Żuławski. Szaman - Aleksandra Szarłat - ebook

65 osób właśnie czyta

Opis

„Życiorysy są jedynie tym, czym są, niczym więcej. To jest tylko mięso dla jakiegoś boskiego tygrysa i nie należy z tego budować pomników. Nie należy uprawiać brązownictwa” – Andrzej Żuławski w rozmowie z Alicją Dołowy, „Tygodnik Solidarność”, 23–30.12.1994 r.

Żuławski tak, jak formułował sądy, tak też żył – według własnych zasad. Nic więc dziwnego, że przypięto mu łatkę skandalisty. Gdy autorka wyjawiała, że zamierza napisać jego biografię, rozmówcy reagowali zdumieniem: „Ależ to niemożliwe, ponieważ on się składał z samych sprzeczności”. 
Andrzej Żuławski hipnotyzował ludzi. Miał niesłychaną umiejętność ich uwodzenia i odkrywania słabości. Ta wiedza w jego rękach stawała się bronią. Jednocześnie potrafił być wspaniałomyślny i uroczy. O dobrych i złych stronach jego charakteru mówią bohaterowie tej książki. Wszyscy zgadzają się co do jednego: był człowiekiem fascynującym. On sam mawiał, że każdy jego film to jedno dodatkowe życie. Ale życie Żuławskiego jest ciekawsze niż wszystkie te filmy razem wzięte.

„Pisanie o Andrzeju Żuławskim jest zadaniem karkołomnym. Można wpaść na orbitę «mrocznej planety», jak nazywano autora «Trzeciej części nocy». Można stać się kolejną ofiarą «wielkiego uwodziciela» i poczuć jego «ukąszenie skorpiona»”. Można też, idąc tropem jego książek-esejów, głośnych zwłaszcza we Francji, pokusić się o psychoanalizę Andrzeja Żuławskiego, wystawić mu diagnozę. Aleksandra Szarłat poszła inną, ciekawszą drogą. Dotarła do tego, co ukryte pod maską skandalisty. Idąc za głosami tych, którzy go kochali, ukazała osobowość fascynującą, paradoksalną: mistrza wolności, który miał naturę dyktatora. Ateistę, który mówił o sobie, że jest szpiegiem dobrego Boga, piszącym dla niego raporty o naszym paskudnym świecie. Jego «siła fatalna» wciąż działa” – Tadeusz Sobolewski

„Całe jego życie było kreacją, tylko niesfilmowaną. Bezustannie aranżował życie. Potrafił uwieść każdego – czy to mężczyznę, czy kobietę – czarem, inteligencją, wrażliwością i wielką znajomością rzeczy. Jeżeli chciał kogoś przekonać do swoich racji, czynił to w mistrzowski sposób. Kiedy obserwowałem jego kontakty z ludźmi, miałem wrażenie, że uczestniczę w teatrze, że to nie są normalne rozmowy, tylko on przybiera jakąś rolę, którą gra perfekcyjnie” – Janusz Olejniczak, fragment książki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 884

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Sylwia Jastrzębska

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Iwański

Fotoedycja: Katarzyna Stańczuk

Przygotowanie zdjęć do druku: Łukasz Irzyk

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): okładka: Andrzej Jaroszewicz, środek: archiwum rodzinne Andrzeja Żuławskiego s. 25, 31, 38, 43, 63, 66, 73, 76, 85, 90, 97, 106, 109, 110, 115, 118, 131, 137, 140, 176, 191, 202, 212, 217, 237, 244, 252, 255, 280, 283, 305, 340, 343, 379, 405, 409, 450, 453, 457, 520, 544, 547, 557, 577, 586; archiwum Andrzeja Jaroszewicza s. 186, 292, 321, 362; archiwum Marii Konwickiej s. 230; archiwum Katarzyny Merty s. 397, 398; archiwum Alicji Rajskiej-Żuławskiej s. 287. Archiwum Ewy Żuławskiej-Bogackiej s. 60; BE&W s. 353; East News s. 6, 316, 367, 427, 430, 434, 439, 473; Epoka s. 489; Forum s.181, 207, 251, 268, 335, 350, 525; Albert Zawada/Agencja Gazeta s. 263, 538; Filmoteka Narodowa Instytut Audiowizualny s. 124, 153, 173; Getty Images/Gallo s. 299, 326, 421, 445; Juliusz Multarzyński/Instytut Teatralny s. 460; NAC s. 54; Studio 69 s. 511; Reporter s. 508; wyklejki: Krzysztof Girałtowski.

Wydawca oświadcza, że pomimo podjętych starań nie udało mu się ustalić wszystkich osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce. Prosimy w razie czego o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00).

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

Copyright © Agora SA, 2019

Copyright © Aleksandra Szarłat, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2970-3 (epub), 978-83-268-2971-0 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Moim Najbliższym

– Kamili i Jurkowi

PROLOG
Trzecia nad ranem

Sen Xawerego:

Jadę samochodem przez zaśnieżoną Warszawę na lotnisko po swoich przyrodnich braci. Droga prowadzi wydrążonymi w śniegu tunelami. Spieszę się. „Och, żebym zdążył, zanim śnieg stopnieje. Muszę pokazać braciom ten niezwykły widok. Jak piękna jest Warszawa”...

Po przebudzeniu nic nie pamięta. To pierwsza noc po śmierci ojca.

Sen wróci do niego później, kiedy rzeczywiście będzie jechał na lotnisko po braci. Miasto – smutne i szare – w niczym nie przypomina tego z sennej wizji. Po śniegu nie ma już śladu. Samoloty braci mają lądować w dwudziestominutowym odstępie – Ignacego z San Francisco, Vincenta z Londynu. Bracia Xawerego zobaczą się po raz pierwszy w ich dorosłym życiu. Czekając na nich, Xawery dzwoni z lotniska do ojczyma – buddysty – i pyta, co jego sen może znaczyć.

„Twój tata, jako artysta, zamroził nas w rolach, które nam wyznaczył – tak samo jak kiedyś wyznaczał aktorom role w swoich filmach. Utknęliśmy w nich, gdy tata znalazł się w szpitalu, a kiedy zmarł, lód się stopił”.

Wizja Manueli Gretkowskiej. Noc, 17 lutego 2016 roku:

– W nocy otworzyło się okno w mojej sypialni. Mocowała się z nim jakaś kobieta, a ja na prześcieradle ujrzałam rozsypane litery, których nie potrafiłam odczytać – opowiada mi przez telefon Gretkowska.

Nocnym majakom nadaje literacki wyraz: „Okiennice otwierają się, zamykają. Są okładkami księgi. Wertowana wiatrem skrzypi. Otwarte na oścież okno zimą? Ja śnię? Kartki skrzypią drewnem. Bije przez nie oślepiający blask. Znam go, jest stamtąd, z granicy bez powrotu. Nad księgą czuwa mocarna kobieta, Sybilla z Kaplicy Sykstyńskiej? Robactwo liter pełza po prześcieradle. Słyszę gniewny głos mężczyzny. Nie rozumiem słów. Nie zgadzają się na coś, męka”[1].

Rano sądzi, że to zapowiedź śmierci mamy. Ktoś dzwoni – umarł Andrzej Żuławski. „Senna wizja była o nim. Litery, męka przegranej, walka. Nie wyjść za próg okna, łapać się parapetu rozsądku. On przeszedł na drugą stronę. Piszą: »Niezrozumiany artysta«. Sam siebie nie rozumiał. Szukał, trwonił talent”[2] – notuje.

Swego czasu znała go dobrze. Duchowy kontakt pozostał.

Rak

O chorobie dowiaduje się, kiedy są już przerzuty, dwa miesiące przed śmiercią. Lekarze proponują chemię. Odmawia. „Jeżeli da się coś wyciąć, bardzo proszę, jeżeli nie – wracam do domu”.

– Już się nie dało – mówi Mateusz, najmłodszy brat Andrzeja, mieszkający z nim od lat w jednym domu. Tam właśnie rozmawiamy.

Nic się tu nie zmieniło, odkąd byłam u Żuławskich ostatni raz kilka lat wcześniej. Tyle że obok mnie na miejscu Andrzeja siedzi Mateusz, a na niskim stoliku leżą już inne książki. Poukładane w równe stosiki zajmują połowę blatu: Lisbon in Pessoa João Correia Filho, katalog dzieł Borowczyka, Treasures from the Royal Palaces of Spain, różnojęzyczne magazyny filmowe, notes w twardej kolorowej oprawie, a na nim długopis.

Stolik, salon, wszystkie pokoje Andrzeja pełne są pamiątek, bibelotów, oprawionych w ramki zdjęć, sztucznych kwiatów. Ściany są zawieszone obrazami, na kanapach i fotelach leżą kolorowe narzuty.

– Kiedy zrozumieliśmy z Xawerym, jak ciężko mój brat jest chory – przerywa ciszę Mateusz – rozważaliśmy, czyby – jak w przypadku matki Xawerego, Małgosi Braunek – nie zwrócić się do przyjaciół o pomoc finansową i nie wysłać Andrzeja, za jego zgodą, na leczenie za granicę. Ale na wszystko było już za późno.

Gdy tylko lekarze postawili diagnozę, Mateusz zadzwonił do Londynu do średniego brata. Łukasz przyjechał natychmiast.

– Andrzej jeszcze funkcjonował w miarę normalnie. Miałem nadzieję, że zdecyduje się na chemioterapię – opowiada Łukasz, gdy spotykamy się w jego wiejskiej chałupie pod Brodnicą. – Ale nie. Odmówił, bo „chemia durnia z człowieka robi, a efekty niewiadome. Póki mózg mój funkcjonuje, będę żył, jak chcę”, mówił. Trzeba mieć jaja jak berety, żeby trzymać się tego do końca. Później przyznałem mu rację. Po siedemdziesiątce musisz być gotowy na śmierć. Andrzej nigdy wcześniej nie był u lekarza. Śmierci się nie bał. Ludzie niewierzący, jak my, nie boją się umierać. Na tego raka sobie zapracował. Jak? Chlaniem. Rak trzustki i wątroby, to od czego?! My, Żuławscy, mamy silną konstytucję, ale na raka mocnych nie ma.

Xawery o chorobie ojca dowiaduje się w Brazylii. Dzień jest niezwyczajny, bo tuż po jego czterdziestych czwartych urodzinach.

– W dniu tych urodzin po raz pierwszy w życiu poczułem, że jestem tu, gdzie powinienem być, że mam tyle lat, ile powinienem mieć – jestem w środku swojego życia, w którym panują spokój i ład. Byłem na plaży i było świetnie. Wieczorem pomyślałem: „Jaki to wspaniały dzień!”. Nie musiałem nic robić, czułem się dobrze, wszystkie kłopoty gdzieś odpłynęły. A następnego dnia zadzwonił tata i powiedział, że ma raka i że właściwie już nie ma dla niego szans. „Mam wracać z wakacji?” – spytałem. A on: „Nie, spokojnie. Jeszcze wszystko zdążymy załatwić”. Powiedziałem, co moim zdaniem powinien zrobić, a w odpowiedzi usłyszałem, że on „nic nie powinien” i żebym się uspokoił „z tymi radami dorosłego synka”, bo on już wie, co ma robić. Poczułem, że szykuje się nowa wielka odsłona w moim życiu i że biorę ją na klatę, i że zrobimy, co tam ojciec sobie życzy. Uczyniłem wszystko, co w mojej mocy, żeby potem nie powiedzieć, że bezczynnie patrzyłem, jak umiera. Jeżeli ojciec stwierdza, że chce umrzeć, to jest jego decyzja, choć nie musimy się z nią zgadzać.

