Zwiadowcy 14. Pojedynek w Araluenie - John Flanagan - ebook
Opis

Król Duncan i jego córka, księżniczka Kasandra, są uwięzieni w południowej wieży zamku Araluen.

Daleko na północy niewielki oddział Sir Horace’a oraz dowódca Korpusu Zwiadowców Gilan tkwią w starym forcie oblężonym przez Klan Czerwonego Lisa.

Młoda zwiadowczyni Maddie musi dotrzeć do drużyny Czapli i przekonać jej przywódcę Hala, by ruszyli na pomoc Horace’owi i Gilanowi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 357

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Rangers Apprentice. The Royal Ranger. Duel at Araluen.

First published Random House Australia Pty Limited, Sydney, Australia

This edition published by arrangement with Random House Australia

Wydanie pierwsze w tej edycji, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Redakcja: Urszula Przasnek

Korekta: Ewa Mościcka, Renata Kuk, Robert Majcher

Skład i łamanie: Robert Majcher

ISBN 978-83-7686-751-9

Copyright © John Flanagan 2018

All rights reserved.

Cover illustration by Jeremy Reston

Cover design & illustration © www.blacksheep-uk.com

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar

Książka dla czytelników w wieku 11+

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat:jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Pamięci Billa Pageta

1942–2018

PROLOG

Dimon, były dowódca straży zamkowej, a obecnie przywódca rebelianckiego Klanu Czerwonego Lisa, wsparł się o parapet, spojrzał w górę i skrzywił się gniewnie. Znajdował się w komnacie na najwyższym piętrze donżonu Zamku Araluen. Ponad nim, wyższa o kilka pięter, wznosiła się wieża południowa.

Przychodził tutaj regularnie, by obserwować dziewiąte piętro tej wieży, gdzie znaleźli schronienie księżniczka Cassandra, król Duncan i wierni im ludzie. Od czasu do czasu Dimon dostrzegał jakiś ruch na balkonie otaczającym dziewiąte piętro, a pewnego razu rozpoznał nawet samą Cassandrę, która przyglądała się dziedzińcowi poniżej.

Na jej widok zaklął z wściekłością, ale księżniczka nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Miał wrażenie, że ludzie na balkonie rzadko patrzą w jego kierunku. Byli bardziej zainteresowani tym, co działo się na dziedzińcu, a łucznicy Cassandry zebrali już krwawe żniwo pośród tych, którzy nie zachowując ostrożności, usiłowali przejść dołem i zanadto oddalili się od osłony, jaką dawały ściany donżonu.

Zamek został zajęty przez żołnierzy z Klanu Czerwonego Lisa, dowodzonych przez Dimona. Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy zetknął się z Klanem, była to przypadkowa grupa malkontentów niezadowolonych ze zmiany prawa, w wyniku której na tronie mogła zasiąść kobieta. Prawo zostało zmienione przez dziadka Cassandry i oznaczało, że w stosownym czasie to właśnie ona zostanie królową Araluen. Klan Czerwonego Lisa trwał uparcie przy odwiecznej tradycji, zgodnie z którą na tronie mógł zasiadać tylko męski potomek rodu królewskiego. Dimon był tym bardzo zainteresowany, ponieważ jako odległy krewny Cassandry pozostawał – jeśli się nie mylił – jedynym potencjalnym męskim kandydatem do korony.

Pod przybranym imieniem dołączył więc do Klanu i powoli wspiął się na sam szczyt w jego hierarchii. Klan stanowił niezorganizowaną zbieraninę ludzi niekompetentnych, bardziej skłonnych do gniewnego narzekania niż do podjęcia jakichś działań. Natomiast Dimona nie można było nazwać ani niezorganizowanym, ani niekompetentnym. Był wytrawnym mówcą, zdolnym porwać słuchaczy i przekonać ich do swojego punktu widzenia. Miał silną, charyzmatyczną osobowość i wrodzoną umiejętność pozyskiwania sympatii i szacunku innych ludzi. Szybko awansował w strukturach Klanu, wreszcie został wybrany na jego przywódcę. Zorganizował i zmotywował swoich nowych podwładnych, aż w końcu stali się potężną i skuteczną tajną armią. Wychwalał ich przekonania, a co ważniejsze, dał im plan oraz cel – rebelię przeciwko władzy królewskiej. Uzasadnienie przyszło tym łatwiej, że król Duncan od pewnego czasu był złożony chorobą, a jego córka Cassandra pełniła obowiązki regentki, co jasno pokazywało, jakie będą efekty zmiany prawa.

Dimon wykorzystywał Klan Czerwonego Lisa do zrealizowania własnych planów. Zamierzał zagarnąć tron i na własną głowę włożyć koronę, Czerwone Lisy zaś miały mu pomóc w zaspokojeniu tych ambicji.

Uważał, że główną przeszkodą w jego planach może być mąż Cassandry, sir Horace – najznakomitszy rycerz Araluen i dowódca armii. Horace był niezwykle zdolnym wojownikiem, a także doświadczonym strategiem i taktykiem. Był też wspierany przez swojego wieloletniego przyjaciela, zwiadowcę Gilana, dowódcę budzącego respekt Korpusu Zwiadowców. Aby odnieść sukces, Dimon musiał wywabić ich obu z Zamku Araluen, a najlepiej pozbawić życia, dlatego też przygotował plan, dzięki któremu Horace i Gilan wyruszyli na północ, by zlikwidować niewielkie gniazdo rebeliantów z Klanu Czerwonego Lisa. Zabrali ze sobą większość zamkowego garnizonu, ale natrafili na o wiele większe, niż się spodziewali, siły przeciwnika – członków Klanu Czerwonego Lisa oraz sonderlandzkich najemników. Ponieważ wróg miał nad nimi trzykrotną lub nawet czterokrotną przewagę, ludzie Horace’a wycofali się do starego fortu na wzgórzu. Obecnie tkwili tam, oblegani przez najemników, Dimon wiedział jednak, że tak wytrawny dowódca jak Horace nie pozostanie uwięziony długo. Kluczową więc sprawą było szybkie działanie, bo tylko to pozwoliłoby Dimonowi sięgnąć po koronę.

Początkowo wszystko szło dobrze. Dimon zdołał przeprowadzić oddział Czerwonych Lisów przez potężny most zwodzony do wnętrza niezdobytych murów Zamku Araluen i niewiele brakowało, a udałoby mu się pojmać Cassandrę i jej ojca.

Wtedy jednak przeszkodził mu Maikeru, nihoński mistrz miecza i nauczyciel Cassandry, którzy zatrzymał Dimona i jego ludzi dostatecznie długo, by księżniczka i król wraz z garstką wiernych im strażników i łuczników zdołali się schronić na najwyższych piętrach wieży południowej.

Ósme i dziewiąte piętro wieży południowej zostało przewidziane jako ostatnie schronienie obrońców, w przypadku gdyby zamek został zdobyty. Część spiralnych schodów poniżej ósmego piętra można było zniszczyć, a to sprawiało, że atakujący nie mieli sposobu, by dostać się na samą górę. Obrońcy zaś mogli przemieszczać się między ósmym a dziewiątym piętrem po wewnętrznych drewnianych schodach. Wieża zaopatrzona była w broń i zapasy żywności, a duży zbiornik na deszczówkę umocowany na dachu zapewniał stałą rezerwę wody.

