Zwierzenia Arsèna Lupina - Leblanc Maurice - ebook

Zwierzenia Arsèna Lupina ebook

Leblanc Maurice

4,0

Opis

Szereg opowiadań, obnażających jednego z najsłynniejszych włamywaczy w historii literatury francuskiej. Są one swego rodzaju podróżą, która uchyla czytelnikom rąbka tajemnicy skomplikowanej natury Arsèna Lupina. Jakie wydarzenia ukształtowały tak wybitnego złodzieja? To pytanie, jak i wiele innych, nie pozostaje już bez odpowiedzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 204

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Maurice Leblanc

Zwierzenia Arsèna Lupina

Kazimierz Rychłowski

Saga

Zwierzenia Arsèna LupinaTranslacja Kazimierz Rychłowski tytuł oryginałuLes Confidences d'Arsène LupinCopyright © 1927, 2020 Maurice Leblanc i SAGA Egmont Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726426939

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Sygnały słoneczne

 – Lupin, opowiedz mi coś o sobie!

– I cóż ci mogę opowiedzieć? Historię mego życia znają już wszyscy – odparł Lupin, który drzemał, leżąc na otomanie w moim gabinecie.

– Nieprawda, nikt jej nie zna! – zaprotestowałem. – Ludzie dowiadują się czasem z listów twoich, publikowanych w dziennikach, że byłeś wmieszany w taką a taką aferę, że jakaś tajemnicza historia dzięki twej interwencji została wyświetlona. Ale jaką ty w tym wszystkim grałeś rolę, jakie było tło całej sprawy i jej rozwiązanie, tego nikt nie wie.

– Och, wszystko to głupstwa, nie przedstawiające żadnego zainteresowania.

– Żadnego zainteresowania, powiadasz? A ten twój prezent czterdziestu tysięcy franków dla żony Mikołaja Dugrivala? A odkrycie tej zawiłej tajemnicy owych trzech obrazów?...

 – Rzeczywiście oryginalna tajemnica – odrzekł Lupin. – Mógłbyś zatytułować tę historię: Znak cienia.

 – A twoje intrygi miłosne i zdobycze na tym polu?... A tajemnica tych wszystkich dobrych uczynków? Wszystkie te historie, o których mi nieraz dyskretnie wspominałeś, dając im interesujące tytuły: Obrączka ślubna, Śmierć czyha... itp. Tyle ciekawych, a nieznanych zupełnie rzeczy!... No, dalej, śmiało!

Było to w tym czasie, gdy Lupin, już głośny i znany, ograniczał się jeszcze do drobniejszych „kawałów” i skromnych stosunkowo zysków, popełniając tak po prostu z dnia na dzień dobre i złe uczynki, po części z dyletantyzmu, po części zaś już z nawyku, znajdując w tym pewnego rodzaju przyjemność i zadowolenie.

Widząc, że milczy uparcie, próbowałem jeszcze raz go namówić:

– No, Lupin, proszę cię bardzo!

Ku memu zdumieniu odezwał się niespodzianie:

– Mój drogi, weź ołówek i kawałek papieru.

Posłuchałem go ochotnie, przekonany, że zacznie mi dyktować swe wspomnienia, które umiał tak barwnie i żywo opowiadać, a które, niestety, tyle tracą na wartości, gdy je następnie spisuję, obciążając je balastem obszernych, nudnych objaśnień i uzupełnień.

– Gotowy jesteś? – spytał.

– Tak.

– Pisz zatem: 27–1–23–6–16.

– Co? Jak to?

– Pisz, powtarzam.

Siedział na otomanie z oczyma zwróconymi ku otwartemu oknu, skręcając papierosa.

Dyktował mi dalej:

– 17–11.

I znów po chwili:

– 27–3–26–23–17–11–18.

Czyżby dostał bzika? Przyjrzałem mu się uważnie i zauważyłem, że spojrzenie jego, dotychczas zupełnie obojętne, zmieniło się nagle. Oczy ożywiły mu się, zdawały obserwować uważnie gdzieś w oddali, coś niesłychanie interesującego.

Dyktował mi dalej, z krótkimi przerwami po każdej liczbie:

– 21–26–27–26–13–18–25–1–4.

Przez okno widać było tylko szmat jasnego nieba i fasadę starego domu po przeciwległej stronie ulicy. Okiennice były tam pozamykane, jak zwykle; wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak co dnia, od całych lat...

