19 osób interesuje się tą książką

Opis

Halt, Will i Horace śledzą drogę Tennyson’a do Picty. Muszą zatrzymać proroka Oudsiderów i pozostałych wyznawców kultu, zanim ci przekroczą granicę Araluenu. Will pokonał jednego zabójcę z grupy Tennyson w Clonmelu, ale jeszcze dwóch zostało przy życiu. Czy nadzwyczajne zdolności łucznicze Willa i Halta wystarczą, by uratować ocalić ich życia w starciu z zabójcami, czy będzie to ostatnia bitwa Halta?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 506

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Rangers Apprentice. Halt’s Peril.

First published Random House AustraliaPty Limited, Sydney, Australia

This edition published by arrangement with Random House Australia

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar S.J., Warszawa 2011

Skład i łamanie: EKART

Redakcja: Tadeusz Lewandowski

Typografia na polskiej okładce: Robert Majcher

ISBN 978-83-7686-098-5

Copyright © John Flanagan 2009

All rights reserved.

Cover design © www.blacksheep-uk.com

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2011 by Wydawnictwo Jaguar

Książka dla czytelników w wieku 11 +

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar S.J.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2011

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Poświęcam pamięci Myuki Sakai-Flanagan, aby Konan zawsze pamiętał, jak dzielną i dobrą istotą była jego matka.

Od strony zatoczki dął ostry wiatr. Niósł ze sobą zapach morskiej soli i zbliżającego się deszczu. Samotny jeździec wzdrygnął się. Pomimo letniej pory przez miniony tydzień padało niemal bez przerwy. Zapewne w tej krainie lało bez ustanku, niezależnie od pory roku.

– Lato czy zima, tylko deszcz i deszcz – rzekł cicho do swego wierzchowca. Jak można się było spodziewać, koń nie odpowiedział.

– Chyba, rzecz jasna, że pada śnieg – ciągnął swe rozważania jeździec. – Pewnie po tym można się zorientować, że jest zima. – Tym razem konik potrząsnął kudłatą grzywą i zastrzygł uszami, jak to czynią przedstawiciele jego gatunku. Jeździec uśmiechnął się. Postronny obserwator bez trudu zorientowałby się, że widzi parę starych przyjaciół.

– Małomówny z ciebie koń, Wyrwiju – stwierdził Will. Jak zresztą większość koni – dodał w myśli. Całkiem niedawno zastanawiał się, czy to normalne, że przemawia do swojego wierzchowca. Kiedyś, gdy siedzieli razem przy ognisku, zagadnął o to Halta i dowiedział się od swego mistrza, że jak najbardziej, zdarza się to większości zwiadowców.

– Jasne, że z nimi rozmawiamy. Nic w tym niezwykłego – powiadomił go mistrz. – Nasze konie mają więcej oleju w głowie niż większość ludzi. A przy tym – dodał poważniejszym tonem – ufamy naszym wierzchowcom. Możemy na nich polegać, one zaś wiedzą, że nie opuścimy ich w potrzebie. Gdy do nich przemawiamy, ta szczególna więź jeszcze się wzmacnia.

Will wciągnął w nozdrza powietrze; teraz oprócz soli oraz deszczu odróżnił także inne zapachy. Wyczuł smołę. Świeże liny. Mokre wodorosty. Jednak, co dziwne, brakowało pewnego istotnego akcentu – woni, której należało się wszak spodziewać w każdym porcie na wschodnim wybrzeżu Hibernii.

Nie wyczuwał mianowicie wcale jakże charakterystycznego zapachu ryb. A także suszących się sieci.

– Czym się zajmują, jeśli nie rybołówstwem? – zastanowił się Will.

Konik nie wyjaśnił mu tego; nie wydał żadnego odgłosu, jeśli nie liczyć stukotu kopyt odbijającego się echem w wąskiej, wyłożonej kocimi łbami uliczce. Will jednak miał wrażenie, że zna odpowiedź. Bądź co bądź, dlatego właśnie się tu znalazł: mieszkańcy Port Cael utrzymywali się niemal wyłącznie z przemytu.

Uliczki wiodące do nadbrzeża, wąskie i kręte, nie przypominały szerokich, względnie schludnych alejek pozostałych części miasteczka. Tylko z rzadka przed niektórymi budynkami paliły się latarnie, rozświetlając drogę. Większość domów była piętrowa, z wrotami i żurawiami na górze. Spichlerze albo magazyny – domyślił się Will. Tutaj przybywały wozy z portu, wioząc najrozmaitsze towary, które następnie wciągano na górę. Stąd do przystani zabierano inne dobra, by potem załadować je na statki szmuglerów.

Znajdował się już w pobliżu przystani; u wylotu ulicy dostrzegł sylwetki przycumowanych statków, kołyszących się niespokojnie na krótkich falach, które zdołały się przedrzeć przez ujście zatoki.

– To musi być gdzieś tutaj – stwierdził, a już w następnej chwili ujrzał swój cel. Niewysoki budynek kryty strzechą opadającą tak nisko, że niemal do wysokości głowy stojącego człowieka. Ściany co prawda pobielono kiedyś wapnem, lecz teraz pokryły je zacieki, a z czasem nabrały barwy brudnej szarości. Przez małe okienka sączyło się żółte światło, a nad przysadzistymi odrzwiami kołysał się, skrzypiąc na wietrze, spłowiały szyld. Malowidło przedstawiało dość nieudolnie wyobrażone chuderlawe ptaszysko.

– Od biedy można uznać, że to czapla – uznał Will. Rozejrzał się wokół. Inne domy okrywał mrok, nie wyróżniono ich żadnymi znakami. Zapewne w dzień tętniło wokół nich życie, lecz po zmroku wszelkie jego oznaki zamarły. Tylko portowa tawerna Pod Czaplą dopiero teraz zapełniała się bywalcami.

Zeskoczył z siodła przed gospodą i odruchowo poklepał Wyrwija po grzbiecie. Konik zerknął na podle wyglądającą spelunkę, a potem z ukosa na swego pana.

Jesteś pewien, że chcesz się tam pchać?

Jak na konia, stworzenie małomówne, bywało, że Wyrwij potrafił wyrazić się niezwykle jasno. Will uśmiechnął się do swego wierzchowca.

– Nic mi nie będzie. Jestem już dużym chłopcem, jak może zauważyłeś.

Wyrwij parsknął, okazując w ten sposób brak entuzjazmu. Zdążył już wypatrzyć małą stajnię obok gospody i domyślał się, że tam właśnie przyjdzie mu spędzić czas wizyty Willa w tawernie. Zawsze czuł się nieswojo, kiedy miał się znaleźć z dala od swego pana i nie był w stanie natychmiast służyć mu pomocą. Tymczasem Will w rzeczy samej zaprowadził go przez krzywą furtkę do stajni. Przebywał tam już jeden koń oraz zmęczony życiem stary muł. Will, rzecz jasna, nie musiał uwiązywać Wyrwija. Wiedział, że wierzchowiec pozostanie tu aż do jego powrotu.

– Zaczekaj na mnie. Tutaj będziesz osłonięty przed wiatrem – rzekł, wskazując mu przeciwległą ścianę budowli. Wyrwij znów nań spojrzał, potrząsnął łbem i poczłapał do wyznaczonego przez Willa miejsca.

Gdybym był potrzebny, krzycz. Zjawię się niechybnie.

Przez chwilę Will zastanawiał się, czy nie nazbyt daje upust wyobraźni, przypisując zwierzęciu taką myśl. Uznał jednak, że nie. Przez chwilę czy dwie wyobrażał sobie Wyrwija wpadającego przez niskie drzwi do gospody, roztrącającego na prawo i lewo pijanych oprychów, by przybyć swemu panu z pomocą… Zaśmiał się cicho, po czym przymknął wrota stajni, unosząc je, by nie zazgrzytały o kamienie dziedzińca. Ruszył ku wejściu tawerny.

W żadnym razie nie można było Willa zaliczyć do osobników ponad miarę wysokich, lecz nawet on musiał schylić się nieco w niskich drzwiach. Gdy je otworzył, uderzyła go fala gorąca, a nozdrza odnotowały mieszaninę zapachów. Smród potu. Dym. Stęchłe, rozlane piwo.

Do środka wpadł podmuch wiatru, latarnie zamigotały, a płonący na kominku torf rozpalił się nagłym błyskiem płomienia. Will stał przez moment, próbując zorientować się we wnętrzu. Dym i niepewne światło ognia sprawiały, że widział jeszcze gorzej niż w mroku na zewnątrz.

– Zamknij drzwi, durniu! – zawołał szorstki głos. Postąpił krok do przodu, drzwi zatrzasnęły się za nim. Ogień i płomienie lamp z miejsca się uspokoiły. We wnętrzu było gęsto od dymu z paleniska oraz całego mnóstwa fajek. Chmura unosiła się tuż nad jego głową, pod niskim belkowaniem sufitu. Willowi przemknęło przez myśl, że dymny całun nigdy się nie rozwiewa do końca; ledwie zdąży nieco opaść, a już nadchodzi kolejny wieczór i cuchnący obłok znów się zagęszcza. Większość bywalców nie zważała na nowo przybyłego, jednak kilku gości odwróciło się w jego stronę, obrzucając intruza nieprzychylnym spojrzeniem.

Ujrzeli szczupłą, drobną postać, owiniętą spłowiałym szarozielonym płaszczem. Twarz przybysza ocieniał obszerny kaptur. Zsunął go teraz, toteż mogli przekonać się, iż jest to twarz zadziwiająco młodzieńcza. Niemal chłopięca. Lecz zarazem ich uwadze nie uszedł ciężki, szeroki nóż tkwiący u pasa wraz z mniejszym nożem w skórzanej pochwie. A także, imponujących rozmiarów, długi łuk, który dzierżył w lewej dłoni. Znad ramienia młodego gościa sterczały pierzaste bełty tuzina strzał tkwiących w przewieszonym przez plecy kołczanie.

Nieznajomy może i wyglądał jak dzieciuch, lecz uzbrojony był, jak przystało na mężczyznę. A nie obnosił się z bronią, lecz po prostu ją nosił – istotne rozróżnienie, wskazujące na fakt, iż od dawna do tego przywykł.

