Zrobione! Naucz się kończyć to, co zacząłeś - Jon Acuff - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Cierpisz na „słomiany zapał”? Prześladują cię nieukończone zadania i nieosiągnięte cele? Podobają ci się wszystkie nowe pomysły? Z zaczynaniem nie masz problemu, ale nie potrafisz niczego doprowadzić do końca?

Badania dowodzą, że niepowodzeniem kończy się aż 92 procent wszelkich postanowień noworocznych. Wielu ludzi prowadzi życie na krawędzi… Na krawędzi realizacji. Dlaczego? Ponieważ najtrudniejszą przeszkodą na drodze do osiągania celów nie jest lenistwo czy fakt, że się za mało staramy – jest nią perfekcjonizm. Jesteśmy swoimi najostrzejszymi krytykami. Kiedy wydaje nam się, że nie zrobimy czegoś porządnie, wolimy w ogóle tego nie robić. Właśnie dlatego najczęściej rezygnujemy z jakiegoś wyzwania już w pierwszym albo drugim dniu, wtedy, gdy zaczynamy odchodzić od ideału – wtedy, gdy uzyskiwane przez nas wyniki niemal zawsze okazują się gorsze od naszych ambicji.

Jesteś zmęczony wiecznym zaczynaniem i chcesz zacząć wreszcie regularnie kończyć rozpoczęte projekty? Masz dwa wyjścia: możesz dalej robić sobie wyrzuty i starać się bardziej, bo przecież tym razem w końcu ci się uda, albo możesz przeczytać tę książkę i zmienić swoje podejście.

Opisywane w tej książce strategie są na pierwszy rzut oka nielogiczne. Warto jednak wiedzieć, że opierają się one na badaniach przeprowadzonych przez uniwersyteckiego pracownika naukowego na kilkusetosobowej próbie. Kto by pomyślał, że zwiększanie frajdy, eliminowanie własnych tajnych zasad czy celowe wykreślanie niektórych aspektów naprawdę działa! Dane nie kłamią. Ludzie, którzy dobrze się bawią, są o 43 procent skuteczniejsi. Wyobraź sobie, że gdy zastosujesz się do tych kilku prostych zasad, możesz być o 43 procent skuteczniejszy w nauce gry na gitarze, przestrzeganiu diety czy prowadzeniu firmy. Tak więc jeśli jesteś gotowy zakończyć sprawy, na których naprawdę ci zależy, z tej książki dowiesz się, jak dokładnie masz to zrobić. Przeczytaj ją i skończ wreszcie to, co zaczynałeś już tyle razy!

***

Świat jest usłany niedokończonymi książkami, niemal założonymi firmami i prawie zaczętymi dietami. Kto wiedział, że tajemnica tkwi w tym, aby lepiej się bawić, wyeliminować wyznawane tajne zasady oraz pogodzić się ze swoją niedoskonałością? Wie o tym Jon Acuff, niedługo dowiesz się i ty.

- Steven Pressfield, autor książki The War of Art

UWAGA: Jeżeli dalej chcesz beztrosko wieść życie, w którym wszelkie prawdziwe wyzwania osobiste i zawodowe odkładasz na później, nie czytaj tej książki! Jon Acuff pisze z polotem, dowcipnie – i co najważniejsze – z wielką wyrozumiałością, tym samym utrzymując miejsce lidera w moim rankingu autorów książek biznesowych.

- Lindsay Teague Moreno, autorka książki Getting Noticed

Prześladują cię nieukończone zadania i nieosiągnięte cele? Ja należę do tych, którym podobają się wszystkie nowe pomysły, więc doskonale wiem, jak to jest zaczynać coś w poczuciu ekscytacji, a potem doświadczać trudności z kończeniem tego. Na szczęście na ratunek spieszy nam jak zawsze zabawny Jon Acuff. Jego książka wymienia wiele sposobów, na które sami sabotujemy własne postępy, daje nam również potężne narzędzia pomocne w kończeniu rozpoczętych spraw. Przeczytaj książkę Jona i wykorzystaj zawartą w niej mądrość, a gwarantuję, że osiągniesz swoją prywatną metę i będziesz się przy tym znakomicie bawił.

- Ken Blanchard, współautor książek Jednominutowy Menedżer i Jednominutowy mentor

Każdy lider liczy przede wszystkim na to, że jego zespół osiągnie stawiane mu cele. Niestety z roku na rok pojawia się coraz więcej czynników rozpraszających naszą uwagę, więc osiąganie celów staje się coraz trudniejsze. Ta książka istotnie pomaga w rozwiązaniu tego problemu. Podejrzewam, że firmy będą kupować ją na kartony!

- Reggie Joiner, dyrektor generalny i założyciel The reThink Group

***

Jon Acuff, autor takich bestsellerów „New York Timesa”, jak Start, Quitter czy Do Over. Popularny prelegent, bloger, aktywny użytkownik Twittera i twórca wyzwania internetowego „30 Days of Hustle”. Mieszka w Nashville z żoną Jenny i dwiema córkami. Więcej na stronie acuff.me.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 222

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Tytuł oryginału: Finish: Give Yourself the Gift of Done

Przekład: Bartosz Sałbut

Redakcja: Elżbieta Wojtalik­Soroczyńska

Korekta: Lilianna Mieszczańska

Projekt okładki: Konrad Rószkowski

Grafika na okładce: pixabay.com/rawpixel

Skład i łamanie: JOLAKS – Jolanta Szaniawska

Opracowanie e-wydania:

Copyright © 2017 by Jonathan Acuff

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

Copyright © 2018 for the Polish edition by MT Biznes Ltd. 

All rights reserved. 

This edition published by arrangement with Portfolio, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2019

MT Biznes Sp. z o.o.

www.mtbiznes.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8087-583-8 (format epub)

ISBN 978-83-8087-584-5 (format mobi)

Recenzje

„Jeśli chodzi o sukces osobisty, między tragedią i komedią przebiega bardzo cienka granica. Nikt tak jak Jon Acuff nie potrafi skłonić mnie do śmiechu z moich włas­nych słabostek i jednocześnie pomóc je przezwyciężyć. Chcesz się nauczyć kończyć wszystko po mistrzowsku? Przeczytaj tę książkę!”

Michael Hyatt, autor książki Cała naprzód!, bestsellera „USA Today”

„Prześladują cię nieukończone zadania i nieosiągnięte cele? Ja należę do tych, którym podobają się wszystkie nowe pomysły, więc doskonale wiem, jak to jest zaczynać coś w poczuciu ekscytacji, a potem doświadczać trudności z kończeniem tego. Na szczęście na ratunek spieszy nam jak zawsze zabawny Jon Acuff. Jego książka wymienia wiele sposobów, na jakie sami sabotujemy własne postępy, daje nam również potężne narzędzia pomocne w kończeniu rozpoczętych spraw. Przeczytaj książkę Jona i wykorzystaj zawartą w niej mądrość, a gwarantuję, że osiągniesz swoją prywatną metę i będziesz się przy tym znakomicie bawił”.

Ken Blanchard, współautor książek Jednominutowy menedżer i Jednominutowy mentor

„Jon Acuff przemawia ulubionym językiem wszystkich wybitnych liderów – językiem załatwiania spraw. Jeśli chcesz się wybić ponad innych, w dzisiejszych czasach najważniejsze jest to, abyś zaczęte sprawy doprowadzał do końca. Jon proponuje ci praktyczną, inspirującą i bezproblemową mapę drogową rozpoczynania zadań i ich kończenia. Ta książka z miejsca stała się klasykiem!”

Brad Lomenick, autor książki H3 Leadership

„Każdy lider liczy przede wszystkim na to, że jego zespół osiągnie stawiane mu cele. Niestety z roku na rok pojawia się coraz więcej czynników rozpraszających naszą uwagę, więc osiąganie celów staje się coraz trudniejsze. Ta książka istotnie pomaga w rozwiązaniu tego problemu. Podejrzewam, że firmy będą kupować ją na kartony!”

