23 osoby interesują się tą książką

Opis

Tym razem niebezpieczeństwo przychodzi ze Wschodu...

Na corocznym konwencie Zwiadowców brakuje Halta, który wyruszył na Wschód, by zbadać pogłoski na temat niepokojących wydarzeń w Hibernii. Gdy powraca, przywozi ze sobą fatalne nowiny... Kult wyznawców fałszywego bóstwa panoszy się we wschodnich dominiach. Nazywający siebie Odszczepieńcami heretycy sieją niepokój i podburzają ludność Hibernii. Pięć z sześciu królestw znajduje się już pod ich kontrolą... Tylko Clonmel opiera się jeszcze heretyckim wpływom, ale, jeśli będzie walczył samotnie, upadnie. Will, Halt i Horace wyruszają na Wschód, by przywrócić dawny porządek. Klucz do powodzenia misji spoczywa w dłoni mistrza Zwiadowców. Jakie sekrety kryją się w przeszłości Halta i w jaki sposób wpłyną one na sytuację w Hibernii?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Rangers Apprentice. The Kings of Clonmel

First published by Random House AustraliaPty Limited, Sydney, Australia.

This edition published by arrangement with Random House Australia.

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2011

Skład i łamanie: EKART

Redakcja: Tadeusz Lewandowski

Korekta: Barbara Gomulicka

ISBN 978-83-7686-097-8

Copyright © John Flanagan 2009

All rights reserved.

Cover design © www.blacksheep-uk.com

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2011 by Wydawnictwo Jaguar

Książka dla czytelników w wieku 11 +

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar S.J.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji ebook

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2011

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Catherine i Tyler: dziękuję za wszystko.

Oczywiście, to Wyrwij najpierw wykrył obecność jeźdźca oraz jego wierzchowca.

Zastrzygł uszami, pochylił je do przodu, a Will raczej wyczuł, niż usłyszał niski pomruk, od którego zawibrował beczułkowaty tułów konika. Nie był to jednak sygnał alarmowy, toteż Will wiedział, że czeka go spotkanie z kimś znajomym. Pochylił się, poklepał zwierzę po kudłatej szyi.

– Dobry konik – rzekł półgłosem. – Gdzie oni są?

Był prawie pewien, że wie, kogo spotka. Ledwie się zresztą odezwał, jego przypuszczenia się potwierdziły. Zza drzew, kilkadziesiąt metrów przed nimi, wyłonił się jeździec, który zatrzymał się na rozstajach dróg, wyraźnie na nich czekając. Wyrwij parsknął, potrząsnął łbem.

– Jasne. Teraz to i ja ich widzę.

Musnął piętami boki Wyrwija. Konik z miejsca pognał przed siebie, płynnie przechodząc od stępa do galopu, by jak najprędzej zmniejszyć dzielącą ich odległość. Gniadosz zarżał na powitanie, Wyrwij odpowiedział tym samym.

– Gilan! – zawołał uradowany Will, gdy zbliżyli się do siebie na odległość głosu. Wysoki zwiadowca pomachał ręką, a gdy Will z Wyrwijem znaleźli się obok niego, obdarzył obu serdecznym uśmiechem.

Przyjaciele pochylili się w siodłach, ściskając sobie dłonie.

– Miło znów cię ujrzeć – stwierdził Gilan.

– Wzajemnie. Przewidziałem zresztą, kogo spotkam. Wyrwij już kilka minut temu wyniuchał przyjaciół.

– Niewiele umyka uwadze twojego małego kudłacza – zauważył beztroskim tonem Gilan. – Pewnie tylko dlatego wciąż jeszcze żyjesz.

– Nazywasz go małym kudłaczem? – udał oburzenie Will. – A twój Blaze to niby co, bojowy rumak?

Co prawda Blaze mógł się pochwalić nieco dłuższymi nogami i trochę wytworniejszym wyglądem niż przeciętny zwiadowczy wierzchowiec, ale, jak zresztą wszystkie konie tej rasy, prezentował się znacznie mniej okazale od rosłych, potężnie zbudowanych bestii, na grzbiecie których ruszali do walki rycerze Królestwa.

Kiedy dwaj młodzi zwiadowcy przekomarzali się ze sobą, ich konie też jakby podjęły rozmowę, na którą składało się parskanie oraz wstrząsanie łbami; można było odnieść wrażenie, że one również wymieniają się dobrodusznymi docinkami, formułowanymi w końskiej mowie. Tak, bez wątpienia prowadziły ożywioną wymianę zdań. Gilan wreszcie zwrócił na koniki uwagę:

– Ciekaw jestem, o czym one tak zawzięcie rozprawiają? – zastanowił się.

– Moim zdaniem Wyrwij właśnie wyraził Blaze'owi współczucie, że musi dźwigać na grzbiecie taką kościstą tykę – stwierdził Will. Gilan już otworzył usta, szykując się do wygłoszenia ciętej riposty, lecz nagle Wyrwij energicznie pokiwał łbem. Oba konie popatrzyły na Gilana. Zwyczajny zbieg okoliczności – pomyślał wysoki zwiadowca. Tyle że dość szczególny, bo właściwie dlaczego oba zaczęły mu się przyglądać akurat w tej samej chwili?

– Wiesz co – burknął – mam dziwne wrażenie, że się nie mylisz.

Will zerknął najpierw w stronę, z której sam przybył, potem zaś w kierunku przeciwnym do tego, z którego nadjechał Gilan.

– Halta ani widu, ani słychu?

Gilan pokręcił przecząco głową.

– Jeszcze się nie pojawił, choć sterczę tu już od godziny z okładem. Dziwne, przecież miał do przebycia najkrótszą drogę.

Zmierzali na doroczny Zlot Zwiadowców i jak zwykle przy takich okazjach postanowili spotkać się tutaj, na rozstajach dróg, odległych o kilka mil od miejsca spotkania całego Korpusu, by wspólnie przebyć resztę drogi. Zwyczaj ten wywodził się z czasów, kiedy Will praktykował jeszcze jako czeladnik u Halta – tu właśnie spotykali się z Gilanem co roku, począwszy od drugiego Zlotu, w którym Will brał udział. Kiedy zmierzali na pierwszy, Gilan próbował schwytać w zasadzkę swego dawnego nauczyciela, lecz ten z wydatną pomocą Willa udaremnił jego starania. Will, zakończywszy własny termin, objął lenno Seacliff; Gilan już wcześniej pełnił funkcję zwiadowcy w Norgate. Jednak starali się spotykać tak często, jak tylko się dało.

– Czekamy? – spytał Will.

Gilan machnął ręką.

– Skoro nie zjawił się do tej pory, coś go zatrzymało. Szkoda tu gnuśnieć, lepiej ruszajmy w drogę, bo wkrótce zacznie się ściemniać.

Delikatnie musnął piętami boki swego wierzchowca, dając mu sygnał „naprzód”. Will uczynił to samo; jechali teraz ramię w ramię.

Po jakimś czasie dotarli na teren Zlotu. Był to obszar lesisty, lecz względnie otwarty, wycięto tu bowiem poszycie, pozostawiając wyższe drzewa, by w ich cieniu zwiadowcy mogli rozbijać niskie, jednoosobowe namioty.

Skierowali się ku swemu stałemu miejscu, pozdrawiając napotkanych po drodze kolegów. Korpus sformowano jako jednostkę elitarną, na tyle nieliczną, że większość jego członków znała się przynajmniej z imienia. Przybywszy tam, gdzie zwykle obozowali w trakcie poprzednich Zlotów, rozsiodłali konie, a następnie poświęcili nieco czasu, by solidnie rozmasować ich grzbiety, zmęczone po długiej drodze. Will wziął dwa składane skórzane poidła i udał się po wodę do pobliskiego strumienia, tymczasem Gilan zajął się odmierzaniem porcji owsa dla Blaze'a oraz Wyrwija. Przez następnych kilka dni konie miały odżywiać się bujną trawą porastającą tutejszy teren, ale teraz zasługiwały na nagrodę po całym dniu ciężkiej pracy. Zwiadowcy nigdy nie skąpili przysmaków swoim wierzchowcom.

Potem rozstawili namioty, oczyściwszy uprzednio grunt z patyków i suchych liści. Kamienie ułożone wokół miejsca przeznaczonego na ognisko leżały w nieładzie, pewnie była to robota jakiegoś zwierzęcia. Will szybko naprawił palenisko.

– Ciekawe, gdzie zawieruszył się Halt – zastanowił się Gilan, który spoglądał na zachód, w stronę chylącego się ku horyzontowi słońca. Promienie sączyły się przez gałęzie drzew. – Spóźnia się, a to do niego niepodobne.

– Może wcale nie przyjedzie – zaniepokoił się Will.

Gilan uśmiechnął się z niedowierzaniem.

– Halt miałby się nie stawić na Zlot? – mruknął. – Mało prawdopodobne. Przecież on to uwielbia. A poza tym nie przepuściłby okazji, żeby się z tobą spotkać.

Will, podobnie jak Gilan, był dawnym uczniem Halta. Jednak nie ulegało wątpliwości, że mrukliwego nestora zwiadowców łączyło z młodzieńcem coś więcej niż niesłychanie przecież bliski związek, jaki zawsze istnieje między mistrzem a uczniem. Gilan zdawał sobie sprawę, że Will stał się dla Halta jakby synem.

– Nie – ciągnął – nie ma mowy. Nie ma takiej sprawy, która zdołałaby go powstrzymać.

– A jednak, a jednak. Coś stanęło mu na drodze – za ich plecami rozległ się znajomy głos.

Will i Gilan odwrócili się gwałtownie, by stanąć twarzą w twarz z Crowleyem. Dowódca Korpusu Zwiadowców po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem w sztuce bezgłośnego poruszania się.

– Crowley! – zawołał Gilan. – Czyś ty spod ziemi wyrósł? Jak to się stało, że cię nie słyszeliśmy?

Zadowolony z siebie Crowley wyszczerzył zęby w uśmiechu. Umiejętność bezszelestnego skradania się napawała go szczególną dumą – i nie bez powodu.