Rozejrzał się po pomieszczeniu, skinął głową tym, którzy na niego spoglądali. Jednak tylko prześlizgnął się po nich wzrokiem, zorientowali się więc, że nie żywi wrogich zamiarów. Byli to zaś ludzie posiadający niebagatelną wprawę w dokonywaniu podobnych ocen, bowiem często od tego zależało ich życie. Niejakie napięcie, które zapanowało w tawernie, zelżało, a bywalcy powrócili do swych trunków. Will, rozejrzawszy się naprędce, także nie stwierdził bezpośredniego zagrożenia. Podszedł więc do topornego baru – skonstruowanego z dwóch beczek i ułożonych na nich trzech ciężkich, byle jak oheblowanych desek.

Oberżysta, żylasty mężczyzna o wydatnym, ostrym nosie, krągłych i odstających uszach oraz łysym czole – wszystko to nadawało mu wygląd gryzonia – zerknął na Willa, nie przerywając swego zajęcia, polegającego na wycieraniu szklanicy ścierką.

Widząc to, Will uniósł jedną brew. Gotów byłby się założyć, że szmata pozostawiała na szkle więcej brudu, niż go usuwała.

– Napijesz się? – spytał właściciel tawerny. Postawił szklankę na deskach, gotów napełnić ją tym, czego przybysz sobie zażyczy.

– Na pewno nie z tego czegoś – odrzekł spokojnie Will, odsuwając szklanicę wierzchem dłoni. Szczurowaty oberżysta wzruszył ramionami, odstawił naczynie i podał następne, po które sięgnął na półkę za barem.

– Wedle życzenia. Piwo czy ouisgeah?

Will wiedział, że ouisgeah to mocna słodowa wódka, którą destylowano i z upodobaniem pito w Hibernii. W takiej spelunce należało się spodziewać trunku, który bardziej nadaje się do czyszczenia rdzy niż do picia.

– Napiłbym się kawy – stwierdził. Zdążył już zauważyć sfatygowany dzbanek stojący opodal paleniska w końcu lady.

– Mam tylko piwo i ouisgeah – oznajmił kategorycznym tonem szczurowaty. Will pokazał palcem dzbanek do kawy. Oberżysta potrząsnął głową. – Nie ma – odparł. – Ani myślę przygotowywać całego dzbanka tylko dla ciebie.

– Ale tamten gość pije kawę – zaprotestował Will, odwracając się na bok.

Oberżysta nie mógł nie spojrzeć w tamtą stronę, odruchowo sprawdzając, o kim przybysz mówi. Gdy tylko spuścił wzrok z Willa, poczuł żelazny uścisk chwytający za kołnierz jego koszuli. Dłoń nieznajomego obróciła się, a kołnierz przeistoczył się w zaciśniętą na gardle karczmarza pętlę. Jednocześnie ręka pociągnęła go ku sobie nad deskami baru, tak że gospodarz stracił równowagę. Nagle oczy nieznajomego znalazły się bardzo blisko. Nie wyglądał już na chłopca. Te oczy były ciemnobrązowe, niemal czarne w panującym półmroku. Oberżysta wyczytał w nich groźbę. Śmiertelną groźbę. Usłyszał cichy szczęk stali i spostrzegł, że podczas gdy lewa pięść trzymała go w stalowym uścisku, druga dłoń przybysza dobyła ciężkiego, połyskliwego ostrza. Nieznajomy położył nóż na ladzie między nimi.

Z trudem łapiąc oddech, oberżysta rozejrzał się, szukając pomocy. Jednak przy barze nie stał nikt inny, a żaden z gości siedzących przy stołach nie spostrzegł, co się dzieje.

– Za…paszę ka…y – wychrypiał.

Uścisk zelżał, a nieznajomy spytał uprzejmym tonem:

– Słucham? Nie zrozumiałem.

– Zaparzę… kawy – powtórzył szczurowaty, wciąż zduszonym głosem.

Nieznajomy uśmiechnął się. Był to miły uśmiech, lecz oberżysta nie mógł nie zauważyć, że spojrzenie ciemnych oczu pozostało złowrogie.

– To miło z twojej strony. Zaczekam tutaj. – Will puścił koszulę oberżysty, który zsunął się na drugą stronę lady, odzyskując równowagę. Dotknął palcem rękojeści wielkiego noża. – Tylko żeby ci się nie odwidziało, dobrze?

Przy palenisku na żelaznym pręcie zawieszono sporych rozmiarów kociołek. Pręt zaopatrzony został w zawiasy, dzięki którym naczynie można było łatwo umieścić nad ogniem. Oberżysta to właśnie czym prędzej uczynił, po czym zajął się dzbankiem, odmierzając zmielone ziarna. Chwilę później zalał je gotującą się już wodą. W powietrzu rozszedł się aromat kawy, wypierając na chwilę mniej przyjemne wonie, które uderzyły w nozdrza Willa przy wejściu.

Oberżysta postawił dzbanek przed Willem i wyciągnął zza baru kubek. Przesunął po jego powierzchni tą samą ścierką. Will zmarszczył brwi, wytarł starannie naczynie rogiem płaszcza i nalał sobie kawy.

– Przydałby się cukier, jeśli masz – stwierdził. – Miód też może być.

– Mam cukier, mam – oberżysta odwrócił się, by sięgnąć po cukiernicę oraz mosiężną łyżeczkę. Kiedy odwrócił się, aż zatkało go ze zdumienia. Na kontuarze połyskiwała złota moneta. Warta więcej, niż zdołałby zarobić przez cały wieczór. Nie śmiał jednak po nią sięgnąć. Bądź co bądź, ten nóż o wyglądzie tasaka wciąż spoczywał na ladzie, całkiem blisko dłoni nieznajomego. – Za kawę tylko dwa pensy – rzekł ostrożnie.

Will skinął głową i sięgnął do sakiewki. Wyciągnął dwa miedziaki, rzucił je na kontuar.

– Należy się, nie powiem. Dobra kawa – stwierdził niedbałym tonem.

Oberżysta skinął głową w podziękowaniu i przełknął ślinę, wciąż nie wiedząc, jak się zachować. Zerkając z ukosa na nieznajomego, zgarnął dwie pensówki z lady. Tajemniczy nieznajomy nie wykonał żadnego gestu, by go powstrzymać. Przez chwilę oberżyście było trochę wstyd, że ktoś równie młody tak łatwo wziął nad nim górę. Spojrzał jednak raz jeszcze na wyposażenie młodzieńca, odnotował niebezpieczny błysk w jego oczach – i odrzucił tę myśl. Do licha, przecież on tylko sprzedawał trunki! Owszem, potrafił sobie poradzić z pijaczynami ledwo trzymającymi się na nogach – posługując się przy tym drewnianą pałką. Najczęściej jednak na wszelki wypadek uderzał ich z tyłu.

Schował monety i zerknął pytająco na złotego dukata, który nadal połyskiwał w świetle lamp. Chrząknął.

Przybysz uniósł brew.

– Jakiś problem?

Oberżysta założył ręce za plecy, aby nie było ani cienia wątpliwości, iż nie zamierza przywłaszczyć sobie monety, po czym trzy czy cztery razy wskazał ją szpiczastym nosem.

– Ten, tego… Złoto. Ciekawym… Czy to… No, o co chodzi?

Przybysz uśmiechnął się. I znowu nie był to uśmiech radosny.

– Chciałbym cię o coś zapytać.

Niemiły ucisk w żołądku, który dolegał oberżyście od chwili, gdy przybysz capnął go za kołnierz, zelżał wreszcie. Wreszcie usłyszał coś, co dobrze rozumiał. Nie na próżno prowadził tawernę w tej okolicy. Tu częściej niż w pozostałych dzielnicach Port Cael płacono brzęczącą monetą za informacje. A ci, którzy ich dostarczali, najczęściej uchodzili z życiem.

– Aha. Co chcesz wiedzieć? – spytał i pozwolił sobie na porozumiewawczy uśmiech. – No cóż, tutaj właśnie ja jestem tym, który udzieli ci najlepszych odpowiedzi. Jakich wiadomości potrzebujesz, szlachetny panie?

– Chciałbym wiedzieć, czy był tu dzisiaj Czarny O'Malley – rzekł młodzieniec.

Niemiły ucisk w żołądku oberżysty powrócił ze zdwojoną mocą.

O’Malley, powiadasz, panie? A można wiedzieć, po co ci on? – zainteresował się oberżysta. Groźne ciemne oczy odnalazły jego spojrzenie. Przekazały wiadomość krótką i zrozumiałą. Dłoń nieznajomego przemieściła się, by zakryć złotą monetę. Jednak dukat, choć niewidoczny, nie powędrował z powrotem do mieszka. Pozostał na kontuarze.

– Chwileczkę – odparł spokojnie nieznajomy – wyjaśnijmy sobie to i owo. Leżał tu niedawno pewien złoty dukat. Do kogo należał? Czy może przypadkiem ty go położyłeś? – nim oberżysta zdążył cokolwiek rzec, Will odpowiedział na postawione przez siebie pytanie: – Nie. Nie przypominam sobie, by tak się stało. O ile pamięć mnie nie myli, ja to uczyniłem, a mianowicie w charakterze rzetelnej zapłaty za pewną informację. Zgadza się czy nie?

Oberżysta odchrząknął nerwowo. Młodzieniec przemawiał spokojnie, nie podniósł głosu ani na chwilę, lecz wyczulone ucho szczurowatego właściciela tawerny dosłyszało niedwuznaczną groźbę.

– Oczywiście. Zgadza się – przyznał skwapliwie.

Cudzoziemiec skinął kilkakrotnie głową, jakby rozważając odpowiedź.

– W takim razie popraw mnie, jeśli znajduję się w błędzie, ale istnieje takie powiedzonko: „Płacę i wymagam”. Otóż ja oczekuję od ciebie informacji. Za które płacę. Toteż ja zadaję pytania. Czy zechcesz przyznać mi rację?

Przez krótką chwilę Will nie był pewien, czy nie przesadził. Jednak nie, chyba nie. Mając do czynienia z osobnikiem, który najprawdopodobniej przez całe swoje życie donosił, informował i grał na wszystkie możliwe strony, należało występować z pozycji siły. Taki gagatek potrafi uszanować tylko kogoś, kto wzbudzi w nim strach. Jeżeli Will nie zdoła przekonać rozmówcy, że jego groźby mogą się ziścić, usłyszy od oberżysty same łgarstwa.