Na razie Cassandra zdołała odeprzeć wszystkie jego próby wdarcia się na ósme piętro wieży. Teraz jednak Dimon wpadł na pomysł, który mógł się okazać dla niej zgubny.

Odwrócił się, gdy usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi.

– Lordzie Dimonie? Czy jesteś w środku?

Dimon rozpoznał ten głos – należał do Rolanda, dowódcy małej grupki inżynierów i specjalistów od oblężeń.

– Wejdź! – zawołał.

Drzwi otworzyły się i inżynier wszedł do komnaty. Jak większość ludzi w tym zawodzie był to już starszy mężczyzna, a siwe włosy świadczyły o latach doświadczenia. W progu zawahał się, pełen uniżonego szacunku. Wszyscy ludzie Dimona wiedzieli, że ich przywódca jest w parszywym nastroju od chwili, gdy nihoński wojownik pokrzyżował jego pierwotne plany zakładające błyskawiczne zwycięstwo.

– O co chodzi? – zapytał sucho Dimon, wyraźnie poirytowany nerwowym zachowaniem mężczyzny.

– Przybyły materiały do budowy machiny, panie – zameldował inżynier. – Możemy natychmiast rozpocząć prace.

Po raz pierwszy od kilku dni na twarzy Dimona pojawił się uśmiech. Zatarł ręce w oczekiwaniu.

– To doskonale – powiedział. – Teraz będziemy mogli skutecznie uprzykrzyć życie mojej kuzynce Cassandrze. Bardzo skutecznie uprzykrzyć jej życie.

ROZDZIAŁ 1

Wróg ma przewagę liczebną i może śledzić każdy ruch taty – powiedziała Maddie. – Dlatego tata nie może ich zaskoczyć. Pomyślałam, że gdyby udało mi się znaleźć jakichś ludzi i poprowadzić niespodziewany atak od tyłu, miałby szansę, żeby wyrwać się z tego oblężenia.

Zdradziecki Dimon był przekonany, że Maddie siedzi uwięziona w wieży południowej wraz ze swoją matką, jednakże uczennica zwiadowców już dawno odkryła tajne tunele i schody pozwalające jej wydostawać się niepostrzeżenie z zamku i wracać do niego. Maddie zakradła się też na spotkanie Klanu Czerwonego Lisa i podsłuchała plan Dimona, który zakładał atak na Zamek Araluen w czasie, gdy jej ojciec i jego ludzie pozostawali uwięzieni na północy.

Teraz wróciła do zamku i przedostała się na dziewiąte piętro, gdzie wraz z Cassandrą przygotowywały plan pomocy Horace’owi.

Cassandra zastanowiła się nad pomysłem córki.

– To by się mogło udać – przyznała. – Ale gdzie znalazłabyś tych ludzi?

Maddie wzruszyła ramionami.

– Pomyślałam, że mogłabym zmobilizować armię.

W zamku stacjonował tylko niewielki garnizon, natomiast armia składała się z żołnierzy – rycerzy i piechurów – pochodzących z okolicznych gospodarstw i wsi, których wzywano w przypadku wojny lub innego zagrożenia.

Cassandra potrząsnęła głową.

– Zebranie ich zajmie zbyt wiele czasu – powiedziała. – Poza tym Dimon szybko się zorientuje, co robisz. – Zaczęła spacerować po komnacie. Gorączkowo myślała, marszcząc przy tym brwi. – Tutaj możemy się bronić dowolnie długo – stwierdziła. – Musimy jednak jak najszybciej znaleźć sposób na uwolnienie twojego ojca i Gilana z tego fortu. Mogliby wtedy pomaszerować na południe i uderzyć na Dimona od tyłu, a my w tym samym czasie wyszlibyśmy stąd, żeby wziąć go w dwa ognie. Mówiłaś, że jeden z tych tuneli prowadzi do strażnicy przy bramie? – upewniła się. Maddie skinęła głową. – W takim razie mogłabyś opuścić most, żeby ludzie Horace’a i Gilana mogli się dostać do środka.

Odwróciła się i zaczęła znowu spacerować, zastanawiając się intensywnie.

– Ale jeśli zamierzasz poprowadzić atak z zaskoczenia na oddział oblegający Horace’a i Gilana, będziesz potrzebować ludzi. Dobrych wojowników. Takich, którzy będą potrafili zasiać panikę wśród tych szumowin z Klanu Czerwonego Lisa…

Cassandra urwała, nerwowo poszukując jakiegoś rozwiązania. Nagle jej twarz się rozjaśniła. Spojrzała na córkę z szerokim uśmiechem.

– Myślę, że znam odpowiednich ludzi do tej roboty – oznajmiła.

Podeszła do okna i popatrzyła na otaczające zamek zielone łąki. W jej głosie pobrzmiewała pozytywna stanowczość, której przedtem jej brakowało. Maddie spojrzała z zaciekawieniem.

– W takim razie słucham.

– Skandianie – odparła matka.

Przez moment Maddie niczego nie rozumiała.

– Jacy Skandianie?

– Hal i jego ludzie, drużyna Czapli. – Cassandra z każdą chwilą stawała się pogodniejsza. – Lada chwila powinni wrócić z wybrzeża.

– Ale dlaczego mieliby nam pomagać? – zapytała Maddie.

– Ponieważ to nasi starzy przyjaciele i sojusznicy. Wiele lat temu pomogliśmy im, gdy Temudżeini próbowali najechać ich kraj. Przygotowaliśmy także okup, gdy Arydowie pojmali ich oberjarla. Wiele nam zawdzięczają, a to nie są ludzie, którzy zapominaliby o swoich zobowiązaniach.

– Skoro tak mówisz. – Maddie nie podzielała wiary matki, że Skandianie natychmiast pospieszą im z pomocą, ale Cassandra lepiej od niej znała tę gromadę wilków morskich. Pozostawała jednak jeszcze jedna kwestia. – Ale ich jest przecież tylko dwunastu?

Cassandra uśmiechnęła się.

– Dwunastu Skandian. Twój ojciec mawia, że to najlepsi wojownicy na świecie. Tuzin wystarczy, by z zaskoczenia uderzyć na Sonderlandczyków od tyłu i wywołać panikę i zamieszanie, o jakie by ci chodziło. Masz na to moje słowo.

– Możliwe, że masz rację – przyznała Maddie. – Tylko jak mam się z nimi skontaktować?

Cassandra podeszła do wiszącej na ścianie dużej mapy lenna Araluen. Maddie stanęła obok i czekała. Matka studiowała mapę, przesuwając palcem wzdłuż rzeki Semath.

– Pomyślmy – mówiła Cassandra do siebie. – Popłynęli w dół Semath do morza. Wilczy okręt osiadł na mieliźnie gdzieś tutaj… – Dotknęła palcem wybrzeża na południe od ujścia rzeki. – Hal mówił, że wrócą za jakieś dziesięć dni, czyli masz jeszcze kilka dni.

Przesunęła znowu palcem wzdłuż krętej rzeki w głąb lądu, zatrzymując się w miejscu, gdzie skręcała ostro na południe. Postukała w cypel utworzony w zakolu rzeki.

– Powiedziałabym, że tutaj. To będzie najlepsze miejsce, żeby się z nimi spotkać. Powinnaś ich zobaczyć z wyprzedzeniem, więc będziesz miała czas, by zwrócić ich uwagę.