Kompozytor Andrzej Korzyński na wieść o chorobie przyjaciela doznaje szoku. Jeszcze w listopadzie, dwa i pół miesiąca przed odejściem Żuławskiego, tradycyjnie wyprawili sobie imieniny. O chorobie nie było mowy, choć rzucała już cień. „Był w marnej kondycji, ale czuł się jeszcze na tyle dobrze, że piliśmy wino i jedliśmy foie gras, które kupiłem specjalnie z myślą o nim. Wspominaliśmy młodość. Poprosił mnie, żebym zagrał dla niego tematy z jego filmów. Usiadłem do fortepianu. Zdarzało mu się nie pamiętać, z czego jest akurat ten fragment. Ale kiedy usłyszał muzykę z filmu Wierność, miał łzy w oczach. Teraz myślę, że może czuł, że zbliża się koniec”[3].

Dwa miesiące, które upływają od diagnozy, Andrzej spędza w domu, głównie na swoim piętrze. Ogląda ulubione filmy. Brat przychodzi do niego, by zmienić kroplówkę i włączyć kolejny film. Ból łagodzi morfina.

Prawie nic nie je. Pozwala chorobie się pokonać. Kiedy jest już bardzo źle, Mateusz wzywa lekarza, by ten zwiększył dawkę opiatów. Okazuje się, że można to zrobić jedynie w szpitalu. Andrzej się nie zgadza: „Żadnego szpitala”.

Xawery: – Ojciec miał negatywny stosunek do systemu, jakim jest życie ludzkie. Uważał, że jest niesprawiedliwe, nie fair. Okupione wielkim bólem i cierpieniem nie daje żadnych informacji, czego się chwycić, co nas czeka dalej. Nic nie zostało nam powiedziane, jedna wielka niewiadoma. Z tego też powodu zupełnie odrzucał choroby i śmierć. Wolał umierać w domu, do momentu, w którym – jak mówił – „będziemy musieli go zawieźć na uśpienie”.

Ostatnie słowa?

Nie ma słów, tylko jedno wielkie cierpienie, jedna wielka skarga na ból. W niedzielę 14 lutego 2016 roku o jedenastej wieczorem Mateusz z Xawerym dzwonią po pogotowie. Andrzej jest jeszcze przytomny, gdy karetka zabiera go do szpitala.

Następnego dnia Xawery od rana siedzi przy ojcu, Mateusz przyjeżdża o jedenastej. Z Andrzejem nie ma już kontaktu, leży pod respiratorem. Prześwietlenia wykazują krwotok w jamie brzusznej. Konieczna jest operacja, choć wiadomo, że może pomóc jedynie doraźnie. Dla Xawerego sytuacja jest podwójnie trudna: zaledwie półtora roku wcześniej w tym samym szpitalu czuwał przy łóżku mamy, Małgorzaty Braunek.

– Dwie mistrzowskie osoby w moim kręgu – mówi. – Ich historia jest dla mnie niesłychana, ponieważ oni w pewnym momencie odwrócili się do siebie plecami, a potem umarli w tym samym szpitalu. Ostatnie zdanie, jakie wypowiedział mój półprzytomny tata, brzmiało: „Czy jestem w tym samym pokoju, co Gocha?”. „Na tym samym korytarzu, ale w innym pokoju”, odparłem, płacząc. Była noc. Powiedziałem adieu i wyszedłem. Godzinę później dostałem telefon z wiadomością, że tata nie żyje. Zmarł tak, jak postanowił. Samotnie.

Andrzej Żuławski w wywiadzie: „(...) gdy babcia Gosławska umiera otoczona rodziną, oddając ostatnie tchnienie, mówi jedno słowo, które wszyscy zapamiętają. Marek. To jest dla mnie ważna anegdota, bo sądzę, że na łożu śmierci z gromnicą w paluszkach prawdopodobnie powiem tych kilka ważnych imion”[4].

„Gocha”.

Gwoli wyjaśnienia: mąż prababci Andrzeja, Józefy Gosławskiej, miał na imię Kazimierz.

Godzina wilka

Andrzej odchodzi 17 lutego między 3.00 a 3.30 nad ranem. O tej samej porze, dokładnie o 3.15, tego samego dnia miesiąca, tyle że dwadzieścia jeden lat wcześniej odszedł jego ojciec, Mirosław.

Tylko okoliczności są inne. Mirosława Żuławskiego przebudził ból serca. Przebył wcześniej zawał, więc wiedział, jak w takiej sytuacji postępować. Zapalił lampkę nocną i wziął do ust pigułkę, która powinna powoli rozpuścić się pod językiem. Nie zdążyła. Upadł na podłogę, twarzą w dół. Hałas przebudził żonę. Zadzwoniła do Andrzeja. Mieszkał akurat w Warszawie, na Ursynowie.

Andrzej w autopowieści O niej: „(...) pomyślałem, że nie będę miał na tyle fartu, by umrzeć na zawał serca. Tak szczęśliwie umarł mój ojciec. Trzeba mieć serce, pomyślałem, by umrzeć na zawał”[5].

Potem twierdził, że każdej nocy budzi się dokładnie o tej porze, 3.15 nad ranem: „Tak jest co noc i nic na to nie mogę poradzić. Zapalam światła, węszę za jego zapachem. Za jego trupim zapachem, choć przed śmiercią wydzielał już ten ckny, lepki, słodko-brudny zapach starczy”[6].

W dramacie psychologicznym Ingmara Bergmana o trzeciej rozpoczyna się tytułowa Godzina wilka – czas największej liczby narodzin i zgonów; pora dnia, w której organizm doświadcza przesilenia. Ale śmierć Andrzeja dla wszystkich jest szokiem. Za szybko, za wcześnie, niespodziewanie.

Maria Konwicka, przyjaciółka Żuławskiego z lat siedemdziesiątych: – W listach do mnie nazywał siebie „spotworniałym wyrostkiem rakowym”. Tak pisał. Umarł na raka.

On sam o raku w powieści Bóg: „(...) myśląc o nieistniejącym Bogu, równolegle myśli się o raku. (...) Właściwie to o komórkach, które rak wysyła, by przygotowały teren następnego przerzutu”[7].

Pożegnanie

Ceremonia pogrzebowa jest skromna – bez pompy, patetycznych mów, honorowych salw armatnich. Nie zjawia się ani minister kultury, ani żaden inny przedstawiciel aktualnej władzy. Stowarzyszenie Filmowców Polskich przysyła wieniec.

„Gdyby Andrzej Żuławski nie poszedł na pogrzeb Ministerstwa Kultury, tobym sobie to spokojnie wytłumaczyła. Ale żeby nikt z Ministerstwa nie przyszedł na pogrzeb Andrzeja Żuławskiego, to już podważyło niedobitki mojej wiary w poczytalność nowych jego oficjeli. Jeśli był to świadomy akt – sromota, jeśli akt nieświadomości – jeszcze gorzej. Pocieszające jest tylko, że sam zainteresowany byłby pewnie takimi gośćmi zupełnie niezainteresowany” – pisze Dorota Masłowska[8].

22 lutego 2016 roku w Górze Kalwarii pada deszcz, panuje przejmujący chłód. Przypadkowi przechodnie widzą w kondukcie żałobnym znanych artystów: Daniela Olbrychskiego, Andrzeja Seweryna, Janusza Olejniczaka i Stefana Friedmanna. Mało kto dostrzega gwiazdę światowej sławy Sophie Marceau, która mimo braku słońca ukrywa twarz za dużymi ciemnymi okularami i zwojami szala.

Pierwszy szereg stanowi rodzina: młodsi bracia Łukasz i Mateusz, ich partnerki oraz synowie Andrzeja: Xawery, Ignacy i Vincent nazywany w Polsce Wincentym. Są też rodziny synów oraz kuzynki Andrzeja, Ewa i Agnieszka, z domu Żuławskie; jest bratanek Błażej Żuławski i jego mama Alicja. Nieco dalej oddany Andrzejowi francuski tłumacz jego prozy Erik Veaux i krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski. Andrzeja żegnają także bliskie mu kobiety: prócz Sophie, Fotografka, była partnerka Nela i wydawczyni Katarzyna Merta.

Media na prośbę rodziny trzymają się z daleka – uroczystość ma charakter prywatny. Mimo to kondukt składa się z dziesiątków osób, co zapewne zdziwiłoby samego nieboszczyka, który ostatnie lata przeżył niemal samotnie i pewnie nie przypuszczał, że ma aż tylu przyjaciół. Miejsce pochówku też może zdziwić: to nie Aleja Zasłużonych na Powązkach ani żaden ze znanych cmentarzy Paryża, ale jedynie cmentarz rzymskokatolicki w podwarszawskiej miejscowości.

Urnę z prochami niesie Mateusz. Następnie synowie składają ją do ziemi. Wszystko zgodnie z wolą zmarłego: „Żadnych ceremonii, żadnego księdza, żadnej mszy”.

Rok później odwiedzam cmentarz w Górze Kalwarii. Znów luty, znów deszcz, tym razem ze śniegiem, wokół niebiańska cisza. Kieruję się ku wzgórzu. Grób jest prosty, a przez to piękny: ziemia, wbity w nią krzyż, a pod nim wielki głaz. Tak ciężki, że gdyby nie wiem jak próbować, nie sposób się spod niego wydobyć. Czy nie stąd ta tradycja – z czasów strzyg, upiorów i wampirów?

Przygniecione kamieniem leżą trzy pokolenia Żuławskich: Maria Żuławska, z domu Wiśniowska, czyli babcia Andrzeja, jej syn Mirosław oraz Andrzej. Matka, syn i wnuk.

Góra Kalwaria

„(...) na najmilszym cmentarzu, jaki znam: tu chciałbym leżeć, w drzewach, na pagórku. W świetle ciemności, świetle Setha, pana piekieł, Zagreusa (...), łowcy dusz. Świetle Ozyrysa, boga zmarłych, lecz i Byka Zachodu, i Oka Słońca: wszystko jest podwójne we wszystkim, pisze egipska księga zmarłych, a my jesteśmy za życia swoimi własnymi potworami”[9] – notuje Andrzej. Zna ten cmentarz, przychodzi czasem na grób babki, gdy jeszcze leży tam sama.

Rodzinny grób w Górze Kalwarii? Studiuję życiorysy Żuławskich i szukam związków z tą miejscowością. Styczności nie znajduję żadnych. Nie mieszkał w Górze Kalwarii nikt z Żuławskich ani też nikt z rodziny Czesławy, matki Andrzeja. Ona sama spoczęła zresztą gdzie indziej.

Górze Kalwarii dziwi się nawet Xawery. Dlaczego akurat tutaj? Nie interesował się tym wcześniej, bo jego prababcia zmarła, zanim się urodził, w 1967 roku. Pogrzeb ukochanego dziadka Mirosława sam w sobie był dla niego tak wielkim przeżyciem, że nie zapytał: z jakiego powodu wybór padł na tę miejscowość?

– A tata? To naturalne, że chce leżeć przy swoich bliskich – tłumaczy.

Ale dlaczego Maria Żuławska w ogóle się w Górze Kalwarii znalazła?

Zagadkę wyjaśnia Mateusz. Babcia trafiła do tamtejszego domu opieki wkrótce po tym, jak w Warszawie na pasach potrąciła ją taksówka. Doszło do wylewu krwi do mózgu i paraliżu jednej strony ciała, a że Maria była dosyć korpulentna, wymagała stałej opieki osoby sprawnej fizycznie. Czesława Żuławska się nie zgodziła, by teściowa zamieszkała z nimi, więc Mirosław znalazł dla matki ośrodek prowadzony przez siostry zakonne. Przeleżała tam kilka lat.

– Siostry ją polubiły, bo była dowcipną, inteligentną, oczytaną panią. Gdy zmarła, zaproponowały, żeby pochować ją na tamtejszym cmentarzu. Ojciec się zgodził, chętnie tam jeździł, więc kiedy odszedł, pochowaliśmy go obok babci, co nie było jednak proste – zauważa.

Ksiądz, któremu podlegał cmentarz, zażądał od rodziny dowodów na związek Mirosława z Górą Kalwarią i świadectwa jego wiary. Mateusz udał się po nie do najbliższego mieszkaniu ojca kościoła na placu Zbawiciela. Ksiądz był konkretny:

– Nie znam pana ojca. Czy uczestniczył we Mszy Świętej? Czy w ogóle był chrześcijaninem? Ma pan jakieś dowody?