– Tak jest, panie. Oczywiście, że tak.

Will uznał ten sposób tytułowania go za dobry początek. Określenie znamionujące szacunek, jednak nie nazbyt uniżone. Uśmiechnął się znów.

– Tak więc, o ile nie zamierzasz mi zapłacić, przyjmijmy, że to ja pytam, a ty odpowiadasz.

Dłoń odsunęła się, znów ukazując złotą monetę połyskującą na deskach kontuaru.

– Czarny O'Malley. Był tutaj? Jest? Będzie?

Szczurowaty odruchowo rozejrzał się po wnętrzu tawerny. Kolejny raz odkaszlnął. Dziwne, jak za sprawą tego młodego człowieka zasychało mu w gardle.

– Nie, panie. Jeszcze go nie było. Zazwyczaj pojawia się nieco później.

– W takim razie zaczekam – oznajmił Will.

Już wcześniej zauważył mały stolik stojący nieco na uboczu, w rogu sali. Dobry punkt obserwacyjny, a przy tym, gdy przy nim zasiądzie, nie będzie od razu widoczny dla kogoś wchodzącego do oberży.

– Zaczekam przy tamtym stole. Kiedy pojawi się O'Malley, nie powiesz mu o mnie ani słowa. Nawet na mnie nie spojrzysz. Zrobisz co innego: pociągniesz się trzy razy za ucho i w ten sposób dasz mi znak, że przyszedł. Zrozumiałeś?

– Tak, panie. Zrozumiałem.

– Wyśmienicie. Teraz… – ujął w dłoń monetę, drugą pochwycił saksę. Przez krótką chwilę oberżysta już żegnał się z dukatem, obawiając się, że jedyną zapłatą będą pogróżki. Jednak nie, nieznajomy przytrzymał tylko monetę palcami i rozciął ją starannie na dwie połowy, dwa równe półokręgi. W głowie oberżysty zaświtały wówczas dwie myśli naraz. Po pierwsze, złoto musi być wyjątkowo wysokiej próby, skoro tak łatwo dało się je przeciąć. Po wtóre – tylko niewiarygodnie ostra klinga mogła tego dokonać.

Will przysunął w jego stronę jedną z połówek dukata.

– To na znak mojej dobrej woli. Drugą połowę otrzymasz, kiedy wypełnisz zadanie.

Oberżysta wahał się przez ułamek sekundy, a potem, nerwowo przełykając ślinę, zgarnął kawałek złota.

– Panie, czy zechcesz się posilić, czekając… na jego przybycie? – spytał.

Will schował pieczołowicie drugą połówkę złotej monety do mieszka wiszącego u pasa. Potarł palcami o kciuk: od samego zetknięcia z powierzchnią kontuaru pokryte były cieniutką warstwą tłuszczu. Zerknął jeszcze na przewieszoną przez ramię oberżysty brudną ścierkę, po czym pokręcił głową.

– Raczej nie.

Trzymając w dłoniach kubek kawy, Will siedział i czekał, aż poszukiwany przezeń osobnik wejdzie do tawerny.

Kiedy Will dotarł do Port Cael, zatrzymał się w gospodzie położonej dość daleko od nabrzeża, w jednej z porządniejszych części miasta. Właściciel nie zaliczał się do ludzi rozmownych, nie przejawiał nawet skłonności do powtarzania miejscowych plotek, jak to zwykle czynili ludzie jego profesji. Will niejednokrotnie już zdążył się przekonać, że w zasadzie każdy z nich to urodzony gaduła. Ten jednak był zdecydowanie nietypowy. Trzeba mieć na uwadze – uświadomił sobie Will – że choć znalazł się w lepszej dzielnicy, praktycznie rzecz biorąc, całe miasto żyje przede wszystkim z przemytu, tudzież innych form nielegalnego handlu. Nic dziwnego, że jego mieszkańcy są małomówni wobec obcych.

Chyba że zjawi się obcy, który płaci złotem – tak jak Will. Powiadomił oberżystę, iż szuka jednego ze swych przyjaciół. Mężczyzny pokaźnej postury, o długich, siwych włosach. Człowiek ten nosi białą szatę i towarzyszy mu około dwudziestu ludzi. Dwaj z nich okryci są purpurowymi płaszczami, a na głowach mają kapelusze z szerokim rondem, tego samego koloru. Niewykluczone, że uzbrojeni są w kusze.

Dostrzegł błysk w oku oberżysty, gdy w ten sposób opisywał Tennysona oraz dwóch pozostałych przy życiu genoweńskich najemników. Jeszcze nim usłyszał odpowiedź, miał pewność, że jego rozmówca ich widział. Puls Willa przyspieszył na myśl, że może jeszcze wciąż tu są. Lecz słowa oberżysty sprowadziły go na ziemię:

– Byli tu tacy – brzmiała odpowiedź. – Ale już wyjechali.

Najwidoczniej właściciel gospody uznał, że skoro Tennyson opuścił Port Cael, może bezkarnie pozwolić sobie na wyjawienie owego faktu ciekawskiemu młodzieńcowi. Słysząc to, Will zacisnął usta i zaczął bawić się złotą monetą, która jakby czarodziejskim sposobem przewijała się między palcami jego prawej dłoni. Prosta sztuczka, którą opanował do perfekcji dzięki godzinom ćwiczeń podczas niezliczonych wieczorów przy ognisku. Metal połyskiwał w świetle, kusił, przyciągając oko oberżysty.

– Dokąd się udali?

Oberżysta zerknął na niego, a potem wskazał ruchem głowy w stronę przystani.

– Za morze. Nie wiem dokąd.

– A kto mógłby wiedzieć?

Oberżysta wzruszył ramionami, ale jednak odpowiedział:

– Najlepiej zrobisz, jak spytasz o to Czarnego O'Malleya. Może od niego czegoś się wywiesz. Gdy komuś spieszno opuścić kraj, najczęściej on właśnie służy pomocą.

– Dziwne imię. Skąd się wzięło?

– Kilka lat temu doszło do walki na morzu. Na jego statek wdarli się… – mężczyzna zawahał się przez chwilę, po czym dokończył: – Wdarli się piraci. Podczas utarczki jeden z nich uderzył O'Malleya w twarz zapaloną pochodnią. Płonąca smoła przywarła do skóry i paskudnie go poparzyła, pozostawiając po lewej stronie twarzy czarne znamię.

Will w zamyśleniu pokiwał głową. Gotów byłby się założyć, że jeśli w starciu brali udział jacyś piraci, z pewnością należeli do załogi O'Malleya. Bez wątpienia, ale nie w tym rzecz – pomyślał. W tej chwili chodziło mu o coś całkiem innego:

– A jak mogę znaleźć tego O'Malleya? – spytał.

– Prawie każdego wieczoru zastaniesz go w tawernie Pod Czaplą, tuż przy nabrzeżu. – Oberżysta przyjął monetę, a gdy Will odwrócił się, by odejść, dodał: – To niebezpieczne miejsce. Jesteś tu obcy, więc na twoim miejscu nie szedłbym tam bez towarzystwa. Mam na zawołanie kilku chłopaków, którzy w razie potrzeby służą mi pomocą. Pewnie zgodziliby się pójść z tobą – za niewielką opłatą.

Młodzieniec obejrzał się, rozważył propozycję i potrząsnął głową, uśmiechając się nieznacznie.

– Myślę, że dam sobie radę – powiedział.

Nie przystał na sugestię oberżysty, lecz bynajmniej nie z powodu nadmiernej pewności siebie. Po prostu, gdyby pojawił się w takim miejscu, jak portowa spelunka Pod Czaplą, w towarzystwie paru doraźnie zwerbowanych i zapewne nieszczególnie nadających się do tej roli osiłków – przypuszczalnie tragarzy – zyskałby tylko tyle, że zgromadzeni tam prawdziwi twardziele odnieśliby się do niego ze wzgardą. Od razu dałby im do zrozumienia, że czuje się niepewnie. Lepiej działać w pojedynkę, polegać na swych własnych umiejętnościach i przemyślności.

Kiedy pojawił się, tawerna zapełniona była do połowy. Pora była zapewne zbyt wczesna, prawdziwy ruch dopiero się zaczynał. Jednak w miarę upływu czasu nadchodzili kolejni bywalcy. Wewnątrz panował coraz większy ścisk niedomytych ciał. Gęstniał też kwaśny, duszny odór panujący w zadymionym wnętrzu. Narastał gwar licznych głosów, rozmawiający musieli przekrzykiwać hałas, aby móc się usłyszeć… od czego stawało się jeszcze głośniej.

Taka sytuacja sprzyjała jego zamiarom. Im tłoczniej i głośniej, tym mniejsze ryzyko, że ktoś zwróci na niego uwagę. Za każdym razem, gdy otwierały się drzwi i do środka wkraczali nowi goście, spoglądał w stronę oberżysty. Ten jednak za każdym razem tylko nieznacznie kręcił przecząco głową.

Aż wreszcie, w pewnej chwili, między jedenastą a północą, drzwi rozwarły się z hukiem. Do środka weszło trzech rosłych mężczyzn, którzy przepchnęli się przez tłum prosto w stronę baru. Oberżysta na ich widok natychmiast zaczął nalewać piwo do trzech wielkich szklanic, choć tamci nie wyrzekli ani słowa. Gdy zapełnił drugą, postawiwszy ją na kontuarze, pociągnął się trzykrotnie za ucho. Dopiero wtedy zabrał się do zapełniania trzeciego naczynia.

I bez tego sygnału Will zrozumiałby, że pojawił się w końcu człowiek, na którego czekał. Nawet z drugiej strony sali wyraźnie widział czarną plamę spalonej skóry na jego twarzy, ciągnącą się od lewego oka aż po szczękę. Odczekał, aż O'Malley i dwaj jego towarzysze zaniosą piwo do stołu przy palenisku. Siedzieli już tam jacyś dwaj, którzy spoglądali z niepokojem na zbliżającego się przemytnika.

– Dajże spokój, O'Malley – odezwał się jeden z nich jękliwym tonem. – Siedzimy tu już od…

– Precz.

O'Malley nie zamierzał wdawać się w dyskusje. Dwaj mężczyźni, nie zgłaszając już więcej sprzeciwu, zabrali swoje trunki, wstali i pozostawili stół do wyłącznego użytku trzech szmuglerów. Ci rozsiedli się wygodnie, spoglądając po sali. Powitali okrzykami kilku znajomych. Will zauważył, że odpowiedzi były raczej ugrzecznione niż serdeczne czy przyjazne. Wyraźnie bano się tu O'Malleya.