– 24–17–11–12–1–4.

I nagle zrozumiałem... a przynajmniej zdawało mi się, że rozumiem. Bo i jakże to przypuszczać, aby Lupin, człowiek tak rozsądny, chciał tracić czas na podobne dzieciństwa? A jednak – tak – nie było wątpliwości: to co Lupin liczył, były to przelotne, przerywane refleksy słonecznego światła, odbijające się na fasadzie owego starego domu, na wysokości drugiego piętra!

– 1–23–23 – dyktował mi Lupin.

Światełko zgasło, po chwileczce znów raz zabłysło – i znów zniknęło.

Instynktownie obserwowałem je i rzekłem głośno:

– Aha, zrozumiałeś i ty nareszcie? – uśmiechnął się drwiąco Lupin. Podszedł ku oknu i wychylił się, jakby chciał zdać sobie dokładnie sprawę, z którego punktu owe refleksy świetlne wychodziły. Potem wrócił na otomanę i kładąc się na niej wygodnie, odezwał się:

– No, teraz na ciebie kolej. Licz dalej.

Usłuchałem bez wahania, czując, że Lupin musi to robić nie bez powodu. Zresztą wyznam szczerze, że zainteresowały mnie te pojawiające się w regularnych odstępach czasu i znów znikające refleksy słoneczne, niby tajemnicze sygnały jakiejś latarni morskiej.

Musiały one wychodzić z któregoś domu po tej samej stronie ulicy, gdzie ja mieszkałem, gdyż słońce wówczas padało ukośnie do okien mego mieszkania. Wyglądało to tak, jakby ktoś z pomocą małego lusterka rzucał umyślnie odbicie słońca na ścianę starego domu naprzeciwko.

– Jakiś dzieciak bawi się lusterkiem – zauważyłem po chwili, nieco poirytowany, że na takie głupstwa czas tracę.

– Nic nie szkodzi... Notuj dalej!

Notowałem więc... liczyłem te przelotne odbłyski słońca, zjawiające się z prawdziwie matematyczną regularnością.

– No i co dalej? – spytał Lupin po paru minutach zupełnej ciszy.

– Zdaje mi się, że to już koniec... Już od kilku minut nie widać nic więcej.

Czekaliśmy jeszcze chwilę, ale na próżno. Próbowałem zażartować:

– Coś mi się zdaje, że straciliśmy czas na próżno. Te kilkanaście cyfr na papierze, to chyba niezbyt obfita zdobycz!

Lupin, nie ruszając się z otomany, odezwał się:

– Mój drogi, bądź tak dobry i spróbuj te wszystkie liczby zastąpić odpowiednimi literami alfabetu, licząc po porządku: A – 1, B – 2, C – 3 itd.

– Przecież to głupie!

– Zupełnie głupie, przyznaję. Ale człowiek robi tyle rozmaitych głupich rzeczy w życiu... Jedna mniej, jedna więcej...

Zabrałem się więc do tej głupiej roboty i począłem wynotowywać odpowiednie litery: Z – A – T – E – M... Przerwałem szczerze zdziwiony:

– Uważasz: powstało całe słowo!

– Idźmy zatem dalej – odparł spokojnie. – Wziąłem się więc dalej do roboty i kolejno odcyfrowywałem całe słowa, jedno po drugim. Ku memu zdziwieniu utworzyło się w ten sposób całe zdanie.

– Gotowe już? – zagadnął mnie Lupin po chwili.

– Gotowe... Choć jest tam parę błędów.

– Nie zwracaj na to uwagi, to drobnostka... Może mi przeczytasz?

Odczytałem mu tedy całe to niedokończone zdanie, które tu powtarzam dokładnie w tej formie, w jakiej je odtworzyłem:

 Zatem ni trzeba zbytnio ryzykować, unikać attaku, bezpłodej walka, bo...

Roześmiałem się głośno:

– A co? Prawdziwie sensacyjne rewelacje, nieprawdaż? Przyznasz chyba sam, kochany, że te światłe i głębokie wskazówki i rady niewiele nas mogą pouczyć!

Lupin milczał; zerwał się z otomany i ujął w ręce ową kartkę papieru.

Pamiętam, że w tej chwili przypadkowo rzuciłem okiem na zegar – była godzina 5:18.

