Zrozumienie - C. Wanebelle - ebook
Opis

Rebecca Hall natrafia na zaskakująco korzystną ofertę daną przez samotnie żyjącego Colina White’a, który nieustannie poszukuje gosposi, ponieważ nikt nie chce podjąć się u niego stałej pracy. Dziewczyna dowiaduje się od miejscowych ludzi, że chłopak kryje za sobą mroczną przeszłość. Kim jest tajemniczy młodzieniec, dlaczego stał się postrachem miasteczka i jak wpłynie na życie Rebeccy poznanie jego historii? Jaką tajemnicę kryje chłopak z wpływowej, na pozór idealnej rodziny?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 351

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

C. Wanebelle

Zrozumienie

© C. Wanebelle, 2017

Rebecca Hall natrafia na zaskakująco korzystną ofertę daną przez samotnie żyjącego Colina White’a, który nieustannie poszukuje gosposi, ponieważ nikt nie chce podjąć się u niego stałej pracy. Dziewczyna dowiaduje się od miejscowych ludzi, że chłopak kryje za sobą mroczną przeszłość. Kim jest tajemniczy młodzieniec, dlaczego stał się postrachem miasteczka i jak wpłynie na życie Rebeccy poznanie jego historii? Jaką tajemnicę kryje chłopak z wpływowej, na pozór idealnej rodziny?

ISBN 978-83-8104-709-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział 1

Jechałam na tylnym siedzeniu samochodu ze znużonym spojrzeniem wbitym w okno. Gdy zza szyby dostrzegłam kończący się las i pojawiające się pierwsze, pojedyncze domy odetchnęłam z ulgą. Nareszcie po długiej, męczącej drodze dotarłam do Estes Parku w stanie Colorado. Jechałam spory kawał drogi po to, aby przywitać się z nową pracą, co prawda nie najlepszą, ale zaskakująco dobrze płatną. Miałam pracować jako gosposia u bogatego młodzieńca nazywającego się Colin White. Jedyne, co o nim wiedziałam to było to, że miał 22 lata, więc był starszy ode mnie tylko o rok, odziedziczył majątek po rodzicach i aktualnie nie posiadał stałej pracy. W sumie nie była mu ona potrzebna. Gdybym miała tak nadzianych rodziców to zapewne również spędziłabym resztę swojego życia na lenieniu się w domu.

Kierowca wysadził mnie w centrum miasteczka. Rozejrzałam się wokoło, podziwiając piękno tego miejsca. Estes park było niewielkim miasteczkiem położonym w niezwykle malowniczych górach, pokrytych gęsto lasem. Wzięłam swój skromny bagaż i udałam się do pobliskiej kawiarni, aby móc w spokoju odetchnąć po podróży. Kiedy wchodziłam do środka przez chwilę nieuwagi wpadłam na jakiegoś młodego mężczyznę. Był wysoki, dobrze zbudowany i miał jasne, krótkie, blond włosy.

— Przepraszam! — zawołałam, szybko sięgając po swoją torbę, która mi upadła.

Mężczyzna odwrócił się w moją stronę, mierząc mnie uważnie swoimi pogodnymi, zielonymi oczami i rozciągnął twarz w szerokim uśmiechu.

— Nic się nie stało. Pani tu dopiero przyjechała? — zapytał, spoglądając na mój bagaż.

— Tak, dokładnie przed chwilą — odrzekłam, wypuszczając ciężko powietrze z płuc — To miasteczko jest wyjątkowo piękne.

— Jak ma pani na imię? — spojrzał mi głęboko w oczy.

— Rebecca — podałam mu dłoń na przywitanie — Możesz do mnie mówić na ty.

— Drake — przedstawił się, ściskając mi dłoń — W jakiej sprawie tu przyjechałaś?

— Dostałam pracę gosposi u niejakiego Colina White’a — kiedy to powiedziałam zrzedła mu mina — Stało się coś? — zapytałam, nie rozumiejąc jego reakcji.

— To może usiądźmy — zachęcił, wskazując wolny stół w pobliżu. Kiedy oboje się rozsiedliśmy, w końcu odpowiedział — Colin White 5 lat temu wyszedł z psychiatryka — na wieść o tym uniosłam obie brwi do góry w niedowierzaniu — Wpakowali go tam w wieku 14 lat, ponieważ zachowywał się dziwnie, prześladował dziewczynę o imieniu Abigail i ona popełniła przez to samobójstwo, a na dokładkę próbował udusić w bijatyce jej chłopaka, który pragnął się zemścić. Lecz najbardziej niepokojące są niewyjaśnione umiejętności Colina. Ma on tak jakby… Wrodzony talent do hipnotyzowania ludzi. Potrafi zahipnotyzować cię nawet, jeśli ty tego nie chcesz i zmusić do zrobienia WSZYSTKIEGO. Jest w stanie kompletnie uśpić twoją świadomość. Stosuje do tego jakieś swoje własne techniki. Nikt na świecie nie potrafi tak dobrze hipnotyzować jak on. Parę razy do roku pojawia się u nas cyrk z wesołym miasteczkiem. Colin tam występuje pokazując swoje umiejętności. Na jego pokazy przychodzą całe tłumy ludzi i to dzięki niemu ten cyrk tak dobrze zarabia. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym niedługo po tym, jak go wypuszczono z psychiatryka. Wiele osób podejrzewa, że to nie był zbieg okoliczności — zamilkł na chwilę, patrząc mi głęboko w oczy z niepokojem wymalowanym na twarzy — Obawiam się, że zbyt długo u niego nie popracujesz. Większość gosposi jest w stanie wytrzymać z nim tylko parę miesięcy, potem same odchodzą, albo raczej uciekają — prychnął pod nosem — Dużo płaci, aby zachęcić ludzi do podjęcia się stałej pracy u niego, lecz na nikogo, kto go zna to nie działa. Trochę mi ciebie szkoda — w jego oczach pojawiło się rozczarowanie — Jesteś bardzo pogodna i sympatyczna. Nie chcę, aby ten psychopata cię zniszczył.

Przez chwilę milczałam, bawiąc się swoimi długimi, prostymi, jasnobrązowymi włosami.

— Cóż… Nie mam za bardzo innego wyjścia. Moja matka jest chora i potrzebuje pieniędzy na leczenie. Ta praca jest naprawdę dobrze opłacana. Nie chcę przegapić takiej okazji. Myślę, że jakoś z nim wytrzymam — uśmiechnęłam się nieszczerze — Chyba powinnam już iść — spuściłam ponury wzrok i poderwałam się z miejsca.

Zupełnie niespodziewanie Drake chwycił mnie za rękę.

— Gdybyś potrzebowała mojej pomocy, tu masz mój numer — rzekł, dając mi małą karteczkę z numerem telefonu.

— Dziękuję. Myślę, że się jeszcze kiedyś zobaczymy. Póki co jesteś jedyną osobą, którą znam w tym mieście — zaśmiałam się cicho, po czym ostatni raz uśmiechnęłam się do niego promiennie — Do zobaczenia — rzuciłam w jego stronę i wyszłam z kawiarni.