Spojrzenie przemytnika spoczęło przez chwilę na siedzącej w kącie samotnej postaci okrytej płaszczem. Patrzył na obcego przez kilka chwil, po czym przysunął krzesło, oparł łokcie o stół i wraz ze swymi kompanionami zaczął przyciszonym głosem omawiać jakieś sprawy.

Will wstał ze swego miejsca i ruszył ku nim. Przechodząc obok kontuaru, przesunął nad nim dłonią, pozostawiając na deskach połówkę złotej monety. Oberżysta zgarnął ją pospiesznie. Nie odezwał się ani słowem, lecz Will nie oczekiwał podziękowań. Z pewnością oberżysta nie pragnął, by ktokolwiek wiedział, że to on wskazał O'Malleya przybyszowi.

O'Malley zdał sobie sprawę z obecności Willa, gdy zwiadowca stanął obok niego. Przemytnik mówił coś przyciszonym głosem do swych towarzyszy. Przerwał teraz i spojrzał z ukosa. Will znajdował się w odległości około metra. Przez dłuższą chwilę panowała kłopotliwa cisza – jeśli nie brać pod uwagę panującego wokół zgiełku.

– Kapitan O'Malley? – odezwał się wreszcie Will.

Podczas gdy tamten przyglądał się jego szczupłej, niepozornej sylwetce, młody zwiadowca miał okazję, stwierdzić, że ma przed sobą mężczyznę potężnej budowy, choć niezbyt pokaźnego wzrostu. O'Malley przerastał go może o kilka centymetrów, jak zresztą większość ludzi – a więc nie zaliczał się do wielkoludów.

Miał za to potężnie umięśnione ramiona i zrogowaciałą skórę na dłoniach: piętno wielu długich lat ciężkiej pracy. Wyciągania lin, wnoszenia towaru na pokład, dzierżenia steru podczas szalejącej burzy. Tymczasem brzuch sugerował nie mniej lat ostrego picia. Jednak otyłość w niczym nie umniejszała siły żeglarza i stanowczo należało mieć się przed nim na baczności. Czarne, kręcone włosy opadały niechlujnymi kosmykami na kołnierz. Być może O'Malley zapuścił brodę, usiłując bezskutecznie zamaskować szpecące znamię na lewym policzku. Jego nos musiał być złamany tak wiele razy, że właściwie nie zachował żadnego określonego kształtu. Will pomyślał, że O'Malleyowi zapewne z trudem przychodzi oddychać przez nozdrza.

Jego towarzysze przedstawiali sobą mniej interesujący widok. Brzuchaci, barczyści i potężnie umięśnieni. Roślejsi od kapitana, lecz nie ulegało wątpliwości, który z tych trzech pełni rolę przywódcy.

– Kapitan O'Malley? – powtórzył Will i uśmiechnął się uprzejmie.

O'Malley w odpowiedzi zmarszczył czoło.

– Nie sądzę – uciął i odwrócił się do swych towarzyszy.

– A ja owszem – odrzekł Will, wciąż z uśmiechem.

O'Malley odwrócił się dopiero po dłuższej chwili, po czym wlepił w niego spojrzenie głęboko osadzonych oczu. Widniał w nich niebezpieczny błysk.

– Synku… – rzekł, powoli cedząc słowa, wzgardliwym, wręcz obelżywym tonem. – Idź się bawić gdzie indziej.

Wokół zapanowała cisza. Klienci tawerny Pod Czaplą z zaciekawieniem przyglądali się niecodziennej konfrontacji. Nieznajomy młodzian uzbrojony był w potężny łuk, jak spostrzegli wszyscy – jednak w panującej tu ciasnocie nie była to szczególnie użyteczna broń.

– Potrzebuję informacji – rzekł Will – i gotów jestem za nią zapłacić.

Dotknął zawieszonego u pasa mieszka, w którym zabrzęczały monety. O'Malley zmrużył oczy. Uznał, że może warto zamienić z młodzikiem kilka słów.

– Informacji? Cóż, w takim razie możemy porozmawiać. Carew! – rzucił w stronę mężczyzny siedzącego przy sąsiednim stole. – Oddaj chłopakowi swój stołek.

Co znamienne, marynarz, do którego się zwrócił w ten sposób, nie sprzeciwił się ani słowem. Natychmiast wstał i podsunął Willowi siedzisko. Zerknął co prawda spode łba, ale tylko na młodego zwiadowcę. Widać było, że pod żadnym pozorem nie zamierza zadzierać z O'Malleyem.

Will podziękował skinieniem głowy, otrzymał w zamian kolejne wrogie spojrzenie. Przysunął stołek do stołu O'Malleya.

– Chodzi ci, powiadasz, o informację? – zaczął przemytnik. – A czego chciałbyś się dowiedzieć?

– Kilka dni temu przeprawiłeś człowieka imieniem Tennyson – stwierdził Will. – Jego i dwudziestkę ludzi, którzy mu towarzyszyli.

– Czyżby? – krzaczaste brwi O'Malleya zbliżyły się ku sobie w gniewnym grymasie. – Wydaje mi się, że już wiesz zbyt wiele. Kto ci to wypaplał?

– Nikt z tu obecnych – odparł Will. Nim O'Malley zdołał zadać mu kolejne pytanie, dodał: – Muszę wiedzieć, dokąd go zawiozłeś.

Brwi szmuglera uniosły się w udawanym zdumieniu.

– Ach, musisz wiedzieć, doprawdy? Tylko czy ja muszę cię o tym powiadomić? Zakładając, oczywiście, że znam tego człowieka i dokądś go zawiozłem – a nie znam. I nie zawiozłem.

Przez ułamek sekundy na twarzy Willa odmalowała się irytacja. Błąd. Natychmiast zapanował nad sobą, ale wiedział, że O'Malley zauważył grymas.

– Jak mówiłem, jestem gotów zapłacić za informacje – przypomniał, starając się nie podnosić głosu.

– Taką samą złotą monetą, jaką dałeś Ryanowi, przechodząc obok baru? – rzucił gniewne spojrzenie oberżyście, który z zainteresowaniem przysłuchiwał się ich rozmowie, a teraz aż się skulił. – Jeszcze o tym pogadamy, Ryan – dodał.

Zaskoczony Will zacisnął usta. Dałby głowę, że kiedy zostawiał szczurowatemu drugą połówkę dukata, uwaga O'Malleya skierowana była w zupełnie inną stronę.

– Mało co uchodzi twojej uwadze, prawda? – pozwolił sobie na małe pochlebstwo. To nigdy nie zaszkodzi. Jednak O'Malley nie dał się wziąć na tak prostą sztuczkę.

– Mojej uwadze nic nie uchodzi, chłopcze – znów zwrócił na Willa gniewne spojrzenie. Nie próbuj mnie brać pod włos – mówiły jego czarne oczy.

Will poprawił się na stołku. Odnosił wrażenie, że zaczyna tracić panowanie nad rozmową. Nie, gorzej. Nie kontrolował jej od samego początku, ani przez chwilę. Od pierwszego słowa kierował nią O'Malley. Jak dotąd Will wciąż pozostawał w defensywie. Podjął kolejną próbę:

– No, dobrze. Tak. Gotów jestem zapłacić złotem za informacje.

– Już mi zapłacono – odparł O'Malley.

Przynajmniej przestał udawać, że nie użyczył swego statku Tennysonowi oraz jego zwolennikom.

– W takim razie druga zapłata za tę samą rzecz to chyba dobry interes? – zauważył Will.

– Tak ci się wydaje? Posłuchaj, chłoptasiu. Powiem ci coś o moich interesach. Po pierwsze, wolałbym poderżnąć ci gardło i odebrać sakiewkę. Powiem więcej: wcale nie dlatego, że ów Tennyson, o którym mówiłeś, coś dla mnie znaczy. Gdybym miał okazję, wyrzuciłbym go za burtę i co by mi kto zrobił? Tylko że ci jego kolesie w czerwonych płaszczach nie spuszczali ze mnie oka. Mówię ci to wszystko, żebyś zrozumiał, że tu nie chodzi o żadną lojalność wobec niego. Ani trochę.

– W takim razie… – zaczął Will, ale szmugler uciszył go gwałtownym ruchem ręki.

– Sam zacząłeś mówić o interesach, to teraz mnie słuchaj, chłopcze. Od tamtego człowieka wziąłem pieniądze, żeby wywieźć go z Clonmelu. Owszem, takimi właśnie sprawami się zajmuję. A teraz pomyśl. Co się stanie, jeżeli przy wszystkich tu obecnych wezmę pieniądze od kogoś innego za to, że wyjawię, dokąd go przeprawiłem? Jak myślisz, czy długo utrzymam się w tym fachu? Tacy jak on zgłaszają się do mnie z jednego powodu: dlatego, że umiem trzymać gębę na kłódkę.

Zamilkł. Will nie odzywał się. Nie potrafił wymyślić rozsądnej odpowiedzi.

– Nie wierzę w uczciwość – podjął O'Malley. – Ani w zaufanie czy w lojalność. Wierzę w zysk, w nic więcej. A zysk bierze się stąd, że kiedy trzeba, potrafię milczeć jak grób – niespodziewanie rozejrzał się po tawernie. Ciekawskie spojrzenia odwróciły się co prędzej. – I dobrze radzę, żeby wszyscy inni, co mnie słyszą, też to sobie zapamiętali – rzekł, podniósłszy głos.

Will, któremu zabrakło argumentów, rozłożył bezradnie ręce. Nie potrafił znaleźć żadnego wyjścia z powstałej sytuacji. Nagle zapragnął, by Halt znajdował się teraz u jego boku. Halt z pewnością wiedziałby, jak się zachować. Kiedy o tym pomyślał, znów poczuł się bezradnym, niedoświadczonym młokosem.

– Cóż. W takim razie nic tu po mnie – stwierdził, zbierając się do odejścia.

– Chwilę! – O'Malley trzasnął dłonią w stół. – Nie zapłaciłeś mi.

Will zaśmiał się z niedowierzaniem.

– Nie zapłaciłem? Przecież nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

– Owszem, odpowiedziałem. Tyle, że otrzymałeś nie taką odpowiedź, jakiej chciałeś. A teraz zapłać.