Reggie Joiner, dyrektor generalny i założyciel The reThink Group

„Jako muzyk, a teraz również pastor, doskonale znam trudności związane z pisaniem tekstów piosenek i kazań. Ta książka uczy nie tylko, jak kończyć rozpoczęte zadania, ale wręcz jak kończyć je dobrze. Mój przyjaciel Jon ma dar sprawiania, że rzeczy pozornie niewykonalne zaczynają nam się jawić jako całkiem praktyczne”.

Montell Jordan, autor książki This is How We Do It!

„Jestem pisarzem i wiem, jak trudno jest coś skończyć. Ostatni rozdział zawsze jest dużym wyzwaniem, ale dzięki wskazówkom zawartym w książce Jona jego napisanie stało się nagle znacznie łatwiejsze. Ty też masz coś, co chciałbyś dokończyć? Przeczytaj tę książkę!”

Andy Andrews, autor książek Mistrz i Sekret wędrowca, bestsellerów „New York Timesa”

„Książka Jona Acuffa to kop w tyłek, który od dawna był ci potrzebny”.

Claire Díaz-Ortiz, przedsiębiorca i pisarka, ClaireDiazOrtiz.com

Moim rodzicom, Markowi i Libby Acuffom, którzy widzieli we mnie pisarza jeszcze na długo przed tym, zanim ja w to uwierzyłem

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Recenzje

Dedykacja

Spis treści

Wprowadzenie. Niewłaściwe demony

Rozdział 1. Dzień nie do końca doskonały

Rozdział 2. Cel przytnij o połowę

Rozdział 3. Co wykreślić?

Rozdział 4. Dobra zabawa jako sposób na sukces

Rozdział 5. Wyjdź z kryjówki i nie zwracaj uwagi na szlachetne przeszkody

Rozdział 6. Pozbądź się tajnych zasad

Rozdział 7. Wykorzystuj dane, aby się cieszyć swoimi niedoskonałymi postępami

Rozdział 8. Na dzień przed końcem

Wnioski

Podziękowania

WprowadzenieNiewłaściwe demony

W 2013 roku walczyłem z niewłaściwymi demonami. To wtedy wydałem książkę, w której wzywałem moich czytelników do rozpoczynania. Namawiałem, żeby wstali z kanapy. Przekonywałem, że warto spróbować założyć własną firmę. Zachęcałem do przejścia na dietę, napisania książki lub realizacji jednego z miliona innych celów, które od lat sobie stawiają.

Wydawało mi się, że największą przeszkodą jest strach, powodujący, że ludzie nie mogą niczego zacząć. Myślałem, że jeśli zdołam ich przekonać, aby przekroczyli linię startu, potem wszystko już się ułoży. Sądziłem, że to strach ich powstrzymuje przed działaniem i że jeśli zaczną, uda im się ten strach pokonać.

Tylko połowicznie miałem rację.

Niewątpliwie warto zacząć. Początek to coś ważnego. Tych kilka pierwszych kroków ma ogromne znaczenie, ale to nie one są najważniejsze.

Wiesz, co jest nawet ważniejsze? W porównaniu z tym czymś rozpoczynanie wydaje się banalne, zwyczajne i niemal bez znaczenia.

Tym czymś jest zakończenie.

Rok w rok uczestnicy różnego rodzaju spotkań brali mnie na stronę i mówili: „Nigdy nie miałem problemu z rozpoczynaniem. Zaczynam miliony różnych rzeczy, ale potem ich nie kończę. Co mam zrobić, żeby skończyć?”.

Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie, a taka odpowiedź w moim własnym życiu też by się przydała.

Kilka rzeczy udało mi się doprowadzić do końca. Biegam w półmaratonach, napisałem sześć książek, dzisiaj jestem też całkiem przyzwoicie ubrany. Tyle że to wszystko wyjątki na tle mojego na wpół dopełnionego życia.

Udało mi się przeczytać do końca zaledwie 10 procent książek, które posiadam. Potrzebowałem trzech lat, aby zrealizować przewidziany na sześć dni program 90-dniowego programu ćwiczeń w domu P90X. Jako 23-latek zdobyłem niebieski pas w karate, czyli znalazłem się jakieś 76 pasów poniżej zasadniczego celu, czyli pasa czarnego. Mam w gabinecie ze 32 na wpół zapisane notesy, mam też w łazience z 90 sztyftów napoczętych pomadek do ust. Doradca finansowy pewnie by się złapał za głowę, gdyby zobaczył, jaką część mojego domowego budżetu pochłaniają kosmetyki do nawilżania ust.

Mój garaż ma w sobie coś z mauzoleum. Stoi tam teles­kop (użyty pięć razy), wędka (użyta trzy razy) i deska snowboardowa z całosezonowym karnetem do lokalnego ośrodka narciarskiego (użyta zero razy). Któż mógłby nie zauważyć motoroweru, który kupiłem trzy lata temu, aby ostatecznie przemierzyć nim w sumie aż 51 kilometrów? Nawet nie wyrobiłem niezbędnych dokumentów dla tego sprzętu. Prowadzę życie na krawędzi… Na krawędzi realizacji.

Mogę się pocieszać myślą, że nie ja jeden mam problem z niekończeniem.

Z badań wynika, że 92 procent noworocznych postanowień pryska jak bańka mydlana. Co roku ludzie rozpoczynają styczeń z nowymi nadziejami i nową energią. Wierzą, że w tym nowym roku w końcu odnajdą nowe oblicze samych siebie.

Spośród tych 100 procent rozpoczynających do końca dociera jednak zaledwie osiem procent. Ze statystycznego punktu widzenia mógłbyś więc równie dobrze próbować dostać się do szkoły muzycznej Juilliard, żeby zasłynąć jako dyrygent. Tam też przyjmują mniej więcej osiem procent kandydatów.

Zawsze mi się wydawało, że po prostu niewystarczająco się staram. W tym przekonaniu utwierdzali mnie wszyscy internetowi guru o śnieżnobiałych zębach. „Musisz zacząć się krzątać. Nie możesz odpuszczać. Wyśpisz się po śmierci”.

Myślałem, że może jestem po prostu leniwy.

Zdawałem sobie sprawę, że mój osobisty poziom determinacji zawsze był niebezpiecznie niski. Przekonałem się o tym na podstawie testu wykonanego za pomocą świetnego narzędzia o nazwie GRIT Scale, opracowanego przez Angelę Duckworth[1]. Uzyskałem wynik poniżej przewidzianego na skali. Być może należałoby przewidzieć jakąś premię dla tych, którzy w ogóle wykonają test do końca. Mnie jakimś cudem się udało.

Zacząłem wcześniej wstawać. Wypijałem takie ilości napojów energetycznych, że konia by to zwaliło z nóg. Zatrudniłem life coacha i starałem się jeść więcej produktów uznawanych za superjedzenie.

Nic mi to nie dało, może z wyjątkiem urokliwego drżenia powieki, którego dorobiłem się za sprawą potężnych dawek kofeiny. Moje oko zaczęło nagle machać do innych ludzi z wielką intensywnością.

Usiłowałem przepychać się łokciami, żeby jak najszybciej odrobić swoje i móc sięgnąć gwiazd, jak Abraham Lincoln. W ten sposób powstało 30-dniowe wyzwanie internetowe, które nazwałem 30 Days of Hustle, czyli 30 Dni Krzątaniny[2]. Miał to być kurs internetowy, który pomoże tysiącom ludzi w końcu osiągnąć własne cele.

Potem wydarzyło się coś, co w najlepszym razie mogę uznać za przypadek. Takich rzeczy teoretycznie nie powinno się pisać w książkach. Autorzy poradników zwykle odczuwają pokusę wprowadzania do historii włas­nego życia pewnych elementów, które mogłyby potwierdzać, że oni faktycznie są w stanie pomóc komuś innemu.