Zamówiłam taksówkę, która zawiozła mnie do domu Colina White’a, znajdującego się na dużym odludziu, otoczonym lasem i położonym wyżej w górach. Kiedy dotarłam na miejsce aż ciarki przeszły mi po plecach, gdy ujrzałam go w pełnej okazałości. Ten dom był wielki, dwupiętrowy ze strychem, wykonany z ciemnego, szarego drewna i otoczony czarnym, wysokim, zaostrzonym na końcach ogrodzeniem. Nabrałam głęboko powietrza do płuc, próbując się uspokoić. Żałowałam wtedy, że Drake opowiedział mi wszystko o Colinie, bo gdy nie byłam niczego świadoma, przynajmniej się nie stresowałam. Weszłam powoli na werandę i zadzwoniłam ostrożnie do drzwi, czekając niecierpliwie, aż ujrzę swojego pracodawcę. Po krótkiej chwili drzwi się otworzyły, a w nich stanął wysoki, szczupły, młody mężczyzna o niezwykle bladej cerze, czarnych, krótkich, gęstych, kręconych włosach połyskujących się w świetle, wąskich ustach, drobnym nosie i niezwykłych, niebieskich jak niebo oczach, które przybrały bardzo dziwny wyraz. Po raz pierwszy w życiu widziałam tak specyficzne spojrzenie. Patrzył się na mnie tak, jakby chciał przeszyć mój umysł na wylot swoimi oczami i rozszarpać go na kawałki. Starając się nie skupiać na jego wyrazie twarzy przekierowałam wzrok niżej, na jego garderobę. Ubrany był w białą koszulę, której rękawy miał podwinięte do góry; grafitowy wełniany bezrękawnik w gęsto ułożone obok siebie czarne, cienkie, pionowe pasy; długie czarne, eleganckie spodnie i lakierki.

— Dzień dobry. Na imię mi Rebecca Hall i jestem pana nową gosposią — wydusiłam z siebie, zmuszając się do tego, aby w końcu spojrzeć mu w oczy i uśmiechnąć się sympatycznie.

Był naprawdę niezwykle przystojny, tylko chłodny wyraz jego twarzy trochę mnie odstraszał.

— W porządku. Wejdź — zaprosił mnie do środka.

Jego głos wyjątkowo mnie zaskoczył. Był taki delikatny, melodyjny, aksamitny, wręcz anielski. Zupełnie nie pasował do jego sztywnej postawy. Weszłam niepewnie do środka, rozglądając się nieustannie po wnętrzu domu, które wyglądało bardzo bogato. Każdy pokój był przyozdobiony obrazami, drogimi dywanami i starymi, eleganckimi meblami. Najbardziej rzucił mi się w oczy wielki obraz wiszący nad schodami na górne piętro. Przedstawiał młodą kobietę i mężczyznę, ubranych bardzo formalnie i ich małego synka, który wyglądał na 8 lat. Po czarnych, kręconych włosach poznałam, że to Colin. W końcu przeszliśmy oboje do jednej z sypialni, która była umeblowana nieco bardziej kobieco i zachowana w jasnych kolorach.

— To jest twój pokój. Możesz się śmiało rozgościć. Na biurku leży lista twoich codziennych obowiązków — powiedział, wpuszczając mnie z bagażem do środka — A i jeszcze jedno: Przestań się mnie bać. Nic ci nie zrobię — dodał, nie potrafiąc powstrzymać złośliwego uśmieszku, wstępującego na jego twarz.

Poczułam, jak się rumienię i natychmiast się rozluźniłam.

— Dlaczego uważasz, że się ciebie boję? — zapytałam niepewnie, odkładając torbę na łóżko.

— Bo patrzysz na mnie tak, jakbyś spodziewała się czegoś strasznego. Oprócz tego nie jesteś pierwszą osobą, która się mnie boi. Nie chcę, aby pojawiła się między nami nieprzyjemna atmosfera, dlatego proszę, abyś pomimo wszystkiego, co usłyszałaś na mój temat nie podchodziła do mnie jak do potwora — rzekł z lekką rezygnacją w głosie, kierując wzrok ze mnie na dywan w moim pokoju.

Wyglądał na zmęczonego stałą zmianą gosposi.

— Przepraszam — wypuściłam ciężko powietrze z płuc — Ja naprawdę nie chciałam urazić ciebie swoim zachowaniem — odparłam ze skruchą w głosie.

Colin prychnął pod nosem cicho, zastanawiając się nad czymś.

— Nic się nie stało. Pewnie jesteś zmęczona podróżą. Chciałbym, abyś zeszła na dół do salonu, jak już będziesz gotowa — oznajmił, po czym zostawił mnie samą.

Odetchnęłam z ulgą i rzuciłam się plecami na łóżko.

Starałam się jak najdłużej rozpakowywać, aby nie musieć zbyt prędko ponownie wdawać się w rozmowę z Colinem. Wiedziałam doskonale, że nie powinnam go z góry oceniać, jeżeli go nie poznałam osobiście ale fakt, że spędził w psychiatryku 3 lata mówił sam za siebie. Nie mogłam mu do końca ufać. Kiedy już byłam gotowa w końcu postanowiłam się jakoś przemóc i zejść ostrożnie na dół, do salonu tak, jak Colin mnie o to prosił. Po przekroczeniu progu pokoju serce mi stanęło, gdy napotkałam oczami jego przeszywające spojrzenie. Chłopak siedział sztywno w jednym z foteli. Nie wyglądał na złego, lub podejrzliwego, tylko bardziej na zaciekawionego.

— Usiądź proszę — wskazał fotel obok.

Usadowiłam się powoli, nie odrywając od niego ani na chwilę oczu. Colin przechylił lekko głowę na bok, świdrując mnie spojrzeniem, po czym przechylił ją powoli i płynnie na drugi bok.

— Pomyślałem, że skoro jesteś zmęczona podróżą, to nie będę cię zamęczał dzisiaj pracą i pozwolę ci się trochę zrelaksować — powiedział to wyższym, jeszcze delikatniejszym i melodyjniejszym głosem — Spokojnie, rozluźnij się. Przy mnie nie musisz się stresować — mówił coraz wolniej, znów przechylając chwilowo głowę lekko raz w jedną, raz w drugą stronę. Jego oczy przestały być surowe, lecz stały się niezwykle przenikliwe i zarazem spokojne. Jego głos sprawił, że wszystkie mięśnie w moim ciele się rozluźniły. Musiałam poruszyć dłońmi, ponieważ chwilowo straciłam w nich czucie — Powiedz mi Rebecco, co sprawiło, że wybrałaś akurat tę pracę? — nie przestawał mówić tym kojącym, uspokajającym, słodkim tonem.

— Właściwie to wybrałam ją, ponieważ jest dobrze opłacana, a nieźle sobie radzę z wykonywaniem prac domowych — odparłam — Dlaczego pan tak dziwnie na mnie patrzy? — zapytałam, zwężając oczy.

W końcu przestał zupełnie się kołysać i uniósł lekko brwi do góry. W jego oczach dostrzegłam przebłysk zaskoczenia. Przez chwilę przyglądał mi się w milczeniu z niedowierzaniem, aż w końcu odezwał się lekko zmieszany, lecz tym razem normalnym tonem:

— Wybacz. Chciałem po prostu sprawdzić jak zareagujesz — odpowiedział.

Nie za bardzo zrozumiałam jego odpowiedź.

