Zwierzozwierz. Charytatywna antologia o zwierzętach - Wielu autorów - ebook
Opis

Zwierzozwierz to efekt trudu, a nierzadko i łez, polskich pisarzy grozy, przed którymi postawiono niełatwe zadanie zmierzenia się z konwencją miłych i ciepłych opowiadań, w których bohaterami są zwierzaki. Wśród ponad dwudziestu tekstów przeważają humorystyczne, lekko zwariowane historie, ale nie zabrakło też chwytających za serce i zmuszających do refleksji. Wszystko to w szczytnym celu, aby wspomóc działania organizacji pomagających zwierzętom.

W gronie zaangażowanych w projekt szesnastu uznanych pisarzy znaleźli się: Marek Zychla, Grzegorz Woźniak, Mariusz Orzeł-Wojteczek, Juliusz Wojciechowicz, Michał J. Walczak, Łukasz Radecki, Kornel Mikołajczyk, Kazimierz Kyrcz Jr, Agnieszka Kwiatkowska, Kacper Kotulak, Marek Grzywacz, Michał Górzyna, Norbert Góra, Magdalena Godlewska, Adam Froń i Krzysztof T. Dąbrowski.

 

Cały dochód ze sprzedaży antologii zostanie przeznaczony na działania statutowe Fundacji Kocie Życie, Grupy Pomocy Kotom NEKO, Stowarzyszenia Otwarte Klatki oraz Fundacji Hospicjum dla Kotów Bezdomnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ZWIE­RZO­ZWIERZ

Cha­ry­ta­tyw­na An­to­lo­gia o zwie­rzę­tach

(frag­ment)

Wy­daw­nic­two GMORK

Wstęp

KOT prze­cią­gnął się i przy­mknął śle­pia. Po­pro­sił CZAS i CZAS się cof­nął.

KOT I CZAS, Grze­gorz Woź­niak

 

Nie­ste­ty nie je­stem ko­tem i nie spra­wię, by czas się cof­nął. Nie po­sia­dam ta­kiej mocy, a na­wet gdy­bym po­sia­da­ła – nie je­stem zwie­rzę­ciem tak wspa­nia­łym, bym mia­ła od­wa­gę owym cza­sem za­rzą­dzać.

Po­sia­dam jed­nak coś in­ne­go. Coś ma­gicz­ne­go, coś róż­no­rod­ne­go, coś, co cza­su nie cof­nie, lecz go za­trzy­ma.

Mam to te­raz, gdy pi­szę dla Cie­bie ten wstęp i jest mi nie­zmier­nie miło, po­nie­waż je­śli to czy­tasz – mam szan­sę się z Tobą tym po­dzie­lić.

To coś kry­je się na naj­bliż­szych stro­nach. I znaj­dziesz to. Obie­cu­ję.

Znaj­dziesz to mię­dzy de­li­kat­no­ścią przed­sta­wio­nych hi­sto­rii, barw­ny­mi opi­sa­mi oraz kon­tra­sto­wą bru­tal­no­ścią świa­ta i po­sta­ci, któ­re spo­tkasz. Znaj­dziesz to w lek­kim unie­sie­niu ką­ci­ka ust, bez­tro­skim śmie­chu, ale i w za­gu­bio­nej na po­licz­ku łzie, gdy dana opo­wieść Cię roz­ba­wi lub roz­czu­li.

Znaj­dziesz to na pew­no, po­nie­waż Zwie­rzo­zwierz nie jest książ­ką jed­no­li­tą. Jest zbio­rem opo­wia­dań. Opo­wia­dań, któ­re swym cha­rak­te­rem zmie­nia­ją się tak szyb­ko, jak kot zmie­nia ocho­tę na gła­ska­nie go po roz­mru­cza­nym brzu­chu.

W jed­nym mo­men­cie skoń­czysz czy­tać o baj­ko­wym le­sie i my­szy ubra­nej w ku­bra­czek, by za­raz od­wie­dzić Sa­lem, w któ­rym po­znasz sowy z mrocz­ną ta­jem­ni­cą i cał­kiem spo­rym miej­scem w ogród­ku na ewen­tu­al­ne ukry­cie ko­lej­nych zwłok.

To ma­gicz­na książ­ka, w któ­rej znaj­dziesz opo­wia­da­nie dla ro­ze­śmia­nej pię­cio­lat­ki, jak i dla sie­bie, gdy w kul­mi­na­cyj­nym zmę­cze­niu usią­dziesz z lamp­ką wina albo bu­tel­ką cięż­kie­go rze­mieśl­ni­cze­go piwa.

A dla­cze­go Zwie­rzo­zwierz jest ma­gicz­ny? Po­nie­waż jest o zwie­rzę­tach, po­wsta­łych w umy­słach twór­ców, któ­rzy za­dzia­ła­li na rzecz praw­dzi­wych po­trze­bu­ją­cych zwie­rząt z krwi i ko­ści. Cza­sem wple­cio­no sza­re­go bur­ka do hi­sto­rii o ludz­kiej mi­ło­ści, a cza­sem to zwie­rzę­ta stwo­rzo­no na wzór czło­wie­ka. Jed­no jest pew­ne – bez zwie­rząt Zwie­rzo­zwierz by nie po­wstał.

Nie gwa­ran­tu­ję Ci osta­tecz­nie, że każ­de opo­wia­da­nie przy­pad­nie Ci do gu­stu.

Ale obie­cu­ję Ci, że znaj­dziesz choć jed­no swo­je ulu­bio­ne i dłu­go go nie za­po­mnisz.

Ja swo­je zna­la­złam. I bar­dzo mnie cie­ka­wi, któ­re spodo­ba się To­bie.

Chcia­ła­bym na ko­niec ży­czyć Ci mi­łej lek­tu­ry i po­dzię­ko­wać w imie­niu wszyst­kich pu­cha­tych ser­du­szek, któ­rych ist­nie­nie wspar­łeś za­ku­pem Zwie­rzo­zwie­rza.

 

Mar­ta Het­manau­tor­ka blo­ga bisz­kopt z kar­me­lembisz­koptz­kar­me­lem.pl

Na­szym pod­sta­wo­wym obo­wiąz­kiem w sto­sun­ku do na­szych młod­szych bra­ci jest nie­krzyw­dze­nie ich, jed­nak po­prze­sta­nie na tym to nie wszyst­ko. Mamy waż­niej­szą mi­sję - słu­żyć im po­mo­cą, kie­dy­kol­wiek będą jej po­trze­bo­wać.

Św. Fran­ci­szek z Asy­żu

 

Zwie­rzę­ta ist­nie­ją dla sie­bie sa­mych. Nie stwo­rzo­no ich dla lu­dzi, tak samo jak czar­nych nie stwo­rzo­no dla bia­łych, a ko­biet dla męż­czyzn.

Ali­ce Wal­ker

Krzysz­tof T. Dą­brow­ski

Przybłęda

Po­go­da była dziś wy­mię­ta jak fa­cja­ta me­ne­li­ka. Sine brzu­szy­ska chmur w każ­dej chwi­li go­to­we były zro­dzić ze swych trze­wi ulew­ny deszcz. W ży­ciu bym nie przy­pusz­czał, że w dzień tak bury jak ten, może mi się zro­bić we­so­ło i prze­szczę­śli­wie. A jed­nak. Wy­star­czy­ło po pro­stu iść przed sie­bie, mi­ja­jąc jak­by nie­obec­nych du­chem prze­chod­niów, i zer­kać na wy­sta­wy skle­pów, by od­na­leźć speł­nie­nie.

I oto ja, bro­da­ty a brzu­cha­ty po­nad­trzy­dzie­sto­let­ni me­ta­lo­wiec, Hu­bert Płacz­kow­ski, przy­sta­ną­łem przed wi­try­ną skle­pu z kiec­ka­mi i na mej udrę­czo­nej pasz­czę­ce za­go­ścił sze­ro­ki uśmiech zę­bicz­ny.

Nie, nie, spo­koj­nie, by­naj­mniej nie od­kry­łem w so­bie za­mi­ło­wa­nia do prze­bie­ra­nek, po pro­stu uj­rza­łem ko­bie­tę ide­al­ną – drob­ną, ete­rycz­ną blon­dyn­kę o twa­rzy anio­ła, któ­ry za chwi­lę za­pła­cze. Ser­ce za­czę­ło mi ga­lo­po­wać ni­czym bas w ka­wał­kach Iro­nów i już wie­dzia­łem, że to nie ko­lej­ny atak pal­pi­ta­cji, tyl­ko coś znacz­nie gor­sze­go… Fa­tal­ne za­uro­cze­nie.

Cze­mu fa­tal­ne? Bo u mnie za­wsze się to fa­tal­nie koń­czy, ale na­le­żę do lu­dzi, któ­rzy naj­wy­raź­niej nie po­tra­fią uczyć się na błę­dach…

Wsze­dłem do środ­ka, usi­łu­jąc uda­wać, że je­stem bar­dzo za­in­te­re­so­wa­ny su­kien­ka­mi. O tym, jak idio­tycz­nie mu­sia­ło to wy­glą­dać, po­my­śla­łem do­pie­ro póź­niej — na ra­zie usi­ło­wa­łem od­kryć w so­bie fa­scy­na­cję kiec­ka­mi, by le­piej uda­wać, że wla­złem tu niby przy­pad­kiem.

– Coś pana in­te­re­su­je?

Po­ki­wa­łem od­mow­nie gło­wą, nie ma­jąc od­wa­gi, by się od­wró­cić.

– Szkoc­ką? – za­py­ta­ła, a ja ze­bra­łem się w so­bie i w koń­cu od­wró­ci­łem się.

– Nie, dzię­ku­ję, przed po­łu­dniem nie piję.

Za­chi­cho­ta­ła, a ja zda­łem so­bie spra­wę, że mo­gła mi pro­po­no­wać su­kien­kę w kra­tę dla Szko­tów. Ale po­sta­no­wi­łem uda­wać, że na­praw­dę za­żar­to­wa­łem, bo głu­pio by było wyjść na ma­toł­ka. A co ja po­ra­dzę, że przy pięk­nych ko­bie­tach IQ leci mi na łeb na szy­ję?

Fakt, że chi­cho­ta­ła, ja­koś tak mnie odro­bi­nę ośmie­lił i po­sta­no­wi­łem iść na ca­łość.

– Wiesz – po­wie­dzia­łem moc­nym pew­nym gło­sem, jak­by ja­kieś na­tchnie­nie we mnie wstą­pi­ło. – Wy­glą­dasz mi na spe­cy­ficz­ne po­łą­cze­nie ma­rzy­ciel­ki i ta­kie­go tro­chę zwa­rio­wa­ne­go świr­ka, a przy tym mam wra­że­nie, że je­steś bar­dzo zmy­sło­wą ko­bie­tą, po­tra­fią­cą od­bie­rać wszyst­ko in­ten­syw­niej od in­nych.

– O rany! Roz­szy­fro­wa­łeś mnie. – Zro­bi­ła moc­no zdzi­wio­ną minę. – Ja taka wła­śnie je­stem.

Po­sta­no­wi­łem iść za cio­sem i pa­trząc w jej błę­kit­ne oczy, do­da­łem:

– A two­je oczy… Two­je oczy ko­ja­rzą mi się z mo­rzem. Uwiel­biam prze­sia­dy­wać go­dzi­na­mi w mo­rzu. Lu­bię się wte­dy po­ło­żyć na wo­dzie i tak się tro­chę po­uno­sić. Jak się wy­pro­stu­jesz jak stru­na i roz­ło­żysz ręce na boki, to nie ma z tym naj­mniej­sze­go pro­ble­mu. To na­praw­dę su­per spra­wa. Mo­rze buja cię de­li­kat­nie na boki, słoń­ce przy­jem­nie przy­grze­wa, a od dołu czuć de­li­kat­ny chłód. Moż­na na­praw­dę nie­źle od­pły­nąć. A Ty tak lu­bisz?

Wy­glą­da­ła na roz­ma­rzo­ną, bo przez chwi­lę, uśmie­cha­jąc się do sie­bie, wpa­try­wa­ła się gdzieś w dal. Po­tem za­trze­po­ta­ła rzę­sa­mi i spoj­rza­ła na mnie ja­kimś ta­kim roz­iskrzo­nym wzro­kiem, że aż mi się ko­la­na lek­ko ugię­ły.

– Jezu, jak ty wspa­nia­le opo­wia­dasz. – Głos mia­ła słod­ki jak miód i bar­dzo uwo­dzi­ciel­ski.

– Spo­tkasz się ze mną? – wy­pa­li­łem czym prę­dzej, by nie do­padł mnie pa­ra­li­żu­ją­cy stres. – Hu­bert.

– Ewa – wy­cią­gnę­ła drob­ną, cie­płą dłoń, w do­ty­ku bar­dzo ak­sa­mit­ną. – Tak, z przy­jem­no­ścią.

I wte­dy otwo­rzy­ły się drzwi i do skle­pu we­szło stad­ko roz­traj­ko­ta­nych na­sto­la­tek.

– Mu­szę… – I czym prę­dzej cof­nę­ła rękę, a na twarz przy­wo­ła­ła minę pod ty­tu­łem „pro­fe­sjo­nal­na sprze­daw­czy­ni”.

Kiw­ną­łem gło­wą i nie chcąc jej prze­szka­dzać, dys­kret­nie wy­sze­dłem.

 

By­łem tak roz­anie­lo­ny, że mimo za­czy­na­ją­ce­go pa­dać desz­czu, z gło­wą w chmu­rach prze­sze­dłem ze dwa przy­stan­ki, nim stwier­dzi­łem, że prze­cież nie ma co mok­nąć i pod­ja­dę tram­wa­jem. A że aku­rat zbli­ża­ła się dwu­dziest­ka­czwór­ka, to wsia­dłem. Dwa przy­stan­ki da­lej przy­po­mnia­ło mi się, że prze­cież nie mam jej nu­me­ru te­le­fo­nu.

Wy­sia­dłem, po­je­cha­łem w dru­gą stro­nę. I naj­chęt­niej resz­tę dro­gi bym prze­biegł, ale nie chcia­łem wpa­ro­wać tam taki zzia­ja­ny, za­sa­pa­ny i ocie­ka­ją­cy po­tem. Już i tak było mi głu­pio, że ze mnie taka gapa…

Tuż przy wej­ściu przy­wo­ła­łem na twarz naj­bar­dziej lu­zac­ki uśmiech, na jaki mnie było w owej chwi­li stać, wzią­łem głę­bo­ki od­dech i wsze­dłem do środ­ka.

– No cześć – rzu­ci­łem we­so­łym to­nem do Ewy.

Zmarsz­czy­ła brwi.

– My się zna­my?

Czyż­by się roz­my­śli­ła? Nie, no nie może być!

– No, prze­cież…

– Prze­stań mi ko­leż­ko ściem­niać z ta­ni­mi pod­ry­wa­mi!

O kur­czę, od­wi­dzia­łem jej się. Ech, zno­wu do­padł mnie pech!

– Yyyy… aaa… To ja już pój­dę.

I po­sze­dłem, a w mej du­szy roz­go­ścił się de­pre­syj­ny li­sto­pad.

 

Gdy wsze­dłem do domu, Wi­ka­ry ob­da­rzył mnie uważ­nym spoj­rze­niem i mruk­nął:

– Co, sa­micz­ka?

– Ta, ko­bit­ka… – od­po­wie­dzia­łem kotu.

Ni­g­dy nie wni­ka­łem w to, cze­mu ro­zu­miem te jego miau­cze­nia, ani on w to, cze­mu moje „lu­dze­nia” są dla nie­go zro­zu­mia­łe. Do­dam tyl­ko, że in­nych ko­tów nie ro­zu­miem. W każ­dym ra­zie oswo­iłem się z te­ma­tem i przy­zwy­cza­iłem do tego.

Kot wsko­czył na fo­tel, pod­wi­nął ogon, za­ło­żył jed­ną tyl­ną łapę o dru­gą. Przed­nią pod­parł pysz­czek, jak­by głę­bo­ko nad czymś du­mał, po czym mruk­nął jak ra­so­wy psy­cho­log:

– Chcesz o tym po­roz­ma­wiać? – Kiw­nął łep­kiem, wska­zu­jąc na łóż­ko.

Cóż, z bra­ku ko­zet­ki może być i wy­rko. Ski­ną­łem gło­wą, że tak, i za­le­głem na łożu, po czym za­czą­łem opo­wia­dać, co się sta­ło.

– I co ty o tym wszyst­kim są­dzisz? – za­py­ta­łem na ko­niec.

– Nie zra­żaj się. Ona cię tak tyl­ko te­stu­je. Wszyst­kie tak mają. Po­cze­kaj ze dwa dni i zno­wu do niej pod­bij.