– No cóż, no cóż. Kto cicho stawia stopy, zdoła się niejednego dowiedzieć, a to rzecz wielce przydatna w świecie wielkiej polityki, o którą, chcąc nie chcąc, ocieram się na Zamku Araluen – oświadczył. – Wiele poufnych rozmów tam się odbywa, a przecież nie wszystkie prowadzone są w interesie naszego władcy oraz Królestwa. Ileż to frapujących ciekawostek poznałem w ten oto niewinny sposób. Zdziwilibyście się!

Obaj młodsi zwiadowcy powstali, by uścisnąć dłoń dowódcy. Gilan czym prędzej postawił na ogniu dzbanek, żeby zaparzyć kawę. Will od razu zadał pytanie, które wręcz narzucało się wobec słów głównodowodzącego:

– Czy naprawdę Halt nie przybędzie na Zgromadzenie? Co się stało? – spytał niecierpliwie.

Crowley wzruszył ramionami.

– Przedwczoraj otrzymałem od niego wiadomość. Wyruszył na Zachodnie Wybrzeże. Do jego uszu doszły plotki o pewnej nowej sekcie, która się tam rozpleniła. Twierdzi, że to pilna sprawa, więc się pośród nas nie zjawi.

– Sekta? – zdziwił się Will. – A cóż to za sekta?

Kąciki ust Crowleya wykrzywiły się, dając wyraz niesmakowi, z jakim wytrawny zwiadowca odnosił się do zjawisk nadprzyrodzonych.

– Sekta, jak to zwykle: ot, sekta. – Rzucił okiem w stronę Gilana. – Ty, Gil, chyba wiesz, o czym mówię?

Gilan skinął głową.

– Aż nazbyt dobrze. „Dla zbawienia swej duszy przybywajcie” – zanucił śpiewnie, niczym w kościele. – „Nie masz boga żadnego nad boga naszego, on zaś ochroni was od zła wszelkiego, bo oto zagłada nadchodzi na świat nasz grzeszny. Nikt prócz nas nie zapewni wam wybawienia, więc pozbądźcie się swego mienia… A już my się nim odpowiednio zajmiemy” – zaśmiał się kpiąco. – Czy o jednej z takich sekt mowa? – spytał.

Crowley westchnął.

– Nic dodać, nic ująć. Straszą nieszczęsnych ludzi groźbą zagłady oraz wszelkimi nieszczęściami, z których jednak największe stanowią właśnie oni, nikt inny.

Gilan nalał kawę do trzech kubków. Podał naczynia towarzyszom.

Crowley spoglądał z powątpiewaniem na dwóch młodszych zwiadowców, którzy szczodrze, całymi łyżkami, doprawiali swój napój dzikim miodem. Skrzywił się.

– Nijak nie mogę przywyknąć do smaku kawy z miodem. Swego czasu, za młodych lat, niemało się o to spieraliśmy z Haltem.

Will zaśmiał się.

– Hm, kiedy jest się uczniem Halta, człowiek nie ma wyboru. Uczy się, jak strzelać z łuku, rzucać nożem, kroczyć bezszelestnie oraz dodawać miodu do kawy.

– Cóż na to rzec? – zachichotał Crowley. – Nawet w nauczaniu największych mistrzów występują niekiedy karygodne błędy – rzekł, po czym z upodobaniem upił łyk gorzkiego napoju.

– Ja takowych nie widzę – oznajmił Gilan, sięgając po własne naczynie. – Czy Halt wspominał, jak nowa sekta się zowie? Oni nieodmiennie przybierają wielce szumne nazwy – mruknął do Willa.

– Błędów, co prawda, jak dotąd, także nie dostrzegłem w nadmiarze – odparł Crowley. Zawahał się przez moment, nim dokończył: – Halt obawia się, że to kolejne wcielenie Odszczepieńców.

Nazwa nic Willowi nie mówiła, jednak młodzieniec zauważył, że Gilan natychmiast się ożywił.

– Odszczepieńcy?! – zawołał. – Pamiętam ich, jako żywo. To działo się za dawnych czasów, w drugim bodajże roku mojego terminu u Halta. Czy aby nie wtedy wybrałeś się z Haltem, przepędzić ich na cztery wiatry?

Crowley skinął poważnie głową.

– Z Haltem, a także Berriganem i kilkoma innymi zwiadowcami.

– Zatem w grę wchodzi chyba wyjątkowo groźna sekta – zdziwił się Will. Istniało bowiem powiedzonko, popularne nie tylko pośród zwiadowców, ale i w całym Araluenie: „Jedna sprawa, jeden zwiadowca”. Sens maksymy sprowadzał się do tego, że do rozwiązania nawet najpoważniejszych problemów zazwyczaj wystarczał jeden zwiadowca.

– A jakże – przyznał Crowley. – Nieciekawe towarzystwo, w dodatku sączona przez nich trucizna zapadła głęboko w umysły wieśniaków. Sporo czasu nam zajęło, nim zdołaliśmy się z nimi uporać. Właśnie dlatego Halt postanowił bez zwłoki zaczerpnąć języka o nowych, teraźniejszych wyznawcach. Jeśli rzeczywiście Odszczepieńcy znów podnoszą głowy, trzeba zająć się nimi jak najprędzej.

Wytrząsnął fusy z kawy do ognia, odstawił kubek.

– Lecz na razie nie martwmy się kłopotami, które same mogą się rozwiać. Nadeszła pora Zlotu, więc nim się zajmujmy. Gilanie, dwóm czeladnikom odbywającym właśnie ostatni rok nauki potrzeba nieco dotatkowych ćwiczeń w dziedzinie skradania się i podchodów. Popracujesz z nimi?

– Ależ oczywiście – zapewnił Gilan. O ile Crowley zawsze okazywał się niezrównanym mistrzem bezgłośnych podchodów, o tyle Gilan nie miał sobie równych, gdy chodziło o maskowanie tak skuteczne, by stać się praktycznie niewidzialnym. W znacznej mierze jego geniusz pod tym względem sprowadzał się do odruchowego, instynktownego reagowania w danej sytuacji, ale znał wiele całkiem banalnych a użytecznych wskazówek, czy prostych sztuczek, które mógł przekazać swym przyszłym kolegom.

– Co do ciebie, Willu – ciągnął Crowley – mamy tu trzech młodych, którzy ćwiczą dopiero pierwszy rok. Może ty z kolei zechciałbyś zająć się oceną postępów, jakie czynią?

Tym pytaniem przywołał Willa do rzeczywistości. Crowley zdawał sobie sprawę, że młodzieniec wciąż jeszcze czuje się rozczarowany nieobecnością swego dawnego mistrza. Uznał więc, że lepiej będzie, jeśli go czymś zajmie.

– Och, wybacz, Crowleyu! Czego sobie życzysz? – spytał nieco zmieszany Will.

– Zechciałbyś poćwiczyć strzelanie z naszymi trzema pierwszoroczniakami? – powtórzył Crowley, na co Will przytaknął pospiesznie:

– Ależ jasne, z przyjemnością. Przepraszam za roztargnienie. Rozmyślałem o Halcie. Prawdę mówiąc, bardzo liczyłem na to, że go tu spotkam.

– Wszyscy czujemy się zawiedzeni – stwierdził Crowley. – Widok jego radosnego oblicza sprawia, iż rozpraszają się mroki smutku. – Obaj wiedzieli, że Halt jest ponurakiem, jakich mało. – Na to jednak przyjdzie czas później. – Zawahał się przez krótką chwilę. – Prawdę rzekłszy… nie, nieważne. Na razie tyle wystarczy.

– Co to znaczy? – słowa dowódcy Korpusu pobudziły ciekawość Willa. Crowley uśmiechnął się. Ciekawość to niezbędna cecha dobrego zwiadowcy. Lecz w nie mniejszym stopniu liczy się dyscyplina i cierpliwość.

– Drobiazg. Dowiesz się we właściwym czasie. Na razie byłbym wdzięczny, gdybyś wziął się za trenowanie z chłopakami łucznictwa i poprowadził z nimi ćwiczenia taktyczne.

– Jasne, załatwione – Will zamyślił się na krótki moment, po czym spytał: – Trzeba opracować jakieś zestawy ćwiczeń?

Crowley zaprzeczył:

– Nie, nie. Tym już się zajęliśmy. Wystarczy, że dopilnujesz samego treningu. Myślę, że to powinno cię zabawić – dodał, nie wyjaśniając jednak, co ma na myśli. Wstał, otrzepał siedzenie spodni. – Dziękuję za kawę – rzekł – i do zobaczenia jutro podczas uczty.

No, dobrze – odezwał się Will do trzech chłopców. – Zobaczymy, jak sobie radzicie z łukiem. Po dziesięć strzał, każdy do własnej tarczy.

Wskazał trzy zwyczajne, okrągłe tarcze – zwyczajne, czyli całkiem spore. Uczniowie ustawili się na linii wyznaczającej pozycje strzeleckie. Nieco dalej ćwiczyło dwóch starszych zwiadowców, mierząc do tarcz nie większych od talerza, umieszczonych w odległości stu pięćdziesięciu metrów. Czeladnicy przez chwilę przyglądali się ze zdumieniem, jak pociski, jeden po drugim, wbijają się w niemal niewidoczny z tej odległości cel.

– Czasu mamy mnóstwo, ale kiedyś słońce jednak zajdzie – rzucił Will. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że mimo woli przyjął kpiący, ironiczny sposób bycia oraz ton, jakim odzywał się do niego Halt, kiedy udzielał mu pierwszych nauk, wprowadzając swego ucznia w zwiadowcze arkana.

– Tak jest, panie. Prosimy o wybaczenie, panie – zawołał służbiście chłopak stojący najbliżej. Wszyscy trzej spoglądali na Willa z niezbyt mądrym wyrazem twarzy. Westchnął.

– Stuart? – zwrócił się do tego, który się odezwał.

– Tak, panie?

– Nie jestem żadnym „panem”. Obaj jesteśmy zwiadowcami, tyle wystarczy.

– Ale… – zaczął jeden z pozostałych chłopców. Był mocnej budowy, a na czoło opadała mu grzywa rudych, potarganych włosów. Will szybko przeszukał zasoby pamięci, by przypomnieć sobie imię: tak, ten rudzielec nazywa się Liam.

