Źródła siły wewnętrznej - Anselm Grün - ebook
Opis

Wypaleni, wycieńczeni, odczuwający wewnętrzną pustkę… U wielu ludzi taki stan – mający swe źródło w napięciach dnia codziennego – utrzymuje się bardzo długo. Ten, kto jest wyczerpany, jest też niezadowolony. Traci kontakt z samym sobą i brakuje mu kreatywności. Anselm Grün jest przekonany, że ludzie czują się zmęczeni, gdyż kierują się fałszywymi normami: ambicją, chęcią potwierdzenia swojej wartości, perfekcjonizmem. Problematyczne wzorce życiowe wyniszczają nas.
Dlaczego gubimy naszą duchową energię? Jak odnaleźć na nowo źródło życia? Gdzie szukać sił, by nigdy nie być wyczerpanym? Istnieją czyste źródła, które zawsze orzeźwiają i dodają energii – kształtują się one już w dzieciństwie. Anselm Grün pomaga odkryć prowadzące do nich drogi i podpowiada, jak sprawić, by wytrysnęły z nową siłą.

Anselm Grün, doktor teologii, urodzony w 1945 r., przełożony opactwa benedyktyńskiego w Münsterschwarzach. Jako znany doradca duchowy prowadzi kursy medytacji uwzględniające psychoterapię, kontemplację i post.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 172

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


An­selm Grün

Źró­dła siły we­wnętrz­nej

Uni­kać wy­czer­pa­nia – wy­ko­rzy­sty­wać po­zy­tyw­ne ener­gie

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Qu­el­len in­ne­rer Kraft Erschöpfung ver­me­iden – Po­si­ti­ve Ener­gien nut­zen

Co­py­ri­ght © Ver­lag Her­der Fre­iburg im Bre­is­gau, 2. Au­fla­ge 2005

© Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two JED­NOŚĆ, Kiel­ce 2006

Prze­kład z ję­zy­ka nie­miec­kie­go

Ewa Pia­sta

Re­dak­cja i ko­rek­ta

Bar­ba­ra Ra­baj­czyk

Re­dak­cja tech­nicz­na

Ar­tur Czer­wiec

Pro­jekt okład­ki

Ju­sty­na Ku­ła­ga-Wy­trych

Ry­su­nek na okład­ce

Alek­san­dra Ma­kow­ska

ISBN 978-83-7660-536-4

WY­DAW­NIC­TWO „JED­NOŚĆ”

25-013 Kiel­ce, ul. Jana Paw­ła II nr 4

Dział sprze­da­ży tel. (0-41) 349-50-50

Re­dak­cja tel. (0-41) 368-11-10

www.jed­nosc.com.pl

e-mail: jed­[email protected]­nosc.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wpro­wa­dze­nie

Kto spo­ty­ka lu­dzi zmę­czo­nych i wy­czer­pa­nych, za­uwa­ża, iż są nie tyl­ko zre­zy­gno­wa­ni i znie­chę­ce­ni, ale w do­słow­nym tego sło­wa zna­cze­niu nie mogą na­wet za­czerp­nąć tchu. Mó­wią czę­sto o tym, że po­trze­bu­ją cza­su, aby dojść do sie­bie. Kie­dy to­wa­rzy­szę ta­kim lu­dziom jako kie­row­nik du­cho­wy, sły­szę nie­jed­no­krot­nie, jak bar­dzo szu­ka­ją na­dziei. Naj­wy­raź­niej w swo­im obec­nym sta­nie nie czu­ją w so­bie źró­dła, z któ­re­go mo­gli­by za­czerp­nąć. W tym kon­tek­ście po­ja­wia się ob­raz za­pie­czę­to­wa­ne­go źró­dła. To, co do­tąd było dla nas źró­dłem siły, na­gle wy­sy­cha. Ten, kto jest wy­czer­pa­ny, czu­je się we­wnętrz­nie pu­sty i oschły. Tra­ci po­ten­cjał twór­czy i kre­atyw­ność. Prze­sta­je czuć sa­me­go sie­bie, jest nie­za­do­wo­lo­ny, oschły, jak­by zmiaż­dżo­ny przez tych wszyst­kich lu­dzi, któ­rzy cią­gle cze­goś od nie­go chcą.

Dzi­siaj mówi się nie tyl­ko o wy­czer­pa­niu, ale też o wy­pa­le­niu. Cho­dzi jed­nak o po­dob­ne do­świad­cze­nie: Czło­wiek nie ma już siły, nie czu­je w so­bie ży­cia. Te symp­to­my po­ja­wia­ją się naj­czę­ściej u lu­dzi bez­po­śred­nio po­ma­ga­ją­cych in­nym, ale sta­no­wią też za­gro­że­nie dla osób dźwi­ga­ją­cych więk­szą od­po­wie­dzial­ność i ży­ją­cych pod pre­sją osią­ga­nia suk­ce­su. Kie­dy tre­ner pił­kar­ski Otmar Hitz­feld, znaj­du­ją­cy się w sy­tu­acji wzmo­żo­nej pre­sji spo­łecz­nej, zo­stał za­py­ta­ny, czy chce tre­no­wać nie­miec­ką dru­ży­nę na­ro­do­wą, od­mó­wił, twier­dząc, iż jego we­wnętrz­ne „aku­mu­la­to­ry” są wy­czer­pa­ne. Pe­wien me­ne­dżer po­wie­dział, że czu­je się „wy­pa­lo­ny jak ra­kie­ta”. A każ­dy wie, że wy­pa­lo­na ra­kie­ta nie jest już ni­ko­mu do ni­cze­go po­trzeb­na. Sa­mo­cho­dy, któ­rym brak ben­zy­ny, moż­na za­tan­ko­wać. Aku­mu­la­to­ry po­now­nie na­ła­do­wać. Lecz my nie je­ste­śmy ma­szy­na­mi.

Co się dzie­je z na­szą du­cho­wą ener­gią, kie­dy czu­je­my się bez sił? Jak mo­że­my od­na­leźć po­now­nie źró­dło na­sze­go ży­cia?

Lu­dzie wy­czer­pa­ni i wy­pa­le­ni tę­sk­nią za źró­dła­mi ener­gii, z któ­rych mo­gli­by czer­pać. „Moje źró­dło ener­gii” – taką re­kla­mę roz­mie­ści­ła na ogrom­nych pla­ka­tach jed­na z firm zaj­mu­ją­cych się dys­try­bu­cją wody mi­ne­ral­nej. Inna zaś uży­wa­ła slo­ga­nu „źró­dło czy­stej siły” i łą­czy­ła z tym ta­kie war­to­ści jak: wi­tal­ność, siła, atrak­cyj­ność, mło­dość i zdro­wie. Naj­wi­docz­niej chcia­ła od­po­wie­dzieć na ludz­kie tę­sk­no­ty za mło­do­ścią i wi­tal­no­ścią. Wie­le kur­sów dla me­ne­dże­rów kon­cen­tru­je się dzi­siaj na „ła­do­wa­niu aku­mu­la­to­rów”, na do­cie­ra­niu do we­wnętrz­nych źró­deł ener­gii. Psy­cho­lo­gia mówi obec­nie o du­cho­wych re­sur­sach. Sło­wo to po­cho­dzi z ję­zy­ka fran­cu­skie­go i okre­śla za­so­by, po któ­re się się­ga, oraz re­zer­wu­ar, z któ­re­go moż­na czer­pać. Wy­wo­dzi się ono z ła­ciń­skie­go sło­wa „re­sur­ge­re”, co zna­czy „po­wstać po­now­nie”.

Re­sur­sy są czę­sto ukry­te głę­bo­ko pod po­wierzch­nią. Na­le­ży naj­pierw je od­kryć. Je­śli do­trę do we­wnętrz­ne­go cen­trum, w któ­rym jest ze­bra­na cała siła, wte­dy przez moje my­śle­nie i dzia­ła­nie za­cznie prze­pły­wać wy­star­cza­ją­ca ilość ener­gii, wte­dy coś we mnie roz­kwit­nie. W każ­dym z nas ist­nie­je ta­kie we­wnętrz­ne cen­trum peł­ne ener­gii, peł­ne na­dziei. Aby prze­bić się przez sko­ru­pę, przy­kry­wa­ją­cą to miej­sce, po­trze­ba ci­szy. Tyl­ko wte­dy na­sze ży­cie bę­dzie mo­gło roz­kwit­nąć i przy­nieść owo­ce.

Wie­le osób ma dzi­siaj po­czu­cie, iż źró­dło, z któ­re­go czer­pią, zmęt­nia­ło i stra­ci­ło swo­ją orzeź­wia­ją­cą siłę. Albo jest za­bru­dzo­ne przez nie­do­bre dla du­szy po­sta­wy czy też przez emo­cje, któ­re z ze­wnątrz wpro­wa­dza­ją za­męt do tego czy­ste­go źró­dła. Wie­le lu­dzi tę­sk­ni więc za orzeź­wia­ją­cą i oży­wia­ją­cą przej­rzy­sto­ścią. Kie­dy pod­czas wy­kła­dów mó­wię o źró­dłach, z któ­rych czer­pie­my, a przede wszyst­kim o źró­dłach du­cho­wych, czę­sto sły­szę na­stę­pu­ją­ce py­ta­nia: Jak mam do­trzeć do tego we­wnętrz­ne­go cen­trum, gdzie znaj­du­je się źró­dło Du­cha Świę­te­go?

W tych py­ta­niach wy­czu­wam nie tyl­ko świa­do­me bądź nie­uświa­do­mio­ne prze­ko­na­nie o nie­zdro­wej sy­tu­acji ży­cio­wej, ale rów­nież głę­bo­ką tę­sk­no­tę za tym, co nas uzdra­wia i do­da­je sił.

Inni zaś mają wra­że­nie, że ich źró­dło na­po­ty­ka na prze­szko­dy i gro­zi wy­schnię­ciem. Woda wy­da­je się pły­nąć głę­bo­ko pod po­wierzch­nią. U pro­ro­ka Je­re­mia­sza znaj­du­je się ob­raz przed­sta­wia­ją­cy ogrom­ną cy­ster­nę, z któ­rej wy­cie­ka woda i wsią­ka bez­u­ży­tecz­nie w zie­mię. Bi­blia na­zy­wa też Boga nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem. Je­re­miasz przy­po­mi­na lu­dziom, że opu­ści­li Boga – źró­dło ży­wej wody, aby „wy­ko­pać so­bie cy­ster­ny, cy­ster­ny po­pę­ka­ne, któ­re nie utrzy­mu­ją wody” (Jr 2,13). Jest to ob­raz, prze­ma­wia­ją­cy dzi­siaj do wie­lu lu­dzi, gdyż nie wie­dzą oni, gdzie znaj­du­je się woda, któ­rą kie­dyś czer­pa­li. Gdzieś wy­schła.

Stud­nie i źró­dła na­le­żą do waż­niej­szych ob­ra­zów na­szej kul­tu­ry, po­nie­waż ży­cie bez wody nie jest moż­li­we. Kie­dy mni­si z Mün­ster­schwa­rzach w cza­sie po­now­ne­go za­sie­dla­nia klasz­to­ru w roku 1913 wier­ci­li stud­nię, już na głę­bo­ko­ści pię­ciu me­trów na­tknę­li się na wodę. Ale była to je­dy­nie woda po­wierzch­nio­wa i szyb­ko wy­sy­cha­ła. Kie­dy było go­rą­co, prze­sta­wa­ła pły­nąć. Była też czę­sto zmą­co­na. Mni­si mu­sie­li wier­cić głę­biej. Do­pie­ro na głę­bo­ko­ści 80 me­trów zna­leź­li wodę grun­to­wą. Była ona pra­wie nie­wy­czer­pa­na. Na­wet w cza­sie naj­więk­szej su­szy i naj­bar­dziej go­rą­ce­go lata nie wy­sy­cha­ła.

Uwa­żam, że jest to pięk­ny ob­raz: Je­śli nie zej­dzie­my wy­star­cza­ją­co głę­bo­ko, bę­dzie­my znaj­do­wać cią­gle męt­ną wodę. Cza­sa­mi te źró­dła wy­da­ją się czy­ste, ale je­śli czer­pie­my z nich przez dłuż­szy czas, za­czy­na­ją wy­sy­chać. Są to źró­dła wy­try­ska­ją­ce je­dy­nie na po­wierzch­ni na­szej du­szy. Je­że­li po­ja­wia­ją się w ży­ciu ja­kieś trud­no­ści, źró­dła te wy­sy­cha­ją. Są też czę­sto zmą­co­ne przez wpły­wy z ze­wnątrz. Nie­któ­re źró­dła są już same z sie­bie męt­ne, tak że nie mogą do­star­czać wy­star­cza­ją­cej ilo­ści ener­gii. Je­śli chce­my zna­leźć przej­rzy­stą i da­ją­cą ży­cie wodę, nie mo­że­my po­zo­stać na po­wierzch­ni. Mu­si­my prze­do­stać się do ta­kich źró­deł, któ­re nas rze­czy­wi­ście orzeź­wią, uczy­nią na­sze ży­cie owoc­nym i roz­ja­śnią w nas na­sze ciem­no­ści.

Każ­dy z nas za­uwa­żył na pew­no róż­ni­cę: Cza­sa­mi mo­że­my pra­co­wać i dzia­łać bar­dzo dłu­go i nie od­czu­wa­my wy­czer­pa­nia. Kie­dy je­ste­śmy na przy­kład na urlo­pie i bu­dzi­my się w sło­necz­ny po­ra­nek, bez tru­du de­cy­du­je­my się na dłu­gą wę­drów­kę. Mimo nie­do­god­no­ści, spra­wia nam ona ra­dość. Są jed­nak też dni, kie­dy nam się nic nie uda­je. Czu­je­my się zmę­cze­ni i wy­czer­pa­ni. Nie mamy żad­ne­go za­pa­łu. Pa­ra­li­żu­je nas po­czu­cie znie­chę­ce­nia. Chcie­li­by­śmy nie wi­dzieć tego, co mamy dzi­siaj do zro­bie­nia. Może nas blo­ko­wać strach przed ja­kimś współ­pra­cow­ni­kiem. Pre­sja, od­czu­wa­na w pra­cy, za­bie­ra nam całą ener­gię. Po­ja­wia się więc py­ta­nie: Skąd mamy czer­pać nową siłę?

Mo­że­my z pew­no­ścią za­uwa­żyć, iż cza­sa­mi coś w nas jak­by try­ska i wszyst­ko do­oko­ła zda­je się roz­kwi­tać. Do­świad­cza­my rów­nież cze­goś prze­ciw­ne­go: Nie­raz je­ste­śmy wy­czer­pa­ni, nie­za­do­wo­le­ni i zgorzk­nia­li. Moż­na więc stwier­dzić, iż za­wsze, kie­dy czu­je­my się wy­czer­pa­ni, czer­pie­my z męt­ne­go źró­dła.

Być wy­czer­pa­nym ozna­cza coś in­ne­go, niż być zmę­czo­nym. Ist­nie­je prze­cież zwy­kłe zmę­cze­nie. Kie­dy wra­ca­my do domu po dłu­giej wę­drów­ce, je­ste­śmy wła­śnie zmę­cze­ni. Lecz przy ta­kim zmę­cze­niu czu­je­my też za­do­wo­le­nie. Mamy kon­takt z wła­snym wnę­trzem. Od­czu­wa­my wdzięcz­ność za to, cze­go do­ko­na­li­śmy. Czu­je­my w so­bie pul­su­ją­ce ży­cie. Kie­dy mie­li­śmy w pra­cy mę­czą­cy dzień, je­ste­śmy zmę­cze­ni. Lecz to zmę­cze­nie jest rów­no­cze­śnie prze­peł­nio­ne wdzięcz­no­ścią. Trwa w nas po­zy­tyw­ne uczu­cie, iż opła­ci­ło się dzia­łać na rzecz in­nych. Oczy­wi­ście to zmę­cze­nie wią­że się z re­gu­ły z wy­ni­ka­mi na­szej pra­cy. Je­śli od­nie­śli­śmy suk­ces, jest to zmę­cze­nie po­zy­tyw­ne, pod­czas kie­dy po­raż­ka po­wo­du­je nie­za­do­wo­le­nie. Kie­dy je­ste­śmy wy­czer­pa­ni, zgorzk­nia­li, nie­za­do­wo­le­ni i od­czu­wa­my pust­kę, po­win­ni­śmy po­sta­wić so­bie py­ta­nie: Z ja­kie­go źró­dła czer­pa­li­śmy? Nie jest czymś nie­zwy­kłym fakt, iż czer­pie­my tak­że z męt­nych źró­deł. Na­sze za­da­nie po­le­ga na do­strze­że­niu tego i ko­pa­niu głę­biej, aby do­trzeć do przej­rzy­stych i orzeź­wia­ją­cych źró­deł.

Źró­dła mia­ły w so­bie od za­wsze coś fa­scy­nu­ją­ce­go i były uwa­ża­ne za szcze­gól­ne miej­sca, przy­cią­ga­ją­ce lu­dzi. Woda pod­trzy­mu­je i od­na­wia ży­cie. Po­nie­waż woda źró­dla­na po­cho­dzi z głę­bi zie­mi, co spra­wia, że jest nie­zwy­kle czy­sta, dla­te­go też uwa­ża­no źró­dła za coś świę­te­go i wy­ma­ga­ją­ce­go ochro­ny. Woda źró­dla­na gasi nie tyl­ko chwi­lo­we pra­gnie­nie, ale sta­le wy­try­ska i przy­czy­nia się przez to do cią­głej od­no­wy ży­cia. Bar­dzo czę­sto ota­cza­no źró­dła szcze­gól­ną czcią i utoż­sa­mia­no z ja­kimś bó­stwem. W re­li­giach sta­ro­żyt­nych źró­dła uwa­ża­no za miej­sca bo­skich sił. Już od da­wien daw­na lu­dzie czu­li, iż ze źró­dła po­cho­dzi nie tyl­ko ży­cie ze­wnętrz­ne, ale i we­wnętrz­ne. W Gre­cji straż­ni­kiem źró­deł był Apol­lo – bóg po­zna­nia. Czy­ste źró­dła były zna­kiem obiet­ni­cy ja­sne­go my­śle­nia, nie­zmą­co­ne­go po­przez róż­ne­go ro­dza­ju afek­ty. Miej­sca, w któ­rych znaj­do­wa­ły się źró­dła, były też czę­sto wy­rocz­nia­mi. Piel­grzy­mo­wa­no do nich, aby z tej bo­skiej rze­czy­wi­sto­ści za­czerp­nąć wska­zów­ki dla wła­sne­go ży­cia. W Izra­elu stud­nie uwa­ża­no za świę­te. Stud­nia Ja­ku­ba w Sy­char do dzi­siaj fa­scy­nu­je piel­grzy­mów. Kie­dy piją tę świe­żą wodę, za­czy­na­ją ro­zu­mieć, dla­cze­go Je­zus wła­śnie tu­taj pro­wa­dził z Sa­ma­ry­tan­ką roz­mo­wę o wo­dzie ży­wej. W ba­śniach mówi się czę­sto o stud­niach mło­do­ści, przy któ­rych moż­na czuć się jak nowo na­ro­dzo­ny, tam zo­sta­je od­no­wio­ne to, co było sta­re i zu­ży­te.

Chrze­ści­jań­ska po­boż­ność lu­do­wa zwra­ca uwa­gę na tę­sk­no­tę, ko­ja­rzo­ną przez lu­dzi ze źró­dłem, i łą­czy ją z czcią od­da­wa­ną Ma­ryi oraz z róż­ny­mi cu­dow­ny­mi do­świad­cze­nia­mi. W Lo­ur­des na przy­kład ob­ja­wie­nia Ma­ryj­ne po­łą­czo­ne są z po­ja­wie­niem się no­we­go źró­dła, po­dob­nie jest też w Bad El­ster czy w We­mding, gdzie znaj­du­je się miej­sce piel­grzym­ko­we. Przy tych źró­dłach po­boż­ni piel­grzy­mi ocze­ku­ją na uzdro­wie­nie czy zła­go­dze­nie swo­ich cier­pień i bólu oraz mają na­dzie­ję na od­no­wę ży­cia. Lu­dzie już od nie­pa­mięt­nych cza­sów szu­ka­li przy czy­stych i lecz­ni­czych źró­dłach wska­zó­wek dla sie­bie. To, o czym mówi hi­sto­ria re­li­gii i po­boż­ność lu­do­wa, chciał­bym prze­nieść na płasz­czy­znę du­cho­wą i te­ra­peu­tycz­ną. Tu­taj cho­dzi rów­nież o kry­te­ria pra­wi­dło­we­go ukie­run­ko­wa­nia ży­cia, gdyż py­ta­my, dla­cze­go nie mo­że­my szu­kać opar­cia na płasz­czyź­nie ze­wnętrz­nej, je­że­li ocze­ku­je­my uzdro­wie­nia, umoc­nie­nia i od­no­wy, lecz mu­si­my do­trzeć do we­wnętrz­nych źró­deł, któ­ry­mi nas ob­da­rzył Bóg, aby­śmy mo­gli z nich pić, a przez to umac­niać się i orzeź­wiać.

Od źró­deł, z ja­kich czer­pie­my, za­le­ży po­wo­dze­nie na­sze­go ży­cia. Chciał­bym w tej książ­ce skon­cen­tro­wać się na tych, któ­re za­opa­tru­ją na­sze ży­cie w świe­żą i orzeź­wia­ją­cą wodę. Są to dla mnie po­sta­wy i na­sta­wie­nie do ży­cia prze­ka­za­ne przez ro­dzi­ców lub wro­dzo­ne. Do ta­kich źró­deł za­li­czam rów­nież źró­dło, któ­re nig­dy nie wy­schnie, po­nie­waż jest Bo­skie i nie­skoń­czo­ne; na­zy­wam je źró­dłem Du­cha Świę­te­go. Wie­lu lu­dzi tę­sk­ni za tym naj­głęb­szym i czy­stym źró­dłem Du­cha Świę­te­go, któ­re le­czy rany i ob­da­rza siłą do po­ko­ny­wa­nia co­raz więk­szych trud­no­ści. Rów­no­cze­śnie wie­lu do­świad­cza, iż ist­nie­ją za­gro­że­nia dla tego we­wnętrz­ne­go źró­dła, zro­dzo­ne z ne­ga­tyw­nych po­staw we wła­snym ży­ciu lub z wpły­wów z ze­wnątrz. Dla­te­go na po­cząt­ku chciał­bym wy­mie­nić owe męt­ne źró­dła, z któ­rych czer­pie­my. Do­pie­ro po roz­po­zna­niu ich do­trze­my do naj­czyst­szych źró­deł znaj­du­ją­cych się w głę­bi na­szej du­szy. Są one nie­wy­czer­pa­ne, gdyż nie po­cho­dzą od nas, ale od sa­me­go Boga.

1. Męt­ne źró­dła

Czę­sto sły­szę skar­gi od lu­dzi, któ­rzy cier­pią z po­wo­du stre­su pa­nu­ją­ce­go w miej­scu pra­cy. Współ­pra­cow­ni­cy są za­chę­ca­ni, aby cią­gle pię­li się wzwyż i zdo­by­wa­li ko­lej­ne stop­nie ka­rie­ry, nie zwa­ża­jąc na ko­le­gów. In­nych lu­dzi trak­tu­je się tyl­ko jako śro­dek do osią­gnię­cia suk­ce­su. Jest po­pyt na za­cho­wa­nia agre­syw­ne i zdol­no­ści do prze­py­cha­nia się łok­cia­mi. Ce­chy te są uwa­ża­ne za ko­niecz­ne i oczy­wi­ste na po­zy­cjach przy­wód­czych. Zdol­ność do przyj­mo­wa­nia ob­cią­żeń jest za­le­tą, któ­rą trze­ba umieć w każ­dej chwi­li udo­wod­nić. Każ­dy jest w ten spo­sób zmu­sza­ny, aby sam wy­wie­rał pre­sję na in­nych. Chce się zmu­szać za­rów­no współ­pra­cow­ni­ka, jak i na przy­kład do­staw­cę, aby (we­dług na­sze­go prze­ko­na­nia) dał z sie­bie mak­si­mum moż­li­wo­ści. A to, że wie­lu nie wy­trzy­mu­je tego cią­głe­go na­pię­cia, ni­ko­go nie in­te­re­su­je. Po­sta­wy agre­syw­ne nie przy­czy­nia­ją się do zwięk­sze­nia osią­gnięć, ale wręcz prze­ciw­nie: blo­ku­ją kre­atyw­ność i po­wo­du­ją nowe pro­ble­my: strach, znie­chę­ce­nie i wy­czer­pa­nie. Wie­le osób spy­cha te cią­głe na­pię­cia do pod­świa­do­mo­ści i za­pa­da na róż­ne cho­ro­by. Nad­ci­śnie­nie sta­ło się cho­ro­bą po­wszech­ną, gdyż lu­dzie nie ra­dzą so­bie z we­wnętrz­ną pre­sją. Je­śli się od nich cze­goś wy­ma­ga i nie po­ka­zu­je jed­no­cze­śnie, z ja­kich źró­deł mają czer­pać, aby spro­stać ocze­ki­wa­niom, do­cho­dzi w kon­se­kwen­cji do prze­cią­że­nia. Od­no­to­wu­je się co­raz wię­cej przy­pad­ków de­pre­sji. De­pre­sja jest u wie­lu krzy­kiem du­szy prze­ciw zbyt wy­so­kim wy­ma­ga­niom. Mówi się dzi­siaj o de­pre­sji wy­czer­pa­nia, któ­ra wy­stę­pu­je wte­dy, kie­dy wy­czer­pu­je się, tzn. wy­sy­cha, we­wnętrz­ne źró­dło, po­nie­waż chce się je wy­ko­rzy­sty­wać zbyt szyb­ko i gwał­tow­nie.

To, czy na­sza pra­ca wy­pły­wa z męt­ne­go, czy czy­ste­go źró­dła, roz­po­zna­je­my po ener­gii, któ­ra pro­mie­niu­je z czło­wie­ka. Pe­wien pra­cow­nik wiel­kiej fir­my opo­wia­dał mi o kie­row­ni­ku dzia­łu, któ­ry pra­co­wał czter­na­ście go­dzin dzien­nie, a mimo to jego dział był naj­bar­dziej nie­za­do­wo­lo­ny z ca­łe­go ze­spo­łu. Je­śli za­py­ta­my, dla­cze­go tak było, sta­nie się oczy­wi­ste, iż pra­co­wał tak dużo tyl­ko dla­te­go, aby go nikt nie pod­dał na­wet naj­mniej­szej kry­ty­ce. Nie chciał zaj­mo­wać sta­no­wi­ska wo­bec współ­pra­cow­ni­ków i ich spraw, lecz cho­wał się za pa­ra­wa­nem pra­cy. Je­śli ktoś mówi: „Mu­sisz naj­pierw pra­co­wać tyle, co ja, że­byś mógł za­bie­rać głos”, mo­że­my przy­pusz­czać, że czer­pie z męt­ne­go źró­dła. Pra­cu­je tak dużo, żeby inni współ­pra­cow­ni­cy nie po­zba­wi­li go pew­no­ści sie­bie. Może się też zda­rzyć, iż ktoś ucie­ka w pra­cę, aby unik­nąć kry­ty­ki swo­jej żony i dzie­ci. Kie­dy dzie­ci pro­szą, żeby po­świę­cił im tro­chę cza­su, wte­dy mówi: „Co jesz­cze po­wi­nie­nem ro­bić? I tak mam mnó­stwo obo­wiąz­ków!” Z ta­kiej po­sta­wy ema­nu­je agre­sja. Moż­na tak za­pra­co­wy­wać się dzień w dzień, a ha­rów­ka nie przy­nie­sie bło­go­sła­wień­stwa, ale nie­za­do­wo­le­nie i zgorzk­nie­nie. Je­śli ktoś czer­pie ze źró­dła Du­cha Świę­te­go, ema­nu­je z nie­go lek­kość, kre­atyw­ność i po pro­stu ży­cie. Ra­dość z pra­cy udzie­li się rów­nież wszyst­kim współ­pra­cow­ni­kom. Ktoś taki bę­dzie nie tyl­ko pra­co­wał, ale praw­dzi­wie żył w tej pra­cy. Udzie­la­nie cze­goś z sie­bie nie wy­czer­pie go. Żeby od­kryć w so­bie to czy­ste źró­dło, mu­si­my naj­pierw skon­fron­to­wać się z męt­ny­mi źró­dła­mi, aby przez nie prze­do­stać się do tego naj­czyst­sze­go, znaj­du­ją­ce­go się na dnie na­szej du­szy.

Ne­ga­tyw­ne emo­cje

Ne­ga­tyw­ne emo­cje czy­nią męt­ny­mi źró­dła, z któ­rych czer­pie­my. Na­sze emo­cje, jak wie­my, mają róż­ne od­dzia­ły­wa­nie na ży­cie. Za­bar­wia­ją je po­zy­tyw­nie lub ne­ga­tyw­nie. Dzia­ła­ją ożyw­czo lub w spo­sób de­struk­tyw­ny i nisz­czą­cy. Je­śli mają ne­ga­tyw­ny wpływ na na­sze ży­cie, prze­ra­dza­ją się wresz­cie w po­sta­wy, któ­re zo­sta­ją utrwa­lo­ne i co­raz bar­dziej kształ­tu­ją na­sze ży­cie.

Strachmoże od­gry­wać w ży­ciu rolę ostrze­gaw­czą, a przez to dą­żą­cą do ochro­ny ży­cia, czy­li po­zy­tyw­ną. Ale jako siła de­struk­tyw­na może nas obez­wład­niać, pa­ra­li­żo­wać i blo­ko­wać. Spo­tka­nie z czło­wie­kiem owład­nię­tym stra­chem jest dla mnie do­świad­cze­niem ogrom­nie mę­czą­cym. W ta­kich wy­pad­kach czę­sto nie wiem, co mam po­wie­dzieć. Nie mogę wy­do­być z sie­bie sło­wa. Strach prze­szka­dza mi w ro­bie­niu tego, co nor­mal­nie bym zro­bił. Po­zwa­lam wte­dy mieć wpływ na mnie ko­muś in­ne­mu. Oprócz tego so­cjal­ne­go stra­chu przed in­nym czło­wie­kiem i jego osą­dem, ist­nie­je też strach przed zro­bie­niem cze­goś źle, przed po­pad­nię­ciem w winę. My­śli­my wte­dy: Le­piej nic nie ro­bić, niż obar­czyć się winą. Inni lu­dzie z ko­lei cier­pią na róż­ne fo­bie. Tak jest na przy­kład w przy­pad­ku tre­my eg­za­mi­na­cyj­nej. Kie­dy roz­ma­wia­my z tymi ludź­mi, wie­dzą wszyst­ko, a w cza­sie eg­za­mi­nu tkwią­ca w nich pa­ni­ka nie po­zwa­la im po­wie­dzieć tego, cze­go się na­uczy­li. Czu­ją się jak­by od­cię­ci od my­śle­nia. Strach ma ten­den­cję do co­raz moc­niej­sze­go za­wład­nię­cia nami. Ten, kto cier­pi na tre­mę przed eg­za­mi­nem, jest na niej tak bar­dzo skon­cen­tro­wa­ny, że blo­ku­je go ona o wie­le wcze­śniej. Czło­wiek taki nie jest już w sta­nie się uczyć ani pa­no­wać nad swo­imi zdol­no­ścia­mi. Strach kosz­tu­je go bar­dzo dużo, za­bie­ra wie­le sił, tak, że w koń­cu za­czy­na się oba­wiać stra­chu i co­raz bar­dziej po­grą­żać w sy­tu­ację, któ­ra wy­da­je się bez wyj­ścia.

Am­bi­cja może rów­nież mą­cić źró­dła na­szej siły oraz moż­li­wo­ści re­ge­ne­ra­cji. Dzie­je się tak, kie­dy jest ona zbyt duża. Pew­na daw­ka am­bi­cji jest czymś po­zy­tyw­nym, je­śli tyl­ko po­ma­ga nam pra­co­wać su­mien­nie i pil­nie, aby roz­wi­jać na­sze zdol­no­ści. Ale am­bi­cja może stać się we­wnętrz­nym wię­zie­niem, z któ­re­go bę­dzie nam bar­dzo trud­no się wy­do­stać. Prze­sad­na am­bi­cja ma coś wspól­ne­go z chci­wo­ścią: chci­wo­ścią sza­cun­ku, po­wa­ża­nia, uzna­nia i sła­wy. Je­śli ktoś pod­da się temu, stra­ci kon­takt z sa­mym sobą i z tym, co w da­nej chwi­li robi. Bę­dzie kie­ro­wa­ny chci­wo­ścią. Chci­wość po­bu­dza wpraw­dzie jego siły, ale po­nie­waż nie po­cho­dzi z naj­głęb­sze­go źró­dła, ale ro­dzi się z jego wła­snej woli, sta­no­wi ra­bu­nek sa­me­go sie­bie i bez­względ­ne wy­ko­rzy­sty­wa­nie źró­deł ener­gii. Prze­sad­na am­bi­cja spra­wia, iż pra­cę ce­chu­je ja­kaś su­ro­wość. Ist­nie­ją lu­dzie am­bit­ni, któ­rzy zdą­ża­ją do celu po tru­pach. Cho­dzi im tyl­ko o jed­no: wła­sną chwa­łę, wła­sną ka­rie­rę. Inni są z obo­jęt­no­ścią po­mi­ja­ni. Na polu za­wo­do­wym wy­bu­ja­ła am­bi­cja jest uwa­ża­na za siłę na­pę­do­wą i mo­ty­wa­cję, a więc za ce­chę na wskroś po­zy­tyw­ną. Jej de­struk­cyj­ne na­stęp­stwa nie ogra­ni­cza­ją się tyl­ko do sfe­ry za­wo­do­wej. Rów­nież w ży­ciu ro­dzin­nym i pry­wat­nym prze­sad­na am­bi­cja jest bar­dzo szko­dli­wa. Je­śli je­stem zbyt am­bit­ny w spra­wie wy­cho­wa­nia dzie­ci, to osta­tecz­nie nie cho­dzi mi o ich god­ność i do­bro, lecz o mnie sa­me­go, gdyż chcę po pro­stu po­chwa­lić się dzieć­mi. Wy­ko­rzy­stu­ję dzie­ci do swo­ich wła­snych ce­lów. To jest wła­śnie męt­ne źró­dło, utrud­nia­ją­ce ży­cie ro­dzin­ne.

Pra­co­ho­lizmjest dziś za­ak­cep­to­wa­nym spo­łecz­nie uza­leż­nie­niem. Uza­leż­nie­nie łą­czy się z żą­dzą po­wa­ża­nia. Czło­wiek uza­leż­nio­ny nie może obejść się bez tego, cze­go tak na­mięt­nie szu­ka. Boi się po­znać praw­dę o so­bie, gdyż chce nadal kar­mić się swo­im uza­leż­nie­niem. Nie­któ­re za­kła­dy za­trud­nia­ją pra­co­ho­li­ków jako me­ne­dże­rów. Uwa­ża­ją, że tacy lu­dzie są naj­lep­si, po­nie­waż będą dużo pra­co­wać, a to wyj­dzie fir­mie na do­bre. Pra­co­ho­li­cy pra­cu­ją wpraw­dzie dużo, ale czę­sto z tego nic nie wy­cho­dzi, po­nie­waż oni po­trze­bu­ją pra­cy, żeby ukryć swo­ją we­wnętrz­ną pust­kę. Trzy­ma­ją się kur­czo­wo ak­tyw­no­ści. A po­nie­waż nie mają dy­stan­su wo­bec pra­cy, nie są kre­atyw­ni ani in­no­wa­cyj­ni. Sta­ją się śle­pi. Naj­waż­niej­sze jest dla nich tyl­ko to, aby cią­gle mieć coś do ro­bo­ty. Mają wte­dy wra­że­nie, że są po­trzeb­ni, po­ży­tecz­ni. Po­dej­mu­ją się każ­dej pra­cy, ale nie­wie­le do­ko­nu­ją. Pra­co­ho­lizm jest męt­nym źró­dłem. Kto z nie­go czer­pie, ten wy­czer­pu­je nie tyl­ko sie­bie sa­me­go, ale też lu­dzi w swo­im oto­cze­niu. Jego pra­ca nie bę­dzie bło­go­sła­wień­stwem ani dla nie­go, ani dla in­nych.

Per­fek­cjo­nizm to ko­lej­ne męt­ne źró­dło. Ten, kto chce wszyst­ko wy­ko­ny­wać per­fek­cyj­nie, sam wy­wie­ra na sie­bie pre­sję. A ta we­wnętrz­na pre­sja pa­ra­li­żu­je go i za­bie­ra mu osta­tecz­nie całą ener­gię. Per­fek­cjo­ni­sta nie po­tra­fi w peł­ni skon­cen­tro­wać się na pra­cy i za­po­mnieć o wszyst­kim in­nym. A przy tym cią­gle się za­sta­na­wia, czy wy­ko­nu­je swo­je za­da­nia ide­al­nie. Sam wy­wie­ra na sie­bie pre­sję ro­bie­nia wszyst­kie­go bez­błęd­nie. Naj­czę­ściej ta wła­śnie pre­sja pro­wa­dzi do błę­dów. Cza­sa­mi per­fek­cjo­ni­sta jest bar­dziej skon­cen­tro­wa­ny na per­fek­cyj­nym wy­ko­ny­wa­niu pra­cy, in­nym ra­zem na osą­dzie in­nych lu­dzi, na tym, co dru­dzy o nim po­my­ślą. Jed­no i dru­gie od­ci­na go od we­wnętrz­ne­go źró­dła.

Pra­gnie­nie udo­wod­nie­nia cze­goś sa­me­mu so­bie jest rów­nież roz­po­wszech­nio­ną po­sta­wą, któ­ra może pro­wa­dzić do wy­czer­pa­nia. Za­wsze wte­dy, kie­dy nie kon­cen­tru­je­my się na pra­cy czy na lu­dziach, ale krą­ży­my wo­kół sie­bie, wo­kół swo­je­go zna­cze­nia, suk­ce­su, uzna­nia, czer­pie­my z męt­ne­go źró­dła, któ­re wkrót­ce zo­sta­nie wy­czer­pa­ne. Hen­ri No­uwen, zna­ny pro­fe­sor uni­wer­sy­tec­ki i kie­row­nik du­cho­wy, pi­sze w swo­im opo­wia­da­niu „Słu­cha­łem ci­szy” o roz­mo­wie z Joh­nem Eu­des Bam­ber­ge­rem, opa­tem z klasz­to­ru tra­pi­stów, do któ­re­go wstą­pił, bo szu­kał prze­mia­ny swo­je­go ży­cia. Po­wie­dział opa­to­wi, że po wy­kła­dach i roz­mo­wach z ludź­mi czu­je się czę­sto bar­dzo wy­czer­pa­ny. Od­po­wiedź była ja­sna i jed­no­znacz­na: „Je­steś wy­czer­pa­ny, po­nie­waż każ­de­mu, kto przy­je­dzie na two­je wy­kła­dy, chcesz do­wieść, że wy­brał pra­wi­dło­wy wy­kład. A pa­cjen­tom chcesz udo­wod­nić, że wy­bra­li wła­ści­we­go te­ra­peu­tę. Ta chęć udo­wad­nia­nia wy­czer­pu­je cię. Je­śli czer­pał­byś ze źró­deł mo­dli­twy, two­je wy­kła­dy nie by­ły­by tak wy­czer­pu­ją­ce”. Pod­czas czy­ta­nia tego wy­ja­śnie­nia na­tych­miast za­świ­ta­ła mi nowa myśl. Po­dob­nie było ze mną. Kie­dy przed dwu­dzie­stu laty wy­gła­sza­łem wy­kła­dy, sam wy­wie­ra­łem na sie­bie pre­sję. Chcia­łem do­wieść słu­cha­czom, że je­stem do­brym mów­cą. Cier­pia­łem z po­wo­du am­bit­nych wy­obra­żeń, że wszy­scy po­win­ni być za­do­wo­le­ni po wy­słu­cha­niu wy­kła­du. Je­śli umie­my od­po­wied­nio po­słu­gi­wać się gło­sem, to wy­gło­sze­nie wy­kła­du nie jest mę­czą­ce. Mę­czą­ca sta­je się pre­sja, któ­rą sami na sie­bie wy­wie­ra­my. Czy to jest am­bi­cja, aby prze­wyż­szać in­nych, czy też zmu­sza­nie się do udo­wad­nia­nia cze­goś lub chęć, aby wszy­scy byli za­do­wo­le­ni, chęć by­cia lu­bia­nym i uzna­wa­nym, to osta­tecz­nie wszyst­kie te po­sta­wy we­wnętrz­ne pro­wa­dzą do wy­czer­pa­nia. Je­śli będę mó­wił to, co dyk­tu­je mi ser­ce, to wy­kład nie bę­dzie za­bie­rał mi ener­gii, ale sta­nę się dzię­ki nie­mu jesz­cze bar­dziej oży­wio­ny.

Wy­wie­ra­nie na sie­bie pre­sji ocze­ki­wań jest czę­stą po­sta­wą, z któ­rą się spo­ty­kam. W cza­sie roz­mów z na­uczy­cie­la­mi stwier­dzam, iż sami uwa­ża­ją, że ko­niecz­ne jest opty­mal­ne przy­go­to­wy­wa­nie lek­cji. Po­trze­bu­ją dużo cza­su, za­nim lek­cja bę­dzie wy­glą­da­ła tak, żeby byli z niej za­do­wo­le­ni. Lecz w ten spo­sób pra­wie nig­dy nie mogą skoń­czyć pra­cy i tra­cą przy tym wszel­ką ra­dość. Nie mają już żad­nej sa­tys­fak­cji w by­ciu kre­atyw­nym i szu­ka­niu no­wych dróg w cza­sie za­jęć. Skąd po­cho­dzi ta pre­sja, aby wy­ko­ny­wać wszyst­ko moż­li­wie jak naj­le­piej? Kto wy­wie­ra na nich tę pre­sję? Kie­dy sta­wiam to py­ta­nie, sły­szę za­raz, że od­po­wie­dzial­na jest za to szko­ła, że dy­rek­tor żąda od nich per­fek­cji i ro­dzi­ce ocze­ku­ją tak wie­le. Moja od­po­wiedź brzmi wte­dy: Osta­tecz­nie to ja sam wy­wie­ram na sie­bie tę pre­sję. Ugi­nam się pod róż­ny­mi wy­ma­ga­nia­mi, przed rosz­cze­nia­mi po­cho­dzą­cy­mi od mo­je­go wła­sne­go „nad-ja” lub ocze­ki­wań in­nych. Mamy wte­dy pra­wo po­wie­dzieć: Nie mu­szę prze­cież speł­niać wszyst­kich ocze­ki­wań. Inni mogą wy­ra­żać swo­je ocze­ki­wa­nia, ale ja je­stem wol­ny i to ode mnie za­le­ży, czy na nie od­po­wiem.

W po­dob­nej sy­tu­acji jak na­uczy­cie­le, jest też wie­lu ka­pła­nów. Przed każ­dym ka­za­niem wy­wie­ra­ją na sie­bie pre­sję, po­nie­waż chcą ko­niecz­nie kie­ro­wać się wszyst­ki­mi ocze­ki­wa­nia­mi słu­cha­czy. Jed­ni chcą prze­ma­wiać do lu­dzi wy­kształ­co­nych, inni zaś do pro­stych. Nie­któ­rzy chcą tra­fić szcze­gól­nie do mło­dych i szu­ka­ją na siłę nie­kon­wen­cjo­nal­ne­go i no­wo­cze­sne­go ję­zy­ka, któ­ry na­śla­do­wał­by żar­gon mło­dzie­ży. Py­tam wte­dy, czy nie two­rzą so­bie ja­kichś wy­obra­żeń o słu­cha­czach. Je­stem prze­ko­na­ny, że two­rzą so­bie ob­ra­zy, za­miast skon­cen­tro­wać się na kon­kret­nych słu­cha­czach i mó­wić im o tym, co po­ru­szy­ło ich wła­sne ser­ce. Czę­sto jest to po­przecz­ka wła­snych za­mia­rów i ce­lów, któ­ra każe im ro­bić coś szcze­gól­ne­go. Słu­cha­cze na­tych­miast za­uwa­żą, czy ka­zno­dzie­ja chce osią­gnąć coś okre­ślo­ne­go, czy też jest „prze­źro­czy­sty” i „prze­pusz­czal­ny” dla dzia­ła­nia Du­cha Świę­te­go.

To