Zwierz - Piotr Kościelny - ebook

165 osób właśnie czyta

Opis

„Właściwie zabijałem, odkąd pamiętam. Zacząłem od zabijania zwierząt. Pierwszą ofiarą był kot sąsiadów. To było u babci na wakacjach. Mieszkała na wsi. Miałem zaledwie siedem lat. Zabiłem go kamieniem. Podchodził do mnie i się łasił. Jedną ręką głaskałem go po plecach, a drugą sięgnąłem po kamień. To był chyba pierwszy raz. Potem było więcej zwierząt. Ptaki złapane w siatkę, psy, jeże, najczęściej jednak koty. (...) Człowieka zabiłem pierwszy raz, gdy miałem dziesięć lat.”

Zwłoki młodej dziewczyny odkryte we Wrocławiu to dla doświadczonego komisarza Marka Mikulskiego nie pierwszyzna. Jednak gdy po kilku dniach w lesie w okolicach Wołowa znalezione zostają ciała kolejnych dwóch osób, a przy nich tajemniczy list, policjant wie już,
że ma do czynienia z seryjnym mordercą.
Psychopatyczny zabójca, który podpisuje się pseudonimem Zwierz, ostrzega, że będzie mordował tak długo, aż zostanie złapany. Działa profesjonalnie i z niewiarygodnym okrucieństwem. Nie pozostawia po sobie żadnych śladów i zatacza coraz szersze kręgi.
Kulisy zbrodni doskonałej i brutalna prawda o pracy polskich śledczych.
Zaskakująca konstrukcja i mrożące krew w żyłach zwroty akcji.
Kim jest Zwierz? Jaką grę prowadzi?

Piotr Kościelny (1978) – prywatny detektyw, specjalista ds. bezpieczeństwa i windykacji terenowej. Prowadzi własne biuro detektywistyczne. Instruktor samoobrony, rekreacji i sportu. Przeprowadził kilkadziesiąt szkoleń w zakresie poprawy bezpieczeństwa kobiet. Był członkiem Polskiego Stowarzyszenia Licencjonowanych Detektywów. Miłośnik zwierząt – ma trzy koty i psa rasy bokser, z którym chętnie spaceruje. Czas wolny spędza na pisaniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 566

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2019 PIOTR KOŚCIELNY

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Copyright © 2019 WYDAWNICTWO INITIUM

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:ANNA PŁASKOŃ-SOKOŁOWSKA

Korekta:NATALIA MUSIAŁ

Projekt okładki i DTP: PATRYK LUBAS

Współpraca organizacyjna: ANITA BRYLEWSKA, BARBARA JARZĄB

Fotografia wykorzystana na okładce:

NIK KEEVIL / ARCANGEL

WYDANIE I

ISBN 978-83-66328-05-1

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail:[email protected]

facebook.com/wydawnictwo.initium

1.

Wrocław, 17 września 2017 r.

– Właściwie zabijałem, odkąd pamiętam. Zacząłem od zabijania zwierząt. Pierwszą ofiarą był kot sąsiadów. To było u babci na wakacjach. Mieszkała na wsi. Miałem zaledwie siedem lat. Zabiłem go kamieniem. Podchodził do mnie i się łasił. Jedną ręką głaskałem go po plecach, a drugą sięgnąłem po kamień. To był chyba pierwszy raz. Potem było więcej zwierząt. Ptaki złapane w siatkę, psy, jeże, najczęściej jednak koty.

Spojrzał na pozostałych mężczyzn zebranych w pokoju i wskazał na paczkę papierosów leżących na blacie biurka, przy którym siedział. Gdy otrzymał pozwolenie, wziął jednego i odpalił. Przez kajdanki szło mu trochę niezręcznie. W końcu jednak wydmuchał w powietrze chmurę dymu i kontynuował:

– Człowieka zabiłem pierwszy raz, gdy miałem dziesięć lat. Koło mojego domu, a mieszkaliśmy wtedy na Balonowej, były stare poniemieckie bunkry. Wszystkie dzieciaki tam chodziły, choć rodzice nie pozwalali. Wiecie, jak to jest. Starzy się martwią, ale gówniarze mają to w dupie. Na tych bunkrach starsi od nas pili alkohol i palili papierosy. Młodsi bawili się w chowanego albo berka. Wtedy były takie zabawy… – Uśmiechnął się i zaciągnął głęboko. – Była nas chyba dziesiątka dzieciaków. Graliśmy w chowanego. Odkryci siadali na starym korzeniu. Trochę wtedy padało, było ślisko i zabawa miała się ku końcowi. W końcu i ja zostałem odkryty. Już miałem schodzić na korzeń, gdy ją zobaczyłem. Chowała się w jakimś zakamarku. Basia, tak miała na imię. Przytuliła się mocno do ściany bunkra. Z jednej strony miała tę ścianę, a z drugiej było chyba z osiem metrów w dół. Postanowiłem wtedy, że ją zepchnę. Gdy podszedłem bliżej, pokazała mi gestem, abym jej nie zdradził. Odwróciła głowę i wtedy ją popchnąłem. Nie zdążyła nawet pisnąć, tak była zaskoczona. Widziałem, jak spada na żelbetową część bunkra, odbija się od niej i leci jeszcze kilka metrów niżej. W miejscu, gdzie uderzyła głową, został krwawy ślad. Gdy tak leżała na ziemi, zacząłem krzyczeć, że Basia spadła. Wszyscy się zlecieli. Nie pamiętam nawet, kiedy pojawiła się milicja i pogotowie. Wiecie, wtedy jeszcze była milicja. To był osiemdziesiąty ósmy rok, komuna miała się ku końcowi…

Wziął kilka łapczywych machów i zgasił peta w popielniczce. Językiem kilka razy zwilżył usta.

– Większych problemów z tego zepchnięcia nie było. Milicja przesłuchała, rodzice straszyli konsekwencjami. W sumie tylko takie gadanie. Uznano, że śmierć Basi była nieszczęśliwym wypadkiem. Dostaliśmy od starych zakaz chodzenia na te bunkry. Oczywiście nic sobie z tego nie zrobiliśmy. I to był mój pierwszy raz. Kolejny był mały Jasio. To było rok po śmierci Basi. Pojechałem na kolonię do Karpacza. Wycieczki były nawet ciekawe, chodziliśmy po górach, graliśmy w piłkę. Robiliśmy to, co robią dzieci w tym wieku na koloniach. Pamiętam, że do końca turnusu zostały dwa dni. Jasio był łakomczuchem i lubił się wymykać z ośrodka przez dziurę w płocie. Chodził do sklepu po jakieś landrynki. Wiem, bo kiedyś go śledziłem. Tego dnia widziałem, jak znów się wykrada. Poszedłem do kuchni i wyjąłem z szuflady długi nóż. Schowałem go pod koszulkę i poszedłem za Jasiem. Zaczekałem w krzakach, aż będzie wracał. Gdy był już blisko, wyskoczyłem i uderzyłem go kilkanaście razy w plecy. Tym nożem. Wiecie, jak dużo krwi jest po takim ataku? No, może nie dużo, ale dla takiego dzieciaka jak ja to było dosłownie morze krwi. Wróciłem do ośrodka. Z tym nożem. W pokoju szybko się umyłem i przebrałem, a potem poszedłem pokopać w piłkę. Ale gra mi nie szła, co chwila zerkałem w stronę płotu, zastanawiając się, czy go znaleźli. Zamieszanie zrobiło się dwie godziny później, jak szliśmy na kolację. Opiekunki nas policzyły i stwierdziły, że jednego brakuje. Najpierw szukali Jasia w ośrodku, bez rezultatów. Ja w tym czasie siedziałem w pokoju i zastanawiałem się, jak się pozbyć noża, który miałem w torbie. Milicja przyjechała w miarę szybko. Szybko też znalazła zwłoki przy płocie.

Sięgnął po kolejnego papierosa. Tym razem odpalił już sprawnie.

– Rano, gdy pojawiła się ta milicja i zaczęła przesłuchiwać wszystkie dzieciaki, to zastanawiałem się, czy przypadkiem nikt mnie nie widział, jak wtedy wracałem do ośrodka. Przyjechali rodzice Jasia. Płakali. Gdy milicjant wezwał mnie do pokoju i spytał, czy coś mi wiadomo o zniknięciu kolegi, powiedziałem, że Jasio dzień wcześniej pochwalił mi się, że spotkał kogoś znajomego. Ten mężczyzna kazał mu mówić do siebie „wujku” i częstował Jasia słodyczami. Powiedziałem, że Jasio wykrada się do tego wujka i wczoraj chyba też miał się z nim spotkać. Powiedziałem też, że raz Jasio proponował mi, żebym poszedł z nim, ale się bałem. Policja mi uwierzyła. W dodatku znaleźli przy Jasiu słodycze. Po powrocie z kolonii słyszałem, jak moi rodzice mówili między sobą, że w Karpaczu jakiś pedofil zabił dzieciaka. Gdyby znali prawdę, chyba osiwieliby w jeden dzień.

– A… nóż? – spytał Adam Bojarski.

– Nóż?

– Ten, którym zabiłeś Jasia.

– Przywiozłem go do Wrocławia. Jeszcze pięć lat temu go miałem. Posłużył mi potem kilka razy, ale o tym później. Z tego, co wiem, nikt nigdy nie wyjaśnił tej sprawy do końca. Może nawet zbytnio się nie starano. Kończyła się komuna i milicja miała ważniejsze problemy na głowie niż szukanie jakiegoś „wujka”.

Wziął kolejnego macha. Chwilę milczał, jakby układał sobie coś w głowie.

– Potem miałem przerwę – odezwał się znowu. – Nie zabijałem aż do osiemnastych urodzin. W dniu imprezy ostro popiłem z kolegami. Łaziliśmy bez celu, szukaliśmy zadymy. Wybiliśmy kilka szyb na przystankach, wyrwaliśmy jakieś lusterko w samochodzie. W sumie nic groźnego, ale zawsze to zastrzyk adrenaliny. Pamiętam, że odłączyłem się od reszty chłopaków. Chciało mi się lać i poszedłem za bramę. Jak lałem, to poczułem, że ktoś mnie popycha. Obróciłem się i zobaczyłem jakiegoś gościa około czterdziestki. Stał i patrzył na mnie, jakbym mu skrzywdził córkę. Wydzierał się, krzyczał, że jestem świnią i leję mu pod bramą, a poza tym widział, jak wyrwałem lusterko. Powiedział, że na policję zadzwoni. Zapiąłem rozporek i popatrzyłem dookoła. W pierwszej chwili chciałem uciekać, ale potem zauważyłem duży kamień. Taki kilogramowy, w sam raz pasujący do ręki. Przywaliłem mu tym kamorem prosto w głowę. Trafiłem akurat w nos. Potem poprawiłem w skroń. Facet tak jak stał, tak padł na ziemię. Pochyliłem się nad nim i jeszcze kilka razy poprawiłem. Z twarzy była miazga. Wtedy o mało co nie wpadłem. Wziąłem ten kamień i zacząłem uciekać. W oddali słyszałem jakieś krzyki. Ktoś widział z okien, co zrobiłem, i starał się zaalarmować okolicę. Zwiałem do domu i szybko spakowałem kilka rzeczy w torbę. Wtedy postanowiłem uciec z chaty. Starzy spali, więc nic nie słyszeli. Zresztą w tamtym czasie mało ich obchodziłem. Mieli swoje problemy, chcieli się rozwieść. Pojechałem do kolegi z technikum. Mieszkał w okolicy Trzebnicy. Spędziłem u niego dwa tygodnie. Potem wróciłem do domu. Okazało się, że policja już była u moich rodziców i że mnie szukają. Postanowiłem się zgłosić sam. Pojechałem na komisariat na Połbina i dyżurnemu powiedziałem, że ponoć policja mnie szuka. Podczas przesłuchania okazało się, że kilku świadków widziało, jak łaziliśmy z kolegami po osiedlu, szukając dymu. W taki sposób policja ustaliła nasze dane. Kumple powiedzieli zgodnie, że cały czas byliśmy razem. Zeznali też, że w pobliżu kręciła się jakaś grupa z Kozanowa i szukała awantury. Policjanci starali się używać różnych sztuczek, aby rozbić naszą solidarność, ale nie udało im się. A nie mogli wszystkich nas oskarżyć o zabójstwo. Jeszcze ten mój kolega z Trzebnicy zeznawał na moją korzyść. Powiedział, że przyjechałem do niego rano i nie widział żadnych śladów krwi na moim ubraniu. Postawiono mi tylko zarzuty za wybicie szyby na przystanku. Dostałem kolegium. Matka zapłaciła i było po sprawie. Od tamtego czasu się zmieniłem. Nie piłem, nie włóczyłem się po nocach, wziąłem się za naukę. Wszyscy myśleli, że to kolegium i podejrzenia policji spowodowały zmianę. Ale ja postanowiłem, że nie popełnię więcej takiego błędu, jak z tamtym facetem. Postanowiłem, że nie będę zabijał w swojej okolicy.