Maddie przez kilka sekund przyglądała się punktowi na mapie. To wzgórze rzeczywiście wydawało się najwłaściwszym miejscem – było dostatecznie blisko, by mogła bez trudu tam dotrzeć i zatrzymać „Czaplę”, stąd też był dobry widok w dół rzeki. Z drugiej strony było dostatecznie daleko, by Dimon nie miał pojęcia o tym, co ona tam robi.

– W takim razie najlepiej będzie, jeśli od razu wyruszę – zadecydowała.

Matka uniosła brwi.

– Jak to? Tak zaraz?

– Tak. Chcę wykorzystać to, że jeszcze jest ciemno. Mniejsze ryzyko, że zauważą mnie wartownicy wystawieni przez Dimona. Zapakuję jakieś zapasy na drogę i zaraz idę – powiedziała Maddie.

Cassandra skinęła głową.

– Co planujesz dalej, zakładając, że Horace i Gilan wydostaną się z fortu?

– Wrócimy tutaj, a ja przeprowadzę nieduży oddział tunelem pod fosą. Kiedy już znajdziemy się w zamku, przejdziemy tunelem do strażnicy przy bramie i opuścimy most zwodzony. Reszta to już będzie zadanie dla taty i jego ludzi.

– A kiedy już znajdą się w zamku – dodała Cassandra – ja sprowadzę moich ludzi po schodach i uderzę na Czerwone Lisy od tyłu. – Dotknęła rękojeści katany schowanej w pochwie, którą nosiła u pasa. – Całkiem podoba mi się myśl, że będę miała Dimona na czubku mojego miecza.

Pół godziny później Maddie stała w drzwiach tajnego przejścia z przewieszoną przez ramię sakwą pełną jedzenia. Cassandra stała koło niej. Nie chciała znowu żegnać się z córką, w końcu dopiero co dowiedziała się, że Maddie jest bezpieczna. Wskazała teraz drzwi.

– Może odprowadzę cię do wejścia do tunelu? – zaproponowała.

– Mamo, to osiemnaście ustawionych pionowo drabin. Naprawdę chcesz schodzić taki kawał drogi tylko po to, żeby zaraz wracać? – zapytała Maddie.

Cassandra z żalem potrząsnęła głową.

– Raczej nie. Po prostu… och, sama nie wiem… po prostu uważaj na siebie.

Maddie kilka razy tylko skinęła głową; nie ufała sobie na tyle, żeby cokolwiek powiedzieć. Potem szybko uściskała matkę, otworzyła drzwi i zniknęła w ciemnym przejściu.

ROZDZIAŁ 2

Za wznoszącą się na szczycie wzgórza palisadą już o świcie zaczęli się budzić żołnierze.

Wartownicy na palisadzie, którzy stali tam od północy, mieli zaczerwienione oczy i szeroko ziewali. Z mieszanymi uczuciami witali tych, którzy przyszli ich zmienić – niektórzy byli wdzięczni, że długie czuwanie w ciemnościach się zakończyło, inni poirytowani tym, że kolejna zmiana spóźniła się o kilka minut. Następnie zeszli po schodach na dziedziniec, gdzie na nowo rozpalano przygasłe ogniska usytuowane wzdłuż rzędu namiotów. Zapach dymu wypełnił cały fort wraz z aromatem parzonej kawy i bekonu, który właśnie zaczynał skwierczeć na patelniach.

Horace i Gilan szli po drewnianym podeście biegnącym wzdłuż murów i starali się podnosić na duchu żołnierzy, którzy właśnie rozpoczynali wartę.

– Obserwujcie wszystko uważnie – powtarzał co pewien czas Horace. – Nie chcemy, żeby te sonderlandzkie chłystki nas zaskoczyły.

Wartownicy odpowiadali raczej pogodnie. Nic dziwnego – pomyślał Horace – nie musieli przecież stać na najbardziej męczącej warcie od północy do świtu. Nie chodziło tylko o to, że właśnie wtedy ciało domagało się odpoczynku najbardziej - raczej o to, że wartownik czuł się samotny i bezbronny, gdy jego towarzysze byli pogrążeni we śnie. Przez pięć godzin musiał wpatrywać się w zwodniczą ciemność, wytężać wzrok, wyobrażać sobie, że dostrzega ruch tam, gdzie go nie było, i opanowywać nagłe przypływy paniki: Czy powinienem zaalarmować wszystkich? Czy ktoś tam się skrada przez wysoką trawę? Stałe napięcie szybko wyczerpywało ludzi, zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Horace zobaczył porucznika konnicy, który codziennie wyznaczał kolejność wart. Teraz obchodził palisadę od przeciwnej strony, sprawdzając, czy wszyscy żołnierze zachowują czujność. Horace wezwał go gestem ręki, więc oficer podszedł i stanął na baczność, lekko prostując ramiona i unosząc palec wskazujący do krawędzi hełmu.

– Chciałem zapytać o ludzi stojących na warcie od północy do świtu – zaczął Horace. – Na jakich zasadach ich wybierasz?

Porucznik przez sekundę lub dwie zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Zazwyczaj jest to kara za pomniejsze wykroczenia, sir – wyjaśnił. – Niewyczyszczoną broń albo niechlujne wnętrze namiotu.

Horace skinął kilka razy głową.

– Tego właśnie się spodziewałem. Na przyszłość wyznaczaj ich po prostu zgodnie z harmonogramem. Nie pozwalaj, żeby ci sami żołnierze musieli stać na tej warcie dwa lub trzy dni z rzędu.

Porucznik zawahał się. Wydawało się, że nie jest przekonany.

– Tak jest, sir – odparł, ale ton jego głosu wskazywał na to, że nie rozumiał sensu rozkazu.

– Te godziny przed świtem są najbardziej niebezpieczne – wyjaśnił Horace. – Jeśli żołnierz stoi na warcie za karę, będzie czuł się rozżalony i będzie rozpamiętywać niesprawiedliwość, jaka go spotkała. To sprawi, że, pogrążony we własnych myślach, może się okazać mniej czujny i nie dopełni obowiązku.

Z twarzy porucznika zniknęły nagle wszelkie wątpliwości. Tego nie brał pod uwagę. Przez trzy lata, jakie spędził w armii, przyzwyczaił się, że warta przed świtem tradycyjnie jest przydzielana za mniej znaczące naruszenia wojskowego regulaminu. A ponieważ leniwi lub mający skłonności bałaganiarskie żołnierze zazwyczaj podpadali wielokrotnie, często się zdarzało, że trafiali na tę wartę raz za razem.

– Tak jest, sir. Przepraszam, sir – powiedział i wyprostował się jeszcze bardziej.

Horace uśmiechnął się do niego.

– Nic się nie stało. Wystarczy w przyszłości zmienić zasady.

Swobodnym gestem pozwolił oficerowi odejść i wraz z Gilanem ruszył dalej przejściem wzdłuż palisady. Wciągnął w płuca powietrze.

– Nic nie może równać się z zapachem smażonego bekonu o poranku – stwierdził.

Gilan wzruszył ramionami.

– Delektuj się zapachem, bo do jedzenia będzie niewiele.

Kilka dni temu Horace polecił zmniejszyć racje żywnościowe, żeby ich ograniczone zapasy wystarczyły na trochę dłużej. Teraz skinął głową, a na jego twarzy odmalował się niepokój na myśl o nieuchronnie zbliżającym się dniu, gdy w końcu jedzenia zabraknie. Podszedł do palisady i oparł się łokciami o jej szczyt, by spojrzeć na rozciągający się w dole obóz nieprzyjaciela. Gilan stanął obok niego.