— Jak to sprawdzić jak zareaguję? A jak miałabym zareagować? — zapytałam, gdy nagle mnie olśniło. Przypomniało mi się, jak Drake mi opowiadał, że Colin ma wrodzony talent do hipnotyzowania i że stosuje on swoje własne metody. To tłumaczyło jego dziwaczne kołysanie się na boki i sposób mówienia — Pan próbował mnie… zahipnotyzować? — wykrztusiłam, czując jak spada ze mnie jakiś niewidzialny ciężar.

— Mów do mnie po prostu Colin — rzekł, po czym dodał niepewnie — Tak, próbowałem cię zahipnotyzować, a tak dokładnie, to sprawdzić jak bardzo twój umysł jest podatny na hipnozę. Ku mojemu zaskoczeniu jesteś pierwszą osobą, która prawie w ogóle jej nie uległa.

— Każdego próbujesz hipnotyzować? — zapytałam pretensjonalnie.

Mężczyzna jedynie uśmiechnął się lekko pod nosem w odpowiedzi.

— Czym się interesujesz? Masz jakąś pasję, hobby? — nachylił się lekko w moją stronę, opierając łokcie o kolana.

— Lubię tańczyć i interesuję się psychologią — odparłam.

— Psychologią? To bardzo ciekawy kierunek — urwał na chwilę, rozciągając twarz w szerokim uśmiechu rozbawienia — Może w przyszłości będziesz leczyć takich ludzi jak ja.

— Myślałam, że jesteś już zdrowy. W końcu wypuścili ciebie z psychiatryka nie bez powodu — tym razem to ja świdrowałam go oczami.

— Mieli powód, to prawda. Ale nie do końca pokrywał się on z moim stanem psychicznym — odparował. Kiedy napotkał moje pytające spojrzenie kontynuował — Nie mogę ci zdradzić tego powodu, ponieważ gdyby to wypłynęło to pracownicy tutejszego psychiatryka mieli by poważne problemy, a ja znów bym tam trafił — na ostatnim słowie spuścił wzrok na swoje dłonie.

— Rozumiem. A jakie jest twoje hobby? — próbowałam zmienić temat.

— Oczywiście moim największym hobby jest hipnotyzowanie ludzi, ale oprócz tego lubię również śpiewać i czytać książki — odpowiedział.

— Śpiewać — powtórzyłam po nim, uśmiechając się — Chciałabym kiedyś usłyszeć twój śpiew — rzekłam z nadzieją w głosie.

— Myślę, że raczej będziesz miała okazję — odwzajemnił mój uśmiech, zanurzając palce w swoich gęstych, kręconych włosach.

— Jacy byli twoi rodzice? — nieoczekiwanie zapytałam.

Uśmiech zniknął z twarzy Colina, a na jego miejscu pojawiło się przygnębienie, zmieszane ze złością.

— Samolubni i chłodni. Mieli mnie gdzieś. Nigdy nie mieli dla mnie czasu — odparł.

— Nie sądzę, żeby mieli cię gdzieś. To, że byli zajęci pracą nie znaczy, że ciebie nie kochali — protestowałam.

— Nie znałaś ich. Nawet nie wiesz jak na mnie patrzyli tego dnia, w którym zabierano mnie do psychiatryka i tego, w którym powróciłem do domu. Chcieli się mnie pozbyć. Nie byłem idealny, takim jakim oni chcieli, żebym był, więc przestałem się dla nich liczyć. Skreślili mnie na zawsze ze swojego życia z powodu mojej „choroby” — ostatnie słowo wypluł z pogardą, naśladując palcami cudzysłów.

— A ten wypadek samochodowy… Czy on był praw… — urwałam, ponieważ wciął mi się w słowo.

— Późno już. Myślę, że powinnaś iść spać, ponieważ jutro o ósmej rano zaczynasz swoją pracę — rzekł oschle, wstając z fotela i ruszając do drzwi — Dobranoc — rzucił w moją stronę i wyszedł z pokoju szybkim krokiem. Wtedy dopiero zauważyłam z jaką gracją się poruszał. Zrobiło mi się trochę głupio. Dopiero co go poznałam i już od razu zaczęłam dopytywać się o jego prywatne sprawy. Miałam tylko nadzieję, że następnego dnia nie będzie na mnie zły.

Rozdział 2

Rano o 8:00 już umyta i ubrana pojawiłam się w kuchni, aby zrobić śniadanie. Lodówka była pełna, więc nakryłam stół i rozstawiłam ładnie wszystko to, co jest potrzebne do zrobienia kanapki. Po parunastu minutach Colin zszedł na dół do jadalni, już wyszykowany i w pełni przytomny, jakby wstał co najmniej godzinę wcześniej.

— Dzień dobry — uśmiechnęłam się pogodnie, przyglądając mu się uważnie.

— Dzień dobry. Dobrze ci się spało? — zapytał, siadając przy stole.

— Tak. Dzięki, że pytasz. To ja już może pójdę zabrać się za sprzątanie — wskazałam drzwi.

— Nie zjesz ze mną?

— Zjem coś później — odparłam, przeskakując z nogi na nogę.

— Byłoby mi miło gdybyś jednak zdecydowała się mi towarzyszyć — rzekł zachęcająco.

— W porządku — westchnęłam cicho i usiadłam po drugiej stronie stołu.

Gdy szykując sobie kanapkę co chwilę spoglądał mi głęboko w oczy czułam się mocno skrępowana. Nie byłam w stanie skupić się na jedzeniu, ponieważ obserwował każdy mój najdrobniejszy ruch.

— Nie lubisz, gdy ktoś na ciebie patrzy zbyt długo, prawda? — uśmiechnął się pod nosem, jakby moje skrępowanie go cieszyło.

— Tak. Nie czuję się wtedy zbyt komfortowo — odpowiedziałam.

Colin, jak na złość jeszcze bardziej zaczął świdrować mnie spojrzeniem. Czułam się tak, jakby próbował się przewiercić do tych najbardziej prywatnych zakątków mojego umysłu.

— Wczoraj pytałaś się mnie, jacy byli moi rodzice. Teraz nadeszła pora, abyś powiedziała mi jacy są twoi — zagadnął, biorąc kęsa kanapki.

— Mój ojciec dużo pracuje, więc rzadko pojawia się w domu. Za to moja mama zawsze się o mnie troszczyła i dbała o wszystkie moje potrzeby, lecz niedawno wykryto u niej raka i od tego momentu robię wszystko, aby jej pomóc. Jest możliwość leczenia, lecz wciąż brakuje nam pieniędzy — powiedziałam ponuro, kończąc szykować swoją kanapkę.

— To dlatego tu pracujesz. Chcesz uzbierać pieniądze na leczenie matki — rzekł, jakby sam do siebie, popadając w chwilowe zastanowienie.

— Nie czujesz się samotny w tym domu? — w końcu zmieniłam temat, rozglądając się po pokoju.

— Przywykłem już do samotności. To nie ma znaczenia, gdzie się znajduję. Nawet, gdyby otaczali mnie ludzie i tak byłbym samotny. Nikt by nie chciał ze mną spędzać czasu. Nawet ty — rzucił w moją stronę spokojnym głosem i dokończył jeść śniadanie.

