące” piszczałki ze sterczącym do góry ząbkiem też bekasami nazywano, a i o samych płaczliwych dzieciach zamiast beksa mówiono bekas. Ciekawe, że i do tłuściochów taka nazwa pasowała. A Mickiewicz pisał, opisując dźwięki łąki: „już bekasy do góry porwawszy się wiją i bekając raz po raz jak w bębenki biją”. Sama jednak nazwa bekasa, którą wzięliśmy z francuskiego becasse, ma źródło w długości jego dzioba (łacińskie beccatus to ‘długodzioby’), nie w jego głosie. Bekas właściwy, nazywany także bekasem funtowym, miał też „podwójną” nazwę dubelt, na wzór niemieckiego doppelschnepfe, co dodawało mu splendoru. Do polowania na takiego dubeltowego ptaka dubeltówka wydawała się najwłaściwsza.

Kszyk to bekas kszyk, to jego pełna nazwa, choć z dawnej szkoły większość pamięta go pod niby nazwą kszyk ptak – i to raczej z lekcji języka polskiego, jako wyjątek ortograficzny, niż z lekcji biologii. Kszyk też nie krzyczy ani nie beczy, choć inne jego nazwy to baranek i koziołek. On właściwie ksyka, wydaje rodzaj syczenia, i to nie gardłem, tylko sterówkami, które przecinając powietrze, drgają i stąd bierze się taki syczący dźwięk. A nazwa, zresztą tylko polska, ustabilizowała się wskutek hiperpoprawności, każącej zastępować jakoby mazurzące [s] przez [sz].

Do bekasów zaliczano także inne siewkowate ptaki brodzące, inaczej podkasałe (czyli wyglądające tak, jakby podkasały na sobie odzież, nie chcąc jej zamoczyć), a mianowicie słonki i kuliki. Słonka – znana dawniej pod nazwami słomka, słanka i słęka – wzięła nazwę nie od słomki, długiego dzioba, jak podejrzewano, lecz od ślęczenia, czyli też od dźwięku podobnego do skrzypienia. Dźwięk to zresztą charakterystyczny i ciekawy, Morsztyn nazywał go „cichym krzęczeniem”, a Mickiewicz ładnie pisał o nim w „Panu Tadeuszu”: „słychać w zaroślach szept ciągnącej słomki...”.

A kulik, czy też inaczej kulig, zapewne zawdzięcza nazwę kwileniu oddawanemu jako kulik, kulik, chociaż... To zapewne tylko przypadek, ale w języku staroindyjskim kulika to był ‘jakiś nieokreślony ptak’. Dodajmy do tego, że i u nas kulikami nazywano kiedyś wszelkie drobne ptaki ‘podkasałe’, czyli brodzące. Dużo ich było, były pospolite, więc o kimś, kto się przechwalał swoim rodem, ironicznie mówiono „to kulik z wielkiego błota”. I takich właśnie ptaków, kulików czy kuligów, na niby szukano po szlacheckich domostwach, zajeżdżając do nich właśnie kuligiem, a dawniej (jeszcze u Słowackiego) kulikiem („oto zapusty, dalej kulikiem, każdy wesoły, a każdy zbrojny...”). Dziś kuligi stanowią część naszej nieco skomercjalizowanej zimowej tradycji, ale z ptakami już ich nie łączymy.

Nazwy ptasich głosów są różnie postrzegane, nazwy samych ptaków nie zawsze są ustabilizowane w języku, a my coraz rzadziej widujemy ptaki, coraz rzadziej je słyszymy...

Bielik

Bielik to orzeł, ale może i nie. To być może nawet ten wręcz ptak, którego mamy w naszym dawnym herbie, ale z drugiej strony ornitolodzy mówią, że bielik właściwie w ogóle orłem nie jest, to co najwyżej tylko orłan, niemający prawa do dumnej orlej nazwy. Na to, że w herbie jest właśnie on, a nie na przykład bardziej na to przynajmniej nazwowo zasługujący orzeł przedni, wskazuje podobno przede wszystkim heraldycznie obowiązujący wygląd nóg (są mianowicie nieopierzone), ale można sądzić, że i rozmiar, bo większy jest od wszystkich orłów, nawet od orła przedniego.

Orłany to, jak sądzą niektórzy, nazwa sztuczna i niepotrzebna, do tego wzięta z rosyjskiego, a przy tym, jeśli już nawet orłany zaakceptujemy, to powinniśmy do nich zaliczać także ptaki o tak niesympatycznych nazwach jak harpie (niedobre mitologiczne skojarzenia i współczesne metafory) i gadożery (wskazujące na nieciekawą dietę). Z drugiej strony tak powszechnie stosowana nazwa orzeł jest przecież ornitologicznie raczej zwyczajowa i stąd niezupełnie precyzyjna. Za dużo w niej symboliki i podniosłości.