Lider, który przypadkiem odniósł sukces, cofa się w czasie i na siłę wymyśla 10 kroków, które go do tego sukcesu doprowadziły – żeby móc je potem opisać w książce 10 kroków, które pozwolą ci dotrzeć do celu. Ja mogę szczerze powiedzieć, że opowiadam tu o wydarzeniach, których nie planowałem. Zaskoczyły mnie one tak samo, jak zaskoczą ciebie. Najwyżej po prostu się cieszyłem, że coś z tego wyszło.

Wiosną 2016 roku badacz z Uniwersytetu Memphis, niejaki Mike Peasley, zwrócił się do mnie z pewną interesującą propozycją.

Chciał mianowicie przyjrzeć się w ramach prowadzonych badań ludziom, którzy zdecydowali się skorzystać z mojego kursu. Miał zamiar analizować, co się sprawdza, a co nie. Właśnie kończył przewód doktorski i chciał wykorzystać wyniki tych badań jako materiał do publikacji. W kolejnych miesiącach Mike poddał analizie dane dotyczące ponad 850 uczestników mojego kursu, uzyskując w ten sposób solidny materiał badawczy.

Dla mnie było to nowe doświadczenie, ponieważ wcześ­niej na co dzień stosowałem się do zasad zwyczaju przyjętego w 2003 roku: „Wymyśl coś i napisz w internecie, nie zaprzątając sobie głowy źródłami”.

Tymczasem wnioski z tych badań całkowicie odmieniły moje spojrzenie na kwestię doprowadzania spraw do końca, także w odniesieniu do tej książki i w pewnym sensie do całego mojego życia.

Mike ustalił, że ludzie korzystający z kursu mieli o 27 procent większe szanse na sukces niż w innych przypadkach, gdy po prostu próbowali wyznaczać sobie cele. Ten wynik, choć mnie ucieszył, nie był dla mnie jakimś szczególnym zaskoczeniem. Nie ma przecież nic dziwnego w tym, że człowiek lepiej sobie radzi z czymś, nad czym pracuje konsekwentnie przez 30 dni.

Zaskoczyło mnie natomiast coś, z czego pewnie wszyscy powinniśmy lepiej zdawać sobie sprawę. Otóż radykalną poprawę skuteczności zapewniały ludziom te ćwiczenia, które powodowały obniżenie poziomu presji, które uwalniały ich od przytłaczającego perfekcjonizmu, stanowiącego główną motywację do porzucenia wyznaczonego sobie celu. Rezultaty były niezmiennie takie same bez względu na to, czy ktoś chciał się wcisnąć w ubrania w mniejszym rozmiarze, pisać więcej na blogu czy uzys­kać podwyżkę. Im mniejszy nacisk ludzie kładli na perfekcyjne wykonanie zadania, tym większą osiągali produktywność.

Okazuje się więc, że wcale nie chodzi o to, aby bardziej się wysilać.

Bieganie w kółko wokół tematu w niczym nie pomoże.

Ludzie, którzy raz po raz coś rozpoczynają, mogą zacząć doprowadzać sprawy do końca.

Możemy doprowadzać sprawy do końca.

Przyznaj – sięgałeś po tę książkę z myślą, że będzie miała w sobie coś z reklamy Red Bulla. Że znajdziesz tu kilka wskazówek, że to będzie zastrzyk motywacyjny, że ja ci podpowiem, jak dotrzeć do celu i jak postępować, żeby robić jeszcze więcej i więcej, i więcej.

Czy jednak takie podejście się sprawdza? Czy coś ci to daje, że się bardziej starasz? Czy twoje życie rzeczywiś­cie staje się pełniejsze, dlatego że podejmujesz dodatkowe wysiłki? Czy te różne wskazówki dotyczące produktywności, te różne sposoby na to, jak zarządzać własnym czasem, i te najróżniejsze metody na usprawnianie życia rzeczywiście coś ci dają?

Nie dają i nie dadzą.

Jeśli chcesz coś doprowadzić do końca, musisz za wszelką cenę wyzwolić się od dążenia do perfekcjonizmu. Musisz dobrze się bawić, cel przeciąć w połowie i z góry sobie powiedzieć, co ci nie wyjdzie. Musisz też się liczyć z tym, że czekają cię niespodzianki.

Właśnie to w całej tej przygodzie było najbardziej zaskakujące. Badania doprowadziły do sformułowania bardzo praktycznych wniosków. Okazało się, że do celu prowadzą działania tak sprzeczne z intuicją, że przez wielu uznawane są za przejaw chodzenia na skróty. Wiele osób w pierwszej chwili stwierdzi, że to nieczysta zagrywka i że coś takiego po prostu „się nie liczy”.

Pomyśl, że miałbyś iść na skróty. Czy taka myśl nie wzbudza w tobie lekkiego poczucia winy? Czy nie słyszysz od razu głosów tych wszystkich trenerów, szefów i nauczycieli, którzy powtarzali, że „w życiu nie można chodzić na skróty”?

No dobrze, to w takim razie mi obiecaj, że już nie będziesz korzystać z Google’a. Gdy następnym razem będziesz chciał czegoś się dowiedzieć, napisz list do Biblioteki Kongresu. Taki papierowy. Przykleisz na kopertę znaczek wymagający polizania językiem. Nie chodź na skróty, nie wybieraj znaczka, którego nie trzeba lizać.

Tak właśnie musieli zrobić bracia Wright, żeby znaleźć odpowiednie miejsce do swoich testów lotniczych[3]. Musieli napisać do U.S. Weather Bureau z siedzibą w Waszyngtonie list z prośbą o wskazanie terenów charakteryzujących się najlepszymi warunkami wiatrowymi. Jakiś urzędnik zgromadził wówczas stosowne dane, opracował raport i im odpisał. Po analizie uzyskanych informacji bracia Wright wybrali Kitty Hawk w Karolinie Północnej. Potem napisali do miejscowego naczelnika urzędu pocztowego, aby uzyskać więcej szczegółów na temat wyspy, i cierpliwie czekali na jego odpowiedź.

Trwało to całe wieki, przynajmniej wedle naszych dzisiejszych standardów. Bo my dzisiaj możemy iść na skróty.

Możemy zapytać mieszkańca wyspy Martha’s Vineyard, którą plażę poleca. I to będzie skrót. (Tak na marginesie, odpowiedź brzmi: Tashmoo).

Możemy wyłączyć wi-fi w laptopie, kiedy akurat musimy się skupić. I to będzie skrót.

Możemy nie zgodzić się na to, żeby mieć w domu lody, jeśli akurat usiłujemy schudnąć. I to będzie skrót.

Jeśli nieraz coś rozpoczynałeś, ale potem nie udało ci się doprowadzić tego do końca, to być może będę w stanie coś ci podpowiedzieć. Wszystko bowiem się zaczyna od tego, jak sobie radzisz w tym dniu, który z punktu widzenia realizacji każdego wyznaczonego celu ma znaczenie absolutnie podstawowe.

Rozdział 1Dzień nie do końca doskonały

„Dobry początek to połowa sukcesu” głosi jedno z moich ulubionych nieprawdziwych haseł motywacyjnych. Drugie brzmi: „Czasami trzeba po prostu skoczyć w przepaść. Skrzydła wyrosną ci po drodze”. To hasło widziałem akurat kiedyś na tle obrazka przedstawiającego wilka. Trochę mnie to zaskoczyło, bo co prawda nie jestem fachowcem od królestwa zwierząt, ale o ile mi wiadomo, żadnemu wilkowi nigdy skrzydła nie wyrosły. Na całe szczęście. Jeżeli wilki kiedyś nauczą się latać, to będzie game over.