Obóz Czerwonych Lisów także zaczynał się budzić. W co najmniej sześciu miejscach widać było dym z rozpalonych na nowo ognisk. Wiatr jeszcze się nie zerwał, więc kolumny dymu wznosiły się prosto i rozwiewały w powietrzu. Żołnierze krążyli po obozie bez pośpiechu, niemal letargicznie, jak ludzie, którzy wstali za wcześnie, chociaż woleliby jeszcze pospać.

– Tam nie brakuje bekonu – skomentował Gilan.

Horace mruknął coś niezrozumiale w odpowiedzi.

– Jak myślisz, jaki będzie ich następny ruch? – ciągnął zwiadowca.

Horace wydął wargi.

– Właściwie nie muszą nic robić – odparł. – Wiedzą, że siedzimy tutaj uwięzieni, i na pewno się zorientowali, że mamy mało zapasów. Mogą sobie pozwolić na to, żeby wziąć nas na przeczekanie. Oczywiście – ciągnął – prawdopodobnie spróbują w jakimś momencie przeprowadzić nocny atak, żeby sprawdzić, czy nie uda im się zaskoczyć nas we śnie. Osiągną tyle, że tej nocy nie będziemy się mogli wyspać.

– To niedobrze – odparł Gilan. – Tylko kiedy śpię, nie czuję się głodny.

– Masz szczęście – westchnął Horace. – Ja, kiedy jestem głodny, śnię o jedzeniu.

– Ty śnisz o jedzeniu nawet wtedy, kiedy nie jesteś głodny – dociął mu przyjaciel.

Jakby w odpowiedzi na tę dyskusję żołądek Horace’a zaburczał donośnie.

Gilan udał zaskoczenie i cofnął się o dwa kroki.

– Na litość boską! Byłem pewien, że zaczyna się trzęsienie ziemi – oznajmił z teatralnym przerażeniem.

– Jeśli szybko nie zdobędziemy jedzenia, to naprawdę może się zamienić w trzęsienie ziemi – odpowiedział Horace.

– Mamy jeszcze zapasowe konie – przypomniał Gilan.

Horace odwrócił się gwałtownie, żeby na niego spojrzeć.

– Proponujesz, żebyśmy zarżnęli część z nich tylko na mięso? – zapytał z gniewem wyraźnie dźwięczącym w głosie.

Gilan przepraszająco wzruszył ramionami.

– Cóż, to się zdarzało w przeszłości – powiedział, ale widząc, że Horace zaciska z uporem szczęki, dodał: – Ale nie wydaje mi się, żeby sprawy przedstawiały się aż tak źle. Myślałem o tym, że moglibyśmy wypuścić zbędne konie, wypędzić je przez bramę. Dzięki temu ziarno i pasza wystarczyłyby na dwa razy dłużej dla pozostałych.

Gniewny grymas zniknął z twarzy Horace’a.

– To niezły pomysł – przyznał, ale zaraz zmarszczył brwi. – Pamiętaj jednak, że trudno jest powiedzieć kawalerzyście, żeby porzucił swojego konia.

– To lepsze niż go zjeść – przypomniał Gilan.

– Masz rację. Zobaczymy, jak się sprawy potoczą. Pewne jest, że dopóki tutaj siedzimy, nie będziemy potrzebowali zapasowych wierzchowców.

Przez kilka minut w milczeniu obserwowali obóz przeciwnika.

– Zadali sobie wiele trudu, żeby nas tu zwabić – odezwał się Gilan z namysłem.

– Powiedziałbym, że planowali nas pozabijać – zauważył Horace.

– Owszem, ale po co zadali sobie aż tyle trudu? O co jeszcze im chodziło? Na pewno nie stwierdzili tak sobie po prostu: zwabimy Horace’a i Gilana na północ, żeby ich pozabijać. Jestem przekonany, że mają jakieś dalsze plany.

– Na przykład zajęcie Zamku Araluen? – zapytał Horace.

To był wniosek, do którego zawsze dochodzili, gdy omawiali swoją sytuację, więc Gilan westchnął z irytacją.

– Nie potrafię wymyślić żadnego innego celu, o jaki mogłoby im chodzić. A ty?

Horace’owi wyraźnie nie podobało się to pytanie.

– Nie, ja też nie mogę. Ale zamek nie będzie łatwym celem. Jest praktycznie nie do zdobycia. Nawet Morgarath o tym wiedział, a on miał do dyspozycji tysiące żołnierzy. – Zastanawiał się chwilę. – Poza tym Dimon to doskonały żołnierz. Nawet z niewielkimi siłami bez trudu odeprze napastników.

– Chyba że dostaliby się do środka podstępem – podsunął Gilan, ale Horace zbył słowa zwiadowcy jeszcze bardziej stanowczo.

– Nie oszukaliby Cassandry – stwierdził i dodał z odrobiną żalu: – Mnie się to nie udało ani razu przez dziewiętnaście lat naszego małżeństwa.

– Mimo wszystko muszą mieć jakiś cel. Nie potrafię przestać nad tym myśleć.

– Jak sądzę, odkryjemy ów cel, kiedy poślemy to towarzystwo do diabła. – Horace wskazał kciukiem obóz w dole.

Gilan popatrzył na niego z udawanym zaskoczeniem.

– A mamy posłać ich do diabła? – zapytał. – Jak zamierzamy to zrobić?

Horace poklepał go po ramieniu.

– Ty przygotujesz genialny plan, który na to pozwoli.

Gilan kilka razy skinął głową.

– Chyba powinienem był się tego domyślić.

– Przecież wy, zwiadowcy, tak właśnie robicie. Umiecie intrygować i układać plany, a te wasze plany zawsze są sprytne. Wierzę w ciebie i w to, że wpadniesz na odpowiedni pomysł. Postaraj się, żeby nie zajęło ci to zbyt dużo czasu.

– Zobaczę, co uda mi się wymyślić. Może się zdrzemnę. Planuję i intryguję znacznie lepiej podczas drzemki. A na razie może poczęstujmy się odrobiną bekonu, bo zaraz wszystko zniknie.

Horace obiema rękami odepchnął się od palisady i odwrócił do schodów prowadzących na dziedziniec fortu.

– No widzisz, to się nazywa świetny plan. Wiedziałem, że na tobie można polegać.

ROZDZIAŁ 3

Skandianie ogołocili uszkodzony wilczy okręt ze wszystkiego, aż pozostała tylko pusta skorupa leżąca na piaszczystej plaży, na której kilka dni temu wylądowała załoga „Wolfbitera”.

Broń, tarcze, posłania i zapasy zostały zgromadzone poza zasięgiem fal. Przez ostatnią godzinę załoga trudziła się zdejmowaniem desek pokładu i odkładaniem ich na bok. Maszt, reja, żagle i takielunek także tworzyły równy stos. W tym momencie statek ważył najwyżej połowę tego, co zazwyczaj.

Hal Mikkelson stał z rękami opartymi na biodrach i patrzył na obnażony kadłub.

– No dobrze. Przesuńmy go na równiejsze miejsce.

„Wolfbiter” spoczywał obecnie na krawędzi wody. Załoga chwyciła liny przywiązane do dziobnicy i otworów na wiosła widniejące wzdłuż kadłuba. Załoga Hala zbliżyła się do rufy, by pomóc w przesunięciu statku.

– Gotowi?! – zawołał Hal, a ponieważ nikt nie odpowiedział przecząco, dodał: – Raz, dwa, trzy, ciągnąć!