Lupin stał, trzymając papier w ręku, na twarzy jego malowało się tysiące sprzecznych uczuć. Ale po dwóch głębokich bruzdach na czole poznałem niechybnie, że pracuje całym wysiłkiem myśli i inteligencji. Upłynęła długa chwila w kompletnej ciszy. Wreszcie Lupin położył na stole ów papier...

– Dzieciństwo! – szepnął lekceważąco.

Wybiło właśnie wpół do szóstej.

– Jak to? Znalazłeś już rozwiązanie – krzyknąłem zdziwiony. – W ciągu dwunastu minut?

Przeszedł się parę razy po pokoju, zapalił papierosa.

– Mój kochany – zwrócił się do mnie, bądź tak dobry połączyć się telefonicznie z baronem Repsteinem i uprzedzić go, że zjawię się u niego dziś o dziesiątej wieczór.

– Barona Repsteina? – powtórzyłem niedowierzająco. – Męża owej słynnej baronowej?

– Tak jest.

– I to na serio mówisz?

– Zupełnie na serio.

Nie wiedziałem, co myśleć o tym. Mimo wszystko jednak wyszukałem w spisie abonentów potrzebny numer telefonu i ująłem słuchawkę. Ale Lupin chwycił mnie za ramię:

– Nie, daj lepiej spokój!... Lepiej go nie uprzedzać... Jest tu coś ciekawszego i dziwnego... co mnie intryguje... Czemu to zdanie jest niedokończone... Czemu niedokończone do licha?...

Stał z oczyma utkwionymi w ową kartkę papieru. Nagle chwycił kapelusz i laskę:

– Chodźmy! Zdaje mi się, że potrzebna tu jest natychmiastowa interwencja i rozwiązanie... A mam przekonanie, że się nie mylę.

– Czyżbyś wiedział już coś ważnego?

– Dotychczas nic zgoła.

Kiedy schodziliśmy już po schodach, ujął mnie pod ramię i zaczął mówić:

 – Wiem to tylko, co wszystkim jest wiadome. Baron Repstein, wybitny sportowiec, człowiek bogaty, właściciel słynnej klaczy wyścigowej Etna, która tego roku wzięła pierwszą nagrodę na wyścigach w Epsom i Longchamp... Małżonek słynnej pani baronowej o złotych włosach, znanej w całym Paryżu ze swych toalet i swych ekstrawagancji – która uciekła przed dwoma tygodniami, zabierając z kasy swego małżonka ładną sumkę trzech milionów franków i cały magazyn diamentów, pereł i biżuterii, które księżniczka de Berny powierzyła baronowej i o których kupno z księżniczką traktowała. Od dwóch tygodni policja całej Europy tropi panią baronową, która po drodze rozrzuca garściami klejnoty i pieniądze. Co chwila, już-już, mają ją aresztować. Dopiero przedwczoraj znowu, w Belgii, nasz nieoceniony inspektor Ganimard wytropił w jednym z wielkich hoteli pewną obcą damę, przeciw której zebrał niesłychanie obciążające dowody. Ale cóż, po bliższym zbadaniu całej sprawy pokazało się, że nie była to baronowa, tylko niejaka Nelly Darbel, znana kokota. A baronowa przepadła jak kamień w wodę! Baron Repstein wyznaczył nagrodę sto tysięcy franków za odnalezienie jego żony; pieniądze zdeponował u notariusza. Aby zaś wynagrodzić księżniczce de Berny poniesioną szkodę, baron sprzedaje całą swą stajnię wyścigową, swój pałacyk przy bulwarze Hausmana i swoją posiadłość w Roguencourt.

– I o ile słyszałem i czytałem w dziennikach, jutro już księżniczka de Berny ma otrzymać pełne odszkodowanie w gotówce za utracone klejnoty. Ale, prawdę mówiąc, nie rozumiem, jaki może być związek między całą tą historią a owym zagadkowym zdaniem...

Lupin nie raczył odpowiedzieć.

Wyszliśmy tymczasem na ulicę; uszliśmy już jakie 150 do 200 metrów, kiedy Lupin zeszedł z chodnika na środek ulicy i począł uważnie obserwować pewien stary, duży dom czynszowy, w którym musiało mieszkać dużo lokatorów.

– Wedle mego obliczenia – zauważył – owe sygnały świetlne wysyłane były z tego właśnie domu... Zapewne z owego okna, tam, co jeszcze jest otwarte.

– Na trzecim piętrze?

– Właśnie.