— Nieprawda. Przecież jestem tu teraz z tobą i rozmawiam — upierałam się.

— Robisz to tylko dla pieniędzy. Gdybyś ich nie potrzebowała już byś odeszła, tak jak wszystkie inne gosposie — odrzekł z irytacją.

— Nie mam pojęcia, co im wszystkim zrobiłeś, ale z pewnością nie odeszły bez powodu — odszczeknęłam się, patrząc na niego spod byka.

— Jeżeli okażesz się być taka, jak one wszystkie to się z czasem przekonasz — warknął.

W końcu nie wytrzymałam i wstałam od stołu, sprzątając puste talerze po śniadaniu.

— Ja tylko wykonuję swoją pracę, bo po to tu jestem — podkreśliłam ostatnie słowa, udając opanowanie i wyniosłam brudne talerze do kuchni.

Ku mojemu zaskoczeniu Colin podążył tuż za mną i gdy zatrzymałam się przy zlewozmywaku, zaszedł mnie od tyłu i oparł się dłońmi o blat po obu moich stronach, blokując mi drogę.

— To ja decyduję, co jest twoją pracą — wyszeptał mi do ucha swoim słodkim głosem.

Odstawiłam talerz z powrotem do zlewozmywaka z rezygnacją. Colin nachylał się tak blisko mnie, że czułam wyraźnie jego ciepły oddech na swoim uchu, pomimo to byłam spokojna.

— A więc co mam zrobić? — zapytałam zmęczonym głosem, będąc wciąż tyłem do niego.

— Spójrz mi w oczy na tak długo, jak ja tego chcę — rzekł zdecydowanym tonem.

Westchnęłam cicho, poruszając przy tym ramionami i odwróciłam się przodem do niego. Kiedy nasze oczy się spotkały znów pojawił się we mnie niepokój. Spojrzenie Colina było takie samo co poprzedniego dnia, gdy próbował mnie zahipnotyzować. Chłopak pochwycił mnie delikatnie za podbródek i pogładził mnie kciukiem po policzku w uspokajającym geście.

— A teraz zaczniesz się powoli rozluźniać — zaczął mówić wyższym, jeszcze bardziej melodyjnym głosem — Rozluźnij się. Czujesz jak całe twoje ciało się rozluźnia tak bardzo, bardzo, bardzo, że aż tracisz w nim czucie — zaczął kołysać się lekko na boki w spokojnym, specyficznym tańcu, przybliżając się do mnie, a ja nie mogłam przestać wodzić spojrzeniem za jego oczami — Zapomnij o wszystkim, co miałaś przed chwilą zrobić. Wyłącz się, skosztuj wewnętrznego spokoju — Próbowałam przestać się go słuchać, lecz jego słowa bezlitośnie wrzynały mi się w mózg. Poczułam się niezwykle zrelaksowana i senna, lecz nie traciłam jeszcze świadomości — Wyłącz się. Nie myśl o tym co cię otacza. Teraz jesteś tylko ty i twój umysł — mówił, lecz po chwili zamilkł i pomachał powoli dłonią przed moimi oczami. Gdy zobaczył, że na nią reaguję przeklął pod nosem cicho — Niemożliwe! Nie działa! Przecież to zawsze działało! — powiedział sam do siebie, chwytając się za głowę.

Poruszyłam delikatnie dłońmi i stopami, aby wróciło mi do nich czucie i spojrzałam na Colina z brakiem zrozumienia.

— Może powinieneś spróbować czegoś innego? — poradziłam mu, uśmiechając się z satysfakcją.

— Nic nie rozumiesz. Mój talent nie polega na odpowiedniej technice, tylko na odpowiednim tonie głosu. Mój głos w pewnym, konkretnym tonie wpływa na mózgi ludzi, a odpowiednio dobrane słowa są tylko dodatkiem — wytłumaczył lekko zdenerwowany swoim pierwszym niepowodzeniem.

— Pierwszy raz słyszę o tak dziwnych właściwościach ludzkiego głosu — prychnęłam, nie chcąc mu uwierzyć na słowo.

— Lekarze badali mój wpływ na innych ludzi i dowiedli temu, że mój głos ma takie właściwości, tylko wciąż nie są w stanie tego wyjaśnić — odparł, ignorując moje niedowierzanie.

— No cóż… Teraz masz o jedną zabawkę mniej — wyplułam mając siebie na myśli i zabrałam się za zmywanie talerzy.

Zapadła długa, krępująca chwila milczenia. Colin przyglądał mi się uważnie w zastanowieniu, gdy wykonywałam swoją pracę, aż w końcu westchnął z rezygnacją i wyszedł z kuchni, zostawiając mnie samą. Najwidoczniej już mu się znudziło granie ze mną tego dnia. Próbowałam sobie wyobrazić jego poprzednie gosposie i to, jak bawił się nimi hipnotyzując je i zmuszając do wielu brudnych rzeczy. Aż mi ciarki przeszły po plecach, kiedy przeszło mi przez myśl pytanie, co zrobiłby ze mną, gdyby nade mną również miał kontrolę. Niby jego hipnoza na mnie nie działała, ale nie zdradziłam mu tego, że jego głos wpływa na mnie bardzo relaksująco. Może się okazać, że wcale nie jestem odporna na jego hipnozę, tylko po prostu mniej podatna, lecz nie zamierzałam mu o tym mówić. Niech myśli, że nie ma nade mną żadnej kontroli.

Tego dnia gdy wykonywałam prace domowe w pełnym skupieniu, Colin chwilami mnie obserwował w milczeniu. Starałam się go ignorować, lecz czasem uciekałam w inne miejsce, aby zrzucić w końcu z siebie jego natarczywe spojrzenie. Wieczorem, w wolnym czasie udałam się do swojego pokoju, wypakowałam z torby laptopa i przejrzałam internet w poszukiwaniu informacji o Colinie White. Oprócz reklamy cyrku, w którym czasem pracował wyświetlił mi się artykuł o tym, że jako 14-latek znęcał się psychicznie nad jedną ze swoich rówieśnic — Abigail i hipnotyzował ją, doprowadzając do wielu poniżających sytuacji. Nikt przez długi czas nie wiedział, że Colin miał nad nią kontrolę. Dopiero po jej śmierci odkryto na starych nagraniach z monitoringu szkolnego scenę, gdzie widać wyraźnie, że Colin ją hipnotyzuje. Niedługo po tym, jak dziewczyna rzuciła się pod pociąg, wdał się w bójkę z jej byłym chłopakiem i próbował go udusić.

— Jak minął ci pierwszy dzień pracy? — nagle rozległ się aksamitny głos Colina. Aż podskoczyłam w miejscu lekko wystraszona. Stał w wejściu do mojego pokoju, opierając się ramieniem o framugę drzwi. Nie słyszałam w ogóle jego kroków.

— Dobrze — odpowiedziałam, zamykając natychmiast laptopa.

— Gdybyś czegoś potrzebowała to mów — rzekł spokojnie i odszedł.

Zamknęłam drzwi od pokoju i położyłam się na łóżku, czując ogromną ulgę. Niespodziewanie zasnęłam.