Zbyt dużo uwagi poświęcamy kwestii rozpoczynania. Skutek jest taki, że nie zajmujemy się tym jednym, najważniejszym dniem, który częściej niż jakikolwiek inny dzień przekreśla nasze szanse na urzeczywistnienie celu. Przez pierwszych 41 lat mojego życia ani razu o tym dniu nie słyszałem. Żyłem w tej samej błogiej nieświadomości, co ci nierzeczywiści ludzie do dziś zamieszkujący plażę, na której kręcono Szczęki. Film Szczęki 2 w ogóle nie powinien powstać. Powinien nosić tytuł Grupa mieszkańców okolic nadmorskich przeprowadza się do Ohio, gdzie nie ma rekinów. Pewnie kiepsko to by się mieściło na afiszu, ale dawałoby nadzieję, że uda się uniknąć kolejnej katastrofy z rekinem w roli głównej.

Poświęcamy mnóstwo czasu na planowanie naszych celów, ale nowe buty sportowe, nowe koncepcje dietetyczne i nowe biznesplany konsekwentnie przyćmiewają nam ten jeden dzień, który ma największe znaczenie. Ten jeden dzień, za którego sprawą już nie mogę kupować czarnej fasoli w Costco.

To nie sklep mi zabrania, chociaż być może faktycznie czasami za bardzo się objadam darmowymi próbkami. Jednego razu częstowali w sklepie ciasteczkami Oreo. Akcja musiała zostać zorganizowana z myślą o tych siedmiu Amerykanach, którzy nigdy wcześniej nie mieli okazji spróbować tego wypieku.

Rozmowa z osobą obsługującą stoisko przybrała dość dziwaczny obrót, ponieważ musiałem udawać, że marka jest mi zupełnie nieznana. „Jak to się nazywa? Sandwicz na bazie ciasteczka czekoladowego? Nie? Nazywa się to »Oreo«? Czy ja to w ogóle poprawnie wymawiam? Jakże zabawna nazwa!”

Fasoli nie mogę kupować dlatego, że w Costco sprzedają ją wyłącznie w ilościach hurtowych. Nie da się wziąć jednej puszki. Trzeba od razu kupić tysiąc. To naprawdę dużo, ale z jakiegoś powodu co najmniej raz w roku dochodzę do wniosku, że potrzeba mi aż tyle fasoli.

Zaczynam ćwiczyć i postanawiam „podejść do sprawy poważnie”. Przypominam sobie, że Timothy Ferriss w książce 4-godzinne ciało poleca jeść na śniadanie jajka, czarną fasolę i szpinak z dodatkiem kminu rzymskiego i sosu salsa[4]. Gdy zaczynam przetrząsać szafki w poszukiwaniu czarnej fasoli, moi domownicy reagują ciężkim westchnieniem. „O nie, znowu to samo”.

Wiedzą, że przez następnych 12 dni z rzędu będę codziennie jeść czarną fasolę.

Dlaczego tylko przez 12? Ponieważ 13. dnia nagle nie znajdę czasu, będę miał jakieś spotkanie albo wyruszę w podróż biznesową bez podręcznej puszki fasoli. Jeden dzień przerwy mi wystarczy, żeby zarzucić całe przedsięwzięcie.

Gdy rytm raz zostanie zaburzony, potem już nie udaje się go przywrócić. Wynik już nie jest idealny, więc dalej nie warto się starać. To zaskakująco powszechne podejś­cie do kwestii błędów.

Kiedy się rozmawia z ludźmi o tym, dlaczego porzucili swoje cele, odpowiedzi są zawsze podobne:

„Zrobiły mi się zaległości, których już nie udało mi się nadrobić”.

„Różne życiowe sprawy pokrzyżowały mi plany”.

„Projekt zboczył z obranego kursu i potem już nie udało się wrócić na właściwą drogę”.

Za pomocą różnych słów autorzy tych uzasadnień wyrażają w istocie jedną i tę samą myśl: „Zrezygnowałem, gdy tylko przestało mi iść doskonale”.

Na jeden dzień zarzuciłeś dietę i nagle dochodzisz do wniosku, że to wszystko bez sensu.

Rano zabrakło ci czasu, żeby coś napisać, więc chowasz tę swoją niedokończoną książkę do szuflady.

Zgubiłeś paragon, więc postanowiłeś już nie zaprzątać sobie głowy odnotowywaniem wydatków za ten miesiąc.

Nie nabijam się z twojego perfekcjonizmu. Sam wielokrotnie padłem jego ofiarą. Pewnego razu w lutym przebiegłem 120 kilometrów. Potem w marcu udało mi się przebiec 114, a w kwietniu pokonałem 117. Jak myślisz, ile przebiegłem w maju? Trzynaście. A w czerwcu? Niespełna pięć.

Dlaczego? Ponieważ gdy tylko moje wyniki przestały być idealne, dałem sobie spokój.

Perfekcjonizm każe nam wierzyć w wierutną bzdurę na temat celów. Mówi: jeśli coś nie idzie idealnie, daj sobie spokój.

W tym kłamstwie tkwi jednak nadzwyczajny geniusz. Nikt przecież nie mówi, kiedy przestanie iść idealnie, to by przecież sugerowało, że w praktyce nic nigdy nie idzie idealnie. Perfekcjonizm sprytnie mówi: jeśli nie idzie idealnie, sugerując ci niejako w ten sposób, że masz szanse pokonać całą drogę aż do grobu na 100 procent.

Tu się pojawia problem, ponieważ nikt przecież nie chce urzeczywistniać swoich celów na czwórkę ani tym bardziej na trójkę. Chcemy mieć same piątki, zwłaszcza jeśli jakiemuś projektowi poświęcamy sporo czasu i uwagi. Bez większego zastanowienia rezygnujemy więc, kiedy tylko stwierdzimy jakiś błąd czy niedoskonałość. Co więcej, w wielu przypadkach rezygnujemy z pomysłu z wyprzedzeniem – jeszcze nim przystąpimy do jego realizacji.

Wielu ludzi przecież w ogóle nie przystępuje do realizacji nowych planów. Wolą nie mieć nic, niż mieć coś tylko połowicznie. Nie potrafią sobie wyobrazić żadnego innego stanu poza stanem doskonałym, a jeśli nie mają szans na jego osiągnięcie, nie decydują się nawet na pierwszy krok. Zanurzają się wówczas w tej gęstej mgle, która spowija ich pytanie: „A jaki to ma w ogóle sens?”. Jeśli nie spróbuję, to na pewno nie będę musiał mierzyć się z porażką.

Na etapie gromadzenia materiałów do tej książki przeprowadziłem internetową ankietę, w której tysiąc osób odpowiadało na pytanie, czy kiedykolwiek zdarzyło im się odrzucić jakiś pomysł dlatego, że wydawał im się nie dość dobry. Dopuszczałem do siebie myśl, że być może tylko mnie wrodzony perfekcjonizm skłania do szybkiej dyskwalifikacji wielu różnych pomysłów. Tymczasem ponad 97 procent respondentów odpowiedziało na moje pytanie twierdząco.

Nie bardzo wiem, jak ci to powiedzieć, ale… Nie masz szans na idealny wynik. Z wielką przykrością muszę cię uprzedzić, że na pewno coś ci się nie uda. Zupełnie niewykluczone, że wiele rzeczy ci się nie uda. Na początku coś może ci się zupełnie nie udać. Być może potkniesz się już o linię startu…

Nic w tym złego.

Dlaczego? Dlaczego zachęcam cię do otwarcia się na niedoskonałość? Choćby dlatego, że niedoskonały wynik cię nie zabije. Czasem nam się wydaje, że jest inaczej. Czasem brak postępów porównujemy do katastrofy kolejowej. „Moje plany się wykoleiły. Nie potrafiłem ich przywrócić na właściwy tor”. Wykolejony pociąg to poważna sprawa. W tego typu wypadkach często giną ludzie, a straty sięgają tysięcy dolarów. Czasem potrzeba wielu dni, a nawet wielu tygodni, żeby wszystko wróciło do normy.

