Wydawca: Rea-SJ Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Zryw. Grać, aby żyć ebook

Dmitrij Rus  

4 (1)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zryw. Grać, aby żyć - Dmitrij Rus

Zryw – ten niezwykły fenomen wstrząsnął światem. Oddając się ulubionej grze online i całkowicie pogrążając się w wirtualu – bądź ostrożny. Prawdopodobieństwo, że twoja świadomość zrzuci pęta niedoskonałego ciała i na zawsze pozostanie w wirtualnym świecie, jest całkiem spore. Biada temu, kto ugrzązł w tetrisie. Nie do pozazdroszczenia jest także los tych, którzy setki razy dziennie muszą spalać się w zbroi symulatorów czołgu. Ale może ludzie, którzy świadomie skorzystali z fenomenu zrywu i dobrowolnie pogrążyli się w bezkresnym świecie miecza i magii, powinni zostać nazwani szczęściarzami?

Los nie dał Glebowi szczególnego wyboru. Wyrok śmierci, wydany przez diagnozę lekarską, ukazał ostatnią z kart kalendarza jego życia. Jak postąpić – pokornie gasnąć, wykreślając jeden po drugim pozostałe dni, czy może zaryzykować, decydując się na zryw? Gleb dokonał wyboru.
Przed nim życie wieczne, wierni przyjaciele, ukochana kobieta i kilometry dróg nowego, skomplikowanego świata, z blaskami i cieniami pełnej wolności i braku ograniczeń.

Opinie o ebooku Zryw. Grać, aby żyć - Dmitrij Rus

Fragment ebooka Zryw. Grać, aby żyć - Dmitrij Rus

Tytuł oryginału: Играть чтобы жить: Срыв

Tłumaczenie z języka rosyjskiego: Igor Zakrzewski

Współpraca: Igor Adam Zakrzewski

Projekt okładki: Sergiej Kurbatow

Redakcja: Anna Wajs-Magierska

Korekta: Aneta Gawędzka-Paniczko

Koordynacja prac redakcyjnych: Anna Wajs-Magierska

Koordynacja projektu: Witold Bójski

© Rus D., 2013

Wydanie polskie © Wydawnictwo REA-SJ, 2016

ISBN 978-83-7993-238-2

Wydawnictwo REA-SJ Sp. z o.o.

Dział Handlowy

ul. Kościuszki 21, 05-510 Konstancin-Jeziorna

tel. 22 631 94 23; fax 22 632 21 15

e-mail: handlowy@rea-sj.pl

www.rea-sj.pl

Skład i łamanie wersji drukowanej: Gravite DTP, Olsztyn

Druk i oprawa: Drukarnia Skleniarz, Kraków

Wszelkie prawa zastrzeżone. Każda reprodukcja, adaptacja całości lub części niniejszej publikacji, kopiowanie do bazy danych, zapis elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny, dźwiękowy lub inny wymaga pisemnej zgody Wydawcy i właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

M:\TXT\RUS\IGR-CH-J\ig-j-new.doc

546 100 bajtów

Szczególnie ważne.

Wyłącznie do rąk własnych.

W jednym egzemplarzu.

Z notatki analitycznej dla Prezydenta Federacji Rosyjskiej:

„…Z podsumowania za miniony rok 203Х, w wyniku zaistnienia fenomenu zrywu, straciliśmy 82 000 osób, czyli 3,2 razy więcej niż rok wcześniej. Należy jednak zauważyć, że zniknięcie owych obywateli w zasadzie jedynie wzmacnia zasób genetyczny narodu i zmniejsza obciążenie gospodarki narodowej. Wśród ludzi, którzy dobrowolnie odeszli w zryw, ponad 89% stanowią osoby w starszym wieku, niepełnosprawne, nieuleczalnie chore, element aspołeczny bądź ludzie po prostu infantylni i źle przystosowani do realnego życia. Krótko mówiąc – balast społeczny.

Po wprowadzeniu 16. Poprawki do Ustawy o Internecie i rzeczywistości wirtualnej, ograniczającej przebywanie w wircie do 4 godzin na dobę, liczba zrywów spontanicznych zmniejszyła się do 2600 przypadków rocznie. Pomimo iż w USA i krajach Europy Zachodniej czas przebywania w wircie został ograniczony do 3 godzin, nie widzimy potrzeby naśladowania tej praktyki, tym bardziej, że taki krok wywołałby energiczne przeciwdziałanie Żelaznego Lobby. Jednakże już obecnie należy zalecić zatroszczenie się o szereg posunięć ochronnych, mających na celu zmniejszenie i stopniowe sprowadzenie do zera strumienia obywateli, pragnących dobrowolnie skorzystać z fenomenu zrywu. Proponujemy następujące działania:

1. Ograniczenie ustawowe stopnia uszczegółowienia wirt-światów.

2. Określenie maksymalnego poziomu konfiguracji i topowej kompletacji kapsuł wirtu.

3. Przymusowe pogorszenie jakości łączności, posunięte aż do pseudoprzypadkowych rozłączeń co każde X godzin.

4. Całkowity bądź częściowy zakaz podłączeń do wirt-światów o stopniu wirtualizacji ponad 40% dla obywateli określonych kategorii, takich jak urzędnicy, wojskowi, wartościowi pracownicy naukowi i osoby dopuszczone do tajemnic wszystkich stopni…”

ROZDZIAŁ 1

– Miesiąc. Pozostał panu miesiąc, bardziej bądź mniej pełnowartościowego życia – lekarz zdjął okulary i zmrużył zmęczone oczy.

To zrozumiałe, że taki już jest lekarski zawód. Nie może nie przemienić każdego romantyka w zatwardziałego cynika. Wyglądało jednak na to, że TAKICH nowin wypowiedzieć pacjentowi prosto w oczy nie było mu łatwo.

– Miesiąc… – powtórzył przedwcześnie posiwiały profesor. Potrząsnął głową i przez zaciśnięte w wąską szparkę wargi rąbnął całą prawdę. – А zresztą, wszystko zależy od tego, czego panu zabraknie wcześniej: zapasu zdrowia, chęci życia pomimo wciąż wzmagającego się bólu, czy też pieniędzy na nietanią terapię i medykamenty. Pan wybaczy, że mówię tak brutalnie i nie owijam w bawełnę. Ja naprawdę bardzo współczuję… Zwykle diagnozy z listy A komunikujemy tylko krewnym, jednak danych o takowych pan nam nie podał… Proszę mi wybaczyć… Wydaje mi się niewłaściwe, by swój ostatni miesiąc pan spędził w szpitalnych kolejkach. Nieoperowalny guz w mózgu – to niestety koniec drogi. Medycyna współczesna jest tu bezsilna. Zalecałbym uporządkowanie swoich spraw, zwrócenie długów przyjaciołom, może jeszcze przejażdżkę nad morze z bliską osobą…

Doktor mówił coś jeszcze, lecz dźwięk jego głosu wygasał, wyrazy docierały do mnie z trudem. Zastygłym wzrokiem spoglądałem na ręce lekarza, który wciąż przekładał jakieś papiery, а w głowie kołatała mi tylko myśl: „Jak to?! Za co?! Mam przecież ledwie trzydzieści jeden lat, życie dopiero zaczęło się układać, jaki tam do diabła rak?”

Raptem świadomość poraziły mi słowa medyka. Współczesna medycyna? Powiedział „współczesna”? А medycyna przyszłości? Ta to już na pewno potrafi?

Wypadłem z krzesła, aż żałośnie skrzypnęło – pewnie wyroków śmierci słyszało więcej niż ława oskarżonych – i wyjąkawszy słowa pożegnania, rzuciłem się do drzwi. Nie czekałem na windę. Skacząc po trzy-cztery stopnie, w rekordowym tempie dotarłem do parkingu i klapnąłem na fotel kierowcy w swoim hyundaiu. Wyjąłem z futerału komunikator, uruchomiłem przeglądarkę i zaciskając zęby, usiłowałem przypomnieć sobie, co też naszczekiwało radio po drodze do pracy? „Sprzedajemy nieśmiertelność… Szansa na wieczne życie… Zobaczyć przyszłość na własne oczy… Centrum Przedłużania Życia…”. Skrupulatnie wyważone przez marketingowców slogany utkwiły w głowie, a jednak potrzebne info wyparowało. Jakże się to centrum nazywało? Na próbę skupienia głowa odpowiedziała kolejnym napadem bólu, przed oczyma pojawiły się kolorowe kręgi. Zmarszczyłem się i zamarłem na sekundę, przeczekując atak. Po omacku znalazłem pudełko ze środkami przeciwbólowymi – kiedy to ostatni raz brałem? Bodaj że o dziesiątej, po śniadaniu? A więc za wcześnie, trzeba odczekać chociażby parę godzin, i tak przedawkowałem – doktor zganił, wątrobę tak można załatwić. Żartowniś… Kurde, jakże ta firma się nazywała? Аrcansas, Аlcatraz… Аlcor! Dokładnie, Alcor! Pośpiesznie wyguglałem telefon moskiewskiego biura i zaraz wystukałem.

– Fundacja Przedłużania Życia Alcor – rozległ się melodyjny dziewczęcy głos, tchnący szczerym pragnieniem przyjścia z pomocą.

– E… – zająknąłem się. – Dzień dobry… Chciałbym dowiedzieć się czegoś na temat zamrożenia krio, gdzie można podjechać i dowiedzieć się o wszystkich szczegółach?

– Jasne, proszę przyjąć współrzędne dla nawigacji…

Już po czterdziestu minutach zaparkowałem koło wypasionego centrum biznesowego, gdzie Alcor wynajął całe piętro. Wznoszenie szybkościową windą wywołało lekki dziecięcy zachwyt, zepsuty przez nowy atak bólu głowy. Więc jednak nie wytrzymałem i na sucho połknąłem pigułkę znieczulającą, prosząc ją, by serdecznie pozdrowiła wątrobę – niech się nie gniewa i nie liczy, że po mojej śmierci zostanie przekazana alkoholikowi milionerowi.