Mateusz odparł, że nie wie, choć wiedział: tata był niewierzący. Wyjął z kieszeni legitymację Mirosława z AK.

– Jak ksiądz myśli, jakiej wiary mógł być człowiek, który działał w AK?

Dostał zgodę na pogrzeb i pojechał uzgadniać szczegóły z Andrzejem.

Przed pochówkiem musiała jednak odbyć się msza – w latach dziewięćdziesiątych nie było innej możliwości. Andrzej zaproponował: „To ja napiszę księdzu mowę”. A potem ksiądz prowadził mszę, jakby szedł na ścięcie.

Żuławski w autobiograficznym eseju Zaułek pokory: „Młody chłopski proboszcz w Górze Kalwarii nie chciał wiedzieć, nad kim ma odprawiać obrzędy, i powiedział, że kazanie ma być pouczeniem dla żywych. Ocknął się dopiero i pąsy wykwitły mu na lico, gdy zobaczył na cmentarzu telewizyjne kamery. Stroniczkę z książki mego ojca przeczytał nad mogiłą mój drugi brat z Londynu, bardzo źle, hucząc i dukając, i tego mi było najbardziej żal. Kartka była z tekstu Niebieskie migdały i opowiadała, jak to ojciec godzinami leżał na wysokiej gałęzi w sadzie swoich dziadków, marząc. Ani ojciec, ani matka nie byli katolikami, tak myślę”[10].

Jedyna dyspozycja, jaką Mirosław zostawił na wypadek swojej śmierci, dotyczyła kamienia. Mówił: „Pamiętajcie, chciałbym leżeć pod kamieniem”. Więc Łukasz znalazł odpowiedni głaz i z Xawerym zawieźli go na cmentarz.

Matka Andrzeja, Mateusza i Łukasza, Czesława Janiak-Żuławska, zmarła trzy lata po mężu.

– Chciała być skremowana. Powiedziała, żeby broń Boże nie kłaść jej razem z teściową, więc nie leży w jednym grobie z ojcem, lecz ze swoją mamą, Stefanią Janiakową, na Bródnie. Andrzej, podobnie jak mama, życzył sobie kremacji. Chciał, by część jego prochów została rozsypana we Lwowie na ulicy, przy której się urodził i po której mama chodziła z nim na spacery. Uznaliśmy, że będzie mu przyjemnie leżeć z ojcem, z którym był w konflikcie, ale jednak łączyła ich głęboka więź – opowiada Mateusz.

Od Xawerego odchodzenie rodziców, Andrzeja Żuławskiego i Małgorzaty Braunek, przynależących do różnych ideologicznie światów, i zrozumienie ich oczekiwań wymagało wielkiej empatii:

– Mama nauczyła mnie odbierać rzeczywistość przez modlitwę i odwołanie do sił wyższych, a śmierć traktować jako rodzaj zadania dla żyjących, którzy mają odprowadzić umierającego i modlitwą pomóc mu uwolnić się z tego świata, nie zaś go do niego przyciągać. Tata natomiast stał na przeciwnym stanowisku – ciął mieczem i mówił: „żadnych modlitw”. Ale kiedy teraz rozważam ich stosunek do tych spraw, widzę, że te dwa pozornie skrajne poglądy w rezultacie prowadzą do tego samego wniosku. Do tego stopnia, że kiedy chowano urnę i chciałem w myśli się pomodlić, usłyszałem głos ojca: „Po prostu milcz!”.

Więc zamilkł, a milcząc, widział ludzi, deszcz. Ten Moment.

Kulturalnie w Kulturze

Po ceremonii pogrzebowej w Kinie Kultura z inicjatywy Xawerego odbywa się pokaz ostatniego filmu Andrzeja Żuławskiego Kosmos, a po nim w restauracji należącej do Stowarzyszenia Filmowców Polskich – stypa.

– Kuriozalna – mówi o uroczystości Katarzyna Merta, wydawczyni książek Żuławskiego i oddana mu przyjaciółka. – Po pokazie filmu zaczęły się wspominki. Najpierw Filip Bajon: „Andrzej, wspaniały artysta, myśmy mu wszystkiego zazdrościli; miał piękne kobiety, wszystko miał...”, pieprzy takie głupstwa. Potem wychodzi jakiś i znowu coś truje bez sensu. Po nim Olbrychski, który mówi, ale głównie o sobie, że żałuje, iż odmówił Andrzejowi zagrania w Błękitnej nucie, i że spotkał go niedawno, a Andrzej powiedział: „Musimy coś razem zrobić...”. Nie wytrzymałam, wyszłam przed wszystkich i mówię: „Wszyscy tu państwo rozmawiacie o filmach, tymczasem żywiołem Andrzeja i jego najmocniejszą stroną, jego życiem jest literatura. Wydałam ponad dwadzieścia jego książek, a filmów zrobił piętnaście. Andrzej Żuławski był wielkim romantykiem, który sądził, że można opisać świat i dotrzeć do prawdy. Pisał o kim? O nas. O nas wszystkich, o świecie – rzeczy najciekawsze, bo najprawdziwsze”. To był kawał mięcha, a nie jakieś celebryckie opowiastki: ten się kochał, a ten zdradził. Jak skończyłam, wszyscy się obudzili. „Jak pięknie powiedziałaś!”. Bo ważne było, żeby usłyszeć o Andrzeju coś pozytywnego, ale coś, co jest bliskie prawdy. Bo do niego przylgnęły skandale jak gówno do podeszwy. Po prostu: polskie gówno. Na świecie, owszem, plota dotyczy każdego, ale ludzie potrafią znaleźć sedno. A tutaj nie ma sedna, tylko że się upił, coś powiedział, kogoś opisał, z kimś romansował. Nikt nie jest bez wad.

Środowisko filmowców niespecjalnie kochało Żuławskiego.

Kiedy podczas pisania tej książki rozmawiam ze znajomymi Andrzeja, zdarza im się mówić o nim w czasie teraźniejszym: „Andrzej jest...”. Dopiero po chwili zmieniają „jest” na „był”.

– W naszej świadomości on wciąż jest pięknym mężczyzną, bo zostały jego pisma, książki, filmy, zdjęcia i wspomnienia. Ale tak jak był skończenie piękny, tak miewał momenty wredności i nienawiści do ludzi i świata – przyznaje Krystyna Demska-Olbrychska i wspomina przypowieść o żabie, do której w Kinie Kultura nawiązała Sophie Marceau, mówiąc o charakterze Andrzeja urodzonego w znaku Skorpiona[11].

Oto na brzegu rzeki żaba spotkała skorpiona. Oboje chcieli się przedostać na drugi brzeg, ale skorpion miał z tym naturalny problem. Poprosił więc żabę, by przewiozła go na swoim grzbiecie. „Nie chcę, boję się, bo ty mi zrobisz krzywdę”, mówi żaba. A skorpion: „Chyba oszalałaś! Przecież gdybym cię skrzywdził, sam bym utonął”. Żaba przyznała mu rację i spełniła jego prośbę. Do brzegu jednak nie dopłynęli, bo na środku rzeki skorpion ją ukąsił. Żaba mówi: „Co ty zrobiłeś, przecież utoniemy oboje!”, a on: „Ale to jest mój charakter”.

– Andrzej kłuł się we własny ogon – mówi Krystyna.

Metafizyka

Parę miesięcy po śmierci brata Mateusz otrzymuje zaproszenie od Instytutu Polskiego w Paryżu na Le septième art dans le 7e, tydzień poświęcony kulturze wybranego kraju – w 2016 roku to Polska. W planie znajduje się m.in. pokaz filmu dokumentalnego o Andrzeju Żuławskim Varsovie, la forêt forteresse. Mateusza poproszono, by przed projekcją powiedział parę słów.

Do Paryża jedzie ze swoją partnerką Elizą. Przy okazji chce ją oprowadzić po ukochanych miejscach. Jedno z nich to Ogrody Tuileries.

Jest słoneczny dzień, gorąco, więc nie idą szeroką środkową aleją, tylko boczną, zacienioną. Po lewej stronie mijają trawnik otoczony niskim metalowym płotkiem. Na trawie jest aż czarno od wielkich ptaków, bodaj kruków. Naraz jeden odłącza się od reszty i wyraźnie zmierza w kierunku spacerującej pary. Cały czas badawczo się jej przyglądając, przeskakuje płotek, skacze dalej, wreszcie podfruwa na oparcie stojącego w pobliżu metalowego krzesła.

– Zaczynam odczuwać lekki niepokój, ale natychmiast go w sobie duszę, nie ma przecież powodu do obaw – wspomina Mateusz. – Nie zmieniamy więc tempa, mijamy skupisko kruków zajętych wydziobywaniem czegoś z ziemi i idziemy na wprost tego ptaka, który nie spuszcza z nas wzroku. Jesteśmy już dwa–trzy metry od niego, nawiązuję z nim jakiś dziwny kontakt. Mijamy go, zostawiamy nieco w tyle, ale on wciąż jeszcze jest w polu mojego widzenia. Poczułem się nieswojo. Nie wytrzymałem – odwracam się do ptaka i z niedowierzaniem pytam: „Andrzej?”. Ciarki mi przeszły po plecach. Trudno przecież oczekiwać odpowiedzi... W tym momencie ptak sfrunął z krzesła i majestatycznym krokiem zaczął się oddalać. Tyłem. I nie w stronę stada, lecz w przeciwną.

Tego dnia Mateusz przeżywa jeszcze inne zadziwiające zdarzenie. W drodze powrotnej do hotelu przy jednej z przecznic dostrzega znajomą sylwetkę mężczyzny. Skąd znajomą, nie ma pojęcia. Zrównuje się z nim, gdy czekają na zielone światło. Przygląda się mu i naraz – olśnienie! To Jean-François Balmer, który wystąpił w Kosmosie. Mateusz łapie go za rękaw: „Przepraszam, pan grał w ostatnim filmie mojego brata...”. On się odwraca, przez moment przygląda Mateuszowi. „Pana Andrzeja Żuławskiego?”. A gdy Mateusz potwierdza, Balmer mówi: „Pana brat był arystokratą filmu”.

– Proszę powiedzieć, jak to możliwe – pyta mnie Mateusz – że aktor, który jest Szwajcarem i bywa w Paryżu okazjonalnie, i my, którzy przyjechaliśmy tam tylko na trzy dni, nagle się spotykamy? A Balmer nic nie wiedział o przeglądzie w Instytucie Polskim, nie był zaproszony na pokaz filmu o Andrzeju. Jakim cudem w mieście, gdzie są miliony ludzi, dochodzi do takiej sytuacji? Jak wytłumaczyć dwie tak dziwne sytuacje? To wszystko było poruszające.

Ostatnią z wydanych książek Żuławskiego Un testament écrit en français kończy pełna czułości scena z sikorkami, którym autor co rano wysypuje na parapet okruszki. Ptak, tym razem wróbel, jest także w Kosmosie. Jego śmierć to zagadka – ktoś go powiesił. Kto i dlaczego? Nie wiadomo. O kolejnym ptaku opowiada Manuela Gretkowska: „Przyjaciółka Żuławskiego pojechała do jego willi odebrać swoje rzeczy, pamiątki. Dostała w prezencie od producenta filmu wypasione wydanie Kosmosu. Podziękowała, zabrała co jej i stanęła kilka kilometrów dalej, żeby zatankować. Na dachu jej wozu był martwy wróbel, bez głowy. (...) Facet, który dał jej ten film, nazywał się David Bird”[12].

– Czuje pan czasem w domu obecność brata? – pytam Mateusza.

– Tak, choć niestety coraz mniej. W marcu, przeszło rok po odejściu Andrzeja, Xawery wszedł do jego sypialni, chwilę postał i mówi: „O, taty już tu nie ma”. Wcześniej wyczuwał jego obecność: „No jest, jest, jeszcze jest...”. Po śmierci mojego ojca miałem podobne wrażenie.