Weszliśmy do bramy; w sieni Lupin zagadnął od razu żonę portiera:

– Proszę pani, czy który z lokatorów tego domu nie stoi w jakich stosunkach z baronem Repsteinem?

– Ależ owszem, proszę pana – odparła skwapliwie kobiecina. – Mieszka tu przecież pan Lavernoux, sekretarz i intendent pana barona. Ja go właśnie obsługuję.

– A można się z nim widzieć?

– Widzieć się z nim? On, biedaczysko, bardzo chory.

– Chory?

– A jakże... już od dwóch tygodni... od owej historii z panią baronową. Na drugi dzień dostał gorączki i położył się do łóżka.

– Ale przecież wstaje?

– Tego to ja już nie wiem, proszę pana.

– Jak to? Pani nie wie?

– A nie. Doktor nie pozwala wchodzić do jego pokoju. Zabrał mi nawet klucz.

– Kto zabrał?

– Doktor. On sam przychodzi do niego parę razy dziennie, opiekuje się nim. O, może kwadrans temu dopiero, jak wyszedł... Taki stary zgarbiony staruszek w okularach, ze siwą brodą... A gdzie pan idzie, proszę pana?

– Idę do niego, proszę mnie poprowadzić – odparł Lupin już na schodach. – Prawda, to na trzecim piętrze, z lewej strony?

– Ale proszę pana – lamentowała dozorczyni – przecież tam nie wolno wchodzić. I nawet nie mam klucza, bo pan doktor...

Znaleźliśmy się wkrótce na trzecim piętrze, razem z dozorczynią. Lupin wydobył z kieszeni pewien mały instrument i mimo protestów dozorczyni wsunął go do zamka. Drzwi się otworzyły od razu – weszliśmy do środka. Znaleźliśmy się w ciemnym przedpokoju, w głębi przez uchylone trochę drzwi przeciskała się smuga światła. Lupin podszedł gwałtownie do owych drzwi, otworzył je szeroko i już na progu wykrzyknął:

– Ach, za późno! Do pioruna!

Dozorczyni upadła na klęczki bliska omdlenia.

Wszedłem i ja do pokoju i spostrzegłem leżącego tam na dywanie jakiegoś mężczyznę, prawie zupełnie rozebranego, ze skurczonymi nogami. Twarz miał bladą, chudą, kościstą, w oczach malowała się zgroza, usta wykrzywione były jakimś strasznym skurczem.

– Nie żyje już – oświadczył Lupin, po obejrzeniu leżącego.

– Przecież nie widać żadnej rany ani śladów krwi – zauważyłem.

 – Owszem, są – odpowiedział Lupin, odchylając mu na piersiach koszulę i wskazując kilka kropel krwi. – Ktoś musiał go jedną ręką ścisnąć gwałtownie za gardło, a drugą ukłuć w samo serce. Mówię ukłuć, bo naprawdę ranka jest ledwo widoczna – jakby od ukłucia długą ostrą igłą.

Rozejrzał się uważnie po podłodze w pokoju; nie znalazł jednak nic ciekawego, tylko małe kieszonkowe lusterko, z którego pomocą Lavernoux puszczał niedawno owe sygnały świetlne.

Dozorczyni zaczęła lamentować i wołać ratunku. Lupin rzucił się ku niej gwałtownie:

– Cicho! Ani słówka!... Będzie czas później na to!... Słuchaj mnie pani i odpowiadaj na pytania; to obecnie najważniejsze. Pan Lavernoux miał jakiegoś dobrego przyjaciela na tej samej ulicy, prawda? Mieszkał z tej samej strony ulicy, tak?

– Tak.

– Spotykali się wieczorami w kawiarni, pożyczali sobie wzajemnie dzienników i czasopism?

– Tak.

– Jak się nazywa ten przyjaciel?

– Dulatre.

– Gdzie mieszka.

– Przy tej ulicy, numer dziewięćdziesiąt dwa.

– Jeszcze jedno: czy ten stary siwy doktor w okularach, o którym mi pani mówiła, przychodził tu od dawna?

– Nie, nie znałam go przedtem zupełnie. Pierwszy raz przyszedł tego wieczora, kiedy pan Lavernoux zachorował.