Мenedżerka obsługująca klientów była bardzo młoda i wyzywająco piękna. Surowy urzędowy kostium był uzupełniony pikantnym rodzynkiem w postaci „przypadkowo” niedopiętego guzika bluzki, co nieco powiększało strefę dekoltu i pobudzało fantazję. Pomimo młodego wieku mówiła jak profesjonalistka – brzmienie, oczy wyrażały uwagę i głębokie współczucie.

– W Stanach nasza firma działa już od lat sześćdziesiątych. Mamy teraz dziesiątki ośrodków na całym świecie, a i na rosyjskim rynku usług krio jesteśmy obecni od pięciu lat. Zresztą, panu dopisało szczęście – w związku z jubileuszem mamy imponujące zniżki!

– Przepraszam – przerwałem reklamową mowę. – А jak wygląda sama procedura, no i jakiego rzędu są ceny, chciałbym wiedzieć.

– Rzecz jasna! Po dokonaniu wpłaty i zawarciu kontraktu otrzyma pan specjalny czujnik medyczny, który będzie obserwował pańskie zdrowie, mając bezpośrednie połączenie z naszą brygadą reanimacyjną. W przypadku wystąpienia stanów zagrożenia, przez pewien czas brygada będzie nieodłącznie panu towarzyszyć. Po otrzymaniu oficjalnego zaświadczenia o zgonie, medycy przystępują do operacji przygotowania klienta do zamrożenia…

– Pani poczeka! – przerwałem z otwartymi ustami. – Jakiego zaświadczenia o zgonie? Zamierzacie czekać, aż umrę?

Мenedżerka ze zrozumieniem skinęła głową, pytanie wyraźnie nie było dla niej nowe.

– Tak. Przecież nie możemy pana zamrozić żywego, według wszystkich istniejących ustaw byłoby to zabójstwo. Stąd też najpierw musimy otrzymać dokument prawny, poświadczający pański zgon. Potem nasi specjaliści nasycają tkanki organizmu klienta roztworem krioprotektora i zaczynają stopniowo schładzać ciało. Po zakończeniu procedury transportuje się je do przechowalni, gdzie po ostatecznym zamrożeniu klienta umieszcza się w kriostacie napełnionym ciekłym azotem. Ciało pozostaje w przechowalni na czas zastrzeżony w kontrakcie – z reguły aż do pojawienia się technologii umożliwiających jego ożywienie.

Dziewczyna radośnie uśmiechnęła się, jak gdybym był już rozmrożony i właśnie z dumą powiadamiała mnie o uratowaniu mi życia. Perspektywa oczekiwania na własną śmierć wcale mnie jednak nie cieszyła. Nie było to podobne do obietnicy nieśmiertelności.

– I ile ta przyjemność kosztuje?

Dziewczę wyciągnęło cennik i w oczach zaroiło mi się od mnóstwa zer.

– W związku z jubileuszem – menedżerka znacząco pomachała palcem – cena została obniżona o dwadzieścia procent! Pełny komplet usług będzie pana kosztował zaledwie siedemdziesiąt tysięcy dolarów!

Widząc, jak unoszą się moje brwi, pośpiesznie kontynuowała:

– Jednak za zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy można zamrozić samą głowę! А za sześć tysięcy – wzorzec pańskiego DNA i po tym, jak w przyszłości nauczą się klonować ludzi, będzie możliwość wyhodowania pańskiego klona! Nasi analitycy twierdzą, że istnieje pewne prawdopodobieństwo, że zachowa on część pańskiej osobowości!

Wytrzeszczyłem na nią oczy. Jakieś brednie! Wygląda na to, że tutaj po prostu doi się do sucha pieniądze z ludzi czepiających się ostatniej nadziei. Zresztą oficjalna medycyna też nie jest wolna od tego grzechu. W końcu celem ich wszystkich jest zarabianie pieniędzy, nie żadne uzdrawianie.

– Pomyślę…

Wstałem, pojmując, że najwyższy czas zakończyć tę aukcję niesłychanej szczodrości i świetlanych perspektyw. Z dziewczyny na chwilę spadła maska zawodowego sprzedawcy. Wyciągnęła do mnie rękę i spojrzała prosto w oczy.

– Panie Glebie, coś mi się wydaje, że panu wszystko się uda. Niech pan się trzyma. Zadzwonię jeszcze do pana, by poznać pańską decyzję, być może uda się wydębić dodatkową zniżkę.

– Dziękuję… – na sekundę zastygłem, szukając oczyma jej identyfikatora. – Dziękuję, Olu. Damy radę.

Uśmiechnąłem się, na chwilę zatrzymałem w dłoni jej aksamitną panieńską łapkę, po czym z żalem ją puściłem i pośpiesznie skierowałem się do wyjścia. Ciekawska dziewczyna, i o podwójnym dnie. Jeszcze wczoraj spróbowałbym poznać ją bliżej, może coś by wypaliło. Ale dziś… Cholerny guz!

A w ogóle trzeba trochę zgłębić ten temat, jakąś szansę, choć bliską zeru, takie zamrożenie daje. To w końcu jakiś realny, choć i mikroskopijny, promyczek nadziei i w moim przypadku machnąć na to ręką nie wolno – alternatywa jest zbyt posępna. Gdybym miał pieniądze, zaryzykowałbym, i tak do grobu ich ze sobą bym nie wziął. Takiej kwoty jednak nigdy nie trzymałem w ręku, nie mówiąc już o posiadaniu.

Dopiero przez ostatnie parę lat przestałem być kawałkiem łajna, płynącym z prądem, i zdołałem wziąć sprawy w swoje ręce. Oderwałem tyłek od sprężyn zniszczonego fotela przy komputerze, zacząłem patrzeć, skąd wiatr wieje, kręcić się, interesować się i próbować. Udało mi się wybić w najbliższej mi dziedzinie, co jest całkiem zrozumiałe – mówił przecież ktoś z wielkich: „Znajdź sobie swoje ukochane pole do działania, a nigdy nie będziesz musiał pracować”. Zająłem się naprawami i strojeniem wszelakiego żelastwa komputerowego. Brałem nie za wiele, byłem tani, ale wkładałem w to zajęcie serce, dbałem o jakość i zawsze robiłem coś więcej niż ode mnie wymagano. Poczta pantoflowa rozniosła wieść o niezłym majstrze i strumyczek szmalu stale się pogłębiał. Co prawda zaoszczędzić za dużo na razie się nie udało, bo potok finansowy rozpływał się na wszystkie strony. Zapełniałem różne dziury powstałe w latach, gdy prowadziło się życie pierwotniaka. Nabyłem oto wyrób koreańskiej motoryzacji – hyundaia dwulatka, zmieniłem garderobę, zająłem się sportem, pojawiła się forsa na hobby i na dziewczyny, zacząłem regularnie podrzucać pieniądze matce. Wszystko to pozwalało pewnie stać na nogach i czuć się mężczyzną, ale żadną miarą nie mogłem przejść do odkładania. Perspektywy były dobre, już zacząłem badać wariant rozbudowy interesu i podnajęcia pomocnika, gdy nagle przyszła bieda. Z nieoczekiwanej strony…

Dobrze, wróćmy do naszych baranów. Potrzebne są pieniądze. Zadanie minimum – pozostawić jak największy zapas forsy matce. Po tym, gdy w wypadku rozbił się ojciec, miała zawał, odmawiały posłuszeństwa nogi, ale mamusia zuch – dodaje sobie otuchy, jak może. Przeprowadziła się z miasta do starego dziadkowego domu. Powiada, że gdy jest bliżej ziemi, jest jej łatwiej. Jednak groszowej renty inwalidzkiej na życie, oczywiście, nie starcza, stąd moja pomoc bardzo się przydała. Bez niej stoczyłaby się migiem w nędzną egzystencję. Jakież to życie, gdy przelicza się w pomarszczonej dłoni monetki przed drzwiami sklepu, gdy problemem staje się, czy pozwolić sobie na kupienie do chleba kefiru, czy też lepiej poczekać do niedzieli…

А teraz zadanie na maksa – zdobyć pieniądze także na zamrożenie. Szansę trzeba sobie dać, głupio by było wykitować bez oporu. Gdzie jednak można zdobyć stówę w gotówce, i to bynajmniej nie w rublach? Czy mam przywrócić sprawiedliwość społeczną, wytrząchając mamonę z oligarchy bądź sprzedajnego urzędnika? Oporów moralnych tu bym nie miał, ale dobranie się do dusigroszów to sprawa nieprosta. Wszyscy już dawno odgrodzili się od ludu strzeżonymi murami elitarnych osiedli. Bez umiejętności i odpowiedniego przygotowania ich cytadele są nie do wzięcia. Raczej spalę się w stadium przygotowań i ostatnie tygodnie życia spędzę na drewnianych pryczach tymczasowego izolatora – dobrze, jak nie trafię z kopyta na cmentarz.

Pomyślmy jeszcze … Wygrana w kasynie lub na loterii? Szansa jest minimalna, ale jeśli dla mnie szykują coś niebiosa, trzeba dać im szansę. A więc, zapiszmy w rozumie: odłożyć do koperty z pięć stów dolców na kasyno. Sprawdźmy, co do mnie czuje bogini sukcesu.

Co jeszcze? Gdzie jest dużo gotówki? W banku. Ograbić oddział, jak w Ameryce, z liścikiem: „Mam pistolet, włóż pieniądze do torby i mi podaj, jak nie – to strzelam”? Ciekawe, jakie instrukcje mają na takie sytuacje nasi kasjerzy? Brednie oczywiste, wyłożą ci na maksa ze sto tysięcy w małych nominałach. Nawet jeśli zdołasz ujść cały i nie dasz się złapać, tę sztuczkę będziesz musiał powtórzyć parędziesiąt razy. A potem banksterzy zaczną wypruwać swoją forsę z mojej mamusi. Zresztą, po co zaraz grabić? Można na początek poprosić o pożyczkę. W oczach banku jestem starym, bezpiecznym klientem, prywatnym przedsiębiorcą o wciąż rosnących wpływach. Taką reputację można i należy przekuć w monetę. Dobra jest, jadę do banku, wpadnę tylko do domu, wezmę więcej papierków potwierdzających moje przychody i perspektywy. Brudnopis biznes planu, sugerującego rozbudowę interesu, też się przyda.