Bojarski wstał i zaczął krążyć po pokoju. W pewnej chwili zatrzymał się i spojrzał na zatrzymanego.

– Chcesz kawy? – zapytał. – Przesłuchanie jeszcze trochę potrwa.

Mężczyzna skinął głową.

– A ty, Mikun? – Bojarski zwrócił się do swojego kolegi.

Komisarz Marek Mikulski tylko pokręcił głową.

– Młody, załatw jakiś czajnik, kubki i kawę – Bojarski rzucił w stronę posterunkowego stojącego przy drzwiach. – I jeszcze jedną paczkę fajek. Posiedzimy tu jeszcze. – Możesz kontynuować. – Spojrzał na przesłuchiwanego, kiedy drzwi się zamknęły.

Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem.

– Potem było kilka lat spokoju. Poszedłem do wojska. Byłem w jednostce w Żaganiu, u czołgistów. Tam nie zabiłem nikogo, chociaż podczas warty mnie kusiło. Powiedziałbym, że broń sama wypaliła. Jednak nie zdecydowałem się na taki krok. Gdzieś tam z tyłu głowy miałem, że ktoś mógłby pokojarzyć fakty. Wyszedłem z wojska i postanowiłem się ustatkować. Poznałem kobietę i z nią zamieszkałem. Podjąłem pracę w Biedronce na osiedlu. Pracowałem na kasie i na magazynie. Robota ciężka, ale dawała jako takie poczucie bezpieczeństwa. Bezrobocie wtedy było wysokie, więc się nie wybrzydzało. Z tą kobietą, Małgosią, postanowiłem się ożenić. Rodzice pomogli nam zorganizować ślub i wesele. Po roku urodził się nam Krzysiu. Wszystko układało się dobrze, ale czegoś mi brakowało. Byłem głodny adrenaliny. Wiele razy w głowie pojawiała mi się myśl, aby udusić poduszką Krzysia, ale w porę się opamiętywałem. Po czymś takim nie wywinąłbym się tak łatwo, jak dotychczas. Aby spełnić swoje pragnienie zabijania, postanowiłem zmienić pracę. Najpierw zostałem przedstawicielem handlowym firmy sprzedającej kawę. Jeździłem po Dolnym Śląsku, głównie po sklepach na wioskach, i starałem się pozyskać klientów. Wtedy zabiłem kolejny raz. Jak jechałem do Sobótki, zauważyłem przy drodze autostopowicza. Facet miał około trzydziestki i wyglądał jak bezdomny. Zabrałem go do samochodu. Jechaliśmy przez kilka kilometrów, rozmawiając o duperelach. W pewnym momencie zjechałem na leśny parking i powiedziałem mu, że muszę się wylać. Facet wysiadł z samochodu i odpalił papierosa. Wtedy zaszedłem go od tyłu i walnąłem kamieniem. Drugi kamień w moim arsenale. Facet upadł. Jęczał i błagał o życie. Wyjąłem z bagażnika klucz do kół. Tym kluczem waliłem w jego głowę chyba ze dwadzieścia razy. Gdy facet już się nie ruszał, wziąłem go pod pachy i zaciągnąłem w krzaki. Schowałem klucz do bagażnika i odjechałem. Nie wiem, czy ktoś odnalazł zwłoki. Nie interesowałem się tym więcej. Potem pojechałem do Sobótki i podpisałem kontrakt życia. Miałem dostarczać kawę do kilku sklepów należących do jednego właściciela. Pracując jako przedstawiciel tej firmy, zabiłem jeszcze dwa razy. Raz taką młodą dziewczynę. Wracała z dyskoteki, a ja zatrzymałem się i spytałem, czy ją podwieźć. To były okolice Oleśnicy. Dziewczyna była podpita i zaczęła się do mnie kleić. Sama zaproponowała, że mi obciągnie. Zjechałem w boczną uliczkę i zrobiła mi loda. Po wszystkim wysiedliśmy z auta i zapaliliśmy papierosy. Gdy opowiadała jakieś pierdoły, wyjąłem z bagażnika sznur. Podszedłem od tyłu i zarzuciłem jej go na szyję. Dusiłem ją, a ona wierzgała i starała się mnie złapać za głowę. Gdy zwiotczała, to zdjąłem ten sznur. Ciało zaciągnąłem do małego zagajnika i przykryłem gałęziami.

– Skąd sznur? – spytał Bojarski.

– Sznur? Aaa… Żona poprosiła, żebym kupił. Mówiła, że trzeba zmienić na balkonie, bo ten stary brudzi ubrania. Kupiłem i woziłem w bagażniku ze dwa dni. Tego, którym zabiłem tą laskę, nie mogłem już wziąć do domu. Wywaliłem go w okolicach Bielan i kupiłem nowy.

– Uhm… kontynuuj.

– Kolejny był menel, taki wioskowy żulik. Kilka razy, jak jechałem w stronę Oławy, zatrzymywałem się w jednej wiosce. W sklepie kupowałem papierosy albo coś słodkiego, batonika, czekoladę. Jak się dużo jeździ, to czasem trzeba coś zjeść, a słodycze dają energię. Pamiętam tego menela, zawsze mnie zaczepiał. Chciał, żebym kupił mu piwo, a mnie wkurwiało takie żebranie. Jak kiedyś wracałem z roboty, a był listopad, ciemno na dworze, prawie go potrąciłem. Pijany, wylazł na sam środek jezdni, nie miał kamizelki odblaskowej, ledwo go widziałem. Zahamowałem w ostatniej chwili i wyszedłem go opieprzyć. Był tak pijany, że ledwo stał. Wtedy przypomniałem sobie, że mam w aucie czteropak tyskiego. Wyjąłem browce i pokazałem menelowi. Oczy mu się rozszerzyły i wsiadł do auta. Przejechaliśmy może kilometr, zanim zatrzymałem się przy starej opuszczonej ruderze. Żul wysiadł z auta, wziął piwo i poszedł do tej opuszczonej chałupy. A ja wyjąłem z bagażnika kanister z benzyną. Zawsze woziłem kanister. Zaczekałem, aż facet zaśnie, oblałem benzyną ruderę i podpaliłem. Jak płomienie wystrzeliły do góry, odjechałem. Na drugi dzień na wiosce dowiedziałem się, że spłonęła jakaś chałupa, a w środku znaleziono zwęglone zwłoki mężczyzny. Straż podejrzewała, że facet popił i sam zaprószył ogień, chcąc się ogrzać. Według policji mógł nawet nie wiedzieć, że płonie, taki był pijany. Śmiałem się z nieudolności policjantów i strażaków. Jakby dokładniej wszystko sprawdzili, mogliby przecież ustalić, że pożar powstał w wyniku podpalenia benzyną. Tak przynajmniej mi się wydaje.

Do pokoju wrócił młody posterunkowy z czajnikiem i kubkami. Za nim szedł drugi policjant; niósł paczkę kawy i papierosy. Postawili wszystko na blacie stołu i stanęli przy drzwiach.

– Mów dalej – powiedział Bojarski.

– Potem było jeszcze kilkanaście ofiar. Wszystkie pamiętam, ale kilka utkwiło mi w pamięci lepiej niż inne. Na przykład bezdomnego na stacji we Wrocławiu zadźgałem nożem. Tym samym, który zabrałem z tamtej kolonii. W końcu postanowiłem zmienić pracę…

– Uważasz, że Mikun powinien być obecny przy tym przesłuchaniu? – zapytał nadkomisarz Marian Świderski, naczelnik wydziału zabójstw, odwracając się od lustra weneckiego.

– To on doprowadził do zatrzymania Zwierza – odparł inspektor Witold Gębara, pełniący obowiązki komendanta wojewódzkiego policji we Wrocławiu. – Gdyby nie Mikulski, wciąż błądzilibyśmy po omacku.

– Mimo wszystko mam wątpliwości. Zwłaszcza po tym, co ten skurwiel mu zrobił. Ale mniejsza z tym. Wiesz, co mnie wkurza najbardziej? Pieprzone media. Obstawili cały budynek, widziałeś? Wozów transmisyjnych jest więcej niż podczas Euro.

– Tego nie unikniemy. Nieczęsto się zdarza zatrzymanie największego seryjnego zabójcy w historii kraju. A w dodatku to lokalna gwiazda.

– Chciałbym, żeby już go wsadzili. Widzisz ten cyrk? Czarni na korytarzu, dziesiątki chłopaków wokół budynku. A zobaczysz, jak będziemy go przewozić do aresztu. Niby dwieście metrów, ale trzeba dmuchać na zimne.

Gębara doskonale wiedział, że to najważniejsza sprawa, jaka trafiła do komendy wojewódzkiej od czasu, gdy objął stanowisko jej komendanta. Najważniejsza, o jakiej słyszał, w tej części Europy.