Wydawało się przecież, że Andrzej Żuławski jest wieczny – jego osobowość, wielka siła charakteru, urok i charyzma. Tacy jak on nie umierają. Chyba że na własnych prawach.

Xawery: – Swoją śmierć sobie wymyślił. Jakby kręcił film na zamówienie: Śmierć wielkiego artysty. Reżyseria: Andrzej Żuławski.

Na wiadomość, że zamierzam napisać biografię Żuławskiego, moi rozmówcy będą jednak reagowali zdumieniem: „Ależ to niemożliwe! On się składał z samych sprzeczności...”.

– To postać tragiczna – mówi aktorka Emilia Krakowska. – Urodził się jak książę, miał wszystko, o czym można zamarzyć: talent, urodę, inteligencję, zagraniczne szkoły, znakomitych przodków. A czego dokonał?

część pierwsza
Stalowe słupy w pokojach dzieciństwa

Tytuły poszczególnych części są cytatami z twórczości lub wypowiedzi Andrzeja Żuławskiego.

„Na pytanie: coś byś zmienił, gdybyś miał żyć jeszcze raz, odpowiedziałbym – chciałbym mieć innych rodziców i żyć w innych czasach”

(Andrzej Żuławski, Nocnik)

1. W kręgu najbliższych

Rok 1940 to nie jest dobry czas na rodzenie dzieci? Czesława z Mirosławem uważają, że wprost przeciwnie: mieszkają u jej matki w jednym z dwóch pokoi, więc zawsze będzie komu zaopiekować się dzieckiem.

Czesława pracuje w domu opieki dla inwalidów, co jest o tyle korzystne, że czasem przynosi warzywa z ich ogródka. Mirosław ma przyzwoitą pod względem dokumentów posadę agenta ubezpieczeniowego. Chodzi po odległych dzielnicach Lwowa – Zniesieniu i Zamarstynowie – i namawia mieszkańców do ubezpieczenia domów przed pożarem. Ale kto przy zdrowych zmysłach zdecyduje się zawrzeć taką umowę, gdy wokół domy płoną jak zapałki, lecz od bomb? Zarabia więc grosze. Kolejna praca okazuje się nie mniej abstrakcyjna, ale najważniejsze, że jest – Mirosław znajduje ją u kupca obrządku starozakonnego, dla którego będzie wyszukiwać perskie dywany.

Dziecko ma się pojawić na gwiazdkę. Czesława jest już umówiona z mieszkającą w pobliżu akuszerką, są pieluchy, smoczek i maleńkie łóżeczko – dla lalek – oraz wybrane imiona, dla chłopaka i dziewczyny, bo przecież nie wiadomo, kto się urodzi.

Do gwiazdki jeszcze daleko, a dziecko już pcha się na świat! Niespodziewanie 22 listopada 1940 roku w mieszkaniu przy ulicy Świętego Jacka 5 rodzi się obywatel sowiecki Andriej Mirosławowicz Żuławski.

Mirosław tego dnia wcześnie wraca z pracy, w domu jest już przed drugą, a teściowa wita go od progu zagadką: ma synka czy córeczkę? Co za żarty, przecież Mirosław widzi, że łóżeczko dla lalek stoi puste. Niespodzianka czeka na poduszce obok leżącej w łóżku żony. Syn!

Listopad we Lwowie był piękny, ale szybko nadchodzi ostra zima i euforia zamienia się w rozpacz, gdy trzeba ogrzać dom i nakarmić rodzinę. Im dłużej trwają działania wojenne, tym trudniej zarobić byle grosz. Któregoś dnia, gdy Mirosław wraca z pustymi rękami, może liczyć tylko na cud. I cud się zdarza: na ulicy spod śniegu wyziera coś czerwonego. Nie do wiary! Trzyrublowy banknot! Natychmiast w pobliskim sklepie zostaje zamieniony na żywność. Ale z czasem i półki pustoszeją. Gdyby pieniądze znalazły się miesiąc później, na nic by się nie zdały.

Żuławscy nie tracą nadziei. Wieczorami wpada do nich poeta Tadeusz Hollender, znajomy Mirosława z pisma „Sygnały”. Czesława usiłuje spać, przytulona do dziecka, a mężczyźni przy wódce wspominają dawne czasy.

Ojciec

Dla Andrzeja najważniejszy.

Urodził się w 1913 roku w Nisku na Podkarpaciu, w domu „długim, pobielanym, parterowym”, i tam z rodzicami oraz młodszym bratem Zbigniewem spędził pierwsze sześć lat życia. Obu synów ojciec Sławomir, radca prawny, wychowywał w „męskim rygorze”, wpajając im dobre obyczaje zapamiętane z własnego dzieciństwa. „Przy stole nie wolno było grymasić ani mówić »nie lubię«, a kiedy to się komuś z nas wymknęło, ojciec nakazywał surowo: daj gębę psu oblizać i marsz do pokoju. A pies domowy, potężny Nero, zawsze leżał pod stołem i chętnie wykonywał swoją powinność długim, mokrym jęzorem”[13] – wspominał Mirosław.

Rodzinne perypetie sprawiły, że uczęszczał do kilku gimnazjów: w Bochni („proletariackie”), Dobromilu („urzędniczo-drobnomieszczańskie”), Zakopanem („arystokratyczne”) i Katowicach (pierwsze polskie gimnazjum na Górnym Śląsku). Mieszkał w internatach lub na stancji. Gdy ojciec Mirosława, Sławomir, został służbowo przeniesiony do Tarnowskich Gór, jego synowie zamieszkali u niemieckiej rodziny i doskonale nauczyli się jej języka. Ostatnie dwa lata przed maturą Mirosław spędził w Zakopanem z matką i bratem, któremu po przebytej gruźlicy kości górskie powietrze miało pomóc w odzyskaniu zdrowia. Wyjazd był dla Żuławskich wyzwaniem finansowym, bo Sławomira w wieku czterdziestu paru lat wysłano na emeryturę. Aby związać koniec z końcem, wyruszył do Warszawy i dorabiał na jakiejś posadce. Zakopane odwiedzał jedynie w Boże Narodzenie. Maria opiekowała się chłopcami, przy okazji wpajając im miłość do literatury. Andrzej po latach z podziwem będzie się wypowiadać o intelektualnych ambicjach babki, zaczytującej się Norwidem, Przybyszewskim i Weiningerem. Czego nie można powiedzieć o dziadku, nawet w czasach, gdy nie musiał się martwić o pieniądze: „(...) ona, przyjaciółka z młodości pierwszej pani Piłsudskiej, rewolucyjnie niepodległościowa socjalistka wywieziona na zakutą wieś przez mojego aliterackiego Dziadka, co wieczór czytającego jedną i tę samą stronę Colas Breugnon, pierwszą, by zasnąć sprawiedliwym snem człowieka znojonego włóczeniem się po krajobrazie z psem i flintą (oraz jurnym dosiadaniem miejscowych żon notabli, pań kupcowych i Żydówek...)”[14].

Sławomir Żuławski z synami Mirosławem i Zbigniewem

Ale zła passa minęła, Sławomir dostał wreszcie dobrą pracę w Turce i ściągnął tam rodzinę – tyle że bez Mirosława, który został na stancji w Zakopanem do matury, a potem zdał na prawo na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza. Lwów okazał się jego miejscem na ziemi – spędził tam całych dwanaście lat, nawet nie przypuszczając, jak ważnych w jego życiu.

Na początku lat trzydziestych jest beztrosko. Są tu obaj ze Zbyszkiem, który również podejmuje studia. Ojciec w czasie swoich wizyt zabiera chłopców na obiady do dobrej restauracji Musiałowicza i uczy sztuki życia, wszystkiego, o czym kulturalny mężczyzna wiedzieć powinien. Na przykład po czym poznać dobre wino i w jakiej kolejności podawać trunki. Mirosław w przyszłości z tej wiedzy skorzysta.

We Lwowie chłopcy nie czują się obco – mają tu sporo rodziny.

Słomiana

Sławomir, dziadek Andrzeja, ojciec Mirosława, wywodzi się z nie byle jakiego rodu: najstarszy z jego braci, Jerzy, zdobył sławę pisarską, kolejny – Witold – szukał przygód w Brazylii; Zygmunt został znanym politykiem, Bohdan[15] – inżynierem naftowym, a beliniak[16] Janusz – dyrektorem lwowskiego radia. Siostra Jadwiga była profesorką historii w gimnazjum.

Na rodzinny majątek składa się trzysta mórg gruntu ornego wraz z lasem. Żuławscy mieszkają na Podkarpaciu, w ówczesnej Galicji. Zajmują skromny drewniany dworek w Młynnem pod Limanową, nazywany „Słomianą”. Luksusów tam nie ma, tylko cztery pokoje – niewiele jak na osiem osób.

„Dworek nasz w Słomianej, otoczony starymi lipami, stał wśród gór w małej kotlince, poprzez którą, u południowego jej krańca, tuż u stóp góry porośniętej czarnym świerkowym i jodłowym lasem, płynęła rzeka Łososina” – opisuje Zygmunt Żuławski[17].

Żuławscy nie dysponowali wielkimi majątkami, przynależeli do ziemiaństwa i drobnej szlachty, a tym, co ich wyróżniało, jest godna podziwu dbałość o kształcenie dzieci i wzajemne wsparcie, jakiego sobie udzielali.

Juliusz Żuławski: „Dziadek – dobry gospodarz, hodowca koni, które wszyscy synowie z obowiązku ujeżdżali od najwcześniejszych lat – zdecydował się na rzecz całkiem z punktu widzenia perspektyw historycznych rozsądną, chociaż podówczas na pozór szaloną: zaczął sprzedawać ziemię po kawałku, aby pomóc synom i córce w studiach i podróżach zagranicznych, aż wreszcie wyzbył się wszystkiego”[18].

Każdy z braci, jak wspominał później Mirosław, syn Sławomira, po skończeniu czternastego roku życia dostaje od rodziców na drogę „ryńskiego” (w Galicji odpowiadał czterem złotym polskim), osełkę sera i idzie w świat, żeby się dalej kształcić.

Rodzinne więzy się rozluźniają i choć wzajemna serdeczność pozostaje, wiele kontaktów po prostu zanika, szczególnie że rodzeństwo dzieli duża różnica wieku. Bracia podróżują po świecie, żenią się, angażują w różne działalności.

Witold w listach do rodziców i Jerzego, Zygmunta oraz Bohdana, słanych na przełomie wieku XIX i XX, dopytuje o młodszych braci: „Janek i Sławek chyba w Bochni, o ile się nie mylę, to coś już do 7 czy 8 klasy chodzić muszą. O ile ich pamiętam, to zawsze dziećmi, i dziś nie jestem w stanie ich dorosłymi przedstawić. Zawsze przypominam ich sobie, Sławka stawiającego koziołki, a Janka płaczącego”. W 1904 roku zaprasza brata Jerzego wraz z ojcem do Brazylii, gdzie osiadł, i przy okazji konstatuje rodzinne sukcesy: „Tyś sławny literat, Zygmunt sławny agitator, Bogdan sławny bałamut, Jadzia sławna emancypantka, Sławek i Janek poczwarki, z których się na pewno także sławni ludzie wylęgną (...)”.

W rodzinnym kręgu

„W naszej rodzinie przywiązywało się wielką wagę do związków pokrewieństwa” – pisze ojciec Andrzeja. „Stryjowie i wujowie byli dla nas autorytetem, a ciotki miały władzę na równi z rodzicami. Wszyscy się do wszystkich wiecznie mieszali i każdemu wychodziło to na dobre. Miałem jedenaścioro rodzeństwa stryjecznego i dwoje ciotecznego, pięciu stryjów, dwóch wujów i dwie ciotki, nie licząc (...) dwóch babek i dwóch dziadków”[19].