 

Na­stęp­ne­go dnia wsta­łem i z bó­lem ser­ca uświa­do­mi­łem so­bie, że mu­szę jesz­cze je­den dzień od­cze­kać, w każ­dym ra­zie je­śli miał­bym się za­sto­so­wać do rad ko­cu­ra mego ko­cha­ne­go.

O wil­ku mowa, a tu kot – ob­ja­wił się tuż przy mnie, tak na­gle i znie­nac­ka jak to tyl­ko on po­tra­fi.

– Dasz śmie­tan­ki? – za­ga­ił przy­ja­ciel­sko, niby od nie­chce­nia wy­sta­wia­jąc pa­zur­ki i bły­ska­jąc szpi­kul­ca­mi zę­bów.

Po mych ple­cach prze­biegł dreszcz. Przed­ra­mię pra­wej ręki wciąż mia­łem po­dra­pa­ne…

– Wła­śnie mia­łem jeść ru­skie.

– Może być z ru­ski­mi! – Ucie­szył się kot.

Wes­tchną­łem cięż­ko.

Fa­szyzm! Ko­mu­nizm! Ko­cizm!

Po paru mi­nu­tach po­sta­wi­łem na zie­mi mi­skę peł­ną po­la­nych śmie­ta­ną pie­ro­gów.

– Pro­szę, mi­lor­dzie!

Mi­lord rzu­cił się na je­dze­nie i sły­chać było tyl­ko gło­śne ciam­ka­nie i mla­ska­nie.

– Co się mówi?

– Bu­jaj wory, fra­je­rze – od­mla­sk­nął.

Cham­stwo mego kota cza­sa­mi mnie prze­ra­ża­ło… Z kogo on brał przy­kład?

– A wal się, ba­ra­nie je­den! – od­pa­ro­wa­łem.

Prze­rwał je­dze­nie, spoj­rzał mi głę­bo­ko w oczy. Pod­ją­łem wy­zwa­nie i prze­trzy­ma­łem spoj­rze­nie, choć nie było ła­two – pie­roń­sko roz­śmie­sza­ły mnie jego bia­łe od śmie­ta­ny wąsy. Co za sie­ro­ta…

W koń­cu ko­cur­ro mój za­darł dum­nie pysz­czek i mruk­nął ura­żo­nym to­nem:

– Jak­byś ra­czył za­uwa­żyć, to je­stem ko­tem.

Ta, chy­ba Szko­tem – po­my­śla­łem uba­wio­ny i po­czła­pa­łem do ła­zien­ki.

Sta­jąc przed lu­strem; jak zwy­kle za­sta­na­wia­łem się, kie­dy wi­dok sa­me­go sie­bie z rana na tyle mnie prze­stra­szy, że zej­dę na przed­wcze­sny za­wał. Tak, bo Hu­bert Płacz­kow­ski wy­glą­da cza­sa­mi jak sie­dem nie­szczęść ósmym po­ga­nia­ne. Trzy­dzie­sto­let­ni brzu­cha­ty me­ta­lo­wiec o prze­rze­dza­ją­cych się dłu­gich wło­sach i bro­dzie, w któ­rej, ni­czym tu­byl­cy w gę­stwi­nie, skry­wa­ły się reszt­ki wczo­raj­szej ko­la­cji. Prze­krwio­ne oczy ma­nia­ka gier kom­pu­te­ro­wych, któ­re­go nie­do­spa­nie pod­kre­ślo­ne było oka­za­ły­mi wo­ra­mi pod pa­trzał­ka­mi i zie­mi­stą cerą. I cze­mu tu się dzi­wić, że ostat­nio cały czas by­łem sin­glem?

Gdy stam­tąd wy­sze­dłem, po­wi­ta­ło mnie wy­ra­zi­ste spoj­rze­nie zło­ci­sto-zie­lo­nych śle­pi Wi­ka­re­go, któ­re mó­wi­ło samo za sie­bie: je­steś skoń­czo­nym kre­ty­nem.

No tak, zno­wu ła­zę­ga je­den szu­ka za­czep­ki.

– Co?

– A nic – od­mruk­nął i, le­ni­wie wy­wi­ja­jąc ogo­nem, udał się w stro­nę le­go­wi­ska.

– Dał­bym ci bu­zia­ka, ale masz wąsy.

Nie sko­men­to­wał tego. Po­ło­żył się, ziew­nął i przy­mknął śle­pia. Był kot – nie ma kota.

Zresz­tą nie pierw­szy to raz wy­pro­wa­dzał mnie z rów­no­wa­gi, by po­tem igno­ro­wać – i tyl­ko cie­ka­we, czy tę sztucz­kę ko­bie­ty pod­pa­trzy­ły u ko­tów, czy na od­wrót.

Raz na przy­kład ostro się czymś stru­łem, i może nie wni­kaj­my już czym, w każ­dym ra­zie mia­łem tak zwa­ne pro­ble­my z błęd­ni­kiem, bo rzu­ca­ło mną ni­czym ma­ry­na­rzem pod­czas sztor­mu. Ko­cur­ro, za­miast za­dbać o me bez­pie­czeń­stwo i ase­ku­ro­wać lub za­pro­wa­dzić do ka­na­py, pa­trzył tyl­ko, gdzie pad­nę i czy przy­pad­kiem nie na nie­go.

W pew­nym mo­men­cie po­czu­łem, że mi nie­do­brze. Oczy­wi­ście od razu go uprze­dzi­łem. I wie­cie, co mi ten zło­śnik po­ra­dził, gdy stwier­dził, że znaj­du­je się w polu ra­że­nia? „Spró­buj po­łknąć!”.

Taki z nie­go był waż­niak-od­waż­niak! Ale jak dla od­mia­ny coś go wy­stra­szy­ło, to od razu wska­ki­wał mi na ręce, strze­lał spoj­rze­niem ro­dem ze Shre­ka i było „chroń mnie, broń mnie, ra­tuj!”.

Ale taki już jego urok. A ja i tak ko­cham tego zło­śli­we­go sier­ściu­cha.

 

Na­stęp­ne­go dnia uda­łem się do skle­pu Ewy. Trzy razy zbie­ra­łem się do wej­ścia i ty­leż samo re­zy­gno­wa­łem, czu­jąc, jak zże­ra mnie stres. W koń­cu za­ci­sną­łem pasz­czę­kę i wma­sze­ro­wa­łem do środ­ka.

Ewa się uśmiech­nę­ła.

Uśmiech­nę­ła się!

Ka­mień spadł mi z ser­ca i wy­lu­zo­wa­łem, na­wet uda­ło się wstęp­nie umó­wić na spo­tka­nie.

– Su­per, to po­ju­trze za­dzwo­nię i jesz­cze dam znać gdzie. Buź­ka. – Cmok­ną­łem ją w ten ak­sa­mit­ny po­li­czek, har­fy w nie­bio­sach za­gra­ły, a mnie, dia­błu wcie­lo­ne­mu skrzy­dła aniel­skie wy­ro­sły i żem się wzniósł na wy­ży­ny prze­szczę­śli­wo­ści. Mia­łem ocho­tę śpie­wać „He­aven! I'm in he­aven!”, ale ja­koś się opa­no­wa­łem i w mia­rę nor­mal­nie wy­sze­dłem. Za to na ze­wnątrz ra­do­snym pod­sko­kom nie było koń­ca. Jak to do­brze po­słu­chać cza­sem mą­dro­ści swe­go dur­ne­go kota!

 

Ko­lej­ne­go dnia ra­dość roz­pie­ra­ła mnie tak wiel­ka, że po­sta­no­wi­łem nie dzwo­nić, a wpaść do Ewci z kwia­ta­mi i umó­wić się oso­bi­ście.

Wy­sze­dłem z domu i uda­łem się do Gar­ba­te­go Sza­ta­na, jak na­zy­wa­łem swój wy­słu­żo­ny krą­żow­nik szos mar­ki Volks­wa­gen. A co, jako me­ta­lo­wiec mu­sia­łem go ja­koś za­cnie na­zwać!

Za­tur­ko­ta­ło, za­per­ko­ta­ło i od­pa­lił. Po­je­cha­łem.

Pół go­dzi­ny póź­niej z szar­manc­kim uśmie­chem na fa­cja­cie sta­łem przed wej­ściem do skle­pu. Czu­łem się już o wie­le pew­niej, więc od­de­chy uspo­ka­ja­ją­ce so­bie da­ro­wa­łem i po pro­stu wma­sze­ro­wa­łem sprę­ży­stym kro­kiem do środ­ka.

– Cześć! Chcia­łem…

Ale nie dała mi do­koń­czyć, zmarsz­czy­ła groź­nie brwi i mi prze­rwa­ła:

– Mo­żesz so­bie chcieć co tyl­ko chcesz, ale nie ode mnie. Od­puść so­bie.

By­łem w szo­ku. W to­tal­nym szo­ku. Za­bra­kło mi słów. Zwi­sła mi ręka z kwia­ta­mi i po­tul­nie, jak cie­lę pro­wa­dzo­ne na rzeź, wy­co­fa­łem się i wy­sze­dłem ze skle­pu.

Bawi się mną? – w gło­wie za­kieł­ko­wa­ło py­ta­nie.

Ech, wszyst­ko na to wska­zy­wa­ło, a ja na­iw­ny wma­wia­łem so­bie, że to po­rząd­na dziew­czy­na.

W mię­dzy­cza­sie dia­blo się roz­pa­da­ło. Wsia­dłem do Sza­ta­na i ru­szy­łem w dro­gę po­wrot­ną. A choć wy­cie­racz­ki pra­co­wa­ły jak sza­lo­ne, to i tak wi­docz­ność była moc­no ogra­ni­czo­na. Ist­ne obe­rwa­nie chmu­ry.

Na­gle mu­sia­łem ostro dać po ha­mul­cach, bo coś ma­łe­go, bia­łe­go wsko­czy­ło znie­nac­ka na dro­gę.

Przez chwi­lę głę­bo­ko od­dy­cha­łem, po czym, nie zwa­ża­jąc na deszcz, wy­sia­dłem. Ser­ce mia­łem w prze­ły­ku, bo ba­łem się prze­raź­li­wie, że ko­goś prze­je­cha­łem. Ale z dru­giej stro­ny po­cie­sza­ją­ce było to, że Gar­ba­ty nie pod­sko­czył, więc chy­ba jed­nak nie.

Ro­zej­rza­łem się, ale ni­ko­go nie doj­rza­łem. Już mia­łem wsia­dać, bo deszcz da­wał się we zna­ki, a i co­raz chłod­niej się ro­bi­ło, gdy, tknię­ty prze­czu­ciem, po­sta­no­wi­łem paść na ko­la­na. Zaj­rza­łem pod sa­mo­chód.

Do­brze zro­bi­łem – cho­wa­ła się tam bia­ło-bura po­pi­sku­ją­ca kul­ka. Ani chy­bi wy­stra­szo­ny psiak.

Po paru mi­nu­tach uda­ło mi się go uspo­ko­ić i wy­do­być spod auta. Po­sa­dzi­łem go z tyłu, owi­ną­łem cie­płym ko­cem i, nie wie­dząc, czyj on może być, po­sta­no­wi­łem za­brać go do domu, by póź­niej po­szu­kać wła­ści­cie­la.

Pu­ści­łem mu sta­re do­bre Sa­xon z pły­ty Dogs of war i choć nie wy­glą­dał na psa bo­jo­we­go, to chy­ba po­lu­bił te kli­ma­ty, bo się uspo­ko­ił, słu­cha­jąc z za­cie­ka­wie­niem.

– No, jesz­cze będą z cie­bie lu­dzie – po­chwa­li­łem go, głasz­cząc po łeb­ku.

Spoj­rzał na mnie nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem.

– Wiesz jak cię będę na­zy­wał? Przy­błę­da.

Pi­snął ci­cho.

– No, to sko­ro za­ak­cep­to­wa­ne, to je­dzie­my.

Po­je­cha­li­śmy.

 

Le­d­wiem z Przy­błę­dą na rę­kach prze­kro­czył pro­gi mego za­cne­go do­mo­stwa, na­po­tka­łem wzbu­rzo­ne spoj­rze­nie Wi­ka­re­go. I wca­le nie cho­dzi­ło o to, że nie da­łem mu przed wyj­ściem do­kład­ki ru­skich, któ­re mu z do­bro­ci ser­ca od­da­łem, od ust so­bie odej­mu­jąc.

– Zdraj­ca! – syk­nął, po czym się od­da­lił.

No tak, chy­ba nie po­lu­bił Przy­błę­dy. Ho­uston, mamy pro­blem!

Pod­czas gdy ja su­szy­łem psia­ka, kot sie­dział cały na­bur­mu­szo­ny i ob­ser­wo­wał nas z po­nu­rą miną.

– No co, po­móc mu­sia­łem! Prze­cież nie mo­głem go tak zo­sta­wić.

– I to coś bę­dzie te­raz z nami miesz­kać…

– Przez ja­kiś czas na pew­no – Cóż, trze­ba było ko­cu­ra uświa­do­mić.

– Po moim tro­pie! – miauk­nął wzbu­rzo­ny.

– Chy­ba tru­pie.

– No prze­cież miau­czę!

 

Wy­star­czy­ło ich na chwi­lę zo­sta­wić sam na sam, aby w po­ko­ju roz­pę­ta­ło się tor­na­do. Gdy wsze­dłem, wszyst­ko było po­roz­rzu­ca­ne po wszyst­kim, a po pod­ło­dze krą­ży­ła fu­trza­na po­pi­sku­ją­co-miau­czą­ca kula. Roz­dzie­li­łem ich z naj­wyż­szym tru­dem.

Wie­dzia­łem, że taka sy­tu­acja dłu­go po­trwać nie może, bo w prze­ciw­nym wy­pad­ku cze­ka mnie re­mont ge­ne­ral­ny i le­cze­nie psy­chia­trycz­ne, co naj­mniej. Uzna­łem, że naj­szyb­szym spo­so­bem na od­na­le­zie­nie wła­ści­cie­la Przy­błę­dy bę­dzie wrzu­ce­nie ogło­sze­nia na Fa­ce­bo­oka

Usa­dzi­łem psia­ka na ko­cy­ku i przy­kuc­ną­łem z apa­ra­tem. W chwi­li gdy ro­bi­łem zdję­cie, Wi­ka­ry sko­czył na Przy­błę­dę i ko­tło­wa­ni­na roz­po­czę­ła się na nowo. Po­wstrzy­ma­łem ich.

Obaj byli już po­rząd­nie za­sa­pa­ni, ale… Nie wie­dzieć cze­mu, mia­łem wra­że­nie, że to nie jest na se­rio i je­śli to tyl­ko za­ba­wa, to chy­ba im się spodo­ba­ła.

Do­pie­ro za­mknię­cie Wi­ka­re­go w ła­zien­ce po­mo­gło. Inna spra­wa, że tuż po tym za­po­mnia­łem, że go tam za­mkną­łem, bo od razu po­mkną­łem wrzu­cić ogło­sze­nie na Fej­sa.

 

Bar­dzo był wku­rzo­ny gdy so­bie o nim przy­po­mnia­łem, oj, bar­dzo – przy­by­ły mi trzy ko­lej­ne za­dra­pa­nia na łyd­ce.

– No już, wrzuć na luz, mia­łem cięż­ki dzień. Ola­ła mnie.

Na to Wi­ka­ry obej­rzał się i bły­snął zę­ba­mi z sa­tys­fak­cją.

– Po­ka­ra­ło cię, jak wi­dzę, za bra­ta­nie się z psa­mi!

– Po­ra­dzisz coś? Ty się znasz na sa­micz­kach.

– Ewi­dent­nie cię spraw­dza – stwier­dził z miną znaw­cy te­ma­tu. – Chce spraw­dzić, czy ła­two się pod­da­jesz. Ład­na jest?

Wes­tchną­łem na wspo­mnie­nie jej cud­nej twa­rzy.

– Naj­prze­pięk­niej­sza w ga­lak­ty­ce!

– No, to już wie­my, o co bie­ga! – mruk­nął z sa­tys­fak­cją. – Im sa­micz­ka atrak­cyj­niej­sza, tym wię­cej sam­ców się koło niej mio­ta. A ona w tej sy­tu­acji ma duży wy­bór i zgad­nij, kogo wy­bie­rze?

– Nie wiem – od­par­łem po chwi­li in­ten­syw­ne­go my­śle­nia.

– Naj­wy­tr­wal­sze­go! – miauk­nął do­no­śnie i zna­czą­co uniósł w górę pa­zur.