– Postanowiłem założyć firmę. Małgosia znów była w ciąży. Miała się urodzić Dżesika, więc potrzebowaliśmy kasy. Wpadłem na pomysł, że będę pracował jako taksówkarz. Niestety, nie udało mi się zdać egzaminu z topografii miasta. Postanowiłem więc zacząć od rozwożenia pizzy. Kasa niczego sobie, a i jakiś napiwek zawsze wpadł. Działalność musiałem odłożyć na późniejszy okres, bałem się, że nie dam rady opłacać tych wszystkich ZUS-ów i takie tam. Do własnej firmy przejdę później. A więc jak zostałem dostawcą żarcia ciężko było wyjechać, żeby kogoś zabić, ale okazja nadarzyła się sama. Któregoś dnia dowoziłem pizzę do jednej studentki. Zaprosiła mnie do domu, a gdy szukała pieniędzy, chwilę z nią pogadałem. Dowiedziałem się, że to jej pierwszy dzień w mieście – przyjechała na studia. Powiedziała, że jeszcze dziś nic nie jadła i pizza musi jej wystarczyć. W pewnym momencie spytała, czy wiem, gdzie jest kino Helios. Powiedziałem jej, a ona na to, że jest tam umówiona z koleżanką na jakiś film o dwudziestej. To mi wystarczyło. Po pracy wróciłem pod jej dom. Czekałem, aż będzie wracała z kina. Gdy w końcu się pojawiła, wyszedłem jej naprzeciw. Od razu mnie rozpoznała, bo trzymałem pusty karton po pizzy. Spytała, czy ktoś z jej klatki zamówił pizzę, a ja potwierdziłem. Bez żadnych podejrzeń otworzyła mi drzwi i wsiedliśmy do windy. Wtedy uderzyłem ją takim ciężkim odważnikiem, jak kiedyś w sklepach były przy wagach. Upadła od razu. Wjechaliśmy windą na samą górę wieżowca. Wyciągnąłem ją z kabiny, zaciągnąłem pod właz na dach i tam udusiłem. Po wszystkim zjechałem na dół. Oczywiście puste opakowanie po pizzy zabrałem ze sobą. W tamtym okresie jednak polowałem głównie na bezdomnych. Łatwo było ich zwabić w jakieś ustronne miejsce pod pozorem kupna piwa lub wina. Takich meneli zabiłem w sumie chyba pięciu. Śmiercią bezdomnych nikt się zbytnio nie przejmuje, pod warunkiem że zgony są od siebie oddalone w czasie. Policja pewnie nie łączy ich ze sobą. Raczej traktują to jako wewnętrzne porachunki meneli. Jeśli w ogóle znajdą zwłoki. Kilka ofiar ukryłem tak, żeby nikt ich nie znalazł.

Mikun spojrzał na Bojarskiego. Obaj pamiętali serię tajemniczych zgonów bezdomnych sprzed kilku lat. Sugerowali wtedy, że mogą być ze sobą powiązane, ale przełożeni olali sprawę.

– W tamtym czasie polubiłem też jeżdżenie pociągami. Wsiadałem w pociąg we Wrocławiu i jechałem, na przykład do Głogowa. Po drodze często trafiały się samotnie podróżujące osoby. Były łatwym celem. Wysiadał taki człowiek w Głogowie, a ja szedłem za nim. Jak się nadarzała okazja, to działałem. W tamtym czasie głównie używałem tego noża, co go miałem z czasów kolonii. Niekiedy też dusiłem. Pamiętam, jak raz do przedziału wsiadł jakiś facet. Opowiadał, że jedzie się oświadczyć. Pokazywał pierścionek zaręczynowy. Przegadaliśmy całą drogę. Obaj jechaliśmy do Opola. Na dworcu, kiedy on wstał z miejsca, to ja też wstałem. Zrobiłem to tak gwałtownie, że na niego wpadłem. Nawet nie widział noża. Dostał prosto w serce. Upadł na miejsce, gdzie wcześniej siedział. Chyba od razu zmarł. Wysiadłem z pociągu i uciekłem z tego dworca. Do domu wróciłem busem. W telewizji słyszałem o zwłokach znalezionych w pociągu, policja szukała sprawcy. Podawali nawet mój rysopis, ale niewiele się zgadzało. Znowu mi się upiekło. To było chyba w dwa tysiące ósmym. Miałem rok przerwy od zabijania. Skupiłem się na życiu rodzinnym. Małgosia urodziła Dżesikę, ale mała była chora, miała autyzm. Starałem się jakoś pomagać żonie. Krzysio był już starszy i wymagał mniej uwagi niż Dżesi. Pamiętam, że pojechaliśmy wtedy na wakacje nad morze. Dokładnie do Mielna. Gosia z dzieciakami siedziała na plaży, a ja poszedłem po smażoną rybę. Nagle zobaczyłem, jak na wydmy wchodzi kobieta. Podejrzewałem, że chciała się wylać, a szkoda jej było pieniędzy na publiczny kibel. Poszedłem za nią i zaszedłem od tyłu, akurat jak kończyła szczać. Złapałem ją za szyję i zacząłem dusić. Gdy już leżała na ziemi martwa, rozebrałem ją i upozorowałem wszystko tak, jakby padła ofiarą gwałciciela mordercy. Jak zszedłem z wydmy, to trochę się obawiałem, że mnie ktoś zauważy, ale każdy był zajęty swoimi sprawami. Kupiłem żarcie i wróciłem do moich na plażę. Gdy jedliśmy, zrobiło się zamieszanie. Okazało się, że jakiś stary facet, co też chciał się wylać na wydmie, znalazł zwłoki. Przyjechała policja i pogotowie. Zeszliśmy z plaży, bo nie chcieliśmy narażać dzieciaków na oglądanie takich rzeczy.

– Chcesz powiedzieć, że zabiłeś kobietę, a potem spokojnie razem z rodziną jadłeś rybę? – spytał Bojarski.

– Niezłe, co?

– Raczej chore. Co było dalej?

Mężczyzna sięgnął po papierosa.

– Można prosić o kawę? – spytał, zanim odpalił.

– Zrób trzy – mruknął Bojarski w stronę posterunkowego.

– A więc, co było dalej… Hmm, niech pomyślę. A, już wiem. Wróciliśmy z wakacji i Małgosia postanowiła, że zabierze dzieciaki jeszcze na wieś do rodziców. Ja planowałem remont. Pierwszy wieczór, jako słomiany wdowiec, spędziłem w knajpie. Tam usłyszałem o seks randkach z internetu. Jakichś dwóch leszczy rozmawiało o portalu, gdzie laski się umawiają na seks. Czasem za kasę, a często po prostu dlatego, że lubią się pieprzyć. Postanowiłem to wykorzystać. Oczywiście nie po to, żeby poruchać. Nie miałem zbyt dużych potrzeb w tym zakresie. Lepsze orgazmy zapewniało mi zabijanie. Postanowiłem, że będę się umawiał na seks z takimi laskami i w miarę możliwości je zabijał. Oczywiście musiałem być bardziej ostrożny. Pannom wysyłałem zdjęcie przypadkowego gościa, którego sfotografowałem na ulicy. Facet nawet nie wiedział, że został wykorzystany…

– Wiedział – wtrącił Bojarski. – Został nawet zatrzymany. Kilka ofiar miało na komputerze jego zdjęcie. Były też ślady korespondencji. Facet spędził trzy miesiące w areszcie.

– O, nie wiedziałem! Hahahaha. Miał peszka. Ja zawsze starałem się być ostrożny. Korespondowałem z dziewczynami z kafejek internetowych. Łaziłem tam w przebraniu i starałem się unikać spojrzeń innych klientów. Często też zmieniałem lokale. Jedna wizyta, potem kilka miesięcy przerwy. A więc ten facio trafił do aresztu?

– Tak. Wyszedł, kiedy odnaleziono kolejne zwłoki. Miał niepodważalne alibi: siedział.

– No to mu się upiekło. Ale to nie mój problem. A więc umawiałem się z laskami na mieście i jak nadarzała się okazja, zabijałem. Głównie dusiłem, ale pamiętam taką jedną, która strasznie mnie wkurwiła. Od początku robiła miny. Czułem, że mnie prowokuje. Słyszałem te miny nawet, jak na nią nie patrzyłem. Była trochę grubsza i ewidentnie chciała się bzykać. Zaproponowałem, żebyśmy pojechali do motelu albo w jakieś ustronne miejsce. Ostatecznie postanowiliśmy pojechać do lasu. Gdy zboczyłem na ścieżkę, ta od razu zaczęła się do mnie dobierać. Powiedziałem, że wolę na dworze i mam kocyk w bagażniku. Gdy wysiedliśmy, ona się odwróciła, a wtedy założyłem jej na głowę foliowy worek. Taki na gruz, co go kupiłem kiedyś w Castoramie, żeby ten remont zrobić. Gruby i mocny. Szarpała się, ale zaciskałem coraz mocniej. Gdy już poczułem, że osłabła, zdjąłem ten worek i popatrzyłem jej w oczy. Były rozszerzone ze strachu. Patrząc na nią, wbiłem jej śrubokręt w oko. Kilka razy wierzgnęła i zdechła. Ciało wciągnąłem w krzaki i poszedłem po łopatę. Zakopałem ją. W tamtym okresie starałem się ukrywać ciała, aby nie skojarzono ofiar z jednym sprawcą.

Adam Kupisz nie wyglądał na kogoś, kto byłby w stanie kogokolwiek skrzywdzić. A już na pewno nie wyglądał jak seryjny morderca. Chudy, niski i rudawy, z łysymi plackami i płatami łupieżu był zupełnie przeciętnym facetem. Bojarski zastanawiał się, ile prawdy jest w jego zeznaniach, a ile zabójstw po prostu sobie wymyślił. Jak dotychczas udało się go powiązać z ośmioma morderstwami dokonanymi w ostatnich miesiącach. Bo grę z Mikunem rozpoczął kilka miesięcy temu. To wtedy po raz pierwszy zabił i pozostawił wiadomość dla śledczych. Podpisał się pseudonimem „Zwierz” – taki przydomek nadała mu prasa, taki kryptonim otrzymała sprawa.

Policjant spojrzał na Mikulskiego. Zastanawiał się, co się dzieje w głowie kolegi. Od początku przesłuchania milczał i tylko obserwował zatrzymanego. Co jakiś czas mocno zaciskał szczęki. Rosła w nim złość. Złość, która kiedyś będzie musiała znaleźć ujście.

Bojarski pracował z Mikulskim już piąty rok. Kiedy trafił do wydziału, Mikun był już legendą. Miał na koncie kilka spektakularnych spraw i młodsi policjanci patrzyli na niego z podziwem. Gdy naczelnik zdecydował, że to on będzie partnerem Bojarskiego, ten poczuł się wyróżniony. Dopiero z czasem przyszła refleksja – czy podoła wyzwaniu? Ostatnie lata dowiodły, że obawy były bezpodstawne. Uzupełniali się znakomicie i szybko stworzyli team. W wielu sprawach doświadczenie i policyjny nos Mikuna w połączeniu z analitycznym umysłem Bojarskiego przynosiły doskonałe efekty. Dopiero przy sprawie Zwierza coś się popsuło. Mikun w ostatnich dniach działał sam. Za punkt honoru postawił sobie odnalezienie zabójcy i doprowadzenie go przed oblicze sprawiedliwości.

Kupisz odpalił kolejnego papierosa. Zaciągnął się głęboko i wypuścił wąską strużkę dymu. Z uśmiechem patrzył na siedzącego przed nim Mikulskiego. Poznał go dwa miesiące temu. To wtedy postanowił wcielić w życie swój plan. Dotychczas był anonimowym zabójcą, nie zależało mu na rozgłosie. Wszystko się zmieniło na tamtej imprezie charytatywnej. Gdy usłyszał, czym się zajmuje Mikulski, zdał sobie sprawę, że los chce, aby oni dwaj się ze sobą zmierzyli. To było ich przeznaczenie. Pojedynek łowcy i zwierzyny. Musieli tylko ustalić, kto jest groźniejszy. Pseudonim, jaki sobie wybrał, nie oznaczał, że jest ofiarą. Ofiar miało być dużo. Ale on nie będzie jedną z nich.

– Jak już wspomniałem, w domu nie było najlepiej – podjął. – Dżesika chorowała i potrzebowaliśmy pieniędzy. Małgosia skontaktowała się z fundacją, która pomaga takim dzieciom. Jeździliśmy na różnego rodzaju imprezy charytatywne, na bale… Jakaś kasa wpadała. – Przerwał, by zaciągnąć się papierosem. Przez kilka sekund patrzył na policjantów, stojących pod drzwiami.

– Okradałeś swoje ofiary? – spytał Bojarski.

Zwierz odwrócił się w jego stronę z uśmiechem.