Liny napięły się, gdy żeglarze pociągnęli je z całych sił, zapierając się obcasami butów w piasku. Przez moment statek stawiał opór ich wysiłkom, ale potem powoli ruszył w głąb plaży.

– Przyłóż się bardziej, Ingvar! – rozkazał Hal.

Wielki wojownik zacisnął zęby i pochylił się niemal równolegle do ziemi, pchając z całej siły. Statek zaczął się przesuwać z większą łatwością po brzegu, od wody aż na równiejszy grunt.

Hal podniósł rękę.

– Dobrze, wystarczy!

Obie załogi pozwoliły sobie na odpoczynek, rzucając liny na ziemię u swoich stóp. Statek przechylił się na bok. Skirl, Lodowy Jern, otrzepał ręce i podszedł do Hala.

– Wybrałeś bardzo dobre miejsce do wylądowania – powiedział Hal, przyglądając się wąskiemu ujściu zatoki, której wysokie brzegi chroniły plażę przed silnymi wiatrami.

Jern wzruszył ramionami.

– Więcej w tym szczęścia niż świadomego wyboru – odparł. – Czułem, że kadłub zaczął się uginać, kiedy wpadliśmy na tamtą skałę, więc po prostu chciałem się znaleźć na brzegu tak szybko, jak to możliwe.

Hal uśmiechnął się.

– Czasem szczęście jest lepsze niż świadomy wybór – odpowiedział. Wskazał statek. – Podłóżmy pod niego podpory, żeby stanął prosto.

Wcześniej tego dnia żeglarze pod jego nadzorem wycięli kilka drzew rosnących wokół zatoki i ociosali pnie. Teraz Hal kierował nimi, gdy pchali bakburtę, by wyprostować statek, a potem podłożyli pod nią cztery podpory, żeby się nie przechylał. Kilku ludzi wzięło kolejne przygotowane pnie i umieścili je po drugiej stronie, co pozwoliło zabezpieczyć statek przed przewróceniem się na drugi bok. Hal sprawdził, czy pale są dobrze osadzone, a piasek pod nimi jest odpowiednio twardy i ubity. Popchnął z całej siły kadłub, starając się go przechylić najpierw w jedną, a potem w drugą stronę, ale statek nawet nie drgnął.

Stig, najlepszy przyjaciel Hala i pierwszy oficer „Czapli”, stał i patrzył na to z niepokojem. Wiedział, co się stanie za chwilę. Skinął głową na Ingvara, najpotężniej zbudowanego ze wszystkich obecnych.

– Bądź tu pod ręką, na wypadek gdybyśmy cię potrzebowali – powiedział.

Ingvar przytaknął, kiwając głową, rozumiał, o co chodzi.

Hal opadł na kolana, żeby zajrzeć pod stojący na podporach kadłub. Uniósł rękę i przesunął nią po gładkich deskach, naciskając je i sprawdzając ich wytrzymałość. Te pod jego dłonią wydawały się całkiem solidne. Następnie pochylił się jeszcze bardziej i wcisnął głębiej, tak że cały znalazł się pod statkiem; dosłownie kilka centymetrów dzieliło go od wodorostów i pąkli porastających kadłub. Wyjął zza pasa mały drewniany młotek i zaczął nim uderzać o deski w różnych miejscach.

Stig i Ingvar wbrew sobie zrobili w tym momencie krok naprzód, wypatrując jakiejkolwiek oznaki mogącej świadczyć o tym, że statek się poruszy albo któraś z podpór straci równowagę przez te uderzenia. Jern także przyglądał się temu z niepokojem, chociaż bardziej obchodził go los statku i to, co może znaleźć Hal, niż bezpieczeństwo i zdrowie Hala. Wiedział, że kapitan „Czapli” jest doświadczonym szkutnikiem i robił już wcześniej podobne rzeczy.

Hal, kołysząc się na piętach, przesunął się dalej w stronę rufy. Zatrzymał się mniej więcej w jednej trzeciej długości statku.

– Jern? Czy właśnie w tym miejscu uderzyliście o skałę?! – zawołał. Postukał na próbę w kadłub.

Jern skrzywił się, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Chyba tak, na tyle, na ile jestem w stanie powiedzieć.

– Hmmm – odparł Hal z namysłem. Znowu zastukał w kadłub, ale tym razem dźwięk był trochę inny, jakby odrobinę bardziej głuchy. Jeszcze dwa razy uderzył w deski, chociaż niewygodnie mu było machać młotkiem w tak ciasnej przestrzeni.

Ingvar trzymał dłoń na boku kadłuba, dobrze więc czuł wibracje uderzeń.

– Wolałbym, żeby tak nie walił – mruknął, patrząc na najbliższą podporę.

– On wie, co robi – odparł Stig, chociaż brzmiało to bardziej jak pobożne życzenia niż zapewnienie. – Na szczęście już stamtąd wychodzi – dodał.

Hal wygramolił się spod kadłuba statku. Stig wyciągnął rękę, by pomóc przyjacielowi wstać, a Hal uśmiechnął się do niego, otrzepując piasek z kolan.

– Zachowujecie się jak kwoki – powiedział, uwzględniając w tym także Ingvara. – Wiem, co robię.

Sięgnął w górę, złapał ręką za burtę statku, podciągnął się, a potem opuścił się do wnętrza kadłuba.

Z wnętrza wilczego okrętu dobiegły dalsze odgłosy walenia młotkiem, odbijające się echem w pustym kadłubie. Stig i Ingvar uspokoili się. Teraz już nie było ryzyka, że przez obluzowaną podporę statek spadnie całym ciężarem na ich skirla.

Jednakże Jern nadal z niepokojem oczekiwał na werdykt. „Wolfbiter” był statkiem pełniącym w tym roku służbę u wybrzeży Araluen. Przysłany królowi Duncanowi przez skandiańskiego oberjarla miał patrolować wybrzeże, ścigać piratów, przemytników i handlarzy niewolników, a także przewozić pilne wiadomości. Jakieś dwa tygodnie temu podczas gwałtownego sztormu wiatr zniósł go zbyt blisko brzegu i cisnął nim o niezaznaczoną na mapach skałę. Jern usłyszał przerażający trzask, a potem poczuł, że kadłub niebezpiecznie się wygina. Obawiając się, że może to oznaczać złamany kil, pospiesznie wylądował na pobliskiej plaży, zanim statek zdążył się przełamać na pół.

Wypadek zbiegł się w czasie z przybyciem do Zamku Araluen „Czapli”, czyli statku Hala, który przypłynął jednak z zupełnie inną misją. Ale kiedy dowiedział się, że „Wolfbiter” został poważnie uszkodzony, pospieszył na wschodnie wybrzeże, by pomóc swoim rodakom. Jern uważał, że ma ogromne szczęście – Hal uchodził za najlepszego szkutnika w całej Skandii.

Jednakże to szczęście mogło nie wystarczyć. Jern wiedział, że jeśli kil statku naprawdę jest złamany, naprawa nie będzie możliwa. Będą musieli porzucić statek, spalić go i na własną rękę powrócić do Skandii. To pozostawiłoby także Araluen bez statku patrolowego, dopóki inna załoga nie przepłynęłaby przez Morze Białych Sztormów do wybrzeży królestwa. To mogłoby potrwać kilka miesięcy, a przemytnicy i łowcy niewolników z pewnością szybko dowiedzieliby się, że te wody nie są już chronione, i zaczęliby na nowo swoje najazdy. Złe wieści szybko się rozchodziły.