 

Idąc za radą Wi­ka­re­go, za­dzwo­ni­łem do Ewy. Ode­bra­ła i była prze­mi­ła, co tyl­ko do­wo­dzi­ło, że ten sku­ba­ny kot ma nie­sa­mo­wi­ty in­stynkt je­śli cho­dzi o ko­bie­ty.

– Świet­nie, to je­ste­śmy umó­wie­ni, to ju­tro wpad­nę po cie­bie do pra­cy jak skoń­czysz?

– Świet­nie! Pa, Hu­ber­cik! – I się roz­łą­czy­ła.

Sie­dzia­łem przez chwi­lę na brze­gu łóż­ka. Wi­ka­ry szcze­rzył się do mnie bez­czel­nie – wie­dział, że za do­bre rady nie omi­nie go na­gro­da. I miał ra­cję. Wsta­łem, wy­cią­gną­łem z lo­dów­ki śmie­ta­nę. Po chwi­li miał peł­ną mi­skę swe­go uko­cha­ne­go przy­sma­ku.

Oka­za­ło się, że to rów­nież przy­smak Przy­błę­dy, bo psiak za­czął pod­ja­dać z mi­secz­ki ko­cu­ra.

Wi­ka­ry wi­dząc to wpadł w szał, sko­czył na nie­go. Zno­wu ko­tło­wa­li się po ca­łej pod­ło­dze.

Wzią­łem z szaf­ki ta­lerz od zupy i na­la­łem do nie­go ko­lej­ną por­cję. Już po chwi­li tro­chę po­tur­bo­wa­ni, ale uspo­ko­je­ni, mla­ska­li w zgod­nym du­ecie.

 

Na­stał ten dzień, na któ­ry cze­ka­łem z ta­kim utę­sk­nie­niem. Rand­ka z Ew­cią!

Po­ło­ży­łem nie­mal roz­ła­do­wa­ną ko­mór­kę na pral­ce. Na­la­łem wody do wan­ny i urzą­dzi­łem so­bie go­rą­cą ką­piel. Wszak trze­ba się po­rząd­nie zre­lak­so­wać, bo tyl­ko zre­lak­so­wa­ny będę miał szan­se na to, by zdzia­łać coś wię­cej. Wie­dzia­łem, że to spo­tka­nie to klu­czo­wy mo­ment, jak się ze­stre­su­ję i za­wa­lę spra­wę, to zo­sta­nę spła­wio­ny. Ko­bit­ki ta­kie są.

***

Tym­cza­sem Ewa sie­dzia­ła w skle­pie, z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­jąc na ko­niec pra­cy. Nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy zno­wu spo­tka tego przy­stoj­ne­go „drwa­la”. Miał taką mod­ną bro­dę i tak fan­ta­stycz­nie opo­wia­dał. Za­uro­czył ją mo­men­tal­nie. Co praw­da w głę­bi ser­ca czu­ła smu­tek po nie­daw­nej stra­cie, ale nie chcia­ła już na dzień do­bry ob­cią­żać go tym, co ją w du­szy boli. Jesz­cze by stwier­dził, że jest ma­rud­na i wię­cej by go nie zo­ba­czy­ła.

Na­gle za­wi­bro­wa­ła jej ko­mór­ka.

– Halo?

Przez chwi­lę w sku­pie­niu słu­cha­ła, a po­tem na jej twa­rzy po­ja­wił się wy­raz ulgi i szczę­ścia.

– Tak, tak, wszyst­ko się zga­dza, to ja. Już jadę!

Cóż, nie po­zo­sta­ło jej nic in­ne­go, jak po­pro­sić Ulę, któ­ra ma za­pa­so­we klu­cze, by ją za­stą­pi­ła. Wy­wie­si­ła kart­kę z in­for­ma­cją „Za chwi­lę wra­cam” i za­dzwo­ni­ła do Uli.

I tyl­ko spo­tka­nie z Hu­ber­ci­kiem trze­ba bę­dzie od­wo­łać… Ależ jej było te­raz głu­pio. Jak ona mu to po­wie, żeby so­bie nie po­my­ślał, że wy­sta­wi­ła go do wia­tru?

***

Roz­ła­do­wa­ła mi się ko­mór­ka, o czym nie mia­łem po­ję­cia, sie­dząc w wan­nie peł­nej cie­płej wody z górą pia­ny i re­lak­su­jąc się w naj­lep­sze. Ów fakt stwier­dzi­łem do­pie­ro po wyj­ściu. Ru­szy­łem do po­ko­ju – gdzie jak zwy­kle fu­trza­ki ko­tło­wa­ły się po pod­ło­dze, ale już nie chcia­ło mi się ich roz­dzie­lać – z za­mia­rem zna­le­zie­nia ła­do­war­ki, ale traf chciał, że się o coś po­tkną­łem i ko­mó­ra po­szy­bo­wa­ła wprost na ścia­nę. Jak się oka­za­ło, zde­rze­nie było dla niej śmier­tel­ne – w mgnie­niu oka tra­fi­ła do kra­iny elek­tro­nicz­nych ło­wów.

Ech, jak pech to pech – po­my­śla­łem wzdy­cha­jąc ci­cho, ale za­raz zno­wu po­pra­wił mi się hu­mor. Bo nic go nie ze­psu­je, gdy ma się w per­spek­ty­wie rand­kę z taką anie­li­cą!

***

– Hu­ber­cik od­bierz, pro­szę. No od­bierz… – nie­cier­pli­wi­ła się Ewa.

Ale on nie od­bie­rał.

I co tu te­raz zro­bić? – za­du­ma­ła się zmar­twio­na. Na­raz wpa­dła na po­mysł. Chwy­ci­ła kart­kę i na­pi­sa­ła na niej in­for­ma­cję dla Uli: „Ulcia, waż­na spra­wa! Przyj­dzie tu do mnie taki chło­pak, Hu­bert. By­li­śmy umó­wie­ni. Nie mogę się do nie­go do­dzwo­nić. Prze­proś go pro­szę i wy­ja­śnij, jaka jest sy­tu­acja. Bu­zia­ki Ko­cha­na!”.

Ewa po­ło­ży­ła kart­kę na la­dzie. Gdy wy­cho­dzi­ła, prze­ciąg zdmuch­nął ją pod szaf­kę.

***

Od­pin­dro­wa­łem się, po­gro­zi­łem Wi­ka­re­mu i Przy­błę­dzie pal­cem, na­ka­zu­jąc, by się spra­wo­wa­li (choć wie­dzia­łem do­brze, co się bę­dzie dzia­ło, gdy tyl­ko znaj­dę się poza do­mem) i ru­szy­łem do tak­sów­ki. Tak, po­sta­no­wi­łem się szarp­nąć i wy­kosz­to­wać. W koń­cu gdy­bym po­je­chał Sza­ta­nem, to nie mógł­bym bro­war­ka łyk­nąć, a je­den dla więk­sze­go luzu na pew­no się przy­da.

***

Ewa wy­bie­gła z tak­sów­ki i po­gna­ła w stro­nę ob­skur­nej klat­ki wy­ta­tu­owa­ne­go spre­jem sza­re­go blo­czy­ska. Nim do­tar­ła na czwar­te pię­tro, so­lid­nie się za­sa­pa­ła. Nie mo­gąc zła­pać tchu, czym prę­dzej za­dzwo­ni­ła.

– Kto tam? – Roz­legł się ko­bie­cy głos.

– Ja w spra­wie pie­ska.

Drzwi się otwo­rzy­ły i ob­ja­wi­ła się w nich tęga ma­tro­na z lo­ków­ka­mi na gło­wie. Na rę­kach mia­ła psia­ka, ale to nie był Kul­ka…

Oczy Ewy za­szkli­ły się od łez, a usta wy­gię­ły w pod­ków­kę.

– To nie ten, praw­da?

Ewa tyl­ko po­ki­wa­ła gło­wą.

***

Wma­sze­ro­wa­łem do skle­pu jak po swo­je.

– Cześć, ko­biet­ko!

– Zno­wu ty? – syk­nę­ła wku­rzo­na dziew­czy­na. – I co ty mi tu z ko­biet­ka­mi wy­jeż­dżasz na­trę­cie je­den! Od­czep się! To jest ka­ral­ne, ta­kie na­cho­dze­nie!

– Ale prze­cież my… – mam­ro­ta­łem, nie mo­gąc po­jąć, co jest gra­ne.

A może ma roz­dwo­je­nie jaź­ni?

– Nie, nie pa­su­je­my do sie­bie i nie bę­dzie­my. A te­raz zjeż­dżaj, bo we­zwę ochro­nę!

Ewi­dent­nie roz­dwo­je­nie jaź­ni! Po­tul­nie się wy­co­fa­łem, a ser­ce kra­ja­ło mi się z bólu.

Do­szczęt­nie za­ła­ma­ny, noga za nogą su­ną­łem w stro­nę przy­stan­ku i na­gle, mimo upior­ne­go sta­nu du­szy, coś rzu­ci­ło mi się w oczy. Na ścia­nie mi­ja­nej ka­mie­ni­cy wi­sia­ło ogło­sze­nie o za­gi­nię­ciu psa – a wy­glą­dał tocz­ka w tocz­kę jak Przy­błę­da. Czym prę­dzej za­no­to­wa­łem nu­mer. W ży­ciu bym się nie spo­dzie­wał, że w re­alu prę­dzej znaj­dę wła­ści­cie­la, niż przez ogło­sze­nie na Fej­sie.

 

W domu był pie­ruń­ski baj­zel, ale nie mia­łem ani sił, ani ocho­ty urzą­dzać po­ła­ja­nek. Pies z ko­tem jak­by wy­czu­li mój stan. Na­gle się uspo­ko­ili, pod­ku­li­li ogo­ny i każ­dy udał się do swe­go le­go­wi­ska.

Dziś jest ten tra­gicz­ny dzień, kie­dy stra­ci­łem ko­bie­tę, a za­raz stra­cę rów­nież psa. Łza mi się w oku za­krę­ci­ła. Po­spiesz­nie ją otar­łem, bo prze­cież je­stem twar­dym, har­dym me­ta­low­cem, a nie ja­kąś roz­ma­zga­jo­ną łaj­zą.

Chwy­ci­łem ko­mór­kę.

No tak, ze­psu­ta. Za­po­mnia­łem.

Ochla­pa­łem twarz zim­ną wodą i uda­łem się do są­sia­da, by grzecz­no­ścio­wo za­dzwo­nić od nie­go.

 

Wstu­ka­łem nu­mer i ode­bra­ła ja­kaś mło­da ko­bie­ta.

– Dzień do­bry. Ja zna­la­złem pani pie­ska, Przybł… Kul­kę, zna­czy się. Pro­szę po­dać ad­res, to pod­je­dzie­my.

Po­da­ła. Po­dzię­ko­wa­łem i wró­ci­łem do domu.

Wsa­dzi­łem Przy­błę­dę za poły kurt­ki, żeby mu było cie­plej, i wy­sze­dłem z domu.

 

Tro­chę błą­dzi­łem, nim tra­fi­łem pod wła­ści­wy ad­res, ale w koń­cu się uda­ło.

By­łem przed drzwia­mi miesz­ka­nia i ro­bi­ło mi się co­raz bar­dziej smut­no. Przy­błę­da, a ra­czej Kul­ka, za­czął się nie­cier­pli­wie wier­cić i po­pi­ski­wać ra­do­śnie.

– No tak, tak, za­raz od­dam cię pani. Nic się nie martw. – Uspo­ka­ja­łem go, głasz­cząc po łeb­ku.

Za­dzwo­ni­łem.

Drzwi się otwo­rzy­ły i uj­rza­łem Ewę. Była w to­tal­nym szo­ku, ja zresz­tą też. Po­tem prze­ję­ła roz­bry­ka­ne­go Kul­kę i ra­do­ściom przez chwi­lę nie było koń­ca, aż się za­sta­na­wia­łem, czy się nie od­da­lić, nie zo­sta­wić ich sa­mych. I w tym mo­men­cie z głę­bi miesz­ka­nia wy­szła dziew­czy­na wy­glą­da­ją­ca iden­tycz­nie jak Ewa.

– To ty… To wy… A ja… O rany! – wy­mam­ro­ta­łem.

– Ale ja głu­pia by­łam, ty do Ewu­ni… – wy­stę­kał klon mej uko­cha­nej, ru­mie­niąc się przy tym nie­mo­żeb­nie i przy­sła­nia­jąc usta.

– Hu­ber­cik! Wejdź! Ale się cie­szę, że cię wi­dzę!

Ja­ba­aada­ba­aado­oo! Czy me uszę­ta do­brze sły­sza­ły? Cie­szy się, że mnie wi­dzi! Yes! Yes! Yes!

Oczy­wi­ście wsze­dłem.

 

Mi­nę­ły dwa ty­go­dnie od na­sze­go spo­tka­nia, a ja i Ewa nie mo­gli­śmy się sobą na­cie­szyć. Co­dzien­nie gdzieś się mu­sie­li­śmy spo­tkać, zo­ba­czyć, choć­by na chwi­lę. Ula też mnie po­lu­bi­ła, choć strasz­nie jej było głu­pio, że była taka nie­do­myśl­na i spła­wia­ła ad­o­ra­to­ra sio­stry. I tyl­ko Wi­ka­ry coś był nie do koń­ca za­do­wo­lo­ny z mego szczę­ścia:

– Ty! A może ja cię po­uczę pod­ry­wać i znaj­dziesz so­bie lep­szą? – za­pro­po­no­wał w koń­cu.

– Ty?

– No! Po­patrz tyl­ko, ja­kie mam po­wo­dze­nie u ko­cic! – Za­darł dum­nie pysz­czek.

A ja bym rzekł, że „dur­nie”.

– Ale z ko­bie­ta­mi jest ina­czej.

– Wiem – mruk­nął po­sęp­nie. – Mia­łem na­dzie­ję, że zno­wu bę­dziesz sin­glem.

– Cze­mu tak źle mi ży­czysz?

– Bo ty jak się za­ko­chasz, to za­wsze po­tem za­po­mi­nasz o re­gu­lar­nym wsy­py­wa­niu kar­my do mi­ski. I cho­dzisz ja­kiś taki nie­obec­ny, że na­wet po­dro­czyć się nie moż­na, a cza­sem to na­wet nie­chcą­cy ogon mi przy­dep­niesz.

– A ja my­śla­łem, że to przez Kul­kę, że się bo­isz tego, że kie­dyś ra­zem za­miesz­ka­cie.

– Nie, chy­ba na­wet trosz­kę go po­lu­bi­łem. Ale tyl­ko odro­bi­nę – stwier­dził dy­plo­ma­tycz­nie.

– To ja bym sta­rał się być bar­dziej przy­tom­ny, a poza tym Ewa kar­mi­ła­by cię pew­nie za dwóch.

– No tak, ale to do­pie­ro jak­by­ście za­miesz­ka­li ra­zem, a do tego cza­su…

– Damy radę – Mru­gną­łem okiem. – A jak się cza­sem za­wie­szę, to naj­wy­żej drap­niesz mnie pa­zu­rem. Zgo­da?

– O, i to jest myśl! – miauk­nął we­so­ło. – A mogę po­tre­no­wać?

Ostre jak brzy­twa pa­zu­ry Wi­ka­re­go za­lśni­ły zło­wiesz­czo w świe­tle lam­py.

Krzyk Hu­ber­ta Płacz­kow­skie­go sły­chać było na­wet na są­sied­nim osie­dlu.

Ka­zi­mierz Kyrcz Jr, Mi­chał Wal­czak

Zaćma

Pod­czas pi­sa­nia tej hi­sto­rii nie ucier­piał ża­den wam­pir.

Pa­ra­fra­zu­jąc kla­sy­ka z dzie­ciń­stwa, na wstę­pie za­nu­cę: Każ­dy ma ja­kie­goś bzi­ka, każ­dy ja­kieś fo­bie ma… Tak, tak, pro­szę pań­stwa, uwa­żam, że ci nie­licz­ni, któ­rzy ta­ko­wych nie po­sia­da­ją, ni­g­dy nie zro­zu­mie­ją, czym jest praw­dzi­wy strach.

Spę­dza­łem tam­tą pa­mięt­ną let­nią noc w domu ro­dzi­ców, ba­wią­cych aku­rat w od­wie­dzi­nach u wu­jo­stwa. Wy­mo­ści­łem so­bie wy­rko w po­ko­ju z bal­ko­nem, kal­ku­lu­jąc, że kie­dy uchy­lę drzwi, bę­dzie mi chłod­no i przy­jem­nie. Wszak bli­sko czter­dzie­sto­stop­nio­we upa­ły zmu­sza­ją do kom­bi­no­wa­nia.