– Liam?

Młody czeladnik spłonił się.

– No… Bo przecież jesteśmy tylko uczniami, a pan… A ty… – urwał. Nie bardzo wiedział, co tak naprawdę chce powiedzieć. Najprawdopodobniej byłoby to coś w rodzaju: „.Jesteśmy czeladnikami, a ty, to ty”, co zabrzmiałoby raczej głupio.

Bowiem, choć Will o tym nie wiedział, wszyscy trzej darzyli go ogromną estymą. Przecież mieli do czynienia z legendarnym Willem Treatym, zwiadowcą, który uratował córkę króla przed wargalską armią Morgaratha, potem zaś strzegł jej, gdy oboje zostali porwani przez skandyjskich najeźdźców. Następnie stworzył oddział łuczników, dzięki któremu udało się pokonać temudżeińskich jeźdźców. A on łucznikami dowodził. Ba, zaledwie kilkanaście miesięcy temu zapobiegł napaści Skottów zagrażających północnym granicom Królestwa, nie wspominając nawet, że ledwie w pierwszym roku swego zwiadowczego terminu uśmiercił krwiożerczą kalkarę.

Każdy z nowicjuszy darzył szacunkiem wszystkich starszych zwiadowców, tyle że od Willa byli ledwie o kilka lat młodsi, toteż jawił im się jako bohater rodem z baśni i wielbili go bezgranicznie. Co prawda, gdy zobaczyli Willa po raz pierwszy na własne oczy, spotkała ich, by tak rzec, niespodzianka. Oczekiwali widoku postaci w samej rzeczy heroicznej, rosłej i wzniosłej. Tymczasem ujrzeli osobnika o młodzieńczej twarzy, szczupłego, zawsze uśmiechniętego, wzrostu nieco pośledniejszego niż średni. Gdyby Will zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę, z pewnością rozbawiłoby go ich zdziwienie, ale przede wszystkim odczuwałby ogromne zakłopotanie. Ileż razy miał do czynienia z podobną reakcją w przypadku Halta, kiedy ludzie znający mentora jedynie z legendy, stawali z nim po raz pierwszy oko w oko. Will nie miał o tym pojęcia, ale jego własna sława zaczynała już dorównywać reputacji mistrza.

O ile Will nie uświadamiał sobie, że dla tych trzech chłopaków stał się mitycznym bohaterem, o tyle rozumiał doskonale, jaka przepaść dzieli, z ich punktu widzenia, „dorosłego” zwiadowcę od czeladników. Przecież jeszcze nie tak dawno czuł dokładnie to samo.

– Owszem, zaliczacie się do początkujących zwiadowców – przyznał. – Ale o wiele większy nacisk trzeba położyć na to drugie słowo: „zwiadowców”. – Dotknął dłonią zawieszonej na szyi srebrnej odznaki w kształcie dębowego liścia. – Jako posiadacz tego emblematu mogę wymagać od was posłuszeństwa, a może nawet pewnej dozy szacunku. Jednak w żadnym razie nie oczekuję, że będziecie zwracać się do mnie w jakiś szczególnie uniżony sposób. Mam na imię Will, więc tak mnie nazywajcie. Po prostu, Will. Podobnie do mojego przyjaciela będziecie mówić „Gilan”, a do mojego byłego nauczyciela „Halt”, gdyby któryś z nich się tu pojawił. Takie obyczaje panują pośród zwiadowców.

Ktoś pewnie stwierdziłby, że chodzi o drobiazg bez znaczenia, lecz Will uważał inaczej. Takie sprawy warto wyjaśniać od razu. Zwiadowcy to szczególna formacja, której członkowie muszą niekiedy przemawiać z pozycji autorytetu wobec ludzi teoretycznie górujących nad nimi w społecznej hierarchii. Dlatego ważne, żeby ci chłopcy zawczasu zdali sobie sprawę, iż pewnego dnia może pojawić się taka właśnie konieczność, że będą musieli występować w imieniu władcy. Dotyczyło to wszystkich – zarówno uczniów, jak i tych, którzy dawno już odbyli termin. Pewność siebie stanowiła niezbędną cechę zwiadowcy, a to poczucie młodzi mogli zyskać między innymi dzięki temu, że w Korpusie wszyscy byli sobie równi, przynajmniej jeśli chodzi o relacje międzyludzkie.

Trzej uczniowie spojrzeli po sobie. Will dostrzegł, że jakby wyprostowali się nieco, a ich głowy odrobinę się uniosły.

– Tak… Willu – odezwał się Liam. Skinął głową, jakby oswajając się z dźwiękiem imienia legendarnego zwiadowcy. Dwaj pozostali także przyjęli krótki wykład z uznaniem. Dał im jeszcze chwilę, po czym spojrzał znacząco w stronę słońca.

– A jednak, prędzej czy później, w końcu zacznie się ściemniać – mruknął, niby do siebie. Skrył uśmiech, gdy trzy strzały błyskawicznie wysunęły się z kołczanów. W następnej chwili zadźwięczały trzy łęczyska. Rozległ się charakterystyczny świst, gdy pociski wyruszyły w swą drogę do celów.

– Dziesięć strzał – przypomniał. – Potem przekonamy się, jak wam poszło.

Podszedł do pobliskiego drzewa, usiadł pod nim, opierając się wygodnie plecami o pień. W cieniu, z twarzą skrytą pod kapturem, zdawał się drzemać.

Jego oczy pozostawały jednak wciąż czujne, a uwadze nie umykał żaden szczegół techniki strzeleckiej uczniów.

Przez kolejne dwa dni Will nadzorował łucznicze ćwiczenia trzech czeladników oraz poprawiał popełniane błędy. Na przykład Liam, nie wiedzieć skąd, nabrał przyzwyczajenia, by kontrolować naciąg, dotykając kącika ust kciukiem prawej dłoni.

– Dotykaj warg palcem wskazującym, nie kciukiem – pouczył go Will. – Jeśli dotykasz kącika ust kciukiem, odruchowo skręcasz dłoń w prawo, co sprawia, że po wypuszczeniu strzała zawsze skieruje się w lewą stronę.

Liam przyjął to pouczenie. Celność jego strzałów z miejsca się poprawiła – zwłaszcza na większych dystansach, kiedy nawet nieznaczne odchylenie staje się istotne.

Nick wykazywał z kolei skłonność do zbyt silnego chwytania za majdan. W całej jego posturze wyczuwało się zawziętość i ambicję, by za wszelką cenę uzyskać pożądany wynik. Determinacja przekładała się jednak na zbyt silne napięcie ramienia. W rezultacie podczas strzału następowało szarpnięcie drzewcem w lewo, przez co wypuszczane pociski często przelatywały z dala od celu. Także ten błąd Will dostrzegł i skorygował go, zachęcając młodego łucznika, by podczas kolejnych ćwiczeń pamiętał o konieczności rozluźniania mięśni.

Technika strzelecka Stuarta nie budziła zastrzeżeń. Jak na ten poziom, była właściwie bezbłędna. Tyle że, podobnie jak pozostali, młodzieniec potrzebował jeszcze setek, tysięcy godzin praktyki, by jak przystało na zwiadowcę, stać się wyborowym łucznikiem.

– Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, jeszcze raz ćwiczyć – instruował Will. – Nie zapominajcie o starym powiedzonku: Zwykły łucznik doskonali się tak długo, aż zacznie trafiać. Lecz zwiadowca…? – zawiesił głos, czekając, aż dokończą za niego:

– …Zwiadowca ćwiczy, dopóki nie przestanie chybiać! – odezwali się chórem. Uśmiechnął się z aprobatą.

– No, właśnie. Miejcie to na uwadze – rzucił.

Wreszcie, trzeciego dnia, nastał kres łuczniczych ćwiczeń. Poprzedniego wieczoru chłopcy otrzymali pisemny opis taktycznego zadania, czyli problemu, który powinni rozwiązać. Czas po kolacji aż po capstrzyk poświęcili na roztrząsanie postawionego zagadnienia i poszukiwanie pierwszych pomysłów, jak sobie z nim poradzić.

Will otrzymał ten sam dokument jednocześnie z nimi. Gdy go przeczytał, rozłożył bezradnie ręce.

– No, pięknie. Oto cały Crowley i jego szczególne poczucie humoru – parsknął, rzucając papiery na ziemię.

Gilan podniósł na niego wzrok znad szycia – cerował właśnie płaszcz, bowiem podczas pokazu ukrywania się, wpadł w kępę ciernistych krzewów, ponosząc pewne szkody w odzieniu.

– O co chodzi? – spytał.

Will podniósł kartki, trzepnął w nie dłonią.

– Chodzi o zadanie taktyczne dla uczniów. Crowley uprzedzał zresztą, że będę miał niezły ubaw. No, rzeczywiście, kupa śmiechu. Młodziaki mają wynaleźć najlepszy sposób zdobycia zamku opanowanego przez najeźdźców. Rzecz dzieje się u północnych rubieży naszego królestwa. Coś ci to przypomina?

Gilan uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Słyszałem o kimś, kogo trapił podobny kłopot – przyznał. Bo też i rzeczywiście, sytuacja została zbudowana niemal identycznie, jak ta, z którą Will musiał się uporać zeszłej zimy w Zamku Macindaw.

– Zrobił sobie ze mnie igraszkę dla uczniaków – mruknął gniewnie Will.

Był bliższy prawdy, niż mu się zdawało. Crowley rozesłał szczegółowy opis tamtych wydarzeń wszystkim członkom Korpusu. Towarzysze Willa studiowali jego rozwiązania taktyczne, z niemałym zresztą uznaniem. Ci, którzy otrzymywali pod opiekę czeladników zwiadowczych, posługiwali się osiągnięciami kolegi, stawiając je za przykład inicjatywy, a także pomysłowości w sytuacji, w której ma się do dyspozycji znacznie mniejsze siły, niżby wynikało z charakteru zadania.

Gilan oczywiście o wszystkim wiedział, jednak uznał, że lepiej zataić ów fakt przed Willem. Czuł, że tego rodzaju sława stałaby się dla przyjaciela krępująca. Rzecz jasna,

Will, jako jedyny zwiadowca, nie otrzymał od Crowleya rzeczonego opisu wydarzeń w Macindaw – bądź co bądź, znał ich przebieg lepiej niż ktokolwiek inny.