Niektórzy skłonni są sądzić, że nazwa tego właśnie wielkiego orłana, czyli nazwa bielik, była stworzona, a przynajmniej odniesiona do tego ptaka, dopiero w XIX wieku, z antypolską premedytacją, po to mianowicie, żeby tym określeniem zdyskredytować naszego wspaniałego białego orła czy nawet orła białego (ten przestawny szyk dodaje godności). Istotnie, taki bielik przypomina nazwą jakiegoś królika. Zdrobnienie do tak świetnego ptaka mało pasuje.

Bieliki należą do jastrzębowatych myszołowów, blisko im do kań, ale też wiele języków widzi w nich właśnie orła. Po czesku to nawet orel morsky, pewnie zresztą z niemieckiego, gdzie mówią na niego Seeadler (morskość przypisują im i inne języki). W Polsce czasem nazywają go orłem bielikiem, ale ma i inne nazwy – to na przykład mocne i obrazujące siłę łomignat, a także wzięte z tureckiego, gdzie oznacza ‘strzałę opatrzoną białymi piórami’ – birkut (jak filmowy człowiek z marmuru). Po rosyjsku to orłan biełochwost, bo istotnie ta nazwowa białość, obecna i dominująca w bieliku, bierze się z barwy tylko ogona. Po łacinie bielik to albicilla (albus – ‘biały’, cillus – ‘ogon’), a na jego naukową nazwę składa się i grecki człon hallaeetus (hals – ‘morze’, aetos – ‘orzeł’). Hallaeetus albicilla – całkiem pięknie i poważnie! Trzeba przyznać, że nasz bielik skromnie się w tym towarzystwie prezentuje. Tak może jakiś gryzoń albo w ostateczności jakiś mały ptaszek się nazywać.

A bielik jest przecież wielki, niemal największy w Europie – tylko sępy i orłosępy są większe. Ciekawe jest jeszcze i to, że u samych bielików samica przewyższa rozmiarami samca.

Ale akurat to nie powinno przeszkadzać w widzeniu w bieliku naszego godła.

Bocian

Wszyscy wiemy, skąd się biorą dzieci: przynosi je bocian. Ale skąd wziął się bocian? Ta nazwa jest w polszczyźnie od XIV wieku, z różnymi wariantami – w różnych regionach i okresach mieliśmy takie nazwy, jak: bocan, bocoń, boczoń, bociuń, bociąg, bocon, bucień, boczoń, a nawet buś, i oczywiście bociek – i wszystkie nie wiadomo skąd. Fantazjujący często etymologowie szukali takich źródeł jak botat’ (czyli ‘tupać’, ‘dyndać’), botnia (czyli wrzawa), a nawet rosyjskie zabotit’sja (czyli ‘troszczyć się’, ‘frasować’) – choć tupanie, dyndanie, troszczenie się i wrzawa niekoniecznie nam dzisiaj do bocianów pasują. Próbowano wiązać bociana z bokami – że niby jego boki są innej barwy. Wreszcie chyba najoryginalniejszym pomysłem jest wywodzenie tej nazwy od określenia bodzący siano, ponieważ bocian miał jakoby pomagać w suszeniu siana przez roztrząsanie go dziobem w poszukiwaniu różnych smakowitych zwierzątek.

W sumie żadna z tych etymologii nie przekonuje, a przy tym bocian zdaje się słowem tak naturalnym i wręcz poczciwym, że etymologii niewymagającym.

Zdarza się często, że zwierzęta są kojarzone z jakimiś ludzkimi imionami. Bocian został skojarzony z Wojciechem. W różnych ludowych porzekadłach i przyśpiewkach bocian to właśnie wojtek, a znane powiedzenie dookoła wojtek wiąże się właśnie z dookolnym krążeniem bocianim nad gniazdem. Wojtek może nie budzić szczególnego szacunku, ale bocian miał też określenie poważniejsze: ksiądz Wojciech. Jego poważny sposób chodzenia, powolne i stateczne poruszanie długimi nogami wymagało nazwy poważniejszej.

W przysłowiach pojawia się bocian jako ten, który „czyści świat” z różnego robactwa: „albom ja bocian, żeby świat czyścić?”. W przenośni zwalcza różne objawy zła. Jest zatem bardzo potrzebny. Bociany także przynoszą pokój: „gdzie bocian, tam pokój”. Ale żeby nie pozostawać przy tak jednoznacznie pozytywnym obrazie bociana, mamy też powiedzenie „brać na bociany”, czyli oszukiwać.