Gdy Mirosław studiuje we Lwowie, mieszka tam troje rodzeństwa jego ojca, zawsze więc ma do kogo się zwrócić w trudnej sytuacji. Szczególnie chętnie odwiedza w banku stryja, który zazwyczaj daje bratankowi srebrną dwuzłotówkę z wizerunkiem Marszałka. Mirosław chadza też do ciotki Jadwigi i do Hali Bohdanowej, baronówny z domu, która zawsze częstuje go obiadem.

Za to wakacje lubi spędzać u dziadków ze strony matki, Wiśniowskich w Dobromilu. Jeździ tam zewsząd, gdziekolwiek jest – ze Śląska, Zakopanego, Lwowa. To wyjątkowe miasteczko, mieszkają tam Polacy, Ukraińcy, Żydzi i Niemcy, a tolerancja wobec odmiennej kultury jest normą. Wiśniowscy podsuwają wnukowi co lepsze kąski, dziadek zaś tylko jemu pozwala ostrzyc sobie włosy maszynką. Jako piętnastolatek Mirosław przez rok chodzi tam nawet do gimnazjum – koedukacyjnego, co jest dla niego nowością.

A jednak mimo sentymentu, już po studiach, jako praktykant w starostwie, nie pojedzie na pogrzeb dziadka. Nie odwiedzi też babki, gdy ta pozostanie sama, a on podczas służbowej podróży będzie przejeżdżał obok jej domu. Nigdy więcej Joanny Wiśniowskiej nie zobaczy, mimo że ona będzie pamiętać o nim zawsze, przesyłać mu orzechy z sadu i konfitury własnej roboty.

Poeta marzy o podróżach

Mirosław pierwsze próby poetyckie podejmuje jeszcze w szkole. Jeden z wierszy krąży po klasie z powodu refrenu: „miłość jest piękna, lecz ma smutne oczy”. Inny powstaje na zamówienie kolegi dla jego wybranki: „O pani, jam ci swego serca krzyk dał / W dniu owym, gdy ci wycinano migdał”[20]. Prawdziwie debiutuje na początku studiów na łamach lwowskich „Sygnałów” (1933–1939), niezależnego lewicowego pisma o charakterze społeczno-kulturalnym. Nie stroni też od ugrupowania literackiego „Rybałtów”, skupionego wokół profesora Juliusza Kleinera. Jego wiersze drukuje „Dziennik Polski”. Lwów w owym czasie to zagłębie talentów, działają tam m.in.: Erwin Axer, Aleksander Baumgardten, Stanisław Jerzy Lec, Teodor Parnicki. Mirosław w każdą niedzielę spotyka się z „Rybałtami” we włoskiej winiarni Carlo Perantoniego przy Sykstuskiej. Młodzi czytają swoje utwory i zawzięcie dyskutują o nowych prądach poetyckich w Europie. Ale ojciec Andrzeja nie zyskuje sławy jako poeta i za swoją twórczość nie otrzymuje choćby niewielkiego honorarium. Stanie się to dopiero później, gdy w 1974 roku jego dwa wiersze z czasów wojny trafią do antologii poezji walczącej wydanej przez PIW.

Najważniejsze dla Mirosława są jednak nie wiersze, lecz wykształcenie. W 1935 roku, już jako prawnik, kończy trzyletnie Studium Dyplomatyczne Uniwersytetu Jana Kazimierza. Nie na wiele się mu ono na razie zda, gdyż rok później w ramach praktyki administracyjnej zostaje służbowo przeniesiony do starostwa w Żółkwi. Odbycie stażu jest niezbędnym krokiem przed egzaminem referendarskim, gwarantującym rozwój kariery zawodowej. Rozstanie ze Lwowem mocno przeżywa – zostawia tam nie tylko kolegów, lecz także dziewczynę, Czesławę, którą poznał u dziadków w Dobromilu, gdy oboje byli jeszcze dziećmi.

W Żółkwi młody prawnik utkwi na dwa lata. Mieszka w starym zamczysku Żółkiewskich i Sobieskich, a po pracy prócz lektur czas wypełniają mu kolacje w oficerskim kasynie i gra w brydża z miejscową elitą. Na szczęście spotyka tam Zygmunta Haupta, „Rybałta” i malarza. Zygmunt nie pisze jednak wierszy – jako jedyny z „Rybałtów” tworzy prozę. Po wojnie z powodzeniem będzie publikował w paryskiej „Kulturze”. Z Żuławskim łączą go marzenia – obaj pragną podróżować. W Żółkwi Mirosław kieruje referatem karno-administracyjnym z pensją sto dwadzieścia złotych miesięcznie, z czego dziesięć złotych co miesiąc uiszcza krawcowi we Lwowie za dokonywanie przeróbek i szycie garderoby. W 1937 roku „zsyłka” dobiega końca i po zdaniu egzaminu Żuławski dostaje upragnioną nominację na referendarza. Obawia się jednak, że takie życie – urzędnicza rzeczywistość na prowincji – stanie się jego chlebem powszednim. „Pozłacana nędza”, jak mówi jego matka. Cóż jednak może zrobić, stara się jak najlepiej wywiązywać z obowiązków i przygotowuje szczegółowe raporty ze stanu spraw w referacie. Pedanterią zaskakuje wojewodę lwowskiego, który przyjeżdża do Żółkwi na kontrolę. Tydzień później zaprasza on Mirosława do Lwowa – za taką pracę należy się awans: młody referendarz zostaje osobistym sekretarzem wojewody. Tym samym jego zapotrzebowanie na eleganckie stroje wzrasta – starego klienta traci krawiec, a nowego zyskuje modny sklep Gabriela Starka na placu Mariackim.

W wymarzoną, trwającą miesiąc podróż po Europie, dwudziestopięcioletni Mirosław wyruszy na rok przed wybuchem wojny. Wykupuje okrężny bilet kolejowy trzeciej klasy na trasie Warszawa–Berlin–Kolonia–Paryż–Marsylia–Nicea–Mediolan–Wenecja–Wiedeń–Praga–Lwów. W każdym z tych miast zatrzymuje się na jakiś czas. W Paryżu postanawia odwiedzić polską ambasadę, a w niej Leszka Serafinowicza, czyli Jana Lechonia, który pełni tam funkcję attaché kulturalnego. Zna jego twórczość, wiersz Piłsudski potrafi wyrecytować o każdej porze dnia i nocy. Rozmowa się jednak nie klei, Lechoń nie rozumie, czego od niego oczekuje ten przystojny młodzieniec. Ożywia się, kiedy pada pytanie o organizację pracy, i opowiada, jak to dzieli pocztę na trzy kategorie: sprawy ważne i niecierpiące zwłoki; ważne, ale mogące trochę poczekać oraz takie, którymi nie warto się w ogóle zajmować. Każda z kategorii to jedna z szuflad w biurku.

Żaden z nich nie podejrzewa, że za kilka lat przy tym samym biurku zasiądzie Mirosław.

Wojna

Wybuchła w piątek 1 września 1939 roku. W sobotę Mirosław nie idzie więc, jak planował, do kina z Czesławą, a w niedzielę na spacer do parku Stryjskiego. W pierwsze wrześniowe dni jeszcze pracuje, choć zewsząd dochodzą odgłosy sypiącego się gruzu i tłuczonych szyb. W sklepach z dnia na dzień zaczyna brakować podstawowych produktów, a w eleganckim hotelu George podają już tylko grochówkę. W nocy 12 września 1939 roku pocisk wystrzelony z czołgu burzy ścianę w biurze Mirosława. Są pierwsi polegli w obronie Lwowa. Wojewoda z przewieszonym przez ramię sztucerem opuszcza miasto, prosząc, by Mirosław przekazał je prezydentowi Lwowa. Na parterze gmachu poniewierają się banknoty, za które nic już nie można kupić.

Oblężenie Lwowa przez Niemców trwa dziesięć dni. Mirosław wraz z Teodorem Parnickim chcą się zaciągnąć do wojska. W Komendzie Uzupełnień spotykają się jednak z odmową – dwa stopnie przysposobienia wojskowego, którym obaj mogą się wylegitymować, to za mało. Podobną opinię otrzymują w oddziałach ochotniczych. Pozostaje im jedynie czekać na wezwanie.

Czesława i Mirosław Żuławscy, 1939

22 września na ulicach pojawiają się sowieckie czołgi – do Lwowa weszli Rosjanie, opuszczą miasto dopiero dwa lata później. „I to był kres naszego świata, jedynego, jaki dotąd znaliśmy”, zanotuje Żuławski[21].

Zamieszkują z Czesławą u jej matki. Rodzice Mirosława, a zwłaszcza Maria, nie są zachwyceni związkiem syna. Czesława nie dość, że jest od niego o trzy lata starsza, to jeszcze utyka. No i ta rodzina: matka – wiejska nauczycielka, ale z pochodzenia chłopka – i ojciec, co z tego, że notariusz, skoro alkoholik. Mógłby wejść do lepszej...

Ale jest wojna. Mirosław, który w magistracie nie ma już czego szukać, ima się różnych zajęć: jest pośrednikiem mieszkaniowym, pomaga ludziom przekraczać granicę i fałszować dokumenty, nazywa siebie nawet „cinkciarzem”, choć nie precyzuje, co to miałoby znaczyć.

23 stycznia 1940 roku umawiają się z Czesławą, że spędzą wieczór u Parnickich przy Świętej Zofii 15. Teodor zdobył alkohol, jego żona coś ugotowała, miło rozmawiają, gdy nagle Czesława zrywa się do wyjścia. Zasiedzieli się, jest jej zimno, a w ogóle to pora iść do domu, za pół godziny wybije północ. Mirosław niechętnie ulega żonie, która w domu przyznaje, że po prostu nie mogła tam zostać ani chwili dłużej.

Rano Mirosław wraca do przyjaciół po ciepły szalik. Zastaje żonę Parnickiego na środku pobojowiska, jakie o północy z ich mieszkania zrobiło NKWD. Teodor został aresztowany. Mirosław swoje cudowne ocalenie zawdzięcza Czesławie. Rosjanie wywiozą Parnickiego w głąb Rosji, wyjdzie stamtąd z armią Andersa, dotrze do Teheranu, a potem Jerozolimy i Meksyku. Przyjaciele spotkają się dopiero ćwierć wieku później.

Lwów to jedno z najgorszych miejsc do życia w czasie drugiej wojny, oceni potem Mirosław. Koleje losu miasta są dramatyczne: „Ruscy, potem Niemcy, potem znów Ruscy, Ukraińcy z Niemcami na Polaków, Żydzi z Ruskimi na Polaków i Ukraińców, Polacy i Ukraińcy na Żydów, Polska i AK, Ukraińcy i Zachodnia Ukraina, General Gouvernement i UPA (...)”[22]. Nigdy nie wiadomo, z której strony czeka cię atak.

Ale jednocześnie Mirosław czas wojny uważa za najlepsze lata życia, bo nigdy nie miał wątpliwości, po której stronie stanąć, jak się zachować i co robić. „Nigdy w życiu nie byłem tak pogodzony z sobą samym jak wtedy”[23] – przyzna już jako emeryt.

Pierwsza bomba – mit pierwszy

Andrzej Żuławski, wspominając swoje dzieciństwo, nierzadko tworzy mity. Ubarwiają, dramatyzują przeszłość. Jego i ojca. Jeden z nich opowiada o bombie.

Andrzej Żuławski: „(...) pierwsza bomba zrzucona na Lwów spadła akurat na nasz dom. Miałem wtedy pół roku i urwało mi pół twarzy. Przestałem widzieć na jedno oko, tak całkowicie. Dopiero gdy miałem cztery i pół roku, zaklejono mi widzące oko, żeby tamto niewidzące zmusić do pracy”[24].

Pierwsza bomba w 1941 roku? Historia mówi co innego, co innego także wynika ze wspomnień Mirosława.