Will zerknął wokół siebie. Wszyscy obecni przyglądali się im z dużym zainteresowaniem, w większości także z rozbawieniem. Zapewne O'Malleya lękano się i nie darzono go sympatią, jednak Will był tu obcy, toteż cieszyli się z jego sromotnej klęski. Zdał sobie sprawę, że przemytnik specjalnie rozegrał całą rozmowę tak, by podbudować swoją reputację. Chodziło mu nie tyle o pieniądze, co o możliwość, by pokazać wszystkim zgromadzonym w tawernie, jak twarda z niego sztuka i kto tu rządzi.

Usilnie starając się nie okazać gniewu, sięgnął do mieszka i wyjął jeszcze jednego złotego dukata. To staje się kosztowne – pomyślał – a w dodatku nie dowiedział się niczego godnego uwagi. Położył monetę na stole. O'Malley zgarnął ją, sprawdził zębami, następnie uśmiechnął się z przekąsem.

– Interesy z tobą to przyjemność, chłopcze. A teraz wynocha.

Will zdawał sobie sprawę, że jego twarz spurpurowiała od tłumionej wściekłości. Zerwał się na równe nogi, przewracając stołek. Z jakiegoś odległego kąta sali rozległ się stłumiony śmiech. Odwrócił się i przepchnął przez tłum do drzwi.

Gdy tylko trzasnęły za nim, O'Malley nachylił się ku swym kompanom i polecił półgłosem:

– Dennis, Nialls. Przynieście mi tę sakiewkę.

Dwóch rosłych opryszków wstało. Obaj skierowali się śladami Willa w stronę drzwi. Nietrudno było zgadnąć, z jaką misją posłał ich szef, toteż stłoczeni goście rozstąpili się, by uczynić im przejście. Ten i ów skrzywił się z niezadowoleniem, bowiem wpadł na dokładnie ten sam pomysł.

Dennisa i Niallsa owionęło chłodne, rześkie nocne powietrze. Rozejrzeli się, ale wąska uliczka była pusta. Przybłęda gdzieś zniknął. Co dalej? Mógł skryć się w każdej z mrocznych alejek odchodzących na boki.

– Może…

Nialls urwał. Coś świsnęło złowrogo w powietrzu między nimi i uderzyło o drewno. Zaskoczeni, odskoczyli na boki. Ujrzeli wbitą w drzwi strzałę o szarych, pierzastych lotkach, która wciąż jeszcze drżała.

W ciemności rozległ się głos:

– Jeszcze krok, a następna strzała utkwi w twoim sercu – po czym ten sam gniewny głos dodał: – No, który chce zdechnąć pierwszy?

– Gdzie on jest? – wyszeptał Dennis kątem ust.

– W którymś z tych zakamarków – odpowiedział Nialls.

Wbity w drzwi pocisk stanowił namacalną oznakę zagrożenia. Zdawali sobie jednak sprawę, że nie zostaną mile powitani, jeśli powrócą do O'Malleya z pustymi rękami.

Bez żadnego ostrzeżenia rozległ się znów świst i stukot. Tylko że tym razem Nialls chwycił się raptownie za rozcięte grotem strzały prawe ucho. Po policzku popłynęła obfita struga krwi. Nagle obu zbirom przyszło do głowy, że rozprawa z O'Malleyem będzie jednak mniej niebezpieczna.

– Wiejemy! – zawołał Nialls. Przepychając się, skoczyli ku drzwiom, które w następnej chwili zatrzasnęły się za nimi.

Z ciemnego zaułka wyłoniła się mroczna postać. Will spodziewał się, że minie dobre kilka minut, nim ktokolwiek odważy się wyjrzeć na zewnątrz. Podbiegł bezgłośnie do drzwi, wyciągnął obie strzały wbite w deski. Wyprowadził Wyrwija ze stajni, wskoczył na siodło i ruszył z miejsca galopem. Kopyta jego wierzchowca załomotały o bruk, rozlegając się donośnym echem w opustoszałej ulicy.

Will musiał przyznać przed samym sobą, że podczas tego starcia poniósł całkowitą porażkę.

Halt i Horace wjechali na szczyt niewysokiego wzniesienia. Ściągnęli wodze. W odległości niespełna kilometra u ich stóp rozciągało się miasto Port Cael. Pomalowane na biało budynki cisnęły się do siebie na szczycie wzgórza, którego zbocze opadało ku przystani. W zatoce sztuczny, wybudowany przez ludzi falochron ciągnął się w morze, a potem skręcał pod kątem prostym na kształt litery L. Wewnątrz powstałego tym sposobem portu cumowała mała flotylla statków rozmaitego kształtu i wielkości. Jednak z miejsca, gdzie zatrzymali swe wierzchowce, przedstawiały się one jedynie jako las masztów. Nie sposób było ustalić, który należy do którego ze statków.

Domy na wzgórzu, schludne i świeżo pomalowane na biało, zdawały się lśnić nawet w bladym świetle słońca przebijającym się przez mgłę. Im bliżej portu, tym bardziej użytkowy wygląd przybierały budynki; w tej dzielnicy dominowała szarość. Jak zwykle w portowym mieście – pomyślał Halt. Zacni obywatele zamieszkiwali nieskazitelne domostwa na wzgórzu. Szumowina gromadziła się bliżej wody.

Mimo wszystko gotów był się założyć, że i w lepszych dzielnicach nie brakowało łajdaków oraz bezwzględnych handlarzy. Ci, którzy tam mieszkali, nie byli wcale uczciwsi – po prostu lepiej im się powiodło.

– Chyba widzę kogoś znajomego – stwierdził Horace. Pokazał palcem przed siebie. W odległości stu lub więcej metrów na poboczu drogi siedziała, oplótłszy kolana ramionami, okryta płaszczem postać. Opodal, na skraju rowu biegnącego wzdłuż gościńca, skubał trawę kudłaty konik.

– W rzeczy samej – zgodził się z nim Halt. – I chyba przywiózł ze sobą Willa.

Horace zerknął szybko na swego starszego towarzysza podróży. Od razu poczuł się raźniej. Żarcik może nie najwyższych lotów, ale pierwszy, jaki usłyszał z ust Halta podczas całej wędrówki z Dun Kilty. Zwiadowcy nigdy nie można było zarzucić nadmiernej wylewności, lecz przez te kilka dni był wyjątkowo małomówny. Nic dziwnego – pomyślał Horace. Bądź co bądź, dopiero co zmarł gwałtowną śmiercią jego brat bliźniak. Jednak teraz zwiadowca chyba już otrząsnął się z przygnębienia. Młody rycerz uznał, że perspektywa rychłego działania ma na niego zbawienny wpływ.

– Sprawia wrażenie zatroskanego. To znaczy, mam na myśli Willa – wyjaśnił Horace. Halt odwrócił się w siodle i zmierzył Horace'a spojrzeniem.

– Zapewne w twych oczach jestem zniedołężniałym starcem, ale nie musisz mi objaśniać rzeczy oczywistych. Ani przez chwilę nie sądziłem, że masz na myśli Wyrwija.

– Wybacz, Halt.

Jednak Horace nie mógł powstrzymać uśmiechu. Najpierw ten żarcik, a zaraz potem kąśliwa uwaga. Zdecydowany postęp wobec ponurego milczenia, w którym Halt pogrążył się po śmierci brata.

– Zobaczmy, co go trapi – zaproponował Halt. Nie wykonał żadnego widocznego ruchu ani nie wydał komendy, lecz Abelard z miejsca ruszył przed siebie niespiesznym kłusem. Horace dotknął piętami boków Kickera. Bojowy rumak po chwili dogonił konika zwiadowcy.

Zbliżyli się, jadąc strzemię w strzemię. Will wstał i otrzepał się z igliwia. Wyrwij zarżał na powitanie Abelarda oraz Kickera, wierzchowce odpowiedziały w ten sam sposób.

– Witajcie! – zawołał Will, gdy zatrzymali się przy nim.

– Miałem nadzieję, że dziś się zjawicie.

– Dostaliśmy wiadomość, którą nam zostawiłeś w Fingle Bay – wyjaśnił Halt – toteż ruszyliśmy skoro świt.

Tennyson udał się początkowo właśnie do Fingle Bay, tętniącego życiem portu handlowego i rybackiego położonego kilka kilometrów na południe od Port Cael. Tamtejsi armatorzy oraz kapitanowie statków z reguły stronili od podejrzanych interesów, żaden nie chciał zabrać na swój pokład dwudziestu nikomu nieznanych i uzbrojonych po zęby typów spod ciemnej gwiazdy. Tennyson wkrótce przekonał się, że musi szukać szczęścia w Port Cael – dowiedział się bowiem (a po nim Will), że tam właśnie może liczyć na pomoc żeglarzy mniej skrupulatnych, za to bardziej łakomych zysku.

– Jak ci poszło? – spytał Horace. Towarzyszył Haltowi, który pozostał w Dun Kilty, by uporządkować sprawy królestwa. Will tymczasem ruszył tropem Tennysona, by wywiedzieć się, dokąd zmierza fałszywy prorok.

Młody zwiadowca wzruszył ramionami.

– Tak sobie – odparł. – Czasem lepiej, czasem gorzej. Tennyson uciekł z kraju, tak jak przypuszczałeś, Halt.

Halt skinął głową. Rzeczywiście, tego właśnie się spodziewał.

– Dokąd się udał?

Will przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Halt uśmiechnął się w duchu. Wiedział, że jego były uczeń nie może sobie czegoś darować – najwyraźniej spotkało go niepowodzenie, kiedy usiłował spełnić wyznaczoną mu przez Halta misję.

– To jest właśnie zła wiadomość. Przykro mi, ale nie udało mi się tego dowiedzieć. Wiem, kto wziął go na pokład swojego statku. Pewien przemytnik, niejaki Czarny O'Malley. Kłopot w tym, że nie chce mi nic powiedzieć. Przykro mi, Halt – dodał. – Wiem, że zawiodłem.

Jego mentor machnął niedbale ręką.

– Daj spokój. Jestem pewien, że zrobiłeś, co w twej mocy. Żeglarze w takich miejscach, jak to, często bywają niezbyt rozmowni. Może ja powinienem z nim pogadać. Gdzie go można znaleźć tego słynnego O'Malleya o dziwacznym przydomku?