W banku urzędnik od razu skierował mnie do naczelnika wydziału – większymi pożyczkami zajmował się on osobiście. Była to barwna postać, facet w solidnym wieku, o wyraźnie semickiej aparycji. Gdy mnie słuchał, nie starał się ukryć sceptycyzmu. Potem, śmiesznie przygryzając wargi, przejrzał moje papierki. Już wiedział wszystko, nie było w nim wahania. Kiwnął siwą głową:

– No cóż, młody człowieku. Kraj nasz pomalutku wychodzi z kryzysu, prezydent jest jak najbardziej za wspieraniem małej przedsiębiorczości i my uważnie przysłuchujemy się jego zaleceniom. Ja tam widzę w panu potencjał rozwojowy, jeśli pan będzie także nadal pracował głową, nie tylko rękami, to sprawa, sądzę, pójdzie do przodu. Stu tysięcy, o które pan się zwraca, my oczywiście nie damy, a zresztą nie są one panu potrzebne, ale dwadzieścia do trzydziestu to sprawa całkiem realna. Popatrzmy, na jakich to może być warunkach, co my z tego możemy wycisnąć.

Naczelnik przysunął do siebie klawiaturę i dość sprawnie zaczął w nią stukać, od czasu do czasu zatrzymując się by, poruszając wargami, odczytać tekst na ekranie. Wtem zachmurzył się i przysunął bliżej ekranu. Następnie spojrzał na mnie znad okularów i pokiwał głową. Napiąłem się, coś tam facet wygrzebał i to nie było nic dobrego. Znowu zaczął wpatrywać się w monitor, poklikał trochę myszką, a potem z rozdrażnieniem odepchnął od siebie klawiaturę i opadł na oparcie fotela.

– Aj-aj-aj, młody człowieku. A na oko taki rezolutny młodzian. Ja oczywiście jak najbardziej współczuję panu w pańskim nieszczęściu! Przychodzi pan do mnie, prosi o pomoc i już gotów jestem dać panu pieniądze, jak własnemu synowi. Ale w istocie pan chce po prostu wycyganić od Jakowa Samuiłowicza bezzwrotny kredyt?! Nieładnie! Czyżby pan nie wiedział, że karta indywidualna moskwiczanina jest podpięta również do pana karty zdrowotnej? A wszystkie zainteresowane osoby mają przecież oficjalny dostęp do tych danych. I bank jest bardzo zainteresowany!

Wyglądał na zdenerwowanego, a ja czułem się tak, jakby na mnie napluto. Było mi wstyd, jak wstydzi się przedszkolak mokrych majtek. Tak dać się złapać za rękę, oko w oko… No cóż, wygląda na to, że na przestępcę się nie nadaję. Brak mi arogancji, brak kurażu … Policzki mnie paliły, wstałem ze skrzypiącego krzesła.

– Matce chciałem pieniądze zostawić, chora jest… Proszę mi wybaczyć… – wybąkałem dość niewyraźnie, unikając jego spojrzenia.

Już zrobiłem krok do wyjścia, gdy naczelnik władczo i ostro zawołał:

– Jeszcze nie skończyłem! – poczekał, aż się odwrócę i mówił dalej. – W istocie ja pana w jakiś sposób nawet rozumiem i współczuję panu. Ale nie pozwolę się oszukać. Imponuje mi pan jednak tym rumieńcem na twarzy. Dlatego udzielę panu kilku rad. Dostęp do tych informacji mają wszystkie banki, parabanki też, więc nie radzę panu się wygłupiać, migiem pan straci resztki zdrowia. Nawet w sklepach, przy zakupach na ponad dziesięć tysięcy rubli, sprawdzają wszystkie dane i nie dostanie pan nic na raty. Czy pan mnie ZROZUMIAŁ? W sklepach DО DZIESIĘCIU TYSIĘCY!

Naczelnik uważnie popatrzył mi w oczy, mocno akcentując ostatnie słowa.

„Czy ja zrozumiałem?! Oczywiście!”

– Tak – wyszeptałem – zrozumiałem. W sklepach do dziesięciu tysięcy. Dziękuję panu!

Facet milcząco oddał mi stertę moich zaświadczeń i kiwnął na pożegnanie.

– Niech pan idzie, młodzieńcze. I niech Bóg panu dopomoże!

Ściśle tajne.

Do Kuratora z ramienia Służby Bezpieczeństwa, generała Alesjewa W.А.

„Sprawozdanie o wynikach eksperymentu nr 118/2.

Мiejsce przeprowadzenia – Specjalna Izba Rozdzielcza Federalnej Służby Bezpieczeństwa „Krytka”.

Uczestnicy – 20 więźniów różnej płci i wieku.

Scenariusz świata wirtualnego – Eden, wersja 6.51.

Zgodnie z rezultatami eksperymentu pierwszy zryw nastąpił po pięciu godzinach nieprzerwanego pogrążenia. Ostatni w 7. dobie. Następne 15 dób znajdowania się w wircie rezultatów nie przyniosły. Fenomenowi zrywu poddało się 17 badanych. Uczestnicy eksperymentu wpadli w stan śpiączki. Próby przywrócenia im świadomości z zastosowaniem szoku bólowego oraz środków reanimacyjnych i medykamentów nie udały się.

Na danym etapie możemy wyciągnąć wniosek, że zryw jest nieodwracalny. Rozum ludzi, którzy znaleźli się w wircie, na śmierć ciała-nosiciela w żaden sposób nie zareagował.

Po zakończeniu eksperymentu wszystkie ciała zostały pochowane na specjalnym cmentarzu (kwatery № 411–431), infokryształy wirt-serwera zostały zutylizowane z zachowaniem procedury numer 719”.

ROZDZIAŁ 2

Przez następne pięć dni kręciłem się jak wiewiórka w kole. Uczucie, że czas upływa, przesypując się jak piasek w klepsydrze, poganiało i motywowało skuteczniej niż najskuteczniejszy trener biznesowy. Gdybym tak żył wcześniej, czując, że każdy dzień może być ostatni, do trzydziestki jeździłbym już bentleyem.

Na początek zebrałem do kupy wszystkie moje dostępne środki, przy okazji wykreślając parę praktycznie beznadziejnych długów, co jednego z moich dłużników tak zadziwiło, że dostał czkawki. Pieniędzy miałem niewiele, koło trzech kawałków zielonych. Cztery setki i jeden bezcenny dzień kosztowało mnie powtórne badanie lekarskie w prywatnej klinice. Pierwotna diagnoza została w całej pełni potwierdzona, tyle, że lekarz zalecił natychmiastowy rajd do szpitala, gdzie przy odpowiedniej opiece pociągnę jeszcze parę dodatkowych tygodni, a może i miesięcy. Uprzejmie przyobiecałem o tym pomyśleć, i dałem w długą. Sępy, padlinożercy.

Jeszcze pięć setek bohatersko wpakowałem w kasyno. Ściślej mówiąc, mogłem wylądować już z dwoma kawałkami, ale przyszedłem tu po większą kwotę, więc dalej grałem, stawiając na kolor i podwajając stawkę po przegranej. W teorii, jeśli zasoby pieniędzy i wysokość stawki są nieograniczone, to wstając zza stołu we właściwym czasie, można pozostać na plusie. Jednak moja portmonetka miała dość po tym, jak siedem razy wypadła czerwień przy stawce na czarne. Krupier, dobrze umiejący rzucać kulką, zjadliwie uśmiechnął się na ostatek. O tak, wiem, o co chodzi, wiem, że ty, zręczna gnido, możesz każdą cyfrę na ruletce wyrzucić. Gdybyś ty wiedział, bydlaku, że w banku miałem nie pieniądze, lecz życie… Zresztą, wątpię, by to coś zmieniło.

Następnie, przechodząc ze sklepu do sklepu, w ciągu trzech dni obrabiałem centra handlowe. Brałem na kredyt telefony, akcesoria do gier i drobną elektronikę użytkową. А wieczorem wywoziłem to wszystko na rynek i zbywałem paserom za trzecią część ceny.

Teraz siedziałem w McDonaldzie i, wyciągając pod stołem drętwiejące nogi, trawiłem wyjątkowo szkodliwego hamburgera z nie mniej szkodliwą colą. Chronienie organizmu sensu nie miało, wszystko teraz było dozwolone… A może by tak pociągnąć dymka? Dopiero przed rokiem rzuciłem, i po diabła tyle sił w to wpakowałem, wyło we mnie wszystko z bólu. Dobra, co to mamy w planie na jutro? Z rana trzeba wpaść do prawnika po oficjalny papierek, że rodzice nie ponoszą odpowiedzialności za długi ratalne dzieci. To na wypadek, gdyby któryś z komorników przychrzanił się do matki po mojej śmierci.

Niezbyt to różowo brzmi: „po mojej śmierci”… Brrrr… Оd prawnika jadę do domu, grzebię się w bambetlach – coś sprzedać za kopiejki, coś komuś darować, resztę – na śmietnik. Nie chcę, by obcy ludzie, a nawet i mama, grzebali w moich spranych gaciach i zakurzonych bibelotach. Warto też przebrać zdjęcia i dokumenty – w kompie i na papierze, a co z nich zanadto osobiste – wywalić albo na opał. Potem – znów po sklepach. Będę psuł spółkom ubezpieczeniowym sprawozdania kwartalne o tysięczny ułamek procenta.