Plan pro­sty i przy­naj­mniej z po­cząt­ku wy­da­wał się sku­tecz­ny. Za­sną­łem jak ose­sek, bez naj­mniej­szych pro­ble­mów, na­tu­ral­na kli­ma cią­gnę­ła orzeź­wie­niem od po­bli­skie­go par­ku – sło­wem: mio­dzio.

Cóż, oprócz chło­du przy­cią­gnę­ła coś jesz­cze…

Moje ne­me­zis.

Na­wia­sem mó­wiąc, uwiel­biam nie­to­pe­rze; pra­co­wi­ty wam­pi­rek po­tra­fi zjeść set­ki ciem w jed­ną noc. Nie­ste­ty, pew­ne oka­zy mają jed­nak wię­cej szczę­ścia niż ro­zu­mu (czy­li ich los skła­da się głów­nie ze szczę­ścia) i uda­je im się prze­drzeć przez ko­hor­ty tych sym­pa­tycz­nych la­ta­ją­cych my­szek pa­tro­lu­ją­cych oko­li­cę.

W pew­nym mo­men­cie ja­kiś ata­wi­stycz­ny in­stynkt ka­zał mi się obu­dzić. Albo to moja pod­świa­do­mość dała o so­bie znać, albo sam Mor­fe­usz po­trzą­snął mną de­li­kat­nie, by spra­wić so­bie tro­chę roz­ryw­ki.

Nie za­wio­dłem go.

Otwar­łem oczy, wle­pia­jąc wzrok w bez­świa­tło nocy, i co uj­rza­łem? Cień po­ru­sza­ją­cy się cha­otycz­nym ru­chem okręż­nym. Cień ćmy!

– Ra­tun­ku, ćma! – wrza­sną­łem, choć prze­cież nie mo­głem ocze­ki­wać zni­kąd po­mo­cy.

Po­my­śla­łem, że za­kry­ję łeb koł­drą i za­pla­nu­ję dro­gę uciecz­ki… To oczy­wi­ste, że po­zo­sta­nie w jed­nym po­miesz­cze­niu z po­two­rem gro­zi­ło ab­so­lut­nie wszyst­kim: ar­ma­ge­do­nem, za­wa­łem, kra­chem na gieł­dzie.

Zro­bi­łem wy­mach, przy­kry­cie szczel­nie opa­tu­li­ło mi gło­wę i resz­tę cia­ła. Ulga i ilu­zo­rycz­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa trwa­ły znacz­nie kró­cej, niż bym so­bie tego ży­czył. Po­czu­łem, że coś smy­ra mnie po szyi! Ta­kie gili-gili, któ­re­go – mo­że­cie mi wie­rzyć – z pew­no­ścią nie chcie­li­by­ście za­znać!

Wy­sko­czy­łem z wyra tak sku­tecz­nie, że mało o stół się nie za­bi­łem! Roz­cie­ra­jąc ura­żo­ne bio­dro, w te pędy wy­bie­głem z po­ko­ju.

Co da­lej? Co da­lej?!

Do sie­bie, do ma­łe­go po­ko­iku spać nie pój­dę, bo po­ście­li nie mam, a ćma mi jej do­bro­wol­nie nie wyda…

Na­gle mnie olśni­ło. Schy­li­łem się po ple­cak, któ­ry prze­zor­nie zo­sta­wi­łem w przed­po­ko­ju, i za­bra­łem się za zwi­ja­nie w kul­ki mo­je­go ty­go­dnio­we­go za­pa­su skar­pe­tek. Amu­ni­cji uzbie­ra­łem spo­ro, pew­no­ści sie­bie wca­le, ale cóż, trze­ba wal­czyć o prze­trwa­nie – albo ona, albo ja!

Po­sta­no­wi­łem, że po uchy­le­niu drzwi do po­ko­ju za­pa­lę na se­kun­dę świa­tło, zlo­ka­li­zu­ję fran­cę i spró­bu­ję ją ze­strze­lić. Nic prost­sze­go. Niby.

Kil­ka razy na­wet ją tra­fi­łem, ale twar­da sztu­ka była. Ra­so­wa, zna­czy się. Te z ro­do­wo­dem są naj­gor­sze, mo­że­cie mi wie­rzyć. Zło w czy­stej, pod­nieb­nej i do­oko­ła­lam­po­wej po­sta­ci, stwo­rzo­ne, żeby drę­czyć ta­kich jak ja.

Wkrót­ce skoń­czy­ły mi się skar­pet­ki, a ja mo­głem je­dy­nie prze­kli­nać swo­ją per­ma­nent­ną za­ćmę. I co te­raz? Jak po­zbyć się tej masz­ka­ry?

Przy­po­mnia­łem so­bie, że mam jesz­cze dwie pił­ki do te­ni­sa! Po­pę­dzi­łem po nie jak po naj­now­szej ge­ne­ra­cji broń ma­so­we­go ra­że­nia. W tej woj­nie Kon­wen­cja Ge­new­ska nie obo­wią­zy­wa­ła.

Pierw­szym su­per-po­ci­skiem roz­bi­łem ulu­bio­ny wa­zon mamy, bo rzu­ci­łem na oślep, prze­ko­na­ny, że ćma leci pro­sto w moją stro­nę z za­mia­rem od­gry­zie­nia mi twa­rzy… Źle jej z pa­trza­łek zio­ra­ło.

Po prze­rwie na od­dech i otar­cie z łez przy­rzą­dów ce­low­ni­czych, po­wró­ci­łem do boju z dru­gą ra­kie­tą typu zie­mia–ćma.

Ta wresz­cie do­się­gnę­ła celu i wło­cha­ty po­twór, ko­zioł­ku­jąc, spadł na pod­ło­gę. Ma­gicz­ny py­łek ze skrzy­de­łek zro­bił jej zdję­cie na ścia­nie. Z dumy uro­słem chy­ba z dzie­sięć cen­ty­me­trów. Pod­bie­głem do mon­strum, żeby je do­bić, kie­dy jed­nak ze zdzi­wie­niem zo­ba­czy­łem, że prze­bie­ra od­nó­ża­mi i wca­le nie szy­ku­je się do ata­ku, zmie­ni­łem swo­je mor­der­cze za­mia­ry. Z tru­dem, bo z tru­dem, uświa­do­mi­łem so­bie, że to sza­leń­stwo, sor­ki, to ma­leń­stwo też chce żyć. Nie jego wina, że przy­ję­ło tak znie­na­wi­dzo­ną prze­ze mnie for­mę.

Mu­szę się go po­zbyć, z pew­no­ścią. Ale nie za­bi­jać!

Wy­co­fa­łem się ra­kiem do kuch­ni, gdzie drżą­cy­mi ze zde­ner­wo­wa­nia rę­ko­ma wy­trzą­sną­łem za­pał­ki z pu­deł­ka. Tak wy­po­sa­żo­ny po­czła­pa­łem znów do po­ko­ju.

Po­ra­dzisz so­bie, po­ra­dzisz – za­grze­wa­łem się do osta­tecz­ne­go star­cia ze swo­imi lę­ka­mi.

I rze­czy­wi­ście, po­ra­dzi­łem. Za­pa­ko­wa­łem nie­pro­szo­ne­go go­ścia do pu­deł­ka i wy­rzu­ci­łem w ciem­ność nocy.

Od­tąd, gdy wy­cho­dzę gdzieś z domu, za­wsze za­opa­tru­ję się pu­deł­ko po za­pał­kach… Mam tyl­ko na­dzie­ję, że je­śli kie­dyś spo­tkam na swej dro­dze ko­smi­tów, któ­rzy boją się albo brzy­dzą lu­dzi, dla mnie tak­że znaj­dzie się od­po­wied­nie pu­deł­ko, a nie na przy­kład strzał z dez­in­te­gra­to­ra.

Ju­liusz Woj­cie­cho­wicz

Biegnij, Hubi, biegnij

Wszyst­kim dzie­ciom.Zwłasz­cza tym szczel­nie opan­ce­rzo­nym do­ro­sło­ścią.

Ró­żo­we świa­tło po­ran­ka po­ko­na­ło wil­got­ną ta­flę szy­by, sfor­so­wa­ło ozdob­ną fi­ran­kę i osia­dło na twa­rzy po­grą­żo­ne­go we śnie chłop­ca, na­da­jąc jej bla­do­ści odro­bi­nę zdro­wej bar­wy. Roz­chy­lo­ne usta Hu­ber­ta go­rącz­ko­wo chwy­ta­ły po­wie­trze, po­wie­ki drża­ły od de­li­rycz­ne­go tań­ca ga­łek ocznych. Pu­cha­ta koł­dra uno­si­ła się ryt­micz­nie, na­pę­dza­na fa­lu­ją­cą klat­ką pier­sio­wą, prze­po­co­na po­dusz­ka dziel­nie pod­trzy­my­wa­ła nie­spo­koj­ną gło­wę. W po­wie­trzu uno­si­ły się dro­bin­ki ku­rzu wznie­ca­ne ude­rze­nia­mi dło­ni o prze­ście­ra­dło. Tyl­ko nogi chłop­ca trwa­ły nie­ru­cho­mo, jak­by za­pa­dły w dużo głęb­szy sen niż ich wła­ści­ciel.

Kry­sty­na ner­wo­wo zer­ka­ła znad oku­la­rów, tkwiąc w nie­wy­god­nym przy­kur­czu na sa­mej kra­wę­dzi fo­te­la, w każ­dej chwi­li go­to­wa obu­dzić swo­je­go dzie­się­cio­let­nie­go syna. Pa­mię­ta­ła jed­nak jego sło­wa, któ­re wy­pła­kał ty­dzień po wy­pad­ku: „Ma­mu­siu, choć­bym miał umrzeć, nie wol­no ci mnie obu­dzić. Tyl­ko we śnie je­stem szczę­śli­wy, tyl­ko wte­dy mogę na­dal bie­gać”.

Pa­trzy­ła więc na tym­cza­so­we, za­mknię­te w ob­ję­ciach Mor­fe­usza szczę­ście swej je­dy­nej la­to­ro­śli, któ­rej pa­skud­ny los zgo­to­wał do­ży­wo­cie na wóz­ku in­wa­lidz­kim. „Bę­dzie spa­ra­li­żo­wa­ny od pasa w dół. Pro­szę so­bie nie ro­bić na­dziei na po­pra­wę” – oznaj­mił le­karz zmę­czo­nym gło­sem po wie­lo­go­dzin­nej ope­ra­cji. Dia­gno­za, któ­rej nikt ni­g­dy nie chciał­by usły­szeć, a na pew­no nie dzie­się­cio­let­ni smyk po­trą­co­ny przez pi­ja­ne­go kie­row­cę na przej­ściu dla pie­szych ani sa­mot­na mat­ka le­d­wo wią­żą­ca ko­niec z koń­cem w le­ci­wym, dwu­izbo­wym dom­ku na wy­lud­nio­nych przed­mie­ściach.

– Ma­mu­siu, ale pę­dzi­łem! – Sze­ro­ko otwar­te oczy Hu­ber­ta lśni­ły od emo­cji. – Nor­mal­nie jak Struś Pę­dzi­wiatr.

– No, to te­raz czas na śnia­da­nie mi­strzów. Praw­dzi­wa owsian­ka dla praw­dzi­wych spor­tow­ców.

Kry­sty­na dźwi­gnę­ła się z fo­te­la, zło­ży­ła so­czy­ste­go ca­łu­sa na czo­le syna i czym prę­dzej od­da­li­ła się w stro­nę kuch­ni, by nie usły­szeć li­ta­nii zło­rze­czeń na te­mat wąt­pli­wych wa­lo­rów sma­ko­wych zdro­wych śnia­dań. Mia­ła też na­dzie­ję, że mały nie za­uwa­żył łez, któ­re za­wsze ata­ko­wa­ły ją w naj­mniej spo­dzie­wa­nym i naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie.

– Ma­mu­siu, ale z cu­krem pro­szę – do­bie­ga­ło bła­gal­nie z sy­pial­ni.

– Z mio­dem, Hubi, z mio­dem!

Pa­no­ra­ma za ku­chen­nym oknem przy­po­mi­na­ła, że li­sto­pad od­mel­do­wu­je się na do­bre, a gru­dzień już przy­mie­rza się do śnież­ne­go blitz­krie­gu. Szo­sa błysz­cza­ła zdra­dli­wą sza­dzią, oko­licz­ne bu­dyn­ki ocie­ka­ły mo­krą sza­ro­ścią, a spo­wi­te mgli­stą po­świa­tą strze­li­ste słu­py elek­trycz­ne wy­glą­da­ły, jak­by ktoś wy­ciął je z po­strzę­pio­nej bla­chy i przy­piął do nie­ba.

Jak­że inna pa­no­wa­ła aura, kie­dy Kry­sty­na od­bie­ra­ła te­le­fon od po­li­cyj­ne­go dys­po­zy­to­ra. Ko­niec czerw­ca, ostat­ni szkol­ny dzwo­nek, ostat­ni ra­do­sny spa­cer jej syna na wła­snych, w peł­ni spraw­nych no­gach. Żar z nie­ba i mro­żą­ca krew w ży­łach wia­do­mość. A po­tem ty­go­dnie spę­dzo­ne w dusz­nej sali szpi­ta­la, go­dzi­ny wy­klę­cza­ne w ko­ście­le; chwi­le bez­sil­nej wście­kło­ści i bez­na­dziej­ne­go żalu. Po­noć na­dzie­ja umie­ra ostat­nia; prze­sta­ła się tlić na po­cząt­ku wrze­śnia. Hu­bert nie bę­dzie cho­dził. Trze­ba za­ła­twić wó­zek, po­go­dzić ży­cie za­wo­do­we z opie­ką nad ma­łym, dać mu tyle szczę­ścia, ile bę­dzie się w sta­nie. Dzie­ci mają to do sie­bie, że przyj­mu­ją cio­sy od losu dużo doj­rza­lej niż do­ro­śli. Tyl­ko jak dłu­go?

Syk ki­pią­ce­go mle­ka wy­rwał ko­bie­tę z za­du­my. Za­la­ła mi­secz­kę z płat­ka­mi i od­sta­wi­ła przy­kry­tą spodkiem. Sta­ran­nie ze­bra­ła mlecz­ny ko­żuch, by ude­ko­ro­wać da­nie. Ni­g­dy nie ro­zu­mia­ła, jak moż­na lu­bić coś tak obrzy­dli­we­go. Ale z dzie­cia­ka­mi nie dys­ku­tu­je się o gu­stach ku­li­nar­nych, do­pó­ki są tak ła­ska­we, że wci­na­ją na śnia­da­nie owsian­kę z mlecz­nym ko­żu­chem za­miast to­sto­we­go pie­czy­wa z Nu­tel­lą.

– Mmmm, dużo mio­du – za­mru­czał Hu­bert, ob­li­zu­jąc ły­żecz­kę z wy­ra­zem bez­gra­nicz­ne­go szczę­ścia na twa­rzy. – Wiesz, dzi­siaj do­bie­głem aż do skra­ju lasu.

– Gra­tu­lu­ję, ty mój sprin­te­rze. Tyl­ko się nie zgub w tym le­sie, jak już za­czniesz w nim bu­szo­wać.

Życz­li­wy uśmiech nie scho­dził z twa­rzy Kry­sty­ny, jed­nak na­wet te­raz, po bli­sko trzech mie­sią­cach od kie­dy Hu­bert tak in­ten­syw­nie śnił o bie­ga­niu, od­czu­wa­ła nie­po­kój. Gdy­by chło­pak po pro­stu nor­mal­nie spał, bu­dził się rano i prze­cho­dził nad tym do po­rząd­ku dzien­ne­go, nie przej­mo­wa­ła­by się spe­cjal­nie. Ale sen Hu­ber­ta przy­po­mi­nał atak epi­lep­sji, był tak in­ten­syw­ny, że po­stron­nych ob­ser­wa­to­rów przy­pra­wiał o dresz­cze. Chło­piec o ni­czym in­nym nie mó­wił i le­d­wie otwo­rzył oczy już ma­rzył, by nad­szedł wie­czór i ko­lej­na peł­na przy­gód noc. Kon­sul­to­wa­ła się już w tej spra­wie z dzie­cię­cym psy­cho­lo­giem i szpi­tal­nym neu­ro­lo­giem. Le­ka­rze nie zna­leź­li jed­nak w ca­łej sy­tu­acji znacz­nych od­chy­łów od nor­my ani pa­to­lo­gicz­nych za­cho­wań. Mózg dzie­cia­ka mu­siał so­bie ja­koś po­ra­dzić z trau­mą.