„Już od pierwszego dnia wojny samoloty niemieckie bombardowały Lwów” – zauważa Artur Leinwand w tekście Obrona Lwowa we wrześniu 1939 roku[25]. Andrzej Seweryn, swego czasu przyjaciel Żuławskiego, mówi mi tu o przedziwnej koincydencji: jedna z pierwszych bomb we Lwowie spadła na nieukończony jeszcze dom rodziców Wojciecha Pszoniaka, który po latach zagra główną rolę w filmie Andrzeja Diabeł.

Równie wątpliwa jak pierwsza bomba w 1941 roku jest „urwana połowa twarzy”, po czym nie ma najmniejszego śladu na żadnym ze zdjęć Andrzeja z okresu dzieciństwa. W innych wywiadach Żuławski mówi, że bomba spadła na dom, ale nie wybuchła, natomiast jej uderzenie wywołało u niego tak wielki wstrząs, że „jedno oko zaczęło patrzeć do środka głowy”[26].

W prozie, do czego ma prawo, wybuch bomby przedstawia jeszcze inaczej. Bomba spada na dom nie na początku wojny, lecz w czasie powstania warszawskiego: „I tak całe życie mogłem posługiwać się, że tak powiem, wyraźnie tylko jednym, prawym okiem. Bo na dom, w którego piwnicy siedziałem, będąc małych chłopcem, spadła podczas Powstania Warszawskiego bomba. Tyle że nie wybuchła, bo nie byłoby o czym gadać, za to podmuch był tak potężny, że urwał framugi, okienka, kawał ściany, mnie. Urwało mi co najsłabsze po lewej stronie twarzy, oko pobiegło w głąb czaszki, spozierać. Delikatne tkanki za późno naprawiano po okupacji, nosiłem okulary. Zaślepiano mi oko zdrowe, prawe, by zmusić kontuzjowane lewe oko do patrzenia. Co udało się tylko częściowo”[27].

Młodszy o sześć lat od Andrzeja Łukasz ostrzega mnie przed przyjmowaniem zbyt serio opowieści jego brata: – Andrzej łgał jak pies – mówi bez ogródek.

– Na każdy temat? – pytam.

– Przeważnie.

Domu bezpiecznego już nie ma

Andrzejek kończy cztery miesiące, gdy jego ojciec, jedyny buchalter spółdzielni mieszkaniowej Kolonia na Górnym Łyczakowie, zapisuje się na trzymiesięczny kurs w języku ukraińskim, aby wreszcie nauczyć się prawidłowo sporządzać bilans. Zdaje egzamin z sowieckiej księgowości, ale dyplomu nigdy nie odbierze, gdyż wojna znów przybiera inny obrót – nad Lwowem roi się od niemieckich bombowców. Niemcy przegonili Rosjan i zaczęła się niemiecka okupacja. W październiku Żuławskich odwiedza były wicestarosta z Turki, Władysław Grzędzielski. Wizyta wywraca do góry nogami świat Mirosława: „W ten sposób zostałem wciągnięty do ZWZ[28] – późniejszej AK. I nie jest to żaden epizod w moim życiorysie, lecz fakt, który zaważył na całym moim życiu i nadal waży” – napisze[29].

Jego pierwszym szefem zostaje Lech Sadowski, założyciel i organizator BIP-u[30] Komendy Obszaru. Mirosław ma redagować serwis nasłuchów. Codziennie rano dostaje zwitek bibułek z zapisem nocnych nasłuchów radiowych. Na tej podstawie sporządza zwarty komunikat. Potem jedzie wypełniać obowiązki księgowego owej spółdzielni, która nie nazywa się już Uprawdom, tylko z niemiecka Treuhander.

Wraz z nowym okupantem zmienia się kolorystyka miasta – z czerwonej na czarno-czerwoną; zamiast flag z sierpem i młotem powiewają symbole swastyk.

Żuławscy wraz z matką Czesławy, wysiedleni z zajmowanego mieszkania, przenoszą się do niewielkiej willi na Filipówce przy Lubeckiego 9, naprzeciw Cmentarza Orląt Lwowskich. Dołączają do nich rodzice Mirosława i jego brat. Dom jest własnością ukraińsko-polskiego małżeństwa Prokopowiczów.

Żyje im się ciężko. Zdobycie pożywienia graniczy z cudem. Zbliża się Boże Narodzenie, Sławomir wynosi z domu elegancki płaszcz z aksamitnym kołnierzem, który jeszcze nie tak dawno nosił Mirosław, i zamienia go na krowi łeb. Radość z uczty, jaką rodzina sobie sprawia, szybko przeradza się w dramat. Mirosław z teczką pełną konspiracyjnej bibuły zamiast do punktu kontaktowego trafia do szpitala ze skrętem kiszek. Ratuje go żydowski chirurg. Podejrzewając zapalenie otrzewnej, bierze Żuławskiego na stół operacyjny. Ojciec Andrzeja jest jedną nogą na tamtym świecie, drugą kurczowo trzyma się życia. W domu przecież czekają żona i dziecko. Dochodzi do tego strach, po szpitalu bowiem kręcą się niemieccy policjanci, a w szafce przy jego łóżku leży trefna teczka. Szczęśliwie nikomu nie przychodzi do głowy, by do niej zajrzeć.

Powrót do domu po ciężkiej chorobie nie zwalnia Mirosława od odpowiedzialności za życie rodziny, a urzędowe przydziały na kartki wyglądają na szyderstwo z ludzkich potrzeb. Nie ma czym napalić w piecu, zima zaś surowa. Przymierają więc głodem zziębnięci na kość. „Nieraz nie mieliśmy niczego w ustach przez dwa dni, zajęci oboje tylko tym, żeby dziecko miało swoją papkę ukręconą z mleka, mąki i cukru”[31] – wspomina.

Dramatyczne sceny ze Lwowa, niczym filmowe kadry, będą towarzyszyć Andrzejowi przez całe życie. Na przykład ta, w której niemiecki oficer ratuje jego i matkę podczas łapanki: „Miałem wtedy rok, może półtora, a matka schowała w moich pieluchach bibułę AK, którą redagował mój ojciec. Gdyby Niemiec to odkrył, byłoby już po nas. Ale ten oficer wepchnął nas do jakiegoś składziku, może to był nawet klozet, i przykrył swoim płaszczem. Strasznie się bałem, matka też potwornie drżała, ale oboje siedzieliśmy cicho, czekając, aż minie niebezpieczeństwo”[32] – opowie po latach.

Czy półtoraroczne dziecko może zapamiętać taką scenę? Powątpiewał w to nawet Mirosław. Bardziej prawdopodobne, że syn znał tę historię z opowieści rodziców. Podobnie jak kolejną, opisaną przez Mirosława: „Któregoś dnia ojciec siedział w kuchni i coś sobie smażył, kiedy nasz Andrzejek, który właśnie skończył roczek, począł się okropnie wydzierać w jakimś niezrozumiałym języku. Usiłowaliśmy dojść, o co mu chodzi, ale nie dało rady, bo on wrzeszczał jak oszalały, wyciągając rączki: Pagadyło da! PAGADYŁO da!”[33].

„Pagadyło”, jak się później okaże, to wypiekane przez dziadka placuszki.

Mleko dostarcza Żuławskim kobieta z podlwowskiej wsi, na papkę dla Andrzejka zużywają cały przydziałowy cukier – ćwierć kilograma na osobę. Mąkę nauczyli się otrzymywać sami, mieląc ziarna pszenicy młynkiem domowej konstrukcji.

W 2008 roku, gdy pytam Andrzeja o to, który z domów, w jakich kiedykolwiek mieszkał, wrył mu się najmocniej w pamięć, wskazuje na dworek Wiśniowskich w Dobromilu, gdzie w 1942 roku zamieszkali Sławomir i Maria Żuławscy:

– Dwór dziadków pamiętam bardzo dokładnie z dwóch scen. Ojciec mówił, że to niemożliwe, bym to zapamiętał w wieku dwóch lat. Byłem strasznie głodny, a nie było nic do jedzenia. Ojciec biegał przez cały dzień i szukał. Znalazł jakieś fusy czy otręby i matka z tego piekła placek. Bardzo chciałem go zjeść. Pamiętam też dziadka, pachnącego lawendą i angielskim tytoniem, którego resztki wypalał w fajce. Nosił zawsze tweedowe marynarki, do których zamiłowanie przejął mój ojciec. Pamiętam też ogród, duży, pachnący, sad, rzeczkę za nim i łąki. I balkon, z którego obserwowałem świat, czekając na powrót rodziców z pracy. Reszta tych wspomnień jest okropna, okupacyjna. Pamiętam rzeczy, których żadne dziecko świata nigdy nie powinno oglądać.

Andrzej miesza tu wspomnienia ze Lwowa z tymi z domu dziadków w Dobromilu, gdzie był tylko raz. Placki z fusów po kawie zbożowej na oleju rycynowym wypiekała nie matka, lecz dziadek Sławomir w wynajmowanym piętrze willi.

Karmiciel

Mirosław przez swoją chorobę traci posadę w spółdzielni mieszkaniowej. Działa w konspiracji, redaguje biuletyny. Wiosną 1942 roku zostaje wysłany na kilkutygodniowe przeszkolenie do Warszawy – zdumiewa go dostępność żywności, wystarczy tylko mieć pieniądze, gdy tymczasem we Lwowie nie mają one większego znaczenia.

Melduje się w Komendzie Głównej AK u szefa BIP-u Jana Rzepeckiego. Odbywa spotkania ze specami od informacji, konspiracji i propagandy. Kierownictwo AK uważa, że Mirosław powinien mieć dobrą pracę, czyli taką, która uchroni go przed aresztowaniami. Po powrocie do Lwowa ma się zgłosić do doktora Mossinga, zastępcy profesora Weigla w instytucie wyrabiającym szczepionki przeciwko tyfusowi plamistemu, na który na rozległych frontach niemieckich powszechnie zapadają żołnierze.

Instytut ma strukturę piramidy: „Podstawę stanowili hodowcy. To oni hodowali z jajeczek wszy, dbali o ich rozwój i czystość klatek, bo wesz nie znosi brudu. Następną część piramidy wypełniali karmiciele, dzielący się na dwie kategorie: tę wyższą arystokrację karmiącą wszy zarażone już zarazkami Ricketsia prowazeki, oraz plebs, oddający krew wszom zdrowym. Wszami zakażonymi, które poznawało się po tym, że miały w przezroczystych odwłokach bardzo czerwone jelitka, zajmowali się preparatorzy. Pod binokularem wyjmowali na szkiełku za pomocą igły i nożyka cieniutkie jelitka i umieszczali je w pojemniczkach. Preparator musiał osiągnąć normę tysiąca ośmiuset jelitek dziennie. Karmiciel karmił osiem tysięcy wszy między siódmą a ósmą rano. Dlatego ta »praca« była tak cenna dla akowskiej konspiracji: pozostawiała potem cały dzień wolny. Na szczycie piramidy stał sam profesor – wielki kapłan tyfusowej magii”– opisuje Mirosław Żuławski[34].

Ojciec Andrzeja pomyślnie przechodzi zlecone badania – nie ma przeszkód, by został karmicielem. Odtąd każdego ranka wyrusza do instytutu, a tam gumowymi paskami przymocowuje sobie do łydek po dwa rzędy klatek wypełnionych wszami i przez godzinę siedzi nieruchomo, by owady mogły się pożywić jego krwią. Wieczorem łydki swędzą niemiłosiernie, ale drapać się nie wolno, bo można spowodować zakażenie, wskutek którego zachorują kolejne wszy, a karmiciel straci pracę.