— Abigail… — usłyszałam cichy, delikatny, melodyjny szept przy swoim uchu — Teraz już ciebie nie ma. Jestem tylko ja i twój pusty umysł — nie widziałam niczego, poza głęboką czernią otaczającą mnie ze wszystkich stron — Twoje ciało będzie teraz poruszało się w rytm mego głosu, który je popycha, steruje nim, kontroluje je — mówił to takim tonem, jakby właśnie mnie hipnotyzował — Wejdziesz teraz na tamte tory — nagle z ciemności wyłoniły się tory, o których była mowa. Niespodziewanie moje nogi zaprowadziły mnie do nich, choć wcale tego nie chciałam — Położysz się na nich — Moje ciało wykonało polecenie. Próbowałam je powstrzymać, lecz straciłam nad nim kontrolę — I poczekasz na swoją śmierć — przy tych słowach popadłam w wewnętrzną panikę, lecz nie byłam w stanie się poruszyć, jakby moje ciało było sparaliżowane. Nagle w oddali dostrzegłam nadjeżdżający pociąg. Pędził z niesamowitą prędkością przed siebie i gdy jego koła znajdywały się z każdą sekundą coraz bliżej mojej twarzy w końcu otworzyłam szeroko usta i wydałam z siebie głośny, przeraźliwy krzyk, gdy tymczasem Colin obserwował wszystko z boku i śmiał się psychopatycznie.

Gwałtownie otworzyłam oczy, podrywając się do góry. Mój oddech był szybki i płytki, a serce waliło mi tak mocno, jakbym naprawdę była bliska śmierci. Spojrzałam na zegar — była druga w nocy. Wstałam powoli z łóżka i wyszłam po cichu na korytarz do toalety. Kiedy byłam już przy jej drzwiach poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciłam się niepewnie i wstrzymałam oddech z zaskoczenia, gdy ujrzałam ciemną postać Colina, obserwującą mnie w grobowej ciszy na drugim końcu korytarza. Szybko czmychnęłam do toalety i się w niej zamknęłam na klucz. Dotknął mnie ogromny strach.

— Spokojnie, Rebecco — mówiłam cicho sama do siebie — To, że on we śnie był mordercą nie znaczy, że jest nim naprawdę. Nie bądź wariatką — oparłam sobie czoło na dłoni.

W końcu powoli wyszłam z toalety, a gdy odwróciłam się za siebie, aby sprawdzić, czy Colin dalej mnie obserwuje wpadłam prosto na jego klatkę piersiową. Chłopak przytrzymał mnie za oba ramiona, żebym nie upadła i przeszył mnie tajemniczym spojrzeniem.

— Stało się coś? Słyszałem krzyk — rzekł z powagą.

— Nie. Miałam po prostu koszmar — spuściłam wzrok na podłogę.

— Jaki? — zapytał zaciekawiony.

— Po prostu śniło mi się, że chciałam popełnić samobójstwo — częściowo skłamałam.

— Mam nadzieję, że nie przeze mnie — powiedział żartobliwie, chichocząc cicho.

— Oczywiście, że nie — prychnęłam, uśmiechając się z fałszywym rozbawieniem — Dlaczego miałabym chcieć się zabić przez ciebie? — zapytałam, nie oczekując odpowiedzi.

Nawet nie wiedział, że przez swój „żart” idealnie odgadnął co mi się śniło.

— Cóż… Mam nadzieję, że nie będziesz miała już więcej koszmarów. Krzyczałaś tak przeraźliwie, jakby ktoś co najmniej ciął ciebie na kawałki — parsknął ze śmiechu — Dobranoc — rzucił w moją stronę i wrócił do swojej sypialni.

Dopiero wtedy zauważyłam jego niebieską, długą, pasiastą piżamę z rozpinaną koszulą. Dziwnie było go po raz pierwszy widzieć ubranego w coś mniej eleganckiego. Wróciłam do swojego pokoju, lecz przez resztę nocy czytałam książkę. Nie miałam zamiaru spać bojąc się, że zobaczę tragiczną kontynuację tamtego koszmaru.

Rozdział 3

Po południu, gdy dokończyłam sprzątać dom i zrobiłam zakupy zadzwoniłam ze swojej komórki do Drake’a. Chłopak brzmiał na zadowolonego tym, że się do niego odezwałam. Zaproponował, że mnie oprowadzi po mieście.

— Zaczekaj, muszę zapytać Colina, czy mogę wyjść z domu. Nie wiadomo, czy czegoś nie potrzebuje. Oddzwonię za chwilę — powiedziałam do Drake’a i się rozłączyłam.

Obeszłam dom w poszukiwaniu Colina, aż w końcu znalazłam go w małej biblioteczce, czytającego jakąś naukową książkę. Gdy tylko usłyszał moje kroki natychmiast podniósł na mnie swoje spojrzenie.

— Czy mogę iść na miasto tak na dwie godzinki? Zdążę na pewno wrócić zrobić obiad — próbowałam go przekonać, żeby się zgodził.

— W porządku. Nie ma problemu — wzruszył lekko ramionami obojętnie — Idziesz sama, czy z kimś? — nieoczekiwanie zapytał — Jeśli można wiedzieć oczywiście — dodał uprzejmie.

— Poznałam pewnego mężczyznę, jak tu przyjechałam. Ma na imię Drake i postanowił oprowadzić mnie po mieście — odparłam.

— Drake… Chyba znam kogoś o takim imieniu. To małe miasto, więc być może to jeden z moich starych znajomych — powiedział, pocierając brodę w zastanowieniu.

— Być może — powtórzyłam — To ja będę już leciała — rzuciłam w jego stronę przelotny, niepewny uśmiech i wyszłam.

Spotkałam się z Drake’m pod tą samą kawiarnią, w której się poznaliśmy. Mężczyzna zaczął powoli oprowadzać mnie po mieście, pokazując mi różne, ciekawe miejsca i opowiadając o nich. Był wyjątkowo piękny, słoneczny dzień. Drake nie mógł przez większość drogi oderwać ode mnie oczu. Rozciągał twarz co chwilę w szerokim, przystojnym uśmiechu i mówił z wielkim entuzjazmem. Przy nim mogłam naprawdę się rozluźnić. Od razu polubiłam jego towarzystwo. Był taki pogodny i miły.

— A co słychać u pana White’a? — nagle zmienił temat, zwalniając tempo spaceru.

— Póki co da się przeżyć jego obecność. Czasami dziwnie się na mnie patrzy, ale nie wygląda na to, aby chciał mnie skrzywdzić — odpowiedziałam z udawaną obojętnością, nie za bardzo mając ochotę rozmawiać o Colinie.

— Nie zahipnotyzował cię ani razu? — zapytał z ogromnym zdziwieniem, unosząc obie brwi lekko do góry.

— Już przy pierwszym spotkaniu próbował, ale mu nie wyszło. Twierdzi, że mój umysł jest odporny na jego hipnozę.

— No co ty? Mówisz poważnie?! — z wrażenia aż się zatrzymał — Jesteś pierwszą osobą, której on nie jest w stanie kontrolować. To niebywałe tym bardziej, że Colin hipnotyzował ogromną ilość ludzi i zawsze mu się to udawało — spojrzał na mnie, jak na jakiś unikat.

— Może to przeznaczenie? — prychnęłam pod nosem.

— Może… — wziął moje słowa zbyt na poważnie.