– Cie­szę się, że dzi­siaj śro­da – wy­pa­lił znie­nac­ka Hu­bert, od­sta­wia­jąc mi­secz­kę na noc­ny sto­lik. – Bar­dzo lu­bię pa­nią od przy­ro­dy. Ona tyle wie o zwie­rzę­tach.

– No, to ucz się pil­nie. Jak wró­cę z pra­cy, to po­gra­my w scrab­ble. Co ty na to?

– Prze­cież wiesz, że nie masz szans.

– Wiem, wiem. Mam na­dzie­ję, że dasz mi fory. A te­raz co?

– Siu­siu, kupa, zęby...

– Otóż to. Wska­kuj na ba­ra­na, ko­le­go!

Kry­sty­na sap­nę­ła z wy­sił­ku, kie­dy z pół­przy­sia­du dźwi­gnę­ła się do góry. Hu­bert obej­mo­wał ją moc­no za szy­ję, ona pod­trzy­my­wa­ła jego bez­wład­ne nogi, tak jak­by chcia­ła za­piąć pas na bio­drach. Uśmiech­nę­ła się do sie­bie, gdy po­czu­ła go­rą­ce­go ca­łu­sa na kar­ku. Co­dzien­ny ła­zien­ko­wy ry­tu­ał do­pra­co­wa­li do per­fek­cji.

Wsłu­chi­wa­ła się w przy­tłu­mio­ne od­gło­sy po­ran­nej to­a­le­ty syna i była dum­na z jego sa­mo­dziel­no­ści. Nie ma­ru­dził, nie na­rze­kał; swo­je wy­pła­kał w po­dusz­kę. Dziel­nie ra­dził so­bie z pod­sta­wo­wy­mi czyn­no­ścia­mi, po­zwa­la­jąc jej na w mia­rę bez­stre­so­we dy­żu­ry na ka­sie w od­da­lo­nej o dzie­sięć ki­lo­me­trów Bie­dron­ce. Grzecz­nie współ­pra­co­wał z re­ha­bi­li­tan­tem, któ­ry dwa razy w ty­go­dniu za­szczy­cał ich swo­ją fa­cho­wą wi­zy­tą, pil­nie no­to­wał na­uki pły­ną­ce z ust do­cho­dzą­cych na­uczy­cie­li. Nie­wąt­pli­wie tę­sk­nił za ko­le­ga­mi ze szko­ły, któ­rzy ra­czy­li od­wie­dzić go za­le­d­wie kil­ka razy po wy­pad­ku. Gdy­by tyl­ko uda­ło się za­ła­twić do­fi­nan­so­wa­nie na wó­zek, chło­piec mógł­by wró­cić do nor­mal­ne­go try­bu na­ucza­nia.

– Mamo, już!

– W samą porę. Ze­trzyj z po­licz­ka pa­stę do zę­bów, bo wy­glą­dasz jak zom­bie.

Dro­dze po­wrot­nej do sy­pial­ni to­wa­rzy­szył we­so­ły re­chot Hu­ber­ta. Ucze­pio­ny do szyi mat­ki jak mał­pi­szon, szcze­rzył zę­bi­ska i do­ma­gał się mó­zgu.

– A co bę­dzie na obiad?

– Jak skoń­czysz lek­cje, przyj­dzie są­siad­ka, pani Zu­zia, i od­grze­je ci po­mi­do­ro­wą.

– Tyl­ko nie pani Zu­zia. Ona za­wsze przy­pa­la zupę.

– To jej nie za­ga­duj.

– A przy­nie­siesz mi ba­to­ni­ka z pra­cy, tego kar­me­lo­we­go?

– Przy­nio­sę. Ale do­sta­nie go tyl­ko zwy­cięz­ca dzi­siej­szych scrab­bli.

Hu­bert uśmiech­nął się szel­mow­sko. Do­sko­na­le wie­dział, że wy­gra.

– Wra­caj szyb­ko, mamo!

– Jak za­wsze. A te­raz lecę, bo mi au­to­bus uciek­nie. Ja nie po­tra­fię tak szyb­ko bie­gać jak ty.

Mama jest na­praw­dę faj­na – po­my­ślał Hu­bert, ma­cha­jąc jej na po­że­gna­nie. Nie mógł się już do­cze­kać zwy­cię­skie­go ba­to­ni­ka i ko­lej­nej nocy, kie­dy znów rzu­ci się bie­giem przez pola. Był prze­ko­na­ny, ze tym ra­zem zdą­ży do­trzeć do lasu, za­nim się obu­dzi.

***

Stał na ty­łach domu, a wi­dok jak zwy­kle za­pie­rał dech w pier­siach. Łany zbo­ża lśni­ły w let­nim słoń­cu, pod­da­jąc się rześ­kie­mu wia­tro­wi wie­ją­ce­mu od wscho­du. Nie­cier­pli­wa krew pul­so­wa­ła w ży­łach, mię­śnie ud mro­wi­ły, nie mo­gąc do­cze­kać się zwol­nie­nia cu­gli. Ile to już razy pę­dził tą dróż­ką, wą­ską, utwar­dzo­ną mie­dzą roz­dzie­la­ją­cą oce­an doj­rze­wa­ją­cych kło­sów na dwie czę­ści? Naj­pierw były nie­śmia­łe kro­ki, nie­do­wie­rza­nie, że nie­spraw­ne nogi uno­szą cię­żar cia­ła, po­tem lek­ki, lę­kli­wy trucht, wresz­cie sza­leń­czy cwał, kie­dy Hu­bert zdał so­bie spra­wę, że może bie­gać. Na po­cząt­ku po­bud­ki były bo­le­sne, przy­tła­cza­ją­ce gro­zą rze­czy­wi­sto­ści. Z cza­sem, gdy już się po­go­dził z fak­tem nie­peł­no­spraw­no­ści na ja­wie, do­kła­dał wszel­kich sta­rań, by śnić świa­do­mie. Sen czy nie sen – to było bez zna­cze­nia. Re­al­ność do­znań, choć­by na­wet tyl­ko w kra­inie ma­rzeń, za­stę­po­wa­ła go­dzi­ny prze­le­ża­ne w łóż­ku.

Te­raz już wie­dział, że prze­kro­czył bra­my kró­le­stwa snów. Nie chciał mar­no­wać ani chwi­li, więc rzu­cił się pę­dem w kie­run­ku ma­ja­czą­cej w od­da­li li­nii lasu. De­lek­to­wał się szyb­ko­ścią i wy­mu­szał na swo­ich co­raz sil­niej­szych koń­czy­nach mak­si­mum wy­daj­no­ści. Czuł, że gra­ni­ca lasu musi być ja­kimś punk­tem zwrot­nym, no­wym eta­pem jego sen­nych sprin­tów.

Nie my­lił się. Nie spo­dzie­wał się jed­nak ta­kie­go ob­ro­tu spra­wy. Z ca­łych sił za­ci­skał dło­nie, po­wta­rza­jąc w du­chu jak man­trę: tyl­ko się te­raz nie obudź!

Wspi­nał się na nie­wy­so­ką skar­pę z ostroż­no­ścią god­ną sło­nia pró­bu­ją­ce­go udo­wod­nić, że skład por­ce­la­ny jest jego na­tu­ral­nym śro­do­wi­skiem. Tak nie­wie­le bra­ko­wa­ło, by za­to­pić się w gąsz­czu kar­ło­wa­tych krze­wów, za­pa­chu igli­wia i chłod­nym cie­niu ol­brzy­mich so­sen.

– Dzień do­bry, Hu­ber­cie. Jak miło, że w koń­cu do nas do­tar­łeś.

Chło­piec za­ko­ły­sał się nie­bez­piecz­nie i nie­mal zsu­nął ze skar­py, kie­dy spo­mię­dzy drzew wy­ło­nił się czar­ny kot z bia­łą plam­ką na czo­le i jak­by ni­g­dy nic wy­gło­sił sło­wa po­wi­ta­nia.

– Ty mó­wisz! – za­chły­snął się ze zdzi­wie­nia. – Kot, któ­ry mówi!

– Wszyst­kie koty mó­wią, wszyst­kie zwie­rzę­ta się ko­mu­ni­ku­ją. Tyl­ko lu­dzie zbyt czę­sto by­wa­ją głu­si.

Do­pie­ro te­raz Hu­bert za­uwa­żył, że po­to­ko­wi słów nie to­wa­rzy­szą zsyn­chro­ni­zo­wa­ne ru­chy pyszcz­ka. Kot skwa­pli­wie li­zał się po ła­pie, co w ża­den spo­sób nie prze­szka­dza­ło mu w rów­no­cze­snej kon­wer­sa­cji.

– No, tak, prze­cież mnie się to wszyst­ko śni – żach­nął się chło­pak i nie­co pew­niej spoj­rzał na pu­cha­te­go zwie­rza. – Na mo­ment za­po­mnia­łem.

– Tak przy oka­zji, mam na imię Lili, a ty mu­sisz już wra­cać.

– Czy­li je­steś kot­ką? – Hu­bert za­ru­mie­nił się ze wsty­du. Skąd miał wie­dzieć, prze­cież nie za­glą­dał zwie­rza­ko­wi pod ogon. – Bar­dzo mi miło, ale na­praw­dę nie mam ocho­ty jesz­cze wra­cać.

– Bez obaw, spo­tka­my się jesz­cze, jed­nak te­raz pędź z po­wro­tem.

Chłop­cu moc­no za­krę­ci­ło się w gło­wie. Nie było to przy­jem­ne uczu­cie i na­tych­miast za­pra­gnął się obu­dzić.

– Źle się czu­ję – wy­mam­ro­tał.

– Leć, na­tych­miast! – Lili spra­wia­ła wra­że­nie wy­stra­szo­nej. – Ten las jest miej­scem tyl­ko dla…

Ale Hu­bert już jej nie sły­szał. Zje­chał nie­zdar­nie ze skar­py na czte­rech li­te­rach i pu­ścił się bie­giem wzdłuż dro­gi. Po raz pierw­szy pra­gnął wy­rwać się ze snu.

***

– Je­zus Ma­ria! Hubi, obudź się na li­tość bo­ską!

Kry­sty­na po­le­wa­ła twarz syna wodą wprost z fla­ko­nu po kwiat­kach i bez­li­to­śnie po­licz­ko­wa­ła.

Po chwi­li chło­piec za­czerp­nął głę­bo­ko tchu i otwo­rzył oczy.

– Mamo, ga­da­łem z ko­tem! – Wciąż krę­ci­ło mu się w gło­wie, wciąż ła­pał gwał­tow­nie po­wie­trze sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi. Mat­ka wy­glą­da­ła na skraj­nie prze­ra­żo­ną, po­ściel była prze­siąk­nię­ta wodą, a wska­zów­ki sta­re­go ze­ga­ra ścien­ne­go wska­zy­wa­ły za pięć szó­stą. – Mamo, co się sta­ło?

– Nic, Hubi, nic. Nie mo­głam cię po pro­stu do­bu­dzić. Za­raz przy­nio­sę ręcz­nik. – Kry­sty­na uśmiech­nę­ła się nie­śmia­ło i zmierz­wi­ła drżą­cą dło­nią czu­pry­nę syna. Mo­kre wło­sy ster­cza­ły na­stro­szo­ne jak igły je­żo­zwie­rza. – Naja­dłam się tro­chę stra­chu. Mu­sisz mi ko­niecz­nie opo­wie­dzieć, co ci się śni­ło.

Z wy­tę­żo­ną uwa­gą słu­cha­ła re­la­cji z noc­nych wo­ja­ży Hu­ber­ta i za­sta­na­wia­ła się nad sen­sem ca­łej sy­tu­acji. Nie­po­ko­iły ją te dziw­ne ata­ki, któ­re ni­jak nie przy­po­mi­na­ły zdro­we­go snu, a ten dzi­siej­szy na­praw­dę zmro­ził jej krew w ży­łach. Chło­pak nie od­dy­chał pra­wie pół mi­nu­ty. Do­tych­czas ni­g­dy się to nie zda­rzy­ło. Bę­dzie mu­sia­ła po­now­nie skon­sul­to­wać spra­wę z le­ka­rzem.

– Ma­mu­siu, po­dra­piesz mnie w lewą kost­kę? Strasz­nie swę­dzi.

Za­nim się­gnę­ła pod koł­drę, by po­dra­pać swę­dzą­cą kost­kę u le­wej, jak­by nie pa­trzeć, po­zba­wio­nej czu­cia nogi jej spa­ra­li­żo­wa­ne­go od pasa w dół syna, wie­dzia­ła, że te­le­fon do le­ka­rza wy­ko­na na­tych­miast.

***

– Nie wi­dzę spe­cjal­nych oznak, któ­re mo­gły­by su­ge­ro­wać ja­kieś zmia­ny w obec­nym sta­nie zdro­wia Hu­ber­ta – oznaj­mił szpa­ko­wa­ty le­karz o na­la­nej twa­rzy, ner­wo­wo pu­ka­jąc w koń­ców­kę ste­to­sko­pu wi­szą­ce­go mu u szyi. – Być może mózg pła­ta ma­łe­mu fi­gle.

– Ma pan na my­śli coś w ro­dza­ju bó­lów fan­to­mo­wych, tak jak od­czu­wa­nie obec­no­ści am­pu­to­wa­nej koń­czy­ny? – Kry­sty­na ner­wo­wo po­cie­ra­ła pod­bró­dek, rów­no­cze­śnie sta­ra­jąc się nadać swo­jej twa­rzy wy­ra­zu cał­ko­wi­te­go opa­no­wa­nia. – Bo wie pan, kie­dy go od­ru­cho­wo po­dra­pa­łam, za­mru­czał z ulgą, a do­pie­ro po­tem zdał so­bie spra­wę, że nie po­wi­nien nic…

– Nie mo­że­my ro­bić Hu­ber­to­wi złud­nych na­dziei – prze­rwał ostro ko­no­wał i su­ge­styw­nie spoj­rzał na wa­li­zecz­kę kry­ją­cą cały ze­staw igieł i szpi­kul­ców, któ­ry­mi przed chwi­lą dźgał chłop­ca na prze­róż­ne, wy­myśl­ne spo­so­by pod ką­tem wraż­li­wo­ści na ból. – Nie za­re­je­stro­wa­łem naj­mniej­szej re­ak­cji ner­wo­wej na ba­da­nie, a i men­tal­nie Hu­bert też nie re­ago­wał. Je­śli pani za­le­ży, wy­pi­szę skie­ro­wa­nie na to­mo­gra­fię i re­zo­nans ma­gne­tycz­ny, choć uwa­żam…

– Bar­dzo pana pro­szę.

– A w kwe­stii jego dziw­nych sen­nych ata­ków za­le­cam wy­pró­bo­wać ten ze­staw. – Wy­jął dwie fiol­ki i blasz­kę z nie­bie­ski­mi ta­blet­ka­mi. – To jed­na z naj­bar­dziej po­pu­lar­nych kom­bi­na­cji przy za­bu­rze­niach snu, ner­wi­cach lę­ko­wych oraz sko­ja­rze­nio­wo przy le­cze­niu epi­lep­sji. Pro­szę za­cząć od po­ło­wicz­nych da­wek.

– A je­śli nie po­mo­gą?

– Brak re­ak­cji na leki przez ko­lej­nych kil­ka dni bę­dzie pod­sta­wą do dal­szych prób dia­gno­zy. Pro­szę być do­brej my­śli.

Kry­sty­na po­sta­no­wi­ła być do­brej my­śli za wszel­ką cenę. Hu­bert z nie­po­ko­jem ob­ser­wo­wał me­dy­ka­men­ty le­żą­ce na sto­li­ku le­ka­rza, któ­re­go mina su­ge­ro­wa­ła ab­so­lut­ny brak pew­no­ści sie­bie, i mat­kę kur­czo­wo ści­ska­ją­cą ło­kieć dok­to­ra, gdy od­pro­wa­dza­ła go do wyj­ścia.

***

Przez trzy ko­lej­ne noce Hu­bert spał jak za­bi­ty; za­pa­dał się w przy­jem­nie bez­oso­bo­wą ot­chłań tuż po przy­ję­ciu za­le­ca­nych le­ków, bu­dził się wy­spa­ny i głod­ny jak wilk. Żad­nych drga­wek, ale też żad­nych snów. Co­noc­ne prze­bież­ki sta­ły się bo­le­snym i cał­kiem świe­żym wspo­mnie­niem, wi­dok uśmiech­nię­tej i od­prę­żo­nej mamy spra­wiał, że de­cy­zję o po­ta­jem­nym nie­przyj­mo­wa­niu me­dy­ka­men­tów chło­piec od­kła­dał z dnia na dzień.