– Jakimi środkami dysponują? – zainteresował się Gilan.

Will spojrzał na listę zatytułowaną „siły i środki”. Wyszczególniono na niej wszelkiego rodzaju elementy taktyczne, którymi młodym zwiadowcom wolno się będzie posłużyć przy opracowywaniu planu.

– Wędrowny grajek – odczytał. W takim właśnie przebraniu dostał się na Zamek Macindaw. – Świetny pomysł. Na co komu się przyda jakiś rybałt? Konny rycerz – wyliczał dalej. – Jeden. Przecież to nie Horace, skąd znowu. Żołnierze dawnej obsady warowni – czterdziestu. Którzy, oczywiście, zdążyli się już rozproszyć po całej okolicy. Trupa akrobatów, żonglerów oraz komediantów. Hm, czyli coś zamiast machin oblężniczych. No, jeszcze mieszkańcy pobliskiej wioski.

– Naprawdę? Żadnych Skandian z rozbitego wilczego okrętu, ani jednego czarownika? – zaśmiał się Gilan.

– Nie. Przynajmniej tego mi oszczędził – parsknął ze złością Will. – Swoją drogą, hm, akrobaci… Naprawdę mogliby się przydać, o ile daliby radę wspiąć się na mury. – Przerzucił stronicę, żeby spojrzeć na szkic zamku. Mury wysokie na trzy do czterech metrów. Dla zwykłego człowieka przeszkoda nie do pokonania. Tymczasem dla sprawnego linoskoczka…

Machnął ręką, wetknął papiery do kieszeni. Przecież to nie jego problem. Nie on, ale ci trzej chłopcy mają znaleźć rozwiązanie zadania. Jego rola sprowadzi się tylko do tego, by ocenić, czy da się pomysły zastosować w praktyce.

– Będziesz miał niezły ubaw – mruknął tymczasem Gilan.

Will pokręcił głową.

– Pewnie, pewnie. Ciekawe, co chłopaki wymyślą.

Halt, przykryty maskującym płaszczem, leżał nieruchomo w zaroślach na zboczu wzgórza wznoszącego się ponad wioską Selsey. Jedynie oczami poruszał nieustannie, obserwując, co dzieje się w osadzie. Przyglądał się tak Selsey już od kilku dni, niewidzialny dla mieszkańców ani dziwnych przybyszów, którzy zagościli na wybrzeżu.

Wioska Selsey była małą, niepozorną osadą rybacką złożoną z kilkunastu chat, skupionych nad płytką zatoką o trójkątnym kształcie. Zatoka wcinała się w skalisty brzeg na północnym krańcu płaskiego wybrzeża, u stóp stromego zbocza góry. Równinny pas rozciągał się wąsko, sięgając zaledwie stu metrów w głąb lądu.

Zatokę z trzech stron osłaniały wzgórza dość wysokie, by chronić wioskę i zatokę od szalejących często u tych brzegów burz oraz wichrów. Od strony morza Halt dostrzegł u ujścia zatoki spienioną wodę, wskazującą miejsce, gdzie tuż pod powierzchnią morza znajdowała się skalista bariera, o którą rozbijały się potężne fale, gnane przez zachodni wiatr.

W południowej części zatoki wody wyraźnie cichły – tam bowiem zaczynała się głębina. Płynąc tamtędy, dawało się ominąć podwodne skały. Tym właśnie przesmykiem łodzie rybackie wyruszały na otwarte morze.

Rybackie chaty były niewielkie, lecz daleko im było do ubogich lepianek. Zbudowane solidnie, wszystkie świeżo pomalowane, sprawiały wrażenie całkiem wygodnych siedzib.

Podobnie rzecz się miała, jeśli chodziło o łodzie. Maszty oraz bomy pokryto świeżą warstwą żywicy chroniącej drewno przed słoną wodą. Żagle umocowano pieczołowicie na bomach. Olinowanie wykonano solidnie, widać było, że dbano o nie. Kadłuby, również w doskonałym stanie, wyglądały na niedawno odmalowane.

Choć więc na pierwszy rzut oka osada sprawiała wrażenie skromnej wioszczyny, uważna obserwacja prowadziła do zgoła innych wniosków. Panował tu ład, porządek i dostatek. Wybrzeże nie obfitowało w osłonięte miejsca, nadające się na przystań, więc rybacy z Selsey bez trudu znajdowali chętnych na złowione przez siebie ryby. Wystarczyło zawieźć połów do którejś z sąsiednich wiosek. Tutejszym mieszkańcom powodziło się zatem całkiem dobrze, zresztą już od dłuższego czasu.

Co, naturalnie, wyjaśniało obecność Odszczepieńców.

Rzecz zrozumiała – rzekł w duchu Halt sam do siebie, mrużąc oczy. Miał słuszność, rezygnując z udziału w tegorocznym Zlocie. Warto było podążyć tropem owych niejasnych pogłosek, nadchodzących z zachodu Araluenu.

Traf chciał, że ów wąski pas wybrzeża należał do nielicznych obszarów w kraju niepodlegających jurysdykcji żadnego z pięćdziesięciu lenn. Gdy wiele lat wcześniej wytyczano granice terytoriów, został po prostu pominięty. Jakiś czas potem grupka uchodźców z Hiberni zwróciła się do Korony z prośbą o prawo osiedlenia się w zatoce. Ówczesny władca ledwie zerknął na niezbyt dokładną mapę, następnie tylko machnął ręką i łaskawie wyraził zgodę. Miał akurat na głowie poważniejsze kłopoty niż jakiś zapomniany przez wszystkich skrawek wybrzeża; użerał się z pięćdziesięcioma krnąbrnymi, skłóconymi między sobą baronami, usiłując stworzyć – z nimi, czy też raczej wbrew nim – sprawnie działający system wewnętrznej administracji państwa.

W konsekwencji ów dwudziestokilometrowy odcinek wybrzeża pozostawiono własnym losom. Oczywiście, rzecz miałaby się inaczej, gdyby monarcha zdał sobie sprawę, iż dobrowolnie rezygnuje z kontroli nad jedną z najlepszych naturalnych przystani w promieniu stu kilometrów. Jednakowoż mapa okazała się nie dość dokładna; znajdującej się tu zatoki po prostu wcale na niej nie zaznaczono. Toteż mała rybacka osada prosperowała przez długie lata, a jej mieszkańcy nie płacili podatków, a także nie podlegali niczyjej władzy.

Ponieważ jednak znajdowała się opodal zachodniej granicy lenna Redmont, ostatnimi laty Halt zaczął tu dyskretnie zaglądać.

Od kilku już miesięcy dochodziły go wieści o pojawieniu się na tutejszym terenie nowego kultu, który sądząc po wyrywkowych opisach, wcale nie był taki nowy, wręcz przeciwnie, wydawał się podejrzanie znajomy. Opowiadano o przybyszach, którzy pojawiali się w tej czy innej wiosce, głosząc pokój i przyjaźń. Dzieciom rozdawali zabawki, obdarowywali też drobnymi upominkami przywódców miejscowej wspólnoty.

Nie żądali niczego w zamian. Pragnęli jedynie uzyskać zgodę na osiedlenie się, by w pokoju czcić swojego dobrotliwego, miłosiernego boga, Złotego Alsejasza. Nie starali się nawracać miejscowych, twierdząc, że Alsejasz jest bóstwem wyrozumiałym, który nie odbiera wyznawców innym bogom.

Odszczepieńcy, jak zwali siebie samych wyznawcy Alsejasza, przez wiele tygodni nie wadzili nikomu, żyjąc w zgodzie z tubylcami.

Po pewnym czasie jednak wszędzie, gdzie się pojawiali, nieodmiennie coś zaczynało się psuć. Bydło padało na tajemniczą zarazę. Owce oraz domowe zwierzęta nagle zaczynały kuleć. Płonęły uprawy i domostwa, nagle okazywało się, że woda w studniach jest zatruta. W okolicy zaczynali się kręcić zbrojni rabusie i bandyci, którzy napadali podróżnych, a także atakowali gospodarstwa położone na odludziu. Wkrótce napastnicy stawali się coraz bardziej zuchwali, dopuszczając się bestialskich okrucieństw. Mieszkańcy wioski nie wiedząc, skąd i kiedy padnie następny cios, bezustannie drżeli o swe życie.

Wtedy głos zabierali Odszczepieńcy. Powiadali, że znają sposób na ocalenie wieśniaków. Grasujący złoczyńcy to z pewnością wyznawcy złego bożka Balsennisa – mrocznego demona, zionącego nienawiścią do Alsejasza i wszystkich wartości głoszonych przez jego wyznawców. O tak, Odszczepieńcy mieli już z tamtymi do czynienia. W swej podłej zawiści Balsennis próbuje unicestwić wioskę, w której kiedykolwiek gościli lub nadal goszczą Alsejasza wraz ze swym wiernym ludem. Jednak Alsejasz jest potężniejszy – powiadali – i potrafi dopomóc. Przegoni precz zwolenników swego mrocznego brata i sprawi, że w wiosce znów zapanuje spokój.

Aby odpędzić Balsennisa, trzeba jednak ponieść pewne ofiary. Trzeba odmawiać specjalne modły i wznosić błagania. Alsejasz posiada wielką moc, lecz żeby ją urzeczywistnić, niezbędna jest specjalna świątynia, wraz z ołtarzem, przed którym należy odprawiać stosowne ceremonie. Ołtarz zaś należy zbudować z najszlachetniejszych materiałów: białego marmuru, nieskazitelnych desek cedrowych – bez węzłów czy sęków oraz… ze złota.

Bowiem Alsejasz jest Złotym Bogiem. Czerpie moc z drogocennego kruszcu, złoto daje mu potęgę, której potrzebuje, by pokonać niecnego Balsennisa.