Mamy zatem do bociana stosunek złożony, czasem jest ważny i poważny, ale też niepozbawiony żartobliwego dystansu: „czyszczenie świata” jest ironiczne, „ksiądz Wojciech” jest traktowany dobrodusznie... Pokój jest dziś rzeczą gołębi, zapomniano już o dawnym rzymskim „prawie bocianim” (łac. lex ciconia) nakazującym dzieciom troszczyć się o niedołężnych rodziców. Ale z dziećmi bociany kojarzymy tak bardzo, że nasze dziecinne przekonania skracamy do wierzenia w bociany, choć deklaracja nie wierzę w bociany brzmi zbyt radykalnie.

Na pewno bocian jest nasz, swojski. Mickiewicz próbował z jego białych skrzydeł robić nasz „pierwszy symbol wiosny”, ale mylił się – skrzydła akurat bocian ma czarne. Lekko obśmiewany w piosenkach („kle, kle, boćku; kle, kle”), zabawnie zestawiany z całowaniem (boćkaniem), wykpiony za apetyt na żaby, jest przy tym polski do bólu, a widziany gdzieś daleko (jak „lotne w powietrzu bociany” Słowackiego) dobrze przywołuje Polskę. Biało czerwony, poczciwy.

Borsuk

Wojski w „Panu Tadeuszu”, przypominając dawne myśliwskie spory, mówi: „Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka, Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka”. Co więcej, potwierdzają to kronikarze, wojewoda Niesiołowski przegrał w sporze o borsuka cały klucz myski. Drogi zatem bywał borsuk, prawda, że w wyniku zakładu.

Borsuk jako słowo pojawił się u nas późno, dopiero w XVI wieku, przedtem na określenie tego zwierzęcia używaliśmy nazwy jaźwiec. Jaźwiec miał niejasne pochodzenie, niektórzy etymologowie widzą w jaźwcu ‘wykopywacza nor’, w prasłowiańskim ezva, potem jezva i jazwa miało oznaczać norę. Zestawiano to z tym, że w językach germańskich też nazwa borsuka łączy się z nazwą nory, a w gwarze myśliwskiej i na naszego borsuka mówiło się nor. Jaźwiec mówiono zresztą i na inne zwierzęta, a samego borsuka zwano też z powodu ostrej szczeciny jeżem. Jaźwiec pozostał jeszcze w nazwach geograficznych, w słownictwie ogólnym od XVII wieku zaczął wypierać go borsuk zapożyczony ze wschodu – Ukraińcy i Rosjanie wzięli ten wyraz z tureckiego, wszędzie (co nie takie częste) brzmiał tak samo. W gwarach gdzieniegdzie jaźwiec dłużej pozostał, gdzie indziej pojawiały się warianty borsuka, jak: borczuch, borciuch czy borcuch.

Mamy więc dziś ogólnopolskiego, choć z pochodzenia tureckiego borsuka, którą to nazwę tak dobrze przyswoiliśmy, że zaczęła się nawet fonetycznie wiązać z charakterem tego sympatycznego, choć może trochę nadmiernie ponurego zwierzęcia. Wydaje się nam bardziej adekwatna, przypominając rodzaj prychnięcia, od łacińskiego słowa meles czy niemieckiego Dachs. W naszych wyobrażeniach borsuk siedzi samotnie w ciemnej jamie, trudno go stamtąd wyciągnąć, więc i człowieka ponurego, skrytego samotnika zaczęto nazywać borsukiem, choć dawniej, co notują niektóre słowniki, używano tego porównania tylko w odniesieniu do człowieka „wydatnych szczęk, spłaszczonego nosa, małych oczu”. Ciekawy antropologiczny typ. Później zaczęły w tym określeniu dominować cechy charakteru, a słowo borsukowaty bywało już definiowane jako „przypominający borsuka, niezgrabny, ponury, skryty, lubiący samotność”. Bywało nawet w literaturze używane słowo zborsuczeć, które niekiedy oznaczało „upodobnić się w zachowaniu do borsuka, stać się nietowarzyskim, zdziwaczeć”, a czasem, jak u Witkacego, u którego „suki się zborsuczyły”, zapewne coś zupełnie innego. W gwarze przestępczej zaś borsukiem nazywany był złodziej kradnący w piwnicach. Bardzo ludzki ten borsuk, choć ponury i odludek (odzwierzek?). Powszechne mniemanie przypisuje mu jeszcze dwie cechy, tym razem zupełnie pozytywne, takie, które chcielibyśmy widzieć u siebie: czystość – bo do zabrudzonej przez lisa jamy już nie wejdzie, co sprawia, że lisy mają łatwy sposób na zdobycie miejsca zamieszkania; i żywotność – nawet pozornie uśmiercony może odżyć.

