Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 265 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zrób sobie raj - Mariusz Szczygieł

W przeciwieństwie do poprzedniej głośnej powieści Mariusza Szczygła, która opowiadała o Czechach między rokiem 1882 a 2003, „Zrób sobie raj” jest książką przede wszystkim o Czechach współczesnych. To opowieść o narodzie, który stworzył sobie kulturę jako antydepresant. Jeśli – jak twierdzi Michel Houellebecq – nasze czasy najlepiej charakteryzuje słowo „posępność”, to Czesi w interpretacji Szczygła są społeczeństwem, które tę posępność umie imponująco usunąć z pola widzenia.

„«Zrób sobie raj» jest wyłącznie o tym, co mnie fascynowało od czasu, gdy pierwszy raz przyjechałem do tego kraju. Jest wielką notatką z lektur i ze spotkań z ludźmi, których chciałem tam spotkać. Słowem, jest o miłości przedstawiciela jednego kraju do innego kraju. Może jest jeszcze o czymś, ale to już zostawiam Państwu”.

 

Mariusz Szczygieł

Opinie o ebooku Zrób sobie raj - Mariusz Szczygieł

Fragment ebooka Zrób sobie raj - Mariusz Szczygieł

Mariusz Szczygieł
Zrób sobie raj
WOŁOWIEC 2011
Dla Gaygi, Krystyny Stolarskiej (1954–2010)
ZAMIAST WSTĘPU

Marzyła mi się książka o moim ulubionym kraju bez napinania się. Żeby nie musiała odzwierciedlać, obiektywizować, syntetyzować.

Jestem niechlujnym czechofilem, ta książka nie jest kompetentnym przewodnikiem ani po kulturze czeskiej, ani po Czechach.

Nie jest obiektywna.

Nie rości sobie pretensji do niczego.

Jest wyłącznie o tym, co mnie zafascynowało przez ostatnich dziesięć lat, od kiedy pierwszy raz przyjechałem do tego kraju. Jest notatką z lektur i ze spotkań z ludźmi, których chciałem tam spotkać. Niektóre teksty ukazały się pierwotnie w „Gazecie Wyborczej”, ale do książki zostały przeze mnie przepracowane i rozszerzone o nowy materiał.

Mówiąc w skrócie – jest to książka o sympatii przedstawiciela jednego kraju do innego kraju.

Może jest jeszcze o czymś, ale to już zostawiam Państwu.

COMING OUT

Przez całe lata, kiedy przychodziłem na jakieś przyjęcie, wiedziałem, że jeśli się ujawnią, to nie od razu. Mogłem rozglądać się godzinami i mój radar nie był w stanie ich wyczuć. Mogłem czekać i nic. Przy mnie nigdy nie przekazywali sobie żadnych znaków.

Jednak od kiedy publicznie się wyoutowałem, wielu już przy uściśnięciu mi ręki deklaruje, że też są.

Teraz już na wejściu obstępuje mnie grupka i: „Ja też!”, „Ja też!”, „I ja też!”. Nie zliczę, ile maili dostałem przez ostatnie lata z wyznaniami w stylu: „Cieszę się, że mogę do Ciebie przynajmniej pisać. Karol”.

Kiedy już się ujawnimy, z przyjemnością obserwuję, jak poprawia nam się od razu humor i rozluźniają mięśnie twarzy. Nawet wśród obcego i nieznanego otoczenia – pożądamy się.

Kiedy przez kilka minut przeżywamy odrobinę wspólnej przyjemności, od razu widać, czym dla nas, czechofilów, są Czechy.

Są jak deser, jak bita śmietana, jak polewa czekoladowa, której nie sposób się oprzeć.

Są jak kobieta dla drag queen.

Są tą częścią naszej osobowości, której nie mamy.

Tęsknimy do niej. Szukamy, ale w Polsce z wielu powodów nie możemy znaleźć.

Każdy z nas ma zaraz w głowie jakiś czeski dowcip, scenę z filmu lub zachowanie, które przytacza na dowód tego, jak Czesi się od nas różnią.

Mój kolega (Piotr Lipiński, reporter) pieści wspomnienie z gospody (Na Skalce, róg ulic Na Veselí i 5. května w Pradze), gdzie zobaczył mężczyznę, który siedział przy piwie ze swoim psem. On na krześle, pies na podłodze. Brodaty pan nabierał wskazującym palcem piany z kufla i delikatnie karmił nią szczęśliwego psa.

Mój znajomy (Józef Lorski, informatyk) pieści wspomnienie takiej scenki z Moraw: „Piekarnia, w której sprzedaje się pieczywo, słodkości, kanapki, a nawet placki kartoflane. Jedyna w tym sklepie sprzedawczyni, młoda dziewczyna, rozmawia głośno przez komórkę. Śmieje się, opowiada jakąś historię z poprzedniego dnia, tymczasem tworzy się coraz większa kolejka. Trwa to pięć minut, dziesięć, patrzę i czekam, aż się ktoś wkurzy. Ludzie cierpliwie stoją, a nawet się uśmiechają. Wreszcie sprzedawczyni kończy rozmowę i tłumaczy, że to była ważna sprawa. Na to klient z uśmiechem: «Musiała pani wygadać chyba ze dwieście koron». I nikt nie miał pretensji”.