Prędzej czy później mieszkańcy każdej wioski ulegną. Wobec coraz okrutniejszych i coraz zuchwalszych napaści oraz innych przeciwności losu sięgną do swych kies, wydobędą ukryte kosztowności i sypną złotem. Im dłużej będą się wahać, tym straszniejsze nieszczęścia na nich spadną. Teraz już nie tylko zwierzęta, ale również ludzie staną się celem czcicieli złowrogiego demona. Członkowie miejscowej starszyzny będą ginąć, mordowani podczas snu we własnych łóżkach. Gdy dojdzie do najgorszego, mieszkańcy wioski nie będą już skąpić skarbów. Powstanie świątynia. Odszczepieńcy zaś podejmą modły, wzniosą pienia, odbędą posty.

Wówczas napaści stopniowo ustaną. Plaga nieszczęśliwych „wypadków” zacznie wygasać. Wciąż rzadziej i rzadziej pokazywać się będą siepacze złego Balsennisa. Życie z wolna wróci do normy.

Wreszcie pewnego dnia, kiedy w wiosce zabraknie już czegokolwiek, co warto by od mieszkańców wyłudzić, Odszczepieńcy znikną. A wraz z nimi – całe bogactwo oraz kosztowności gromadzone przez długie miesiące albo nawet lata.

Odszczepieńcy przeniosą się tymczasem do innej miejscowości, a tam wszystko znów zacznie się od początku.

Halt pojawił się w Selsey, nim jeszcze do tego doszło; Odszczepieńcy byli na etapie żarliwych modłów o ocalenie wioski od balsennisowych zbirów. Miał więc okazję wysłuchać nabożnych pień, obserwować, jak kapłani Alsejasza umartwiają się i poszczą. Bez trudu wytropił tajne spiżarnie, bowiem post w wykonaniu oszustów zasadzał się na takim samym łgarstwie, jak wszystko inne.

Dokonał też rozpoznania w najbliższej okolicy, odnalazł obozowisko współpracujących z Odszczepieńcami bandytów. To oni wykonywali czarną robotę – palili stodoły, okaleczali zwierzęta, porywali i mordowali tubylców. Bez nich kult Alsejasza nie miałby racji bytu, ale wieśniacy, oczywiście, nie zdawali sobie z tego sprawy.

Wszystko zostało przemyślane, zaplanowane, dobrze zorganizowane. Dokładnie tak samo, jak działania sekty, z którą miał do czynienia wiele lat wcześniej, a która teraz powróciła.

Zmarszczył brwi, bo jakaś postać wyłoniła się z wielkiego namiotu zamieszkałego przez Odszczepieńców. Namiotu rozstawionego nad samym brzegiem, w pobliżu miejsca, gdzie wyciągano na plażę łodzie rybaków, tuż poza zasięgiem przypływu.

Przed namiotem wyrósł wysoki, mocno zbudowany mężczyzna. Siwe, długie włosy opadały po obu stronach jego twarzy. Ze znacznej odległości Halt nie potrafił dostrzec rysów, lecz już wcześniej zaobserwował, że oblicze owego człowieka naznaczone zostało śladami po ospie. Najwyraźniej Alsejasz na to akurat nie potrafi nic poradzić – stwierdził zgryźliwie w myśli.

Mężczyzna dzierżył w dłoni laskę, oznakę przywództwa w grupie wyznawców. Ot, zwykła, z grubsza ociosana gałąź, na której górnym końcu umieszczono symbol Odszczepieńców: pokryty runami kamienny pierścień z wprawioną weń kulą, do której z kolei przymocowano kamienną półkulę. Obserwowany przez Halta kapłan pewnie kroczył w stronę najokazalszego z domów wioski.

– Trzeba więcej złota, prawda? – mruknął pod nosem Halt. – Zobaczymy, co ci się uda wskórać.

Przywódca Odszczepieńców spotkał się z grupą wieśniaków – najwyraźniej starszyzną – i rozpoczęła się ożywiona rozmowa. Halt nie wątpił, że wie, czego ona dotyczy, bo w przeszłości był już świadkiem niejednej podobnej wymiany zdań. Kapłan z ubolewaniem powiadamia mieszkańców wioski, że niestety trzeba złożyć w ofierze więcej bogactw. Alsejasz potrzebuje bowiem większej mocy, którą tylko w ten sposób mogą mu zapewnić, inaczej nie zdoła pokonać odwiecznego wroga.

Sprytna taktyka – pomyślał Halt. Domagając się złota z wyraźnym ociąganiem, wcale nie nalegając w razie odmowy, Odszczepieńcy unikali podejrzenia, jakoby domagali się kosztowności dla siebie samych. Skąd znowu, wszystko dla Złotego Alsejasza.

Halt przyglądał się dalej; teraz kapłan teatralnym gestem wzruszył ramionami, okazując w ten sposób, że nic już tu nie wskóra: skoro wieśniacy powiadają, że nie mają więcej złota, z pewnością tak jest. Rozłożył ramiona w geście wyrażającym przyjaźń oraz zrozumienie, następnie, kiwając smutno głową, odwrócił się, by ruszyć w stronę swojego namiotu. Teraz, jak i zawsze, postępował zgodnie ze stosowaną rutynowo przed Odszczepieńców praktyką. Oto właśnie obiecał, że wraz ze swoimi współwyznawcami i tak będzie czynił, co w jego mocy, modląc się, a nawet poszcząc w intencji mieszkańców wioski.

– Tymczasem dzisiejszej nocy – szepnął do siebie Halt – jeden z tych domów stanie w płomieniach.

Trzej czeladnicy rozsiedli się pośrodku cichej polanki, rozłożywszy na kolanach stronice z opisem zadania oraz notatki. Spoglądali wyczekująco na Willa.

– Doskonale – zaczął. Trzy wlepione weń pary oczu wprawiały młodego zwiadowcę w niejakie zakłopotanie. Pewnie myślą – uznał – że przyszedłem tu do nich z gotowym rozwiązaniem, a tymczasem nic z tego. Nie na tym polegała jego rola. – Przeczytaliście opis?

Potakujące skinienie trzech głów.

– Rozumiecie problem?

Zrozumieli.

– Doskonale – powtórzył. – Kto w takim razie zaczyna?

Do góry wystrzeliła ręka Nicka. Will uśmiechnął się pod nosem. Nie wątpił, że Nick pierwszy wyrwie się do odpowiedzi.

– Świetnie. Opowiedz nam o własnych przemyśleniach. – Dał znak dłonią.

Nick odchrząknął kilka razy. Przerzucił nerwowo notatki, a znalazłszy stosowny fragment, zaczął odczytywać go w oszałamiającym tempie:

– Otóżproblemzktórymmamydoczynieniasprowadzasiędofaktuiżniedysponujemyodpowiedniąliczbą zbrojnychabypodjąćstandardowedziałaniaoblężnicze.

– Prrr! – przerwał mu Will. Dostrzegł spłoszone spojrzenie Nicka, gdyż chłopak zorientował się, że coś zrobił nie tak.

– Wolniej! – wyjaśnił Will. – Stępa, stępa, a nie galopem, dobrze?

Po wyrazie twarzy chłopca zorientował się, że tamten nade wszystko lęka się popełnić jakiś błąd. Przerost ambicji – pomyślał Will. Potok słów okazał się równie nerwowy, jak zbyt kurczowy był uchwyt jego dłoni ściskającej łęczysko.

– Rozluźnij się, Nick – odezwał się spokojnym tonem. – Wyobraź sobie, że przedstawisz swój plan królowi Duncanowi… – Urwał, zauważywszy, że na samą myśl o czymś równie niesłychanym chłopak rozdziawia szeroko gębę. Wyjaśnił więc cierpliwie: – Musisz zdać sobie sprawę, że nie ma w tym nic niezwykłego. Zwiadowcom zdarza się mieć do czynienia z władcą, zresztą wcale nie tak rzadko. A przecież nie wpadniesz do sali tronowej Zamku Araluen, żeby wyrzucić z siebie: „WitajkróluDuncaniepozwólżeprzedłożęcikilkapomysłów iniechwaszakrólewskamośćpowiecootymsądzidobrze?” – naśladował gorączkowe trajkotanie czeladnika na tyle zręcznie, że dwaj pozostali uczniowie parsknęli śmiechem. Nick, po krótkiej chwili, także do nich dołączył.

– Otóż nie, nie zachowałbyś się tak – odpowiedział Will na własne pytanie. – Kiedy przedstawiasz plan, powinienieś mówić wyraźnie, a także wypowiadać się zwięźle i precyzyjnie. Chodzi o to, żeby twoi słuchacze uzyskali jasny obraz sytuacji. W tym celu trzeba uporządkować własne przemyślenia, prezentując je następnie w logicznym ciągu. A teraz weź głęboki oddech…

Nick posłusznie zaczerpnął powietrza.

– I zacznij od początku. Tylko powoli.

Chłopak odczytał te same słowa, lecz na szczęście już wolniej.

– Musimy więc znaleźć sposób – dokończył – by wzmocnić nasze siły, a w konsekwencji zredukować przewagę liczebną przeciwnika.

Zerknął wyczekująco na Willa.

– Całkiem trafna ocena, przynajmniej jak dotąd. Proponowane rozwiązanie?

– Należy wykorzystać oddział trzydziestu pięciu Skandian z rozbitego okrętu. Z nich utworzy się trzon atakujących sił, a dowodzić nimi będzie ten konny rycerz, którego już mamy do dyspozycji. Co prawda nasze siły wciąż pozostają mniej liczne, lecz legendarna waleczność Skandian okaże się naszym atutem, bowiem.

– Prrr! Prrr! Prrr! Znowu się zagalopowałeś! Jakich znowu Skandian? Skąd ich weźmiesz?

Nick popatrzył na niego, trochę zdziwiony.

– No. Chyba ze Skandii – odpowiedział. Dwaj pozostali przytaknęli; także nie umieli pojąć, o co Willowi chodzi.

– Nie, nie i jeszcze raz nie – zaczął; w tej chwili oświeciło go. Zmarszczył brwi, popatrzył na chłopców. – Każdy z was postanowił przyłączyć do swoich sił oddział Skandian? – spytał. Liam i Stuart skinęli bez słowa głowami.

– Hm, a cóż was do tego skłoniło? Dlaczego sądzicie, że należy oraz że można to zrobić? – spytał.