Uderzenia młotka ucichły, a nad burtą pojawiła się głowa Hala. Ponieważ pokład został zdjęty, musiał się podciągnąć i przeleźć przez nadburcie.

Jern zrobił pół kroku do przodu, obawiając się najgorszego.

Hal uśmiechnął się do niego uspokajająco.

– Jestem pewien, że kil jest cały – oznajmił.

Jern wypuścił wstrzymywany zbyt długo oddech, zaraz jednak zmarszczył brwi.

– Czułem przecież, że kadłub porusza się i wygina na falach.

Hal skinął głową.

– Dwie wręgi są paskudnie połamane. Nie dało się tego zobaczyć, dopóki nie zdjęliśmy pokładu i nie wyładowaliśmy zapasów, ale to właśnie one mogły powodować te ruchy kadłuba, które czułeś. Naprawa nie powinna zająć zbyt dużo czasu.

Ramiona Jerna opadły z ulgą. To była wiadomość, na jaką liczył, chociaż starał się nie rozbudzać w sobie nadziei. Podobnie jak wielu żeglarzy był przesądny i wierzył, że jeśli będzie liczyć na dobre wieści, to się ich nie doczeka.

– To świetnie – powiedział. – Dziękuję, Hal.

Hal wzruszył ramionami.

– Cieszę się, że da się z tym coś zrobić.

Stig przechylił głowę i krytycznie przyjrzał się uszkodzonemu wilczemu okrętowi.

– Czy możesz ją naprawić tutaj, na plaży?

Hal potrząsnął głową.

– Nie do końca. Musimy zdjąć całe poszycie kadłuba, zostawić tylko szkielet statku, zdjąć połamane wręgi i wygiąć nowe. To trochę za duża robota na warunki polowe.

Twarz Jerna spochmurniała. Wydawało mu się, że zdaniem Hala statek będzie mógł zostać naprawiony.

Hal poklepał go pokrzepiająco po ramieniu.

– Nie martw się, możemy go z powodzeniem naprawić tymczasowo, tak żeby wytrzymał aż do powrotu do domu. Wtedy znajdziecie stocznię, która wykona porządną naprawę. – Podrapał się po podbródku, zastanawiając się nad czekającym ich zadaniem. – Założymy łubki na te połamane żebra – powiedział, a ponieważ zobaczył na twarzy Jerna zaskoczenie, wyjaśnił: – Dopasujemy drewniane kłody tak, żeby dało się je umocować po obu stronach wręgi, a potem ześrubujemy je mocno razem, tak jak łubki na złamanej nodze. Narysuję ci szablon, według którego będziesz mógł je przygotować. Proponuję, żebyś zamówił je we wsi pod Zamkiem Araluen, tam mają bardzo dobry warsztat stolarski. Potem będziesz mógł przywieźć gotowe elementy tutaj i przymocować je we właściwych miejscach.

– I to się będzie trzymać? – zapytał Jern.

Hal skinął głową.

– Na krótką metę, ale wytrzymają, dopóki nie wrócicie do domu. Jednak im dłużej to będzie trwało, tym bardziej się zaczną obluzowywać, a wtedy znowu poczujesz, że kadłub się wygina.

Popatrzył w niebo. Słońce schowało się już za wzgórzami, a w powietrzu pachniało deszczem.

– Zaraz zacznie się ściemniać. Podciągnijmy statek trochę wyżej na plażę. Zostaw tu czterech czy pięciu ludzi, żeby mieli na niego oko. Resztę z was zabiorę jutro do Zamku Araluen.

Gdy następnego dnia rano zaczął się przypływ, dwa tuziny żeglarzy z „Wolfbitera”, którzy mieli popłynąć wraz z Czaplami do Zamku Araluen, zabrało swoją broń, tarcze i worki żeglarskie, po czym pomaszerowało wzdłuż plaży do miejsca, gdzie czekała wyciągnięta na brzeg „Czapla”. „Czapla” była statkiem o wiele mniejszym od „Wolfbitera”, więc zapanowało kilkuminutowe zamieszanie, gdy wszyscy pakowali się na pokład i szukali miejsca na swoje rzeczy. Potem rozsiedli się w środkowej części pokładu, podczas gdy Stig i Ingvar zepchnęli statek na wodę. Rozległo się jak zwykle postukiwanie drewna, kiedy załoga „Czapli” zdejmowała ze stojaków wiosła i przekładała je przez otwory. Zaraz potem powiosłowali do tyłu, a mały i zgrabny statek ześlizgnął się z płycizny na głębszą wodę.

Hal przepchnął się przez tłum żeglarzy siedzących na pokładzie i stanął za sterem. Skinął głową Stigowi, a wysoki żeglarz wydał rozkazy wioślarzom:

– Lewa wstecz! Prawa naprzód!

Po dwie pary wioseł zaczęły pracować w przeciwne strony, dzięki czemu statek obrócił się zgrabnie, aż w końcu spiczasty dziób skierował się prosto w morze.

– Obie naprzód! Raz! Raz! Raz! – rozkazał Stig, narzucając wioślarzom odpowiednie tempo.

Jern podszedł do stojącego za sterem Hala i patrzył z podziwem, jak mały stateczek nabiera prędkości, a brzegi zatoki przesuwają się coraz szybciej.

– Ładnie sobie radzi – skomentował.

Hal uśmiechnął się, słysząc komplement.

– Dziękuję. Bardzo go lubimy – odparł. Popatrzył na wimpel na szczycie masztu, skierowany w stronę sterburty. To oznaczało, że kiedy opuszczą zatokę i skręcą na północ, będą płynąć dokładnie pod wiatr.

Jern zauważył to spojrzenie – zresztą przed chwilą sam przyglądał się wimplowi. To był odruch każdego skirla.

– Wygląda na to, że będziemy musieli wiosłować – stwierdził.

Hal doszedł do tego samego wniosku. „Czapla” ze swoim trójkątnym żaglem mogła sprawnie płynąć pod taki wiatr, halsując, czyli robiąc serię ukośnych zwrotów. To jednak wymagało stałej pracy z żaglami, co byłoby trudne w sytuacji, gdyby cały pokład zajmowali dodatkowi pasażerowie.

Z drugiej strony dodatkowi pasażerowie oznaczali, że było mnóstwo ludzi, którzy mogli zmieniać się przy wiosłach. Ostatecznie Hal zdecydował, że najszybciej będzie, jeśli powiosłują na północ aż do ujścia Semath.

– Jeśli chcesz, moi chłopcy mogą się z wami zmieniać przy wiosłach – zaproponował Jern.

Hal z wdzięcznością skinął głową.

– Musimy najpierw wypłynąć z zatoki.

Oddalił się na jakiś kilometr od brzegu, by ułatwić statkowi manewrowanie. Na razie wiatr wiał z północy, ale to się mogło w każdej chwili zmienić, a wtedy mieliby brzeg po zawietrznej, co oznaczałoby, że byliby w jego kierunku spychani. Wszyscy skirlowie wiedzieli, że należy unikać takiej sytuacji. Powszechną więc praktyką było płynięcie takim kursem, który pozwalał mieć ląd w zasięgu wzroku, ale zachować dostatecznie dużo miejsca na manewry w przypadku jakichś kłopotów.