Nic takiego na pewno się nie stanie, jeśli przez jeden dzień nie będziesz pracować nad osiągnięciem swojego celu. Na pewno nie!

Nikt nie umrze. Koszty powrotu na wyznaczony tor nie sięgną 400 tysięcy dolarów. Naprawa szkód nie będzie się ciągnąć tygodniami.

Po drugie tolerancja na niedoskonałość ma zasadnicze znaczenie dla każdego, kto zamiast wiecznie tylko rozpoczynać, chce zacząć konsekwentnie kończyć. Ludzie ze skłonnością do ciągłego rozpoczynania zarzucają swój pomysł, gdy tylko zdarzy im się dzień nie do końca doskonały. Po co dalej się starać? Passa została przerwana. Już lepiej ponurzać się w niepowodzeniu. Wczoraj wieczorem zaszalałem podczas kolacji, więc równie dobrze mogę zaszaleć teraz przy śniadaniu, a potem podczas lunchu i znów przy kolacji.

„Równie dobrze” (might as well) to jedno z najbardziej niebezpiecznych sformułowań w języku angielskim. W polskim zresztą też, a z jakiegoś powodu moje książki tłumaczone są na polski, jeszcze zanim ukażą się po hiszpańsku. Pozdrawiam z Krakowa!

Sformułowania „równie dobrze” jakoś nigdy się nie używa w odniesieniu do rzeczy pozytywnych. Nikt jakoś nigdy nie mówi: „Równie dobrze mógłbym pomóc tym sierotom” ani: „Równie dobrze mógłbym posadzić coś zdrowego w ogrodzie społecznym”. Stwierdzenie to stanowi na ogół wstęp do wywieszenia białej flagi. „Zjadłem jedną porcję frytek, więc równie dobrze mogę zjeść ich tysiąc”.

Tego typu rzeczy mówimy zwykle w dzień nie do końca doskonały. Ten dzień wpływa potem na nasze dalsze losy.

Domyślasz się, w którym z 30 dni mojego kursu najwięcej osób rezygnuje? Większość pytanych wskazuje na dzień 23. lub dzień 15. Jakże się mylą!

Największą liczbę rezygnacji odnotowujemy w drugim dniu. Tak, właśnie tak. Ludzie najczęściej przestają otwierać wiadomości z opisem ćwiczeń w drugim dniu. Dlaczego właśnie wtedy? Ponieważ niedoskonałość dochodzi do głosu bardzo szybko. Na pewno nie jeden raz zdarzyło ci się usiąść w poniedziałek rano przy biurku i pomyśleć: „Jest dopiero dziewiąta. Jak to możliwe, że mam już takie zaległości? Czy to znaczy, że cały tydzień mogę spisać na straty?”.

Niedoskonałość jest szybka jak błyskawica, a my zwykle rezygnujemy, gdy tylko się pojawi.

Właśnie dlatego ten nie do końca doskonały dzień ma tak duże znaczenie.

To od niego zależy, czy uda ci się osiągnąć cel. Liczy się to, co zrobisz po tym, jak raz postanowiłeś nie iść biegać. Liczy się to, co zrobisz po tym, jak raz nie wstałeś wcześ­niej. Liczy się to, co zrobisz po tym, jak w pojedynkę zjad­łeś całe pudełko pączków.

To właśnie tego dnia się okaże, czy pozostaniesz w gronie tych, którzy tylko rozpoczynają, czy jednak uda ci się doprowadzić sprawę do końca.

Osiągnięcie celu mniej przypomina podróż pociągiem na drugi koniec kraju, a bardziej zabawę w zderzających się samochodzikach w parku rozrywki. Czasem uda ci się pokonać całą trasę bez żadnych przeszkód. Nikt nie pojawi się na twojej drodze i nawet przez chwilę będzie ci się wydawało, że jedziesz szybko. Będą jednak i takie dni, w których niczego nie da się przewidzieć i w których za sprawą zupełnie niewiarygodnego ciągu zdarzeń nagle wylecisz gdzieś na bok albo utkwisz w gromadzie innych aut i nagle stwierdzisz, że przez to wszystko istotnie się cofnąłeś.

Takie rzeczy będą się zdarzać.

Nie będzie idealnie. Jest jednak coś nawet ważniejszego niż doskonałość. Jest coś, co ci się przysłuży znacznie bardziej niż perfekcjonizm.

Chodzi o marsz naprzód pod sztandarem niedoskonałości.

Odrzuć tezę, że dzień nie do końca doskonały to wyz­nacznik porażki.

Ta teza jest po prostu fałszywa.

Możesz spróbować jeszcze raz.

Dzisiaj, jutro, w przyszłym tygodniu.

Niestety perfekcjonizm umiera powoli. Dzielnie się trzyma i bywa bardzo niebezpieczny, ponieważ czasem chowa się za maską biegłości. Część osób zapewne czyta ten rozdział z poczuciem pewnego wewnętrznego niepokoju, ponieważ im się wydaje, że przeciwieństwem perfekcjonizmu jest porażka. To jednak nieprawda. Po drugiej stronie osi mamy szczęśliwy finał.

Oto bowiem zarówno w tej książce, jak i w życiu stoimy przed wyborem. Możemy otworzyć drzwi z napisem ZAKOŃCZONO, za którymi czekają nieprzewidywalne przygody, możliwości i historie. Napis na drugich drzwiach głosi zaś PERFEKCJONIZM. Gdy się je otworzy, naszym oczom ukaże się ceglany mur frustracji, wstydu i niespełnionych nadziei.

Najgorsze jest w tym wszystkim to straszliwe uczucie, że coś się zaczęło, ale tego się nie skończyło.

Wraz z wyznaczeniem celu składasz sam sobie pewną obietnicę. Zrzucisz kilka kilogramów. Pozbędziesz się niepotrzebnych rzeczy z szafy. Zaczniesz pisać blog. Zadzwonisz do starego znajomego. Wyznaczasz cel i w tym momencie w duchu składasz sobie obietnicę, która zostaje złamana, jeśli tobie nie uda się osiągnąć celu. Oto oszukałeś tę jedną osobę, z którą spędzasz w życiu najwięcej czasu. Siebie.

W pewnym momencie, po iluś tam złamanych obietnicach, zaczynasz w siebie wątpić. Nic w tym dziwnego. Gdyby ktoś umówił się z tobą kilkanaście razy na kawę i kilkanaście razy nie przyszedł, też byś stracił do tego kogoś zaufanie. Gdyby rodzic obiecał ci, że cię odbierze z treningu, a potem by cię nie odebrał, straciłbyś wiarę w niego. Gdyby szef obiecał ci awans, a potem raz po raz się z tego wymigiwał, przestałbyś mu wierzyć.

Dlaczego ludzie tak często rezygnują ze swoich noworocznych postanowień? Bo w zeszłym roku też nic im z tego nie wyszło, podobnie jak rok wcześniej, dwa lata wcześniej i jeszcze rok przed tamtym rokiem. Jeśli raz po raz rezygnujesz, to w pewnym momencie rezygnacja przestaje być jedną z opcji, które się bierze pod uwagę przy wyznaczaniu sobie celu, a staje się elementem twojej tożsamości – i to jest okropne uczucie.

Nieosiągnięte cele zapisują się w naszej pamięci mocniej niż te osiągnięte. Nie potrafimy o tym zapomnieć, dręczy nas ciągle poczucie, że czegoś nie dokończyliśmy. To jednak coś więcej niż tylko uczucie – to zadrapanie na płycie, to dziura w drodze, to wieczna pamiątka po tej niezakończonej sprawie. Takie właśnie ponosimy skutki, gdy wyznaczamy sobie jakieś cele, a potem pozwalamy, aby życie pokrzyżowało nam plany.