Choć ludzki, bywał używany do tworzenia dziwacznych symbolicznych stworów. Opisana przez Pliniusza niezwykle szybka leukrota, która jest wzrostu dzikiego osła, ma nogi jelenia, szyję, ogon i pierś lwa, a zamiast zębów jedną długą kość, najistotniejszą część, mianowicie głowę, ma borsuczą. Kiedy Mickiewicz żartobliwie tworzył zwierzęcą postać jambusa, który uosabiał improwizowaną poezję, dał jej niedźwiedzią łapę, osłowate ucho, a szpony borsuka. Bo borsuk jest i swojski, i egzotyczny zarazem.

Żywotny i czysty, ponury i samotny borsuk budzi naszą zdecydowaną sympatię.

Bóbr

Gdy Rosjanie chcieli powiedzieć o kimś, że zrobił zły interes, mówili, że zabił bobra. Polacy mieli w XVII wieku przysłowie „jak zabijesz bobra, nie będziesz miał dobra”. Zabijanie pozostających pod ochroną bobrów groziło poważnymi karami. Były kary, bo bobry to zwierzęta cenne i poszukiwane. Inne przysłowie mówiło: „nie zawsze się dają łapać bobry”, co znaczyło, że nie zawsze trafia się okazja, a inne rymowało: „jak masz bobra, to sprawa dobra”. Nad bobrami opiekę sprawował bobrowy albo bobrowniczy, on je ochraniał i on organizował na nie łowy. A bobrowe, czyli opłata za pozwolenie łowienia bobrów, było bardzo wysokie. Złowić bobra było też trudno i dlatego, że wedle powszechnego mniemania bóbr okupywał się strojami – mówiono nawet „okupić się jak bóbr strojami”, co znaczyło, że ścigany odgryzał sobie i pozostawiał za sobą genitalia, by łowcy przestali go gonić – strój, czyli właściwie wydzielina gruczołów jego napletka, był bardzo ceniony. Po takiej operacji bóbr, oczywiście, musiał być smutny i płakał. Płakał jak bóbr.

Bobry ceniono za leczniczy strój, za skrom, czyli tłuszcz, także o leczniczych właściwościach, i oczywiście za futro. A jego osobliwe zwyczaje bardzo go uczłowieczały, zwłaszcza talenty budowlane. Bobrownie, czyli osady bobrów, składające się z żeremi, dość skomplikowanych i wymagających wiedzy i trudu budowli, budziły ludzki podziw i sprawiały, że mówiono o bobrzych czy też bobrowych republikach. Znajdowały się one na mokradłach, w bagnistych lasach, które dlatego też zwano bobrowiskami. W takich lasach bobrowały nie tylko bobry, ale często i łosie. Bobrowanie najpierw oznaczało brodzenie w błocie jak bóbr, potem zaś stało się wygodnym określeniem innych, także ludzkich czynności: grzebania w czymś, a dalej przeszukiwania, szperania, wreszcie myszkowania. Ale nazwa bobrowanie czyni takie czynności najbardziej bodaj przyjemnymi.

Słowo bóbr pochodzi od nazwy koloru, ciemnobrunatnoczerwonego. W polszczyźnie bóbr jest już od XIII wieku, podobnie jest w innych słowiańskich językach – w języku prasłowiańskim mieliśmy podobno oboczność bobr/bebr, czemu odpowiadało w sanskrycie babhru. Łacińskie fiber (pełna łacińska nazwa bobra to Castor fiber), niemieckie Biber czy angielskie beaver – wszystkie te nazwy są podobne. I tworzą inne nazwy – to nie przypadek, że tyle nazw własnych, zwłaszcza wodnych, jest związanych z bobrem.

W ogóle bóbr jest dla człowieka zwierzęciem sympatycznym. Po pierwsze, dla miłego wyglądu i przyjemnego dotyku, które wywołują ciekawe metafory. U XVIII wiecznego poety Franciszka Ksawerego Dmochowskiego znajdujemy taką oto fraszkę: „Raz jezuita omackiem idący/Namacał bobra u dziewuchy śpiącej/Ta odeckniona zawoła nań hola!/Takowej misji nie kazał Loyola!”. Tę metaforę dobrze znają nasi czytelnicy współczesnej literatury amerykańskiej. A po drugie, bóbr jest sympatyczny też dlatego, że się tak dobrze rymuje. Wprawdzie najbardziej znanym refrenowym rymem jest wciąż Jurandotowe „Ooo, niedobrze, panie Bobrze”, ale w końcu coś w tym musi być, że słowa dobry i bobry brzmią tak podobnie.

Dobrze, panie Bobrze.

[...]