Jabłkofon, leżący na gładkim lakierze stołu, zawibrował i podpełzł na skraj. Numer był mi nieznany i spokojnie obserwowałem samobójcze zapędy komórki. Po ósmym sygnale dotarła do mety i rzuciła się na kaflową podłogę. Złapałem ją w połowie drogi i przy okazji mrugnąłem do jakiejś dziewczęcej i sympatycznej mamusi z oseskiem, który jak zaczarowany obserwował te ruchy. Odezwałem się:

– Tak?!

– Panie Glebie, dzień dobry! Tu Olga z Alcoru.

Zerknąłem na zegarek – właśnie minęła ósma.

– Do późna pani pracuje, pani Olu, zamęczy panią szef takim tempem.

W słuchawce rozległ się ugrzeczniony śmieszek.

– Ależ nie, wszystko normalnie, pan jest u mnie ostatni na dziś – głos dziewczęcia spoważniał. – Jak idą pańskie sprawy, czy pan coś postanowił?

– Nie, Oleńko, – automatycznie przecząco pokiwałem głową. – Za drogo, nie pociągnę. Nie tym razem, może w przyszłym życiu.

– Rozumiem – w głosie dziewczęcia dało się słyszeć prawdziwe, nieudawane współczucie. – Glebie, nie wiem, czy zdaje pan sobie sprawę, ale nasza firma ma dostęp do lekarskich baz danych, wybieramy z nich potencjalnych klientów…

Skrzywiłem się – przecież wygląda na to, że we współczesnym świecie kontroli elektronicznej pojęcie życia prywatnego niebawem zaniknie.

Miękki głos Olgi brzmiał sugestywnie:

– Tak więc, znam pańską sytuację. Moja mama trzy lata temu też na raka zmarła… – Оla zamilkła i cicho pociągnęła nosem. Prawie zobaczyłem, jak chusteczką osusza kącik oka, starając się nie zmazać z rzęs tuszu. – I właśnie wtedy poszłam do pracy w Alcorze. Ale wie pan co, Glebie – głos jej zabrzmiał dźwięczniej – zamrażanie to nie jedyna szansa! Jest też inny wariant!

Nastawiłem uszu:

– Jaki?

– Niech pan powie, czy grywa pan w gry? Te, jak to się mówi, onlajnowe, wieloużytkownikowe?

Znowu zmarszczyłem brwi:

– Grałem kiedyś… Dużo, bardzo dużo…

– Więc jest pan zawodowym graczem? Wie pan, o co chodzi w tym wszystkim, tak?

– Ależ skądże! – zmiąłem serwetkę i wrzuciłem ją do niedopitej coli. – Zawodowiec – to cyberzawodnik. Albo przynajmniej ten, który zarabia na grach poważne pieniądze, zdobywając elitarne przedmioty na sprzedaż czy skubiąc nowicjuszy. А ja… byłem zwyczajnym maniakiem gier. Grałem po dwanaście godzin dziennie. Przesrałem przyjaciół, dziewczynę, naukę. Dopiero po tym, jak rodzice rozwalili się w wypadku, w którym zginął ojciec, a matka została inwalidką, zdołałem oderwać się od monitora. Sformatowałem gorączkowo dyski i zacząłem nowe życie. Od tego czasu nawet nowości growych nie czytam – boję się, że znowu wpadnę w szambo.

Dziewczyna jeszcze raz pociągnęła nosem… Cholera, coś daję się ponieść emocjom, nakręcam się w sekundę, nerwy mam jak naciągnięte struny…

– Przepraszam, Pani Olgo, to dla mnie drażliwy temat, a i zmachany jestem jak pies. Więc cóż to za szansa, i co do tego mają gry?

– Czy słyszał pan o zrywie w wirtualną rzeczywistość? Nie? Dziwne, nawet pudło o tym nadaje, chociaż oficjalnie problem nie istnieje i w kontrolowanych środkach informacji to temat zakazany. U nas przez ostatni rok, mimo agresywnego marketingu, liczba klientów spadła ponad trzykrotnie! Chociaż o tym się u nas mówi tylko w wewnętrznym obiegu i w razie czego – nic o tym panu nie mówiłam!

Nie wytrzymałem i wpadłem w słowo:

– Pani Olu, niech mnie pani nie męczy! Wasza wewnętrzna kuchnia mało mnie interesuje, niech mi pani lepiej wytłumaczy, co to za zryw jakiś?!

– Uczciwie mówiąc, ze mnie żaden specjalista, w terminologii nie jestem biegła i wątpię, czy panu wytłumaczę to jak należy, ale niech pan poczyta w Internecie, teraz tylko o tym się pisze, najgorętszy temat roku!

– Rozumiem. Dobrze, pani Olu, dziękuję za naprowadzenie, poguglam sobie na ten temat. Jeśli coś wypali, ma pani szampana!

– Lepiej kwiaty!

– Dogadaliśmy się, kwiaty i szampana! – uśmiechnąłem się odruchowo.

Raz jeszcze podziękowałem, pożegnałem się naprędce i osiodławszy mego żelaznego konia, pomknąłem do domu. Nadzieja znowu zaświtała i tak przydusiłem pedał, że już po godzinie siedziałem przed ekranem i chciwie wpatrywałem się w wyniki poszukiwań.

Internetowa brać gotowała się i przelewała przez brzegi. Jakieś dwa lata temu blogi, portale gier i klanowe fora wypełniły się wiadomościami o niezrozumiałych i przerażających wydarzeniach: ludzie grzęźli w grze i nie mogli z niej w żaden sposób wyjść. Nawet fizycznie wyłączenie Internetu i przerwanie zasilania kapsuły nie rozrywało połączenia z serwerem gry. Jak się potem okazało, łączność nie była tu już potrzebna, świadomość cała przeciekała do świata gry i w realu pozostawała jedynie pusta powłoka, bez cienia rozumu.

Czy ci, którzy ZAWISNĘLI, ZERWALI SIĘ, albo, jak mówili niektórzy, ОCYFROWALI SIĘ, znajdowali się w prościutkich grach typu tetrisu czy szachów – nie wiadomo. Jeżeli tak, to ich los jest nie do pozazdroszczenia. Zresztą nie warto zazdrościć również tym, których świadomość trafiła do różnych symulatorów typu czołgi czy samoloty. Choćbyś był nie wiem jakim fanem czołgów, jednak piec się w rozpalonej zbroi sto razy dziennie – czyż nie jest to osobiste piekło?

O wiele bardziej poszczęściło się tym, którzy znaleźli się w pełnowartościowych wirtualnych światach nowoczesnych gier online. Wszak to tysiące, a może i miliony kilometrów terytoriów, ogromna społeczność i świat niewiele różniący się od realnego. Wszystko wskazuje na to, że wielu nawet się cieszyło. Nie trzeba chodzić do pracy ani do szkoły, myśleć o chlebie powszednim czy smutno przyglądać się w lustrze swoim wiotkim mięśniom w komplecie z młodzieńczymi wągrami czy starczymi zmarszczkami. W wircie byłeś twardy, mocny i sam sobie pan. Niektórym kategoriom ludności takie życie wydało się o wiele bardziej atrakcyjne niż dzisiejsze bytowanie.

Inwalidzi i nieuleczalnie chorzy podejmowali próbę zrywu, by uzyskać jędrne i zdrowe ciało, niech nawet w świecie wirtualnym. Szczególnie zaawansowani emeryci kładli się do kapsuły, próbując uzyskać nieśmiertelność, tak upragnioną przez tych, którzy jednym okiem zerkają już na tamtą stronę. Przestępcy, podpadający pod najwyższy wymiar kary, zakochani, pragnący, lecz niemogący być razem, zamiast tego, by w objęciach z ukochaną skoczyć z dachu, odchodzili w zryw do jednego ze światów. Tolkieniści i rekonstruktorzy, pragnący być elfami i gnomami, magami i rycerzami – z radością stapiali się w ostatniej ekstazie z wirt-kapsułą. I, jak wykazywała bezlitosna statystyka, wśród tych nieszczęsnych siedemnastu procent, które nie podlegały fenomenowi ocyfrowania, szalała nie na żarty epidemia samobójstw. Zryw był żywotnie konieczny, zryw był upragniony.

Świat ogłosił stan alarmu. Na drodze ustawodawczej ograniczano czas przebywania w kapsule przy całkowitym pogrążeniu. Te wirtualne światy, w których był zarejestrowany chociażby jeden z tych, którzy się zerwali, trafiały pod ścisłą obserwację kontroli państwowej. Także oficjalnie przyobiecano, że te serwery nigdy nie będą odłączone.

A w ogóle, jak to się stało, że przegapiłem cały ten rwetes? Trudno to zrozumieć. Teraz coraz głębiej i głębiej pogrążałem się w Internecie, moje palce nerwowo drżały, a w pustych filiżankach po kawie podmakały niedopałki po odnalezionej w gąszczach kredensu paczce Cameli.

Poranek powitałem w kuchni, przed otwartym oknem, z ostatnim papierosem w ręku. Oczy łzawiły, w ustach było gorzko od kawy, lecz w duszy triumfowałem. A więc tak to jest! To nie przemiana w zamrożoną szyneczkę za wory pieniędzy, nie – to jest realna dziura, do której można dać dyla, pokazując cmentarzowi figę.

Rzeczy do załatwienia była kupa. Osobną sprawą był aspekt techniczny decyzji, jaką kapsułę wybrać, jak wyminąć zaszyty na poziomie żelaza tajmer, ograniczający czas i typ pogrążenia? Jak ciało wytrzyma tydzień, a nawet i dwa bez jedzenia, picia i leków? A przecież właśnie na taki to termin zalecają nastawiać się nowo objawieni guru zrywu na licznych forach, poświęconych pożytecznemu fenomenowi. W zasadzie wszystkie te problemy były już niejednokrotnie przez kogoś rozwiązywane. Trzeba tylko wygrzebać jak najwięcej informacji i z głową je opracować, wybierając pasujące mi rozwiązania. Już się nastawiłem na ściągnięcie dziesiątek podręczników i tyluż przewodników wideo. Wprowadziłem do „ulubionych” strony, półlegalnie handlujące przerobionymi czipami wirt-kapsuł. W otwartych zakładkach przeglądarki pokazywały się straszące obrazki wielostopniowych kroplówek i bidonów z odżywczymi roztworami. Proces dało się zrozumieć – strona techniczna nie była prosta, ale do rozwiązania.