– Wieczorami przesiaduje w portowej tawernie.

– W takim razie dziś wieczorem zamienię z nim kilka słów – oznajmił Halt.

Will wzruszył ramionami.

– Możesz spróbować. Ale to ciężki przypadek. Nie jestem pewien, czy uda ci się z niego cokolwiek wyciągnąć. Pieniędzy nie chce. Już próbowałem.

– W takim razie może zwierzy mi się z dobroci serca. Przede mną powinien otworzyć – rzucił beztroskim tonem Halt. Jednak Horace dostrzegł błysk w jego oku. Miał słuszność, gdy pojawiło się zadanie, które należało wykonać, Halt od razu się ożywił. Horace doszedł do wniosku, że źle to wróżyło panu Czarnemu O'Malleyowi.

Will wciąż spoglądał na Halta z powątpiewaniem.

– Sądzisz, że ci się uda?

Halt odpowiedział z uśmiechem:

– Ludzie uwielbiają mi się zwierzać – rzekł. – Mam w sobie coś takiego, może to urok osobisty, w każdym razie jestem wprost mistrzem konwersacji. Spytaj Horace'a, niech ci powie, jak miłe pogawędki ucinaliśmy sobie przez całą drogę z Dun Kilty. Nieprawdaż?

Horace ochoczo pokiwał głową.

– Wprost usta mu się nie zamykały – stwierdził. – Cieszę się, że teraz utnie sobie rozmówkę z kim innym.

Will spoglądał na nich obu z urazą. Z trudem przyszło mu przyznać się do porażki, zwłaszcza wobec Halta. Tymczasem jego dwaj towarzysze najwidoczniej uważali całą tę sprawę za świetny dowcip. Dowcip, który wcale go nie śmieszył. Usiłował wymyślić jakąś miażdżącą replikę, lecz nic nie przyszło mu do głowy. Wskoczył więc na siodło Wyrwija i wyjechał na drogę.

– Zająłem dla nas pokoje w gospodzie, w górnej części miasta. Całkiem tam czysto i nawet niedrogo – stwierdził.

Te słowa wzbudziły zainteresowanie Horace’a.

– A przynajmniej żarcie tam dobre? – spytał.

Skryli się w cieniu, kilka metrów od końca alejki. Mieli stamtąd doskonały widok na wejście do gospody Pod Czaplą. Mogli obserwować klientów przychodzących lub opuszczających spelunkę, nie widziani przez nikogo. Jak dotąd nie pojawił się ani O’Malley, ani jego kompani.

Will poruszył się niespokojnie. Zbliżała się już północ.

– Spóźniają się. Jeśli przyjdą – powiedział szeptem. – Zeszłej nocy o tej porze dawno siedzieli w środku.

– Może zeszłej nocy coś im się pomyliło i przyszli za wcześnie – zasugerował Horace.

Halt nie odzywał się.

– Nie lepiej byłoby poczekać na nich w środku? – spytał go Horace.

Noc była chłodna, młody rycerz czuł wilgotny chłód przenikający przez podeszwy butów do stóp i łydek. No tak – pomyślał. – Zimne, mokre kamienie. Trudno o mniej korzystne podłoże, jeśli zamierza się stać przez dłuższy czas. Miał ochotę tupnąć kilka razy, by przywrócić krążenie, wiedział jednak, że oberwałoby mu się za to od Halta.

– Nie. Chcę ich zaskoczyć – rzekł Halt. – Jeśli wejdą i zobaczą nas, element zaskoczenia przepadnie. Natomiast jeżeli zaczekamy, aż się rozsiądą, a potem szybko wkroczymy, dopadniemy ich, zanim zdążą cokolwiek zrobić. Poza tym zawsze istnieje możliwość, że jeśli wejdziemy do środka, ktoś wymknie się, żeby ich przestrzec.

Horace skinął głową. Pewnie, że to miało sens. On sam nie wyznawał się na takich subtelnościach, lecz potrafił docenić tych, którzy posiadali zdolność planowania oraz przewidywania.

– Aha, Horace… – zaczął Halt.

– Tak, słucham?

– Kiedy dam ci sygnał, rozprawisz się z towarzyszącymi przemytnikowi osiłkami.

Horace uśmiechnął się od ucha do ucha. Miał wrażenie, że wykonanie tego polecenia nie będzie wymagało szczególnie subtelnych podchodów.

– Czemu nie – rzekł. – Aha, a jaki to będzie sygnał?

Halt zerknął na niego.

– Myślę, że powiem coś w rodzaju „Horace”.

Wysoki wojownik przekrzywił głowę na bok.

– Horace? I co dalej?

– Nic – uciął Halt. – „Horace”, i tyle.

Horace zastanowił się przez chwilę, po czym skinął głową, jakby przekonany.

– Dobrze pomyślane, Halt. Nie ma jak prostota. Sir Rodney zawsze to powtarza.

– Jakieś szczególne polecenia dla mnie? – spytał Will.

– Patrz i ucz się – mruknął Halt.

Will uśmiechnął się cierpko. Otrząsnął się już z przygnębienia, w jakie wprawiło go niepowodzenie podczas rozmowy z O'Malleyem. Teraz wprost nie mógł się doczekać, by zobaczyć, jak Halt poradzi sobie z przemytnikiem. Bowiem co do tego, że Halt upora się z bandytą, nie miał wątpliwości.

– Jak zawsze, no nie? – rzucił.

Halt spojrzał na niego. Dostrzegł zmianę, jaka zaszła w nastroju młodego zwiadowcy. Poczucie upokorzenia ustąpiło miejsca gotowości do działania.

– Jak zawsze. Tylko głupiec sądzi, że zjadł wszystkie rozumy. I że wszystko potrafi. A ty nie zaliczasz się do głupców.

Nim Will zdążył odpowiedzieć, Halt ruchem ręki wskazał w stronę ulicy.

– Chyba nasi ludzie nadchodzą.

O'Malley i dwaj jego przyboczni kroczyli właśnie od strony portu. Trzej Aralueńczycy przyglądali im się, gdy weszli do tawerny – dwaj roślejsi mężczyźni rozstąpili się, by puścić kapitana przodem. Przez chwilę z wnętrza przez otwarte drzwi dochodził gwar głosów, błysnęło światło. Potem wszystko umilkło, znów zapadły ciemności.

Horace postąpił krok do przodu, lecz Halt położył rękę na jego ramieniu.

– Dajmy im minutkę albo dwie – rzekł. – Wezmą sobie po piwie, przegonią intruzów od swojego stołu. Jak jest położony w stosunku do wejścia, Willu? – spytał.

Młody zwiadowca zmarszczył brwi, przypominając sobie rozkład sali. Halt znał już odpowiedź, bo wypytał Willa wcześniej tego popołudnia. Chciał jednak zająć czymś myśli młodzieńca.

– Za drzwiami dwa schodki w dół. Potem na prawo, jakieś trzy metry od drzwi, przy ogniu. Uważaj na głowę przy wejściu, Horace – dodał.

Wyczuł raczej, niż zobaczył, że Horace potwierdza skinieniem głowy, iż przyjął ostrzeżenie do wiadomości. Halt zamknął oczy, wyobrażając sobie wnętrze tawerny, wyliczając czas. Will poruszył się niespokojnie, chciał już przejść do akcji. Usłyszał przyciszony głos Halta:

– Spokojnie. Nie ma pośpiechu.

Will odetchnął kilka razy głęboko, próbując uspokoić przyspieszony puls.

– Wiesz, co robić? – spytał go Halt.

Przedstawił im szczegółowy plan działania tego popołudnia, jeszcze w gospodzie. Jednak zawsze warto się upewnić, czy wszystko zostało zrozumiane.

Will nerwowo przełknął ślinę.

– Stoję przy drzwiach i mam na oku całą salę.

– I pamiętaj, nie za blisko drzwi, żebyś nie oberwał nimi od kogoś, kto niespodziewanie wejdzie do środka – przypomniał mu Halt. Nie musiał tego robić. Trudno było zapomnieć, gdyż tego popołudnia Halt w barwnych słowach opisał wyimaginowaną scenkę, jak to jakiś spragniony pijaczyna wpada do tawerny i powala drzwiami Willa – ten zaś pada plackiem na podłogę.

– Zrozumiano – odrzekł Will. Zaschło mu w ustach.

– Horace, wszystko jasne?

– Mam trzymać się w pobliżu ciebie. Stać, kiedy usiądziesz. Uważać na tych dwóch spaślaków, a kiedy powiesz „Horace”, walić w łeb.

– Dobrze powiedziane – pochwalił Halt. – Sam bym tego lepiej nie ujął.

Odczekał jeszcze kilka sekund i wyszedł z cienia.

Znaleźli się po drugiej stronie ulicy, Halt pchnął drzwi. Will znów poczuł falę ciepła, gwaru i światła. Wszedł za Haltem, odsunął się na bok. Mimochodem odnotował głuche łupnięcie oraz stłumione „psiakrew!”, gdy Horace, który zapomniał o jego ostrzeżeniu, wyrżnął głową we framugę.

Siedzący plecami do ognia O'Malley spojrzał na nowo przybyłych. Rozpoznał Willa, co rozproszyło go przez krótką chwilę, nie zdążył więc zareagować, gdy Halt, który szybkim krokiem przemierzył salę, przysunął sobie stołek i siadł naprzeciwko niego.

– Dobry wieczór – powiedział brodaty nieznajomy. – Nazywam się Halt. Musimy pogadać.

Nialls i Dennis natychmiast zerwali się na równe nogi, lecz O'Malley uniósł dłoń, powstrzymując ich od podejmowania dalszych działań.

– W porządku, chłopaki. Spokojnie.

Nie powrócili jednak na swoje miejsca, tylko stanęli za nim, tworząc potężną zaporę z mięśni i zwalistych ciał. O'Malley, ochłonąwszy już z zaskoczenia, przyjrzał się siedzącemu mężczyźnie.