Czesława i Mirosław z dwuipółletnim Andrzejem

W gronie karmicieli i preparatorów jest niemal całe kierownictwo konspiracji, a także pisarze i naukowcy, m.in. Zbigniew Herbert, Adam Holland, Stefan Kryński – filar polskiej mikrobiologii, literaturoznawczyni Stefania Skwarczyńska oraz Stanisława Grabska, córka byłego ministra. Wszyscy chronieni „glejtem” z pieczęcią instytutu – Niemcy panicznie boją się zarażenia tyfusem i nawet podczas ulicznej kontroli dokumentów do minimum ograniczają kontakt z potencjalnym nosicielem tej choroby. Dzięki pracy w instytucie Weigla poprawia się sytuacja bytowa rodziny – Mirosław dostaje dodatkowy przydział kiełbasy. Pogorszeniu za to ulega atmosfera w domu. Mały Andrzej wciąż słyszy matkę pokrzykującą na ojca, że naraża życie najbliższych. Cała rodzina co trzy miesiące musi się poddawać bolesnym szczepieniom ochronnym.

Któregoś dnia okazuje się, że Mirosław musi porzucić to zajęcie – wskutek zatrucia białkiem wszowym dostaje ostrego kłębuszkowego zapalenia nerek. Po wyjściu ze szpitala awansuje na preparatora, ale na krótko, gdyż Niemcy wobec klęski frontu wschodniego, przed ponownym wejściem do Lwowa Rosjan przenoszą instytut do Krakowa.

Wspomnienia Mirosława z tego okresu znajdą wyraz na ekranie – po latach na prośbę syna napisze nowelę wyjściową[35], na której podstawie powstanie scenariusz i Andrzej wyreżyseruje swój fabularny debiut.

Andrzejku, trzymaj się krzesła

Zdaniem psychologów rodzaj relacji ze światem dorosłych wyuczony w pierwszych dwóch latach życia dziecko przenosi do swojego dorosłego świata, pierwsze cztery lata zaś mają fundamentalne znaczenie dla kształtowania się jego osobowości.

„Może nie wszystko widział, wiedział i rozumiał, ale musiał odczuwać niedostatek, zimno i niepokój rodziców o każdą chwilę – pisze o synu Mirosław. – Musiały mu zapadać w podświadomość strzępy rozmów, jakie starsi prowadzili, kiedy zasypiał. Były noce, które spędzał w piwnicy zawinięty w kocyk, kiedy na zewnątrz wybuchały bomby. Otaczaliśmy go wielką miłością, ale czy mogła ona zrównoważyć okropność świata, w którym nie było miejsca dla jego dzieciństwa?”[36].

Andrzej zapytany u schyłku życia o wymarzone prezenty, mówi, że jako dziecko nie nauczył się ich przyjmować. „Nigdy nie miałem swoich zabawek, książeczek, pierwsze ubranko mama uszyła mi z kotary okiennej, bo we Lwowie nie było z czego, i to się tak jakoś utarło, że nie dostawałem prezentów. Matka nie przygotowywała ich na święta. Dlatego każda forma prezentu, dana ze szczerego serca, do dzisiaj sprawia mi kolosalną przyjemność. Podobno robię się czerwony jak burak i się chowam, bo się wzruszam”[37].

– Myślę, że przeżycia z wczesnego dzieciństwa wywarły na niego wielki wpływ. Rodzice musieli zarabiać na życie, więc wychodzili z domu. Czasem z Andrzejem zostawała babcia, ale zdarzało się, że był sam, a obok domu spadały bomby. Jak już potrafił chodzić, stawiali na środku pokoju krzesło, wołali go i przykazywali: „Andrzejku, chodź, złap się krzesła. Masz się go trzymać i nie puścić, dopóki nie wrócimy”. A on stał tak godzinę, dwie, trzy, zsiusiał się na podłogę, ale krzesła nie puścił. Jaki to wywiera wpływ na psychikę? Strach gdzieś zostaje. I niepewność siebie. Niepewność jutra. Andrzej strach przed życiem zagłuszał alkoholem. Powiedziała to Zosia, jak się rozstawali – mówi Mateusz.

Inna sytuacja: Andrzej stoi w oknie i ogląda świat. Z jednej strony domu widok jest sielski: sady, działki, ogródki; z drugiej bardziej przyziemny: ulica, przy której stoi inny dom, a na jej końcu usypany z ziemi wał i drzewa. Na tę „przyziemną” stronę wychodzą okna balkonowe mieszkania Żuławskich. Wystarczy wyjść na balkon, żeby zobaczyć horror – pod wałem Niemcy przeprowadzają egzekucje miejscowej ludności.

Któregoś dnia Andrzej w budynku naprzeciw spostrzega dziewczynkę bawiącą się lalką.

„I myśmy zaczęli wymieniać się spojrzeniami, okrzykami, śmiechami, bo było nudno. Mogliśmy mieć, nie wiem, po trzy lata, trzy i pół? I pamiętam, jak ona pewnego dnia wrzasnęła coś do mnie w języku, którego nie rozumiałem. Pewnie odkrzyknąłem, nie pamiętam co. Ona krzyknęła to samo jeszcze głośniej, a dołem przechodzili Niemcy. Pamiętam takiego pana oficera w czarnym mundurze, on się tak obejrzał na nią i coś tam powiedział. Niemcy weszli do jej domu od dołu, ja się schowałem i nigdy więcej już jej nie zobaczyłem”[38].

Zima 1942 roku nie okazuje się dla rodziny łaskawa – w Dobromilu umiera babcia Mirosława ze strony matki, Joanna Wiśniowska. Jego rodzice, Maria i Sławomir, decydują się na objęcie gospodarstwa. Szczególnie prze do tego Sławomir, który nie znosi miasta. W Dobromilu znów ma przed sobą pola i lasy, przy okazji ożywa jego zmysł praktyczny – zaczyna hodować króliki. Paczki z króliczymi tuszkami zasilą wkrótce spiżarnię Czesławy i Mirosława, którzy dla konspiracyjnych towarzyszy wydadzą nawet kilka „bankietów”.

Mirosław z sentymentem wspomina Dobromil: „To był nasz dom i nigdy nie mieliśmy innego, a te wszystkie inne to były tylko mieszkania”[39]. W połowie sierpnia 1943 roku zdąży tam jeszcze zawieźć żonę i synka, żeby pooddychali świeżym powietrzem. Urzeka go panujący w Dobromilu spokój. Wokół wojna, a w miasteczku błoga cisza. Chodzą z dzieckiem na spacery, potem Andrzejek biega po podwórku z królikami. Lubi też oglądać świat z wysoka – ojciec sadza go na gałęzi gruszy, na której sam w dzieciństwie chętnie przesiadywał. Dom stoi na wzgórzu, w dole widać tłum pielgrzymów zmierzających do Kalwarii Pacławskiej. Piękny czas.

Filipówka

Tymczasem w miejsce rodziców Mirosława do willi na Filipówce przydział z urzędu dostaje młode małżeństwo. Ona, Bolka, nauczy Czesławę gotować, on, Marian, utrzymujący się z handlu obwoźnego, będzie im umilał wieczory grą na wiolonczeli.

Co jakiś czas przychodzi do domu niemiecki oficer lub cywil z nakazem rekwizycji pokoju lub dwóch. Gdy dowiaduje się, że ma do czynienia z karmicielem wszy, natychmiast się wycofuje. Ale to już przeszłość. Po likwidacji instytutu Weigla Mirosław oficjalnie pracuje w Polskim Komitecie Opiekuńczym[40], a w rzeczywistości całymi dniami przesiaduje w domu, tłukąc w maszynę do pisania. Redaguje „Biuletyn Ziemi Czerwińskiej” do którego materiały dostarczają łączniczki. Prócz tego przygotowuje wydawnictwa okolicznościowe, dodatki w formie zbiorów wierszy. Tomik Śpiew wojny opracowuje ze Stefanią Skwarczyńską. Wszystko, co potrzebne do pisania – papier, przebitki, kalki i małe radio ze zrzutów – chowają z Czesławą a to w wydrążonej stołowej nodze, podstawie ozdobnej lampy, a to we wnętrzu wałka do ciasta. Maszyna do pisania, remington, ląduje przykryta czymś w kącie. Mirosław wtajemnicza żonę w swoje sprawy: „Skoro nasz dom zamienił się w tajną redakcję, wciągnąłem żonę do AK, gdzie była na zmianę maszynistką i łączniczką”[41].

Wokół tego faktu Andrzej buduje legendę: w wywiadach opowiada, jak to rodzice znaleźli się w AK, wzajemnie o swojej działalności nie wiedząc, aż któregoś dnia, ku obopólnemu zdziwieniu, spotykają się na jednym z tajnych zebrań[42]. Ładna scena, filmowa, bez dwóch zdań. Tyle że nieprawdziwa.

Tymczasem wojna odciska piętno na lwowskim odłamie rodu Żuławskich. W czasie klęski wrześniowej umiera stryj Bohdan. Jego syn Leszek z frontu trafia do oflagu. Piękną Halę, jego matkę, któregoś dnia NKWD wywozi w głąb Rosji. O mały włos podobny los spotkałby akurat nocujących u nich Sławomira z Mirosławem. Ojca Andrzeja uratowała legitymacja przedwojennego Związku Zawodowego Literatów Polskich – enkawudziści postanowili pokazać, jak dobrze w Kraju Rad traktuje się ludzi kultury. Sławomirowi zaś przysłużyła się teczka, w której miał brzytwę do golenia. Wzięty za „fryzjera”, nie był cennym kandydatem do wywózki. Hala wyszła z Rosji z armią Andersa, ale do Polski nie dotarła – zmarła w Stambule na tyfus. Sławomir aresztowany w końcu przez enkawudzistów w Dobromilu – „Bóg wie dlaczego”, jak pisał Mirosław[43] – i wsadzony wraz z innymi Polakami do bydlęcego wagonu, którym miał dojechać na Syberię, nie wytrzymał podróży. Jego ciało gdzieś po drodze wyrzucono z pociągu.

Wuj Kazik Wiśniowski, brat matki Mirosława, który jako osiemnastolatek zamiast studiować w Akademii Sztuk Pięknych, poszedł do Legionów, ma piękną kartę. W kampanii wrześniowej walczył u boku Sosnkowskiego, przeżył więzienie na Łubiance, a później pełnił odpowiedzialne funkcje w Polskich Siłach Zbrojnych i walczył pod Monte Cassino. Służbę zakończył w stopniu generała. Po wojnie osiadł w Londynie, poślubił byłą agentkę wywiadu, Halinę Szymańską, i zajął się renowacją starej porcelany.

Andrzej na wakacjach w Dobromilu, 1943

Marzenie Mirosława, żeby po wojnie choć na chwilę pojechać do Dobromila, nigdy się nie spełniło. Miasteczko znalazło się poza granicami Polski, a on mógł jedynie przy dobrej pogodzie patrzeć na dworek z wieży polskiego kościoła w Kalwarii Pacławskiej.

Z perspektywy piwnicy – mit drugi

Obrazy ze Lwowa zostają Andrzejowi w pamięci na całe życie.

Oto ojciec stoi przy piwnicznym oknie i trzyma na rękach syna. Jest rok 1944, do miasta ponownie wkroczyli Rosjanie. Wycofujący się Niemcy w pośpiechu likwidują społeczność Lwowa. Potem opisze to Andrzej: „(...) zaczęli od zabijania wariatów w szpitalach, potem byli Cyganie, których akurat było we Lwowie mało, Żydzi, potem księża, a jeszcze później inteligencja polska. Nie wiedząc czego, strasznie się bałem tego, co widzę na ulicach. Bałem się również strachu swoich rodziców”[44].

Scenę w piwnicy zapamiętała również zaprzyjaźniona z Czesławą i Mirosławem Wilhelmina Skulska-Kruczkowska (Lea Horowitz, żona Andrzeja Kruczkowskiego, matka Anny Bikont i Marii Kruczkowskiej): „W piwnicy lwowskiej kamieniczki, służącej jako schron, przykucnął obok mnie malutki, nie ma co ukrywać – prześliczny chłopczyk i patrzył błagalnie, jak gdyby wierzył, że potrafię uciszyć ten piekielny łomot atakujących samolotów”[45].