Hal skinął głową Jernowi. Skirl „Wolfbitera” zrobił kilka kroków i podniósł głos, zwracając się do swojej załogi:

– No dobrze, chłopcy, może by tak szesnastu z was wzięło wiosła od Czapli i pokazało im, jak wiosłują prawdziwi żeglarze?

Po kilkunastu sekundach potrzebnych na ustalenie, kto będzie wiosłował, załoga „Wolfbitera” zmieniła Czaple przy wiosłach. Po każdej stronie usiadło ośmiu ludzi, co oznaczało po dwie osoby na jedno wiosło. Pierwszy oficer Jerna, Sten Engelson, zajął miejsce Stiga przy tylnym wiośle i wydawał komendy, by narzucić równy rytm. Podwójne siły przy wiosłach sprawiły, że „Czapla” praktycznie wystrzeliła do przodu, jej dziób ciął wodę, a za rufą zostawał wyraźny kilwater.

Jesper, który wcześniej siedział przy jednym z przednich wioseł, przeszedł na rufę i wyciągnął się wygodnie koło stojącego za sterem Hala.

– To się nazywa życie – oznajmił. – Nie moglibyśmy ich zatrzymać?

Jeden z wiosłujących usłyszał go i uśmiechnął się ze swojego miejsca.

– Ten statek jest leciutki – oznajmił, napierając na wiosło prawie bez wysiłku. – Możemy tak płynąć cały dzień.

– Naprawdę?! – zawołał Sten. – W takim razie może troszkę przyspieszymy? Raz! Raz! Raz!

Wioślarze zaczęli szybciej pracować, by dostosować się do nowego tempa, a „Czapla” nabrała jeszcze większej prędkości. Z północy, gonione przez wiatr, przypływały długie, łagodne fale. Statek ślizgał się po nich, rozbijając dziobem ich szczyty i zalewając pokład fontannami wody. Żaden z siedzących żeglarzy nie przejmował się zanadto, ponieważ wszyscy ludzie morza byli przyzwyczajeni do tego, że są mokrzy. Zawrotna prędkość statku z nawiązką wynagradzała drobną niedogodność, jaką stanowiła chlapiąca woda.

Stig podszedł do dwóch skirlów na rufie.

– Zgadzam się z Jesperem – powiedział. – Zabierajmy ich na nasze wyprawy. W ogóle nie będziemy musieli stawiać żagli.

– Twoi ludzie świetnie radzą sobie z wiosłami – powiedział Hal do Jerna.

Starszy skirl skinął głową.

– To dobra załoga. Ale, tak jak powiedział Lars, ten statek jest naprawdę leciutki. Są przyzwyczajeni do wiosłowania na „Wolfbiterze”, którzy waży trzy albo cztery razy więcej niż ta mała ślicznotka.

– Cóż, moi ludzie z pewnością doceniają odpoczynek – odpowiedział Hal, wskazując skinieniem głowy Ulfa i Wulfa, bliźniaków zajmujących się na „Czapli” żaglami, którzy przekomarzali się właśnie z wioślarzami. Cała załoga „Czapli” cieszyła się odmianą polegającą na tym, że są wiezieni i że nie muszą wiosłować. Czuli też przypływ ekscytacji, ponieważ statek poruszał się tak szybko. „Czapla” nigdy jeszcze nie płynęła z aż taką prędkością, i to napędzana wyłącznie siłą wioseł.

Płynęli wzdłuż wybrzeża, które leżało po stronie sterburty, widoczne jako wydłużona, szarozielona linia. Zgodnie ze słowami Larsa załoga „Wolfbitera” utrzymywała to oszałamiające tempo bez śladu zmęczenia. Ujście rzeki Semath pojawiło się w zasięgu wzroku znacznie szybciej, niż Hal się spodziewał. Skirl nacisnął na ster i skręcił statek o dziewięćdziesiąt stopni, kierując go w górę szerokiej rzeki.

Do tej pory mieli fale i wiatr dokładnie z przeciwka, ale teraz stanęli niemal równolegle do fal, więc poruszenia statku uległy zmianie. Zaczął się ciężko kołysać, tak że chwilami zawietrzna burta zanurzała się całkowicie w wodzie.

Hal przyglądał się rzece przymrużonymi oczami. Początkowo skierował „Czaplę” na sam środek, ale chociaż dziób nadal wskazywał w tę stronę, wiatr zaczął ją znosić i powoli zbliżali się do południowego brzegu.

Jern zawahał się, ponieważ nie był pewien, czy powinien zwrócić na to uwagę Hala; udzielanie innemu skirlowi nieproszonych rad byłoby szczytem złych manier. Uspokoił się jednak, gdy zobaczył, że Hal przesuwa drążek steru i że dziób statku zwrócił się bardziej do północnego brzegu. Teraz ster i wiosła kierowały „Czaplę” na północ, a wiatr znosił ją na południe. Po kilku drobnych korektach kursu obie siły zrównoważyły się i statek płynął równo środkiem rzeki.

Hal dostrzegł moment wahania Jerna, a teraz uśmiechnął się do niego.

– Zauważyłem – powiedział.

Gdy znaleźli się pod osłoną lądu, kołysanie zmniejszyło się, a fale osłabły. Nadal było jednak dość wietrznie, kiedy więc przepłynęli jeszcze kilkaset metrów w górę rzeki, Hal dał znak Jernowi.

– Podnieść wiosła! – rozkazał Jern, a osiem ociekających wodą wioseł uniosło się w górę, równolegle do powierzchni rzeki.

– Wiosła basta. – Wiosła zostały z klekotaniem drewna wciągnięte do środka statku, który nadal posuwał się do przodu, chociaż coraz wolniej.

– Obsada żagli, na pozycje! – zawołał Hal.

Ulf i Wulf czekali na ten rozkaz. Zerwali się na nogi i podbiegli na dziób statku, omijając drzewca wioseł wciągniętych teraz na pokład.

– Złożyć wiosła! – rozkazał Jern i po dalszym klekotaniu osiem białych dębowych wioseł podniesiono i złożono na widełkach rozmieszczonych wzdłuż środkowej linii statku. Przez ten czas Ingvar, Jesper i Stefan dołączyli do bliźniaków i zajęli pozycje przy fałach na sterburcie.

– Prawy żagiel staw! – rozkazał Hal, a trzej żeglarze wybrali fały, wciągając reję z żaglem na maszt, aż ze szczękiem zablokowała się na odpowiedniej pozycji w otworze, który uniemożliwiał jej dalsze przesuwanie. Żagiel pod wpływem wiatru wygiął się na kilka sekund, ale Ulf i Wulf zaraz wybrali szoty, by go napiąć. Gładka krzywizna pochwyciła porywisty wiatr z północy, a gdy żagiel został napięty jeszcze mocniej, „Czapla” zaczęła przyspieszać. Przez krótką chwilę zawietrzna burta nachyliła się do powierzchni rzeki, ale Ulf i Wulf zluzowali lekko żagiel, zanim jeszcze Hal zdążył wydać stosowny rozkaz. Statek wyprostował się, a woda z bulgotaniem zaczęła uciekać po obu jego stronach.

Po kilku minutach biały kilwater za statkiem utworzył linię prostą. „Czapla” ustawiła się na kursie i poruszała się równie szybko jak wcześniej, gdy była napędzana potężnymi mięśniami załogi „Wolfbitera”.

Jern pokiwał z uznaniem głową.

– Tak jak mówiłem, to urocza ślicznotka.

Hal popatrzył na przesuwające się po bokach brzegi, by oszacować prędkość statku.

