Zwierciadło piekieł - Graham Masterton - ebook
Opis

Jeden z najbardziej popularnych horrorów Grahama Mastertona w nowym wydaniu!

Mieszkający w Hollywood scenarzysta Martin Williams jest doszczętnie spłukany. Kiedy jednak natrafia na lustro, wiszące niegdyś w domu małoletniego gwiazdora z lat trzydziestych, z radością wydaje na nie ostatni grosz. Tragiczna historia małego Boofulsa, utalentowanego młodego aktora, którego zaszlachtowała i porąbała na kawałki jego własna babcia, stanowi od dawna obsesję Martina.

Niebawem odkrywa on, że wymarzony zakup jest w rzeczywistości zmaterializowaniem koszmaru. Lustro nie tylko wisiało w domu Boofulsa, ale również było świadkiem śmierci tego jasnowłosego aniołka. W efekcie otworzył się w nim przerażający portal, prowadzący do równoległego świata piekieł. Gdy więc ginie wnuk gospodarza Martina, szybko staje się jasne, że tajemniczy portal ma z tym coś wspólnego. Jednak skoro mały chłopczyk mógł przeniknąć do wnętrza zwierciadła, co w takim razie może się z niego wydostać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 531

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nakładem Wydawnictwa Replika ukazały się

następujące książki Grahama Mastertona:

Kandydat z piekła

Dom kości

Krzywa Sweetmana

Niewinna krew

Trauma

Geniusz

Niemy strach

Trans śmierci

Dziecko ciemności

Rook

Sekta

Potomek

Sissy Sawyer. Przepowiednia

Aniołowie chaosu

Głód

Polecamy również:

Dziedzictwo Manitou

Graham Masterton i polscy autorzy

(antologia dedykowana G. Mastertonowi)

Tytuł oryginału

MIRROR

Copyright © Graham Masterton 1988

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika 2017

Copyright © for the Polish translation by Paulina Braiter 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Korekta

Joanna Pawłowska

Magdalena Paluch

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Tłumaczenie wstępu

Piotr Pocztarek

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN: 978-83-7674-808-5

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

A François Truchaud

Merci, mon ami!

JAK W ZWIERCIADLE

Powierzchnie odbijające światło były zarówno błogosławieństwem, jak i klątwą, odkąd tylko pierwsi ludzie skierowali wzrok na taflę spokojnej wody i zobaczyli ich własne twarze odwzajemniające spojrzenie.

Od najdawniejszych czasów lustra stanowiły centralny punkt ludzkiej kultury – sztuki, archeologii, medycyny, psychologii, filozofii, technologii, optyki i stylu. Pokazują nam, jak wyglądamy i kim jesteśmy, chociaż nieraz nie za bardzo podoba nam się to, co w nich widzimy.

Lustra mogą zniekształcać nasze twarze i pokazywać, jak się śmiejemy, chociaż nie mamy powodów do uśmiechu, albo jak rzucamy gniewne spojrzenia, nawet gdy nie jesteśmy źli. Nietrudno uwierzyć, że są w stanie pokazać nam coś więcej. Może potrafią ukazać przyszłość albo to, co zdarzyło się w przeszłości.

Istnieje wiele opowieści i wierszy o powierzchniach odbijających światło i o tym, jak czasami potrafią nas ochronić albo też zdradzić. Grecki heros Perseusz użył lśniącej tarczy, aby nie musieć patrzeć w oczy Gorgony, której spojrzenie zamieniało ludzi w kamień, dzięki czemu był w stanie odciąć jej głowę.

W słynnym poemacie Alfreda Lorda Tennysona Lady Shalott została uwięziona w wieży przez tajemniczą klątwę, a świat zewnętrzny mogła oglądać tylko za pomocą lustra. Kiedy spojrzała na Sir Lancelota w jego lśniącej zbroi, „zwiercaidło pękło w odłamków stos”, a ona została skazana na zagładę.

W baśni o Królewnie Śnieżce nikczemna macocha miała magiczne lustro, które mówiło jej, kto jest najpiękniejszy w królestwie, zawsze wskazując na Śnieżkę, nigdy na nią samą. Z kolei w Alicji po drugiej stronie lustra młoda dziewczyna wchodzi do lustra zawieszonego nad kominkiem i doświadcza wielu dziwnych przygód w świecie, gdzie wszystko jest na odwrót.

Starożytni Egipcjanie używali luster już 2900 lat przed naszą erą. Zrobione były z polerowanego brązu, ukształtowanego w formę płaskich dysków na cześć boga słońca Ra. Datowany na 2000 lat przed Chrystusem odlew lustra z brązu znaleziono też w Chinach.

Za czasów Seneki Młodszego (4 r. p.n.e. – 64 r. n.e.) niektóre greckie lustra były już wystarczająco duże, by odbić całą sylwetkę człowieka. Ponieważ wytwarzane były z metali szlachetnych, większość z nich była niezwykle droga w utrzymaniu i niewielu mogło sobie pozwolić na ich zakup. Były rzadkością, dlatego też zyskały na tajemniczości.

Japończycy sądzili, że lustra są święte, i używali ich do odpędzania złych duchów a kiedy umieszczali je w Jinja, miejscach kultu religii Shintō, służyły nawet do rozmawiania z Bogami.

Ale jeden wyjątkowo niepokojący pogląd można znaleźć we wszystkich religiach i kulturach: lustra są oknem do innego świata i mogą uwięzić wydarzenia i ludzi, którzy staną przed ich obliczem. Zamknąć ich w swojej lśniącej powierzchni, bez możliwości ucieczki.

Czy to możliwe? Jest tylko jeden sposób, by się przekonać. Spójrzcie w zwierciadło, które jest tytułem tej książki. Jednak czujcie się ostrzeżeni. Kiedy raz wejdziecie do świata lustrzanych odbić, możecie już nigdy nie odnaleźć drogi powrotnej.

Graham Masterton, 2017

ROZDZIAŁ I

Morris Nathan uniósł do oczu złożone niby lorgnon okulary przeciwsłoneczne i z zadowoleniem przyjrzał się swej czwartej żonie, krążącej leniwie po basenie na materacu.

– Martin – odparł – powinieneś oszczędzać energię. Nikt, ale to nikt nie będzie chciał zrealizować filmu o Boofulsie. Jak myślisz, czemu do tej pory ktoś się tym nie zajął?

– Może nikt o tym nie pomyślał? – zasugerował Martin. – Albo i pomyślał, ale uznał to za zbyt oczywiste. Ja jednak uważam, że ten temat to samograj. Złotowłosy chłopczyk ze stanowego sierocińca w Idaho staje się światową gwiazdą. W dodatku w niecałe trzy lata.

– Tak, jasne – zgodził się Morris. – Po czym zostaje porąbany na więcej kawałków, niż liczy sobie przeciętna układanka.

Martin odstawił szklankę.

– No cóż, zgadza się. Ale wszyscy o tym wiedzą, to znaczy stanowi to część podstawowej legendy, toteż nie pokazuję jego śmierci. Żadnych drastycznych szczegółów. Widzimy tylko, jak odjeżdża ze studia tego ostatniego wieczoru. Trochę przypomina to „Butcha Cassidy i Sundance Kida”. Pamiętasz tamto zakończenie.

Morris opuścił okulary i przyjrzał mu się z namysłem.

– Wiesz co, Martin? Przez długi czas oszukiwałem się, że żenię się dla intelektu – wierzysz w to? Konwersacja, dowcip, głębia – tego szukałem w kobiecie. A przynajmniej wmawiałem sobie, że tego właśnie pragnę. Trzy moje pierwsze żony miały ukończone studia. No, pamiętasz Sherri, tę trzecią? Pytam się, kto mógłby ją zapomnieć? Ale potem, pewnego dnia, już po naszym rozwodzie, przeglądałem album z fotografiami i zdałem sobie sprawę z tego, że wszystkie moje żony miały jedną wspólną cechę. I nie był to bynajmniej intelekt.

Odwrócił się i miłośnie spojrzał na dwudziestodziewięcioletnią rudowłosą kobietę w skąpym szydełkowym bikini, zataczającą coraz to nowe kręgi na zmarszczonej bryzą powierzchni basenu.

– Bufory. Oto dlaczego je poślubiłem. I byłem głupcem, wstydząc się przyznać to przed samym sobą. Zupełnie jak faceci, którzy kupują „Playboya”, wmawiając sobie, że interesują ich tylko artykuły – otarł usta wierzchem dłoni. – Zgoda, to infantylne. Ale to mi się właśnie podoba. Bufory.

Martin osłonił oczy ręką i zerknął na kobietę w basenie.

– Czyli tym razem dokonałeś dobrego wyboru?

– No jasne. Bo Alison ma figurę bez rozumu. Jeśli odejmiesz jej IQ od obwodu biustu, otrzymasz liczbę trzycyfrową. I możesz mi wierzyć, że jeśli spotkam jeszcze babkę, która na mnie podziała, to będzie to jedyna interesująca mnie statystyka.

Martin odczekał chwilę przed powrotem do tematu Boofulsa. Nie chciał, aby Morris pomyślał sobie, że nie ciekawi go Alison, znikomość jej inteligencji ani ogrom biustu. Podniósł do ust swą wódkę z sokiem pomarańczowym, wolno sącząc łyk, po czym z powrotem odstawił ją na biały stół z lanego żelaza.

– Mam tu streszczenie, gdybyś chciał rzucić na nie okiem – zaproponował, odchrząkując.

Morris wolno potrząsnął głową.

– Martin, to trucizna. Wszyscy producenci, o których jestem w stanie pomyśleć, znienawidzą ten pomysł. Jest na nim piętno Kaina,cała ohyda spraw Fatty’ego Arbuckle’a, Lupe Veles czy Sharon Tate. Zapomnij o tym. Wszyscy inni już dawno to zrobili.

– Wciąż jednak czasami wieczorem pokazują w telewizji „Gwiżdżącego chłopca” – nalegał Martin. – Niemal każdy, kogo zapytasz, pamięta co najmniej dwie linijki „Heartstrings”, nawet jeśli nie wie, kto pierwszy to śpiewał.

Morris milczał przez długą chwilę. Para kalifornijskich przepiórek z trzepotem wylądowała na dachu przebieralni w stylu elżbietańskim, zaczęła ćwierkać i rozglądać się za pieczonymi fistaszkami. W końcu powiedział:

– Martin, jesteś dobrym scenarzystą. Pewnego dnia zostaniesz bogatym scenarzystą, oczywiście jeżeli dopisze ci szczęście. Ale jeśli będziesz łaził po Hollywood, próbując wepchnąć komuś akurat ten temat, to skończysz jako żaden autor, zero, bo nikt nie zechce się z tobą zadawać. Zrób sobie grzeczność i zapomnij o tym, że Boofuls kiedykolwiek istniał.

– Daj spokój, Morris, to idiotyczne. To jakby upierać się, że nigdy nie było Shirley Temple.

– Niezupełnie. W końcu Shirley Temple nie została zarąbana na śmierć przez swoją babkę, prawda?

Martin zwinął scenariusz w rulon i uderzył nim w dłoń.

– Nie wiem, Morris. To coś, co naprawdę chciałbym zrobić. Jest w nim absolutnie wszystko. Piosenki, taniec, sentymentalna historyjka.

Alison przywiosłowała do brzegu i wspięła się na krawędź basenu. Morris obserwował ją wzrokiem dobrotliwego posiadacza, poczerwieniałe od słońca ręce splótł na brzuchu niczym Budda.

– Czyż nie jest świetna? – zapytał w przestrzeń.

Martin skinął ku niej głową.

– Jak leci?

Alison uścisnęła wyciągniętą dłoń, ochlapując wodą jego i scenariusz.

– W porządku, dzięki. Choć wydaje mi się, że chyba zaczyna mi się łuszczyć skóra na nosie. Jak myślisz?

– Powinnaś używać olejku, kwiatuszku – odparł Morris.

Alison była bardzo ładna, tym specjalnym rodzajem pustejurody. Zadarty piegowaty nos. Bladozielone oczy. Szeroki, z dentystycznego punktu widzenia bezbłędny uśmiech. I naprawdę ogromne piersi, każda równie duża, jak jej głowa, ledwo mieszczące się w szydełkowym staniczku bikini. Po krótkich obliczeniach Martin doszedł do wniosku, że jej IQ wynosi 29, plus-minus parę centymetrów.

– Zostaniesz na obiad? – zapytała Alison. – Będzie tylko jogurt i owoce. Wiesz – moja linia i brzuszek Morriego.

Martin pokręcił głową.

– Przyszedłem tylko pokazać Morrisowi mój nowy scenariusz.

Alison zachichotała i nachyliła się, aby pocałować Morrisaw zmarszczone szkarłatne czoło.

– Mam nadzieję, że mu się spodobał. Zrzędził dziś caaaały dzień.

– Niespecjalnie. Tak naprawdę to wzbudził jego żywą niechęć.

– Och, Morry – nadąsała się Alison.

Morris wydał z siebie długie, przeciągłe westchnienie.

– Martin napisał scenariusz o Boofulsie.

Alison skrzywiła się z dziecinnym niesmakiem.

– Boofuls? Nic dziwnego, że Morriemu się nie podobało. Co za okropna historia. To ma być horror?

– Nie – wyjaśnił Martin, starając się zachować cierpliwość. – Musical, oparty na jego życiu. Chciałem opuścić to, co się zdarzyło na końcu.

– Ale jak chcesz to zrobić? – zapytała niewinnie Alison. – No wiesz, jeśli mówisz „Boofuls”, jest to jedyna rzecz, jaką się pamięta. Przecież wszyscy wiedzą, co się z nim stało.

Morris wzruszył ramionami, jakby potwierdzało to ostatecznie jego opinię. Jeśli dziewczyna tak tępa jak Alison uważała, że scenariusz na temat Boofulsa to okropny pomysł, to co tu mówić o Paramouncie? Albo M-G-M, gdzie Boofuls kręciłswój ostatni, niedokończony film w dniu, kiedy został zamordowany?

Martin dopił drinka i wstał.

– Chyba będę leciał. Muszę jeszcze skończyć tę przeróbkę „Drużyny A”.

Morris z powrotem opadł na swój materac, a Alison przysiadła na jego grubym włochatym udzie.

– Słuchaj – powiedział. – Nie mogę ci zabronić, żebyś próbował sprzedać ten pomysł. Moja rada jednak brzmi: zapomnij o całej sprawie. Nic dobrego z tego nie będzie, a może ci bardzo zaszkodzić. Jeśli jednak będziesz próbować, nie mieszaj mnie do tego. Zrozumiałeś?

– Jasne, Morris – odparł Martin świadomie wyważonym tonem. – Rozumiem. Dzięki za poświęcenie mi cennego czasu.

Przeciął świeżo podlany trawnik, idąc w stronę tylnej bramy. Jego wyblakły mustang koloru mosiądzu stał zaparkowany w cieniu eukaliptusa, tuż za furtką. Rzucił scenariusz na przednie siedzenie, wsiadł i uruchomił silnik.

– Morris Nathan, arbiter dobrego smaku – powiedział na głos, hałaśliwie wykręcając w Mullholland Drive. – Boże, chroń nas od agentów i wszystkich ich spraw.

Podczas jazdy do mieszkania na Franklin Avenue słuchał ścieżki dźwiękowej ze „Słonecznej serenady”, ostatniego musicalu Boofulsa, odkręciwszy głośność magnetofonu do oporu. Kiedy zatrzymał się na światłach przy końcu Mullholland, dwie piegowate od słońca nastolatki na rowerach spojrzały na niego ciekawie, po czym zachichotały. Przeciągłe smyczki orkiestry Studia M-G-M i wysoki piskliwy głos Boofulsa śpiewającego „Zmieć pokruszone promyki słońca” nie były raczej muzyką, jakiej można by oczekiwać w samochodzie szczupłego trzydziestoczterolatka w okularach, odzianego w wypłowiałą kraciastą koszulę i wytarte dżinsy.

– Może zatańczymy? – żartobliwie zaproponowała jedna z nich. Obdarzył ją skąpym uśmiechem i potrząsnął głową. Wciąż jeszcze czuł wściekłość na Morrisa za całkowite zmiażdżenie jego projektu. Kiedy pomyślał o niektórych beznadziejnych pomysłachMorrisa, nie mógł nawet w części pojąć, czemu agent uznał Boofulsaza taką potworność. Na miłość boską, zrobiono przecież filmy o Jamesie Deanie, zawale Patricii Neal i raku kości Teda Kennedy’ego. I to ma być dobry smak? Co było takiego odstręczającegow Boofulsie?

Z piskiem wytartych opon zjechał z Bulwaru Zachodzącego Słońca. Zaparkował na ulicy, bowiem właściciel domu, pan Capelli,zawsze wolał na noc wstawić swego dziesięcioletniego lincolna do garażu, w obawie, by ktoś go nie porysował, nie opadł nań pyłek z kwitnących drzew, a przelatujący ptak nie ośmielił się zapaskudzić go częściowo strawionym ziarnem. Za plecami gospodarza Martin nazywał lincolna „mafiamobilem”.

Na górze, w niewielkim mieszkaniu, brudna filiżanka wraz z talerzami po śniadaniu i kolacji wciąż jeszcze leżała nietknięta w kuchennym zlewie, dokładnie tak, jak je zostawił. Był to jeden z tych aspektów samotnego życia, do których ciągle jeszcze nie mógł przywyknąć. Przez otwarte drzwi sypialni widać było zmiętoszoną pościel na łóżku, w którym sypiał teraz sam, i wielki oszklony plakat z „Gwiżdżącego chłopca”, pierwszego musicalu Boofulsa. Przeszedł do gołego, wymalowanego na biało pokoju stołowego. Stała tam jedynie samotna staroświecka sofa obita gobelinem i szare stalowe biurko przy oknie. Jane zabrała całą resztę. Po prostu wmaszerowali wraz z jej nowym przyjacielem i wynieśli wszystkie rzeczy, podczas gdy Martin nie przerywał pisania.

Facet miał nawet czelność postukać w biurko i zapytać Jane:

– To też chcesz?

Nie podnosząc wzroku znad dziesiątej wersji kolejnego odcinka „Drużyny A”, Martin swym akcentem Johna Wayne’a odparł:

– Dotknij go tylko, frajerze, i jesteś trupem!

Odejście Jane przyniosło ze sobą natychmiastową ulgę – koniec regularnego współzawodnictwa w krzyku, koniec napięć i konfliktów charakteryzujących ich małżeństwo. Umożliwiło mu też kontynuowanie pracy przez cały dzień i pół nocy bez żadnych przeszkód. Dzięki temu właśnie zdołał ukończyć scenariusz „Boofulsa!” w cztery dni. Po trzech tygodniach jednak zaczynał zdawać sobie sprawę z tego, że praca to zdecydowanie nie wszystko. Może Jane i była wymagająca, niezręczna i uparta, przynajmniej jednak miał przy sobie kogoś inteligentnego, z kim dało się pogadać, dzielić przeżycia, kogo mógł się trzymać. Co za sens miało samotne siedzenie przed telewizorem, popijanie wina i śmiech z kolejnej komedii, na który odpowiadało jedynie echo?

Martin położył odrzucony scenariusz na biurko. Stała na nim jedynie IBM-owska elektryczna maszyna do pisania, stos papieru i czarno-białe reklamowe zdjęcie Boofulsa w mosiężnej oprawie. Zdjęcie było podpisane: „Dla Moiry, z pozdrowieniami od Boofulsa”. Martin znalazł tę fotografię w Reel Thing, sklepie z filmowymi pamiątkami na Bulwarze Hollywoodzkim; nie miał pojęcia, kim mogła być Moira.

Ścianę nad biurkiem od sufitu do podłogi pokrywały zdjęcia, plakaty, listy i wycinki, wszystkie związane z Boofulsem. Oto Boofuls tańczący z Jenny Farr w „Słonecznej serenadzie”. Boofuls w ubranku marynarskim. Boofuls w makiecie aeroplanu w „Tańcu w chmurach”. Autentyczny list od prezydenta Roosevelta z podziękowaniem za podniesienie morale ogółu dzięki piosence: „Marsz, marsz, marsz, Ameryko!”. I pożółkła strona tytułowa „Los Angeles Times” z soboty19 sierpnia 1939: „Boofuls zamordowany. Kochająca babcia ćwiartuje dziecięcą gwiazdę, sama wiesza się”.

Przez długą chwilę Martin stał, wpatrując się w te nagłówki. Nagle z rozdrażnieniem zdarł gazetę ze ściany i zmiął ją w kulę. Jednak gniew minął mu prędko. Ostrożnie rozwinął dziennik i wygładził go dłonią na biurku.

Zawsze zachwycały go hollywoodzkie musicale z lat trzydziestych, nawet gdy był małym chłopcem. Pomysł napisania „Boofulsa!” wykluł się w jego umyśle tego samego dnia, kiedy zajął się scenopisaniem (cudowny, dawno miniony pierwszy tydzień, gdy sprzedał Glenowi A. Larsenowi „Faceta na dnie”). „Boofuls!” przez cztery lata lśnił gdzieś w oddali – złocista wizja, jedyna szansa na sławę i chwałę. „Boofuls!”, musical napisany przez Martina Williamsa. Rzecz jasna nie potrafił napisać muzyki, nie było jednak takiej potrzeby. Boofuls nagrał ponad czterdzieści własnych piosenek, w większości autorstwa Glazera i Hansona. Każda piosenka była błyskotliwa, przebojowa, a większość z nich całkowicie zapomniano, toteż jakiekolwiek studio mogło je kupić bardzo tanio. W opinii Martina „Boofuls!” stanowił gotowy hit, a nikt o tym jeszcze nie pomyślał.

Morris Nathan miał nasrane w głowie. Był po prostu zazdrosny, bo sam nie wpadł na ten pomysł i ponieważ Martin wykazał pierwsze objawy samodzielności twórczej. Morris wolał pokornych autorów. To dlatego ludzie tacy jak Stephen J. Cannell czy Mort Lachman zawsze przychodzili do niego z przeróbkami. Autorzy Morrisa, jeśli się im każe, przerobią scenariusz odcinka i sto razy, nigdy nie protestując. A przynajmniej nie na głos. Tacy galernicy Hollywood.

Chociaż nigdy nie pracowało mu się dobrze po alkoholu, Martin podszedł do parapetu i odkorkował dwulitrową butelkę czerwonego chardonnay, trzymaną na uczczenie entuzjastycznego przyjęcia„Boofulsa!” przez Morrisa Nathana. Nalał sobie pełną szklankę i wypił od razu połowę. Morris Nathan. Co za szuja.

Nachylił się nad przenośnym kaseciakiem Sony, jedynym sprzętem, jaki zostawiła mu Jane, i przewinął do początku „Gwiżdżącego chłopca”. Znowu zabrzmiały przeciągłe smyczki, dobrze znany wstęp i wreszcie głos dawno już nieżyjącego dziecka zaczął śpiewać:

Tyle razy zmykałeś gdzieś

I robiłeś rzeczy nie te

Tyle razy chwytał cię strach

Lecz nie śmiałeś myśleć o łzach

Byłeś – gwiżdżącym chłopcem!

Martin oparł się o okno i wyjrzał na sąsiednie podwórze, składające się w głównej mierze z basenu, otoczonego jaskrawą zielenią sztucznego trawnika. Maria znów tam była na swoim dmuchanym materacu. Jej nos i sutki ochraniały papierowe krążki. Maria pracowała jako kelnerka w koktajlbarze Hyatta na Bulwarze Zachodzącego Słońca. Nazywała się Bocanegra i miała uda jak Carmen Miranda. Martin zaprosił ją kiedyś na randkę, piętnaście sekund przed tym, jak zza rogu domu wyłonił się potężny latynoski kulturysta o twarzy poznaczonej śladami po ospie, który objął ją ramieniem, wyszczerzył zęby do Martina i zapytał:

– Cómo la va, hombre?

Martin wydusił z siebie krótkie Hasta luego i to był początek i koniec pięknego związku.

Sącząc wino, pomyślał o powrocie do przeróbki „Drużyny A”, jednak wczucie się w ostatnie szaleńcze wybryki Murdocka było bardzo trudne, gdy czuł takie przygnębienie z powodu „Boofulsa!”,Wyszeptał do wtóru taśmy:

– „Byłeś… gwiżdżącym chłopcem!”

W tym momencie zadźwięczał telefon. Przez chwilę pozwolił mu dzwonić. Domyślał się, że to najprawdopodobniej Morris, pragnący dowiedzieć się, kiedy będzie gotowy scenariusz. Biorąc pod uwagę to, jak się w tej chwili czuł, odpowiedź brzmiała: w styczniu 2010. Wreszcie jednak Martin odwrócił się od okna i podniósł słuchawkę.

– Halo? Mówi Martin Williams.

– Cześć, Martin! – odpowiedział mu entuzjastyczny głos. – Tak się cieszę, że udało mi się ciebie złapać! Tu Ramone!

– O, cześć, Ramone. – Ramone pracował za ladą w Reel Thing, sprzedając wszystko, od pamiątkowych programów z premiery „Przeminęło z wiatrem” po kolczyki Idy Łupino. To właśnie Ramone, bardziej niż ktokolwiek inny, pomógł mu skompletować unikalną kolekcję pamiątek po Boofulsie.

– Słuchaj, Martin, mam tu coś naprawdę ciekawego. Dziś rano przyszła do sklepu pewna kobieta i powiedziała, że ma na sprzedaż cały komplet mebli.

Martin odchrząknął.

– Pewnie, przydałyby mi się jakieś meble. Myślałem jednak raczej o wycieczce do magazynu meblowego w Burbank. Nie stać mnie na żadne antyki.

– Nie, nie, zupełnie nie łapiesz, o co mi chodzi. Ta kobieta kupiła część umeblowania starego domu Boofulsa. Po śmierci dzieciaka odbyła się licytacja i sprzedano wszystko – zasłony, stoły, noże i widelce. Nawet całe jedzenie z lodówki. Wyobraź sobie, co za świr mógłby chcieć zjeść lody zamordowanego dziecka?

– I co? Ta kobieta kupiła część mebli?

– Może nie osobiście, tylko jej mąż, ojciec czy ktoś taki. W każdym razie ma… – zaczekaj, sprawdzę, zrobiłem sobie spis – ma dwa fotele, barek, kanapę, cztery taborety i lustro.

– Masz zamiar to dla niej sprzedać?

– Nie, meble to nie moja broszka. A poza tym – sam wiesz, poza tobą nikt inny nie jest raczej zainteresowany Boofulsem. Poradziłem jej, aby dała ogłoszenie do gazety. Może jakiś zboczeniec się zainteresuje.

– Co chcesz przez to powiedzieć? Że też jestem zboczeńcem?

– Daj spokój, stary, wiem, że jesteś w porządku. Powinieneś zobaczyć gości, co przychodzą tu pogrzebać w bieliźnie Carole Landis, tego typu sprawy.

– Jasne, chętnie obejrzałbym te meble, ale naprawdę nie mam akurat na zbyciu gotówki.

– To już twoja sprawa – odparł Ramone. – Jeśli jednak jesteś zainteresowany, kobieta nazywa się Harper i mieszka na Hillrise tysiąc trzysta trzydzieści cztery. Nic się nie stanie, jeżeli rzucisz na nie okiem.

– Dobra, chyba masz rację. Dzięki, że o mnie pamiętałeś.

– Nie ma sprawy, stary. Ilekroć słyszę nazwisko Boofuls, natychmiast myślę o tobie.

– Mam nadzieję, że to komplement.

– De nada – odpowiedział Ramone i rozłączył się. Martin skończył wino. Wiedział, co powinien zrobić – zasiąść sumiennie do maszyny, wkręcić w nią kartkę papieru i zabrać się do pisania „Drużyny A”.Choć często nie zgadzał się z Morrisem, i choć w tej chwili był naprawdę urażony jego reakcją na „Boofulsa!”, musiał przyznać, że Morris Nathan jest przedsiębiorczym agentem o niezrównanych kontaktach i umożliwia mu zarabianie pisaniem. Całkiem możliwe, że jeżeli Martin nie skończy do jutra tej przeróbki, Morris nigdy już nie zdoła go sprzedać Stephen J. Cannell Productions.

Ale, do cholery, był tak zniechęcony i tak miał dosyć pisania błyskotliwego, bezsensownego dialogu. Wyprawa na Hillrise Avenue mająca na celu obejrzenie autentycznych mebli Boofulsa mogła być właśnie tym, czego potrzebował do podbudowania ducha. Nawet samo dotknięcie ich to już coś – dotknąć tych właśnie mebli, na których siadywał mały Boofuls. Sprawiłoby to, że wydałby się bardziej realny, a Morris Nathan bardziej ulotny – w tym momencie zaś Martin nie potrafił wymyślić lepszego lekarstwa.

Hillrise Avenue to ulica wznosząca się stromo za Zbiornikiem Hollywoodzkim. W 1952 roku tutejsze domy stanowiły awangardę; obecnie zaczynały pojawiać się na nich oznaki zaniedbania i zniszczenia. Hillrise była jedną z tych okolic, które jakoś nigdy nie stały się modne i teraz z rezygnacją niszczały, stanowiąc szansę ewentualnego zysku dla jakiegoś sprytnego handlarza nieruchomości.

Martin zaparkował swego mustanga z tylnymi kołami dotykającymi krawężnika i wysiadł. Z miejsca, w którym stał, roztaczał się rozległy widok na dalekie Los Angeles, przesłonięte smogiem, z bliźniaczymi nagrobkami Century City wznoszącymi się ponad pokrywę dymu. Wspiął się na strome betonowe schody prowadzące do numeru 1334, płosząc jaszczurkę, która umknęła w trawę.

Dom miał kształt kwadratu, a kolor truskawki. Balkon w hiszpańskim stylu obiegał go naokoło. Otaczający go ogród był suchy i zapuszczony. Chwasty porastały ścieżki, a juki w większości sprawiały wrażenie chorych. Daszek nad frontowym gankiem pokrywała gruba warstwa martwego, wysuszonego bluszczu, nad wszystkim zaś unosiła się woń uszkodzonej kanalizacji.

Nacisnął dzwonek. Dźwięk zabrzmiał ostro, nagląco, lecz dziwnie daleko, niczym kobieta krzycząca na sąsiedniej ulicy. Martin szurnął swymi sportowymi butami Nike i czekał, aby ktoś wreszcie otworzył. „Tyle razy chwytał cię strach – zaśpiewał cichutko. – Byłeś… gwiżdżącym chłopcem!”

Drzwi frontowe otwarły się i na ganek wyszła drobna kobieta około sześćdziesiątki. Miała białą, wytapirowaną fryzurę i bawełnianą sukienkę mini. Jej twarz ozdabiały podwójne sztuczne rzęsy, z których jedna przekrzywiła się dziko w kąciku oka, i blado-pomarańczowa szminka. Wyglądała, jakby nie zmieniała stroju ani makijażu od czasu ukazania się „Sergeanta Peppera”.

Martin był tak zaskoczony, że zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Kobieta wpatrywała się w niego, mrużąc lewe oko, aż wreszcie zapytała:

– Ta-a-ak? Pan coś sprzedaje?

– Ja…

– Nic nie widzę – kobieta rozejrzała się wokół. – Żadnych szczotek, encyklopedii ani Biblii. Chce pan umyć mój samochód, o to chodzi?

– Tak naprawdę, to przyszedłem w sprawie mebli – wyjaśnił Martin. – Pani jest panią Harper, prawda? Zadzwonił do mnie Ramone Perez z Reel Thing. To mój przyjaciel. Wie, że interesuję się Boofulsem.

Pani Harper spojrzała na niego, pociągając nosem i szczypiąc się w policzek.

– Naprawdę? Jeśli rzeczywiście interesuje pana Boofuls, to jest pan chyba jedyną taką osobą w całym Hollywood. Woziłam moje meble do wszystkich domów aukcyjnych i sklepów z filmowymi pamiątkami, jakie tylko mogłam znaleźć. Zawsze ta sama historia.

– Tak? – spytał Martin, pragnąc dowiedzieć się, co to było – ta historia, która zawsze się powtarzała.

– Cóż – skrzywiła się pani Harper. – To makabryczne – oto, co mówili. No wie pan, teraz jest popyt na rzeczy związane z filmem. Trumnę, w której leżał Bela Lugosi, kiedy pierwszy raz grał Draculę. Tę samą śrubę, która przechodziła przez szyję Borisa Karloffa. Ale nikt nawet nie tknie mebli biednego małego Boofulsa.

Martin odczekał chwilę, pani Harper jednak najwidoczniej nie zamierzała z własnej woli powiedzieć nic więcej.

– Zastanawiam się… może mógłbym wejść i obejrzeć?

– Z zamiarem zakupu? – spytała ostro pani Harper, po czym gwałtownie zamrugała lewym okiem i dodała: – Przeklęte rzęsy! To nowy rodzaj. Nie mam pojęcia, co ma je trzymać na miejscu. Chyba butapren. One… podwijają się w górę. Widywałam stonogi, które zachowywały się lepiej, i to żywe stonogi.

Wprowadziła Martina do holu. Unosiła się tam kwaśna woń, samo wnętrze zaś sprawiało przygnębiające wrażenie, choć kiedyś zostało urządzone w najnowszym bajecznym stylu lat sześćdziesiątych. Podłogę pokrywała kudłata biała wykładzina, skołtuniona niby futro podstarzałego yeti. Zasłony były kolorowe, w żółte, pomarańczowe i fioletowe psychodeliczne zygzaki, a naokoło pokoju stały ustawione w prostokąt białe skórzane krzesła o czarnych nogach ze złotymi stopami. Był tam nawet biały stereofoniczny gramofon z automatyczną zmianą płyt, który z niezwykłą siłą skojarzył się Martinowi z Beatlesami, Beach Boysami i licealnymi prywatkami. Przez krótki, przejmujący moment wydało mu się, że znów ma szesnaście lat.

– Jestem wdową – powiedziała pani Harper, jakby poczuła konieczność wyjaśnienia, dlaczego wnętrze jej domu stanowi muzeum najnowszej mody sprzed dwudziestu lat. – Arnold zmarł w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym i to wszystko… po prostu przypomina mi.

Martin skinął głową na znak, że rozumie. Pani Harper dodała:

– Jemu też nie podobały się meble Boofulsa. Naprawdę ich nie cierpiał. Kupił je jego ojciec, tuż przed wojną. Widzi pan, teść urządzał właśnie dom, pojechał na licytację i kupił je – no bo były takie tanie. Dopiero potem ktoś mu powiedział, do kogo przedtem należały. A co więcej – stały właśnie w tym pokoju, w którym biednego małego Boofulsa – no, wie pan – załatwiono. Co za przeokropna rzecz. To nawet straszniejsze niż Charles Manson, bo przecież ona porąbała to kochane maleństwo niczym… nawet nie chcę o tym myśleć. I co gorsza, wszyscy inni też nie chcą.

– Czy moglibyśmy… je obejrzeć? – zapytał Martin.

– Ależ oczywiście. Są w piwnicy. Nie ujrzały światła dziennego od dnia, w którym dostaliśmy je od ojca Arnolda. Arnold wcale ich nie chciał, lecz jego ojciec nalegał. Arnold nigdy nie potrafił się przeciwstawić swojemu ojcu. No, niewiele ludzi to umiało. Straszny był z niego tyran.

Pani Harper poprowadziła go do kuchni. Wspięła się na palce, odsłaniając przy tym tak wiele kościstej nogi, że Martin musiał odwrócić wzrok, i zaczęła macać po górnej półce szafki w poszukiwaniu klucza do piwnicy.

– Wie pan, powinnam to wszystko sprzedać i przeprowadzić się do San Diego. Mieszka tam moja siostra. Ten wielki stary dom to taki kłopot.

Otworzyła piwnicę i zapaliła światło. Martin zawahał się przez chwilę, po czym podążył za nią stromymi drewnianymi schodami. Tu w dole woń nieczystości była jeszcze silniejsza, mieszał się też z nią zapach wyschłego drewna i kotów.

– Ostrożnie teraz – ostrzegła pani Harper. – Dwa ostatnie stopnie są spróchniałe. Mieliśmy tu termity, wie pan. Arnold mawiał, że zjedzą cały dom na naszych oczach.

– I nie tknęły mebli?

– Niech mnie pan nie pyta czemu. – Przez moment światło padło na jej szponiastą dłoń o różowych paznokciach, wspartą o poręcz. – Zjadły za to prawie całą resztę. Nawet trzonek łopaty Arnolda. Nigdy tego nie zapomnę. Cały cholerny trzonek. Ale nie ruszyły mebli. Ani ociupinę. Może i termity mają szacunek dla zmarłych.

– Tak, może mają – przytaknął Martin, zerkając w głąb mrocznej piwnicy.

Pani Harper wskazała naprzód.

– Tu stoją, za bojlerem.

Martin zaczepił rękawem o stare chomąto zawieszone na haku przy schodach. Wyplątanie się zajęło mu krótką chwilę, zanim jednak uwolnił się, pani Harper zniknęła już w mroku.

– Pani Harper?

Nikt nie odpowiedział. Martin po omacku przesunął się nieco naprzód. Bojler zrobiony był z ciężkiego lanego żelaza – jeden z tych staroświeckich typów – i wydawało się, że widać na nim szyderczo uśmiechniętą twarz o oczach z miki.

– Pani Harper?

Ostrożnie obszedł bojler i zobaczył ją. Strach zjeżył mu jednak włosy na karku, pani Harper bowiem unosiła się trzy stopy nad ziemią, przerażająco nachylona. Jej białe wytapirowane włosy lśniły niczym ogromny kokon jakiejś gigantycznej ćmy.

– Aaa! – krzyknął; w tym samym jednak momencie kobieta odwróciła głowę i pojął, że spogląda na jej odbicie, a prawdziwa pani Harper całkiem normalnie stoi za jego plecami.

– Przepraszam – powiedziała bez specjalnego współczucia. – Czyżbym pana wystraszyła?

– Nie, ja… – Martin gestem wskazał na zwisające z sufitu lustro.

– No cóż – pani Harper uśmiechnęła się i zatarła ręce. – To było lustro Boofulsa. Właśnie to lustro, które widziało jego śmierć.

– Bardzo ładne. – Martin zaczął zastanawiać się, czy rzeczywiście przyjazd tu i oglądanie starych mebli Boofulsa było dobrym pomysłem. Może jednak nuda związana z przepisywaniem scenariusza „Drużyny A” miała w sobie coś pozytywnego. Pewne wspomnienia lepiej zostawić w spokoju.

– Fotele i kanapa są tu, z tyłu – pani Harper pociągnęła za róg pokrowca, odsłaniając mroczny zarys eleganckiej stylowej sofy i dwóch fotelików od kompletu. Meble były złocone, empirowe, o seledynowych satynowych obiciach, przybrudzonych i poplamionych wilgocią – efekt długich lat spędzonych w piwnicy pani Harper. Martin przyjrzał się im w ciemności.

– Czy ma pani może jakieś dodatkowe światło? – zapytał.

– Cóż, jest tu gdzieś latarka… – wycedziła pani Harper. Z tonu jej głosu jasno wynikało, że bynajmniej nie ma ochoty iść jej szukać.

– Nie trzeba – odparł Martin. – Widzę je dostatecznie dobrze. A tam, czy to barek? – wskazał na duży rokokowy mebel z rżniętymi kryształowymi szybkami, częściowo ukryty pod pokrowcem.

– Zgadza się, i nadal jeszcze ma wszystkie oryginalne karafki, z plakietkami z czystego srebra. Gin, whisky, brandy. Nie żeby Boofuls kiedykolwiek pił, nie w jego wieku.

Wydało jej się to bardzo zabawne i parsknęła piskliwym, urywanym śmiechem.

Martin podszedł do mebli z mieszaniną obawy i fascynacji. Pogładził dłonią oparcie kanapy i pomyślał: „Boofuls naprawdę tu siedział”. Przeżycie było znacznie bardziej niepokojące, niźli się tego spodziewał. Wycinki prasowe i zdjęcia to tylko płaskie i dwuwymiarowe odbicia realnego świata. Sam Boofuls nigdy nie miał ich w ręku. Tu jednak były jego meble. Jego własne fotele. Lustro, które z pewnością wisiało nad jego kominkiem. Prawdziwe, dotykalne przedmioty. Do Martina przemawiały one z równą siłą, co koszule Hitlera, rubinowe pantofelki Judy Garland czy różowe kapelusiki Jackie Kennedy. Stanowiły dowód, że legenda była kiedyś rzeczywistością, że Boofuls naprawdę istniał.

Przez dłuższy czas stał w milczeniu z rękami na biodrach, wdychając powietrze o zapachu stęchłych trocin.

– Mówiła pani, że nikt nie był zainteresowany ich nabyciem – odezwał się w końcu.

– Nie powiedziałam, że nikt nie chciał ich kupić – sprostowała pani Harper. – Po prostu nikt nie wydawał się zainteresowany wzięciem ich w komis. Przypuszczam, że chodziło o niewielki zysk.

Martin przytaknął i rozejrzał się wokół. Dwa fotele – na nich zależało mu chyba najbardziej – i lustro. Wyglądałoby rewelacyjnie na ścianie w pokoju stołowym, w miejsce wszystkich tych wycinków, fotografii i listów – i dawałoby o wiele lepszy efekt emocjonalny. Zamiast mówić: „A, tak, to moja kolekcja reklamowych zdjęć Boofulsa”,mógłby oznajmiać: „A, to – to właśnie jest lustro, które wisiało w salonie u Boofulsa, kiedy został zamordowany”.

Szok! Zgroza! Zawiść!

– Eee, ile chciałaby pani za całość? – zapytał od niechcenia. – Fotele, lustro, kanapę, barek, taborety. Gdybym tak zdecydował się uwolnić panią od nich?

– Cóż, nie miałabym nic przeciw temu – odrzekła pani Harper, głaszcząc oparcie złoconej sofy. Mlasnęła językiem o sztuczne zęby. Jej rzęsy zatrzepotały niczym oszołomione ćmy.

– Ile? – powtórzył Martin, myśląc o 578 dolarach spoczywających na jego koncie w Security Pacific. Z pewnością nie będzie chciała więcej niż pięć stów za tych kilka zużytych kawałków umeblowania z lat trzydziestych. Może nawet dopłaci mu za wywózkę.

Pani Harper zastanawiała się przez chwilę z ręką przyciśniętą do czoła.

– No nie wiem – powiedziała. – Słyszałam już tyle różnych ocen ich wartości. Niektóre bardzo wysokie, inne bardzo niskie. Ale pan jest prawdziwym fanem Boofulsa, autentycznym wielbicielem. I wie pan, byłoby doprawdy świństwem podać panu zawyżoną cenę – szczególnie, że stara się pan, aby pamięć o nim nie zaginęła.

Martin wzruszył ramionami i szurnął nogą.

– To naprawdę uprzejmie z pani strony. Nie chciałbym jednak narażać pani na straty.

– O to niech się pan nie martwi. Dla mnie osobiście najważniejsze jest, aby rzeczy Boofulsa znalazły kochający dom.

Martin uniósł wzrok ku zwierciadłu. Teraz, gdy jego oczy przystosowały się do ciemności, mógł dostrzec szczegóły złoconej ramy. Było to dość spore lustro – długie na sześć stóp, a wysokie prawie na pięć – które z pewnością wisiało niegdyś nad kominkiem. Po bokach wyrzeźbiono bujne sploty winorośli, szczyt wieńczyła szyderczo uśmiechnięta złocona twarz, przypominająca Bachusa albo Pana. Samo szkło było w jednym rogu odbarwione i poplamione, pozostała powierzchnia odbijała jednak twarz Martina z taką czystością, że tworzyło to niemal złudę rzeczywistości, jakby miast odbicia spoglądał na drugiego samego siebie. Nic dziwnego, że tak zaskoczyła go unosząca się w powietrzu pani Harper.

Sięgnął ręką i dotknął lustra, czując pod palcami chłód szklanej tafli, przez prawie dwadzieścia lat nietkniętej promieniami słońca. Jak czuje się lustro, nie mając nic, co mogłoby odbijać – nikogo, kto by się do niego uśmiechał, układał włosy, żadnego pokoju, któremu mogłoby się przyglądać, przelotnie malowanych obrazów toczącego się obok życia. „Lustra są samotne”, napisał kiedyś Tennyson.

– Siedem tysięcy – powiedziała pani Harper. – Co pan na to?

– Przepraszam? – spytał całkowicie zaskoczony Martin.

– Siedem tysięcy za wszystko – powtórzyła. – To najniżej, jak mogę zejść.

Martin potarł kark. Nie ma mowy. Nawet jego samochód nie był tyle wart.

– Przykro mi – odparł. – To więcej, niż mogę sobie pozwolić. Obawiam się, że nie jestem Aaronem Spellingiem.

– Naprawdę taniej już nie mogę. I tak byłyby warte znacznie więcej, nawet gdyby nie należały do Boofulsa.

– Cóż, trudno zatem – rzekł Martin z rezygnacją. – W każdym razie dziękuję, że pozwoliła mi pani rzucić na nie okiem. Przynajmniej mam teraz jakieś pojęcie o tym, jak urządzony był pokój Boofulsa. Może mi to bardzo pomóc przy moim scenariuszu.

– A na ile pana stać? – spytała pani Harper.

Martin uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Nic w okolicach siedmiu tysięcy. Nawet nie tysiąc. Pięć setek, to wszystko.

Pani Harper rozejrzała się.

– Myślę, że za pięćset dolarów mogłabym sprzedać panu taborety.

– Byłaby pani skłonna sprzedać poszczególne rzeczy oddzielnie?

– No, nie miałam takiego zamiaru. Ale skoro jest pan aż takim wielbicielem…

– Czy sądzi pani, że mógłbym kupić za tę sumę lustro? Najbardziej zależałoby mi na nim.

Pani Harper wydęła usta.

– Wcale nie jestem co do tego przekonana. To lustro to coś naprawdę specjalnego. Oryginalny francuski okaz – tak mi powiedział ojciec Arnolda.

– Jest bardzo piękne – zgodził się Martin. – Doskonale mogę je sobie wyobrazić, jak wisi u mnie w mieszkaniu.

– Może siedemset pięćdziesiąt? – zasugerowała pani Harper. – Da pan radę?

Martin odetchnął głęboko.

– Mogę zapłacić pani pięćset teraz i resztę w przyszłym miesiącu.

Nie zostawiało mu to zbyt wiele na życie, lecz jeśli skończy dziś wieczór tę przeróbkę „Drużyny A” i może poprosi Morrisao parę dodatkowych fuch – cokolwiek, nawet „Czyste szaleństwo” czy „Srebrne łyżeczki”…

Pani Harper długą chwilę stała w milczeniu, po czym powiedziała:

– Dobrze. Pięćset teraz i dwieście pięćdziesiąt do końca przyszłego miesiąca. Tylko niech pan na pewno zapłaci. Nie chcę żadnych kłopotów. Niech pan pamięta, że też mam adwokatów.

Martin znalazł starą skrzynkę po owocach i przeciągnął ją przez całą piwnicę, aby stając na niej dosięgnąć lustra. Świętej pamięci Arnold Harper powiesił je na dwóch wielkich mosiężnych hakach, mocno wkręconych w belki podłogowe znajdującego się na górze saloniku. Martin delikatnie opuścił lustro, uważając, aby nie stuknąć złoconą ramą o podłogę. Było przeraźliwie ciężkie i zanim ostrożnie ułożył je na ziemi, spocił się cały. Pani Harper obserwowała go z dobrotliwym uśmiechem, nie przejawiając żadnej chęci pomocy.

– Co za cudowna rzecz, prawda? – zagadnęła, przeglądając się w nim i strosząc napuszoną fryzurę. – Teraz już się nie robi takich luster.

Martin stwierdził, że nie jest dość silny na to, by podnieść lustro i wnieść po schodach, opatulił zatem jeden z boków pokrowcem i przeciągnął je po podłodze. Następnie, zdyszany, krok po kroku wwindował je po drewnianych schodach aż do holu. Prawie pięć minut zajęło mu wmanewrowanie go przez piwniczne drzwi do kuchni. Pani Harper stała w połowie schodów i patrzyła, nadal nie oferując pomocy. Martin niemal żałował, że kupił ten przeklęty przedmiot. Ręce drżały mu z wysiłku, na jednym policzku rozmazał sobie brud. Brakło mu oddechu.

– Jeśli pan chce, może pan podprowadzić wóz tu pod dom – zaproponowała pani Harper. Był to jej jedyny wkład. Martin skinął głową, nadal opierając się o jedną z kuchennych szafek.

– Przyjmie pani czek? – zapytał.

– Oczywiście. Tak długo, jak ma pan pokrycie. To w końcu pieniądze, prawda? Tak mawiał Arnold.

Po kolejnych dziesięciu minutach Martin zdołał przewlec lustro przez drzwi kuchenne i wpakować je na tylne siedzenie mustanga. Pani Harper zgodziła się, aby pożyczył pokrowiec do osłony lustra, pod warunkiem wszakże, że natychmiast go odwiezie.

– Obiecuję – przyrzekł jej. – Oddam go jak najszybciej.

Gdy powoli zjeżdżał Hillside w dół, pani Harper stała na schodach i machała mu czekiem. Spoglądając na nią we wstecznym lusterku, pomyślał, że jak na kogoś, kto właśnie sprzedał kosztowny antyk po okazyjnie niskiej cenie, wyglądała na nieco zbyt zadowoloną. Prawdopodobnie zażądała dwa razy więcej, niż to lustro było warte w rzeczywistości.

Mimo wszystko był teraz właścicielem autentycznego lustra, które ozdabiało kiedyś kominek Boofulsa. Może przyniesie mu szczęście. Nucąc „Kwiaty Tuscaloosy”, wolno wiózł swój kosztowny zakup na Franklin Avenue.

Pan Capelli wrócił już do domu i pomógł Martinowi wnieść lustro na górę. Był człowiekiem niewysokim i krągłym, o łysej głowie i okularach, które wyglądały, jakby je zrobiono z dwóch szklanych korków.

– Nie powinienem nosić nawet koszyka z zakupami – mamrotał do siebie. – Mój lekarz mnie zabije.

– Panie Capelli, nie ma pan pojęcia, jak bardzo jestem panu wdzięczny – powiedział Martin. – To lustro należało niegdyś do Boofulsa. Naprawdę. Wisiało nad kominkiem w jego saloniku w Bel Air.

Pan Capelli, krzywiąc usta, przyjrzał się uważnie niesionemu przedmiotowi.

– To było własnością Boofulsa? Właśnie to lustro?

– Dokładnie to. W dodatku kiedy jego babka zabijała go, to właśnie lustro prawdopodobnie odbijało całą tę scenę.

Pan Capelli wzdrygnął się.

– Niedobrze. Nie powinieneś trzymać u siebie czegoś takiego.

– To przecież tylko lustro, panie Capelli.

– Teraz tak mówisz. Ale wiesz, co u nas, na Sycylii, zawsze robiła moja babka? Kiedy tylko ktoś umarł, szła do jego domu i tłukła wszystkie lustra. To dlatego, że ilekroć spogląda się w lustro, zabiera ono malutką, maciupeńką część duszy. Zatem aby czyjaś dusza mogła po śmierci w całości powędrować do nieba, należy koniecznie zbić wszystkie lustra należące do tej osoby, uwalniając w ten sposób to, co ukradły jej, kiedy jeszcze żyła.

Martin wsunął ręce w kieszenie dżinsów i uśmiechnął się.

– Jak się nazywa ta słynna włoska wędlina? – zapytał.

– Mortadela – odparł pan Capelli.

– Nie, nie, ta druga. Taka duża, gładka.

– Mielonka.

– Właśnie! Takie mielenie językiem.

– Hej! Nie mów do mnie w ten sposób! – warknął pan Capelli. – A może chcesz jeszcze raz wnosić to sam na górę?

– Już dobrze, przepraszam. – Martin położył dłoń na ramieniu gospodarza. – Naprawdę świetnie będzie wyglądało. Mieszkanie wyda się dwa razy większe.

– Hmm – odparował tamten. – Może powinienem podwoić ci czynsz.

Dokładnie w tym momencie wnuczek pana Capellego, Emilio, wybiegł z mieszkania gospodarzy, żeby sprawdzić, co to za hałas na schodach. Chłopiec miał pięć lat, proste czarne włosy, oliwkową cerę i wielkie oczy, jakby żywcem wzięte z sentymentalnego obrazka przedstawiającego smutne szczenię. Gdy tylko stwierdził, że niosą lustro, zaczął stroić do niego miny.

– Dużo lepiej – skomentował Martin, kiedy Emilio zrobił zeza i palcem rozpłaszczył nos.

– Hej, mówisz do mojego wnuka – zaprotestował pan Capelli. – To przystojny chłopak.

– Tylko dlatego, że nie wrodził się we własnego dziadka – zripostował Martin, szczerząc zęby.

– Potrójny czynsz!

– Uważaj, Emilio – ostrzegł Martin – to lustro jest naprawdę ciężkie. Nie chcesz chyba, żeby cię zgniotło.

– A właśnie, że chcę! – odparł zuchwale Emilio.

– To się da zrobić – wymamrotał Martin.

Gdy pan Capelli poszedł do siebie, Martin delikatnie zdjął wszystkie Boofulsowskie zdjęcia i wycinki, po czym hałaśliwie podciągnął lustro do ściany przy biurku. Po bokach odkrył cztery metalowe wkręty, po dwa z każdej strony, służące niegdyś do dokładnego zamocowania lustra na ścianie nad kominkiem. Martin pogrzebał w szufladzie, aż wreszcie znalazł cztery dwucalowe śruby i z pół tuzina gwoździ. Jane zabrała jego elektryczną wiertarkę, ale ściana była dość miękka, toteż udało mu się wydłubać w gipsie cztery dziury za pomocą śrubokrętu.

Prawie godzinę zajęło mu umocowanie lustra. Kiedy wreszcie zawisło na swoim miejscu, cofnął się i spojrzał na nie z podziwem, ani przez chwilę nie żałując tego, iż wydał na nie całe swoje oszczędności, nawet jeśli pani Harper oszwabiła go na dwieście czy trzysta dolarów. Warto było. Ze swą złoconą ramą i lśniącą powierzchnią dodawało mieszkaniu jakby nowego wymiaru, przestrzeni i światła.

Nalał sobie kieliszek wina i usiadł za biurkiem. Oto zdolny młody scenarzysta, zakładający kartkę papieru do maszyny. Zdolnymłody scenarzysta, który nadaje właśnie kształt następnej serii „Drużyny A”.

Pracował przez całe popołudnie. Słońce powoli zniżało się na niebie, cal po calu wyślizgując się z pokoju, oświetlając sąsiedni budynek. W końcu promienie dotykały już tylko czubków najwyższych palm na ulicy.

B. A.: Przysięgam, że jeżeli ten świr nie przestanie, rozerwę go na strzępy.

Hannibal: Daj spokój, B.A., rozmawiamy tu o współpracy. Ramię przy ramieniu.

Było dobrze po siódmej, gdy Martin wyłączył maszynę i wyprostował się na krześle. Wiedział, że będzie musiał przerobić scenę, w której Hannibal przebiera się za mnicha, poza tym jednak właściwie skończył. Szczególnie zadowolony był z fragmentu, gdzie Murdock zaczyna żonglować kulami bilardowymi, a B.A. niechętnie przyłącza się do niego. Nabazgrał w notatniku: „Czy Mister T. potrafi żonglować? Jeśli nie, to czy da się go nauczyć? Czy istnieją dobrzy czarni żonglerzy? Muszą być jacyś! A co, jeśli nie? Czy jakiś biały żongler będzie mógł przyczernić ręce i stanąć za jego plecami?”

Nalał sobie kolejny kieliszek. Może jego szczęście miało się jednak odwrócić. Może coś z powodzenia Boofulsa wypromieniuje z jego lustra i pobłogosławi robotę Martina. Uniósł kieliszek i patrząc na swoje odbicie, powiedział na głos:

– Na zdrowie!

I właśnie wtedy ujrzał w lustrze biało-niebieską dziecinną piłkę, która wpadła przez otwarte drzwi, potoczyła się po podłodze i zamarła na środku pokoju.

Spojrzał na nią, wstrząśnięty, czując ten sam dreszcz, jak wcześniej, gdy zobaczył panią Harper unoszącą się w powietrzu.

– Emilio? – zawołał. – Czy to ty?

Nie było odpowiedzi. Martin odwrócił się i ponownie zawołał:

– Emilio!

Wstał z krzesła z zamiarem podniesienia piłki, ale jeszcze w trakcie tej czynności zorientował się, że już jej tam nie ma.

Marszcząc brwi, podszedł do drzwi i uchylił je szerzej. Korytarz był pusty, drzwi frontowe zamknięte na klucz.

– Emilio, co ty u diabła wyprawiasz?

Zajrzał do sypialni. Nikogo. Pootwierał nawet szafy. Nic, tylko brudne koszule i szorty, oczekujące prania, oraz rakieta tenisowa, która domagała się zmiany naciągu. Sprawdził w łazience, potem w kuchni. Nie licząc jego samego, mieszkanie było puste.

– Halucynacje – rzekł do siebie. – Chyba zaczynam się sypać.

Wrócił do pokoju stołowego i podniósł swój kieliszek. I zastygł, ustami prawie dotykając szkła. W lustrze biało-niebieska piłka wciąż tam była, na środku podłogi, w tym samym miejscu, co poprzednio.

Martin przyglądał się jej przez chwilę, po czym szybko obejrzał się na prawdziwy pokój. Ani śladu piłki. Ale przecież była tam, w odbiciu, doskonale widoczna i całkiem normalna.

Ostrożnie ruszył naprzód. Obserwując swe odbicie w lustrze schylił się i spróbował podnieść piłkę, lecz w prawdziwym pokoju nic tam nie było, w lustrzanym zaś jego ręka po prostu przeszła przez nią, jakby była całkowicie niematerialna.

Trzy lub cztery razy starał się uchwycić piłkę i machał ręką dokładnie w miejscu, gdzie powinna się znajdować. Dalej nic. Najdziwniejsze jednak było to, że gdy uważnie obserwował odbicie swej ręki, wydało mu się, jakby to nie piłka była złudą, a jego własne palce – jakby piłka była prawdziwa, a jego lustrzane odbicie jedynie zjawą.

Podszedł tuż do zwierciadła i dotknął jego powierzchni. Nie było w niej nic niezwykłego. Po prostu chłodne szkło. A jednak piłka ciągle tam leżała, niezależnie od tego, czy było to złudzenie, gra światła czy cokolwiek innego. Wpatrzony w nią usiadł na krześle. Dalej nie chciała zniknąć.

Po półgodzinie wstał i udał się do łazienki wziąć prysznic. Kiedy wrócił, piłka nadal tam była. Nie spuszczając z niej wzroku, skończył wino. Oznaczało to porannego kaca, teraz jednak nie miał zamiaru się tym przejmować.

– Czym ty u diabła jesteś? – zapytał piłkę.

Przycisnął policzek do lustra po lewej stronie, starając się zajrzeć w odbity korytarz, sprawdzić, czy może nie różni się od oryginału. „Dom po Drugiej Stronie Lustra” – pomyślał. Wraz z tą myślą powróciły do niego wszystkie dziecięce strachy. Czy gdyby można było przejść przez lustro, korytarz byłby taki sam? Czy był tam zupełnie inny świat, nie po prostu odwrócony, ale niepokojąco odmienny?

Na półce z książkami stał zaczytany egzemplarz „O tym, co Alicja odkryła po Drugiej Stronie Lustra”, który dostał od Jane w czasach ich pierwszych spotkań. Wyjął go teraz i otworzywszy, niemal natychmiast odnalazł na wpół zapomniane słowa.

Alicja spoglądała w zwierciadło nad kominkiem w salonie i zastanawiała się nad tym, jak wygląda pokój, który widać po drugiej stronie.

Jest zupełnie taki sam jak nasz salon, tylko że wszystkie rzeczy stoją po przeciwnej stronie. Mogę go obejrzeć w całości, kiedy wejdę na krzesło… nie widzę tylko tego kącika, tuż za kominkiem. Och! Och, jak bardzo chciałabym zobaczyć ten kącik! Tak bardzo chciałabym wiedzieć, czy mają oni tam zimą ogień na kominku: nie można tego stwierdzić, wiesz, chyba że nasz kominek zacznie dymić, a wtedy dym zaczyna kłębić się i w tamtym pokoju… ale to może być przecież tylko na niby, żeby wyglądało, że oni też tam mają ogień. No cóż, książki podobne są tam do naszych książek, tyle tylko, że słowa biegną w złym kierunku; wiem o tym, bo przyłożyłam jedną z naszych książek do lustra, a wtedy oni w tamtym pokoju też to zrobili z jedną ze swoich. Ale, och, Kiciu! Oto jest korytarz. Jeśli otworzysz drzwi naszego salonu, zobaczysz malusieńki skrawek korytarza w Domu po Drugiej Stronie Lustra: i jak głęboko wzrok sięga, jest on bardzo podobny do naszego korytarza, tylko, wiesz, tam dalej może być zupełnie inny[1].

Martin zamknął książkę. Piłka ciągle tam była. Przez długi czas stał tak, wpatrując się w nią, po czym zgasił lampę na biurku i pokój pogrążył się w całkowitym mroku. Odczekał chwilę i znów zapalił światło. Piłka w lustrze nadal tkwiła w miejscu.

– Cholera – powiedział i po raz pierwszy w życiu poczuł, że przytrafia mu się coś, nad czym nie ma żadnej kontroli.

Gdyby mu naprawdę zależało, mógłby sprawić, aby Jane do niego wróciła – a przynajmniej tak sądził. Gdyby pisał wszystkie idiotyczne scenariusze, jakie starał się mu wcisnąć Morris, mogłoby lepiej mu się powodzić. Ale zawsze był w stanie sam o takich sprawach decydować. Ta piłka to zupełnie co innego. Przedmiot, który istniał jedynie jako odbicie w lustrze, a nie w rzeczywistości?

– Cholera – powtórzył. Zgasił światło i ciężkim krokiem skierował się do sypialni. Zrzucił czerwony flanelowy szlafrok i nagi wgramolił się na kozetkę. Już miał zgasić boczną lampkę, kiedy naszła go pewna myśl. Poczłapał z powrotem do pokoju stołowego i zamknął drzwi. Jeżeli coś było nie w porządku z tym lustrem, nie chciał, by coś z niego wylazło i rzuciło się na niego w środku nocy.

To irracjonalne, zgoda; był jednak zmęczony i trochę pijany, i dawno już minęła północ.

Naciągnął kołdrę aż pod brodę, choć i tak było mu za gorąco, i spróbował zasnąć.

Zbudził go dźwięk brzmiący jak śmiech dziecka. Uniósł głowę nad poduszką i pomyślał: „Przeklęty Emilio! Czemu te dzieciaki zawsze muszą zrywać się o bladym świcie?”. Wtedy jednak ponownie usłyszał ten śmiech. Zdecydowanie nie dochodził on z dołu. Wydawało się, że dobiega z jego własnego pokoju stołowego.

Usiadł na łóżku, wstrzymując oddech, nasłuchując. Znowu. Głos śmiejącego się chłopca. Słychać też jednak było dziwne echo, jakby dziecko śmiało się w dużej pustej sali. Martin spojrzał na zegarek wbudowany w radio. Do świtu jeszcze daleko: była 3.17 nad ranem.

Zapalił światło, mrugając gwałtownie oczami nieprzywykłymi do jaskrawego światła. Znalazł swój szlafrok i wcisnął go na siebie na lewą stronę, tak że zamiast przewiązać, musiał cały czas podtrzymywać go ręką. Nadstawiając uszu, podszedł do drzwi pokoju stołowego.

Nasłuchiwał prawie przez minutę, po czym spytał sam siebie: „Czego się boisz, frajerze? To twoje własne mieszkanie, twój własny pokój, a jedyne, co słyszysz, to dziecko”.

Oblizał wargi i otworzył drzwi do pokoju. Natychmiast sięgnął do wyłącznika i zapalił główne światło, kierując jednocześnie wzrok na lustro.

Nie było tam nikogo, żadnego roześmianego chłopca. Tylko on sam, wymięty i blady, w szlafroku na lewą stronę. Tylko biurko i maszyna, półka z książkami i zdjęcia Boofulsa.

Wolno podszedł do lustra. Dostrzegał zaledwie jedną zmianę, choć nawet przed sobą nie mógłby tego udowodnić. Biało-niebieska piłka zniknęła.

Spojrzał na lustrzane drzwi, do połowy otwarte, i kawałeczek korytarza za nimi. I jak głęboko wzrok sięga, jest on bardzo podobny do naszego korytarza, tylko, wiesz, tam dalej może być zupełnie inny.

„Jak inny?” – pomyślał Martin, czując suchość w ustach. Jak inny? Bo jeśli do odbitego pokoju wpadła w podskokach piłka, to musiał też być ktoś, kto ją rzucił; a jeśli zniknęła, to znaczy, że podczas jego snu ktoś musiał wejść do pokoju i ją zabrać.

– O Boże – przełknął ślinę. – Boże, spraw, żeby to nie był Boofuls.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1]Ten i następne cytaty z „O tym, co Alicja odkryła po Drugiej Stronie Lustra” w przekładzie Macieja Słomczyńskiego.