— Żyjesz tu od dziecka? — zmieniłam temat.

— Tak. Chodziłem z Colinem do tej samej szkoły — nagle spochmurniał, gdy sobie o tym przypomniał.

— Ach, to dlatego Colin twierdził, że ciebie kojarzy. Jaki on był? — zapytałam, starając się ukryć swoje zaciekawienie.

— Wszyscy go znali z tego, że był dziwny — uśmiechnął się pod nosem lekko — Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają — zaśmiał się cicho, po czym kontynuował — Był bardzo zdolny i inteligentny. Zawsze miał najlepsze wyniki w nauce, lecz był bardzo nieposłuszny i gdy ktoś wszedł mu w drogę potrafił uczepić się tej osoby na parę tygodni.

— Tak jak Abigail? — rzuciłam, lecz zaraz tego pożałowałam, widząc smutek malujący się na twarzy Drake’a — Przepraszam, nie wiedziałam że byłeś do niej przywiązany — rzekłam ze skruchą.

— Wiele osób ją lubiło. Była popularna w szkole, bo miała bogatych rodziców. Parę razy wyśmiała przed innymi uczniami Colina za jego dziwne zachowanie i od tego momentu nie chciał jej dać spokoju — powiedział, marszcząc brwi — Wszyscy jeszcze bardziej go za to znienawidzili.

— Ale z drugiej strony nie musiała robić z niego pośmiewiska. Miał prawo się wkurzyć — broniłam go, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie robię.

— Proszę cię, czym jest wyśmiewanie w porównaniu do wielotygodniowego znęcania się psychicznego — warknął — On ją zniszczył, rozumiesz? To nie były jakieś tam niewinne zaczepki. Zrujnował jej kompletnie psychikę, czerpiąc jeszcze z tego chorą satysfakcję. Nigdy nie przeprosił za to, co zrobił i nawet nie żałował tego, że się przez niego zabiła — powiedział, unosząc się złością.

Zamilkłam na długą chwilę, wbijając wzrok w czubki swoich butów. Drake wyglądał na naprawdę rozzłoszczonego, lecz po chwili się opanował i kontynuował spacer po mieście, dalej opowiadając mi o napotkanych miejscach. Przez resztę drogi już nie poruszył ani razu tematu Colina. Kiedy wróciłam do domu byłam wyjątkowo przygnębiona tym, że dobra atmosfera pomiędzy mną, a Drake’m legła w gruzach. Gdy ściągałam w korytarzu buty nie zauważyłam stojącego w pobliżu Colina.

— Miałaś dzisiaj ciężki dzień? — zapytał, niby troskliwie.

— Może — burknęłam, mierząc go lodowatym spojrzeniem, po czym prędko go wyminęłam i pobiegłam na górne piętro, do swojego pokoju.

Zamknęłam za sobą drzwi i usiadłam na łóżku, sięgając do niewielkiego stoliczka po swoją książkę. Gdy już otworzyłam ją, aby zatopić się w lekturze i odciągnąć myśli od rzeczywistości niespodziewanie rozległo się pukanie do drzwi. Westchnęłam głośno, wyraźnie zmęczona obecnością Colina. Znów nie słyszałam jego kroków, gdy szedł korytarzem. Przemieszczał się niemal bezszelestnie.

— Proszę! — zawołałam niechętnie.

Chłopak otworzył powoli drzwi i wszedł do środka, siadając obok mnie na łóżku.

— Co się stało? Zrobiłem coś nie tak, że jesteś taka zdenerwowana, czy może jest to efekt spotkania z Drake’m? — zapytał łagodnie.

Jego delikatny, melodyjny głos sprawił, że się znacznie rozluźniłam, pomimo tego iż jeszcze parę sekund temu byłam wściekła i zmęczona. Jeżeli na mnie tak szybko wpływał, to wolałam nie wiedzieć jak szybko hipnotyzował ludzi podatnych na jego działanie.

— Wybacz, ale to nie twoja sprawa — wypaliłam, mając ochotę zatkać sobie uszy, aby się obronić przed jego denerwująco aksamitnym, pięknym głosem. Zapragnęłam go uderzyć w twarz tylko za to, że na zewnątrz był taki idealny, lecz w środku kompletnie zepsuty.

— W takim razie sprawię, że stanie się także i moja — wysyczał, uśmiechając się bezczelnie.

— Słucham?! — w końcu nie wytrzymałam i rzuciłam nerwowo książkę na łóżko, mierząc go groźnym spojrzeniem — To, że u ciebie pracuję nie znaczy, że… — nie pozwolił mi dokończyć, nachylając się gwałtownie nade mną.

— Że mogę się wtrącać w twoje życie? — dokończył spokojnie, patrząc mi prosto w oczy przenikliwie.

Zacisnęłam wargi, starając się nie zdradzać swojego skrępowania jego bliskością.

— Tak, dokładnie — burknęłam mu w twarz, odsuwając się od niego — A jednak znasz zasady dobrego wychowania. Myślałam już, że twoi rodzice zapomnieli cię ich nauczyć — rzekłam sarkastycznie.

— Ach! Gdybyś znała moich rodziców cofnęłabyś swoje słowa. Znam zasady dobrego wychowania na pamięć, co do jednej. Nie znaczy to jednak, że mnie one obchodzą — kąciki jego ust zadrżały w dziwacznym uśmieszku i znów się do mnie przysunął, jak na złość.

— Do czego właściwie zmierzasz? — zmarszczyłam lekko brwi, zaniepokojona jego zachowaniem. Zaczęło do mnie docierać w jak beznadziejnym położeniu się znalazłam. Byłam sam na sam z chłopakiem, który parę lat temu wyszedł z psychiatryka, w dodatku w domu na odludziu, w jednej z jego sypialni, na dwuosobowym łóżku. To nie wróżyło nic dobrego.

— Do tego, aby ciebie lepiej poznać. Pragnę wiedzieć wszystko na twój temat i nie interesuje mnie to, że przyszłaś tu tylko wykonywać prace domowe — powiedział zdecydowanym, stanowczym tonem, niby nieświadomie kładąc dłoń tuż przy mojej nodze. Patrzył na mnie tak, jakby próbował prześwidrować mnie na wylot spojrzeniem swoich niebieskich oczu.

Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad odejściem ze swojej „pracy”, lecz przypomniało mi się, że byłam tu po to, aby uzbierać pieniądze na leczenie matki.

— Gdybyś mógł mnie zahipnotyzować do czego byś mnie zmusił? — zapytałam z powagą, zbaczając kompletnie z tematu.

Colin uniósł obie brwi lekko do góry, jakby był zaskoczony moim odważnym pytaniem.

— Najpierw wyciągnąłbym więcej informacji na temat twojego prywatnego życia i problemów, po czym namieszałbym ci w głowie. Nie wiem, czy zmuszałbym cię do czegokolwiek — powiedział to tak, jakby to było coś zupełnie oczywistego — Przynajmniej nie teraz — dodał.

— Nie wolałbyś mieć gosposi, którą mógłbyś kontrolować? — wstałam z łóżka, aby czuć się pewniej.