– Czasem, jak miały przy sobie pieniądze. Nie brałem biżuterii ani kart płatniczych, bo z tym łatwo wpaść. Tylko gotówka. Potrzebowałem trochę grosza przy duszy, bo w domu się nie przelewało. Ale nie zabijałem dla kasy. Czasem się zastanawiałem, czy gdyby jakaś mafia zaproponowała mi, żebym dla nich zabijał, nadal sprawiałoby mi to frajdę. W sumie połączyłbym pracę z pasją.

Spokojnie, Mikun, spokojnie, nie daj się sprowokować, powtarzał sobie w duchu, patrząc na siedzącego przed nim zwyrodnialca. W głowie wciąż brzmiały mu słowa, które wyszły z ust Kupisza, gdy go tu wprowadzano. Wiedział, że to, co zrobi, spowoduje jego upadek. Kariera, na którą tak długo pracował, legnie w gruzach. Jednak to było jedyne rozwiązanie. Historia rozliczy go z tego, co zrobił.

Powoli palcem wskazującym odpiął zatrzask kabury. Spojrzał na Bojarskiego, który spacerował po pokoju, a potem powolnym ruchem wyjął służbowego glocka 17, wymierzył w Zwierza i zaczął ściągać palec na języku spustowym. Patrzył, jak Kupisz wytrzeszcza oczy. W oddali ktoś krzyknął:

– Mikun, nie!

Zmrużył oczy i nacisnął spust. Pokojem wstrząsnął huk wystrzału. Głowa Kupisza odleciała do tyłu. Mikun nacisnął jeszcze kilka razy i ciałem zabójcy wstrząsnęła celna seria. Zwierz przewrócił się wraz z krzesłem. Jego ciało leżało bezwładnie, oczy patrzyły w sufit niewidzącym wzrokiem. Lewa strona szczęki była zakrwawiona – to tam trafiła pierwsza kula.

Krzyki ledwo do niego docierały, słyszał je jakby z oddali. Poczuł, jak czyjeś ręce chwytają go za ramiona, jak ktoś wytrąca mu z dłoni wciąż dymiący pistolet. Popatrzył po twarzach kolegów.

– Coś ty, kurwa, zrobił?! – zagrzmiał Bojarski.

Kątem oka zobaczył, jak otwierają się drzwi i do pokoju wpada naczelnik z komendantem wojewódzkim. Usłyszał jęk:

– Ja pierdolę, posprzątajcie tutaj…

Nie opierał się, gdy ktoś go podniósł. Nie walczył, słysząc dźwięk kajdanek zatrzaskiwanych na jego nadgarstkach.

Pustym wzrokiem spojrzał na Zwierza i wyszeptał:

– Już nigdy nikogo nie skrzywdzisz…

2.

Dwa miesiące wcześniej

Wrocław, 15 lipca 2017 r.

Nie lubił takich imprez. Czuł się na nich co najmniej niepewnie. W początkach policyjnej kariery wiele razy musiał uczestniczyć w podobnych kwestach, ponieważ Anna prowadziła fundację wspierającą dzieci. To już siedemnaście lat…

Gdy urodził się Wojtek, pierwsza diagnoza mroziła krew w żyłach. Zespół Downa – to brzmiało jak wyrok. Reakcje znajomych bolały. Większość dawnych kolegów naśmiewała się z jego syna. Zerwał wtedy właściwie wszystkie kontakty, stał się samotnikiem. Poświęcił się pracy i rodzinie. Wraz z Anną uczestniczył w eventach, na których starano się uzyskać wsparcie dla dzieci, które według opinii innych nigdy nie powinny się urodzić.

Dwa lata temu wszystko się zmieniło. Wojtek zadławił się w trakcie snu i zapadł w śpiączkę. Patrzył, jak jego jedyne dziecko leży w łóżku bez ruchu, niczym martwe. Płytki oddech, wspomagany za pomocą respiratora, świadczył jednak o tym, że życie wciąż z niego nie uciekło. Anna starała się łączyć pracę w fundacji z opieką nad synem. Starała się pomóc nie tylko swojemu dziecku, ale rodzicom dzieci podobnych do Wojtusia. On, jako policjant komendy wojewódzkiej, miał mniej czasu. Z czasem powodowało to coraz częstsze kłótnie. Anna ciągle robiła mu wyrzuty, że wszystko jest na jej głowie. I miała rację. Czuł, że postępuje źle, poświęcając się pracy i biorąc nadgodziny. Robił to jednak, żeby nie zwariować. Widok zaślinionego syna, który nie reaguje na bodźce, wpędzał go w jeszcze większą depresję. W końcu mógłby zrobić coś, czego żałowałby do końca życia. Już kilka razy łapał się na tym, że zastanawia się nad skróceniem męczarni swojej rodziny. W mediach często pojawiały się informacje o rozszerzonych samobójstwach policjantów – funkcjonariusz zabija swoich bliskich, a następnie strzela sobie w głowę. W zmęczonym umyśle Mikulskiego też pojawiały się takie myśli. Za każdym razem jednak potrafił się opanować. Był zbyt silny, żeby zakończyć to wszystko w tak banalny sposób.

Dzisiaj przyjechali na bal zorganizowany przez fundację Dzieci to Skarb, z którą współpracowała fundacja Anny – Dobrze Pomagać. Bal odbywał się w hali Orbita i połączony był z aukcją dzieł wrocławskich malarzy. Dochód ze sprzedaży miał wspomóc działalność obu organizacji.

Sam fakt założenia garnituru sprawiał, że czuł się nie na miejscu. Na co dzień nosił bojówki, wojskowe buty i T-shirt; w zimie jeszcze kurtkę. Strój był jego znakiem rozpoznawczym. Gdy wysiadał z samochodu, w okolicy nastawał spokój. Nie pracował jako wywiadowca czy krawężnik, ale zbóje wiedzieli, że jest psem, który kieruje się jasnymi zasadami. Na pewne rzeczy mógł przymknąć oko, jeżeli widział, że w przyszłości przyniesie to więcej korzyści. Dzięki takiemu działaniu miał wielu informatorów i potrafił w szybki sposób zdobyć wiarygodne informacje.

Uważnie rozejrzał się po sali. Wiele twarzy kojarzył z poprzednich imprez, kilka znał z telewizji lub prasy. Część była nowa. Zastanawiał się, kiedy się zacznie. Bo zawsze prędzej czy później ktoś zdradzi, czym się zajmuje, i zalewały go pytania typu: A czy w Polsce są seryjni zabójcy? A z jaką najstraszniejszą zbrodnią się spotkał? A czy istnieje zbrodnia doskonała? Ilekroć zaczynała się zabawa w sto pytań do, miał ochotę zniknąć. Zawsze jednak cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania. Dla wyższego celu. Dziś pewnie nie będzie inaczej.

Nie miał zamiaru uczestniczyć w tej maskaradzie, ale Małgośka go zmusiła. Miesiąc temu okazało się, że Dżesika oprócz autyzmu ma problem z sercem. Gdyby nie autyzm, nie byłoby wielkiego problemu. Standardowe leczenie farmakologiczne przyniosłoby rezultaty. Jednak w jej przypadku zwykłe leki mogły wywołać niepożądane efekty uboczne. Konieczna była specjalna kuracja, a ta kosztowała ogromne pieniądze. Nie było ich na to stać. Dlatego Gośka skontaktowała się z organizacją Dzieci to Skarb.

Pierwszy raz był na takiej imprezie. Nie wiedział, jak się zachować. Na początku krążył między ludźmi, zbitymi w niewielkie grupki, i przysłuchiwał się rozmowom. Najbardziej zainteresował się młodą dziewczyną, która z pasją opowiadała, jakie niespodziewane zyski przyniósł ostatni bal.

Czuł, że wynudzi się tu okropnie. W myślach zaczął wybierać ofiarę. Chciałby zobaczyć miny tych osób, uśmiechających się do siebie tak słodko i tak nieszczerze, gdyby się okazało się, że gdzieś na zapleczu ktoś odkryje zwłoki. Zastanawiał się, czy nie podjąć ryzyka i nie załatwić kogoś w trakcie balu. Wciąż się rozglądał.

Wszystko zaczęło się wcześniej niż zwykle. Pił sok jabłkowy, skryty w kącie sali, gdy podeszła do niego Anna wraz z dwiema kobietami. Jedną kojarzył z wcześniejszych imprez. Starał się sobie przypomnieć, jak ma na imię, gdy żona zawołała:

– Tutaj się ukryłeś! Pamiętasz Izę?

Skinął głową, chociaż dałby sobie ją uciąć, że kobieta nazywała się inaczej. Stawiał na Weronikę albo Angelę.

– Witam pana policjanta – powiedziała Iza. – Cieszę się, że możemy się znowu spotkać.

– Dobry – odburknął, po czym wziął łyk soku.

– Co pan taki nie w sosie? Spokojnie, głowa do góry. – Kobieta się uśmiechnęła, po czym wskazała na swoją koleżankę. – To Agnieszka. Też ma dziecko z zespołem Downa.

Mikulski też się uśmiechnął. Zdawał sobie sprawę, że grymas nie wygląda na szczery, ale nie przejmował się tym. W sumie nie przejmował się tymi ludźmi w ogóle. Gdyby nie Anna, nie byłoby go tutaj.

– Słyszałam, że jest pan policjantem – odezwała się Agnieszka. – Ponoć prawdziwa sława z pana.

– A kto tak powiedział? – spytał.

Kobieta, lekko skonsternowana, popatrzyła dookoła.

– Pańska żona i jeszcze kilka osób.

Mikulski też się rozejrzał. Zauważył, że w pobliżu zaczęła się zbierać niewielka grupa ludzi. Kilka twarzy kojarzył. Zaczyna się, pomyślał.

– Co słychać w świecie zbrodni? – zagaił mężczyzna, którego pamiętał z ostatniej imprezy. Już wtedy facet był zanadto dociekliwy.

– Nic ciekawego.

– Ostatnio sporo myślałem i stwierdziłem, że jednak istnieje zbrodnia doskonała – brnął facet.

– Ja się z taką nie spotkałem – odparł Mikun. – Czasem trwa to dłużej, czasem krócej, ale w końcu sprawca trafia przed oblicze sprawiedliwości.

– A Kuba Rozpruwacz?

– To były inne czasy. Gdyby teraz grasował w Londynie, wsadzenie go za kratki byłoby kwestią kilku miesięcy.

– Czyli uważa pan, że w kilka miesięcy można odkryć, kto odpowiada za seryjne zabójstwa? – dobiegł głos z boku.

Mikun spojrzał w tamtą stronę. Nigdy wcześniej nie widział tego faceta. Chudy, łysiejący, a na dodatek rudy. Uśmiechał się w dziwny sposób, jakby rzucał wyzwanie.

– Owszem, dzięki nowoczesnym technikom i rozwojowi nauki można w szybki sposób ustalić sprawcę.

– Gadanie – prychnął nieznajomy. – Gdyby w kraju pojawił się seryjny zabójca, dałbym sobie rękę uciąć, że nie złapalibyście go w tak krótkim czasie.

– Na szczęście nie ma aż takich psycholi – wtrąciła Agnieszka.

Mikulski spojrzał rudemu w oczy.

– Dwa, maksymalnie trzy miesiące. Ale tak jak powiedziała pani Agnieszka, nasz kraj to nie USA. Tam się szacuje, że rocznie grasuje ponad dwa tysiące seryjnych zabójców. Umierają, są łapani lub zabijani, ale na ich miejsce pojawiają się nowi. My na szczęście jesteśmy w tej kwestii zacofani.