Czwar­te­go po­ran­ka, kie­dy, pa­ła­szu­jąc owsian­kę, in­ten­syw­nie roz­my­ślał o tym, jak dłu­go zdo­ła od­ma­wiać so­bie ra­do­sne­go bie­ga­nia w kra­inie ma­rzeń i ile cza­su da radę po­wstrzy­mać cie­ka­wość oraz nie­od­par­te pra­gnie­nie po­now­ne­go spo­tka­nia z ma­gicz­ną kot­ką, wy­da­rzy­ły się dwie rze­czy, któ­re mia­ły prze­wró­cić ich do­tych­cza­so­we ży­cie do góry no­ga­mi. W skrzyn­ce na li­sty po­ja­wi­ło się pi­smo z lo­kal­nej fun­da­cji o za­koń­czo­nej suk­ce­sem ak­cji zbie­ra­nia pie­nię­dzy na wó­zek dla Hu­ber­ta, a pod skrzyn­ką sie­dzia­ła pu­cha­ta, przy­jaź­nie mru­czą­ca sta­tu­et­ka.

– No nie wiem, nie wiem – mam­ro­ta­ła pod no­sem i la­men­to­wa­ła Kry­sty­na, wi­dząc, jak czar­ny kot bez­czel­nie czmych­nął mię­dzy jej no­ga­mi do miesz­ka­nia, mel­du­jąc się przy lo­dów­ce. – Dam ci jeść, sier­ściu­chu je­den, ale się nie przy­zwy­cza­jaj. – Ko­per­ta, któ­rą otwo­rzy­ła jesz­cze na dwo­rze, sku­tecz­nie ha­mo­wa­ła wszel­kie od­ru­chy wro­go­ści wo­bec ko­go­kol­wiek i cze­go­kol­wiek. – Wą­trób­ka może być?

Kot ocie­rał pysz­czek o kant za­mra­żar­ki, naj­wy­raź­niej apro­bu­jąc pro­po­zy­cję. Już po chwi­li kon­su­mo­wał dro­bio­we po­dro­by z za­pa­łem god­nym wy­głod­nia­łe­go lwa.

– Ma­mu­siu, z kim roz­ma­wiasz? – do­bie­gło z sy­pial­ni.

– Z ta­kim jed­nym przy­błę­dą. I to wy­jąt­ko­wo bez­czel­nym.

– Z kim?

Kry­sty­na wpa­ro­wa­ła do sy­pial­ni, tasz­cząc ze sobą sfa­ty­go­wa­ne, ob­ro­to­we krze­sło na kół­kach.

– Chodź, sam zo­ba­czysz. Poza tym mam wspa­nia­łe wie­ści. – Przy­trzy­my­wa­ła krze­sło, gdy chło­piec się nań gra­mo­lił z wy­pie­ka­mi na twa­rzy. – Do­szta­niesz wó­szek, chło­pie – se­ple­ni­ła z za­dru­ko­wa­ną kart­ką w ustach, któ­rą w nie we­pchnę­ła, by mieć wol­ne ręce.

– Na­praw­dę? – Hu­bert mię­to­lił w dło­niach opa­trzo­ne ozdob­ną pie­czę­cią pi­smo. – Su­per!

– Ko­niec z jeż­dże­niem na krze­śle, ko­niec z no­sze­niem – nie­mal wy­śpie­wa­ła Kry­sty­na. – Bę­dziesz sa­mo­dziel­ny, bra­chu.

Wje­cha­li do kuch­ni.

– Prze­cież to Lili! – wy­krzyk­nął chło­piec i za­raz ugryzł się w ję­zyk.

– Jaka Lili? Znasz tego kota?

Fu­trzak wy­prę­żył grzbiet, wy­su­nął jed­ną łapę do przo­du ni to w pa­ro­dii ukło­nu, ni gim­na­stycz­nej czyn­no­ści, ziew­nął sze­ro­ko i ob­li­zał pysz­czek, lu­stru­jąc lu­dzi in­ten­syw­ną zie­le­nią wy­cię­tych w kształt mig­da­łów oczu.

– A mo­żesz spraw­dzić, czy to dziew­czyn­ka czy chło­piec? – Hu­bert za­ru­mie­nił się i spu­ścił wzrok. – Pro­szę.

– Zde­cy­do­wa­nie dziew­czyn­ka, może tro­chę brud­na, może nie naj­młod­sza, ale na pew­no dziew­czyn­ka – oznaj­mi­ła Kry­sty­na, bez­ce­re­mo­nial­nie za­glą­da­jąc zwie­rza­ko­wi pod ogon.

– Wy­glą­da jak Lili, ta z lasu, ze snów, może zo­stać, praw­da? – Chło­pak zło­żył usta w bła­gal­no-roz­pacz­li­wą pod­ków­kę. Za­mie­rzał wy­to­czyć naj­cięż­sze dzia­ła z ar­se­na­łu, któ­rym zwykł ata­ko­wać mat­czy­ne ser­ce, gdy bar­dzo mu na czymś za­le­ża­ło. – Ma­mu­siu, bo ja od tych le­ków już nie mam snów, nie mogę bie­gać i jest mi smut­no z tego po­wo­du. – Wi­dział jak mama mięk­nie, ale nie za­mie­rzał od­pusz­czać. – No, bo wiesz, te­raz jak bę­dzie wó­zek, to będę mógł wy­cho­dzić na spa­ce­ry, będę miał z kim spać. – Szy­ko­wał cios koń­czą­cy. – No i kot­ki mało je­dzą, i pani od przy­ro­dy mó­wi­ła, że są bar­dzo czy­sty­mi zwie­rząt­ka­mi, i mą­dry­mi, i nie trze­ba ich wy­pro­wa­dzać, i za­ła­twia­ją się do ku­we­ty, i…

– Już do­brze, już do­brze. Strasz­ny z cie­bie ma­ni­pu­la­tor, ale je­śli się oka­że, że ko­muś ucie­kła, to od­da­my, ok?

– Oczy­wi­ście, ma­mu­siu. – Nie było mowy, by od­dać zwie­rza­ka ko­mu­kol­wiek, jed­nak mamę trze­ba było udo­bru­chać. – Sły­sza­łaś. Lili? Zo­sta­jesz z nami.

Kot na­tych­miast wsko­czył chłop­cu na ko­la­na i ra­zem wje­cha­li na biu­ro­wym krze­śle z po­wro­tem do sy­pial­ni.

***

Tym ra­zem sie­dział na wóz­ku, słoń­ce pa­li­ło jak za­wsze, wiatr dął od wscho­du jak zwy­kle, a łany zbo­ża kła­nia­ły się rów­nie ni­sko jak za każ­dym ra­zem wcze­śniej. Dro­ga mię­dzy po­la­mi wzy­wa­ła do sprin­tu, las ma­ja­czył w od­da­li. Hu­bert ro­zej­rzał się do­oko­ła zdez­o­rien­to­wa­ny nową sy­tu­acją, choć oko­licz­no­ści były prze­cież aż nad­to zna­jo­me.

Sen, czy nie sen?

Uszczyp­nął się w udo, by spraw­dzić. Zero re­ak­cji. Na ja­wie nie czuł nóg, ale we śnie prze­cież ro­bił na nich ki­lo­me­try. Po­now­nie się uszczyp­nął, tym ra­zem w po­li­czek i tym ra­zem dużo moc­niej. Za­wył z bólu, a łzy na­pły­nę­ły mu do oczu. Nic się nie trzy­ma­ło kupy. Po­go­da i oko­licz­no­ści przy­ro­dy prze­ma­wia­ły za sta­łym sen­nym sce­na­riu­szem, ale wó­zek i brak czu­cia w no­gach prze­ma­wia­ły za re­alem. Coś tu nie do koń­ca gra­ło.

– Cześć Hubi, w koń­cu mo­że­my zno­wu po­ga­dać. – Zna­jo­my głos ode­zwał się z po­zio­mu mie­dzy. – Tro­chę mnie kosz­to­wa­ło cza­su i wy­sił­ku, by wy­do­stać się z lasu i do­trzeć aż tu­taj.

– Lili?

– Tak, to ja i mu­szę się stresz­czać. Nie wol­no nam ot tak opusz­czać lasu.

– Ale dla­cze­go wszyst­ko się zmie­ni­ło? – Hu­bert nie­mal beł­ko­tał z prze­ję­cia. – Ty tu, ja na wóz­ku?

– Opo­wiem ci hi­sto­rię o pew­nej kot­ce, któ­ra miesz­ka­ła w ma­lut­kim go­spo­dar­stwie w to­wa­rzy­stwie bab­ci zie­lar­ki.

– I była czar­na i mia­ła na imię Lili!

– Nie prze­ry­waj Hubi, to waż­ne. Otóż daw­no temu, za­nim uro­dzi­łeś się ty, two­ja mama, a na­wet bab­cia, w miej­scu, gdzie stoi wasz dom, sta­ła drew­nia­na cha­tyn­ka. Miesz­ka­łam tam z prze­mi­łą sta­rusz­ką, któ­ra przy­gar­nę­ła mnie, gdy by­łam ma­lut­ka. Lu­dzie na­zy­wa­li ją Szep­tu­chą i czę­sto nas od­wie­dza­li, kie­dy zdro­wie im szwan­ko­wa­ło. Moja pani ro­bi­ła zio­ło­we mie­szan­ki, od­pra­wia­ła mo­dli­twy i za­klę­cia, a ja wy­le­gi­wa­łam się u niej na ko­la­nach. Na­sze wspól­ne ży­cie było pro­ste i pięk­ne. Wdzięcz­ni, uzdro­wie­ni lu­dzie przy­no­si­li po­ży­wie­nie i opał, a moje ist­nie­nie ogra­ni­cza­ło się do je­dze­nia, spa­nia oraz go­ni­twy za my­sza­mi i ptac­twem. Pew­ne­go dnia, kie­dy by­łam już nie­mło­da, a moja opie­kun­ka osią­gnę­ła wiek praw­dzi­wie sę­dzi­wy, spło­szo­ny koń jed­ne­go z przy­by­łych pa­cjen­tów ura­czył mnie so­lid­nym kop­nia­kiem tak nie­szczę­śli­wie, że stra­ci­łam wła­dzę w tyl­nych łap­kach.

– Mia­łaś wy­pa­dek, zu­peł­nie jak ja!

– Do­kład­nie tak. I tak jak ty stra­ci­łam moż­li­wość bie­ga­nia, któ­re, jak do­sko­na­le wiesz, jest pod­sta­wą ko­ciej eg­zy­sten­cji, poza spa­niem oczy­wi­ście.

– Oczy­wi­ście – zgo­dził się Hu­bert. – I co się sta­ło po­tem?

– Wi­dząc moje cier­pie­nie, sta­rusz­ka wy­no­si­ła mnie na dwór albo, gdy aura nie sprzy­ja­ła, ukła­da­ła w le­go­wi­sku na pa­ra­pe­cie okna i mru­cząc swo­je za­klę­cia, gła­ska­ła mnie tak dłu­go aż za­snę­łam.

– A gdy spa­łaś, zno­wu mo­głaś bie­gać?

– Obie­ca­łeś nie prze­ry­wać, Hu­ber­cie! – Lili zro­bi­ła groź­ną minę, co w jej wy­da­niu wy­glą­da­ło nie­co ko­micz­nie. – Ale masz cał­ko­wi­tą ra­cję. We śnie bie­ga­łam jak sza­lo­na, ska­ka­łam po drze­wach, go­ni­łam my­szy, ła­pa­łam owa­dy. By­łam zno­wu szczę­śli­wa. Pew­ne­go razu jed­nak, kie­dy ha­sa­łam jak zwy­kle w ogro­dzie, po­ja­wi­ła się ona.

– Two­ja Szep­tu­cha?

– Tak, moja ko­cha­na opie­kun­ka. Sta­ła na dro­dze, tej sa­mej, na któ­rej my te­raz roz­ma­wia­my i wy­ja­śni­ła mi z uśmie­chem, że nie wra­ca do domu, że jej czas się skoń­czył, a ona wy­bie­ra się do miej­sca, gdzie wszy­scy do­brzy lu­dzie się wy­bie­ra­ją po śmier­ci.

– A co z tobą?

– Ja mia­łam wy­bór. Moja pani po­ka­za­ła mi las, do któ­re­go mo­głam się udać, by już na za­wsze zo­stać w kra­inie snów…

– Albo obu­dzić się sa­mot­na i nie­peł­no­spraw­na w le­go­wi­sku na pa­ra­pe­cie?

– Tak. Nie za­sta­na­wia­łam się dłu­go. Obie tra­fi­ły­śmy do swo­ich szczę­śli­wych kra­in.

– To dla­te­go tak źle czu­łem się w le­sie i dla­te­go ka­za­łaś mi wra­cać?

– Wła­śnie dla­te­go. Je­steś pierw­szym czło­wie­kiem, któ­ry do nas tra­fił. Tak bar­dzo chcesz zno­wu bie­gać, że ba­lan­su­jesz na cien­kiej li­nii mię­dzy snem a śmier­cią. Pod­świa­do­mie wo­lisz po­że­gnać się z tym świa­tem, niż tkwić w nie­peł­no­spraw­no­ści. Ale je­steś mło­dy, masz ko­cha­ją­cą mamę, któ­rej ser­ce by pę­kło, gdy­by cię za­bra­kło.

– Czy­li ja też mogę wy­brać?

– Mo­żesz wię­cej. Mo­żesz wstać tu i te­raz, pod­nieść się z tego wóz­ka i za­wal­czyć.

– Ale kie­dy ja wła­śnie nie mogę.

– Mo­żesz, chłop­cze, mo­żesz. Pa­mię­tasz? To tyl­ko sen!

Hu­bert dźwi­gnął się z wóz­ka, pod­parł dłoń­mi o po­rę­cze i po­czuł falę go­rą­ca za­le­wa­ją­cą uda, łyd­ki, sto­py.

– Ja na­praw­dę mogę! – krzyk­nął w prze­strzeń i ze łza­mi w oczach spoj­rzał na kot­kę. – Mogę!

– A te­raz bie­gnij, Hubi, bie­gnij!

Chło­piec rzu­cił się do przo­du i pę­dził jak sza­le­niec. Jak ni­g­dy do­tąd.

***

Kry­sty­na wpa­try­wa­ła się w śpią­ce­go syna z mie­szan­ką gro­zy i za­chwy­tu w oczach. Na ru­mia­nej twa­rzy chłop­ca go­ścił sze­ro­ki uśmiech, ręce obej­mu­ją­ce kota drża­ły, ten mru­czał tak gło­śno, że za­głu­szał na­wet nie­zwy­kle ha­ła­śli­wy agre­gat lo­dów­ki. Trwa­li przy­tu­le­ni do sie­bie, zjed­no­cze­ni w głę­bo­kim śnie, zgra­ni od­de­chem, drże­niem mię­śni. Atak czy nie, ko­bie­cie było wszyst­ko jed­no. Była świad­kiem praw­dzi­we­go cudu. Hu­bert de­li­kat­nie po­ru­szał no­ga­mi.

***

Sy­pał pierw­szy śnieg, kie­dy opa­tu­lo­ny w pu­cho­wą kurt­kę chło­piec sta­wiał pierw­sze, nie­śmia­łe kro­ki na wą­skiej dróż­ce mię­dzy zmar­z­nię­ty­mi po­la­mi. Chło­piec zda­wał so­bie spra­wę, że gdy tyl­ko doj­rza­łe kło­sy zbo­ża za­zło­cą się w let­nim słoń­cu, pod­da­jąc się cie­płym po­dmu­chom wia­tru, on bę­dzie go­to­wy – go­to­wy, by sta­nąć w szran­ki z naj­szyb­szą i naj­sym­pa­tycz­niej­szą zna­ną mu bie­gacz­ką. Obej­rzał się w stro­nę domu. Lili sie­dzia­ła na pa­ra­pe­cie okna w wy­mosz­czo­nym z weł­nia­ne­go koca gnieź­dzie i bacz­nie go ob­ser­wo­wa­ła. Mógł­by się za­ło­żyć o wszyst­kie kar­me­lo­we ba­to­ni­ki świa­ta, że kot­ka wła­śnie in­ten­syw­nie mru­czy swo­ją ma­gicz­ną man­trę: Bie­gnij, Hubi, bie­gnij!

Nor­bert Góra

Neon

(…) zwie­rzę­ta, po­dob­nie jak lu­dzie, mogą się bać, nie­na­wi­dzić, od­czu­wać przy­wią­za­nie, wstręt, tę­sk­no­tę za do­mem i no­stal­gię.