Trzeba też było wybrać wirtualny świat. Zdecydować się, kogo i jak grać, przebadać atmosferę stron i forów. А czasu katastrofalnie nie starczało. Gdyby zarezerwowało się dwa tygodnie na zryw, to na przygotowanie pozostaje maksymalnie pięć, do siedmiu dni. Mało, bardzo mało… Ale raz kozie śmierć! Stawiam wszystko na jedną kartę!

Informacja z Wikipedii:

„Wieloużytkownikowa gra online „Drumir”

(z ros. Drugoj Mir – Inny Świat). Start projektu: maj 203Х r.

Audytorium: 48.000.000 graczy, przyrost 1.400.000 graczy na 1 miesiąc.

Typy złącza: 2–3D, kapsuła wirtualna z pogrążeniem pełnym lub częściowym.

Obszar świata: 1.430.000 km². Przyrost 12.000 km² na miesiąc. Generowanie nowych terytoriów, NPC, MOB-ów i zadań – przez grupę SztIn pod kontrolą SztIna Rej-31.

Zarządzanie światem – SztIn Purpurowy-9.

Wprowadzanie/wyprowadzanie realnych pieniędzy, sprzedaż przedmiotów i serwisów na kwotę 42 mld dolarów rocznie”.

ROZDZIAŁ 3

Ledwie słyszalnie zaszeleściły wentylatory, drgnęły wałki masażowe, podłączyło się podgrzewanie łoża – kapsuła wychodziła z trybu uśpienia. Przed oczyma przebiegły tabele selftestu i poprawności podłączenia operatora. Rozwinęło się obszerne menu pulpitu.

Przeżegnałem się w myśli i trzykroć splunąwszy na szczęście, uruchomiłem klienta gry „Drumir”. Teraz sekunda na podłączenie, automatyczne pobranie ostatniej aktualizacji i utworzenie nowego konta użytkownika. Wreszcie wprowadziłem do formularza rejestracyjnego dane mojej kredytki i zlekceważywszy długą płachtę z opisem historii świata, dotarłem do menu tworzenia nowej postaci.

– Wybierz rasę.

– Wyższy elf.

– Uwaga! Grę wyższym elfem poleca się tylko doświadczonym graczom! Wyższe elfy żarliwie wierzą w jasnych bogów, co automatycznie czyni je uzasadnionym celem dla wszystkich stronników Upadłego. Poza tym, Jasne Miasto, będące lokacją startową i stolicą świetlistych elfów, znajduje się na granicy Mrocznych Ziem. Samo miasto ma niezłą obronę przed napadem sił stronników Nienazywanego, jednak już w sąsiednich lokacjach można się spotkać z wszelkimi wytworami Emanacji Mroku. Czy jesteś przekonany, że chcesz wybrać daną rasę?

– Tak, potwierdzam.

– Gratulujemy wyboru! Bonus rasowy wynosi +1 do Inteligencji za każdy poziom.

Właśnie ze względu na ten, zdawałoby się, nieznaczny bonus postanowiłem wybrać elfa. Dodatkowe plus sto do inteligencji już na setnym poziomie będzie naprawdę ważkim argumentem w każdej sytuacji. I choć początek drogi na top bardzo się komplikuje, prosta logika mówi, że czas przeznaczony na rozwój postaci, jest dziesiątki, a nawet setki razy krótszy niż gra na wysokich poziomach. Końcowa nagroda była niemała i całkiem osiągalna – wyraźnie warta tych hemoroidów, jakich, dzięki deweloperom, można nabawić się w grze. Wszak topowe poziomy to bynajmniej nie koniec, a dopiero początek gry.

– Wybierz klasę postaci.

– Czarnoksiężnik.

– Uwaga! Czarnoksiężnicy są tajnymi wielbicielami Upadłego i ciążą ku ciemnej stronie siły! Stosunek do danej klasy wśród świetlistych ras jest nieprzyjazny. Obcowania z tobą odmówią niektóre NPC (postacie, sterowane przez SztIn), a wielu handlarzy na twój widok wywinduje ceny.

– Po dziesiątym poziomie Czarnoksiężnik musi wybrać specjalizację – czy ma być Nekromantą, czy Rycerzem Śmierci. Obydwie te klasy są znienawidzone przez Świetlistych: będą dla ciebie zamknięte liczne zadania i lokacje. Jeśli nadal chcesz grać powyższą klasą, zalecamy wybór rasy ciemnej bądź neutralnej.

– A kij ci w dupę! Nekros jest moją ukochaną klasą już od pieluszek! No dobra, może nie od pieluszek, ale od czasów pierwszych MMORPG, w których rąbałem się przez bezsenne noce, cierpiąc wciąż na ból szyi. Dwukilogramowy kask 3D przez nieszczęsne pięć lat na rynku gadżetów zdążył zrodzić całe pokolenie ludzi z młodzieńczą osteochondrozą. I w ogóle! Nie chcę być milion pierwszym elfem-łucznikiem, zamęczają wszystkich swoimi jarmarcznymi standardami: „Nie zaleca się, nie przyjęte, tak się nie robi…”. A idźcie na szczaw! Zrywam z szablonem – mroczny elf-nekros, wśród puszystych Paladynów.

– Potwierdzam!

– Gratulujemy wyboru! Bonus klasowy wynosi +1 do Inteligencji i +1 do Ducha za każdy poziom.

– Witamy w menu podziału charakterystyk początkowych! Masz 25 wolnych jednostek. Wykorzystaj je rozważnie, po stworzeniu postaci zmiany nie są możliwe!

Przed oczami pojawiło się pięć charakterystyk bazowych, z krótkim opisem:

– Siła: powiększa moc ataku wręcz oraz szanse parowania i blokowania. Wpływa na udźwig postaci. W przypadku przeciążenia twoja szybkość istotnie spada.

– Inteligencja: wpływa na szybkość zdobywania umiejętności niebojowych i magicznych, na prawdopodobieństwo krytycznego sukcesu zaklęcia, a także na ilość Mana Punktów twojego awatara (jedna jednostka inteligencji daje dziesięć jednostek many). Częściowo inteligencja powiększa szybkość regeneracji many.

– Zręczność: podnosi dokładność, ułatwia uchylanie się i zwiększa szansę krytycznego ciosu w walce bezpośredniej i pośredniej.

– Duch: przyśpiesza tempo regeneracji życia i many.

– Budowa ciała: jest odpowiedzialna za liczbę Hit Punktów (jedna jednostka budowy ciała daje dziesięć punktów życia).

Wielkości wszystkich charakterystyk świeciły sierocymi zerami. No cóż, dla prawdziwego narkomana proces pozyskiwania marychy jest nie mniej święty niż samo zażywanie. Bierzemy! Tępe rozwiązanie dla gospodyń domowych – ustawić wszystkie parametry po pięć i rozkoszować się złotym środkiem – odrzuciłem z miejsca, specjalizacja – to dla nas wszystko! Być najlepszym w swojej niszy, a nie średniakiem we wszystkim. Wolę wąskoprofilowy skalpel niż uniwersalny Gerlach.

A więc, do czego dążymy, kim jest Nekromanta? Jest to kaster, a więc postać, stosująca w natarciu głównie magię. Przy tym nekros potrafi przywoływać sobie na pomoc rozmaite diabelstwo – szkielety, zombie, demony i tak dalej, według listy. Praktycznie: minigrupa z maga i walczącego w zwarciu tanka.

Obrażenia zadajemy zaklęciami, z dystansu, nie kwapimy się do walki wręcz, uderzeń przeciwnika na siebie nie przyjmujemy. Tak więc Siła, Zręczność i Budowa Ciała są wtórne. Duch jest ważny, chociaż w procesie starcia dużo many się nie odbuduje, podstawowa medytacja będzie po walce. Oczywiście, ekstra trzy minuty posiedzieć na pupie to lenistwo, wciąż jednak nie tak krytyczne, jak wyczerpana w toku walki mana. Okej, złapaliśmy orientację. Zacznijmy od końca.

– Zręczność: 0.

– Mam nadzieję, że z rąk nic mi nie będzie lecieć. Zero nie czyniło ze mnie krzyworękiego inwalidy, raczej oznaczało brak bonusu do średnich charakterystyk mojej rasy.

– Siła: 3.

– Klamoty i wypadający z potworów lut dźwigać na sobie też trzeba. Biegać z każdym zdobytym kindżałem albo kawałkiem rudy do sklepu nie byłoby cool.

– Budowa ciała: 5.

– Kłaść się po jednym uderzeniu nie mam ochoty. Chociaż nawet jednej jednostki charakterystyk, czyli jak to mówi się w żargonie graczy pointu – szkoda do bólu.

– Duch: 6.

– Każda kropla many jest ważna. Tysiące razy życie będzie wisiało na włosku, zależąc tylko od tego, czy nabrało się many na ostatnie zaklęcie, czy nie.

– Inteligencja: 11.

– Zdecydowanie wbijamy całą resztę. Many dużo nie bywa. Są tylko dwie wartości – mało i więcej już nie włazi.

– Przyjąć nowe charakterystyki?

– Tak.

– Zatwierdzenie jest ostateczne. Jesteś pewien?

– Potwierdzam.

– Gratulujemy! Witamy w menu wizualizacji osoby! Wybierz aparycję awatara.

Przed moimi oczami powoli obracała się postać elfa. Płeć męska została wybrana automatycznie i była nie do zmiany, co ratowało przed różnymi nieprzyjemnymi odkryciami po uprawianiu seksu w wirtualu.