Rudy nie odpowiedział. Skinął tylko głową i podniósł swoją szklankę, jakby wznosił toast.

Potem puścił oko do Mikuna i odszedł.

Początek rozmowy policjanta z tymi kobietami go zaciekawił. Chwilę słuchał, sam zadał kilka pytań. A potem zniknął mu z oczu. To dobrze, że nie zdecydował się działać w trakcie imprezy. Gdyby w pobliżu odnaleziono zwłoki, śledczy pewnie prześwietliliby każdego, kto brał w niej udział. Jego przeszłość mogłaby wyjść na światło dzienne. Nie wywinąłby się tak łatwo.

Zanim wyszedł, patrzył jeszcze przez chwilę na faceta, który kontynuował rozmowę o seryjnych zabójcach.

– Przepraszam, mam pytanie – zaczepił stojącą obok kobietę. – Czy zna pani tamtego mężczyznę? – Wskazał palcem. – Tego policjanta.

– To chyba mąż Anny Mikulskiej… – Kobieta zmrużyła oczy. – Tak, to on. Nazywają go Mikun albo jakoś tak.

Wiedział już, co ma robić.

3.

Wrocław, 16 lipca 2017 r.

Gdy wrócili do domu, był tak zmęczony, że na nic nie miał już siły. Szybko się rozebrał i wziął prysznic, myśląc tylko o tym, żeby zapaść w sen. Jednak gdy wszedł do sypialni, zauważył, że Anna płacze. Podszedł do żony i przytulił ją.

– Jest mi tak ciężko – wyszeptała w jego ramię. – Nikt nie wie jak bardzo. Wiesz, czasem myślę, jak by to było, gdyby Wojtek zmarł w trakcie snu. A potem karcę się za te myśli. Jestem złą matką…

– Nie gadaj głupot. – Pocieszająco pogładził ją po plecach. – Jesteś wspaniałą kobietą i wspaniałą matką. Nie wiem, skąd czerpiesz siłę, aby to wszystko znosić.

– Ale ja już nie mam siły. Mam już tego wszystkiego dosyć!

Przytulił ją mocniej i pocałował w czoło. Kilka sekund trwali tak w bezruchu, po czym Anna wstała i poszła do łazienki. Mikun tymczasem skierował się do pokoju Wojtka. Syn leżał w łóżku, podłączony do skomplikowanej aparatury. Jego klatka piersiowa miarowo się wznosiła i opadała, wspomagana respiratorem. Z ust płynęła strużka śliny, lekko już zaschnięta na brodzie. Mężczyzna wyjął chusteczkę z opakowania leżącego na stoliku i wytarł chłopcu twarz.

Po chwili od progu dobiegł go głos żony:

– Czasem, jak jesteś w pracy, staję tu i patrzę jak śpi. I zastanawiam się, czy jeszcze kiedykolwiek będzie się uśmiechał, czy kiedykolwiek coś do mnie powie…

Odwrócił się i popatrzył na nią.

– Zobaczysz, jeszcze wszystko się ułoży – odparł. – Za jakiś czas Wojtek się wybudzi. A wtedy będzie nas czekała masa pracy, by powrócił do pełni sprawności.

Zgasił światło, wziął Annę za rękę i zaprowadził do sypialni.

Nie mógł zasnąć. Zastanawiał się, jak zacząć rozgrywkę z tym policjantem. Najpierw będzie musiał sprawdzić, z kim ma do czynienia, poszperać w internecie. Jeśli rzeczywiście jest taką sławą, na pewno znajdzie kilka wzmianek. W końcu wstał i podszedł do okna. Chwilę patrzył na ulicę, zastanawiając się, czy nie wyruszyć na łowy.

Gośka spała w pokoju z dzieciakami. Nie obudzi się jeszcze przynajmniej przez trzy godziny. Miał sporo czasu. Wciągnął slipy, które rzucił na krzesło, zanim się położył. Skarpetek nie widział w ciemności, pewnie spadły na podłogę. Nie chciał zapalać światła, więc sięgnął do szuflady po świeżą parę. Z półki wyjął stare jeansy i T-shirt.

Chwilę jeszcze nasłuchiwał, czy nikt się nie obudził. Potem wyszedł z domu.

Słuchał miarowego oddechu Anny, zastanawiając się nad tym, co powiedziała. Nie winił jej – sam wiele razy myślał, aby przerwać te męki. Zastanawiał się, jak potoczyłoby się ich życie, gdyby Wojtek zmarł, zamiast zapaść w śpiączkę. Ile czasu trwałby powrót do normalności – jeśli w ogóle byłoby to możliwe.

Wstał i wrócił do pokoju Wojtka. Podszedł do łóżka i sprawdził, czy wszystko funkcjonuje prawidłowo. Rurka włożona do ust syna miarowo tłoczyła powietrze. Pod powiekami gałki oczne niespokojnie się poruszały. Coś mu się śniło i chyba był to miły sen. Wargi miał lekko wykrzywione w czymś na kształt uśmiechu.

Mikun usiadł na brzegu łóżka i ujął ciepłą dłoń syna. Poczuł, jak wątłe palce zaciskają się na jego ręce. W gardle urosła mu znajoma gula, oczy zapiekły od łez. Wstał, poprawił kołdrę, a potem podszedł do okna i zapatrzył się w dal. Miał nadzieję, że kiedyś jeszcze obaj pójdą na spacer.

Karolina była spóźniona już dwie godziny. Impreza u Anety niespodziewanie się przedłużyła. Było kilka osób, których nie znała, w tym przystojniak Jacek. To była wyjątkowa osiemnastka, może dlatego, że odbyła się na łonie natury – o ile można tak nazwać domek letniskowy rodziców Anety. Jej ojciec był dyrektorem placówki bankowej, a matka pracowała w ubezpieczeniach. Byli bogaci i oprócz willi na Krzykach mieli domek w pobliżu stawów w Domaszczynie.

Zastanawiała się, czemu obiecała matce, że wróci przed północą. Przecież miała już prawie osiemnaście lat – mogła wracać, kiedy chce. Z drugiej strony, ostatnio trochę przeginała. W zeszłym tygodniu złapano ją w Galerii Dominikańskiej na drobnej kradzieży. Ochrona wezwała policję. Sprawa miała trafić do sądu, ale matka zawczasu ją ukarała – szlaban na wyjścia z domu. Gdyby nie to, że osiemnastka była zaplanowana od dawna, pewnie płakałaby teraz w poduszkę.

Na imprezie bawiła się wyśmienicie. Nie piła zbyt dużo, raptem kilka kieliszków wódki i jedno słabe piwo. Rozmowa z Jackiem tak ją zaabsorbowała, że straciła poczucie czasu. Gdy wreszcie spojrzała na zegarek, okazało się, że już powinna być w domu. Nie chciała zawieść matki, bo w przyszłym tygodniu miały być jeszcze dwie imprezy. Zamówiła więc taksówkę i pomimo głośnego sprzeciwu towarzystwa postanowiła wrócić do domu.

Samochód zatrzymał się w pobliżu stacji benzynowej. Chciała jeszcze kupić gumy do żucia i papierosy. Rzadko paliła, ale wiedziała, że rano może mieć ochotę na małego dymka. Ze stacji do domu miała zaledwie dwieście metrów. Zapłaciła za kurs i skierowała się w stronę wejścia do budynku.

Obszedł kilka ulic w pobliżu domu, ale nikogo nie spotkał. Postanowił pójść do pobliskiego parku. Miał nadzieję, że pomimo późnej pory ktoś jednak zapuścił się w jego nieoświetlone zakamarki. Jednak wąskie ścieżki świeciły pustkami. Ruszył w pobliże stacji benzynowej, gdzie zawsze był wzmożony ruch. Oczywiście nie zamierzał atakować w pobliżu kamer monitoringu – jedynie wytypuje ofiarę i za nią pójdzie.

Zatrzymał się pod drzewem, jakieś trzydzieści metrów od stacji. Czekał. Przy dystrybutorze stało jedno auto, kierowca akurat tankował. Wyglądał na wysportowanego. Kupisz odpuścił. I tak nie miał pomysłu, jak go odciągnąć w miejsce, gdzie nie ma kamer. Usiadł na ławce w pobliżu bloku. Miał czas, a odrobina adrenaliny dobrze mu zrobi. Dzisiejsza ofiara miała stanowić preludium przed tym, co czeka to miasto w najbliższych dniach.

Kupiła papierosy i paczkę gum. Chwilę jeszcze rozmawiała ze sprzedawcą. Czasem robiła tu drobne zakupy i miała okazję poznać tego chłopaka. Z jego identyfikatora wiedziała, że ma na imię Kacper. Wydawał się sympatyczny, a dziś nawet opowiedział jej kilka dowcipów. Trochę żałowała, że nie ma więcej czasu, bo w sumie dobrze się z nim rozmawiało. Może rano tu wróci i wypyta o godziny jego pracy. Może nawet odważy się zaprosić go do kina.

Uśmiechnęła się do chłopaka na pożegnanie i ruszyła do domu. Po drodze wyjęła z torebki papierosy i zapalniczkę. Chwilę trwało, zanim zapalniczka zechciała współpracować. Będzie musiała kupić nową, bo w tej chyba kończy się gaz. Zaciągnęła się dymem i przyspieszyła kroku. Miała dziwne wrażenie, że ktoś jest w pobliżu. Rozejrzała się uważnie, nieco spłoszona. Puls jej przyspieszył, a włoski na karku stanęły dęba.

– Halo? Jest tam ktoś? – zawołała, ledwo poznając swój głos. Brzmiał inaczej niż zwykle, jakoś nierzeczywiście.

Nikt jej nie odpowiedział.

Antoni Grójecki wyszedł po papierosy. Wczoraj świętował swoje przejście na emeryturę. Od dwudziestu pięciu lat był zawodowym żołnierzem. Służył w jednostce wojskowej na Hallera. Odpowiadał za stan samochodów utrzymywanych w gotowości jako zapasy wojenne. Zastanawiał się, jak będzie wyglądało jego życie poza wojskiem. Czuł, że niewiele się zmieni. Kilku jego kolegów wcześniej odeszło ze służby, a nadal żyli tak jak dotychczas. Pili tyle samo, jeśli nie więcej, imprezowali tyle samo. Jedynie częściej jeździli na ryby. On nigdy nie przepadał za tym sportem i wiedział, że na emeryturze raczej się do niego nie przekona. Zresztą miał już zaklepaną pracę jako stróż na parkingu. Zaczynał w przyszłym tygodniu.

Wczoraj na pożegnanie z mundurem zorganizował małą imprezkę i trochę za dużo wypił. Obudził się w środku nocy z lekkim niedopiciem. Dopił resztkę z butelki, która stała na stole, ale wtedy przyszła chęć na papierosa. Z bólem serca stwierdził, że zapasy się skończyły. Nie miał nawet tytoniu, żeby coś skręcić. Chcąc nie chcąc, ubrał się i wyszedł na stację.

Był już blisko, gdy zauważył mężczyznę idącego w jego stronę. Zastanawiał się, czy facet pali. Może by go poczęstował?

– Ej, mistrzu! – zawołał.

Tamten spojrzał w jego stronę i natychmiast zmienił kierunek marszu. Po chwili zaczął biec.