Tymczasem nie ma na świecie wspanialszego uczucia niż zakończenie jakiegoś projektu, który jest bliski naszemu sercu. Rozpoczęcie starań z pewnością wywołuje chwilowy wybuch euforii, ale to nic w porównaniu ze szczęśliwym finałem. Medal zdobyty w pierwszym ukończonym biegu na pięć kilometrów z pewnością zachowasz na pamiątkę. Nie będziesz myśleć o tym, jaki uzys­kałeś czas. Najważniejsze, że ci się udało. Przekroczyłeś linię mety i w ten sposób udowodniłeś, że warto było trenować. Dyplom, pierwsze pieniądze zarobione z włas­nej działalności, wizytówka z tytułem „Partner”… Sukces może być niewielki lub spektakularny, ale to nie skala się liczy. Liczy się to, że dotarłeś do końca. To niezwykłe uczucie.

Problem z perfekcjonizmem polega na tym, że wyolbrzymia on błędy, a minimalizuje postępy. Nie pozwala wierzyć w trwale osiągany sukces. Każe nam postrzegać cel jako domek z kart. Wystarczy jeden niedoskonały element, aby cała konstrukcja się rozsypała. Nawet drobne potknięcie oznacza całkowitą klęskę.

Perfekcjonizm mąci ci w głowie, każe ci bowiem mierzyć zbyt wysoko. Pewnie można by wskazać tysiąc różnych powodów, dla których 92 procent postanowień noworocznych nigdy nie zostaje spełnionych. Największe znaczenie ma jednak coś zaskakującego.

Otóż wyznaczając sobie cel, chcemy czegoś lepszego. Chcemy wyglądać lepiej. Chcemy czuć się lepiej. Chcemy być lepsi. Nagle jednak się okazuje, że „lepsze” nam nie wystarczy i chcemy „najlepszego”. Nie wystarczy nam drobna poprawa. Liczy się tylko potężny i natychmiastowy sukces.

Kto chciałby brać udział w biegu na pięć kilometrów, skoro można biec w maratonie? Kto by się zadowolił szkicem fabuły do książki, skoro można napisać trylogię o zakochanych wilkołakach zombie z kosmosu? (Tytuł: Pełnia księżyca, pełnia miłości). Komu wystarczy 10 tysięcy dolarów, skoro można by zarobić 100 tysięcy?

Postanowiłem poszukać prawdziwych przykładów dotyczących prawdziwych ludzi, więc zacząłem rozpytywać o perfekcjonizm wśród znajomych na Facebooku. Ktoś napisał tak: „W mojej głowie pojawia się myśl, że coś mógłbym zrobić. Fascynuje mnie to, więc zaczynam się oddawać marzeniom. Z początku wierzę we własne możliwości. Mam poczucie, że wiem, co robię. Moje marzenia stają się coraz śmielsze. Myślę o doskonałości. Wtedy nagle wzbiera we mnie poczucie, że się nie nadaję, bo przecież nie potrafiłbym tego robić na takim poziomie. Wtedy moje marzenie umiera, a cel odchodzi w zapomnienie. Co najlepsze, to wszystko na ogół odbywa się tylko w mojej głowie. W rzeczywistości nigdy nawet nie zaczynam niczego robić”.

Nawet jeśli z natury nie masz skłonności do takiego myślenia, to literatura z gatunku „goń za marzeniami, osiągaj swoje cele” z pewnością będzie ci taki właśnie kierunek podpowiadała.

Jeden z autorów książek motywacyjnych zachęca czytelników, aby wyobrazili sobie „film, na którym robią doskonale to, co chcieliby robić lepiej”[5]. Zwracam uwagę na słowo „doskonale”. Ten wyobrażony film miałbyś sobie odtwarzać w głowie wielokrotnie, a w pewnym momencie masz nawet wejść w kadr, żeby doświadczyć poczucia doskonałości. Zgodnie z zaleceniem po zakończeniu seansu obraz należy „zmniejszyć do rozmiarów krakersa”.

Kiedy pierwszy raz przeczytałem tę instrukcję, kiedy się dowiedziałem, że miałbym przedstawić mój cel w postaci wyobrażonego krakersa doskonałego, wybuchnąłem gromkim śmiechem. Od razu się domyśliłem, do czego to zmierza. Jak się okazało, domyśliłem się słusznie.

„Teraz włóż ten miniaturowy ekran do ust, przeżuj go i połknij”.

Jeśli czasem się zastanawiasz, dlaczego książki motywacyjne nie do końca do ciebie przemawiają, przypomnij sobie tego wyobrażonego krakersa, który rzekomo pomoże ci urzeczywistnić twoje cele, jeśli tylko go zjesz.

Im bardziej zabiegasz o doskonałość, tym mniejsze masz szanse na osiągnięcie swoich celów.

Zdaję sobie sprawę, że to się wydaje sprzeczne z intuicją, ale właśnie taki wniosek raz po raz wyciągają badacze tej kwestii.

Cieszyłbym się, gdyby to wystarczyło, aby uciszyć wiecznie dręczące nas demony. Niestety z perfekcjoniz­mem wcale nie tak łatwo jest się rozprawić. On nie daje się tak łatwo wykorzenić. Pozostaje wczepiony głęboko w pokłady podświadomości i trudno jest się go pozbyć.

W tej książce będę jeszcze nieraz wspominać o perfekcjonizmie, przedstawiając go jako naszego wroga numer jeden.

Perfekcjonizm stara się ze wszystkich sił odwieść cię od pracy nad wyznaczonym celem. Przy każdej nadarzającej się okazji kopie cię po łydkach, podkrada ci drobne i każe ci wątpić w siebie.

Skąd wiem? Ponieważ on tak robi z każdym, kto próbuje coś osiągnąć, ze mną też.

Nie należy jednak tym się przejmować. Wiemy przecież coś, czego większość ludzi nie wie.

Dzień pierwszy nie jest najważniejszym dniem naszej podróży do celu.

Najważniejszy jest dzień nie do końca doskonały.

To czasami przykre, czasami bolesne, jeśli jednak nauczysz się znosić ten drobny dyskomfort, to powinieneś sobie z tym dniem poradzić. Będziesz wówczas w stanie dotrzymać danego sobie słowa. Będziesz w stanie doprowadzić swoje sprawy do końca.

Rozdział 2Cel przytnij o połowę

Na pierwszym roku studiów chciałem się dostać do drużyny futbolowej. Miało to wielki sens, zważywszy na moją wątłą budowę ciała i metr siedemdziesiąt wzrostu.

Postanowiłem się specjalizować w kopach na bramkę. Kupiłem nawet piłkę i ochraniacze na ramiona. Późnymi wieczorami zakradałem się na stadiom w Birmingham w stanie Alabama, żeby tam poćwiczyć kopy.

Czy kiedykolwiek oddałem kop na bramkę? Nie. Czy rozegrałem chociaż jedną próbę na boisku? Nie. Czy chociaż podczas tych moich nocnych ćwiczeń udało mi się wykonać celny kop na bramkę? Nie.

Skąd zatem wzięło się we mnie przekonanie, że mógłbym dołączyć do prestiżowej uczelnianej drużyny, której przecież zdarzało się od czasu do czasu rozgrywać mecze między innymi z zespołem z Auburn?

Ano stąd, że jestem niespełna rozumu.

To nie był rozsądny cel.

Ty pewnie masz więcej oleju w głowie niż ja, ale na pewno też zdarza ci się trochę przesadzić z celami.

Wszyscy na początku przesadzamy – z bardzo prostego powodu.

Przez perfekcjonizm.