Lupin nie pytał o nic więcej, zbiegł po schodach na ulicę, skręciliśmy na prawo, tak że przechodziliśmy znów koło mego mieszkania. Zatrzymał się o cztery domy dalej, przed numerem 92. Był to niski domek, którego parter zajęty był przez duży skład wina. Właściciel tegoż stał właśnie przed wejściem, paląc fajeczkę. Lupin zaczepił go, pytając, czy pan Dulatre jest w domu.

– Nie, proszę pana – odparł kupiec. – Wyjechał jakie pół godziny temu... Wydawał się jakiś zdenerwowany... Pojechał automobilem, co mu się rzadko zdarza.

– A nie wie pan przypadkiem...

 – Dokąd pojechał? Mój Boże, nie ma w tym żadnej tajemnicy. Tak głośno rzucił adres szoferowi! Do Prefektury Policji! powiedział.

Lupin już miał zamiar skinąć na przejeżdżającą taksówkę, ale zamyślił się.

– To nic – szepnął – i tak go już nie dogonią!

Spytał jeszcze kupca, czy po odjeździe pana Dulatre’a nikt tu nie przychodził.

– Owszem – jakiś stary jegomość z siwą brodą, w okularach. Dzwonił do mieszkania pana Dulatre’a i odszedł z niczym.

– Bardzo panu dziękują za informację – odrzekł Lupin na odchodnym. Szedł pomału, zamyślony, nie odzywając się do mnie ani słowem. Widoczne było, że całe zagadnienie było mu trudne do odcyfrowania i że niezbyt pewnie orientował się jeszcze w sytuacji.

Sam mi to zresztą wyznał po chwili:

– Tego rodzaju sprawy wymagają raczej dużo więcej intuicji niż rozwagi. Ale to sprawa diabelnie ciężka – warto się nią naprawdę zająć.

Doszliśmy do bulwarów; Lupin wszedł do spotkanej na drodze czytelni i przeglądał bardzo uważnie i skrupulatnie dzienniki z ostatnich dwóch tygodni. Od czasu do czasu monologował półgłosem:

– Tak... Tak... jest to wprawdzie tylko hipoteza, ale hipoteza dająca wyjaśnienie na wszystko... A skoro znajduję w niej wyjaśnienie na każde pytanie, zatem hipoteza moja nie musi być daleką od prawdy.

Tymczasem nadszedł wieczór; zjedliśmy kolację w małej restauracji i zauważyłem, że Lupin stopniowo ożywiał sią coraz bardziej, nabierał humoru i fantazji. Kiedy wyszliśmy na bulwary, kierując sią w stroną pałacyku barona Repsteina, miałem już przed sobą Lupina zdecydowanego na wszystko, gotowego do czynu i walki.

Zwolniliśmy kroku, nie dochodząc do ulicy de Courcelles. Pałacyk barona, ładny trzypiętrowy budynek o fasadzie przystrojonej w kariatydy i zgrabne kolumny, leżał z lewej strony, między ulicą de Courcelles a przedmieściem Saint Honoré.

– Stój! – krzyknął nagle Lupin.

– Co takiego?

– Jeszcze jeden dowód więcej na potwierdzenie mej hipotezy!

– Jaki dowód? Nic nie widzę.

– Ale ja widzę... To wystarczy...

Podniósł do góry kołnierz marynarki, zagiął ku dołowi rondo kapelusza i mówił:

– Psiakrew, ciężka to będzie walka! Idź do domu spać, mój kochany... Jutro opowiem ci całą moją wyprawę... o ile wyjdę z niej z życiem.

– Co ty mówisz?

– Tak, tak, kochasiu, ryzykuję bardzo dużo. Przede wszystkim, że mnie zaaresztują, ale to bagatela. Następnie własną głową, co już coś więcej znaczy. Ale...

Chwycił mnie gwałtownie za ramię:

– Ale... ryzykuję coś innego jeszcze: oto mogę zarobić dwa miliony! A niech tylko pierwsze dwa miliony mam w garści, zobaczycie, co ja zrobić z nimi potrafią! No, dobranoc, kochasiu! A gdybyś mnie już więcej nie zobaczył...

Deklamował z udanym patosem:

 Zasadź mi brzozę na mym grobie

 Lubię jej liści szept rozwianych...

Odszedłem spiesznie. W trzy minuty później – opowiadam to wszystko tak, jak mi to Lupin nazajutrz sam opowiedział – w trzy minuty później Lupin dzwonił do bramy pałacyku barona Repsteina.

– Czy pan baron jest w domu?