Chłopcy popatrzyli po sobie, a odpowiedział Liam:

– No, bo przecież ty tak uczyniłeś. – Z tonu wypowiedzi wynikało, iż tłumaczy Willowi coś zupełnie oczywistego.

Will załamał ręce.

– Ale ja ich znałem – oświadczył. – To byli moi przyjaciele.

Liam wzruszył ramionami.

– Jasne. Ale przecież ja także mógłbym ich poznać. Powiadają, że nawiązywanie kontaktów z ludźmi przychodzi mi z łatwością, więc jestem pewien, że i ze mną by się zaprzyjaźnili.

Nick wraz ze Stuartem najwyraźniej byli tego samego zdania. Will podsunął im pod nosy listę sił i środków.

– Nie wątpię, nie wątpię, tylko że tutaj nie wymieniono ani jednego Skandianina! – zawołał. – Ani śladu po Skandianinie! Co wam strzeliło do głowy, żeby wziąć ich sobie ot tak, z powietrza?

Chłopcy znów spojrzeli po sobie. Tym razem głos zabrał Stuart:

– W założeniach ćwiczenia napisano, że mamy posłużyć się inicjatywą, a także wyobraźnią.

Will zachęcił go gestem, żeby mówił dalej.

– Toteż posłużyliśmy się wyobraźnią i wykazaliśmy inicjatywę, wyobrażając sobie, że w pobliżu znajduje się oddział Skandian.

– I że są z nami zaprzyjaźnieni – uzupełnił Liam.

Will oniemiał. Chyba po raz pierwszy zdał sobie sprawę, przez co przechodził Halt w początkowym okresie jego szkolenia. Trzem chłopakom wydawało się przecież, że wszystko sobie obmyślili nad wyraz sprytnie.

– Tak nie wolno postępować! – zawołał, zdesperowany. Jednak złagodniał na widok twarzy wyrażających niewątpliwą bezradność. – Słuchajcie, po to otrzymaliście listę sił i środków, żeby posługiwać się tym, co w niej wymieniono – i niczym więcej – wyjaśnił. – Nie wolno wam wymyślać sobie jakichś Skandian tylko dlatego, że i owszem, bardzo by wam się przydali.

Wpatrzone weń oblicza przybrały ponury wyraz.

– Chyba rozumiecie, że w takim razie równie dobrze możecie sobie wyobrazić, że macie do dyspozycji kilkunastu gigantycznych troli, którzy przypuszczą za was szturm, po czym rozwalą mury zamku – tylko dlatego, że wam tak wygodnie.

Nick, Liam oraz Stuart, słuchając go, kiwali poważnie głowami, tak że przez jedną straszną chwilę Will przeraził się, że uznali pomysł z trollami za całkiem praktyczny oraz wielce przydatny.

– Żartowałem – wyjaśnił. Westchnął i usiadł na trawie. Wreszcie do chłopaków dotarło, że należy zacząć wszystko od początku. Na ich twarzach odmalowało się rozczarowanie. Oczywiście, nie zamierzał wykonać za nich zadania, ale uznał, że nic się nie stanie, jeśli trochę im pomoże. – No, dobra. Po pierwsze, przyjrzyjmy się jeszcze raz liście sił i środków. Możecie mi przypomnieć?

– Dysponujemy trupą wędrownych linoskoczków – stwierdził Liam.

Will zerknął na niego.

– Masz pomysł, do czego moglibyśmy ich wykorzystać?

Liam zamyślił się, ale nic nie powiedział.

– Niech zapewnią rozrywkę naszym oddziałom, dla podniesienia morale – zauważył Nick.

– W rzeczy samej, pod warunkiem jednak, że posiadalibyśmy jakieś oddziały – przypomniał mu Stuart.

– Linoskoczkowie przydadzą się, kiedy już zgromadzimy wojska! – wtrącił Liam, wyraźnie zirytowany „czepianiem się” Stuarta.

Will doszedł do wniosku, że lepiej interweniować od razu, nim się pobiją. Podsunął więc wskazówkę:

– Co uniemożliwia wam dostanie się do wnętrza zamku? Na czym polega główna linia obrony twierdzy? – spytał.

Chłopcy zastanawiali się przez chwilę, potem odezwał się Stuart, tonem dającym do zrozumienia, iż chodzi o rzecz oczywistą:

– No, przecież są mury.

– Doskonale. Mury, i to wysokie. Wysokie na cztery metry. – Will urwał, spoglądając kolejno na swych słuchaczy. – Nie dostrzegacie żadnego związku między wysokimi murami a trupą linoskoczków?

Nagle pojęli; Nick był ułamek sekundy szybszy od kolegów.

– Mogliby wspiąć się po murach! – zawołał.

Will wyciągnął w jego stronę palec wskazujący.

– Otóż to. Tyle że wciąż jeszcze potrzebujemy wojsk. Co się stało z poprzednią obsadą twierdzy?

– Rozproszyli się po całym lennie, wrócili do swych zagród i wiosek. – Tym razem głos zabrał Liam. Zmarszczył brwi i dodał: – Potrzeba nam kogoś, kto będzie wędrował od osady do osady, roznosząc wici…

– Ale w taki sposób, żeby nieprzyjaciel się nie zorientował – wtrącił szybko Will, mając nadzieję, że chociaż jeden podchwyci jego myśl.

– Grajek! Wędrowny bard! – wykrzyknął triumfalnie Stuart. – Nikt nie zwróci uwagi na rybałta, który przemierza lenno, od gospody do gospody.

Will rozpromienił się.

– No, proszę, wreszcie zaczynacie główkować! – stwierdził. – Popracujcie jeszcze trochę, a po południu spotkamy się znowu i omówimy wasze pomysły.

Chłopcy zorientowali się teraz, że sprawa nie jest tak całkiem beznadziejna, więc na nowo nabrali entuzjazmu. Will dał im znak, żeby się rozeszli, ale w następnej chwili zatrzymał ich jeszcze:

– Zapomnieliśmy o czymś: wioska. Ilu mieszkańców liczy?

Nick odpowiedział natychmiast, nie zaglądając do notatek:

– Około dwustu – odparł, zachodząc w głowę, do czego Will zmierza. – Ale pośród wieśniaków jest tylko kilku byłych żołnierzy. Większość to chłopi albo parobkowie.

– Zgadza się – rzekł Will. – Zastanówcie się teraz, jakie prawo obowiązuje wszystkie osady liczące ponad stu mieszkańców.

Otóż edykt królewski głosił, iż starszyzna każdej takiej wioski ma obowiązek zadbać, by młodzież ćwiczyła się w strzelaniu z łuków. Właśnie dzięki temu Aralueńczycy dysponowali znacznymi siłami wyszkolonych łuczników, których w razie potrzeby powoływano do służby w armii. Na ów koncept jego podopieczni najwyraźniej jeszcze nie wpadli, ale uznał, że jak na jeden dzień dostarczył im wystarczająco wiele podpowiedzi.

– Weźcie to pod uwagę – polecił. Gestem przypominającym nieco opędzanie się od much dał im znak do odejścia. Nasłuchiwał, jak oddalając się, gorączkowo dyskutują. Nagle zdał sobie sprawę, że jest bardzo zmęczony. Oparł się o pień grubego drzewa.

– Dobra robota – rzucił Crowley, który znajdował się w odległości kilku metrów od Willa. Młody zwiadowca drgnął nerwowo i poderwał się natychmiast.

– Nie rób tego więcej! – obruszył się. – Wystraszyłeś mnie jak wszyscy diabli!

Głównodowodzący zachichotał, po czym wyszedł na polanę. Usiadł obok Willa.

– Nie tak łatwo być nauczycielem, prawda? Trzeba wiedzieć, jak nakierować ich na właściwy trop, by nie podpowiedzieć zarazem zbyt wiele – niech się uczą samodzielnego myślenia. Z czasem i ty będziesz kształcił swojego czeladnika, wtedy z pewnością dobrze sobie poradzisz.

Will spojrzał na Crowleya niespokojnie, bo wcale nie uśmiechała mu się podobna myśl. Straszliwa odpowiedzialność, a poza tym byłoby okropne, gdyby jakiś młodzik bezustannie plątał mu się pod nogami, zadawał bezsensowne pytania, przerywał, zawracał głowę, zamiast samodzielnie przemyśleć dany problem…

Doskonale zdawał sobie sprawę, że on sam jako uczeń Halta tak właśnie się zachowywał. Raz jeszcze uświadomił sobie, że mistrz nie miał z nim łatwego życia.

– Chyba jeszcze za wcześnie na czeladnika – rzekł ostrożnie, a Crowley uśmiechnął się.

– Spokojna głowa, kiedyś przyjdzie na to pora. Tymczasem jednak mam wobec ciebie całkiem inne plany.

Jednak kiedy Will zaczął się dopytywać, głównodowodzący zbył go szerokim uśmiechem.

– Wszystko we właściwym czasie.

Will nie zdołał zeń wyciągnąć niczego więcej.

Minęła północ. Osada Selsey dawno już pogrążyła się w ciemnościach i ciszy, wszyscy jej mieszkańcy spali. Nikt nie pełnił warty. Tutaj, w odległej, mało komu znanej wiosce nie było takiej potrzeby.

To znaczy, nie było jej nigdy dotąd. Bowiem tej nocy, jak słusznie przewidział Halt, przydałby się czujny wartownik.

Zwiadowca podjął się więc tej roli z własnej inicjatywy. Przycupnął za jedną z łodzi rybackich wyciągniętych na piach, poza linię przypływu. Z początku spodziewał się, że Odszczepieńcy zechcą podpalić któryś z domów, jednak po namyśle zdał sobie sprawę, że łodzie służące do połowów są znacznie lepszym celem. Przecież właśnie one zapewniały mieszkańcom Selsey środki do życia. Gdyby spłonął któryś z domów, jego właściciele rychło zdołaliby sporządzić tymczasowe schronienie, na przykład szałas czy płócienny namiot, i w nim zamieszkać, nim odbudują chatę. Pomimo niedogodności życie toczyłoby się nadal. Natomiast gdyby zniszczono łodzie, oznaczałoby to niepowetowaną stratę – koniec połowów, a więc też koniec zarobków, aż do chwili, gdy zbudowane zostaną nowe łodzie.