Pobawiłem się suwakami, dopasowując budowę ciała do siebie. No, chyba dodałem trochę masy mięśniowej, a i kaloryfer uwypukliłem. А kto by nie chciał? Jest nadzieja, że w tym ciele będę żyć długo i szczęśliwie.

Potem przeszedłem do ustawiania twarzy. Domyślnie awatar miał mój realny fejs, obecność kamery w kapsule mnie nie zdziwiła – w naszych czasach posiadają je nawet kalkulatory. Proponuje się też długą listę gotowych portretów o różnym stopniu ckliwości czy brutalności. Po zaznaczeniu niektórych z nich ptaszkami i wybraniu własnego fotosa jako podstawowego, postukałem mikserem. Jeden z wyników generatora losowego nadspodziewanie przypadł mi do gustu. To byłem ja, tylko w bardziej surowej wersji. Taki stary wiarus, nieznający słów miłości. Przesunąłem odrobinę suwak wieku – do wirtualnej trzydziestki i dodawszy siwe włosy, by uzyskać pełny wyraz, zakończyłem generowanie postaci.

– Wybierz imię.

Hm, imię… Sprawa poważna. Być Glebem w fantazyjnym świecie – to w bardzo złym guście. Poklikałem w generatorze i wybrałem: na imię mi będzie Lait. Z elfijskiego La – noc i Ith – dziecko, a więc odpowiednio – Dziecię Nocy. Do odgrywania postaci chciałem podejść z całą powagą, więc im głębsze jest pogrążenie w tamtym świecie, tym bardziej prawdopodobny zryw.

– Laicie!

– Twój wybór został przyjęty. Witaj w Drumirze, przed tobą wieczność, pomnożona przez nieskończoność możliwości…

Marszczyłem czoło, usiłując zrozumieć sens tych życzeń, a tymczasem wirtualność pociemniała, spowijając mnie lepkim mrokiem. Pokręciłem głową, usiłując wypatrzeć choć cokolwiek.

Najpierw pojawiły się dźwięki. Cichutko zaszeleściły drzewa, zaskrzypiał konik polny, krzyknął ptak. Następnie świat zyskał światło i barwy, a ja straciłem oddech, uderzony przez oblegające mnie piękno. Wokół szumiał las! Nie, nie tak. LAS! Czy trafiłeś kiedykolwiek do porannego elfickiego lasu? Nie? Ja też nie trafiłem. Kiedy jednak trafisz, nie możesz go nie rozpoznać. Szemrał strumyk, fruwały motyle, promyczki światła tańczyły w listowiu. Piękno i głębia przestrzeni porażały. Przykucnąłem i pogłaskałem dłonią dywan z trawy i kwiatów. Cicho szepnąłem:

– No, witaj, nowy świecie! Teraz na długo jesteśmy razem…

Na polanę wyskoczył kłapouchy zając. Gdy skupiłem na nim wzrok, otrzymałem wypływającą podpowiedź:

– Młody królik. Poziom: 1.

No, jak królik, to królik, ja ich od zajęcy nie odróżniam. Daj dyla, pókim dobry i zajęty. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na interfejs gry. Półprzezroczyste okienka czatu, słupki many, życia i doświadczenia. Puste na razie sloty paska szybkiego dostępu i zaklęć. Trochę przetasowałem pozycje menu, by zamieniły się miejscami, pobawiłem się z przezroczystością. Dobra, stopniowo dotrę to w boju i dopasuję do siebie.

A teraz o sobie. Ubrany byłem niesalonowo, nawet dość biednie. Jasna płócienna koszula i szare gacie z tej samej tkaniny. Z tyłu pusty plecak, na nogach wysłużone skórzane sandały. Elf-menel, no, no… To nic, pościągam sobie i będę w onucach od Versacego chodzić, niech wszyscy zazdroszczą. Wywołałem menu postaci i przekonałem się, że ubranko pełni czysto estetyczne funkcje i żadnych dodatkowych statów nie daje, nawet zbroja – same zera. Zajrzałem do torby – flacha z wodą i kroma chleba. Gorliwie wyskoczyła podpowiedź:

– W krainach Drumiru pożywienie odgrywa ważną rolę! Gdy postać jest głodna, następuje spowolnienie, a następnie całkowite zatrzymanie tempa regeneracji życia i many. Pilnuj poziomu nasycenia swojego awatara! Także różne potrawy i napoje wykazują różne bonusy, czasowo wzmacniające twoją postać. Po to, by samodzielnie szykować jadło, musisz rozwinąć nawyk Kulinarii. Więcej informacji na temat bonusów i zawodów jest dostępnych we wbudowanej Wiki.

Trochę pożałowałem, że darowałem zająco-królikowi. Szaszłyk bardziej by pasował na przekąskę, niż zeszłoroczny sucharek. No, ale nie ostatni to szarak w lesie.

Oko zatrzymało się na mrugającej ikonce połączenia wirtualnego. Otworzyłem menu i uśmiechnąłem się z zadowolenia:

– Ping: 3 ms. Strata Pakietów: 0%. Typ podłączenia – 3D. Pogrążenie: pełne. Bez ograniczenia przebywania w wirtualu.

Yes! Działa to cholerstwo! Ale testy jak to testy, a w głębi duszy drążył mnie niepokój – a co, jeśli czip albo przeróbka nawalą i wyrzuci mnie przymusowo z wirtu po czterech godzinach? Wtedy klapa, żegnaj nadziejo, witaj marmurowa płyto zamiast kołdry.

Następnie zwróciłem uwagę na lekko podświetlony piktogram zakładki questowej. Po przełączeniu się ujrzałem nowe zadanie:

– Witam cię, młody czarnoksiężniku! Długą i trudną drogę masz przed sobą, mało kto przebędzie ją do końca. Jak jednak wiadomo, tysiącmilowy szlak zaczyna się od pierwszego kroku. Ten właśnie krok masz zrobić. Niedaleko od polany, gdzie po raz pierwszy pojawiłeś się w naszym świecie, jest jaskinia starego pustelnika Gryma. Miejscowi mają go za nieszkodliwego wariata i dlatego nie ruszają. Ale Grym jest nadal wiernym sługą Nienazywanego i tobie pomoże. Podążaj na wschód zwierzęcym tropem – doprowadzi cię do celu.

Mistrz Ciemnej Gildii Jasnego Miasta – Akilum.

Hm, mistrz jest, a gildii nie ma. Po tym, jak określiłem swoją rasę, uważnie zbadałem mapę miasta i gotów jestem założyć się o złoty ząb, że Ciemnej Gildii na niej nie ma. Niestety, czas bezlitośnie poganiał i o bardziej szczegółowym guglaniu nie było mowy. A szkoda, musi się grać praktycznie na ślepo, bez samouczków, podręczników i innych podpowiedzi – jak w dawnych dobrych czasach.

Zresztą świeże, niezamydlone oko zdolne jest do wypatrzenia wielu niespodzianek i interesujących rzeczy… Będziemy szukać… A na razie: „Drang nach Osten!” Podążaj za białym królikiem!

Po sprawdzeniu kierunku na wbudowanym w interfejs kompasie, nieśpiesznie ruszyłem do przodu po ledwie widocznej ścieżce. Niepokoił zupełny brak broni i magii. Niech by chociaż kij jakiś trafił się po drodze! Jednak las był dziewiczo czysty, niby wzorcowy miejski park.

Zresztą, długo nie dane było mi iść – po paruset krokach drzewa nieco się rozstąpiły, otwierając widok na dość mroczną polanę. Chrzęszczący pod nogami szary dywan traw i pnie wiekowych drzew, pokryte siwym mchem. Nawet wesoło połyskujące dotąd słońce skryło się za chmurką.

– No tak, mroczna codzienność Nekromanty… – przymrużywszy oczy, rozejrzałem się wokół. – А przecież to dopiero początek – miłe złego… Wszelakie cmentarze i mary, krypty i zombie… Gdy się uwzględni lokalny poziom wizualizacji, to czy nie pośpieszyłem się, wybierając nekrosa? Może by tak wyjść, póki jeszcze nie późno i przemalować się w jakiegoś druida – będę cały w jaskrach i rumiankach, zielniki będę kompletować… – w zamyśleniu kopnąłem rosłego muchomora, wbijając go precyzyjnie w szeroką dziuplę koślawego dębu. – No dobra, koni na przeprawie się nie wymienia. Czy jestem złym czarnoksiężnikiem, czy leśnym spacerowiczem? Gdzie tu ta wasza jaskinia, wychodź, konspiratorze, mam interes!

Jaskinia znalazła się – pozieleniały pod wpływem czasu skalny występ chował się w cieniu starego, kosmatego świerka. Wejście było dość wygodne, nie musiałem się kłaniać. Zrobiłem parę niepewnych kroków w ciemnościach, orientując się tylko na odblaski ognia w głębi przejścia i trafiłem do obszernej komnaty, z lekka podświetlonej woskową świeczką. Światło tańczyło walca z cieniem i początkowo nie udawało mi się niczego dostrzec. Ale oto jeden z cieni w kącie poruszył się. Patrzyło na mnie dwoje oczu, każde w innym kolorze.

– Czy Pustelnik Grym? – spytałem niepewnie, robiąc krok do tyłu i badając przestrzeń za plecami w poszukiwaniu czegoś ciężkiego.

Z kąta dobiegł cichy pomruk, ciemna sylwetka zrobiła krok w moją stronę.

– Twoja mać! – wreszcie wyszperałem koło ściany coś w rodzaju pały, zamachnąłem się. – Оdezwij się, Monstrum! Tobie, kurna, które oko droższe, żółte czy niebieskie? Zara wyrychtuję!

Cień sceptycznie chrząknął i zrobiwszy jeszcze parę kroków, znalazł się w strefie światła. Niewysoki, siwy goblin strząsnął pajęczynę z cerowanej chlamidy, obejrzał mnie i niespodziewanie piskliwym głosem rozkazał:

– Miotłę na miejsce postaw, wojowniku. Rozbijasz się tu…

Szurając sandałami i z dezaprobatą potrząsając głową, goblin obszedł mnie w koło.