– Jest – odparł lokaj, obserwując podejrzliwie niezwykłego przybysza – ale pan baron o tej godzinie nie przyjmuje nikogo.

– Czy pan baron wie już o zamordowaniu jego intendenta, pana Lavernoux?

– Pewnie!

– Zatem proszę powiedzieć panu baronowi, że przychodzę właśnie w tej sprawie i że nie ma chwili czasu do stracenia.

– Antoni, proszę wprowadzić tego pana – odezwał się głos z góry.

 Lokaj wprowadził Lupina na pierwsze piętro. W uchylonych drzwiach stał tam jakiś pan, którego Lupin poznał od razu, widział bowiem już kilkakrotnie fotografię barona Repsteina w ilustracjach, barona Repsteina, małżonka głośnej pani baronowej i właściciela słynnej klaczy wyścigowej Etna.

Był to barczysty, wysoki mężczyzna o miłym i sympatycznym wyrazie twarzy. Ubrany był w elegancki brązowy garnitur; w krawatce miał wpiętą śliczną perłę, zdaniem Lupina, bardzo cenną.

Wprowadził Lupina do swego gabinetu, obszernego pokoju o trzech oknach, umeblowanego elegancko. Stało tam biurko amerykańskie, szafy biblioteczne i duża kasa ogniotrwała. Skoro się tam znaleźli, zwrócił się gorączkowo do Lupina:

– Ma pan jakie informacje?

– Tak, panie baronie.

– Odnośnie do zamordowania tego biedaka Lavernoux?

– Tak... i odnośnie do pani baronowej.

– Niepodobna? Mówże pan prędko, błagam pana...

Podsunął mu krzesło. Lupin usiadł i zaczął mówić:

– Panie baronie, sprawa jest nader poważna. Będę się streszczał.

– Do rzeczy, panie, do rzeczy.

– Zatem powiem krótko, bez żadnych wstępów, o co idzie. Lavernoux, który od dwóch tygodni trzymany był przez swego lekarza w pewnego rodzaju areszcie, Lavernoux – że się tak wyrażę – telegrafował z pomocą sygnałów pewne rewelacje, które sobie częściowo zdołałem wynotować, a które naprowadziły mnie na trop tej całej sprawy. W trakcie telegrafowania właśnie został znienacka zaskoczony i zamordowany.

– Przez kogo? Dla Boga, przez kogo?

– Przez swego lekarza.

– Jak się nazywa?

– Nie wiem. Ale jeden z przyjaciół zamordowanego, niejaki pan Dulatre, ten właśnie, z którym Lavernoux porozumiewał się za pomocą sygnałów, musi to wiedzieć. Musi też znać dokładnie i w całości owe rewelacje, bo nie czekając, co dalej będzie, wskoczył do automobilu i pojechał prosto do Prefektury Policji.

– Dlaczego? Po co? I co z tego ostatecznie wynikło?

– Co wynikło? To, że pański pałacyk, panie baronie, jest pilnie strzeżony przez policję; dwunastu agentów spaceruje pod oknami. A skoro słońce wejdzie, wkroczą do pańskiego pałacyku w imię prawa i zaaresztują zbrodniarza.

– Zatem morderca pana Lavernoux ukrywa się w moim domu? Czyżby który z mej służby?... Choć nie, mówiłeś pan o jakimś lekarzu...

– Pozwolę sobie zwrócić uwagę pańską, panie baronie, że pan Dulatre, jadąc na policję, nie wiedział jeszcze zupełnie o zamordowaniu jego przyjaciela, pana Lavernoux. Jechał tam w innej sprawie...

– W jakiejże to sprawie?

– W sprawie zniknięcia pani baronowej. Dzięki rewelacjom pana Lavernoux znalazł wyjaśnienie tej sprawy.

– Co pan mówi? Zatem odnaleziono baronową? Gdzież ona jest? A co się stało z pieniędzmi, które mi zabrała?

Baron Repstein był widocznie silnie podniecony. Zerwał się z krzesła i podszedł do Lupina:

– No, mówże pan, chcę wiedzieć wszystko! Nie mogę dłużej czekać!

Lupin odparł powoli, wahająco:

– Widzi pan... panie baronie... trudno mi to będzie wyjaśnić, bo nasze punkty widzenia są diametralnie sprzeczne...

– Nic nie rozumiem!