Jakiś pojeb, pomyślał Grójecki i ruszył dalej, ale nagle się zawahał. Obejrzał się za siebie. Miał wrażenie, że facet podejrzanie się zachowywał. Może wybił szybę albo włamał się do samochodu?, zastanawiał się, zbaczając w stronę ścieżki, z której wyszedł dziwak. Szedł powoli, ostrożnie stawiając kroki. Uważnie się rozglądał, ale nie znalazł nic niezwykłego. Przeszedł kilkadziesiąt metrów i już miał zamiar zawrócić, gdy jego uwagę przykuł kontener na śmieci. Powoli podszedł do niego i zajrzał do kubła. Pusto. Odwrócił się i wtedy dostrzegł, że spod kartonów po telewizorze wystaje coś dziwnego. Drżącą ręką odsunął karton i zobaczył ludzką dłoń.

Krzyk zamarł mu w gardle. W okamgnieniu wytrzeźwiał.

Obudziła się około piątej. Karoliny jeszcze nie było. Córka po raz kolejny zawiodła jej zaufanie. Ojciec pewnie trzymałby ją krócej, ale okazał się dupkiem i jedyne, co go interesowało w kwestii wychowania dziecka, to kwota alimentów. W sumie dobre i to.

Sięgnęła po komórkę i wybrała numer Karoliny. Tak jak się spodziewała, telefon był wyłączony.

– Porozmawiamy sobie poważnie, droga panno. Zobaczysz te pozostałe imprezy, oj zobaczysz. Szlaban do końca roku – mruknęła pod nosem.

Zastanawiała się, czy nie zadzwonić do Anety, ale po chwili zrezygnowała z tego pomysłu. Pomimo że Karolina ją rozczarowała, nie chciała robić jej wstydu. Pewnie jak wytrzeźwieje, to sama zadzwoni.

Wstała i podeszła do okna. Na parkingu stacji benzynowej, która znajdowała się na wprost jej bloku, stał radiowóz na sygnale. Błyski koguta świadczyły o tym, że policjanci tym razem nie przyjechali po hot dogi, jak się im zdarzało. Może jakiś napad?, pomyślała. Rano zapytam Marczewską, ona zawsze wie, co się dzieje na osiedlu.

Nie wyspał się. Całą noc się budził i obserwował Annę. Rano wstał, wziął prysznic i szybko naszykował śniadanie dla siebie i żony. Teraz Anna siedziała przy stole, obserwując jak Mikun smaży boczek do jajecznicy. Był niewyspany. W nocy budził się co chwilę.

– O której dziś wrócisz? – spytała.

Odwrócił się od kuchenki.

– Nie mam pojęcia. Wszystko zależy, jak dzień się ułoży. Przecież wiesz.

– Przepraszam. 

– Za co?

– Za wczoraj. – Zwiesiła głowę. – Rozkleiłam się. Czasem już nie wiem, co robić. To, co mówiłam, nie jest prawdą. Nie chciałabym, żeby Wojtek umarł…

Podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu.

– Wiem, jaką jesteś matką, i wiem, że chcesz dla niego jak najlepiej. Każde z nas chce. Po prostu czasem sytuacja nas przytłacza i w głowie pojawiają się dziwne myśli. Zobaczysz, będzie dobrze.

Anna skinęła głową i poszła do łazienki. Mikun doskoczył do patelni, zaalarmowany zapachem palącego się boczku. Wbił cztery jajka i zaczął energicznie mieszać łopatką. Gdy postawił na stole talerze z jajecznicą i sięgnął do chlebaka po pieczywo, zadzwonił jego telefon.

Kurwa… Nie dadzą zjeść w spokoju, pomyślał, ale sięgnął po aparat.

– Mikun.

– Cześć, mamy trupka – usłyszał głos Bojarskiego. – Zaraz po ciebie będę. Stoję w korku na Kazimierza. Nie chcę włączać bomb, trupkowi się nie śpieszy.

Mikun odłożył telefon i opadł na krzesło. Jajecznica zdążyła ostygnąć; wiedział, że już jej nie tknie. Kiedyś zjadł obfite śniadanie, a gdy zobaczył truchło, wszystko zwrócił. To były początki jego kariery, teraz wszystko wyglądało inaczej, ale nie wiedział, jak zareagowałby po zimnej jajecznicy na boczku, gdyby poczuł zapach rozkładających się zwłok. Wziął swój talerz i wyrzucił zawartość do kosza.

Wziął szybki prysznic, a ubranie wrzucił do kosza na brudną bieliznę. Gośka z dzieciakami jeszcze spała, miał więc spokój. Postanowił zrobić sobie wolny dzień. Będzie musiał zaplanować wszystko w najdrobniejszych szczegółach. No i zrobić pranie. Nie chciał, aby żona widziała jego ciuchy po tej nocy. Jak pójdzie na zakupy, on szybko to ogarnie.

Przez chwilę zastanawiał się, czy facet, który zaczepił go przy stacji, będzie w stanie podać jego rysopis. Nie chciał zostać złapany na samym starcie. Poszedł do salonu i włączył leżący na stole laptop. Gdy pojawiło się okno wyszukiwarki internetowej, wpisał hasło: „Mikun policjant”. Nie wyskoczyło nic ciekawego. Wpisał jeszcze kilka różnych haseł, począwszy od „Mikulski policja”, kończąc na „zabójstwa we Wrocławiu”. Wyświetliło się kilkadziesiąt wyników, jakieś artykuły w lokalnych gazetach, jakieś nagrody, jeden wywiad.

– Gdzieś wychodziłeś? – za plecami usłyszał głos Małgośki.

Szybko zamknął komputer i spojrzał w jej stronę.

– Obudziłam się i cię nie było – dodała.

– Poszedłem na spacer. Chciałem przemyśleć kilka rzeczy.

– W środku nocy? – Spojrzała na niego uważnie.

Podszedł do żony i położył ręce na jej ramionach.

– Nie mogłem zasnąć, więc postanowiłem połazić.

– Czy ty masz romans? – spytała cicho.

Chwilę patrzył jej w oczy, po czym głośno się roześmiał. Pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Romans? Dziewucho, tylko ciebie kocham! Nie mam romansu, nie mam nawet takich myśli. Nie zdradziłem cię i nigdy nie zdradzę. Po co mam latać za panienkami, skoro w domu mam taki skarb!

– Ostatnio nie sypiamy ze sobą. Unikasz bliskości… W ogóle jesteś jakiś zamyślony. A to są symptomy niewierności. Nie oskarżam cię, ale wolę zapytać.

Objął ją w talii i pocałował w czoło. Kilka sekund trzymał Gośkę w ramionach, po czym odsunął się i powiedział poważnie:

– Nie masz powodów do zmartwień. Dla mnie jesteś najbardziej podniecającą kobietą na świecie. Żadna nie kręci mnie tak jak ty. I nie mam romansu.

Na twarzy Gośki pojawił się delikatny uśmiech. Kiwnęła głową na znak, że przyjęła do wiadomości jego słowa.

Wyszedł z bramy, akurat gdy Bojarski wjechał na parking służbowym fiatem punto i zgasił silnik. Wsiadł do wozu i podał partnerowi rękę.

– Myślałem, że mamy trupka – rzucił.

Bojarski popatrzył na niego spod brwi:

– No bo mamy.

– Więc po cholerę gasisz auto?

– Mówiłem: trupkowi się nie śpieszy. A ja chciałem z tobą pogadać. Tak prywatnie, zanim zajmiemy się robotą.

Mikulski spojrzał na niego uważnie. Zmrużył oczy, jakby szukał podtekstu.

– O co chodzi?

Widział, że kumpel myśli, jakby szukał właściwych słów.

– Przestań zgrywać Platona czy innego Sokratesa – parsknął Mikun. – Myślicielem już nie zostaniesz. Gadaj bez owijania w sreberka.

Partner wziął głęboki oddech.

– Dobra, chuj z tym. I tak się dowiesz – wypalił. – Mam kumpla w wewnętrznych. Powiedział mi w zaufaniu, że mają za zadanie przyjrzeć się tobie.

– Mnie? A po chuj?

– Dostali anonim, że za kasę wypuściłeś jakiegoś zbira i zniszczyłeś dowody. Wiem, że to pierdolenie, ale wolę cię ostrzec.

– Stary, znasz mnie. Można powiedzieć o mnie wiele, że chuj jestem, że furiat, ale to jakieś totalne bzdury. Nigdy niczego nie wziąłem.

Bojarski pokiwał głową i przekręcił kluczyk w stacyjce.

– Co z tym trupem? – zapytał Mikun po chwili.

– Laska w kontenerze na śmieci przy Kłodnickiej. Małolata. Z tego, co wiem, została zgwałcona i uduszona paskiem.

– Są świadkowie? Kto znalazł zwłoki?

– Jeden facet szedł po szlugi na stację. Ponoć widział sprawcę. Dowiemy się na miejscu – odpowiedział Bojarski, włączając się do ruchu.

Dochodziła ósma, a Karoliny wciąż nie było. Jeszcze kilka razy próbowała do niej dzwonić, ale efekt zawsze był ten sam – komórka milczała. Co jakiś czas zaglądała przez okno. Przy stacji benzynowej nadal stał radiowóz, ale już bez włączonej sygnalizacji. W sumie nie była pewna, czy to ten sam samochód, czy może inni policjanci przyjechali na drobne zakupy. Z każdą minutą niepokoiła się coraz bardziej. Próbowała zaparzyć kawę, ale ręce drżały jej tak, że połowę rozsypała. Co kilka minut sięgała po telefon, sprawdzając, czy nie przyszedł jakiś esemes od Karoliny. W końcu wybrała numer Anety.

– Słucham? – rozległ się głos po drugiej stronie.

– Dzień dobry, Anetko, tutaj Bożena Zawilska, mama Karoliny. Czy możesz mi ją dać do telefonu?

– Ale Karoliny tu nie ma… Pojechała do domu.

Jej serce przyspieszyło. Wstała z krzesła i ponownie spojrzała w stronę stacji benzynowej.

– Jak to pojechała? W domu jej nie ma – powiedziała, obserwując radiowóz.

– No pojechała… – Aneta zastanawiała się chwilę. – A może jest u tego Jacka?

– U jakiego Jacka? – Kobieta poczuła, że nogi się pod nią uginają, więc opadła z powrotem na krzesło.

– To jeden z chłopaków, którzy byli na mojej imprezie. Karola sporo z nim rozmawiała… Wyszedł zaraz po niej. Może nie chcieli, żeby ktoś coś gadał, i pojechali osobno. Niech ją pani łapie na komórkę.

– Masz może numer tego Jacka?

– W sumie to ja go nie znam tak dobrze. To jakiś znajomy jednego z kolegów. Ale postaram się dowiedzieć.

– Anetko, jeśli Karola do ciebie zadzwoni, powiedz jej, że czekam w domu. Nie musi się obawiać kary. Chcę tylko, żeby wróciła – powiedziała Zawilska i rozłączyła się.

Była już prawie pewna, że obecność radiowozu w pobliżu domu nie jest przypadkowa. Jej córce stało się coś złego.

Bojarski zaparkował na chodniku dwadzieścia metrów od kontenera na śmieci, otoczonego parawanem z napisem „Policja”. W promieniu dziesięciu metrów były rozciągnięte taśmy, za którymi stali umundurowani funkcjonariusze. Kawałek dalej Mikun zobaczył dwóch swoich ludzi, Białego i Tomka Szeremetę. Obaj pracowali w jego wydziale od dawna i mieli na koncie wiele rozwiązanych spraw. Kiwnął im na przywitanie, a potem podszedł do pracujących na miejscu techników, po drodze naciągając lateksowe rękawiczki.

– Co my tu mamy?