– W tym tempie będziemy w Zamku Araluen za jakieś trzy godziny – orzekł.

ROZDZIAŁ 4

Maddie spała.

Śniło jej się, że jest na targu odbywającym się na dziedzińcu w Zamku Redmont. Na straganach pod płóciennymi zadaszeniami sprzedawano najróżniejsze przedmioty: ubrania, noże, siekiery, siodła i uzdy, a także bele świeżo farbowanych tkanin. Maddie kierowała się jednak do swojej ulubionej części targowiska – rzędu straganów z jedzeniem.

Jej celem było stoisko, na którym sprzedawano placki. Sięgnęła do kieszeni, by się upewnić, że ma kilka srebrnych monet. Wystarczyła jedna taka moneta, by kupić pikantny placek, na który miała ochotę. Maddie zawsze upierała się, że zapłaci.

Aż za często handlarze podawali jej to, o co prosiła, a potem machnięciem ręki próbowali zbyć proponowaną zapłatę.

– Od zwiadowców nie bierzemy pieniędzy – mówili z uśmiechem.

Jednakże Will nauczył ją, że zawsze powinna płacić. Nie przyjmujemy darmowego jedzenia ani innych rzeczy. Dzięki temu nikomu nie jesteśmy nic winni.

Kiedy zaczęła się dopytywać, o co mu chodzi, udzielił jej obszerniejszych wyjaśnień. Wyobraź sobie, że pewnego dnia przyłapujesz jednego z tych handlarzy na wykradaniu jedzenia lub wina z zamkowych piwnic i spiżarni. Albo też dowiadujesz się, że pośredniczy w przemycie towarów w górę rzeki. Wtedy przyjdziesz go aresztować, a on spojrzy na ciebie i powie: „Przecież zawsze brałaś ode mnie darmowe placki”. Będziesz miała wobec niego zobowiązania, a to może utrudnić ci zrobienie tego, co powinnaś zrobić.

Maddie, wprawdzie niechętnie, ale musiała przyznać mu rację. Było lepiej, gdy zwiadowca nie miał żadnych zobowiązań ani długów wdzięczności. Dlatego właśnie nie mieszkali w zamku, tylko w przytulnej chacie pośród drzew. Zwiadowcy musieli być postrzegani jako obiektywni, wolni od jakichkolwiek wpływów, poczynając od barona, a kończąc na prostym sprzedawcy placków.

Intensywny aromat placków stał się teraz silniejszy, a żołądek Maddie zaburczał niecierpliwie. Wyjęła jedną monetę z kieszeni kurtki i przyspieszyła kroku.

Potężnie zbudowany mężczyzna, idący w przeciwną stronę, wpadł na nią, uderzając ją w ramię. Nie spodziewała się tego, więc upuściła monetę. Kiedy się pochyliła, by ją podnieść, mężczyzna znowu szturchnął ją w ramię tak mocno, że aż się zachwiała. Potem powtórzył to jeszcze raz.

– Przestań natychmiast! – powiedziała gniewnie, ale on dalej ją szturchał, coraz mocniej i mocniej.

A potem – nie do wiary – pochylił się i chuchnął jej w twarz ciepłym oddechem. Maddie cofnęła się z obrzydzeniem, ponieważ oddech mężczyzny nie pachniał fiołkami. Tak właściwie był to zapach dziwnie przypominający woń trawy i owsa.

Maddie otworzyła oczy i spojrzała wprost na pysk Zderzaka, znajdujący się o kilka centymetrów od jej twarzy.

– Szpadówa! Sotyrobisz? – wybełkotała na wpół obudzona. Niejasno zaczęła sobie uświadamiać, że to koń, wierny swojemu imieniu, szturchał ją energicznie łbem w ramię. Nie było żadnego zwalistego mężczyzny. Co gorsza, nie było też żadnego straganu z plackami. Tylko jej koń i gęsta trawa, na której się zdrzemnęła.

Na wiecznie rosnącą brodę Blarneya, jak już zaśniesz, to jak kamień, wiesz o tym? Próbuję cię dobudzić od dziesięciu minut. Przez chwilę myślałem już, że nie żyjesz.

Podobnie jak wszystkie konie zwiadowców, Zderzak miał skłonności do przesady. To szturchanie i dyszenie w twarz nie mogło trwać dłużej niż trzydzieści sekund. Maddie usiadła i przetarła oczy.

– Co ty wiesz o Blarneyu i jego brodzie? – zapytała z irytacją. Blarney był pomniejszym hibernijskim bóstwem, o którym opowiadał jej Halt. Jego broda bezustannie sięgała do samej ziemi, niezależnie od tego, jak często ją obcinał i golił. Każdej nocy odrastała do pełnej długości, a w efekcie Blarney stale się o nią potykał.

To sprawiało, że był pomniejszym bóstwem, i do tego wiecznie w złym humorze.

Zderzak odsunął się od niej i mądrze przechylił łeb na bok. Słyszałem wiele rzeczy. Wiem wiele rzeczy. Ale na razie wydaje mi się, że ty powinnaś się dowiedzieć o statku, który się tu zbliża.

Maddie w jednej chwili całkowicie oprzytomniała.

– Co? Dlaczego nie powiedziałeś tego od razu? – Spróbowała zerwać się na nogi, ale jej lewy but zaplątał się w pelerynę, potknęła się i runęła jak długa na trawę.

Zderzak prychnął złośliwie. Ty i Blarney pasowalibyście do siebie. Ależ zwinność. Ależ pewność ruchów.

– Ależ się zamknij – odpowiedziała Maddie. Tym razem wstała powoli i podniosła leżące w zasięgu ręki łuk i kołczan.

Łopatki Zderzaka nadal trzęsły się z rozbawienia, ale nic już nie mówił.

Maddie osłoniła oczy dłonią i spojrzała w dół rzeki. Rzeczywiście, w odległości kilkuset metrów dostrzegła jasny trójkąt żagla „Czapli”. Nieduży statek ciął powierzchnię wody, poruszając się szybko dzięki silnemu wiatrowi wiejącemu z jego prawej strony. Dziewczyna zmarszczyła brwi. Żeglarze nie powiedzieliby „z prawej strony”. Mieli na to własny termin.

– Stara burta – powiedziała do siebie i naciągnęła kaptur na głowę.

Zderzak znowu prychnął, tym razem głośniej. Stara burta?

– Stara burta. Tak właśnie żeglarze nazywają prawą stronę statku – wyjaśniła Maddie z wyższością w głosie.

Zderzak zastrzygł uszami. Wydaje mi się, że słowo, o które ci chodzi, to „sterburta”.

Maddie poddała się. Dobrze wiedziała, że nigdy nie wygra z nim w dyskusji. Ruszyła w kierunku brzegu rzeki, a koń podreptał radośnie za nią.

– Od kiedy jesteś takim ekspertem? – mruknęła pod nosem, ale Zderzak oczywiście ją usłyszał.

Mówiłem ci przecież. Słyszałem wiele rzeczy. Wiem wiele rzeczy.

– Jesteś wszechwiedzący. Wszechwiedzący i nadęty gazem jak żaba – odcięła się Maddie.

Koń wydawał się lekko dotknięty. Nadęty gazem?

Skinęła głową i odwróciła się do niego.

– Nadęty gazem. Możesz mi wierzyć, przed chwilą miałam okazję powąchać twój trawiasto-owsiany oddech i nie było to nic przyjemnego.