– A jednak trzeba byś pan zrozumiał, panie baronie! Mówi się (powtarzam to, co wyczytałem w dziennikach), że pani baronowa wtajemniczona była we wszystkie pańskie interesy, że mogła swobodnie otworzyć nie tylko tę oto kasę, ale również i pańską skrytkę w Crédit Lyonnais, gdzie pan umieszczałeś wszystkie kosztowności.

– Tak jest.

– Otóż przed dwoma tygodniami, pewnego wieczora, gdy pan byłeś w klubie, baronowa, po zrealizowaniu po kryjomu wszystkich pańskich papierów wartościowych, miała wyjść z tego pałacyku, unosząc ze sobą w torebce podróżnej pańskie pieniądze i wszystkie kosztowności księżniczki de Berny.

– Tak jest.

– I od tego czasu zniknęła?

– Tak jest.

– Otóż jest bardzo prosty a ważny powód tego zniknięcia.

– Jakiż to?

– Ten, że baronowa Repstein została zamordowana.

– Zamordowana?... baronowa?... Czyś pan oszalał?

– Tak jest, zamordowana, powtarzam! I to prawdopodobnie tegoż właśnie wieczora.

– Oszalałeś pan chyba?! Jakże baronowa mogła zostać zamordowana, skoro policja jest na jej tropie, depcze jej niemal po piętach?

– Policja idzie za fałszywym tropem... innej zupełnie kobiety.

– Jakiejż to?

– Wspólniczki mordercy.

– A któż jest tym mordercą?

– Ten sam człowiek, który wiedząc o tym, że Lavernoux odkrył całą tajemnicę tej zbrodni, trzymając go przez dwa tygodnie pod zamknięciem, terroryzował go, groźbami zmuszał do milczenia. Ten sam, który nie wahał się zamordować go bez litości z chwilą odkrycia, że Lavernoux próbuje porozumiewać się ze swym przyjacielem!

– W takim razie – to ów lekarz?

– Tak.

– Jak on się nazywa? Kto to jest, ten szatański zbrodniarz, tajemniczy, nieuchwytny, którego nikt nawet nie podejrzewa?

– Nie domyśla się pan?

– Nie.

– A chciałby pan to wiedzieć?

– Czy chciałbym? I pan się pyta jeszcze? Mówże pan nareszcie!... Kto to, gdzie się ukrywa? Wie pan, gdzie on jest?

– Wiem.

– Tu, w tym pałacu?

– Właśnie!

– I jego to policja poszukuje?

– Tak jest.

– Któż to zatem?

– Pan!

– Ja?...

Nie upłynęło jeszcze dziesięć minut od chwili wejścia Lupina do pałacu, a już pojedynek się rozpoczął. Oskarżenie było rzucone baronowi w twarz, jasno, brutalnie, niedwuznacznie.

Lupin mówił dalej:

– Tak jest, pan sam, przyprawiwszy sobie fałszywą brodę i nałożywszy dla niepoznaki okulary, udając poważnego staruszka. Pan sam, baronie Repstein. Bo gdyby przyjąć, że to nie pan sam ułożył cały ten piekielny plan, sprawa przedstawiałaby się po prostu jako nierozwiązalna zagadka. Natomiast jeżeli wyjdziemy z tego założenia, że pan jesteś tym zbrodniarzem, że pan zamordowałeś swą żonę by się jej pozbyć i puszczać majątek z inną kobietą, że pan zabiłeś pana Lavernoux, aby pozbyć się jedynego groźnego świadka, wtedy od razu wszystko się wyjaśnia.

Baron, który stał pochylony ku Lupinowi, słuchając uważnie każdego jego słowa, wyprostował się i patrzył na Lupina jak na wariata. Gdy Lupin skończył mówić, baron cofnął się o parę kroków, otworzył usta, jakby chciał coś odrzec, ale rozmyślił się... podszedł do kominka i nacisnął dzwonek.

Lupin ani drgnął, stał spokojnie, lekko uśmiechnięty. Kiedy lokaj stanął we drzwiach, baron zwrócił sią do niego:

– Możesz iść spać, Antoni. Ja sam wyprowadzę pana.

– Czy mam pogasić światła?

– Tak, tylko w przedpokoju zostaw.

Po wyjściu lokaja baron podszedł szybko do biurka, wyjął stamtąd rewolwer, wsadził go sobie do kieszeni i wrócił do Lupina, mówiąc zupełnie spokojnie:

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.