Hans Bau­er, Zwie­rzę­ta są cał­kiem inne

 

Ka­rol No­wisz wpa­try­wał się w błę­kit­ne nie­bo roz­po­ście­ra­ją­ce się nad Wro­cła­wiem, po­prze­szy­wa­ne gdzie­nie­gdzie ja­śniej­szy­mi smu­ga­mi, do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cy­mi klu­cze. Na­brał po­wie­trza głę­bo­ko do płuc i po­wo­li wy­pu­ścił je przez usta. Było rap­tem kil­ka dni po ma­jów­ce, ale po­go­da, na fa­lach de­li­kat­ne­go wia­tru, nio­sła za­po­wiedź zbli­ża­ją­ce­go się, par­ne­go lata.

Od­dał­bym kró­le­stwo za moż­li­wość dłu­gie­go spa­ce­ru – po­my­ślał No­wisz i wes­tchnął, gdy po­czuł czyjś do­tyk na swo­jej skó­rze. Z uśmie­chem na ustach ob­ró­cił się i spo­strzegł, że jego pra­we­go bar­ku wła­śnie do­tknę­ła dłu­ga, sza­ra i po­marsz­czo­na trą­ba.

– Już się zdą­ży­łeś znu­dzić, co, chło­pie? Ty to do­pie­ro je­steś chęt­ny do za­ba­wy. Przy­znaj się, twój dzia­dek albo bab­cia na pew­no wy­stę­po­wa­li w cyr­ku, no nie? – za­py­tał swo­je­go ogrom­ne­go przy­ja­cie­la, Neo­na. Słoń za­trą­bił i tup­nął ma­syw­ną łapą w zie­mię.

– O co ci cho­dzi? Ja ar­ty­stów za­wsze sza­no­wa­łem – po­wie­dział Ka­rol z po­wa­gą i po­gła­dził Neo­na po grzbie­cie. Zwie­rzę za­mknę­ło na chwi­lę oczy. Wpa­tru­jąc się w pod­opiecz­ne­go, No­wisz przy­po­mniał so­bie jego pierw­sze chwi­le w zoo. To wła­śnie jemu przy­pa­dła opie­ka nad tym sym­pa­tycz­nym sło­niem. Z roz­rzew­nie­niem wspo­mi­nał sy­tu­ację, kie­dy Neon z roz­my­słem wy­lał na nie­go po­ło­wę wia­dra wody. Mi­nął mie­siąc od jego przy­jaz­du z War­sza­wy do Wro­cła­wia. Neon prze­stał być za­lęk­nio­nym zwie­rzę­ciem na ob­cym te­ry­to­rium. Te­raz jadł, pił i ba­wił się bez żad­nych ogra­ni­czeń.

– Tak się cie­szę, że wresz­cie do­sze­dłeś do sie­bie – mruk­nął Ka­rol i do­tknął trą­by Neo­na.

Słoń za­wi­nął ją, po czym wy­pro­sto­wał w kie­run­ku wyj­ścia z po­miesz­cze­nia, gdzie oby­dwaj prze­by­wa­li. Jego opie­kun ścią­gnął brwi.

– Coś się sta­ło? – za­py­tał No­wisz i zer­k­nął ku wyj­ściu. Neon w dal­szym cią­gu stał w bez­ru­chu, z wy­pro­sto­wa­ną przed sie­bie trą­bą.

– Chcesz iść? Nie no… Do­pie­ro co wró­ci­łeś z wy­bie­gu – stwier­dził Ka­rol i po­krę­cił gło­wą. Zwie­rzę spoj­rza­ło na nie­go, za­trą­bi­ło i, jak gdy­by ni­g­dy nic, rzu­ci­ło się w kie­run­ku otwar­tych drzwi.

***

Chło­piec prze­biegł przez bra­mę wej­ścio­wą do zoo. Cho­ciaż nie po­tra­fił w ża­den spo­sób tego zro­zu­mieć, przy­gna­ła go tu pod­świa­do­ma ko­niecz­ność zo­ba­cze­nia się z tym ol­brzy­mim, czwo­ro­noż­nym zwie­rzę­ciem. Już raz przy­ku­ło jego uwa­gę. Te­raz ta po­trze­ba była zde­cy­do­wa­nie sil­niej­sza. Bie­gnąc zer­k­nął przez ra­mię, do tyłu. Wciąż wi­dział swo­ją mamę, cho­ciaż dy­stans dzie­lą­cy ich cią­gle się zwięk­szał.

– Staś! – krzyk­nę­ła zdy­sza­na ko­bie­ta, przy­sta­nę­ła i zgię­ła się w pół. Gdy pod­nio­sła wzrok, za­uwa­ży­ła, że chło­piec skrę­cił w lewo. Po chwi­li znik­nął jej z oczu.

***

Ka­rol wpa­try­wał się jesz­cze przez mo­ment w bra­mę klat­ki, za­nim zo­rien­to­wał się, co się sta­ło. Re­ak­cja ol­brzy­mie­go pod­opiecz­ne­go, tak na­gła i nie­spo­dzie­wa­na, spra­wi­ła, że znie­ru­cho­miał. Od­zy­skaw­szy zdol­ność oce­ny sy­tu­acji, pu­ścił się bie­giem w ślad za ucie­ki­nie­rem.

– Neon, stój! – wrza­snął, sta­ra­jąc się przy­spie­szyć. Ku jego zdzi­wie­niu, słoń na­wet nie za­re­ago­wał. Mknął da­lej przed sie­bie, jak w amo­ku.

– Neon! Masz się za­trzy­mać, już! – wark­nął No­wisz jesz­cze gło­śniej, wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi. To rów­nież nie po­mo­gło. Czwo­ro­nóg z trą­bą skrę­cił w pra­wo, zni­ka­jąc za ro­giem.

***

Ko­bie­ta kil­ka­krot­nie od­kaszl­nę­ła.

Nie była już tak spraw­na jak kie­dyś. Cią­gła go­ni­twa za peł­nym wi­go­ru chłop­cem wy­da­wa­ła jej się te­raz zbyt abs­trak­cyj­na, jak nie­któ­re fil­my scien­ce-fic­tion. Mimo tego za­ci­snę­ła zęby i przy­spie­szy­ła kro­ku, chcąc na­dą­żyć za syn­kiem. Mia­ła szczę­ście, że nie zgu­bi­ła go wcze­śniej, w dro­dze do zoo. W tych nie­prze­wi­dy­wal­nych cza­sach mógł­by zo­stać po­rwa­ny.

Szyb­ko od­rzu­ci­ła tę myśl i skon­cen­tro­wa­ła się na py­ta­niu, któ­re wciąż nie da­wa­ło jej spo­ko­ju. Dla­cze­go przy­biegł aku­rat tu­taj, do zoo? We Wro­cła­wiu było co naj­mniej kil­ka­dzie­siąt róż­nych miejsc, do któ­rych dziec­ko mo­gło­by pójść bez ro­dzi­ców. Cze­mu zde­cy­do­wał się na dom pe­łen zwie­rząt?

– Staś! – krzyk­nę­ła po raz dru­gi, po prze­bie­gnię­ciu paru me­trów. Chło­piec po raz ko­lej­ny zwięk­szył dy­stans. Wi­dzia­ła, że czmych­nął obok klat­ki z ty­gry­sa­mi. Mru­gnąw­szy, zno­wu stra­ci­ła go z oczu.

***

Ka­rol prze­biegł jesz­cze ka­wa­łek. Już pra­wie do­ga­niał Neo­na, gdy na­gle za­trzy­mał się i sta­nął jak wry­ty. W kie­run­ku sło­nia zbli­żał się nie­wy­so­ki, ja­sno­wło­sy chło­piec.

– O rany – wy­mam­ro­tał No­wisz i otwo­rzył sze­ro­ko oczy. Roz­po­znał to dziec­ko od razu. To ono na­wią­za­ło z jego pod­opiecz­nym nie­spo­ty­ka­ną do­tąd więź, kie­dy ma­lec przy­szedł tu na wy­ciecz­kę szkol­ną. Zwra­cał na sie­bie uwa­gę – nic nie mó­wił, tyl­ko za­nie­po­ko­jo­ny przy­glą­dał się ko­lej­nym zwie­rzę­tom. Przy­sta­nął przy klat­ce Neo­na i do­pie­ro wte­dy się uśmiech­nął. W nie­wy­tłu­ma­czal­ny spo­sób ol­brzym z trą­bą mu­siał za­siać w du­szy dziec­ka ziar­no spo­ko­ju, któ­re prze­go­ni­ło smu­tek.

– Neon, stój! Tam jest mały chło­piec. Mo­żesz mu zro­bić krzyw­dę! – krzyk­nął Ka­rol, ale słoń nie miał za­mia­ru go słu­chać. Zwie­rzę po­de­szło bli­żej mal­ca. Neon wy­cią­gnął swo­ją trą­bę w kie­run­ku chłop­ca. Kil­ka kro­ków za nim, zmę­czo­na bie­giem, przy­sta­nę­ła jego mat­ka i z ro­sną­cym na­pię­ciem ob­ser­wo­wa­ła po­ru­sza­ją­cy ser­ce spek­takl.

– Sta­siu, skar­bie – szep­nę­ła i po­sta­wi­ła krok do przo­du. Jej syn po­gła­dził po­marsz­czo­ną, sza­rą skó­rę sło­nia. Po chwi­li od­wró­cił się ku ro­dzi­ciel­ce i, z nie­ga­sną­cym opty­mi­zmem, otwo­rzył usta. To, co wy­da­rzy­ło się póź­niej, wy­kra­cza­ło poza gra­ni­ce wy­ja­śnie­nia.

– Zo­bacz, ma­mu­siu. Du­zia trą­ba… ta­aaaka­aa du­uuzia­aaa – prze­cią­gał chło­piec, wpa­tru­jąc się w mamę. Ko­bie­ta le­d­wo sta­ła na no­gach.

Po­wo­li, jak­by z in­ne­go wy­mia­ru, do­cie­ra­ła do niej świa­do­mość tego, cze­go była świad­kiem. Jej dziec­ko, ze zdia­gno­zo­wa­nym au­ty­zmem, wy­po­wie­dzia­ło na głos swo­je pierw­sze sło­wa. No­wisz nie mógł w to uwie­rzyć. Przy­tknąw­szy dłoń do ust, krę­cił gło­wą w tę i we w tę. Był świad­kiem cudu ro­dem ze snów.

– Skar­bie – wy­szep­ta­ła ko­bie­ta i po­de­szła bli­żej. W du­chu mo­dli­ła się, żeby to nie był sen. Rześ­ki, ma­jo­wy wiatr wy­gła­dził jej wy­pło­wia­łe, dłu­gie wło­sy. Za­gry­za­jąc war­gi, po­wstrzy­my­wa­ła na­pły­wa­ją­ce do oczu łzy. Ma­rze­nie, któ­re od­rzu­ci­ła lata temu, na­gle się zi­ści­ło. Wszyst­ko za spra­wą ol­brzy­ma o sto­ic­kim spo­ko­ju.

– Kot­ku – kon­ty­nu­owa­ła gło­sem z po­gra­ni­cza mowy i pła­czu, a po­tem za­mknę­ła oczy.

– Ma­mu­siu, a mogę go psy­tu­lić? – za­py­tał Staś i już wy­cią­gał rękę w kie­run­ku trą­by Neo­na.

– Tak… Oczy­wi­ście, ko­cha­nie – wy­mam­ro­ta­ła, po czym pod­bie­gła do syna i ob­ję­ła go ra­mio­na­mi. Te­raz za­czy­na­ła ro­zu­mieć, dla­cze­go wie­czo­ra­mi tak wie­le cza­su po­świę­cał na in­ten­syw­ne prze­glą­da­nie ksią­żek opi­su­ją­cych zwie­rzę­ta. Za­wsze za­trzy­my­wał się na stro­nie, gdzie znaj­do­wa­ły się in­for­ma­cje po­świę­co­ne sło­niom.

No­wisz prze­rwał ten fan­ta­stycz­ny, pe­łen wzru­sza­ją­cych chwil spek­takl, zbli­żył się do gi­gan­ta i do­tknął jego grzbie­tu.

– My­li­łem się co do cie­bie, Neon – po­wie­dział, a sze­ro­ki uśmiech roz­pro­mie­nił jego twarz. – Nie je­steś ar­ty­stą, tyl­ko kimś zde­cy­do­wa­nie wię­cej. Je­steś nie­za­wod­nym, je­dy­nym w swo­im ro­dza­ju te­ra­peu­tą.

Słoń ob­ró­cił się w kie­run­ku No­wi­sza. Za tymi brą­zo­wy­mi, mą­dry­mi ocza­mi nie kry­ła się już żad­na ta­jem­ni­ca. Dzię­ki spo­tka­niu z chłop­cem Neon po­ka­zał swo­je praw­dzi­we, cu­dow­ne ob­li­cze.

Autorzy

Krzysz­tof T. Dą­brow­ski

 

Au­tor czte­rech ksią­żek: Na­śmier­ci­ny (Ar­mo­ry­ka, 2008), Ani­ma vi­lis (In­i­tium, 2010), Grob­bing (No­vae Res, 2012) i Z ży­cia Dr Ab­ble (Aghar­ta, 2013) – ukradł je z bi­blio­te­ki, bo au­tor na­zy­wa się tak samo jak on. Wróg zie­le­ni: je wszyst­ko, co ro­ślin­ne, na­ło­go­wy we­ge­ta­ria­nin. Krę­cił z Mu­chą… Zna­czy się, na­krę­ci­li z nią film (Anioł), na pod­sta­wie tek­stu z ostat­nio ukra­dzio­nej książ­ki. Ho­du­je bic­ki, szpry­cu­jąc je be­to­nem dla po­pra­wie­nia twar­do­ści. Lubi do­brze zjeść w to­wa­rzy­stwie roz­ne­gli­żo­wa­nych *cen­zu­ra*.

 

Adam Froń

 

Ćwierć­set­let­ni ob­żar­tuch na krzy­wy ryj i po­sia­dacz nad­po­bu­dli­we­go bor­der col­lie imie­niem Re­mus, bę­dą­ce­go dlań je­dy­nym im­pul­sem do opusz­cza­nia do­mo­wych pie­le­szy. Poza tym do­ma­tor. Z wy­kształ­ce­nia geo­de­ta, z za­wo­du dok­to­rant (co w su­mie nie brzmi jak praw­dzi­wy za­wód), z za­mi­ło­wa­nia opo­wia­dacz su­chych na­uko­wych żar­tów. Od pew­ne­go cza­su pa­sjo­nat wier­ce­nia. Skrom­ny jego do­tych­cza­so­wy do­ro­bek li­te­rac­ki za­my­ka się w dwóch an­to­lo­giach Toy­sto­ries (Mor­pho, 2014) oraz Fan­ta­zje Zie­lo­no­gór­skie V (Ad Astra, 2015).

 

Mag­da­le­na Go­dlew­ska

 

Z wy­kształ­ce­nia pe­da­gog, na co dzień pra­cu­je w szko­le, gdzie sta­ra się wlać choć tro­chę ole­ju do krnąbr­nych głów mło­de­go po­ko­le­nia. Od dziec­ka pi­sa­ła po­wie­ści i opo­wia­da­nia, któ­ry­mi za­mę­cza­ła ro­dzi­ców i licz­ne ro­dzeń­stwo. Fan­ka hor­ro­ru i ab­sur­dal­ne­go hu­mo­ru. In­te­re­su­je się psy­cho­lo­gią, uwiel­bia czy­tać, piec cia­sta i uczyć się ję­zy­ków.

 

Nor­bert Góra

 

Rocz­nik ‘90. Pi­sarz i po­eta gro­zy. Do­tych­czas jego twór­czość uj­rza­ła świa­tło dzien­ne nie tyl­ko w kra­ju nad Wi­słą, ale tak­że w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Wiel­kiej Bry­ta­nii, Ir­lan­dii, Au­stra­lii oraz Ke­nii. W Pol­sce jego opo­wia­da­nia opu­bli­ko­wa­no m.in.: w ma­ga­zy­nach: „Kryp­ta”, „Hor­ror Ma­sa­kra”, „Wi­dok z Wy­so­kie­go Zam­ku”, w an­to­lo­giach wy­da­nych przez pi­sar­kę Mag­da­le­nę Kor­del: Go­spo­da pod Cho­in­ką (2013), Wy­da­rzy­ło się w Ma­low­ni­czem (2014), Za­cza­ro­wa­ni Sło­wa­mi (2015), w In­ter­ne­cie: Nie­do­bre Li­ter­ki, „Qfant”, „Hi­ste­ria”, Tchnie­nie Gro­zy, Mi­ste­rium Gro­zy, Drab­ble na Nie­dzie­lę, Ra­dio Pa­sta. Współ­au­tor zbio­ru opo­wia­dań Czte­ry echa gro­zy (Hor­ror Ma­sa­kra, 2015) na­pi­sa­ne­go wspól­nie z To­ma­szem Siw­cem.