— Co prawda zastanawiałem się nad tym, ale uznałem, że spędzanie z tobą czasu może być całkiem interesujące. Wieczne pociąganie za sznurki już mi się trochę znudziło. Chciałbym mieć choć raz do czynienia z kimś, kto jest dla mnie zupełnie nieprzewidywalny — rzekł, nie spuszczając ze mnie oczu, po czym wstał gwałtownie i zbliżył się do mnie — To dziwne… Jesteś jakby inna od nich wszystkich. Jest w tobie coś, co sprawia, że się znacznie wyróżniasz i nie mam wcale na myśli odporności na hipnozę — oparł się jedną dłonią o ścianę po mojej lewej stronie, zastanawiając się głęboko nad czymś przez chwilę — Może to odwaga, a może pewność siebie? Sam nie wiem — wymamrotał.

— Myślę, że powinnam już iść zrobić obiad — zbyłam go, odsuwając się od niego dynamicznie, jakbym próbowała mu w ten sposób wyraźnie pokazać, że nie mam ochoty na jego gierki.

Tym razem Colin ani mnie nie zatrzymał, ani za mną nie podążył. Po prostu pozwolił mi w końcu zająć się swoją pracą.

Gdy przygotowując obiad kroiłam warzywa do mych uszu dotarł śpiew Colina dochodzący z innego pokoju. Był niezwykle czysty, delikatny i piękny. Aż nie chciałam w głębi duszy, aby przestawał śpiewać. Przez chwilę nieuwagi przycięłam sobie palec nożem. Zasyczałam z bólu i przyłożyłam go sobie do ust. Po pewnym czasie śpiew Colina sprawił, że zaczęłam coraz bardziej odpływać, przestając skupiać się na tym, co działo się dookoła mnie. Poczułam, jak moje ciało i umysł się niezwykle odprężają. Nie mogłam skupić się na niczym innym poza tym przyciągającym śpiewem. Nieoczekiwanie Colin wszedł do kuchni i zamilkł, patrząc w stronę piekarnika.

— Ach! Spaliło się! — krzyknął, przytykając rękaw swojej koszuli do nosa i otworzył pospiesznie piekarnik, z którego wyleciał gęsty dym. Dopiero wtedy się otrząsnęłam i poczułam smród spalenizny. Chłopak wyciągnął spalonego kurczaka na blat, wymachując nad nim ręką, aby rozproszyć dym, a następnie otworzył na oścież okno, aby wpuścić trochę świeżego powietrza.

— Przepraszam… Zupełnie tego nie zauważyłam — powiedziałam lekko zdezorientowana, spoglądając na Colina niemrawo.

— Naprawdę? Przecież byłaś cały czas w kuchni. Jak mogłaś nie poczuć tego smrodu? — zapytał ze zdziwieniem, unosząc brwi do góry. Nie był zły, lecz patrzył na mnie z brakiem zrozumienia — Dobrze się czujesz? — podszedł do mnie powoli, ujmując mnie za ramiona.

— Nie wiem. Po prostu… Chwilowo straciłam świadomość tego, co się działo wokół mnie — odparłam, próbując pojąć całą tą sytuację.

Nagle spojrzenie Colina przemieniło się w nieco bardziej tajemnicze. Chyba już zrozumiał, co się naprawdę ze mną działo, lecz nie wyglądało na to, że zamierzał mi to zdradzić.

— Powinnaś się położyć, odpocząć — rzekł spokojnie.

— A co z obiadem? — zapytałam, kierując wzrok na spalonego kurczaka.

— Ja się nim zajmę. Nie chcę, żeby coś ci się stało, dlatego wolałbym, żebyś odpoczęła — uparł się.

— W porządku — westchnęłam, zmierzając w stronę wyjścia z kuchni — Jeszcze raz przepraszam za tego kurczaka — rzuciłam w jego stronę.

— Nic się nie stało — zaśmiał się cicho i odprowadził mnie spojrzeniem do samych schodów na górę.

Rozdział 4

Wieczorem, gdy sprzątałam kurze w całym domu Colin siedział w milczeniu w salonie po ciemku z puszczoną głośno muzyką klasyczną. Wyglądał na głęboko zamyślonego. Tkwił tak długo w bezruchu, że aż przez chwilę pomyślałam, że zasnął, lecz gdy tylko próbowałam go zajść po cichu od tyłu natychmiast wyczuł moją obecność i odwrócił głowę w moją stronę. Udałam, że zamiatam kurz na pobliskim fotelu, nieco zmieszana. Chłopak znów opadł na oparcie, wsłuchując się uważnie w muzykę i starając się mnie ignorować. Nagle usłyszałam ciche pukanie, dochodzące z korytarza.

— Colinie… — powiedziałam głośno, w nadziei, że mnie usłyszy, lecz widząc brak jakiejkolwiek reakcji w końcu dotknęłam delikatnie jego ramienia. Chłopak poruszył się niespokojnie i gwałtownie odwrócił się do mnie, przeszywając mnie zimnym spojrzeniem — Ktoś puka do drzwi — wyjaśniłam, natychmiast zabierając dłoń z jego ramienia spłoszona.

Colin zamknął na chwilę oczy, wzdychając, po czym wstał z fotela niechętnie, wyłączył muzykę i udał się do frontowych drzwi domu. Kiedy je otwierał, stałam tuż za jego plecami z ciekawością wymalowaną na twarzy. Mym oczom ukazała się niska, drobna, rudowłosa kobieta, wyglądająca na co najwyżej 30 lat. Patrzyła na Colina z niepokojem wymalowanym na twarzy, trzymając torebkę. Dopiero po pewnym czasie zauważyłam, że jej dłonie się trzęsą.

— Ja… Ja przyszłam zabrać swoje kosmetyki. Zapomniałam o nich gdy… Gdy się wyprowadzałam — jąkała się, ale nie przez wadę wymowy, lecz ze strachu.

— W porządku. Wejdź — zaprosił ją do środka z obojętnością wymalowaną na twarzy.

Kobieta zauważyła mnie dopiero, gdy weszła na korytarz. Zmierzyła mnie przerażonym, zszokowanym spojrzeniem, jakby patrzyła na jakąś przyszłą ofiarę.

— Uciekaj, zanim on pozbawi cię wszystkiego, nawet twojej tożsamości — wyszeptała drżącym głosem i poszła do łazienki, aby zabrać swoje rzeczy.

Colin to chyba usłyszał, ponieważ zmarszczył brwi, wyraźnie rozdrażniony. Kiedy kobieta wróciła z łazienki z kosmetyczką w dłoni, chłopak wszedł pomiędzy nią, a mnie tak, że jej kompletnie nie widziałam.

— Nicole, myślę że zostawiłaś coś jeszcze w salonie — powiedział to oschłym, trochę ostrym tonem — Nie pamiętam co to było, ale lepiej sprawdź, żebyś nie musiała się znowu wracać — w jego głosie wyczułam fałsz. Dziewczyna przytaknęła niepewnie i udała się do salonu, a Colin tymczasem odwrócił się w moją stronę — Nie musisz już sprzątać na dole. Jest tu wystarczająco czysto. Zajmij się teraz górą — rzekł zdecydowanie.

— W porządku — odpowiedziałam i weszłam po schodach na górę, lecz chwilę później z powrotem zeszłam na dół.