Perfekcjonizm wtrąca swoje trzy grosze już na etapie wyznaczania celu. Najpierw mówi, że nie zdołasz wykonać zadania doskonale, więc w ogóle nie powinieneś za nie się zabierać, że pewnie ci się nie uda, więc lepiej nie marnować czasu.

Perfekcjonizm potrafi jednym tchem wymienić całą listę powodów, dla których w ogóle nie warto zaczynać. Jesteś przecież za stary. Albo za młody. Masz zbyt wiele spraw na głowie. Wyznaczyłeś sobie już zbyt wiele celów i nie wiesz, na czym się skupić. Nie masz dość pieniędzy, nie możesz liczyć na odpowiednie wsparcie. Ktoś już przed tobą robił dokładnie to samo – ktoś mądrzejszy od ciebie, kto na dodatek ma ładniejsze zęby.

Jeśli puścisz te początkowe tyrady mimo uszu i jednak postanowisz spróbować, perfekcjonizm sięgnie po skrajnie odmienne argumenty. Zacznie ci opowiadać, że to, co robisz, musisz robić doskonale – że innej opcji po prostu nie ma.

Geniusz tej taktyki zasadza się na tym, że na pozór ten argument o doskonałości wydaje się w pełni logiczny. Skoro już coś robisz, to czy to nie powinno być niezwykłe? Czy to nie powinno być spektakularne?

Zrób coś wielkiego albo w ogóle nic nie rób!

W tym momencie perfekcjonizm serwuje ci drugie kłamstwo. Mówi, że powinieneś wyznaczać sobie ambitniejsze cele.

To niewątpliwie świetna perspektywa, bo im bardziej ambitny jest cel, z tym większą fascynacją przystępuje się do jego realizacji, tyle że ja w tej książce chciałbym cię nakłonić do zastosowania dokładnie odwrotnej strategii. Otóż zachęcam, żebyś przyciął swój cel o połowę.

Nie twierdzę, że masz robić mniej – zastosowanie tej metody pozwoli ci w praktyce zrobić nawet więcej.

Spójrzmy na to w sposób następujący. Z początku nasza fascynacja sięga zenitu, więc wydaje nam się, że również z celami powinniśmy sięgać gwiazd. Właśnie dlatego od ludzi, którzy nigdy nie przebiegli nawet 100 metrów, zdarza mi się czasem usłyszeć, że zamierzają wziąć udział w maratonie… Pytam ich wtedy grzecznie: „A biegłeś kiedyś w półmaratonie? Brałeś udział w biegu na pięć kilometrów? Zdarzyło ci się kiedyś przebiec choćby kilometr? Zdobyłeś jakikolwiek medal?”.

Odpowiedź jest niezmiennie przecząca. Moi rozmówcy co prawda nigdy wcześniej nie biegali, ale konsekwentnie twierdzą, że wystartują w maratonie.

Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego 92 procent ludzi nie osiąga swoich celów?

Dlatego, że do wyznaczania tych celów podchodzą z nierozsądnym optymizmem.

Naukowcy mówią w tym kontekście o „złudzeniu planowania”[6]. Zjawiskiem tym jako pierwsi zainteresowali się Daniel Kahneman i Amos Tversky. Opisywali je jako „zjawisko polegające na tym, na ile wyliczenia dotyczące czasu niezbędnego na wykonanie pewnego zadania w przyszłości charakteryzują się nieuzasadnionym optymiz­mem i niedoszacowaniem niezbędnego czasu”.

Kolejne badania potwierdzają, że ludzie często ulegają temu złudzeniu. Ja osobiście najchętniej przytaczam wyniki eksperymentów, w których studenci ostatnich lat studiów szacują czas niezbędny na napisanie pracy dyplomowej.

Psycholog Roger Buehler poprosił studentów, aby się zastanowili, ile czasu będą potrzebowali na napisanie pracy – w wariancie skrajnie optymistycznym i w wariancie skrajnie pesymistycznym. Studenci przeciętnie planowali poświęcić na to 34 dni[7]. W rzeczywistości zajmowało im to 60 dni, czyli niemal dwa razy dłużej.

Co jednak szczególnie ciekawe, nawet połowa studentów nie mieściła się w granicach początkowo wyznaczonych w ramach skrajnie pesymistycznego scenariusza. W praktyce potrzebowali więcej czasu, niż przewidywali dla scenariusza, w którym absolutnie wszystko układa się nie po ich myśli.

Złudzenie planowania podnosi swoją paskudną głowę niemal za każdym razem, gdy przystępujemy do wyznaczania celów. Gdy miałem 23 lata, jeden z moich znajomych postanowił rzucić się na głęboką wodę. Dotychczas biegał co najwyżej na bieżni, ewentualnie podczas towarzyskich meczów piłki nożnej. Może raz czy dwa razy w miesiącu pokonywał kilka długości basenu. Na rowerze – stacjonarnym – jeździł tylko na siłowni. I cóż on takiego wymyślił? Postanowił wziąć udział w najbliższych zawodach Ironman w San Antonio w Teksasie, rozgrywanych na dystansie 48,3 kilometra.

„Miałem półtora roku na przygotowania, więc przystąpiłem do pracy nad schematem treningów. Na tym etapie chodziłem na siłownię codziennie przez cały tydzień roboczy. Zakładałem, że spokojnie się przestawię z podnoszenia ciężarów na bieganie czy pływanie. Wszystko rozplanowałem, wszystko było gotowe. A potem moja noga już nigdy więcej nie stanęła na siłowni”.

To niezrozumiałe, ale ten jeden cel położył kres dotychczasowej aktywności mojego znajomego. Zanim się pojawił, regularnie chodził do klubu. A skutek był taki, że nie tylko nie wziął udziału w zawodach, ale też całkowicie porzucił zajęcia sportowe. To doskonały przykład na to, jak destruktywnie może działać źle wymierzony cel.

Myśl ta stoi w sprzeczności z każdym chwytliwym hasłem motywacyjnym, jakie kiedykolwiek umieszczono na tle wodospadu – jeśli na początku przesadzisz z marzeniami, to sam przekreślisz własne szanse na szczęś­liwe zakończenie.

Dane to potwierdzają.

W dziewiątym dniu mojego programu 30 Days of Hustle proszę uczestników, aby przycięli swoje cele o połowę. Dokładnie o to samo proszę teraz ciebie. Wychodzę z założenia, że ludzie, a zwłaszcza ludzie tacy jak ty czy ja, którzy ciągle coś rozpoczynają, zwykle przeszacowują swoje możliwości. A kiedy potem nie udaje im się osiąg­nąć przesadnie ambitnego celu, zniechęcają się, rezyg­nują i nigdy niczego nie doprowadzają do końca.

Jeżeli postanowiłeś, że schudniesz o pięć kilogramów, ale w praktyce pozbyłeś się tylko czterech, będziesz mieć poczucie, że do zrealizowania celu zabrakło ci jednego kilograma. Większość z nas wierzy, że należy „mierzyć wysoko”, ponieważ „nawet jeśli nie uda się dotrzeć na Księżyc, to i tak się wyląduje gdzieś pośród gwiazd”. W rzeczywistości jednak to wcale tak nie działa. Perfekcjonistyczne myślenie typu „wszystko albo nic” prowadzi nas do wniosku, że „prawie” się nie liczy. Gwiazdy to za mało.

Nagle masz mnóstwo powodów, żeby dać sobie spokój. A gdybyś na wstępie przyciął swój cel o połowę, czyli do dwóch i pół kilograma, a ostatecznie schudłbyś cztery, to za sprawą tego triumfu prawdopodobnie odczuwałbyś znacznie większą motywację, aby próbować dalej. Kilogramów w obu przypadkach ubyło tyle samo – to drugie podejście gwarantuje jednak, że osiągniesz swój pierwotny cel, a potem wyznaczysz sobie następny.