Niewysoki, a raczej niski. Więcej siwych włosów niż czarnych. Krótko mówiąc, ktoś, kto w zwyczajnej sytuacji nie wzbudziłby u przemytnika zbytniego niepokoju. Jednak O'Malley miał za sobą wieloletnie doświadczenie, umiał dokonać oceny potencjalnych przeciwników i zdawał sobie sprawę, jak często pozory mylą. Ten człowiek spoglądał hardo, biła od niego pewność siebie. Jak gdyby nigdy nic wmaszerował do jaskini lwa, wybrał sobie najgroźniejszego drapieżnika i pociągnął go za ogon. A teraz siedział całkiem spokojnie. Wcale się nie przejmował. Nie niepokoił. Nie bał się! Tak więc: albo dureń, albo ktoś bardzo, bardzo niebezpieczny. Na głupca nie wyglądał.

O'Malley szybkim spojrzeniem otaksował drugiego z przybyłych. Rosły, barczysty, muskularny – stwierdził. Ale bardzo młody, niemal jeszcze dzieciuch. Brakowało mu też owej spokojnej pewności. Jego oczy poruszały się nieustannie, spoglądając to na O'Malleya, to na jego dwóch kompanów. Czujnie, uważnie. Przemytnik doszedł do wniosku, że ze strony tego młodzika nic mu nie grozi. Dopuścił się tym samym błędu w ocenie, jaki przed nim zdarzało się popełniać i innym ludziom, którzy mieli do czynienia z Horace'em. Wszyscy gorzko potem tego żałowali.

Spojrzał znów ku drzwiom, gdzie stał chłopak, który zaczepił go zeszłej nocy. Zajął pozycję w pewnej odległości od drzwi, z łukiem w dłoni i nałożoną na cięciwę strzałą. Łuk był opuszczony – na razie – strzała nie mierzyła w nikogo. O'Malley zdawał sobie sprawę, że ten stan rzeczy może zmienić się w jednej krótkiej chwili. Dennis i Nialls nie omieszkali powiadomić go o zdumiewającej zręczności młodzika w posługiwaniu się łukiem. Najlepszym dowodem tego były bandaże spowijające ucho Niallsa, niemal odcięte od głowy.

Ten – przez chwilę poszukiwał w pamięci imienia, jakim przedstawił się nowo przybyły – otóż ten Halt wyposażony był w bardzo podobny łuk. Teraz O'Malley zdał sobie sprawę, że nosił też podobny płaszcz, w taki sam wzór, z identycznym kapturem. Taka sama broń, taki sam strój. Sprawiali przez to jakby urzędowe wrażenie, co O'Malleyowi nie przypadło bynajmniej do gustu. Nie lubił mieć do czynienia z oficjalnymi czynnikami.

– Jesteście ludźmi króla, co? – rzekł do Halta.

Halt machnął ręką.

– Nie twojego króla.

Dostrzegł pogardliwe skrzywienie ust, gdy szmugler zadawał pytanie i stłumił iskierkę gniewu. Żachnął się, wspominając swego zmarłego brata, który dopuścił, by monarsza władza spotykała się z takim brakiem poważania. Jednak w jego oczach i na twarzy nie pojawił się ani ślad emocji.

– Jestem Aralueńczykiem – stwierdził.

O'Malley uniósł brwi.

– Aha. I spodziewasz się pewnie, że uczyni to na mnie ogromne wrażenie? – spytał z przekąsem.

Halt milczał przez krótką chwilę. Wytrzymał spojrzenie rozmówcy. Taksowali się wzajemnie wzrokiem.

– Twoje wrażenie mało mnie obchodzi – odparł wreszcie. – Dla mnie to bez znaczenia. Wspomniałem o tym tylko po to, żebyś wiedział, że nie interesuje mnie twoja działalność przemytnicza.

Cios był celny. O'Malley nie znosił, kiedy rozprawiano publicznie o jego sprawach. Na twarzy Hibernijczyka pojawił się grymas.

– Pilnuj się! My tutaj nie cackamy się z takimi, co oskarżają nas o przemyt i inne takie rzeczy.

Halt wzruszył tylko ramionami.

– O „innych takich rzeczach” nie mówiłem ani słowa – zauważył. – Chodzi mi wyłącznie o to, że twoja działalność przemytnicza zupełnie mnie nie ciekawi. Chcę tylko od ciebie pewnej informacji, niczego więcej. Wyjaw mi, czego chcę się dowiedzieć, a natychmiast dam ci spokój.

Wygłaszając pogróżkę, O'Malley pochylił się nad stołem w stronę Halta. Teraz odchylił się do tyłu.

– Skoro nie powiedziałem tego chłopcu – wskazał ruchem głowy milczącą postać przy drzwiach – co pozwala ci sądzić, że zdradzę tajemnicę jego dziadkowi?

Halt uniósł jedną brew.

– Doprawdy, trochę przesadziłeś. Nie uważasz, że delikatniej byłoby użyć określenia „wujkowi”?

Przemytnik uznał, że już dość jałowej wymiany zdań.

– Wynocha – rozkazał. – Skończyłem z tobą.

Halt pokręcił głową, wciąż patrząc prosto w oczy O'Malleyowi.

– Być może – stwierdził. – Kłopot w tym, że ja nie skończyłem z tobą.

Bez dwóch zdań, w tych słowach czaiła się pogróżka, wręcz bezpośrednie wyzwanie. W dodatku wypowiedziane niemal wzgardliwym tonem. Tego było O'Malleyowi zbyt wiele.

– Nialls, Dennis. Wyrzućcie tego głupca na ulicę – polecił. – A jeśli kurdupel sterczący przy drzwiach uniesie łuk choć o cal, poderżnijcie staremu gardło.

Ruszyli zza stołu; Nialls zachodził Halta od prawej, Dennis z lewej strony. Zwiadowca odczekał, aż znaleźli się już prawie przy nim, po czym odezwał się:

– Horace…

Ciekaw był, w jaki sposób młody wojownik zabierze się do dzieła. Horace rozpoczął od prawego prostego wyprowadzonego na szczękę Dennisa. Silny cios, lecz nie taki, który wyeliminowałby przeciwnika z gry. Chodziło po prostu o to, żeby zyskać nieco miejsca i czasu. Dennis zatoczył się w tył, a nim Nialls zdążył cokolwiek uczynić, Horace obrócił się i trzasnął go miażdżącym lewym hakiem w szczękę. Oczy opryszka zamgliły się, kolana ugięły. Zwalił się niczym wór kartofli na podłogę, nieprzytomny.

Teraz jednak zaatakował Dennis, zadając młodemu rycerzowi prawą ręką potężny cios po łuku. Zaatakowany wykonał unik, pięść osiłka trafiła w próżnię. Pochylony Horace zadał dwa krótkie uderzenia lewą pięścią, celując w bok przeciwnika i zakończył serię ciosów potężnym hakiem od dołu, wymierzonym w podbródek Dennisa.

W uderzeniu zawarta była cała moc nóg, tułowia i ramienia Horace'a. Gdy cios dosięgnął celu, reakcja nastąpiła natychmiast. Błysk w oczach Dennisa zgasł niczym świeczka zdmuchnięta przez huragan. Uderzenie wyprowadzone zostało z taką siłą, że stopy opryszka wręcz uniosły się o cal czy dwa nad podłogę. W następnej chwili on także zapadł się w sobie i runął z hukiem na posypane trocinami deski.

Wszystko trwało nie dłużej niż cztery sekundy. O'Malley otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Ten młodzik, ten gołowąs, którego uznał za całkiem niegroźnego, rozprawił się z jego obstawą w mgnieniu oka, niemal od niechcenia. O'Malley próbował wstać, ale żelazna dłoń schwyciła go za kołnierz, pociągnęła w dół i ku przeciwległej stronie stołu. Jednocześnie poczuł na gardle coś ostrego – bardzo ostrego.

– Powiedziałem, że jeszcze z tobą nie skończyłem. Więc siedź.

Niski głos Halta brzmiał nader przekonująco. Jeszcze bardziej przekonująca była ostra niczym brzytwa klinga jego saksy dociśnięta odrobinę zbyt mocno do gardła przemytnika. O'Malley nie spostrzegł, kiedy zwiadowca dobył broni. Pojął, że ten siwobrody potrafi poruszać się z oszałamiającą prędkością – podobnie, jak chwilę przedtem jego młody towarzysz.

O'Malley widział teraz z bliska twarz Halta, a jednocześnie kątem oka dostrzegał błysk morderczej stali wymierzonej w jego krtań.

– Mniejsza o to, że nazwałeś mnie dziadkiem – odezwał się Halt. – Nawet nie mam ci za złe, że właśnie próbowałeś nasłać na mnie swoich chłopców. Zadam ci tylko jedno pytanie, jeden, jedyny raz. Jeżeli nie odpowiesz, zabiję cię. Tu i teraz. Willu! – zawołał głośno – Jeżeli ten wielkolud przy barze zrobi jeszcze krok w moją stronę, przeszyj go strzałą.

– Już mam go na celu – odkrzyknął Will. Rosły marynarz, który sądził, że nikt nie zwraca na niego uwagi, natychmiast podniósł w górę obie ręce. Podobnie jak większość zgromadzonych w tej sali, słyszał poprzedniego wieczoru opowieść Niallsa i Dennisa o niewiarygodnie celnych dwóch strzałach młodzieńca. Z początku sądził, że jeśli dopomoże O'Malleyowi, ma szansę, by coś na tym zyskać. Teraz jednak zrozumiał, że może przypłacić ten pomysł własnym życiem.

Will poruszył łukiem i strzałą w jednoznacznym geście, nakazując niedoszłemu napastnikowi, by usiadł. Żeglarz opadł na ławę. Lśniący grot był wystarczająco wymownym argumentem. Jednak jeszcze bardziej niepokoiło go, że brodacz na pozór nawet nie zerknął ku niemu, a przecież jakimś sposobem wypatrzył jego poczynania.

– Cóż – rzekł Halt. – O czym to gawędziliśmy?

O'Malley otworzył usta, by odpowiedzieć, po czym zamknął je bez słowa. Nagle znalazł się na całkiem obcym dla siebie obszarze. Przywykł, że to on wyznacza reguły, że inni tańczą, jak im zagra. Nie łudził się. Wiedział, że pozostali bywalcy tawerny Pod Czaplą nie darzą go miłością. O wiele bardziej zależało mu na tym, by się go bali. Tymczasem, gdy stłoczeni w sali ujrzeli kogoś, kto budził w nich jeszcze większy lęk, poczuł się bezsilny. Może gdyby go lubili, ten i ów zechciałby stanąć w jego obronie. Jednak w obecnej sytuacji, bez Niallsa i Dennisa, pozostawiony samemu sobie, nie mógł liczyć na nikogo.