Zniszczenie podstawowych dla rybaków „narzędzi pracy” byłoby jak najbardziej zgodne z charakterem Odszczepieńców. Im dłużej Halt się zastanawiał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że taki właśnie był ich plan.

Nagle z gęstwiny drzew wyłoniło się kilka mrocznych sylwetek, które zaczęły skradać się po piasku w stronę łodzi. Halt pomyślał mimochodem, że bandyci niepotrzebnie idą na ugiętych nogach, jakby się kryli, bowiem i tak byli doskonale widoczni na jasnym piasku. Co więcej, ich przygarbione sylwetki sugerowały, że knują coś podejrzanego.

Czterech mężczyzn zatrzymało się przy rybackich sieciach, dziesięć metrów od zaczajonego zwiadowcy. Dwaj pozostali szli dalej, kierując się ku łodzi znajdującej się obok tej, za którą ukrył się Halt. Wyjrzał zza rufy; złoczyńcy przyklęknęli w piachu zaledwie kilka metrów dalej – na tyle jednak blisko, że słyszał prowadzoną szeptem rozmowę.

– Ile puszczamy z dymem? – spytał jeden.

– Farrell powiada, że wystarczy dwie, żeby dać im nauczkę.

Farrell, czyli ów siwowłosy kapłan, którego Halt obserwował wcześniej tego samego dnia, przywódca grupy Odszczepieńców.

– Ja zajmę się tą. – Wskazał łódź, przy której klęczeli. – Ty podpal tę obok. – Drugi opryszek skinął głową i popełzł na czworakach w stronę dzioba łódki, za którą czatował Halt.

Halt wycofał się szybko za trzecią łódkę, tak by znaleźć się za plecami podpalacza, kiedy ten zajmie się swoją robotą. Piaszczysta plaża usłana była wodorostami i wyrzuconymi przez morze kawałkami drewna. Gdy Halt usłyszał, że mężczyzna zbliża się do dzioba wyznaczonej mu łodzi, znieruchomiał, okryty płaszczem. Gdyby nawet został zauważony, wzięto by go za jeszcze jeden bezkształtny stos odpadków naniesionych przez wodę. Jak bowiem głosiło stare powiedzenie popularne pośród zwiadowców: Kto się nie spodziewa ujrzeć nikogo, pewnie nikogo nie zobaczy.

Halt usłyszał zgrzyt krzesiwa o stal. Popatrzył nieco wyżej, zważając, by nie poruszyć głową. Podpalacz przykucnął za łodzią, plecami do Halta. Rozległ się kolejny zgrzyt. Zwiadowca dostrzegł w mroku błękitną iskrę.

Prześlizgnął się w ciemnościach, niczym wielki, bezgłośny wąż, po czym uniósł się odrobinę. Ciągle zachowując pozycję kuczną, pochwycił niespodziewającego się niczego zbója.

Podpalacz zorientował się, że nie jest sam, dopiero wtedy, gdy żelazne ramię zgniotło mu krtań, a silna dłoń szarpnęła głowę do tyłu w dławiącym chwycie. Nim mężczyźnie zabrakło powietrza, zdołał wydać z siebie ledwie ciche stęknięcie.

– Co się dzieje? – dobiegło rzucone szeptem pytanie od strony sąsiedniej łodzi. Zaciskając coraz mocniej chwyt na szyi prędko tracącego siły przeciwnika, Halt odparł, również szeptem:

– Wszystko w porządku. Tylko upuściłem krzesiwo.

Zobaczył odblask krzesiwa, które uderzało o stal przy drugiej łodzi. Usłyszał gniewne burknięcie:

– No, to morda na kłódkę i do roboty.

Duszenie odniosło pożądany skutek, mięśnie zaskoczonego przez Halta podpalacza zwiotczały, ciało zwisło bezwładnie w rękach zwiadowcy. Ułożył je ostrożnie na piasku. Od tamtej łodzi nie dobiegało już stukanie krzesiwa, z czego Halt wywnioskował, że drugi napastnik zdołał rozniecić ogień. Nie było czasu do stracenia. Wyschłe na słońcu belki łodzi, nasączone smołą i pomalowane farbą, a także osmołowane olinowanie zajmą się w mgnieniu oka. Najszybciej do bandyty mógł się dostać górą, przechodząc przez środek łodzi. Błyskawicznie wspiął się na burtę, skoczył na drugą stronę i opadł na piasek.

Zerwał się natychmiast na nogi i ujrzał nikły blask tlącego się chrustu. Wpatrzony w płomyk zbój usłyszał nagle za plecami szelest. Spojrzał, ale oślepiony światłem, dostrzegł tylko mroczną sylwetkę. Ponieważ nie oczekiwał nikogo innego, uznał, że zbliża się jego towarzysz.

– Zrobiłeś swoje? – spytał.

– Nie całkiem. – Halt doszedł do wniosku, że nie ma powodu dalej podszywać się pod bandytę.

Tamten zbyt późno zorientował się, że ma do czynienia z kimś obcym. Zdążył co prawda wstać, ale w tej samej chwili Halt wytrącił mu płonący chrust z dłoni, a potem lewą ręką zadał zbirowi idący po łuku cios, wkładając w uderzenie całą siłę ramienia oraz półobrotu tułowia.

Nasadą dłoni trafił prosto w podbródek. Głowa zbójcy, gwałtownie pchnięta w tył, łomotnęła głucho o kadłub łodzi; rozległ się jęk bólu. Gdy podpalacz wciąż jeszcze osuwał się, półprzytomny, na ziemię, Halt już wołał na cały głos:

– Pożar! Pali się! Łodzie się palą!

Doszły go odgłosy gwałtownej wymiany zdań. Zaskoczeni, podenerwowani towarzysze obezwładnionych zbójców wymieniali między sobą uwagi, wciąż jeszcze używając ściszonego głosu. Nie mieli pojęcia, co się dzieje. Przecież wszystko powinno odbyć się po cichu, nie planowali wszczynania alarmu po podpaleniu. Tymczasem, o ile wiedzieli, przy łodziach nie było nikogo oprócz ich dwóch kompanów.

– Pali się! – wrzasnął znowu Halt. – Do łodzi! Pali się!

Głos zwiadowcy niósł się zaskakująco donośnie pośród ciszy. W kilku oknach już zapaliło się światło. Czterej napastnicy zdali sobie sprawę, że wkrótce znajdą się w poważnym niebezpieczeństwie, toteż ruszyli czym prędzej w stronę łodzi. Halt wychynął z ukrycia i pobiegł ukosem przez plażę, a rozbójnicy za nim – właśnie o to mu chodziło, bo nie chciał, żeby podjęli następną próbę podpalenia.

– Brać go, to obcy! – usłyszał za sobą czyjś okrzyk. Rozległ się łomot stóp na piasku.

Tymczasem jednak w oddali dały się słyszeć inne głosy, to przebudzeni rybacy wyskakiwali z domostw i zwoływali się okrzykami. Biegnący za Haltem zbójcy zawahali się.

– Zostawcie go! Zabierzcie Scarra i Morrisa, a potem zwiewamy! – rozległ się ten sam rozkazujący głos. Najwidoczniej Scarr oraz Morris to byli ci, którzy próbowali podpalić łodzie. Napastnicy nie zamierzali zostawiać ich w rękach rybaków. Mieszkańcy osady mogliby wymusić na zbirach kłopotliwe dla sekciarzy zeznania. Tupot stóp za plecami Halta zaczął się jakby oddalać – zaryzykował więc spojrzenie przez ramię. Rzeczywiście, czterej opryszkowie gnali z powrotem w stronę łodzi, do swoich towarzyszy. Kilkadziesiąt metrów dalej pobłyskiwały latarnie rybaków zmierzających w stronę łodzi, jednak bez większego pośpiechu, jako że z daleka nie widać było, iżby łodzie rzeczywiście zostały podpalone.

Podpalacze uciekną – stwierdził w myśli zwiadowca. Na to jednak niewiele mógł poradzić. Z wielkiego namiotu, w którym obozowali Odszczepieńcy, również rozległy się głosy. Na pewno i tak nie spali, czekając, aż ich wspólnicy dokonają podpalenia – a teraz, rzecz jasna, nie mogli udawać, że niczego nie słyszą. Gdy Halt znalazł się pośród drzew, zwolnił do truchtu. W cieniu zatrzymał się, kilka razy odetchnął głęboko. Jak wszyscy zwiadowcy, był w doskonałej formie, ale zawsze warto odpocząć, jeśli nadarzy się okazja. Uspokoić bicie serca, zaczerpnąć powietrza.

Spokój, cisza – rozkazał kipiącemu od adrenaliny organizmowi. Poczuł, jak puls zwalnia, osiągając znów zwyczajny rytm.

Cóż – pomyślał – w sumie to udany wieczór. Pewnie, że byłoby lepiej, gdyby chociaż jeden z podpalaczy dostał się w ręce mieszkańców wioski, którzy wydobyliby z niego ważne informacje. Przynajmniej jednak udaremnił plany zniszczenia łodzi.

Co więcej, zasiał niepokój w umysłach złoczyńców. Stanowczo, dał im do myślenia: z pewnością będą zachodzić w głowę, usiłując dojść, dlaczego ich knowania się nie powiodły i kto stanął im na przeszkodzie.

Halt uśmiechnął się złowrogo sam do siebie. Miło pomyśleć, że teraz to Odszczepieńcy mają się czym martwić. To właśnie uczucie satysfakcji osłabiło zapewne czujność zwiadowcy. Kiedy bowiem ruszył w stronę miejsca, gdzie czekał na niego Abelard, nagle ujrzał jakiegoś mężczyznę, który wyłonił się zza drzewa.

– A coś ty za jeden, do diabła? – spytał tamten. Dzierżył w dłoni najeżoną kolcami ciężką maczugę. Nagle zamachnął się nią, gotów do zadania morderczego ciosu w głowę.

Halt natychmiast zorientował się, że ma do czynienia z jeszcze jednym członkiem bandy Odszczepieńców, bo przecież nikt inny nie zaatakowałby go, nie dając choćby chwili na odpowiedź. Z miejsca oprzytomniał i z całej siły wykonał kopnięcie po półokręgu, trafiając napastnika w lewe kolano. Coś chrupnęło, nieszczęśnik runął z wrzaskiem. Chwycił się za zranione miejsce i krzyknął:

– Pomocy! Pomocy! Do mnie, tutaj!