„Przytnij swój cel o połowę”. Raczej nie należy się spodziewać, że ktoś zechce wywiesić takie hasło na ścianie w klubie sportowym. Ktoś być może powie, że to przykład chodzenia na skróty, ale to działa!

Gdy współpracujący ze mną badacz przesłał mi wyniki dotyczące mojego programu, wśród jego wniosków znalazłem następujący: ludzie, którzy zdecydowali się przyciąć swój cel o połowę, uzyskiwali wyniki o ponad 63 procent lepsze niż w przypadku podobnych wyzwań w przeszłości.

Poza tym 90 procent osób, które na to się zdecydowało, deklarowało również większą chęć pracy nad swoim celem. Ta prosta decyzja motywowała ich do bardziej wytężonej pracy, ponieważ cel wydawał im się łatwiej osiągalny.

Do końca dotarli ci, którzy postanowili iść na skróty.

Nie musisz mi wierzyć na słowo. Posłuchaj samych zainteresowanych.

Zamieściłem na blogu 30 nowych postów liczących co najmniej 300 słów. Przyciąłem swój cel o połowę, do ponad 100 słów dziennie. I to zadziałało. Przez 28 z tych 30 dni pisałem na blogu ponad 300 słów, a w pozostałe dwa napisałem ponad 100 słów. Moim celem było pisać – i to się udało!

Zawsze odgryzam więcej, niż jestem w stanie potem przeżuć. Cieszę się, że przyciąłeś mi cel o połowę. Mój cel był czterokrotnie „reorganizowany”, ponieważ wymagał tyle czasu, że po prostu nie dało się go osiągnąć. Co prawda, moich pierwotnych założeń nie udało się zrealizować, ale osiągnąłem więcej, niżbym osiągnął w rzeczywistości sprzed miesiąca. Teraz zaczynam się krzątać wokół kolejnej fazy mojego projektu z poczuciem, że dysponuję narzędziami, które potrafię w rozsądny sposób zastosować.

Schudłem trzy kilogramy! Liczyłem, że schudnę pięć, ale dzięki temu, że przyciąłem mój cel o połowę, udało mi się nie tylko wypełnić, ale wręcz przekroczyć przyjęte założenia. Wznoszę toast za kolejne 30 dni!

Zapewne sam rozumiesz, co w każdym z tych przypadków się wydarzyło. Ci wszyscy ludzie przycięli swoje cele o połowę i tak czy siak, osiągnęli całkiem sporo, a co najważniejsze, chcą kontynuować wysiłki. I właśnie o to chodzi. Większość ludzi uznaje takie podejście za oznakę słabości, autorzy metod, które nakazują wyznaczać sobie przesadnie ambitne cele, zapominają jednak o tym, jak ważna jest kontrola tempa.

Cel to maraton, a nie sprint. Jestem głęboko przekonany, że jeśli w tym miesiącu zdołam cię nakłonić do pewnego wysiłku i tym samym poprowadzę cię do sukcesu, to w kolejnym miesiącu chętniej postarasz się trochę bardziej i dzięki temu osiągniesz więcej. W perspektywie roku, a być może nawet całego życia, takie podejście przyniesie ci lepsze efekty niż wszelkie metody typu „zarzynaj się przez miesiąc”. Tego typu próby kończą się niezmiennie na jeden z dwóch sposobów: cel nie zostaje osiągnięty, więc człowiek się poddaje, bądź też cel zostaje osiągnięty, ale w końcu człowiek poddaje się z wycieńczenia.

Dla mnie najlepszym dowodem na skuteczność podejścia opartego na kontroli tempa jest zakończenie ostatniej przytoczonej wypowiedzi: „Wznoszę toast za kolejne 30 dni!”.

A co, jeśli nie da się przyciąć?

Wyobraź sobie, że masz do spłacenia dług w wysokości 50 tysięcy dolarów. Taki stawiasz sobie cel. Na myśl o tym, że miałbyś ten cel przyciąć o połowę, robi ci się trochę niedobrze. Albo zdecydowanie niedobrze.

Niektóre cele trudno przyciąć o połowę. W takich przypadkach należy po prostu dać sobie trochę więcej czasu. Co się stanie, jeśli dwukrotnie wydłużysz czas, który sobie wyznaczyłeś na spłacenie długu? Zapłacisz trochę więcej odsetek, ale zobowiązanie tak czy owak, zostanie uregulowane w całości. Pamiętaj, jaka jest alternatywa – to rezygnacja z celu. Dostępnych opcji nie należy definiować jako: spisać się doskonale albo przyciąć cel o połowę, lecz raczej jako: zrezygnować ze zbyt ambitnego celu albo przyciąć go o połowę i doprowadzić sprawę do końca.

Chodzi mi o to, abyś się nie znalazł w gronie tych 92 procent, którym się nie udaje. Jeśli w związku z tym musisz wydłużyć czas realizacji zadania, niech tak będzie.

Te dwie metody – przycinanie celu o połowę i podwajanie czasu realizacji projektu – dają się zastosować w odniesieniu do niemal każdego zamiaru.

Oczywiście jeśli cel definiujemy jako przyjmowanie leków bądź podejmowanie działań ratujących życie, to w żadnym razie nie powinniśmy myśleć o przycinaniu niczego o połowę. A jeśli ktoś sobie postanowił, że przestanie bić współpracowników, to bynajmniej nie powinien ograniczać się w swoich zamiarach tylko do połowy przypadków, w których odczuwa chęć wyładowania agresji na cudzej twarzy. Jeśli przygotowujesz się do wyścigu i masz dobrze przemyślany plan treningowy, to powinieneś się go trzymać. Akurat w tym przypadku moje rozważania nie znajdują zastosowania, ponieważ rozsądny plan opracowany przez eksperta z góry cię chroni przed wyznaczeniem przesadnie ambitnego celu.

Koncepcja przycinania o połowę a cele zawodowe

Koncepcja przycinania celu o połowę może się nie sprawdzić również wtedy, gdy cel ma charakter zawodowy i został ci wyznaczony przez przełożonego. Nierozsądnie byłoby myśleć, że możesz po prostu przyciąć swoje cele roczne o połowę. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Na cele korporacyjne może i nie masz bezpośredniego wpływu, ale jeszcze na etapie ich wyznaczania możesz powołać się na wyniki badań, z których płynie wniosek, że w długim okresie mniej ambitne cele przekładają się na lepsze wyniki.

Pracowałem kiedyś w firmie, która potrzebowała 20 lat, aby dzięki jednemu rewelacyjnemu produktowi wygenerować roczny przychód na poziomie 5 milionów dolarów. Dyrektor generalna stwierdziła jednego roku, że teraz firma stawia sobie za cel zarobić kolejne 5 milionów dolarów w ciągu pięciu lat, a pomóc ma jej w tym zupełnie nowy produkt, który jeszcze nie został poddany tes­tom. W sali konferencyjnej wszyscy się uśmiechali, a prawdziwe opinie na temat tej nowej, agresywnej inicjatywy dało się usłyszeć dopiero w pokoju socjalnym.

Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że tego celu nie da się osiągnąć. Dodatkowo sam fakt przyjęcia tak jednoznacznie zbyt ambitnego celu uznawali za przejaw nieodpowiedzialności. Próby realizacji takiego planu wymagały zaangażowania ogromnych zasobów i odciąg­nęłyby ludzi od rzeczywistych celów, a ostatecznie i tak spaliłyby na panewce. Ostatecznie tak to właśnie wyglądało. Po bardzo frustrującym roku cel został najpierw trochę, a potem zdecydowanie zmieniony, aż w końcu całkowicie z niego zrezygnowano.

Niewiele czynników demoralizuje pracowników w tak wielkim stopniu, jak lider wyznaczający źle wymierzone cele. Niedotrzymanie obietnicy złożonej samemu sobie jest zniechęcające, a w tym przypadku to zniechęcenie odczuwają setki, a nawet tysiące pracowników.