Halt przyglądał mu się przez chwilę, doskonale rozumiejąc, co dzieje się w umyśle przemytnika. Dostrzegł w jego oczach zwątpienie oraz niepewność – i wiedział już, że wygrał to starcie. Wszystko, co Will opowiedział zwiadowcy o swoim poprzednim spotkaniu ze szmuglerem, wskazywało, iż w razie poważnych tarapatów, nikt nie zechce opowiedzieć się po jego stronie. Halt przyjął więc takie założenie, które właśnie teraz okazało się słuszne.

– Kilka dni temu wywiozłeś swoim statkiem niejakiego Tennysona wraz z grupką jego zwolenników. Wywiozłeś ich z kraju. Pamiętasz?

O'Malley nie odpowiedział. Wpatrywał się w oczy Halta. Zwiadowca widział w nich tłumioną wściekłość, furię, wzmożoną jeszcze poczuciem bezsilności O'Malleya.

– Mam nadzieję, że nie zapomniałeś – ciągnął Halt – bowiem może to okazać się dla ciebie kwestią życia lub śmierci. Pamiętasz, co powiedziałem? Zadam ci pytanie tylko raz. Jeśli chcesz dalej żyć, odpowiesz. Zrozumiano?

Przemytnik dalej milczał. Halt westchnął i z ubolewaniem pokręcił głową.

– Dokąd zawiozłeś Tennysona?

Ciszę, jaka zapanowała w tawernie, dałoby się niemal krajać nożem. Wszyscy nasłuchiwali, czekając, co odpowie O'Malley. Przemytnik przełknął ślinę, raz i drugi, przy czym wyraźniej poczuł dotykające jego szyi ostrze noża. Przełknął ślinę raz jeszcze, po czym wychrypiał:

– Nie zabijesz mnie.

Halt uniósł lewą brew. Na jego ustach pojawił się dziwny półuśmieszek.

– Czyżby? – zdziwił się. – A to niby z jakiej racji?

– Nie możesz. Jeżeli mnie zabijesz, nigdy nie dowiesz się tego, co chcesz wiedzieć – odparł O'Malley.

Halt zaśmiał się krótko i niewesoło.

– Chyba żartujesz.

Czoło O'Malleya zmarszczyło się. Postawił wszystko na jedną kartę – kartę, którą obcy potraktował lekceważąco. O'Malley był przekonany, że to blef. Ta myśl sprawiła, że poczuł się nieco pewniej.

– Nie udawaj – rzekł. – Chcesz wiedzieć, dokąd wybrał się ów Tennyson. Bardzo ci na tym zależy, bo w przeciwnym razie nie fatygowałbyś się tutaj. Tak więc zabieraj to żelastwo, a wówczas może ci powiem. Choć nie za darmo, rzecz jasna. – Ostatnie słowa dodał po krótkiej chwili namysłu. – Skoro dysponuję atutem, warto ugrać, co się da – pomyślał.

Halt nie odzywał się przez moment. Potem nachylił się jeszcze bliżej O'Malleya, klinga saksy pozostała tam, gdzie uprzednio – przytknięta do krtani przemytnika.

– Zrób coś dla mnie, O'Malley. Popatrz mi w oczy i powiedz, czy naprawdę ci się wydaje, że nie jestem zdolny cię zabić.

O'Malley musiał przyznać, że spojrzenie tych oczu budziło lęk. Nie było w nim litości ani słabości. Nie wątpił, że ten człowiek mógłby go uśmiercić, choćby w tej chwili.

Tyle że Halt potrzebował O'Malleya żywego, nie martwego. Przez to zaś zwycięstwo pirata było tym słodsze. Siwobrody przybłęda zabiłby go, zapewne z miłą chęcią. Nie mógł jednak sobie na to pozwolić…

Mimo woli O'Malley uśmiechnął się do swej myśli.

– Pewnie, zabiłbyś mnie – rzekł niemal pogodnym tonem. – Zabiłbyś, gdybyś mógł. Ale nie możesz!

Nie radziłbym nikomu grać z tym człowiekiem o pieniądze – pomyślał przemytnik. W oczach przeciwnika nie widział ani frustracji, ani niepewności, jaką musiał odczuć teraz, gdy O'Malley zdemaskował jego blef.

– Hm, chyba pora na małe podsumowanie, nieprawdaż? – rzekł miękko Halt. – Powiadasz, że nie mogę cię zabić. W przeciwnym razie nigdy się nie dowiem, dokąd zawiozłeś Tennysona. Tymczasem wczoraj powiedziałeś Willowi, że nikomu tego nie wyjawisz…

– No, nie. Teraz to co innego. Jestem otwarty na propozycje… – zaczął O'Malley, lecz Halt przerwał mu:

– Zatem, jeśli cię zabiję, nic nie tracę. Prawda? Przeciwnie, będzie to drobne zadośćuczynienie za kłopot, jaki mi sprawiłeś. Prawdę mówiąc, chętnie to uczynię. Nie przypadłeś mi do gustu, O'Malley. Może nawet lepiej, że nie chcesz gadać, bo gdybyś sypnął, czułbym się w obowiązku pozostawić cię przy życiu. Nie zasługujesz na to.

– Ejże, chwileczkę… – Niedawno przywrócona pewność siebie O'Malleya ulotniła się bez śladu. Zdał sobie sprawę, że posunął się za daleko. Sztych ciężkiego noża znalazł się nagle tuż przed jego oczami, dotykając czubka nosa.

– Nie! Słuchaj, kiedy do ciebie mówię! – syknął Halt. Cedził wyrazy cicho, lecz każde jego słowo uderzało niczym cięcie bicza. – Rozejrzyj się i powiedz mi, czy widzisz tu kogoś, na kogo możesz liczyć, kto darzy cię przyjaźnią? Czy ktokolwiek choć piśnie, jeżeli poderżnę ci gardło?

Niemal wbrew sobie O'Malley zerknął na boki. Ujrzał wpatrzone w siebie twarze, lecz ani śladu współczucia czy życzliwości. Nie, na pomoc ze strony świadków nie mógł liczyć.

– A teraz pomyśl: czy aby na pewno w tej sali nie ma kogoś, kto wie, dokąd zawiozłeś Tennysona? I czy ten ktoś przypadkiem nie zechce podzielić się ze mną swoją wiedzą, kiedy już z tobą skończę?

W tym momencie O'Malley zrozumiał, że przegrał. Niejeden z żeglarzy obecnych w tej tawernie wiedział doskonale, dokąd udał się kapłan w białej szacie. Nie była to w rzeczy samej żadna wielka tajemnica. Kiedy jego, O'Malleya, zabraknie wśród żywych, wniwecz obróci się strach zmuszający ich wszystkich do milczenia.

Ba, będą się bić o to, który z nich taniej sprzeda siwobrodemu upragnioną wiadomość.

– Craiskill. Ujście Craiskill – rzekł prawie szeptem.

Nóż drgnął.

– Co? – spytał szorstko Halt.

Ramiona O'Malleya przygarbiły się, opuścił wzrok.

– Ujście rzeki Craiskill. W kraju Piktów, w pobliżu przylądka Linkeith. To jedno z umówionych miejsc, gdzie dostarczamy towar.

Halt zmarszczył brwi z niedowierzaniem.

– Po kiego diabła Tennyson chciał popłynąć do Pikty?

O'Malley wzruszył ramionami.

– Nie chciał. Chciał wyjechać stąd. Tam właśnie się wybierałem, toteż tam go zawiozłem.

Halt z wolna pokiwał głową.

– Ciebie też mogę zawieźć – zaproponował O'Malley.

Halt zaśmiał się wzgardliwie.

– Możesz, pewnie, że możesz. Chyba nawet chciałbyś. Wierzę ci, przyjacielu. Tak jak wierzyłbym żmii. A teraz zejdź mi z oczu.

Wypuścił z dłoni kołnierz przemytnika i pchnął zbója. O'Malley po chwili odzyskał równowagę. Miał już wstać, kiedy Halt go zatrzymał.

– Nie. Jeszcze jedno. Wysyp na ten stół wszystko, co masz w sakiewce.

– W mojej sakiewce?

Halt nie rzekł nic, tylko jego brwi spotkały się, tworząc ciemną linię. O'Malley zdał sobie sprawę, że zwiadowca wciąż trzyma w dłoni wielki nóż. Nie zwlekając, odpiął skórzany mieszek i wysypał jego zawartość na blat stołu.

Halt palcem lewej dłoni grzebał przez chwilę w monetach, aż natrafił na złotego dukata. Uniósł go.

– To twój, Willu?

– Chyba tak – odparł wesołym głosem Will. Po tym, jak O'Malley go upokorzył, wydarzenia tego wieczoru sprawiły mu szczerą radość.

– Następnym razem nie wydawaj złota na głupstwa – pouczył Halt wychowanka, a potem zwrócił się znów do O'Malleya, wpijając weń mroczne, złowrogie spojrzenie.

– Precz stąd.

O'Malley, wreszcie wolny, wstał. Rozejrzał się po zebranych, ale nie dostrzegł na ich twarzach nic oprócz pogardy. Nie pozostało mu nic innego, jak usłuchać polecenia.

Twój przyjaciel nie wygląda na zadowolonego.

Kapitan statku trącił Willa łokciem i wskazał postać stojącą na dziobie „Wróbla”. Krępy, zakapturzony mężczyzna trzymał się kurczowo relingu.

Dzień był pochmurny, silny wiatr wiał z południowego wschodu, natomiast krótkie, lecz wysokie fale nadpływały z północy. Wicher rozbijał szczyty fal, obryzgując pianą pokład statku, gdy ten opadał w dół, rozcinając dziobem szare wody.

– Nic mu nie będzie – zapewnił Will. Jednak wilka morskiego wyraźnie bawiło, że komuś może dolegać choroba morska. – Zapewne – pomyślał Will – daje mu to poczucie wyższości.

– Zawsze tak się dzieje – zauważył wesoło szyper. – Na lądzie tacy z nich małomówni twardziele, a niech tylko pokład zakołysze się odrobinę, zaraz miękną.

W rzeczywistości „Wróbel” kołysał się znacznie więcej niż „odrobinę”. Przechylał się gwałtownie na boki, do przodu i do tyłu, miotany przeciwstawnymi siłami wichru oraz przyboju.