Halt usłyszał głosy odpowiadające na wezwanie oraz trzask łamanych gałęzi; przez zarośla przedzierało się w jego stronę co najmniej kilku zbójców. Bezgłośnie niczym zjawa pomknął w swoją stronę. Musiał dotrzeć do Abelarda, nim dopadnie go pościg.

Zlot zbliżał się ku końcowi.

Dwaj czeladnicy, którzy odbyli ostatni rok szkolenia, zostali wyzwoleni z terminu i oficjalnie przyjęci w szeregi pełnoprawnych zwiadowców. Will uśmiechał się pod nosem, obserwując ceremonię, a Gilan ciągle trącał go porozumiewawczo łokciem. Wszak nie tak dawno również on miał okazję doświadczyć na własnej skórze podobnego obrzędu. Will także musiał wysłuchać, całkiem zdezorientowany, mamroczącego pod nosem Crowleya, który przerzucał dokumenty, narzekając na papierkową robotę, jakby nie chodziło o uroczyste wydarzenie, lecz o zwykłą biurokratyczną formalność.

Przyglądał się dwóm świeżo upieczonym zwiadowcom, na których twarzach malowało się to samo osłupienie, które wcześniej stało się jego udziałem. Bądź co bądź, po pięciu latach ciężkiej pracy, pełnej poświęceń, każdy spodziewałby się jakichś szczególnych obchodów. Czegoś stosownego dla upamiętnienia najważniejszego dnia w życiu. Tymczasem nic podobnego: zwiadowcy jak zawsze robili wszystko po swojemu, a w tym przypadku chodziło właśnie o to, by wszelkiej pompatycznej ceremonii uniknąć. Starano się – jak zdał sobie sprawę Will – uzmysłowić młodym adeptom, że wcale się nic nie kończy. Wręcz przeciwnie, następuje początek znacznie dłuższego i ważniejszego etapu życia.

Na pozór w owym zwiadowczym obrządku brał udział tylko Crowley, obaj uczniowie oraz ich nauczyciele. W rzeczywistości obrzędowi przyglądał się istny tłum bezgłośnych, niewidocznych widzów, czyli wszyscy pozostali zwiadowcy, ukryci pośród drzew, gotowi ukazać się z wielkim krzykiem, by pogratulować nowym kolegom i powitać ich w swym gronie. Dokładnie tak, jak odbywało się to za każdym razem, gdy do Korpusu Zwiadowców dołączali nowi członkowie.

Przybyli ponadto rodzice i dalsza rodzina młodzieńców, ale również oni śledzili niezwykłe wydarzenie z ukrycia. Co więcej, ostatnie dziesięć kilometrów musieli przebyć z zasłoniętymi oczami, ponieważ umiejscowienie terenu, na którym odbywały się Zloty, stanowiło ściśle strzeżony sekret.

Pośród zebranych zabrakło tylko młodszych uczniów, albowiem oni ceremonię wyzwolenia mieli jeszcze przed sobą. Działo się tak zgodnie z żelazną zasadą, wedle której nikomu nie wolno wyjawić, co czeka ucznia w ostatnim dniu terminu. Trzej starsi zwiadowcy zabrali na ten czas czeladników w pewne odległe miejsce, by udzielić im końcowych nauk. Potem wszyscy mieli powrócić, by wziąć udział w uczcie następującej po części oficjalnej zwiadowczego „wtajemniczenia”.

Tymczasem Crowley zbliżał się właśnie ku końcowi swego zwykłego przedstawienia, a trzeba przyznać, że nie miał w tym sobie równych.

– Tak tedy – oznajmił, spuściwszy wzrok – ty, Clarke z lenna Caraway oraz ty, Skinner – skąd tam przybywasz. Tak. Zaraz, zaraz, gdzie to było. A, już mam: lenno Martinsyde. Oczywiście, oczywiście. Otóż ukończyliście wszystkie etapy szkolenia i jesteście gotowi, by stać się pełnoprawnymi członkami Korpusu Zwiadowców – odczytywał teraz w oszałamiającym tempie.

– Toteż niniejszym czynię was na mocy władzy udzielonej mi jako głównodowodzącemu Korpusu Zwiadowców i tak dalej, i tak dalej, tralala, tralala. No, i tyle. A teraz podajcie sobie dłonie, już po wszystkim. Mamy to z głowy.

Powstał, zgarnął papiery i podał rękę najpierw jednemu, a potem drugiemu z oszołomionych adeptów.

– Trochę jak na ślubie, no nie?

Chłopcy spojrzeli po sobie, potem na Crowleya. Ten, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z ich zaskoczenia, zawahał się i podrapał po głowie.

– Zaraz, czy coś przeoczyłem? Było coś jeszcze. -udał głębokie zamyślenie. Następnie jego twarz rozjaśniła się promiennym uśmiechem. Odgrywał tę scenkę tak przekonująco, że i Will z trudem powstrzymał rozbawienie. – Ależ jasne, no przecież! To niby tylko zwykła formalność, ale pewno chcielibyście dostać po srebrnej błyskotce, no nie? – Crowley skinął na nauczycieli Skinnera oraz Clarke'a, którzy podeszli, dzierżąc w dłoniach małe, lśniące odznaki tak bliskie sercu każdego zwiadowcy. – Dobra, szkoda czasu. Teraz możecie je wręczyć! – rzucił niedbałym tonem Crowley i odwrócił się plecami.

A potem, gdy obaj zwiadowcy udekorowali srebrnymi liśćmi dębu swych byłych czeladników, pozostali koledzy wyłonili się z ukrycia, wyszli na polanę, odrzucili kaptury i otoczyli ich ciasnym kręgiem.

– Gratulacje!

Gromki okrzyk rozległ się pośród drzew, budząc śpiące ptaki. Przerażone kwilenie dołączyło do ogólnego zgiełku. Teraz widać było, jak poklepywani po plecach młodzi adepci, którym winszowano i których ściskano za ręce, zmienili się na twarzach. Niespodzianka udała się – jak zwykle. Clarke oraz Skinner dopiero po fakcie zdali sobie sprawę, że padli ofiarą niewinnego, ale zarazem znaczącego żartu. Will dostrzegł też łzy radości i dumy w ich oczach, gdy wreszcie do obydwu dotarło, że po tylu latach trudów stali się pełnoprawnymi członkami elitarnej społeczności. Mimo woli także i jego oczy zapiekły na wspomnienie własnych odczuć tamtego pamiętnego dnia, gdy został przyjęty w poczet zwiadowców.

– Gratuluję. Masz za sobą pięć długich lat, prawda?

Skinner niemal znikł w uściskach zalanej łzami matki, niewiasty tak postawnej, że drobny, ciemnowłosy chłopak wydawał się jeszcze nikczemniejszej postury niż w rzeczywistości.

– Taka jestem z ciebie dumna! Taka dumna! Gdyby twój ojciec mógł to zobaczyć! – mówiła.

Skinner zdołał się wyswobodzić z matyczynych ramion na krótką chwilę, by uścisnąć dłoń Willa.

– Już dobrze, dobrze, mamo – wysapał. – Daj spokój.

– A potem zwracając się do Willa, przyznał: – Chwilami myślałem, że nie podołam.

Will skinął głową.

– Zwłaszcza podczas ostatnich kilku miesięcy? – spytał, a Skinner otworzył szeroko oczy, zaskoczony.

– Skąd wiesz?

– Bo nam wszystkim towarzyszyły takie myśli pod koniec szkolenia – wyjaśnił. – Dopiero wtedy człowiek zdaje sobie sprawę, jak wielka odpowiedzialność wkrótce będzie na nim spoczywać.

– To znaczy… że nawet ty tak się czułeś? – Skinner nie bardzo mógł uwierzyć, że legendarny bohater, Will Treaty, mógł kiedykolwiek zwątpić we własne siły.

Will roześmiał się swobodnie.

– Nawet ja? Posłuchaj, byłem wprost przerażony – wyznał. – Ale to nic, zapewniam cię, że tych pięć lat nauki nie poszło na marne. Zaufaj szkoleniu, tak poradził mi kiedyś Gilan. Kiedy dostaniesz pierwszy przydział, przekonasz się, że umiesz znacznie więcej, niż ci się teraz wydaje.

Pozostawił Skinnera w objęciach rodzicielki, by podejść do Clarke'a, którego otaczała grupka złożona z rodziców, brata i nauczyciela. Złożywszy gratulacje, Will spytał:

– Domyślasz się, dokąd dostaniesz przydział?

Clarke potrząsnął głową. Will dostrzegł błysk niepokoju w jego oczach – niepokoju, który nietrudno zrozumieć. Przecież młody zwiadowca miał właśnie rozpocząć samodzielną działalność we własnym lennie, gdzie już nie będzie mógł liczyć na opiekę i pomoc swojego mentora.

– Jestem pewien, że przypadnie ci jakiś przytulny, spokojny zakątek – rzekł Andross, jego nauczyciel. – Zazwyczaj nie rzucamy nowych zwiadowców na głęboką wodę.

– Poradzisz sobie – zapewnił go Will.

Clarke zaśmiał się.

– Spokojny będzie każdy zakątek, w którym nie usłyszę chrapania Androssa – stwierdził.

Andross uniósł brwi i zerknął z ukosa na swego ucznia.

– Ach, tak? W takim razie módl się, żebyś nie dostał lenna sąsiadującego z moim, bo istnieje obawa, że tam również będziesz słyszał, jak chrapię.

Roześmiali się wszyscy: Will, Andross, Clarke, jego bliscy. Wszelako zaraz potem młodszy brat Clarke'a spoważniał i zapytał:

– Czy wolno ci teraz przyjechać do domu i pobyć z nami przez parę dni, zanim obejmiesz służbę?

Clarke spojrzał na Androssa, który wyjaśnił:

– Nowi zwiadowcy zawsze dostają tydzień urlopu, żeby mogli spędzić nieco czasu z rodziną. Dopiero potem udają się do wyznaczonego lenna.