Tak, jak się tego spodziewałam Colin poszedł za Nicole do salonu. Podeszłam ostrożnie do drzwi, uważnie nasłuchując.

— A teraz przeprosisz Rebeccę za to, co mówiłaś na mój temat — usłyszałam jego aksamitny głos, o podwyższonym tonie. Wiedziałam doskonale co to oznaczało: właśnie ją hipnotyzował — Sama już nie wiesz, o czym ty mówisz. Jesteś tak zmęczona, że wygadujesz głupoty, a moja nowa gosposia jest szczęśliwa w swojej pracy i nic jej nie będzie. Przestaniesz się nią zamartwiać i zapomnisz o całej tej sytuacji — mówił bardzo wyraźnie, lecz jednocześnie delikatnie, niczym wewnętrzny głos — Kiedy klasnę, otworzysz powoli oczy i powrócisz do swojej codzienności, jakby nic się nie wydarzyło — dokończył, po czym usłyszałam klask i chwilę milczenia — Zabrałaś już to, po co przyszłaś? — znów zaczął mówić zwyczajnym tonem.

— Tak… Myślę, że już o niczym nie zapomniałam — powiedziała niemrawo, jakby dopiero oprzytomniała.

— Doskonale — rzekł Colin.

Kiedy usłyszałam kroki, natychmiast odsunęłam się od drzwi, udając że poprawiam obraz na ścianie. Nagle z salonu wyszła Nicole, a tuż za nią Colin. Wyglądała normalnie, jakby nic się nie stało. Na mój widok speszyła się nieco.

— Och… Ty jesteś nową gosposią — wymamrotała, a ja jedynie przytaknęłam w odpowiedzi — Zapomnij o tym, co ci nagadałam. Nie czuję się najlepiej i trochę mi odbija. Wybacz, że niepotrzebnie ciebie zaniepokoiłam — rzekła ze skruchą, spuszczając wzrok na dywan, po czym zwróciła się w stronę Colina — To ja już lepiej pójdę.

Gdy Nicole wyszła z domu ja i Colin staliśmy naprzeciwko siebie przez długą chwilę w milczeniu, patrząc sobie prosto w oczy. Usiłowałam zrozumieć dlaczego on tak traktował te wszystkie gosposie. Co mu to dawało? Zabawę? Chłopak bez słowa wyminął mnie w korytarzu, szturchając niby przypadkowo w ramię i zniknął za drzwiami jednego z pokoi. Kiedy tak dłużej się zastanowiłam nad tym, co się właśnie wydarzyło dotarło do mnie, że Colin traktował mnie inaczej… LEPIEJ od pozostałych, jednak zapewne tylko dlatego, że nie mógł mnie zahipnotyzować. Niespodziewanie poczułam wibracje w kieszeni od spodni. Wyjęłam z niej telefon i odebrałam połączenie.

— Cześć Rebecca. Tu Drake. Wiem, że dzwonię trochę nie w porę, ale pomyślałem, że byłoby świetnie gdybyś zgodziła się zjeść ze mną kolację w restauracji Sunshine dzisiaj, o 19:00 — rzekł z nadzieją.

— Dzisiaj? — zapytałam, lekko zaskoczona jego propozycją.

— Jeżeli masz czas, oczywiście. Przyjechałbym po ciebie — dodał przekonująco.

— Zaczekaj chwilkę… — powiedziałam, po czym odsunęłam telefon od ucha i podeszłam do drzwi pokoju, w którym znajdował się Colin — Colinie! — zapukałam delikatnie do drzwi — Czy nie miał byś nic przeciwko, gdybym o 19:00 wyszła na miasto? — zapytałam.

Nastała krótka chwila ciszy, aż w końcu pojawiła się odpowiedź.

— Nie! Możesz iść! — zawołał — Tylko wróć o 22:00, bo w przeciwnym razie nie otworzę ci drzwi.

— Ok! — odpowiedziałam i poszłam pospiesznie do łazienki, aby się przygotować na wyjście. Zastanawiałam się, czy moje spotkanie z Drake’m nie miało być pewną formą randki. W sumie myśl o tym, że mu się podobam tylko mnie ucieszyła. Drake był bardzo przystojny i sympatyczny, więc zapragnęłam tego wieczoru wyglądać dla niego olśniewająco. Umalowałam się i ubrałam w czarną, dopasowaną, zabudowaną na górze sukienkę, sięgającą do kolan z falbanką na dole. Idealnie podkreślała moje kształty. Kiedy spojrzałam w lustro aż sama nie mogłam wyjść z podziwu jak świetnie wyglądałam. Włosy pozostawiłam rozpuszczone, aby opadały swobodnie na moje drobne ramiona. Przyjrzałam się swoim dużym, brązowym oczom, lekko piegowatym policzkom i małym, malinowym ustom. Wiele osób mówiło mi, że wyglądam słodko, nawet w dojrzałym makijażu. Nagle rozległo się dzwonienie do drzwi. Od razu wiedziałam, że to Drake. Natychmiast wybiegłam ze swojego pokoju i popędziłam na dolne piętro, aby je otworzyć, lecz Colin mnie w tym prześcignął. Kiedy ujrzał Drake’a, elegancko ubranego, z kwiatami w dłoni na jego twarzy pojawiła się niechęć. Odsunął się na bok bez słowa, abym mogła się przywitać ze swoim znajomym.

— O, Drake! Cudownie, że przyjechałeś — powiedziałam z radością.

— Naprawdę się cieszę, że się zgodziłaś na spotkanie. Wyglądasz niesamowicie! — rzekł

z podziwem, wręczając mi kwiaty.

Colin widząc mnie wystrojoną, otworzył lekko usta i stojąc w kompletnym bezruchu przyglądał mi się, jak tuliłam Drake’a w podziękowaniu za prezent.

— To ja już będę leciała. Obiecuję, że wrócę przed 22:00 — rzuciłam w stronę Colina, który jedynie przytaknął lekko w odpowiedzi i wyszłam z domu.

Drake zawiózł mnie do restauracji Sunshine, która pomimo późnej pory była przepełniona ludźmi, a w środku niej panowała ożywiona, ciepła atmosfera. Zajęliśmy miejsca przy stoliku dla dwojga i zamówiliśmy jedzenie. Drake wpatrywał się we mnie nieustannie, nie mogąc nacieszyć się moim wyglądem. W końcu zapytał:

— W jaki sposób najbardziej lubisz spędzać swój wolny czas?

— Hmm… Myślę, że na przemyśleniach i czytaniu książek — odpowiedziałam.

— Przemyśleniach? A o czym? — uśmiechnął się pociągająco i wziął łyka wody.

— Ogólnie o życiu. Lubię również zastanawiać się nad zachowaniem innych ludzi, rozszyfrowywać ich — mówiąc to pomyślałam przez chwilę o Colinie, czego zaraz pożałowałam.

— Może kiedyś mnie spróbujesz rozszyfrować — zażartował, zaciskając wargi.

— A co? Ukrywasz coś przede mną? — uniosłam obie brwi do góry, uśmiechając się.

— Może...ale tajemnice bywają ekscytujące — nachylił się lekko w moją stronę.

— A czym ty się interesujesz? — zmieniłam temat, niszcząc atmosferę.

— Uwielbiam sporty. Dużo biegam i pakuję — odparł, prostując się.