Wilhelmina, na którą mówiono Ludka, jest jedną z trzech osób pochodzenia żydowskiego, którym – wedle relacji Andrzeja Żuławskiego – podczas niemieckiej okupacji we Lwowie jego rodzice udzielali schronienia. W autobiograficznym Zaułku pokory konkretyzuje, że „na strychu naszego domu we Lwowie”, w wywiadzie-rzece zaś mówi o dwóch osobach: „Rodzice ukrywali dwóch przyjaciół Żydów na strychu, ale ja o tym nie wiedziałem, bo oni mi nie powiedzieli. Dowiedziałem się po fakcie”[46].

Tyle że Żuławscy nigdy domu we Lwowie nie posiadali. Przeszukuję spis przedwojennych właścicieli lwowskich nieruchomości, ale ani nazwisko „Janiak” (teściowej Mirosława), ani „Żuławski” w nich nie figuruje[47]. Na Filipówce nie mogli nikogo ukrywać bez wiedzy właścicieli, a z zajmowanego wcześniej mieszkania przy Żyżyńskiej[48] zostali wysiedleni przez Niemców w 1941 roku wraz z innymi lokatorami budynku.

Dwie pozostałe osoby pochodzenia żydowskiego, którym mieli rzekomo pomóc rodzice Andrzeja, to Luc Gelberg, lwowski adwokat, po wojnie oddany partii marksista[49], oraz Ewa Fiszer, poetka i tłumaczka, do końca życia przyjaciółka domu Żuławskich[50].

Ale Ewa Fiszer urodziła się w Warszawie i przeżyła tu całą okupację. Potwierdzone jest też jej uczestnictwo w powstaniu warszawskim jako łączniczki AK[51].

– Przede wszystkim Ewa nie była Żydówką – tłumaczy Józef Hen.

Zwracam się do Andrzeja Gelberga (jego ojciec już nie żyje) z prośbą o wyjaśnienie tego tragicznego momentu z przeszłości. Odpisuje mi tego samego dnia:

Szanowna Pani,

prawdą jest, że w okresie międzywojennym, a także w latach 1939–1940 oraz po wojnie mój ojciec przyjaźnił się z rodziną Żuławskich – Mirosławem i jego żoną. W latach 50. jako kilkuletni chłopak bywałem w domu Żuławskich i tam poznałem trójkę ich synów, starszego ode mnie Andrzeja i młodszych – Mateusza i Łukasza.

Nie jest natomiast prawdą, że mój ojciec był w czasie niemieckiej okupacji Lwowa ukrywany przez żonę M. Żuławskiego, gdyż jeszcze przed napaścią Niemców na Związek Sowiecki, w czerwcu 1941, został wywieziony do Kazachstanu, skąd wrócił do Polski w roku 1947. Informacja jakoby matka Andrzeja przechowywała mojego ojca jest zwykłą konfabulacją, nie pierwszą w twórczości prozatorskiej wybitnego reżysera.

Z wyrazami szacunku

Andrzej Gelberg

Anna Bikont pisze krótko: „To nie jest prawda”. Potem jeszcze rozmawiamy: jej mama w czasie wojny miała dobre papiery nieżyjącej Polki i nie było potrzeby jej ukrywać.

Zatem wątek ten należy traktować jako literacki – podobnych historii było w owym czasie wiele. Nierzadko kończyły się one tak samo tragicznie, jak to opisuje Żuławski: „Przyjaciel Żyd, którego moi rodzice na strychu ukrywali, nie wytrzymał tej ciemności, w biały dzień wyszedł na ulicę i przeszedł pięćdziesiąt metrów, zanim mu SS-man strzelił w tył głowy z pistoletu, każąc mu uprzednio klęknąć”[52].

Cudownych ocaleń ciąg dalszy

W 1944 roku Czesława spodziewa się drugiego dziecka. Marzy o córce.

Mirosław działa w konspiracji. Robi się gorąco. AK zalicza kilka niezależnych od siebie fatalnych wpadek – szefa sztabu, szefa BIP-u, kierownika drukarni i dowódcy grupy do likwidacji konfidentów.

Żuławscy starają się wieść w miarę normalne życie i wieczory chętnie spędzają u przyjaciół, Adama i Alicji Ostrowskich. A tam w większym gronie toczą rozmowy o literaturze – taki nocny salon literacki. Nocny, bo do domów wraca się rano. Adam jest Delegatem Rządu na Obszar Południowo-Wschodni, z Mirosławem znają się jeszcze ze Studium Dyplomatycznego. Inny uczestnik spotkań, Zygmunt Łanowski, działa w AK i jest w Delegaturze Rządu. Bywa tam także Kazimierz Żygulski, przyszły socjolog. Literaci czytają swoje opowiadania, omawiają książki Witkacego, Spenglera, Hegla.

Wraz z wejściem Sowietów do Lwowa Mirosław otrzymuje rozkaz: ma się ujawnić jako adiutant Komendanta AK. Dostaje mundur, ulega jednak prośbom Łanowskiego, by to jemu odstąpić ten honor. Mundur pasuje na obu, komendant wyraża zgodę. Adiutantem generała Filipkowskiego zostaje Łanowski. Ze Lwowa wyjedzie w chwale, cztery lata później wróci jako cień człowieka – aresztowany przez NKWD, w sowieckich łagrach nabawi się gruźlicy. Przeżyje dzięki szwedzkiemu programowi pomocy.

Mirosław jest tłumaczem dla obcokrajowców zbiegłych ze stalagu. Ma też inne ważne zadanie: opracowuje odezwy komendanta obszaru o akcji „Burza”. Ma ona na celu atak na straże tylne wycofujących się Niemców i wsparcie Armii Czerwonej, gdy ta przekroczy wschodnią granicę II Rzeczypospolitej.

Żuławscy nadal mieszkają na Filipówce, tyle że dla bezpieczeństwa częściej przebywają w suterenach domu niż na swoim piętrze. Chodzą tam tylko się ogrzać lub coś zjeść. Ale i na dole nie jest bezpiecznie – przez wybite okna wpadają odłamki pocisków. Krytyczna noc, kiedy Niemcy decydują się na odwrót, przypada na 21–22 lipca 1944 roku. Przyjaciele Mirosława z AK, żołnierze z oddziałów leśnych, włącznie z komendantem obszaru, zostają aresztowani przez Rosjan i wywiezieni na wschód. Tam są wcielani do armii Berlinga.

NKWD w końcu przypomina sobie o Mirosławie i w listopadzie 1944 roku funkcjonariusze przychodzą po niego na Filipówkę. Nie zastają go w domu – jest w pracy, w Teatrze Polskim. Dostał bowiem kolejną posadę – asystenta reżysera, Aleksandra Bardiniego. (Historia lubi zataczać koło. Po latach do Bardiniego zwróci się pianista Janusz Olejniczak z prośbą o radę, czy ma zagrać Chopina w filmie Andrzeja Żuławskiego).

Wiadomość o odwiedzinach NKWD szybko dociera do teatru. Dyrektor na piśmie udziela Mirosławowi urlopu i radzi jak najszybciej zniknąć. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności akurat do Lwowa przyleciał znajomy Żuławskiego, Karol Kuryluk[53], który „miał jakimś cudem jeszcze jeden bilet na samolot do Lublina”[54]. Żuławski chętnie z niego korzysta i zostaje w Lublinie trzy tygodnie. Zatrzymuje się u Ostrowskich, którzy już wcześniej przeprowadzili się tam całą rodziną i zdążyli zadomowić.

Ani Mirosław, ani jego najbliżsi koledzy z AK nie wiedzą o planowanych zmianach wschodnich i zachodnich granic Polski, o czym oficjalnie zadecyduje później konferencja w Jałcie. Nie wiedzą, mimo że emisariusz Jan Karski już 28 lipca 1943 roku przekazał tę – zasłyszaną od Roosevelta – wiadomość polskim władzom podziemnym. Powodu milczenia Mirosław nie zrozumie nigdy. Do ostatnich swoich dni będzie się zastanawiał, „dlaczego nie doszły one do nas, cośmy tę beznadziejną robotę musieli wykonać i do samego końca z ogromnymi stratami w ludziach i spustoszeniami w duszach i umysłach?”[55].

Siostra umiera „na naszych rękach”, budowanie mitu

Jest po upadku powstania warszawskiego, w Lublinie czuje się powiew polskości. Mirosław marzy, by jego córka przyszła na świat już w wolnej Polsce. Na ile jednak wolnej?

Sytuacja polityczna okazuje się skomplikowana. Po odkryciu grobów ofiar zbrodni katyńskiej w 1943 roku Moskwa zerwała stosunki dyplomatyczne z Rządem RP na uchodźstwie i zaczęła tworzyć nowy ośrodek polityczny, który po wojnie obejmie władzę w Polsce. I tak na terenach ZSRR w maju 1943 roku zawiązuje się Związek Patriotów Polskich, a w Sielcach nad Oką rozpoczyna formowanie 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Zgodnie z przygotowaną przez Władysława Gomułkę deklaracją O co walczymy? rząd na uchodźstwie „wyłoniony przez przypadkowo zebrane na emigracji elementy, opierający się na antydemokratycznej, nielegalnej (...) konstytucji z 23 kwietnia 1935 r. nie może być powołany do realizowania ustroju demokratycznego w odrodzonej Polsce” – to zadanie dla Rządu Tymczasowego, który powinien powstać w kraju „na płaszczyźnie porozumienia się wszystkich antyfaszystowskich i antyreakcyjnych sił społecznych tworzących Antyfaszystowski Front Narodowy”. 21 lipca 1944 roku w Chełmie formuje się komunistyczny Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN), tymczasowy organ władzy wykonawczej.

Kiedy Mirosław przybywa do Lublina, wszystkie te zdarzenia są już faktem, a Lublin „z etapowego – po Chełmie – miasta PKWN-u począł stawać się stolicą ocalałych od śmierci i zagłady”[56]. Przyjeżdżają tu artyści, literaci, uczeni. Co chwila ktoś komuś wpada w ramiona z okrzykiem radości. Ocaleli! Żyją! Mirosław chciałby tu sprowadzić najbliższych. Nadarza się okazja: Sowieci zgodzili się uwolnić z więzień akowców i z Lublina pojadą po nich dwie ciężarówki, można spróbować się z nimi zabrać. Ministerstwo Kultury daje mu stosowne papiery: wyjazd ma klauzulę „służbowy” – w związku z planowanym wystawieniem Wesela w Teatrze Wojska Polskiego w Lublinie[57] konieczne jest nawiązanie stosunków z Teatrem Polskim we Lwowie. Tyle że teraz potrzeba wizy radzieckiej, a Mirosław przybył do Lublina bez takowej. Jednocześnie polskie ministerstwo nie może delegować rosyjskiego obywatela... I znów Żuławski ma szczęście: spotyka dawnego znajomego Władysława Wolskiego, który pełni teraz funkcję pełnomocnika do spraw repatriacji. Dzięki niemu Mirosław może nie tylko wrócić do Lwowa, lecz także z niego wyjechać razem z rodziną.

W domu zastaje tylko synka. „Ledwie wszedłem do naszego mieszkania, mały Andrzejek – właśnie ukończył cztery lata – powiedział poważnie, nie przerywając jakoś za bardzo mechanicznego układania klocków: – Mamusia jest już w szpitaliku... Nazajutrz miałem się dowiedzieć o utracie córeczki (...). Odebrałem Izabelę ze szpitala i jak tylko zaczęła przychodzić do siebie, zabraliśmy się do pakowania; było tego wszystkiego dwie walizy i dwa tłumoki – jeden z pościelą, drugi z książkami”[58] – opisuje, zmieniając przy okazji imię żony na bardziej literackie.

Mirosław nigdy więcej o nowo narodzonym dziecku nie wspomina, nie ma też mowy o pogrzebie. Za to Andrzej często przywołuje – w wywiadach i swoich autopowieściach – postać siostry, która zmarła „z chłodu, głodu i tyfusu”.