Za gra­ni­cą jego opo­wia­da­nia i wier­sze uka­za­ły się m.in.: an­to­lo­giach De­tec­ti­ves of the Fan­ta­stic (Thir­te­en O'clock Press, 2015), Octo­ber’s End (Hor­ri­fied Press, 2015), Fall of the Gre­at Em­pi­re (Hor­ri­fied Press, 2015), Mi­dir agus Eta­in (ir­landz­kie cen­trum kul­tu­ry Cre­ati­ve Ar­dagh, 2015), Lan­gu­age (Ja­la­da Afri­ca, 2015), My Cru­el In­ven­tion (Me­er­kat Press, 2015), Bad Ne­igh­bor­ho­od (Spo­oky Words Press, 2015), Lo­ve­craft After Dark (Ja­mes Ward Kirk Pu­bli­shing, 2015), Wol­fwat­cher (Thur­ston Howl Pu­bli­ca­tion Bo­oks, 2015), Co­ming To­ge­ther in Ver­se (Cre­ate­Spa­ce In­de­pen­dent Pu­bli­shing Plat­form, 2015), Hid­den in Pla­in Si­ght (Ja­mes Ward Kirk Pu­bli­shing, 2015) oraz w ma­ga­zy­nie gro­zy „The Hor­ror-Zine”.

 

Mi­chał Gó­rzy­na

 

Rocz­nik ‘80. Re­zy­du­je w gro­dzie Kra­ka. Pierw­szy hor­ror, obej­rza­ny w wiel­kiej kon­spi­ra­cji przed ro­dzi­ca­mi, po­czy­nił nie­od­wra­cal­ne zmia­ny w jego psy­chi­ce. Od tego mo­men­tu jest mi­ło­śni­kiem czar­ne­go hu­mo­ru i gro­zy wsze­la­kiej. Czym bar­dziej się boi, tym bar­dziej jest za­do­wo­lo­ny. Pu­bli­ko­wał na por­ta­lach: Hor­ror On­li­ne, Kost­ni­ca, Szor­tal, Nie­do­bre Li­ter­ki i w zi­nie „Hor­ror Ma­sa­kra”. Współ­twór­ca grup fil­mo­wych: Li­so­ła­ki i At­tic Film Pro­duc­tion.

 

Kac­per Ko­tu­lak

 

Rocz­nik ‘91. Z wy­kształ­ce­nia geo­de­ta. Z za­wo­du dok­to­rant w Cen­trum Dia­gno­sty­ki Ra­dio­wej Śro­do­wi­ska Ko­smicz­ne­go. Z za­mi­ło­wa­nia leń. Z przy­pad­ku pi­sa­rzo­po­dob­ne coś. Dłu­go­let­ni współ­wła­ści­ciel dy­na­micz­nie zmie­nia­ją­cej się licz­by ko­tów. Pu­bli­ko­wał w an­to­lo­giach Toy­sto­ries (Mor­pho, 2014), Małe pro­ble­my wiel­kich bo­ha­te­rów (Cra­iis, 2014), Po­kło­sie (Gmork, 2015).

 

Agniesz­ka Kwiat­kow­ska

 

Uro­dzo­na w 1978 – wiel­bi­ciel­ka sów, do­brej gro­zy i bry­tyj­skich kry­mi­na­łów. Re­dak­tor­ka i ko­rek­tor­ka w Drab­ble na Nie­dzie­lę i „Oko­Li­cy Stra­chu”. Pu­bli­ko­wa­ła m.in. na Szor­ta­lu, Okiem na Hor­ror, w Drab­ble na Nie­dzie­lę, „Bra­mie” i „Hi­ste­rii”. Jej naj­now­sze opo­wia­da­nie, Tru­pi po­ciąg, uka­za­ło się w an­to­lo­gii City 3 (For­ma, 2016). Obec­nie pra­cu­je nad pierw­szą po­wie­ścią, któ­rej za­czą­tek sta­no­wi opo­wia­da­nie Na skrzy­dłach ma­gii z ni­niej­sze­go zbio­ru.

 

Ka­zi­mierz Kyrcz Jr

 

Uro­dzo­ny w 1970 – pro­za­ik, re­dak­tor, pu­bli­cy­sta. Miesz­ka w Kra­ko­wie. Współ­au­tor zbio­rów opo­wia­dań: Pik­nik w pie­kle (Szerg, 2004), Hor­ro­ra­rium (Pre­sto, 2006), Twa­rze sza­ta­na (Gras­shop­per, 2009), Cho­ry, chor­szy, trup (Fu Kang, 2011) i Lek na lęk (Fu Kang, 2011) oraz po­wie­ści Sie­dli­sko (Gras­shop­per, 2009), Kosz­mar na mia­rę (Gras­shop­per, 2010), Efe­me­ry­da (Ofi­cyn­ka, 2011), Woj­na świ­rów (Stu­dio Tru­so, 2014). Au­tor po­wie­ści: Po­dwój­na pę­tla (Ży­wia, 2013) oraz zbio­ru opo­wia­dań Fem­me fa­ta­le (For­ma, 2015). Jego utwo­ry zna­la­zły się w licz­nych an­to­lo­giach, m.in. City 1, 2 i 3 (For­ma, 2009, 2011, 2016), Księ­ga stra­chu (Runa, 2007) czy an­glo­ję­zycz­ne In­fec­tions (WSZOP, 2015). Tłu­ma­czo­ny na an­giel­ski, ro­syj­ski, cze­ski i sło­wac­ki. Na pod­sta­wie opo­wia­da­nia, któ­re na­pi­sał z Łu­ka­szem Śmi­glem, po­wstał film Head to Love wy­re­ży­se­ro­wa­ny przez Ame­ry­ka­ni­na Vana Kas­sa­bia­na.

 

Kor­nel Mi­ko­łaj­czyk

 

Uro­dzo­ny w 1991 roku w mia­stecz­ku, któ­re­go her­bem jest od­cię­ta gło­wa. Spę­dził pięć lat w mrocz­nej łódz­kiej me­tro­po­lii, zgłę­bia­jąc taj­ni­ki mowy Al­bio­nu. Mówi się, że jego de­biu­tanc­kie opo­wia­da­nie, Czło­wiek w Ma­sce („Fah­ren­he­it” nr 67) zmie­ni­ło Nowy Jork w prze­lud­nio­ny, de­pre­syj­ny, sma­ga­ny kwa­śny desz­czem slums, a wszyst­kich lu­dzi po­zba­wi­ło twa­rzy. Pu­bli­ko­wał w an­to­lo­gii Hard­bo­iled (Gmork, 2015). Kie­dy Mi­ko­łaj­czyk nie spi­ja zie­lo­nej her­ba­ty w chiń­skich knajp­kach, moż­na go zo­ba­czyć, jak skro­bie coś go­rącz­ko­wo na brud­nych ser­wet­kach. Ulu­bie­ni au­to­rzy: Le­wis Car­roll, Phi­lip K. Dick, Bran­don San­der­son.

 

Łu­kasz Ra­dec­ki

 

Na­uczy­ciel, pu­bli­cy­sta, mu­zyk, pi­sarz. Au­tor i współ­au­tor dzie­się­ciu ksią­żek, m.in.: cy­klu Bóg Hor­ror Oj­czy­zna (Wy­da­je.pl, 2013), Lek na lęk (Fu Kang, 2011) – z Ka­zi­mie­rzem Kyr­czem Jr, Zom­bie.pl (Zysk i S-ka, 2016)– z Ro­ber­tem Ci­chow­la­sem. Na co dzień uczy w szko­le mło­dzież, w rzad­kich wol­nych chwi­lach pi­sze krwa­we hi­sto­rie i na­gry­wa me­ta­lo­we pły­ty z róż­ny­mi ze­spo­ła­mi. Za­stęp­ca re­dak­to­ra na­czel­ne­go ser­wi­su Hor­ror On­li­ne, sta­le pi­sze tak­że dla „Gra­ba­rza Pol­skie­go”, Dzi­kiej Ban­dy i Rzecz Gu­stu.

 

Mi­chał J. Wal­czak

 

Uro­dzo­ny w 1986 – au­tor opo­wia­dań, tłu­macz. Miesz­ka w Kra­ko­wie. Pu­bli­ko­wał tek­sty na ła­mach Nie­do­brych li­te­rek, w ma­ga­zy­nie li­te­rac­ko-kry­mi­nal­nym „Po­cisk” oraz w an­to­lo­gii City 3 (For­ma, 2016).

 

Ju­liusz Woj­cie­cho­wicz

 

Rocz­nik ‘77, miesz­ka­niec War­sza­wy. Pro­za­ik, krót­ko­for­mi­sta twór­czo sku­pio­ny na li­te­rac­kiej gro­zie, gro­te­sce oraz li­te­ra­tu­rze fan­ta­stycz­no-oby­cza­jo­wej. No­mi­no­wa­ny do Na­gro­dy Pol­skiej Li­te­ra­tu­ry Gro­zy im. Ste­fa­na Gra­biń­skie­go w ka­te­go­rii „Naj­lep­sze opo­wia­da­nie gro­zy wy­da­ne w 2014 roku” Pu­bli­ko­wał w an­to­lo­giach: Czło­wie­kiem je­stem (Mor­pho, 2013), Toy­sto­ries (Mor­pho, 2014), Księ­ga wam­pi­rów (Stu­dio Tru­so, 2014), Hor­ror na Roz­to­czu 2: In­som­nia (Al­ter Ma­nes, 2015), City 3 (For­ma, 2016). Po­my­sło­daw­ca i współ­au­tor ksią­żek Po­kło­sie (Gmork, 2015), Hard­bo­iled (Gmork, 2015), w przy­go­to­wa­niu: Bez znie­czu­le­nia (Gmork, 2016).

 

Ma­riusz Orzeł-Woj­te­czek

 

Uro­dzo­ny w 1982 roku w Gor­li­cach, obec­nie miesz­ka na sta­łe w Kra­ko­wie. Re­cen­zent na blo­gu Co prze­czy­tać? – su­biek­tyw­ny blog li­te­rac­ki. Pi­sze re­gu­lar­nie dla „Gra­ba­rza Pol­skie­go”, re­cen­zent Dzia­łu Li­te­ra­tu­ra w ser­wi­sie Pa­ra­doks.net. Przede wszyst­kim fan sze­ro­ko ro­zu­mia­nej gro­zy i fan­ta­sty­ki we wszel­kich jej ar­ty­stycz­nych prze­ja­wach. Twór­ca pro­jek­tu Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza Li­te­rat. Pro­mu­je głów­nie gro­zę, ale i nie stro­ni od fan­ta­sty­ki. Ko­cha po­pkul­tu­rę we wszel­kich jej prze­ja­wach. Ko­lek­cjo­ner ksią­żek, ko­mik­sów i płyt, któ­ry­mi lubi się chwa­lić, bo jest z nich dum­ny. Typ zbie­ra­cza, lu­bią­cy wie­dzieć, co ma w ko­lek­cji. Po­sia­dacz dwóch ko­tów, któ­re do­brze to­le­ru­ją jego obec­ność i po­zwa­la­ją mu ze sobą miesz­kać (do­pó­ki kar­mi). Cza­sem tak­że pi­sarz i po­eta, choć tu nie tyl­ko gro­za, ale też hi­sto­rie oby­cza­jo­we. Pod wiel­kim wpły­wem pi­sar­stwa Mar­ka Hła­ski. Do­tych­czas pu­bli­ko­wał w „Bra­mie”, „Gra­ba­rzu Pol­skim”, „Hi­ste­rii” oraz „Oko­li­cy Stra­chu”.

 

Grze­gorz Woź­niak

 

Ro­do­wi­ty Lu­bli­nia­nin, ró­wie­śnik sta­nu wo­jen­ne­go i dru­giej czę­ści Mad Maxa. Za­wo­do­wy bi­blio­te­karz, wiel­bi­ciel fan­ta­sty­ki, mo­to­cy­kli, mu­zy­ki roc­ko­wej i ko­tów. Pi­sze hob­by­stycz­nie. Naj­bar­dziej ceni au­to­rów po­kro­ju Geo­r­ga Mar­ti­na czy Ro­ber­ta We­gne­ra, któ­rzy poza świet­ny­mi po­sta­cia­mi po­tra­fią wy­kre­ować spój­ny, lo­gicz­ny i prze­my­śla­ny świat, a po­tem osa­dzić w nim cie­ka­wą hi­sto­rię.

 

Ma­rek Zy­chla

 

Uro­dził się 26 mar­ca 1980 roku w Ża­rach. W 2007 roku ukoń­czył stu­dia na Wy­dzia­le Bio­lo­gii UAM w Po­zna­niu, po czym wy­emi­gro­wał do Ir­lan­dii, gdzie za­ło­żył ro­dzi­nę i miesz­ka do dzi­siaj. Pra­cu­je jako księ­go­wy, ka­dro­wy i opie­kun osób nie­peł­no­spraw­nych w KCAT Art&Stu­dy Cen­tre w Cal­lan, w hrab­stwie Kil­ken­ny, w wol­nych chwi­lach pi­su­jąc opo­wia­da­nia, któ­re moż­na zna­leźć w kil­ku­na­stu an­to­lo­giach róż­nych wy­daw­ców. Zy­chla za­zwy­czaj pi­su­je hu­mo­re­ski lub gro­zę, naj­wi­docz­niej lu­bu­jąc się w skraj­no­ściach. Pro­ta­go­ni­ści z jego hor­ro­ro­wych opo­wia­dań wal­czą głów­nie z uro­je­nia­mi wła­snych, scho­ro­wa­nych głów, zaś od czy­tel­ni­ka wy­ma­ga się sku­pie­nia, by z po­zor­ne­go cha­osu, ra­mię w ra­mię z bo­ha­te­ra­mi, dojść do praw­dy. A ta bywa prze­ra­ża­ją­ca, bo cóż może być strasz­niej­sze­go od bun­tu­ją­ce­go się prze­ciw nam umy­słu?

Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two GMORK Świąt­kow­ska Ryba sp.j.Przy­błę­da © Co­py­ri­ght by Krzysz­tof T. Dą­brow­skiIm­pre­za uro­dzi­no­wa, So­kol­nik Mal­tań­ski © Co­py­ri­ght by Adam FrońKot bez bu­tów, Nie­złe jaja © Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Go­dlew­skaNeon © Co­py­ri­ght by Nor­bert GóraMro­wi­sko © Co­py­ri­ght by Mi­chał Gó­rzy­naŚli­skość © Co­py­ri­ght by Ma­rek Grzy­waczWład­ca srok © Co­py­ri­ght by Kac­per Ko­tu­lakNa skrzy­dłach ma­gii © Co­py­ri­ght by Agniesz­ka Kwiat­kow­skaZa­ćma © Co­py­ri­ght by Ka­zi­mierz Kyrcz Jr, Mi­chał J. Wal­czakPies ro­dzin­ny, Smut­ki i żale pana Ka­me­dy © Co­py­ri­ght by Kor­nel Mi­ko­łaj­czykMoje kró­le­stwo © Co­py­ri­ght by Łu­kasz Ra­dec­kiBie­gnij, Hubi, bie­gnij; Pil­na po­trze­ba © Co­py­ri­ght by Ju­liusz Woj­cie­cho­wiczZwie­rzy­niec © Co­py­ri­ght by Ma­riusz Orzeł-Woj­te­czekSzyb­cy i Wście­kli, Ja chcem kot­ka!, KOT © Co­py­ri­ght by Grze­gorz Woź­niakŚwi­niak mor­ski, Krio­de­struk­cja © Co­py­ri­ght by Ma­rek Zy­chla Wro­cław 2017

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.All Ri­ghts Re­se­rved.

Ko­rek­ta i re­dak­cja:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKAJU­STY­NA MA­SE­RAK

Skład: DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA(ebo­ok) PRZE­MY­SŁAW RYBA

Ilu­stra­cja na okład­ce:KA­RO­LI­NA PAZYRSKA

Frag­ment książ­ki

Wy­da­nie I

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób, włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wy­daw­nic­two Gmork Świąt­kow­ska Ryba Sp.j. ul. Do­mey­ki 16, 53-209 Wro­cław tel: 795 626 546www.gmork.plwy­daw­nic­two@gmork.pl

CAŁ­KO­WI­TY DO­CHÓD ZE SPRZE­DA­ŻY PRZE­ZNA­CZO­NY JEST NA DZIA­ŁA­NIA STA­TU­TO­WE PO­NIŻ­SZYCH OR­GA­NI­ZA­CJI: