Zwiadowcy: Wczesne lata 2. Bitwa na wrzosowiskach - John Flanagan - ebook

Zwiadowcy: Wczesne lata 2. Bitwa na wrzosowiskach ebook

John Flanagan

4,7

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Drugi tom cyklu „Zwiadowcy: Wczesne lata”.

Kiedy Morgarath ucieka, aby uniknąć kary za zdradę – wielki niepokój pojawia się w Araluenie. Zwiadowcy wiedzą, że będzie planował swój kolejny ruch, a pogłoski mówią o tworzeniu brutalnej armii, wspieranej przez bestialskich wargalów. Nowo wybrany król Duncan, musi przygotować się na wojnę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Ranger’s Apprentice. The Early Years. The Battle of Hackham Heath

First published by Random House Australia 2016

This edition published by arrangement withRandom House Australia Pty Ltd

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Copyright © John Flanagan 2016

All rights reserved.

Redakcja: Anna Pawłowicz, Ewa Holewińska

Korekta: Elżbieta Śmigielska

Skład i łamanie: Ekart

ISBN 978-83-7686-532-4

Cover illustration by Jeremy Retson

Cover design ©by www.blacksheep-uk.com

Map by Mathematics

Copyright for the Polish edition © 2016 by Wydawnictwo Jaguar

Książka dla czytelników 11+

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek

konwersja.virtualo.pl

Dla Leonie – ponownie

W tunelu było ciemno, duszno i wilgotno.

Chociaż Halt nie był wysoki, musiał się garbić podczas marszu, a jego ramiona zaczepiały o surowe ściany z nieoszalowanej gliny. Migocząca lampa trzymana przez prowadzącego ich górnika świeciła słabym żółtym światłem, które rzucało groteskowe cienie.

– Jak głęboko pod ziemią jesteśmy? – zapytał idący z tyłu Crowley. Gęste i ciężkie powietrze w tunelu wydawało się tłumić jego głos, Halt słyszał w nim jednak nerwową nutę. Crowley, podobnie jak Halt, nie lubił ciasnych, zamkniętych przestrzeni, takich jak ta, wolał czyste powietrze lasów i pól na powierzchni ziemi. Nie potrafił pojąć, jak górnicy mogą pracować w takich warunkach.

Górnik odwrócił się do nich.

– Jakieś pięć metrów – powiedział. – Schodzimy w dół od wejścia do tunelu. Już niedaleko.

Jego słowa sprawiły, że Halt poczuł przytłaczający ciężar ziemi i gliny nad sobą. Pierś zacisnęła mu się, miał trudności z oddychaniem. Poczuł, że serce zaczęło mu bić szybko, więc zwolnił, oddychając powoli i głęboko, żeby zmusić spięte kończyny i ciało do odprężenia się. Im szybciej się stąd wydostaną, tym lepiej dla niego. Crowley, który nie zauważył, że Halt się zatrzymał, wpadł na niego od tyłu i mruknął przeprosiny.

– Uważajcie na szalunek – powiedział szorstko górnik, wskazując drewniane podpory, które podtrzymywały ściany i sklepienie korytarza. – Jeśli przewrócicie którąś z tych belek, wszystko może nam spaść na głowy.

Dwaj zwiadowcy ruszyli dalej, aż do przesady pilnując, by nie potrącić żadnej drewnianej belki. Haltowi wydawało się, że w oddali słyszy ciche stukanie metalu o skałę. Przez chwilę myślał, że to tylko jego wyobraźnia, ale górnik potwierdził jego przypuszczenia.

– Chłopcy pracują – powiedział. – Słyszycie to? Poszerzają komorę pod murami.

Ruszył dalej, a oni pospiesznie podążyli za nim, by nie pozostać poza niewielkim kręgiem światła lampy. Stukanie stało się głośniejsze. Nie brzmiało to jednak, jakby ktoś przykładał się energicznie do pracy, i Halt wspomniał coś o tym.

Górnik roześmiał się ponuro.

– Nie można tak po prostu walić kilofem – oznajmił – bo spowoduje się osunięcie ziemi. Pracujemy powoli i równo.

Halt dostrzegł mały krąg żółtego światła. W miarę jak szli, światło stawało się coraz większe i jaśniejsze. W końcu znaleźli się w poszerzonej komorze, której ściany rozchodziły się pod kątem prostym do tunelu. Była gęsto podparta drewnianym szalunkiem i ciągnęła się jakieś cztery do pięciu metrów w każdą stronę, tworząc rozgałęzienie w kształcie litery T.

Sklepienie było tu wyższe, co najmniej na metr ponad głową Halta. Odetchnął z ulgą i wyprostował się, rozciągając przykurczone mięśnie pleców i ramion. Usłyszał, że Crowley robi to samo.

– Jesteśmy pod murami? – zapytał dowódca zwiadowców.

Górnik skinął głową i wskazał potężny granitowy blok widoczny w glinianym sklepieniu jednego z bocznych tuneli. Głaz był wyrównany i widać było, że został ociosany ludzką ręką. Wokół i pod spodem ustawiono podpierające go belki.

– To część fundamentów – powiedział mężczyzna. Podniósł lampę wyżej i zobaczyli, że rząd ociosanych głazów ciągnie się wzdłuż komory, w której stali. Kolejne belki podtrzymywały je na miejscu.

Stukanie, które stało się wyraźnie głośniejsze, od kiedy weszli do komory, ucichło teraz i z cienia po lewej stronie wyłoniła się przygarbiona sylwetka. Halt pomyślał, że nie ma powodów, by się tu garbić. Mieli mnóstwo miejsca nad głowami. Ale być może było to przyzwyczajenie płynące z długiej praktyki i wielu lat spędzonych pod ziemią w kopalniach i tunelach.

Nowo przybyły zatrzymał się i skinął ich przewodnikowi na powitanie. Potem poświęcił kilka sekund, by przyjrzeć się z ciekawością dwóm zwiadowcom. Wiedział, kim są – wiedzieli to wszyscy górnicy – ale pod ziemią był raczej przyzwyczajony do widoku innych górników i kopaczy, ubranych w skórzane fartuchy i kaptury, chroniące ich ubrania przed błotem i ziemią. Ci dwaj, w szaro-zielonych cętkowanych pelerynach, z bronią przypiętą do pasa, stanowili tu na dole nie lada atrakcję.

– Dzień dobry, Alwyn – powiedział. – Witam z rana, zwiadowcy.

Halt i Crowley wymamrotali odpowiedź, chociaż Halt nie miał pojęcia, jak ktokolwiek mógł zdawać sobie sprawę z upływu czasu i pory dnia w takim miejscu.

– Dzień dobry, Dafydzie. Skończyliście? – upewnił się przewodnik.

Zapytany skinął kilka razy głową.

– Już kończymy. Jeszcze trochę kopania i szalowania, jakieś piętnaście minut. Potem zaczniemy przynosić opał.

Komora, w której się znajdowali, miała znacznie więcej podpór niż tunel, którym tutaj doszli. Halt założył, że to dlatego, iż sam tunel był niski i wąski, a poza tym owalny w kształcie, co czyniło ściany naturalnie mocniejsze. Tutaj, gdzie otwarta przestrzeń była większa, potrzebne było więcej belek i podpór, by podtrzymywać sufit i potężne głazy w fundamentach murów ponad nimi. Górnicy odsłonili je wzdłuż komory. Gdy się nad tym zastanawiał, poczuł ucisk w piersiach i na moment ogarnął go irracjonalny lęk. Wiedział, że jeśli szybko nie zapanuje nad tym uczuciem, zmieni się ono w panikę – ślepą, osłabiającą go panikę. Ponownie zmusił spięte ciało, by się odprężyło, zaczynając od palców, dłoni i ramion, a następnie pozwalając, by uczucie relaksu rozprzestrzeniło się po jego ciele. Odetchnął głęboko i zwolnił tempo oddychania. Czuł, że serce zaczyna odrobinę mniej łomotać mu w piersi.

– Nie mam pojęcia, jak można do tego przywyknąć – mruknął do Crowleya.

Alwyn prychnął krótkim śmiechem.

– Spędzisz życie w kopalniach, to przestaniesz się tym przejmować. – Wskazał komorę, w której stali. – Zacząłem schodzić pod ziemię, kiedy miałem dziesięć lat – wyjaśnił. – To miejsce jest dla mnie jak wielka łąka.

– Też mi łąka – mruknął pod nosem Crowley, potrząsając głową.

Alwyn uniósł brwi. Wiedział, że większość ludzi odczuwa lęk w tunelach, ale on i jego koledzy byli do nich przyzwyczajeni. Jeśli tylko tunel został prawidłowo wykopany i dobrze podparty, nie istniało żadne niebezpieczeństwo. Wskazał swoim towarzyszom fundamenty.

– Spiętrzymy tutaj chrust i drewno opałowe – wyjaśnił. – Potem podpalimy i w ten sposób zniszczymy szalunek i podpory. A wtedy siły natury wystarczą, żeby część muru bezpośrednio nad tym miejscem zawaliła się do tunelu. Kiedy to się stanie, otaczająca zniszczony mur konstrukcja także runie.

– Kto zapali ogień? – zapytał Crowley. On i Halt otrzymali zadanie zniszczenia Zamku Gorlan, ale miał nadzieję, że ta odpowiedzialność nie nakłada na niego obowiązku osobistego rozniecania ognia. Alwyn szybko rozwiał jego obawy.

– Najlepiej będzie, jeśli ja to zrobię – powiedział. – Kiedy ogień zacznie płonąć, pojawi się mnóstwo dymu. Łatwo zgubić drogę i zabłądzić. Ja jestem do tego przyzwyczajony, więc ja się tym zajmę.

– To dobrze – oznajmił Crowley, a ulga w jego głosie była aż za dobrze słyszalna.

– To będzie bardzo widowiskowe – oświadczył Alwyn. – Oczywiście przez dłuższą chwilę będzie się wydawać, że nic się nie dzieje. Potem mury zaczną osiadać, w zaprawie pojawią się szczeliny i wszystko runie.

– Chyba wolałbym być na powierzchni, gdy to nastąpi – powiedział Halt.

Alwyn spojrzał na niego bez cienia rozbawienia.

– Zdecydowanie tam należy wtedy być. A teraz przestańmy przeszkadzać i pozwólmy, by chłopcy przynieśli i rozmieścili chrust oraz drewno.

Halt i Crowley wymienili spojrzenia. Zrozumieli, że ci ludzie znają się na swojej robocie. Nie miało sensu, żeby zostawali tutaj i obserwowali podkładanie chrustu. W takich przypadkach należało zostawić robotę innym.

– Wracajmy na powierzchnię – powiedział Halt, a Crowley gestem poprosił Alwyna, by ich poprowadził.

Kilka minut później wyszli na jasne światło słońca, otrząsając z peleryn wilgotną glinę i ziemię i mrużąc oczy nieprzyzwyczajone do takiego blasku po ciemnościach w tunelu.

Świeże leśne powietrze stanowiło miłą odmianę po parnym, pylistym powietrzu, jakim oddychali pod ziemią: przesyconym wonią mokrej gliny i świeżej ziemi, a także cuchnącym dymem z lamp olejowych.

Crowley popatrzył w lewo, a następnie w prawo, wypatrując miejsc, gdzie zostały wykopane dwa pozostałe tunele.

– Czy powinniśmy obejrzeć także tamte tunele?

Alwyn potrząsnął głową.

– Nie różnią się od tego.

Crowleyowi wyraźnie ulżyło.

– A co z wieżą? – zapytał, wskazując smukłą i wysoką basztę, otoczoną zamkowymi murami. – Czy zostanie potraktowana tak samo?

– Nie ma potrzeby kopać tam tunelu – wyjaśnił Alwyn. – Podłożymy w niej ogień i zostawimy, żeby się palił. Gdy spłoną belki podtrzymujące sufity i podłogi, konstrukcja zostanie osłabiona. – Odwrócił się i wskazał stojącą dwadzieścia metrów za nimi katapultę, przycupniętą jak złowrogie pradawne zwierzę. Jej długie ramię miotające wznosiło się ponad nimi.

– Potem strzelimy kilka razy z tej piekielnej machiny. Parę solidnych głazów uderzających w osłabioną konstrukcję powinno ją elegancko zawalić.

– Elegancko? Dziwny dobór słów. – Crowley popatrzył na zamek z lekkim smutkiem. – To piękna budowla – powiedział cicho. – Prawdziwa szkoda, że trzeba ją zniszczyć.

Kiedy Morgarath, dawny baron lenna Gorlan wycofał się na południe po nieudanej próbie przejęcia władzy w królestwie, książę Duncan nakazał zburzenie jego zamku, by zbuntowany baron nie miał oczekującej na niego siedziby.

– Nie jest piękna – odparł Halt. – To złowrogie miejsce, w którym działy się złe rzeczy. Z przyjemnością zobaczę, jak zostaje zniszczone. Oddajecie nam przysługę – dodał, zwracając się do Alwyna.

Górnik wzruszył ramionami. On i jego koledzy zostali wypożyczeni Duncanowi przez króla ościennej Celtii, gdzie wiedli pełne trudu życie, wydzierając z głębin ziemi srebro i cynę.

– Praca to praca – powiedział. – Ucieszymy się, jak już będziemy mogli wracać do domów. – Odwrócił głowę i spojrzał na wyloty dwóch pozostałych tuneli. – Wygląda na to, że oni także szykują się do podłożenia ognia.

Zwiadowcy spojrzeli w tę samą stronę. U wylotu obu tuneli zobaczyli mężczyzn, którzy ubrani w poplamione błotem skórzane ubrania, jakie nosili wszyscy górnicy, transportowali pod ziemię wiązki szczap i chrustu. Tuż obok trzecia grupa zaczęła wnosić podobne wiązki do tunelu, z którego właśnie wyszli zwiadowcy.

– Dajcie nam godzinę, żeby wszystko przygotować – powiedział Alwyn. – Potem podłożymy ogień.

Zachowywał się dość chłodno. Zgodnie z poleceniem zaprowadził wysoko postawionych gości do tunelu. Zmarnował na to dobrą godzinę, więc teraz nie mógł się doczekać, żeby wziąć się znowu do pracy, zwalić mury Zamku Gorlan i wracać do domu.

– W takim razie możemy coś zjeść – stwierdził Crowley, ruchem głowy wskazując małe obozowisko, które on i Halt rozłożyli poprzedniego dnia.

– Proszę bardzo – powiedział Alwyn. – Ja zajmę się przygotowaniami do podpalenia wieży.

Obaj zwiadowcy skierowali się do obozowiska. Kiedy tam szli, Crowley machinalnie strzepnął zaschniętą glinę, która przyczepiła mu się do peleryny na ramieniu.

– Chyba trzeba mieć szczególne cechy charakteru, by zostać górnikiem – stwierdził, nadal myśląc o ciemnym, dusznym tunelu, w którym dopiero co byli.

Halt uśmiechnął się ponuro.

– Podejrzewam, że to samo mówi się o zwiadowcach.

Dwaj zwiadowcy siedzieli przed małymi jednoosobowymi namiotami i przeszukiwali swoje zapasy. Był wśród nich świeży bochenek chleba, który dostali od kucharza górników rano, i reszta kurczaka, którego jedli poprzedniego wieczoru. Ognisko nadal się paliło – rano dorzucili do niego węgle, aby nie zgasło. Halt przebudził je za pomocą kilku gałązek i drobnych szczap, a potem postawił poobijany dzbanek do kawy na żarze koło ognia, by zagotować wodę.

Gdy woda już wesoło bulgotała, wrzucił do dzbanka kilka garści kawy i odsunął go od ognia, żeby się zaparzyła. Tymczasem Crowley szybko pociął kurczaka saksą, rozkładając kawałki na dwa drewniane talerze.

– Chciałbyś nóżkę? – zapytał.

Halt skinął głową. To był jego ulubiony kawałek kurczaka.

– To masz pecha. Została jedna i to ja ją wezmę.

Halt spojrzał na niego z ciekawością.

– W takim razie po co pytałeś?

Crowley wzruszył ramionami.

– Istniała szansa, że odmówisz, a wtedy będę się wydawał wspaniałomyślny.

Halt potrząsnął głową.

– To mało prawdopodobne. – Wziął talerz, który podał mu Crowley, pełen kawałków z piersi i udźca kurczaka. Crowley podniósł pojedynczą nóżkę ze swojego talerza i wbił w nią zęby.

– Nóżka to najsmaczniejsza część kurczaka – oznajmił radośnie.

Halt spiorunował go wzrokiem.

– Nie musisz się tak przechwalać – powiedział. Szczerze mówiąc, mięso kurczaka, które właśnie jadł, było przepyszne. Idealnie upieczone, wilgotne i soczyste. Ale miałby ochotę na nóżkę. Oderwał kawałek chleba i owinął nim gruby pasek mięsa z piersi. Zjadł kilka dużych kęsów, a potem nalał sobie kawy, dodając szczodrze miodu do ciemnego, aromatycznego napoju. Wypił łyk i westchnął.

– To dopiero życie – powiedział. – Dobre jedzenie, piękna pogoda, a my możemy siedzieć na słońcu i patrzeć, jak inni ciężko pracują.

– Tak, to ma swój urok – przyznał Crowley. – Powiedziałbym, że zdarzały nam się cięższe czasy.

Halt skinął głową. Ostatni rok był trudny, a niebezpieczeństwo groziło im ze wszystkich stron. Jego kulminacją była konfrontacja w tym miejscu, pod Zamkiem Gorlan, w której Duncan w końcu zdołał poskromić ambicje Morgaratha. Halt rozglądał się teraz po spokojnej okolicy, nasłuchiwał brzęczenia pszczół w kwiatach i lekkiego wiatru szeleszczącego w koronach drzew.

Pomyślał, że pokój to czas, który należy cenić i którym należy się cieszyć. Potem zmarszczył brwi, przypominając sobie, że ten pokój zostanie lada moment zniszczony, gdy tylko Morgarath odbuduje swoją armię. Po ucieczce z Zamku Gorlan, w którym był oblegany przez Duncana i grupę lojalnych wobec władcy baronów, Czarny Lord lenna Gorlan zniknął w Górach Deszczu i Nocy, które strzegły urwistego, nieprzyjaznego i niedostępnego płaskowyżu na południowo-wschodnim krańcu królestwa. Na płaskowyż prowadził wąski i zdradliwy szlak przez Wąwóz Trzech Kroków. To przejście zostało zablokowane przez ludzi Morgaratha, tak że Aralueńczycy nie mieli pojęcia, co on planuje.

– Jak myślisz, kiedy Morgarath wykona następny ruch? – zapytał Halt.

Crowley przerwał jedzenie i spojrzał na zwiadowcę.

– A zamierza wykonać następny ruch?

– Ludzie tacy jak Morgarath zawsze wykonują następny ruch. Nie zadowoli się siedzeniem w górach przez resztę życia. Nienawidzi Duncana. I mnie. I ciebie.

– Ma ogromny talent do nienawidzenia ludzi. Ale wydaje mi się, że przez jakiś czas będzie siedział cicho. Po konfrontacji z Duncanem stracił poparcie większości pozostałych baronów. Może by się z tego wyłgał, ale to, że wycofał się do zamku, a potem uciekł, podważyło jego wiarygodność w oczach sprzymierzeńców.

– Nadal są tacy, którzy chcieliby go widzieć na tronie – przypomniał ponuro Halt. – I zdecydowanie zbyt wielu takich, którzy się wahają i czekają, żeby zobaczyć, kto ostatecznie będzie górą.

Crowley skrzywił się, zgadzając się z tym stwierdzeniem, a potem podniósł wzrok.

– Cóż, wygląda na to, że już prawie skończyliśmy – powiedział, wskazując na pół ogryzioną nóżką kurczaka wylot tunelu, przy którym stał Alwyn i machał do nich. – Wydaje się, że Alwyn może już podkładać ogień.

Wyrzucił nóżkę kurczaka w krzaki i wstał, wycierając dłonie o przód kurtki.

Halt powiódł zbolałym wzrokiem za rzuconą kością.

– Tam było jeszcze mnóstwo mięsa – zauważył.

Crowley wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Możesz się poczęstować i je dokończyć.

– Po tym, jak ty je przeżuwałeś? Dziękuję, nie.

Crowley uniósł dłonie w geście poddania.

– Cóż, jeśli nie chcesz, to nie narzekaj.

Halt wstał i potrząsnął głową.

– Chodzi o to, że jeśli zabierasz ostatnią nóżkę kurczaka, twoim świętym obowiązkiem jest zjeść ją. Do końca.

Uśmiech jego przyjaciela zrobił się szerszy.

– Życie jest ciężkie – powiedział bez cienia skruchy.

Halt prychnął i obaj skierowali się do wejścia tunelu, gdzie czekał na nich Alwyn.

– Szybko wam poszło – powiedział Crowley. Czekali niecałą godzinę.

Alwyn wydął wargi.

– Pracujemy szybciej, jeśli nie musimy niańczyć zwiedzających.

Zwiadowcy wymienili rozbawione spojrzenia. Z pewnością to oni byli zwiedzającymi, o których mówił.

– Takt najwyraźniej nie jest cnotą rozpowszechnioną w kopalniach – odparował Halt.

Alwyn popatrzył na niego spokojnie.

– Nie mamy czasu na takt. Zajmujemy się pracą. Tacy właśnie jesteśmy.

– Bardzo słusznie – odparł Crowley. Wskazał wejście do tunelu po prawej. – Jak rozumiem, czerwona flaga oznacza, że są gotowi?

Alwyn skinął głową. Trzy tunele biegły do narożników muru. Oni stali przy środkowym, więc widzieli pozostałe dwa. Przy obu widać było czerwoną flagę, wbitą w ziemię koło wejścia.

– Niedługo podpalimy tunele – powiedział górnik. – Najpierw podłożymy ogień w wieży.

– To rozsądne – przyznał Halt. – Nie chciałbyś być wewnątrz murów, które mogą się zawalić w każdej chwili.

Alwyn mruknął coś, a potem włożył palce do ust i gwizdnął przeraźliwie. Brama była otwarta, a most zwodzony opuszczony, więc zwiadowcy widzieli dolną część wieży warownej. Czekało tam kilku górników z zapalonymi pochodniami. Na sygnał Alwyna wbiegli do budynku. Po kilku minutach wyłonili się ze środka i pobiegli w stronę bramy. W wieży przez pewien czas nic nie było widać, ale potem dym zaczął się wydobywać przez okna i otwory strzelnicze.

Za sobą usłyszeli skrzypienie kół i trzask batów. Odwrócili się i zobaczyli, że zaprzęg wołów ciągnie w stronę murów zamku katapultę. Przywieziono ją z lenna Araluen kilka dni przed ich przyjazdem. Obsługujący ją artylerzyści zatrzymali maszynę w odpowiednim miejscu i zaczęli wyprzęgać woły. Zablokowali koła platformy i obciążyli podstawę katapulty workami z piaskiem, by uzyskać większą stabilność. Potem zaczęli obracać kołowrót, ściągając koniec ramienia miotającego w dół za pomocą napiętych lin.

– Jeszcze trochę potrwa, zanim będziemy tego potrzebować. – Alwyn wyciągnął czerwoną flagę wbitą w ziemię przy wejściu do tunelu i pomachał nią nad głową, aż górnicy przy pozostałych tunelach odpowiedzieli podobnym gestem. Wtedy jeden z jego ludzi wręczył mu zapaloną pochodnię, a Alwyn skierował się do tunelu. Zatrzymał się jeszcze i obejrzał się na dwóch zwiadowców. Na jego twarzy malował się drwiący uśmiech.

– Na pewno nie chcecie iść ze mną?

– Nie. Jako zwiedzający nie chcielibyśmy ci znów przeszkadzać – zapewnił go Crowley, a górnik odwrócił się i zagłębił w tunelu. Migoczące światło pochodni szybko zniknęło w schodzącym pod ziemię korytarzu.

Halt zobaczył, że przy pozostałych tunelach górnicy kładą czerwoną flagę, a potem znikają w głębi ziemi z pochodnią. Rozejrzał się, zobaczył wygodny pieniek i usiadł na nim.

– Nie ma sensu stać – powiedział. – Zakładam, że to trochę potrwa.

Miał rację. Alwyn nie wracał przez ponad dwadzieścia minut. Zwiadowcy wiedzieli, że dojście tunelem do komory, w której zgromadzono drewno na podpałkę, zajmowało siedem do ośmiu minut.

Halt popatrzył w lewo i zobaczył górnika wynurzającego się z tunelu. Mężczyzna znowu wbił czerwoną flagę pionowo, sygnalizując, że skończył pracę. Po kilku minutach ze środkowego tunelu wyszedł kaszlący Alwyn, za którym ciągnęło się pasmo rzadkiego dymu. Popatrzył na flagę łopoczącą przy drugim tunelu i mruknął z zadowoleniem. Wbił własną flagę i wszyscy odwrócili się, żeby obserwować trzeci tunel. Po minucie czy dwóch wyłoniła się z niego sylwetka górnika, a czerwona flaga została wbita na swoje miejsce.

– Teraz poczekamy – oznajmił Alwyn.

Przez jakiś czas wydawało się, że na murach nic się nie dzieje. Co innego w wieży. Ogień buzował teraz z pełną mocą, a płomienie i kłęby dymu buchały przez drzwi i okna.

W końcu Halt zauważył dym wydobywający się spod ziemi w wielu miejscach pomiędzy nimi a zamkiem.

– Otwory wentylacyjne – wyjaśnił Alwyn, który zauważył, na co patrzy zwiadowca. W tym momencie z tunelu po lewej zaczęły buchać kłęby dymu, a po kilku minutach to samo nastąpiło w pozostałych tunelach.

– Ile jeszcze czasu? – zapytał Halt.

Górnik wzruszył ramionami.

– Jeszcze trochę – odparł, co było kompletnie bezużyteczną informacją.

Halt zaczął niecierpliwie spacerować na widok dymu – po chwili jednak usiadł pieńku. Crowley siedział na miękkiej trawie, oparty plecami o młode drzewko.

Dym wydostawał się z tunelu, z każdą minutą coraz gęstszy. Wewnątrz murów zamku pożar ogarnął całą wieżę, przybierając na sile i gwałtowności.

– Przynajmniej tam jest na co popatrzeć – stwierdził Crowley. Mimo ostrzeżeń Alwyna spodziewał się czegoś bardziej widowiskowego w przypadku murów – nie tylko dymu lecącego z tunelu i otworów wentylacyjnych. Przynajmniej po wieży było jasno widać, że coś jest niszczone, że coś w ogóle się dzieje.

– No dalej – mruknął dowódca zwiadowców.

Alwyn spojrzał na niego.

– Bycie górnikiem wymaga cierpliwości – zauważył.

Crowley z irytacją potrząsnął głową.

– Nie jestem górnikiem i nie mam cierpliwości. Chciałbym zobaczyć, jak te mury się walą.

To właśnie nastąpiło, gdy wypowiedział te słowa.

Pod ziemią rozległ się głuchy pomruk. Poczuli go na powierzchni. Potem na murze pojawiła się ogromna szczelina, od nasady do blanków na szczycie, a część ściany zapadła się i zawaliła, gdy fundamenty straciły oparcie.

Szczelina poszerzyła się, mur po obu stronach zaczął się wyginać, pękając najpierw na dwa ogromne kawały, a potem na wiele mniejszych.

Z ogłuszającym łoskotem mur poleciał na zewnątrz, rozsypując się w stertę kamieni. Z przeciwległego rogu usłyszeli donośny trzask i w murze pojawiła się kolejna szczelina. Gdy następny fragment się zawalił, dym z otworów wentylacyjnych zaczął się wydobywać ze zdwojoną siłą.

W tym momencie mur ponad trzecim tunelem zapadł się, popękał i pochylił się na zewnątrz, by runąć z łoskotem przypominającym trzęsienie ziemi. Jeszcze więcej dymu poleciało z tunelu i otworów wentylacyjnych.

W przeciągu kilku minut trzy z czterech ścian muru Zamku Gorlan runęły, rozbijając się na drobne kawałki.

Nad zniszczonym zamkiem, niegdyś ozdobą królestwa, unosiły się chmury pyłu i dymu. W jednej chwili stał przed nimi, potężny i niewzruszony. W następnej runął w gruzy na ich oczach.

– Cóż – powiedział Crowley. – Chyba już po wszystkim.

Wielka sala w Zamku Araluen pulsowała morzem kolorów, świateł i dźwięków. W ogromnym pomieszczeniu płonęły liczne świece, w kinkietach na ścianach, w świecznikach na stołach i w zwisających z sufitu sześciu kandelabrach. Światło było rozszczepiane i odbijane przez wisiorki z kryształowego szkła, zwieszające się z kandelabrów.

W sali musiało być jakieś dwieście osób. Przybyli wszyscy baronowie popierający Duncana, wraz ze swoimi żonami, a także świtą rycerzy, dostojników i towarzyszących im dam.

Przez ostatni rok królestwo Araluen niewiele miało okazji do świętowania. Mimo że Morgarath uciekł przed ramieniem sprawiedliwości i ukrył się w górach, skutki jego intryg rzucały cień na cały kraj. Ojciec Duncana, Oswald, nie odzyskał zdrowia po tym, jak był więziony i głodzony przez Morgaratha. Po ustąpieniu z tronu żył jeszcze dość długo, by doczekać ślubu swojego jedynego syna. Wesele Duncana z lady Rosalind Serenne było jednak skromną uroczystością z powodu pogarszającego się stanu zdrowia Oswalda, a nie wspaniałym świętem, jakie zazwyczaj organizowano z takiej okazji. Na początku roku, w uciążliwym okresie zimna, gdy śnieg na długie tygodnie pokrył kraj, Oswald przegrał walkę z chorobą. Królestwo było pogrążone w żałobie przez ostatnie dwa miesiące, a na Zamku Araluen panowała atmosfera powagi, gdy kolejni baronowie przyjeżdżali, by składać kondolencje.

Teraz jednak nadeszła wiosna i wydawało się, że kolory i życie nareszcie powróciły do Araluenu. Duncan zarządził święto i zaprosił baronów na ucztę, podczas której miało zostać wygłoszone ważne obwieszczenie.

Uroczystości zaczęły się wcześniej, pod zamkiem, na rozciągających się pod murami błoniach, gdzie zgromadziły się setki mieszkańców lenna Araluen – wieśniaków, handlarzy i rzemieślników.

Oficjalna część była krótka. Duncan wygłosił zwięzłą, ale szczerą mowę, z całego serca dziękując poddanym za wsparcie i uczucie, jakim go darzyli. Były one doskonale słyszalne w wiwatach, jakie się rozległy, gdy królowa Rosalind stanęła u boku męża. Młoda królowa była prześliczna, miała dobre serce, a poddani ją uwielbiali. Rosalind miała długie czarne włosy i ciemnobrązowe oczy, w których zawsze kryły się psotne lub rozbawione iskierki. Twarz miała idealnie owalną, z wysokimi kośćmi policzkowymi i pełnymi wargami. U boku Duncana wydawała się drobna – smukła i pełna wdzięku.

Kiedy tłum ucichł, Duncan ogłosił powód do świętowania: królowa Rosalind była w ciąży i królestwo mogło się spodziewać narodzin następcy tronu. Baron Arald z lenna Redmont, jeden z najwierniejszych popleczników króla, dał sygnał do trzech wiwatów dla uczczenia faktu, iż związek Duncana i Rosalind został pobłogosławiony. Zebrany tłum wiwatował tak donośnie, że wypłoszył gnieżdżące się w murach obronnych gawrony, które z krakaniem zaczęły krążyć nad zamkiem.

Po powitaniu okolicznych mieszkańców, którzy przybyli na uroczystość, Duncan i Rosalind obeszli błonia i poprowadzili rycerzy, dostojników i ich damy przez potężną bramę na końcu mostu zwodzonego do wnętrza zamku, gdzie w wielkiej sali przygotowano ucztę.

Gdy dostojni goście zniknęli w zamku, na błoniach postawiono stoły, przytoczono beczki piwa, a nad ogromnymi ogniskami zaczęły się obracać woły i całe prosiaki. Uczta na zewnątrz mogła rywalizować z tą w zamku, jeśli chodziło o doskonałe humory, i z pewnością przewyższała ją pod względem hałasu.

Świąteczny nastrój pozwalał wszystkim odpocząć chwilę i radować się, zaś damy wykorzystały okazję, by zaprezentować swoje kreacje. Suknie tworzyły olśniewającą mieszankę żółci, niebieskiego, czerwieni i zieleni. Biżuteria odbijała światło świec i lśniła na palcach dam, a także na ich szyjach, w postaci wisiorów i naszyjników.

Mężczyźni niewiele im ustępowali przepychem strojów. Baronowie i rycerze nosili paradne zbroje, wypolerowane do blasku, z kolorowymi płaszczami ozdobionymi herbami rodowymi. W barwnym tłumie krążyli służący z tacami zastawionymi pucharami pełnymi wina lub piwa, a także owocowych sorbetów dla tych, którzy nie mieli ochoty na alkohol.

W miarę opróżniania kolejnych pucharów hałas narastał i kumulował się. Im trudniej było usłyszeć sąsiada, tym głośniej ludzie mówili – co sprawiało, że jeszcze trudniej było usłyszeć, co mówili inni, i wymuszało dalsze podnoszenie głosu. Zakładano się, czy pierworodny potomek króla będzie dziewczynką, czy chłopcem. Każde z nich mogło kiedyś zasiąść na tronie, ponieważ Araluen nie miało praw zakazujących kobietom dziedziczenia korony.

Duncan i Rosalind spacerowali w tłumie gości, witając się z tymi, których znali, i kiwając głowami pozostałym, potrząsając dłońmi i przyjmując życzenia pomyślności od swoich poddanych. Duncan był popularnym królem.

Jego matka, królowa Deborah, z uśmiechem na twarzy obserwowała uroczystość z tronu na podeście. Była zadowolona z Rosalind, prześlicznej kobiety o złotym sercu, będącej doskonałą towarzyszką dla jej syna. Królowa matka była też uszczęśliwiona, że ludzie przejrzeli kłamstwa Morgaratha i oskarżenia rzucane przeciwko Duncanowi. Deborah nie mogła odżałować – i wiedziała, że jej mąż przed śmiercią czuł to samo – że pozwoliła baronowi Morgarathowi zatruć królestwo i zwrócić poddanych przeciwko jej synowi. Sama wolała spokojny, surowy zameczek myśliwski niż intrygi i przepych na dworze królewskim i nie zauważyła konsekwencji rosnącej popularności Morgaratha, dopóki nie było za późno.

Halt i Crowley stali pod ścianą w cieniu. W naturze zwiadowców nie leżało szukanie poklasku czy znajdowanie się w centrum uwagi. Zwiadowcy woleli pozostawać w tle, obserwować i nie być obserwowanymi. Zrezygnowali ze swoich peleryn, ubrani byli w szare spodnie, wysokie buty i skórzane kurtki. Podczas gdy rycerze i baronowie mieli paradne miecze, z rękojeściami lśniącymi od klejnotów i ozdobionymi złotym i srebrnym drutem, zwiadowcom wystarczyły zwykłe saksy i noże do rzucania, przyczepione do szerokich skórzanych pasów.

Crowley przyglądał się kolorowo zdobionym, niemal pstrokatym strojom otaczających ich gości, a potem popatrzył na swoje nierzucające się w oczy ubranie.

– Może powinniśmy wymyślić jakieś mundury galowe – zastanowił się.

Halt popatrzył na przyjaciela i uniósł brew.

– Po co? – zapytał. Nie interesowały go eleganckie stroje. Jeśli o niego chodziło, ubranie musiało być funkcjonalne. W czasie zimna powinno być ciepłe i wodoodporne. W upały zaś lekkie i przewiewne. Jaskrawe kolory sprawiały, że człowiek stawał się bardziej widoczny, co nigdy nie było dobrym pomysłem. Człowiek widoczny to człowiek będący łatwym celem.

Crowley machnął swobodnie ręką, wskazując uroczystość, na której się znajdowali – czerwone, spocone twarze, głośne głosy, muzykę płynącą z galeryjki nad salą. Na ogół, podobnie jak jego przyjaciel, wolał nie rzucać się w oczy. Ale miał poczucie, że w niektórych przypadkach zwiadowcy powinni być lepiej widoczni.

– Cóż, na oficjalne okazje, takie jak ta – powiedział. – Wyglądamy jak para wron wśród pawi.

Halt prychnął.

– Pawie są zdecydowanie przeceniane – powiedział. – Są głupie i wydają ohydne, hałaśliwe dźwięki. – Wskazał gestem gości wokół nich. – Właściwie to tak, jak oni.

Crowley uśmiechnął się do przyjaciela.

– Czy zaliczasz do tej kategorii barona Aralda? – zapytał, wskazując masywną sylwetkę Aralda, który przedzierał się do nich przez tłum z uśmiechem na twarzy. Baron był w swoich barwach – błękit i żółć – z łbem dzika wyhaftowanym po prawej stronie na piersi. Miał bardzo prostą metodę manewrowania w tłumie. Nie skręcał na prawo ani na lewo, po prostu parł do przodu, torując sobie drogę szerokimi barami. Tuż za nim utworzonym w ten sposób przejściem podążała jego prześliczna żona, lady Sandra, także ubrana na żółto i błękitno. Na Araldzie te kolory wyglądały wojskowo i dostojnie. Jego żona sprawiała, że były kobiece i olśniewające. Podobnie jak mąż, uśmiechała się do obu zwiadowców.

Jednak Halt rzucił tylko okiem na barona i jego żonę, a potem nie odrywał już spojrzenia od ich towarzyszki, która przemykała się z wdziękiem przez tłum kawałek za dostojną parą. Panna Pauline DuLacy wyglądała prześlicznie w prostej srebrzystej sukni, która migotała na jej smukłej sylwetce. Jasne włosy ozdobiła wieńcem białych kwiatów.

– Crowley, Halt, miło was widzieć! Miło was widzieć! – zawołał baron z entuzjazmem. Jego grzmiący głos sprawił, że najbliżsi goście odwrócili się na ten dźwięk – i na te słowa. Większość ludzi nie zauważyła dwóch zwiadowców stojących pomiędzy nimi i teraz rozległy się pospieszne szepty, w których dominowały imiona „Halt” i „Crowley”. Dwaj zwiadowcy zdobyli pewną sławę w królestwie, ponieważ to dzięki nim Duncan odzyskał pozycję następcy tronu, a królewskie plany Morgaratha zostały pokrzyżowane. Była to jednak pierwsza okazja, kiedy wielu poddanych Duncana mogło zobaczyć słynną dwójkę zwiadowców na własne oczy.

Pauline usłyszała wygłoszony szeptem komentarz: Myślałem, że są wyżsi – i uśmiechnęła się do siebie.

Arald potrząsał teraz dłońmi zwiadowców i gestem przywoływał żonę, aby także się z nimi przywitała.

– Cieszę się, że was widzę, Halt, Crowley – powiedziała Sandra.

– My również się cieszymy, pani – odparł Crowley.

Lady Sandra dygnęła lekko, uginając kolana, podczas gdy reszta jej ciała pozostała wyprostowana i pełna gracji. Obaj zwiadowcy jednocześnie się skłonili. Obserwujący Halta kątem oka Crowley był lekko zdziwiony tym, jak swobodnie Halt wykonał ten gest. Nie miał pojęcia, że jego przyjaciel wychowywał się na królewskim dworze Dun Kilty w Clonmelu.

– Znacie oczywiście Pauline DuLacy – rzekł Arald. – To moja nowa naczelna dyplomatka w Redmont.

Pauline także wykonała wdzięczne dygnięcie, a Halt i Crowley się skłonili. Crowley już otwierał usta, by się przywitać, lecz Halt zdążył go ubiec.

– Bardzo dawno się nie widzieliśmy, panno DuLacy. Naprawdę się cieszę, że znowu panią spotykam. – Dało się zauważyć, że jego hibernijski akcent był odrobinę mocniejszy niż zwykle. Pauline obdarzyła go olśniewającym uśmiechem, który sprawił, że serce Halta drgnęło mocniej.

– Cała przyjemność po mojej stronie, zwiadowco Halt – przywitała się, wyciągając rękę. Crowley ponownie przeżył zaskoczenie, gdy zobaczył, że Halt ujmuje jej dłoń i unosi ją do ust. Nie wiedział, że jego przyjaciel przygotowywał się psychicznie na tę chwilę od półtora dnia.

– Niezwykle się cieszę, że mamy okazję się spotkać – powiedział Crowley. Jemu nigdy nie brakowało słów w towarzystwie pięknych kobiet.

– Tak… cieszę się – odparła z roztargnieniem Pauline, nie odrywając od Halta spojrzenia oczu lśniących radością z ponownego spotkania.

Crowley uśmiechnął się w duchu. Było oczywiste, że Pauline i Halt są sobą zauroczeni, a on cieszył się szczęściem przyjaciela. Jego serce do nikogo nie ciągnęło i nie spieszyło mu się z tym. Miał jednak poczucie, że Halt, z natury ponury i poważny, mógł tylko skorzystać na towarzystwie pogodnej, radosnej i bystrej kurierki. To oczywiście nie oznaczało, że nie zamierzał trochę namieszać i drażnić się z Haltem i Pauline, gdyby nadarzyła się okazja.

Uświadomił sobie, że Arald coś mówi, i szybko skoncentrował na nim uwagę.

– Ilu teraz macie? – zapytał Arald.

Crowley zmarszczył brwi. Zakładał, że baron mówi o jego wysiłkach, mających na celu przywrócenie Korpusu Zwiadowców do dawnej siły. Było to zadanie, które pochłaniało Crowleya niemal cały czas przez ostatnie miesiące, ponieważ zwiadowcy, oskarżeni przez Morgaratha i skazani na wygnanie, zaczęli wracać do kraju, gdy dotarły do nich wieści o najnowszych wydarzeniach.

– Osiemnastu – powiedział i zobaczył, że prawidłowo odgadł pytanie Aralda. – Dwudziestu, wliczając Halta i mnie.

– Hmm. Czyli prawie połowa dawnego stanu – stwierdził Arald. Korpus Zwiadowców powinien liczyć pięćdziesięciu członków, po jednym na każde lenno.

– Tak. To prawdziwe utrapienie, ustalić, które lenna najbardziej w tym momencie potrzebują zwiadowcy. Niektórzy muszą mieć pod opieką jednocześnie dwa mniejsze lenna – odparł Crowley.

– Prawdziwa szkoda, że Farrel musiał się wycofać z czynnej służby – zauważył Arald. Farrel był zwiadowcą przydzielonym do lenna Redmont. Za zgodą Aralda dołączył do Halta i Crowleya, by stawić czoło Morgarathowi. Gdy Morgarath uciekł z Zamku Gorlan, Farrel prowadził oddział żołnierzy ścigających rebeliantów. Jego koń potknął się na króliczej norze, a Farrel spadł ciężko na ziemię, łamiąc nogę w dwóch miejscach. Znajdował się pod opieką uzdrowicieli na Zamku Araluen, ale obrażenia okazały się ciężkie i miały jeszcze minąć miesiące, zanim będzie zdolny powrócić do służby. Crowley obecnie wykorzystywał go do pomocy w pracach administracyjnych – czego obaj nienawidzili. Jednak dzięki temu Farrel zyskał zajęcie i nie miał czasu użalać się nad sobą.

– Tak, nie jestem pewien, kogo przydzielić na jego miejsce – odparł Crowley. Redmont było ważnym lennem, ustępującym tylko Araluenowi, szczególnie teraz, gdy Gorlan zostało zlikwidowane, a jego ziemie podzielone pomiędzy dwa sąsiednie lenna.

– Miałem nadzieję, że może dasz nam Halta – powiedział Arald.

Crowley został zaskoczony tym pomysłem. Przez ostatni rok on i Halt ściśle ze sobą współpracowali i nie przyszło mu do głowy, by wysłać go poza lenno Araluen. Jednak teraz, gdy się nad tym zastanawiał, to miało sens. Ponieważ Korpus był o połowę słabszy niż zwykle, nie mógł sobie pozwolić na luksus zatrzymywania dwóch zwiadowców w pojedynczym lennie. Halt był jednym z najlepszych zwiadowców, Redmont było ważnym lennem, zaś Arald należał do najważniejszych członków rady królewskiej Duncana. Mieszkając w Redmont, Halt będzie tak samo jak dotąd przydatny jako zastępca Crowleya.

– Moim zdaniem to świetny pomysł – powiedział szybko Halt, zanim Crowley zdążył odpowiedzieć. Bez odwracania głowy Crowley wiedział, że jego przyjaciel wpatruje się w Pauline.

– Czemu nie – rzekł, ustępując. Będzie mu brakowało obecności Halta, a także okazji do grania mu na nerwach. Ale to było najlepsze rozwiązanie problemu. Obejrzał się teraz i zobaczył, że Pauline rozpromieniła się z zadowolenia.

Położyła dłoń na przedramieniu Halta.

– Może dla uczczenia tego zaprosisz mnie do tańca?

Halt odchrząknął, skrępowany.

– Nie jestem aż takim dobrym tancerzem – powiedział niepewnie.

Crowley poczuł przypływ złośliwości i pomyślał, że to ostatnia okazja, by zagrać przyjacielowi na nerwach. Skłonił się grzecznie przed Pauline.

– Ja z przyjemnością z panią zatańczę, panno Pauline.

Halt spiorunował go wzrokiem.

– Z drugiej strony nie jestem aż tak złym tancerzem – oznajmił, wziął Pauline za rękę i poprowadził ją na parkiet.

Arald uśmiechnął się do Crowleya.

– Zrobiłeś to specjalnie.

Dowódca zwiadowców wzruszył ramionami.

– Czasem trzeba go szturchnąć, żeby zrobił to, czego sam chce – powiedział.

Następne miesiące mijały Haltowi szybko. Przyzwyczajał się do życia zwiadowcy w lennie Redmont.

Podobała mu się swoboda życia zwiadowcy. Był jednym z wyższych rangą urzędników w Redmont i zaufanym doradcą barona. Jednakże nie wprowadził się do zamku, wolał mieszkać w małej chacie z bali, wzniesionej wśród drzew u stóp potężnych murów z czerwonego syderytu, od których Redmont wzięło swoją nazwę. Wiedział, że zwiadowcy powinni pozostawać przynajmniej częściowo niezależni od baronów, aby nie znaleźć się pod ich całkowitym wpływem.

Na szczęście Arald doskonale rozumiał rolę zwiadowcy w lennie i nie próbował bez powodu naciskać na Halta. Nie zdarzyło się też, by Halt doszedł do wniosku, że baron niewłaściwie wypełnia swoje obowiązki. Arald był wiernym poddanym króla, a także sprawiedliwym i uczciwym władcą na swoich ziemiach. Traktował Halta jako ważnego, lecz niezależnego współpracownika. Cenił jego zdanie i nieraz zasięgał jego opinii w sprawach dotyczących zarządzania lennem i Zamkiem Redmont. Nie robił tego wyłącznie z grzeczności, często postępował zgodnie z propozycją zwiadowcy.

Dlatego też ich współpraca układała się gładko i harmonijnie, a Halt starał się przynajmniej raz w tygodniu jeść obiad z baronem i jego żoną. Zazwyczaj towarzyszyła im Pauline, chyba że była zajęta swoimi obowiązkami, co zdarzało się dość często.

Niebawem po przybyciu Halta do Redmont panna Pauline została mianowana kurierem pierwszej klasy i zwracano się teraz do niej lady Pauline. Stała się równa rangą starszym rycerzom, takim jak sir Rodney, dowódca Szkoły Rycerskiej w Redmont, w której kształcono nowych wojowników do armii królewskiej. Arald niezwykle poważał jej wiedzę i liczył się z jej zdaniem. W odróżnieniu od wielu sobie współczesnych, nie uważał, by płeć sprawiała, iż jej opinie są mniej wartościowe. Często mawiał, że Pauline jest najbardziej inteligentna i najbardziej przydatna ze wszystkich jego poddanych.

W miarę upływu czasu zacieśniała się także znajomość Halta i Pauline. Lubili swoje towarzystwo i spędzali razem tyle czasu, na ile pozwalały im obowiązki, czyli mniej, niż można by się spodziewać. Halt mógł zostać w każdej chwili wezwany, by zająć się jakimś problemem w odległym zakątku lenna – bandą rabusiów atakujących podróżnych lub dzikimi zwierzętami niszczącymi zbiory i napadającymi na trzodę wieśniaków. Natomiast Pauline często podróżowała do innych lenn, a nawet innych krajów, takich jak Celtia. Oficjalnie te wyjazdy miały na celu spotkania z innymi kurierami, ale służyły także zbieraniu informacji i dbaniu o bezpieczeństwo poszczególnych lenn i całego królestwa. Tytuł kuriera celowo był mylący. Praca Pauline polegała przede wszystkim na zbieraniu informacji, a czasem także na szpiegostwie. Służba kurierska, udająca korpus dyplomatyczny, ukradkiem miała oko na lojalność – lub też nie – arystokracji w królestwie.

Czasem Halt i Pauline podróżowali razem, gdy towarzyszyli Araldowi, udającemu się do Zamku Araluen na jedno z regularnych spotkań z królem Duncanem. Wtedy Halt i Crowley znikali w gabinecie dowódcy zwiadowców i naradzali się. Crowley informował Halta o najnowszych postępach w jego kampanii, mającej na celu przywrócenie dawnej świetności Korpusowi Zwiadowców.

– Przyjrzałem się potencjalnym kandydatom – powiedział ostatnio, a było to cztery miesiące po tym, jak Halt został zwiadowcą lenna Redmont. – Wybrałem sześciu do dalszego szkolenia. – Spojrzał bystro na przyjaciela. Uświadomił sobie jakiś czas temu, że nie wszystkich zwiadowców, którzy zostali rozproszeni i wygnani przez Morgaratha, uda się sprowadzić z powrotem do Araluenu. Jeśli Korpus ma powrócić do dawnej liczebności, będzie to możliwe tylko dzięki rekrutacji i wyszkoleniu nowych zwiadowców.

– Mam nadzieję, że nie planujesz mi przydzielić ucznia – powiedział Halt, uprzedzając propozycję, jaką zamierzał mu złożyć Crowley.

Crowley popatrzył na niego nieprzeniknionym wzrokiem.

– Nie potrafię sobie wyobrazić młodzika, który zasługiwałby na tak koszmarny los.

– Dam ci znać, kiedy będę gotów, by kogoś przyjąć. Sam nadal szukam swojej drogi.

Crowley w głębi duszy był rozczarowany, ale akceptował stanowisko Halta. Jego przyjaciel był tak uzdolniony, tak skuteczny, że czasem trudno było pamiętać, iż sam oficjalnie nie był uczniem i nie przeszedł szkolenia. Oczywiście Pritchard przekazał mu umiejętności potrzebne zwiadowcy, ale do pewnego stopnia Halt wciąż zgłębiał tajniki tego zawodu. Miał dobry instynkt, pozwalający mu wypełniać obowiązki, ale potrzebował więcej doświadczenia.

Rozległo się pukanie do drzwi i do gabinetu Crowleya weszła Pauline.

– Król wzywa wszystkich – powiedziała wprost. – Arald będzie na nas czekać.

Crowley i Halt wstali i wyszli za nią na zewnątrz.

Halt wiedział, że Pauline właśnie odbyła długą podróż po zachodniej części królestwa, oceniając tamtejszych baronów. Lojalność jednego z nich nadal stała pod znakiem zapytania, a kilku innych zdecydowanie byłoby skłonnych do zawarcia przymierza z Morgarathem – gdyby chodzący w czerni były baron kiedykolwiek opuścił dziki płaskowyż Gór Deszczu i Nocy.

Ostatnie miesiące były okresem pokoju i względnego dobrobytu w całym Araluenie. Królestwo przyzwyczajało się do młodego króla. Duncan był lubianym władcą, znanym ze sprawiedliwych rządów: nie faworyzował nikogo ani też nie próbował wkupywać się w łaski żadnej grupy. Ale na horyzoncie nadal wisiały czarne chmury. Morgaratha nie widziano i nie słyszano, od kiedy wymknął się z Zamku Gorlan, obleganego przez króla, ale nadal był ważną osobistością z punktu widzenia królestwa. Dodatkowo niepokojące było to, że tak niewiele wiedziano o jego obecnych działaniach.

Crowley i pozostała trójka gości spotkali się z królem w jego gabinecie. Towarzyszył mu sekretarz robiący notatki z narady.

– Jak się czuje królowa, wasza wysokość? – zapytała Pauline zaraz po powitaniu.

Duncan zmarszczył brwi.

– Nie najlepiej – przyznał. – Jest bardzo słaba. Ciąża bardzo nadweręża jej siły.

Trójka gości wymieniła zaniepokojone spojrzenia. Słyszeli podczas poprzednich wizyt w Araluenie, że stan zdrowia królowej Rosalindy się pogorszył. Nie mieli jednak pojęcia, że sytuacja jest tak poważna.

– Większość czasu spędza w swojej komnacie – ciągnął Duncan. – Bardzo się o nią martwię.

Z trudem przerwał temat zdrowia swojej żony.

– Zajmijmy się teraz innymi sprawami. Czy którekolwiek z was ma jakiś pomysł, co też Morgarath robi w górach? – Warto zauważyć, że najpierw spojrzał na Pauline. Ale cała czwórka potrząsnęła głowami.

– Nikomu z moich ludzi nie udało się przedostać na płaskowyż, wasza wysokość – powiedziała przepraszająco kurierka.

– Wiem, że on sam wymknął się kilka razy przez Wąwóz Trzech Kroków – zdradził Duncan, gdy usiedli wokół wielkiego stołu narad w jego gabinecie. – Kompania piechoty stacjonuje u stóp tych gór, żeby mieć na niego oko. Widzieli, jak opuszcza wąwóz, ale potem gubili jego trop. Straciliśmy pół tuzina żołnierzy, próbując go śledzić.

– Co on kombinuje? – zapytał Crowley.

To Arad udzielił odpowiedzi:

– Kontaktuje się z tymi, którzy się wahają – powiedział. Chociaż wszyscy baronowie przysięgli wierność Duncanowi, niektórzy zrobili to z mniejszym entuzjazmem niż pozostali. Morgarath był lubianym i szanowanym członkiem Rady Baronów. Był mistrzem rycerzy i niezwykle utalentowanym wojownikiem. Był także biegły w sztuce schlebiania tym, których uznał za podatnych na jego urok osobisty. Wszyscy baronowie wiedzieli, że sprawa z Morgarathem nie jest jeszcze zakończona, i niektórzy – choć trzeba przyznać, że mniejszość – byli skłonni grać na czas i zobaczyć, jak potoczy się konfrontacja pomiędzy królem a zbuntowanym baronem.

Arald gestem zachęcił Pauline, by się odezwała.

– Pauline, czego dowiedziałaś się podczas podróży?

Pełna wdzięku kurierka spojrzała na plik kartek przed sobą i rozłożyła kilka z nich. Zmarszczyła brwi, skupiwszy się, zanim zaczęła mówić.

– Nie wydaje mi się, by można było ufać baronowi Pellerowi, wasza wysokość – powiedziała. – Rozmawiałam z moimi informatorami w jego lennie i wiem, że Morgarath z pewnością odwiedził Pellera sześć tygodni temu. Wszystko wskazuje na to, że został przyjęty z otwartymi ramionami.

– Peller to nadęty idiota – jęknął głośno Duncan. – Zawsze taki był. Należy do tych, którzy nabiorą się na gładkie słówka Morgaratha. Jest słaby i podatny na wpływy.

– A mimo to sam jest też wpływowy – zauważył Arald. – Kilku innych baronów jest mu winnych pieniądze. Od lat uzupełnia fortuny tych, którzy nie potrafią rozsądnie zarządzać własnymi wydatkami.

– Czy wie o tym, że wypytywałaś o niego w lennie? – zapytał król.

Pauline pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

– Byłam w przebraniu, wasza wysokość, udawałam prostą dziewczynę.

– A co z Meagherem i Cordellem? – zapytał Crowley. Obok Pellera ci dwaj należeli do najbardziej zagorzałych stronników Morgaratha podczas turnieju.

– Wydaje mi się, że w ich przypadku Morgarath spalił za sobą mosty – oznajmiła kurierka. – Okłamał ich, gdy powiedział, że wasza wysokość rabował wsie za granicą, i został przyłapany na tym kłamstwie. Oszukał ich także w sprawie starego króla.

Morgarath ogłosił, że król Oswald, ojciec Duncana, jest gotów wydziedziczyć syna i wskazać Morgaratha jako oficjalnego następcę tronu. Ale Pritchard, stary zwiadowca, będący nauczycielem zarówno Crowleya, jak i Halta, uwolnił króla z wieży, w której uwięził go Morgarath. Król pojawił się na turnieju w kluczowym momencie i zaprzeczył twierdzeniom Morgaratha.

– Tacy ludzie nie lubią być okłamywani – ciągnęła Pauline.

Arald uśmiechnął się ponuro.

– Nie lubią także, gdy robi się z nich głupców – zauważył. – To najprawdopodobniej zwróciło ich przeciwko Morgarathowi szybciej niż jego kłamstwa.

Lady Pauline skinęła głową.

– O ile wiem, gdy Morgarath pojawił się w ich zamkach, odesłali go z kwitkiem. To wskazywałoby, że nie zamierzają dłużej go popierać.

Duncan zmarszczył brwi.

– Odesłali go z kwitkiem – powtórzył. – Ale nie próbowali go uwięzić ani też nie donieśli mi o tych wizytach.

– Istnieje różnica – wtrącił Arald – pomiędzy odrzuceniem oferty Morgaratha a bezwarunkowym poparciem ciebie, wasza wysokość. Odesłali go do diabła, ponieważ przez niego wyszli na głupców. Ale nie popierają interesów korony.

– Zgadzam się, że trzeba ich będzie obserwować – przyznał Duncan.

– Mam na miejscu agentów, którzy się tym zajmują, wasza wysokość – zapewniła Pauline. – Będą mi przesyłać regularne raporty.

Halt z zainteresowaniem przyglądał się spokojnej i opanowanej kurierce. Taka młoda, tak niezwykle piękna, taka skuteczna – myślał. Jej wygląd miał niezaprzeczalne zalety. Wielu mężczyzn było skłonnych lekceważyć piękną kobietę jako kogoś będącego zaledwie ozdobą, osobą do towarzystwa. Im piękniejsza była, tym mniej zwracali uwagę na jej inteligencję lub zdolności. Pomyślał, że to ogromny błąd.

– Dziękuję, lady Pauline. Informuj mnie na bieżąco – odezwał się Duncan.

– Jest jeszcze jedna sprawa, wasza wysokość. – W głosie Pauline zabrzmiała niepewność, kontrastująca z jej wcześniejszą spokojną, niemal obojętną pewnością siebie.

Duncan przechylił głowę i czekał, co ma do powiedzenia. Halt zauważył, że Arald także wydawał się zainteresowany. Najwyraźniej było to coś, czym się z nim jeszcze nie podzieliła.

Pauline popatrzyła na zebranych przy stole.

– Czy którykolwiek z was słyszał o rasie istot zwanych wargalami?

Cisza i całkowicie zaskoczone spojrzenia odpowiedziały na jej pytanie, więc mówiła dalej:

– Słyszałam niepotwierdzone plotki, że Morgarath zwerbował plemię tych istot jako swoją armię.

Pozostali wymienili spojrzenia.

– Co to właściwie za istoty? – zapytał Duncan.

Pauline rozłożyła ręce.

– Niewiele wiem na ten temat. Jak mówiłam, to tylko plotki, pozbawione szczegółów. Możliwe, że są całkowicie bezpodstawne. Starałam się dowiedzieć czegoś o tych wargalach, ale napisano o nich bardzo niewiele, a większość z tego można by uznać za mity. Dowiedziałam się, że jest to prymitywna rasa półludzkich bestii. To praktycznie zwierzęta, niektórzy twierdzą, że są skrzyżowaniem goryla i niedźwiedzia. Jednakże podobno są obdarzone inteligencją.

– Skrzyżowanie goryla i niedźwiedzia – zastanowił się Crowley. – Taka istota byłaby niezwykle silna.

– Nie chcielibyśmy widzieć czegoś podobnego w roli żołnierzy Morgaratha – zgodził się Duncan. Halt nic nie powiedział, ale zastanawiał się intensywnie.

– To by mogło wyjaśniać, dlaczego Morgarath siedzi tak cicho od miesięcy – powiedział Arald. – Jeśli rekrutuje i szkoli tych… – zawahał się i spojrzał na Pauline – wargalów? – Skinęła głową. – To może oznaczać, że ma pełne ręce roboty.

– Problem polega na tym – zaczął Crowley – że jeśli się tym zajmuje, robi to w tych przeklętych górach, a my nie mamy szans dowiedzieć się, co on knuje.

– Jest tam bezpieczny – stwierdził Duncan. – Wąwóz Trzech Kroków to przeszkoda nie do przejścia. Do jego obrony wystarczy niespełna dwudziestu żołnierzy. Nie ma sposobu, by ktokolwiek dostał się tam i sprawdził, co się dzieje.

– Myślę, że ja mógłbym spróbować – oznajmił Halt.

Halt i dowódca oddziału obserwowali Wąwóz Trzech Kroków, przycupnąwszy na krawędzi lasu, w pobliżu ukrytego punktu obserwacyjnego. Stacjonował tam oddział, który miał za zadanie pilnować przejścia przez wąwóz. Za drzewami rozciągało się sto metrów otwartej przestrzeni, aż do surowego urwiska – granicy Gór Deszczu i Nocy. Urwisko, skaliste i imponujące, wznosiło się po obu stronach ciemnej szczeliny o szerokości zaledwie trzech metrów, przedzielającej skały aż do podnóża. Jednakże głęboki cień uniemożliwiał mężczyznom zobaczenie czegokolwiek poza samym wejściem.

– Czyli to jest słynny Wąwóz Trzech Kroków – powiedział Halt.

Dowódca oddziału skinął głową.

– Za wejściem zaczyna się stroma ścieżka, która pnie się pomiędzy skałami na sam szczyt. – Umilkł na chwilę. – W każdym razie podobno tak jest. Nigdy nie zapuściłem się dalej niż na pięćdziesiąt metrów od wejścia.

Halt spojrzał na niego.

– A dlaczego?

Dowódca odwzajemnił spojrzenie.

– Ponieważ cenię swoje życie – odparł. – Morgarath zbudował umocnienia w poprzek wąwozu i obsadził je swoimi ludźmi, żeby uniemożliwić komukolwiek przejście. W ostatnich miesiącach zastąpił ludzi jakimiś dziwnymi dzikimi bestiami. Przypuszczam, że to półludzie, i muszę przyznać, że mnie przerażają.

– Co to za jedni? – zapytał Halt. Pamiętał słowa Pauline o bestiach nazywanych wargalami.

Dowódca wzdrygnął się bezwiednie.