– Młody elf postanowił zostać renegatem i pójść drogą Upadłego? Romantyki się zachciało, zachciało się dowieść, żeś nie taki jak wszyscy? No więc, często do mnie Nieumierający przychodzą, tylko mało który z nich zdołał zdobyć siłę. Tydzień-dwa poszwendają się po lesie i znikają, nie wiedzieć gdzie. Nie ma w nich woli i pasji prawdziwej.

Z szacunkiem pochyliłem głowę:

– Szanowny Grymie, rodziców się nie wybiera, winny nie jestem, że urodziłem się jako elf. A zaś drogę czarnoksiężnika wybrałem świadomie i wierzę, że będę mógł ci to rychło udowodnić.

Goblin utkwił we mnie ciężkie spojrzenie, po czym zasyczał w twarz:

– Rychlej, niż myślisz, młody błaźnie.

Grym raptem się odwrócił i wyciągnął z kupy szmat białośnieżne zawiniątko.

– Imieniem Nienazywanego! Złóż je w ofierze, wyciąwszy niewinne serce!

Odrzucił róg materii i jaskinię napełnił dziecięcy płacz! Niebieskimi, pełnymi łez oczyma patrzyło na mnie niemowlę!

Odrzuciło mnie do ściany. Coś głośno brzęknęło o kamień, spojrzałem – w mojej dłoni drapieżnie błyskał krzywy kindżał.

– Uwaga! Otrzymano nowe zadanie! „Udowodnić czynem wierność Upadłemu”. Typ zadania: ogólny. Warunki wykonania: wariantowe.

– Nagroda: nieznana.

Rozbestwili się całkiem w tej wirtualności! Wariantowe, mówicie? Ścisnąłem brzeszczot, aż chrzęstnęły stawy:

– A serce jednego, starego goblina nie wystarczy jako dowód?!

Zrobiłem krok do przodu i ostro dźgnąłem żelazem nienawistną różnooką mordę. To znaczy, spróbowałem dźgnąć… Powietrze wokół mnie zgęstniało i rozkraczyłem się w pozycji pojedynkującego się d’Artagnana.

– Paraliż! Nałożono na ciebie zaklęcie „Kostne Okowy”!

Goblin wstrętnie zachichotał, potem zrobił ruch ręką. Zawiniątko z niemowlęciem znikło, a ja runąłem na kamienną podłogę. Kindżał głucho brzęknął i potoczył się po kamieniach.

– Zostałeś zbity z nóg! Otrzymałeś 12 jednostek obrażeń! Życie: 48/60.

– Оpamiętaj się, mały elfie. To jedynie iluzja. Niepotrzebni są nam rzeźnicy, nie słuchaj za dużo naszych kapłanów. Upadły nie jest ciemną stroną, lecz po prostu to jeden z panteonu, który przegrał bitwę o miejsce w Niebiańskiej Świątyni.

– Uwaga! Zadanie: „Udowodnić czynem wierność Upadłemu” wykonane!

– Otrzymana nagroda: „Żelazo zmierzchu”.

– Twoje stosunki z frakcją Ciemnego Aliansu poprawiły się!

– Twoje stosunki z Grymem poprawiły się!

– Wstań, czarnoksiężniku! – Grym podał mi rękę, pomagając podnieść się na nogi. – I kindżał podnieś, ten właśnie jest prawdziwy. Bierz, nie bój się, nie ma na nim krwi. Zadowolony jestem z ciebie, ucieszyłeś starego. Jednakże słowa przyjdzie ci potwierdzić czynem!

– Uwaga! Otrzymano nowe zadanie: „Udowodnić czynem wierność Upadłemu II”.

– Typ zadania: niezwykłe. Warunki wykonania: wariantowe.

– Nagroda: nieznana.

Masz ci! Wciąż nie może się uspokoić, może go nożykiem dźgnąć? Obawiam się jednak, że paralizacją już się nie wykręcę. Dociągnąwszy się do kindżału, skupiłem na nim spojrzenie:

– Żelazo zmierzchu. Personalny podczas podniesienia. Typ broni: kłująca, jednoręczna.

– Trwałość: 80\80.

– Obrażenia: 1–8. Szybkość: 1,8.

– Efekt: atak z prawdopodobieństwem 7 procent, nakłada na cel debuff „Drżenie rąk”, zmniejszający szybkość ataku przeciwnika o 24 procent.

A niezły to dziurkacz! Jakiś tam początkujący zbójca, czy, jak go się częściej określa w grze – „rogal”, za takiego dźgacza, a jeszcze lepiej za parkę, niemało złota by wywalił, DPS-u, a prościej mówiąc liczby obrażeń na sekundę – takiej pary starczyłoby na pierwsze dziesięć – piętnaście poziomów. А efekt w ogóle bajeczny: przeciwnik praktycznie osłabia się o jedną czwartą. Dla mnie, co prawda, taki scyzoryk ni w pięć ni w dziewięć. Tankować, przyjmując na pierś ciosy przeciwników, raczej nie zamierzam, chyba że na pierwszych poziomach będzie się musiało trochę pomachać żelazem. Potem kasterzy, bez broni i posiadający mizerny zapas życia, zaczynają się pokładać po pięciu-sześciu uderzeniach średnich potworów i o walce wręcz przychodzi zapomnieć.

Po zawieszeniu kindżału na pasie, skłoniłem się:

– Dziękuję za lekcję i za dar, szanowny Grymie. Chciałbym się dowiedzieć, gdzie mogę przestudiować nawyki magiczne Czarnoksiężnika?

Goblin w zamyśleniu potarł podbródek:

– Na ile wystarczy mojej wiedzy, pomogę ci. Talent magiczny posiadasz i dostęp do niego ci otworzę. Kiedy staniesz się silniejszy – wracaj. А teraz idź. Jestem zmęczony.

Obrócił się do mnie plecami, a mnie podchwyciła pod łokcie nieznana siła, dość brutalnie przeniosła przez korytarz i wypchnęła na zewnątrz.

– Hej! Poluzuj! Jeszcze o Gildię chciałem zapytać! – spróbowałem wsunąć głowę do jaskini, ale niewidoczna sprężysta ściana delikatnie odepchnęła mnie do tyłu.

– Pustelnik Grym jest teraz zajęty i nie chce cię widzieć. Powróć, gdy osiągniesz piąty poziom.

No, czy nie ważniak? Oderwałem się od okna wiadomości, lecz rozległ się dźwięk dzwoneczka i na jej miejscu pojawiła się nowa:

– Uwaga! Zadanie: „Odnaleźć jaskinię i porozmawiać z pustelnikiem Grymem” wykonane!

– Otrzymałeś nagrodę: Odblokowanie zdolności magicznych!

– Otrzymałeś dostęp do gałęzi rozwoju Krwi!

– Otrzymałeś dostęp do gałęzi rozwoju Przyzwania!

– Otrzymałeś dostęp do gałęzi rozwoju Śmierci!

– Masz 3 niewykorzystane jednostki talentu!

О, to jest już coś. Padłem na trawę i otworzyłem okna menu.

Gałąź Przyzwania. Podstawowy wybór w kierunku rozwoju – podnoszenie zabitych istot bądź przywoływanie potworów z innych planów. Pierwsze – początkowo są słabsze i wymagają składnika do przyzwania, lecz w teorii mają większy potencjał rozwoju. Na wysokich poziomach, w tejże gałęzi Przyzwania, otwierały się nowe zdolności, dodające siły podniesionej istocie. Miało się także dość dużo przedmiotów, z bonusami i buffami, dla podniesionych petów.

Tymczasem przywoływane istoty dość długo były silniejsze niż podniesione, dopóki w pewnej chwili nie sięgały sufitu. Nieprędko, bardzo nieprędko, gdzieś w okolicach dwóchsetnego poziomu, następował przełom. Wyżej niż Arcydemona przywoływać już nie było kogo. Owszem, też istniały możliwości i zdolności, by go wzmocnić. Ale według statystyki topowy mistrz ze specjalizacją w Podnoszeniu zwyciężał w starciach z innymi graczami o sześć procent częściej. A to jest istotne. Dla mnie istotne, chociaż podstawowa masa graczy żyła, jak w realu, według zasady: chcę tu i teraz, a dalej jakoś się przebijemy.

Dokonałem wyboru, minus jedna jednostka Talentu.

– Nauczyłeś się zaklęcia: „Przywołanie nieumarłego”. Czas rzucania zaklęcia: 4,5 sekundy. Zużycie many: 30 (plus 15 many na każdy poziom czarodzieja).

– Składnik: Каmień Duszy.

– Efekt: Podniesienie martwej istoty. Bardziej szczegółowe informacje są dostępne w Wiki.

Przeszedłem do proponowanego odsyłacza – o swej głównej broni trzeba wiedzieć wszystko. Jak się okazało, Kamień Duszy przypadkowo spadał z zabitych istot. Przedmiotu nie mogłeś kupić, ukraść, ani przekazać innemu graczowi. Mogłeś go tylko zdobyć samemu z ciała potwora, zabitego przez ciebie lub twoją grupę. W przypadku grupy szansa wypadnięcia kamienia istotnie siadała, w zależności od liczebności członków oddziału i, co również ważne, różnic w ich poziomach.

Tymczasem siła podnoszonego zależała bezpośrednio od poziomu stwora za życia, plus bonusy za przedmioty i buffy oraz minus określony współczynnik, wyliczany z poziomu i klasy gracza. Wzrost many na przywołanie był tak samo zrozumiały. Dane zaklęcie pozostawało niezmienne w ciągu całego rozwoju postaci, po prostu na setnym poziomie wymagało 1530 many, a nie 30, jak na pierwszym.

Przechodzimy do gałęzi Krwi. Tu w przyszłości pojawi się różnorodny asortyment DOTów, Aur i Debuffów.