Artur Komarnicki, szef techników, odłożył notes i popatrzył na zwłoki. Dopiero wtedy Mikun przyjrzał się ofierze. Na oko miała nie więcej jak dwadzieścia lat, ubrana była w letnią sukienkę w kwiaty, teraz zadartą do góry. Odsłonięty brzuch i łono nosiły ślady zadrapań, co jednoznacznie sugerowało seksualny motyw zabójstwa. Twarz miała skierowaną w lewo; na kości policzkowej widniał siniak, łuk brwiowy był rozbity. Ślad krwi ciągnął się wzdłuż policzka.

– Młoda dziewczyna, tożsamości jeszcze nie ustaliliśmy. Sprawdzimy w bazie, może ktoś zgłosił zaginięcie. Zaatakowana chyba od tyłu. Podejrzewam, że odwracała się w stronę sprawcy i w tym momencie została czymś uderzona. Stawiam na klucz albo kamień. Narzędzia wciąż szukamy. Sprawca zaciągnął ją do kontenera i zgwałcił, a na koniec udusił paskiem od torebki.

– Skąd wiadomo, że została zaatakowana w innym miejscu? – Bojarski pochylił się nad zwłokami.

Komarnicki odszedł kilka metrów dalej i pokazał na fragment trawnika.

– Tutaj są widoczne ślady i tutaj znaleźliśmy jej but.

Mikun opuścił sukienkę, aby zasłonić łono ofiary.

– Gdzie ta torebka?

Szef techników popatrzył na niego pytająco.

– Mówiłeś, że została uduszona paskiem od torebki – dodał Mikun. – Podejrzewam, że to była jej torebka. W środku pewnie trzymała telefon, szminkę i inne pierdoły.

– Na miejscu nic nie znaleźliśmy. Podejrzewam, że sprawca zabrał ją jako trofeum.

– Powiedziałeś, że została zgwałcona. Macie ślady spermy? Jakiś materiał do analizy? – spytał Bojarski, dołączył do nich przed chwilą i w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie.

– Spermy raczej nie będzie. Sprawca użył prezerwatywy. Przy zwłokach znaleźliśmy opakowanie po durexach. Odciski z opakowania trafią do bazy. Moi ludzie szukają samej gumki. Niewykluczone, że sprawca zabrał ją ze sobą.

Mikun w zamyśleniu spojrzał na pobliski blok, a następnie odwrócił się w stronę budynku stacji benzynowej.

– Nie sądzę, aby gwałciciel nosił gumy ze sobą. Podejrzewam, że gwałtu dokonał pod wpływem impulsu. W takich przypadkach sprawcy z reguły gwałcą bez zabezpieczenia. Jeśli jednak był gwałt w gumie, może facet kupił ją na stacji. Bojar, podejdź tam i pogadaj z obsługą. Niech zabezpieczą nagrania z monitoringu.

Bojarski skinął głową i ruszył w stronę Shella, gdy nagle usłyszeli krzyk:

– O Boże!

Przy policyjnych taśmach stała kobieta w średnim wieku. Patrzyła z przerażeniem na fragment ciała wystający zza parawanu. Po chwili zaczęła szarpać taśmę, cały czas przeraźliwie krzycząc. Jakiś młody posterunkowy starał się ją uspokoić, jednak bez skutku.

Mikulski wziął głęboki oddech i skierował się w jej stronę.

– Dzień dobry, komisarz Marek Mikulski, komenda wojewódzka. Proszę ze mną.

Wziął kobietę pod ramię. Domyślał się, że to matka ofiary, i wiedział już, jak będą wyglądały najbliższe minuty. Kobieta będzie krzyczeć i lamentować, nie będzie szans na wyciągnięcie od niej jakichkolwiek informacji. Musiał działać szybko.

– Znaleźliśmy ciało młodej kobiety. Podejrzewam, że to pani córka. Zgadza się?

Kobieta skinęła głową.

– Poznałam jej sukienkę… – wyszlochała.

– Jak ma na imię? Skąd wracała?

– Karolina… Była na urodzinach koleżanki, Anety. Miała być w domu o północy, ale nie wróciła… Czułam, że stało się coś złego. Zadzwoniłam do jej przyjaciółki i ta powiedziała mi, że może jest z Jackiem…

– Z Jackiem?

– Nie wiem… Ja go nie znam. Karolinka nigdy o nim nie wspominała. To ponoć jakiś kolega któregoś ze wspólnych znajomych.

– A gdzie była ta impreza?

Kobieta przez chwilę milczała.

– Adresu dokładnego nie znam. Gdzieś na obrzeżach miasta. Pewnie mam zapisane w notesie. Pan się zdziwi, ale ja dbam o córkę i staram się znać adresy jej koleżanek… O mój Boże… – Teraz już rozszlochała się na dobre.

Mikun popatrzył na młodego posterunkowego.

– Wezwij karetkę – polecił. – Pani musi dostać coś na uspokojenie.

Następnie objął Zawilską i poprowadził w kierunku stojącej w pobliżu ławki.

Bojarski wszedł do budynku stacji benzynowej i skierował się w stronę drzwi z tabliczką „Tylko dla personelu”. Już łapał za klamkę, gdy usłyszał:

– Ej, panie. Tam nie wolno.

Odwrócił się i podszedł do stojącego za ladą pracownika.

– Muszę pogadać z kierownikiem.

– Nie ma.

– A kiedy będzie?

– Nie mam pojęcia. – Młody chłopak przyglądał mu się uważnie.

Bojarski spojrzał mu w oczy. Lekko rozszerzone źrenice chłopaka dały mu do myślenia.

– Powiem ci coś, kolego: jestem z policji. Powiem więcej: zaraz zadzwonisz do swojego szefa i ściągniesz go tutaj.

– Jest niedziela. Kierownik będzie jutro.

– Będzie dzisiaj. A jak będziesz fikał, wezwę kolegów, którzy przyjechali tamtym radiowozem – policjant wskazał za szybę – i zawiną cię na dołek.

– Za co? Nic nie zrobiłem – powiedział chłopak z uśmiechem.

– Ćpałeś. Widzę to po twoich ślipiach. Chyba wiesz, że to przestępstwo?

– Od kiedy palenie jest karane?

– Od wtedy. Chłopie, samo jaranie to nic. Ty robisz na stacji benzynowej, tutaj są materiały niebezpieczne: paliwo, gaz w butlach. Praca z takimi materiałami pod wpływem alkoholu lub narkotyków stwarza zagrożenia dla innych. A to już proroka ucieszy. Ogarniasz?

– Dobra, dobra, już dzwonię po szefa… – młody starał się załagodzić sytuację. – Po co te nerwy.

– Ty dzwonisz, a ja udaję, że nie patrzyłem ci w oczy. – Bojarski sięgnął po red bulla stojącego przy ladzie. – Na koszt gospodarza.

Otworzył puszkę i wyszedł na parking. Miasto powoli budziło się do życia, chociaż w letnie niedzielne poranki ruch był raczej niewielki. Ci, którzy mieli wyjechać na urlop, wyjechali. Pozostali odpoczywali przed kolejnym tygodniem pracy. Patrzył na pojedyncze samochody i zastanawiał się, czy Mikun byłby skłonny wziąć łapówkę. Znał go od lat i nie bardzo w to wierzył. Policjanci często byli oskarżani przez bandytów o współpracę, ale w większości przypadków kończyło się na pomówieniach. Byłby skłonny ręczyć za Mikulskiego. Tylko jedna rzecz nie dawała mu spokoju. Ostatnio partner miał wyraźnie więcej pieniędzy…

Karetka pojawiła się w ciągu kilku minut. Zastrzyk uspokajający szybko zaczął działać. Kobieta spokojnie rozmawiała teraz z ratownikiem medycznym. Mikulski patrzył na krzątających się techników i zastanawiał się nad okrucieństwem losu. Młoda dziewczyna, na progu życia, traci je w tak brutalny sposób. Gdy tymczasem bandyci, którzy powinni trafić na stryczek, w spokoju odbywają karę więzienia. Od dawna miał żal do wymiaru sprawiedliwości, że sprawcy najcięższych przestępstw są utrzymywani z podatków uczciwych obywateli. Spędzają czas w ciepłych celach, ćwiczą na siłowni, oglądają telewizję w świetlicy – a rodziny ich ofiar cierpią katusze. Ostatnio jego poglądy się zradykalizowały i stwierdził, że jest za zaostrzeniem kodeksu karnego. Popierał nawet ruchy domagających się wprowadzenia kary śmierci. Teraz, patrząc na tę nieszczęsną kobietę, obiecał sobie, że doprowadzi mordercę jej córki przed oblicze sądu.

Westchnął i podszedł do Komarnickiego.

– Zbierzcie wszystko, co może pomóc w ustaleniu sprawcy. Każdy niedopałek w promieniu kilku metrów. Przeszukajcie kubły. Chcę mieć tę prezerwatywę i torebkę. W razie potrzeby szukajcie w pobliżu bloków, a nawet na całej Legnickiej.

Szef techników popatrzył na niego jak na kosmitę.

– Chyba cię pojebało. Wiesz, ile to roboty? Kurwa, nie mam sił ani środków na takie ceregiele. Przecież to praca na kilka dni, a nie wiemy, czy sprawca nie zabrał tej gumy ze sobą. Zdajesz sobie sprawę, ile kasy będzie kosztowało zrobienie badań DNA wszystkich tych petów?

Mikulski machnął tylko ręką i skierował się w stronę stacji benzynowej.

– Zajmijcie się tą kobietą, matka ofiary – rzucił jeszcze do grupki mundurowych.

Po kilku kolejnych krokach jednak się zatrzymał.

– Kto znalazł zwłoki? – zawołał do Białego, który stał przy Komarnickim.

Policjant popatrzył w swój notes.

– Facet nazywa się Grójecki. Szedł po papierosy i zauważył podejrzanego gościa.

– Co to znaczy „podejrzanego”?

– Facet szedł spokojnie, a jak ten Grójecki go zawołał, to nagle zaczął uciekać.

– To mógł być sprawca. Gdzie teraz jest Grójecki? – Mikulski rozejrzał się wokół.

– Jak przyjechaliśmy, załoga pierwszego radiowozu zabezpieczała miejsce zdarzenia, a druga gadała z facetem na stacji. Potem ja i Tomek zadaliśmy mu kilka pytań i faceta zabrała karetka. Miał podejrzenie zawału.

Mikun pokiwał głową.

– Dobra, jak tu skończycie, dowiedzcie się, co z nim, i dajcie mi znać. Trzeba zrobić rysopis podejrzanego i wrzucić na bęben. Grójeckiego też sprawdźcie w KSIP-ie.

Agnieszka Kołtuń wstała wcześniej niż zwykle. Postanowiła, że pójdzie do kościoła. Od kilku lat nie uczęszczała na mszę, ale nagle poczuła silną potrzebę. Na dniach miała mieć wizytę u onkologa – wsparcie siły wyższej może jej być potrzebne. Dwa tygodnie temu wykryła niewielki guzek pod lewą piersią i postanowiła zrobić badania. Jej matka miała nowotwór i tylko dzięki szybkiemu działaniu przeżyła, choć straciła jedną pierś. Ona nie chciała przechodzić tego samego. Miała dopiero trzydzieści lat. Nie miała partnera od czasu Szymka i sądziła, że nie potrzebuje nikogo na stałe, jednak zdawała sobie sprawę, że bez jednej piersi jej szanse na założenie rodziny znacznie zmaleją. Który facet będzie chciał się związać z niepełnowartościową kobietą.