DOTy są drugą co do siły bronią Nekromanty. Nekros nie zadaje dużych jednorazowych obrażeń, jak czarodzieje czy magowie. Nie, on nakłada na ofiarę wiązkę zaklęć, które takt po takcie zmniejszają życie celu. Przy tym zaklęcia są paskudnie najrozmaitsze, prócz wyrządzenia trywialnych obrażeń często powodują także dodatkowe efekty: spowalniają, zatruwają lub przekazują życie i manę celu Nekromancie. Krócej mówiąc, taktyk i kombinacji jest wielkie mnóstwo, gdy się ma myślącą głowę i sprawne ręce.

Teraz są dla nas dostępne dwa zaklęcia tego rodzaju: jedno ze spowolnieniem, drugie, o większej sile – zatruwające cel. Chciałoby się, oczywiście, zadawać więcej strat, ale brać będziemy pierwsze. Wraz z poziomami efekt spowalniający będzie wzrastać, aż do hamowania celu w sześćdziesięciu – siedemdziesięciu procentach, co jeszcze uratuje mi skórę nie raz, ale kilkaset razy. Bierzemy!

– Nauczyłeś się zaklęcia „Ciernista trawa”. Czas rzucania zaklęcia: 1,5 sekundy. Zużycie many: 15.

– Efekt: cel otrzymuje magiczne obrażenia w wysokości 5 jednostek, co 4 sekundy, w ciągu 16 sekund. Szybkość poruszania się celu spowalnia się o jedenaście procent. Bardziej szczegółowe informacje są dostępne w Wiki.

Znakomicie, pozostała jeszcze jedna jednostka talentu. Przejdźmy do gałęzi Śmierci.

W tej chwili są tu dostępne dwa zaklęcia i obydwa bardzo chciałbym wziąć.

Pierwsze – „Pochłanianie życia” – zadaje celowi obrażenia i przekazuje je Nekromancie w postaci punktów życia. Obrażenia są niewielkie, ale w praktyce to zaklęcie zawsze ignoruje magiczny opór gracza oraz, co najważniejsze, ulecza mnie, ukochanego. A solo-klasie uleczałka zawsze jest bardzo potrzebna.

I drugie: „Kościana tarcza”. To zaklęcie wytwarza magiczną tarczę, która przyjmuje na siebie określoną liczbę obrażeń.

Po niedługim namyśle postanowiłem brać uleczałkę, a tarczę koniecznie wezmę na najbliższych poziomach. Na ile pamiętam z oficjalnego samouczka, kolejne trzy jednostki talentu otrzymam na poziomie piątym, następnie jeszcze trzy na dziesiątym, a dalej, po wyborze specjalizacji, po jednej jednostce za każdy poziom.

– Nauczyłeś się zaklęcia „Pochłanianie życia”. Czas rzucania zaklęcia: 1,4 sekundy. Zużycie many: 14.

– Efekt: Cel otrzymuje magiczne obrażenia w wysokości 8 jednostek, a ty uleczasz się o taką samą wartość HP. Bardziej szczegółowe informacje są dostępne w Wiki.

Naprędce rozrzuciwszy nowo nabyte zaklęcia po slotach szybkiego kastu, wstałem i strząsnąłem śmieci z nogawek – niesamowita detalizacja! Od strony ścieżki usłyszałem odgłos kroków i szelest listowia, a po chwili na polanę, lękliwie się rozglądając, wyszedł elf-siłacz o łatwej do rozpoznania twarzy teleartysty. Miał szeroko otwarte oczy, jak wybałuszają je dzieci. Przybyły był bez broni, a ubrany dokładnie w taką samą chlamidę, jak ja. Zdjąłem rękę z kindżału:

– No, witaj, młody Czarnoksiężniku!

Oczy elfa rozwarły się jeszcze szerzej:

– Pustelnik Grym?!

„Psia kość, co to on, czytać nie umie?”

– Jestem jego młodszym bratem-bliźniakiem. Przechodź, nie krępuj się – wskazałem na jaskinię – jesteś oczekiwany…

– Dziękuję – wyszeptało elfiątko i prześlizgnęło się koło mnie do wejścia.

Pokiwałem głową – przedszkole, portki na szelkach. Mam nadzieję, że deweloperzy uwzględniają wiek gracza i jako ofiarę zaproponują mu królika. Albo po prostu ślimaka i młotek. Ale tak, żeby z trzaskiem i mózg na ścianie!

Hm, coś się za bardzo rozpędziłem… Raczej to opcja kontroli rodzicielskiej w kapsule jest włączona tak, że krew z potworów się nie leje, odczucia bólowe i erotyczne są zablokowane, a filtr niecenzuralnej mowy aktywny.

No, dobra, czas przejść do rzeczy. Półtorej godziny w grze, a wciąż jestem nubem na pierwszym poziomie. Kiepsko. Sądząc po mapie, do wschodniej bramy miasta mam dziesięć minut drogi. Lokacje startowe nowicjuszy znajdują się zaraz za miejskimi murami, co pozwala graczowi uciec pod obronę straży w przypadku niebezpieczeństwa. Będę posuwać się w kierunku miasta, po drodze zajmując się polowaniem, zwierzyny tu powinno być o wiele więcej, niż w pobliżu przepełnionych przez nowicjuszy murów.

ROZDZIAŁ 4

Pierwsza próba zapolowania o mało nie stała się dla mnie fatalna. Niedaleko ścieżki zobaczyłem małego królika. Podpowiedź usłużnie poinformowała mnie, że królik jest młody, na poziomie pierwszym. Okej, mój rozmiarek. Peta podnieść jeszcze nie mogłem, nie było Kamienia Dusz. Nie szkodzi, damy sobie radę i tak, na pierwszych poziomach kasterom często przychodzi tankować.

Oznaczyłem kłapouchego jako cel i zaktywizowałem „ciernistą trawę”. Ziemia wokół nieszczęsnego zwierzęcia wybrzuszyła się i jego łapy oplotła niebieska, koląca trawka. Pasek życia, który pojawił się nad królikiem, drgnął i zmniejszył się o około dziesięć procent. Gryzoń przywołująco zapiszczał i podreptał do mnie. I jednocześnie, z rosnących obok krzaków, rzuciła się na mnie rosła zajęczyca!

– Stary król. Poziom: 3.

Niechby choć suseł! Przecież zabodzie! Hańby nic nie zmyje – zabity przez królika już w pierwszej walce!

Pośpiesznie przerzuciłem znacznik celu na zajęczycę i znowu nałożyłem spowalniającego DOTa. Zaklęcie zostaje całkowicie zignorowane przez cel! Cudowne dzieła twe, króliki odporne na magię! Jeszcze jedna próba – i zwierzę wreszcie spowalnia.

– Ugryzienie! Otrzymałeś 6 jednostek obrażeń od zębów młodego królika! Życie: 54/60.

– Pudło! Młody królik usiłował uderzyć cię łapami, ale chybił!

Maluch zdążył doskoczyć i teraz czynnie starał się zadać mi ból. Wyciągnąłem kindżał i ciachnąłem uszatego po pysku, w wyniku czego pasek jego życia z lekka klapnął, a potem zaktywizowałem Pochłanianie Życia.

– Młody królik otrzymał 8 jednostek obrażeń!

– Zostałeś uleczony za 8 jednostek życia! Życie: 60/60.

– Ugryzienie! Otrzymałeś 17 jednostek obrażeń od zębów starego króla! Życie: 43/60.

– Ugryzienie! Otrzymałeś 5 jednostek obrażeń od zębów młodego królika! Życie: 38/60.

– Duże zadrapanie! Stary król ciachnął cię pazurami, straciłeś 12 jednostek życia. Życie: 26/60.

Dajemy nogę. Spowalniający DOT wciąż jeszcze wisiał nad obydwojgiem uszatych, tak więc gdy przebiegłem parędziesiąt kroków i trochę oderwałem się od prześladowców, odwróciłem się i dwakroć odczytałem Pochłanianie.

– Młody królik otrzymał 8 jednostek obrażeń!

– Zostałeś uleczony za 8 jednostek życia! Życie: 34/60.

– Młody królik otrzymał 5 jednostek obrażeń!

– Zostałeś uleczony za 5 jednostek życia! Życie: 39/60.

– Uzyskałeś doświadczenie!

A żebyś zdechł, zarazo!

Próba spowolnienia starego kosztowała mnie jeszcze dwa ugryzienia. Życie upadło na sektor pomarańczowy, dlatego znowu musiałem biec. Gdyby pasek mego życia doszedł do strefy czerwonej, uciec już bym nie mógł, przy takim stanie zdrowia szybkość gwałtownie się zmniejsza. Ale i teraz moja przewaga była minimalna, dlatego w żaden sposób nie mogłem oderwać się od uszatego na odległość wystarczającą, by bezpiecznie wypowiedzieć zaklęcie.

Jeszcze setka kroków i las się rozstąpił – wypadliśmy na jego skraj. Przede mną były miejskie mury, koło których roiło się od graczy. Dziesiątki ich huśtały się na różnych drobiazgach, medytując i rozmawiając. Ustaliłem swoje położenie dzięki wieżom nad wrotami i brukowanej drodze. Wyrwałem w kierunku bramy – tam zawsze stoi straż, która podpisze się za gracza i nie wpuści potwora do miasta. Królik-potwór – niestworzone rzeczy, hańba na moją siwiznę…

Szkoda, oczywiście, utraconego doświadczenia – jeżeli moba dobije straż, już go nie dostanę. Jednak sytuacja nieoczekiwanie się zmieniła – zwierzę wydało obmierzły wrzask i ja, rzuciwszy okiem do tyłu, ostro zahamowałem. Jakiś gracz, rogal drugiego stopnia, zaszedł uszatemu drogę i szybko sperforował go dwoma szybkimi sztychami. I teraz nie wolno mi się zagapić! Ten, który zada więcej uszkodzeń, otrzyma doświadczenie.

Z maksymalną szybkością zacząłem wymawiać Pochłanianie życia – toż przecież przy okazji się uleczę.

– Uzyskałeś doświadczenie!