Założyła skromną sukienkę i zaczęła czesać włosy. Zastanawiała się, czy odnajdzie spokój w modlitwie i czy Bóg, jeśli istnieje, zechce wspomóc ją w walce. Spojrzała w lustro i z niezadowoleniem stwierdziła, że jej twarz wzbogaciła się o nowe zmarszczki. Delikatnie wmasowała w skórę krem 30+. No, od razu lepiej. Pomyślała, że wieczorem pojedzie na rynek, siądzie w miłej knajpce, napije się piwa, może pozna jakiegoś fajnego chłopaka. Nie miała w zwyczaju sypiać z kim popadnie, ale dziś chciała się poczuć jak pełnowartościowa kobieta. Za jakiś czas może mieć z tym problem.

Uśmiechnęła się do swojego odbicia.

– Urlop sobie wziąłeś? – Mikulski spojrzał z góry na siedzącego na krawężniku Bojarskiego.

Partner wziął ostatni łyk energetyka, po czym zgniótł puszkę w dłoni.

– Czekam, aż przyjedzie kierownik stacji i da mi nagranie z monitoringu.

– Jeszcze tego nie załatwiłeś?

– Za ladą stoi jakiś tuman, nie ma dostępu do nagrań – warknął Bojarski. – Poza tym szef musi wyrazić zgodę. Wiesz, jak to z takimi jest. Na początku cwaniakują, nie chcą współpracować, a jak się ich postraszy, sami wszystko w zębach przynoszą. Poczekamy.

Mikun skinął głową i popatrzył w stronę bloków, przy których znaleziono zwłoki. Podejrzewał, że dziewczyna przechodziła obok stacji, jakaś kamera pewnie ją uchwyciła. Może sprawca robił tu zakupy? Nie dowie się tego, dopóki nie porozmawia ze świadkami. W pierwszej kolejności musi odtworzyć drogę, którą szła ofiara. Impreza miała miejsce na obrzeżach miasta, czyli musiała tu przyjechać. Może taksówką, a może ktoś podwiózł?

– Wstawaj, bo wilka dostaniesz – mruknął. – Sprawdź, czy jakaś korporacja taksówkowa miała wczoraj kurs w pobliże tej stacji. Pomiędzy północą a piątą rano.

Bojarski wstał z krawężnika i zaniósł puszkę do kubła.

– Wiadomo już, kim jest ofiara?

– Na imię miała Karolina. Jej matka powiedziała, że młoda była na imprezie pod miastem. Musiała jakoś wrócić. Stawiam na taryfę. Mamy też świadka, który widział w okolicy dziwnego typa. Teraz facet jest w szpitalu z podejrzeniem zawału. Jak Biały skończy tutaj, ma się zająć gościem.

W tym momencie na stację wjechał opel insignia i zaparkował z boku budynku. Z auta wysiadł facet, na oko około czterdziestki, i ruszył w stronę policjantów.

– Ross, jestem tu szefem – oznajmił. – Panowie mają do mnie jakąś sprawę?

Mężczyzna był ubrany w białe krótkie spodenki i koszulkę polo. Na głowie miał chyba cały słoik żelu. Nie wzbudził zaufania Mikulskiego. Prawdopodobnie był kryptogejem. Nie żeby Mikun miał coś do homoseksualistów, ale wydawało mu się, że jest ich coraz więcej. Przynajmniej bardziej się rzucali w oczy niż dawniej. Kiedyś ukrywali się ze swoimi poglądami i odmiennością, teraz nie tylko walczą, by traktowano ich na równi z osobami heteroseksualnymi, ale domagają się coraz więcej praw. Mikulski starał się być tolerancyjny, ale adopcja dzieci przez pary gejowskie była dla niego przesadą.

– Mikulski, policja – rzucił.

– Mogę zobaczyć jakąś legitymację?

– Jakąś pan może. Szkolną czy raczej emeryta?

– No, policyjną… Chcę wiedzieć, że panowie to nie jacyś przebierańcy.

Mikulski wyjął legitymację i podsunął Rossowi pod nos. Bojarski zrobił to samo. Facet sięgnął, jakby chciał je wziąć do ręki.

– Do ręki nie daję. Mam dziewczynę – sarknął Bojarski.

Facet wyraźnie się zmieszał.

– Wyglądają na prawdziwe.

– Może dlatego że są prawdziwe. Potrzebujemy nagrań z monitoringu stacji. Wczorajszy wieczór i noc – powiedział Mikulski.

– No nie wiem…

Mikulski spojrzał na Bojarskiego, a następnie na kierownika stacji.

– Oczywiście może pan sprawiać trudności, ale myślę, że będzie lepiej, jak nagrania trafią w nasze ręce po dobroci niż z nakazem prokuratora. Zwłaszcza że nie jest tak tolerancyjny jak my. Wie pan, nie lubi odmienności, dziwactw… Nie lubi gości w garniturach i starych facetów w krótkich portkach. Najbardziej jednak nie lubi ludzi w dojrzałym wieku kreujących się na młodzieniaszków. No ale pana wybór. Zadzwonię i powiem, że mamy tu problem…

– Dobra, tylko bez nerwów. Zapraszam – powiedział Ross, kierując się w stronę drzwi.

Aspirant Mariusz Bielecki miał w wydziale ksywę Biały. Wzięła się ona po części od nazwiska, a po części od koloru włosów. Były śnieżnobiałe – jak u albinosa, chociaż nie miał żadnej innej cechy albinizmu. Gdy skończył dwadzieścia lat, jego włosy z jasnego blond w niebywałym tempie zrobiły się siwe. W wydziale zabójstw pracował od sześciu lat, partnerował aspirantowi Tomaszowi Szeremecie. Uzupełniali się wzajemnie. Biały miał szósty zmysł, który powodował, że nawet najdziwniejsze tropy starał się sprawdzić – i często okazywały się prawdziwe; Szeremeta miał dar prowadzenia rozmów ze świadkami i podejrzanymi. Już po kilku minutach wiedział, czy ktoś kłamie, czy mówi prawdę. W wydziale oprócz nich byli jeszcze Bojarski, nieformalny szef Mikun i dwóch młodych gliniarzy, będących w służbie zaledwie od trzech lat: Marcin Zwoliński w stopniu sierżanta i aspirant Adam Wieland. Był oczywiście jeszcze naczelnik, ale on spędzał większość czasu na knuciu, a wszystko po to, aby zachować swój stołek. Jak wydział zaliczał wpadki, naczelnik tonem mentora starał się ich czegoś nauczyć. Gdy trafił się spektakularny sukces – brylował w mediach i chodził dumny jak paw.

Biały czekał, aż kobieta siedząca na ławce się uspokoi. Wolał, aby tę rozmowę przeprowadził Szeremeta, ale partner poszedł rozpytać mieszkańców bloku.

– Czy możemy porozmawiać? – spytał ostrożnie.

Kobieta skinęła głową.

– Przekazano mi, że ofiarą jest pani córka. Karolina, tak?

– Tak…

– Poinformowano mnie też, że była na urodzinach koleżanki. Pamięta pani może, gdzie była ta impreza i jak się nazywała koleżanka?

– Adres mam zapisany w notesie. Muszę pójść po niego do domu. A impreza była u Anetki, to przyjaciółka Karolinki. Aneta Zajkowska, tak się nazywa. Karolinka miała karę, bo jak pewnie pan już wie, została złapana na kradzieży w sklepie. Nic drogiego, jakiś wygłup. Koleżanki założyły się z nią, że tego nie zrobi, a ta dała się podpuścić…

Biały zanotował informacje. Będzie musiał to sprawdzić.

– Miała karę, ale poszła na imprezę? – upewnił się.

Kobieta uśmiechnęła się smutno.

– Ta osiemnastka była zaplanowana od dawna. Córce bardzo zależało, żeby tam pójść. Wie pan, ona nie była złą dziewczyną, tylko czasem dawała się podpuścić. Uczyła się dobrze, chciała być lekarzem lub adwokatem. Miała dopiero osiemnaście lat… całe życie przed nią…

Biały położył dłoń na jej ramieniu.

– Więc miała tę karę, ale mnie uprosiła i ją puściłam. Ja w sumie bardziej udawałam, że się na nią gniewam. Sama popełniałam w życiu błędy, więc rozumiem, że to taki wiek.

– Czy córka mówiła pani ostatnio o czymś dziwnym? Może kogoś się obawiała? Może w szkole jakiś chłopak się do niej przystawiał, a ona dała mu kosza?

– Nic takiego nie miało miejsca. Chociaż dzisiaj, jak się martwiłam, że nie wraca, zadzwoniłam do tej Anety. Powiedziała mi, że Karolina wyszła w nocy. Może wyszła z jakimś Jackiem. Więcej nie wiem. Panie władzo, mogę już pójść do domu? Nie mam siły na te rozmowy…

Biały skinął głową.

– Oczywiście. Pójdzie z panią jeden z moich kolegów. Przekaże mu pani adres tej koleżanki… – Spojrzał w notatnik. – Tej Anety.

Kobieta ociężale podniosła się z ławki. Biały patrzył, jak idzie w stronę bramy z jednym z mundurowych. W połowie drogi minęła się z Szeremetą. Czekał, aż zniknie za drzwiami, i spojrzał na Tomka.

– Masz coś ciekawego?

– Sąsiedzi nic nie widzieli. Jeden facet o trzeciej wyprowadzał psa, ale nie przechodził w pobliżu kontenera. Poszedł w drugą stronę.

– Babka, którą mijałeś, jest matką ofiary. Ma nam dać namiar na koleżankę, u której młoda spędziła ostatnie godziny. Mikun chce, żebyśmy pojechali do faceta, który znalazł zwłoki, i przepytali go jeszcze raz.

– A kto z prokuratury będzie miał nadzór?

– Ponoć Jaskulska, ale to jeszcze nic pewnego.

– Nie lubię szmaty – syknął Szeremeta. – Stara panna, czepia się szczegółów i wymądrza.

– Bez przesady – odparł Biały. – To, że się czepia, tylko wychodzi na plus.

Po chwili z bramy wyszedł młody policjant. Podszedł i wręczył im kartkę z zapisanym adresem.

– No to lecimy do Mikuna – mruknął Bielecki. – A potem do szpitala.

– Nie rozumiem, po co to zrobił? – Ross wytarł czoło chusteczką.

Obejrzeli nagrania z monitoringu. Wszystko się rejestrowało, aż do czasu wyjścia dziewczyny ze stacji. Potem na nagraniu widać, jak pracownik stacji wchodzi do pokoju kierownika. Po chwili kamery przestały działać. Kolejny zapis pojawił się około czwartej rano. Widać było radiowóz podjeżdżający na parking, policjantów rozmawiających z jakimś facetem i z pracownikiem stacji. Dalej kamery zarejestrowały już tylko normalny ruch klientów.

– Jak się nazywa ten pracownik? – spytał Mikulski.

– Kacper, Kacper Lipiński – powiedział Ross. – Ale to spokojny chłopak.

– Taki spokojny jak ten, który ma zmianę teraz? – prychnął Bojarski.

Ross spojrzał na niego z zainteresowaniem.

– O co chodzi? Nie za bardzo rozumiem…

– Jak pan go podda testom narkotykowym, to pan się dowie. Na pana miejscu zainteresowałbym się tym, bo w przyszłości może pan mieć problemy. Dziś nie wyciągniemy konsekwencji, ale następnym razem nie będzie taryfy ulgowej.

– Niech pan zabezpieczy to nagranie – nakazał Mikulski, wychodząc z pokoju kierownika.

Chwilę stał przed budynkiem, zanim dołączył do niego Bojarski.