Moja znajoma z forum „Czechy” na Gazeta.pl Mirka Hanczakowska pieści wspomnienie z Ołomuńca. Była w dość zaawansowanej ciąży i szła sobie wieczorem na spacer. Zobaczyła, że na końcu pasażu bije się grupa młodzieży. W Polsce – jak mówi – zawróciłaby, ale w Czechach nie przyszło jej to do głowy i bezrefleksyjnie szła wprost na walczących. A oni, widząc ją, przestali się bić, zrobili jej przejście, po czym zaczęli się tłuc dalej.

Ja pieszczę wspomnienie znad pisuaru (na stacji metra Plac Republiki w Pradze). Gdy podniosłem wzrok na ścianę, na wyblakłej, niebieskiej naklejce, przyklejonej tu jeszcze w ubiegłym wieku, widniał napis: PIELĘGNUJCIE PRZYPADKOWĄ ŻYCZLIWOŚĆ I PIĘKNE CZYNY POZBAWIONE SENSU.

Czy gdzieś w świecie istnieje jakaś grupa cudzoziemców, która przechowuje podobne imponderabilia z Polski?

Żeby jednak nie ulec (łatwej u mnie) skłonności do mitologizowania i idealizacji, użyję teraz poglądu Oscara Wilde’a, że najbardziej nie lubimy ludzi, którzy mają takie same wady, jak my. A więc dlatego uwielbiamy Czechów. Bo to naród, który ma zupełnie inne wady.

ZAPALIŁO SIĘ ŁÓŻKO

„Szanowny Panie Egonie Bondy,

wielu Czechów jest przekonanych, że wymyślił Pana Hrabal. Ci, którzy wiedzą, że nie został Pan wymyślony, uważają jednak, że Pan nie żyje. W związku z tym proszę o spotkanie.

M. Szczygieł”.

„Szanowny Panie Kolego,

uprzejmie zapewniam, że żyję. Niemniej z powodów zdrowotnych, co Panu wyjaśnię osobiście, żyję dopiero od godziny czternastej. Proszę nie przyjeżdżać wcześniej, raczej dokładnie o czternastej lub troszkę później, wtedy będziemy mieć nieograniczony czas. Pański Bondy”.

Hrabal wymyślił go tak:

„Egon zawsze, kiedy stał w słońcu, wyglądał jak faun, który wynurzył się z cysterny z piwem, jasne włosy zawsze opadały mu wzdłuż uszu, a broda w blasku słońca wyglądała jak zalana jasnym leżakiem. [...] Vladimir, Bondy i ja tak bardzo lubiliśmy piwo, że gdy przynoszono nam do stołu po pierwszym kuflu, wprawialiśmy w popłoch całą gospodę, nabieraliśmy pianę w dłonie i nacieraliśmy sobie nią twarze, wcierając pianę we włosy, jak Żydzi, którzy smarują pejsy wodą z cukrem, a że przy drugim piwie powtarzaliśmy ten zabieg z pianą, świeciliśmy się i pachnieliśmy piwem na kilometr”.

Egonem Bondym został tak:

Urodził się w 1930 roku i najpierw nazywał się Zbyněk Fišer. To nazwisko rodu czeskich młynarzy. Najwyżej zaszedł ojciec Zbyńka, ponieważ został oficerem. Zamieszkali w Pradze. Matka – niestety – nie pozwalała Zbyńkowi na żaden kontakt z innymi dziećmi. Prowadziła go do kawiarni, a raz w tygodniu do opery, gdzie do wojny mieli własną lożę. Nie znosił matki, nerwowej i niezrównoważonej. Raz odpychającej go, raz „rzucającej się na niego z małpią miłością”. Mówił, że kiedy umarła, gdy miał trzynaście lat, poczuł ulgę. Gdy poszedł do pierwszej klasy, doznał szoku, że na świecie żyje tyle dzieci. Jako siedmiolatek bez pamięci zakochał się w koledze z ławki (tak mówił o tym, kiedy miał lat siedemdziesiąt jeden). W chłopcu z wilgotnej sutereny, synu bezrobotnych rodziców. Zapraszał go do domu. „Bo mój ojciec nie miał żadnych klasowych uprzedzeń”. Dla ojca chłopca generał znalazł nawet pracę. Jak narodził się w Bondym marksista? Sam tego dokładnie nie wyjaśniał, ale może klucza trzeba szukać właśnie w postawie jego ojca.

Marksizm Egon Bondy pokochał na zawsze. „Marksizm – napisał – daje ludziom nadzieję, aby całkowicie nie wpadli w rozpacz, że czeka nas katastrofa, po której nie zostanie już nic”.

Pod koniec 1948 roku w Związku Radzieckim zaczęła się antyżydowska obsesja. Informacje o czystkach w szeregach komunistów doszły do Pragi.

– Dla nas, osiemnastolatków – mówił – to było szokujące. Trzy lata po Holokauście! Przecież komunizm budowali Żydzi, bo właśnie dla nich miał być najsprawiedliwszym ustrojem. Wszystkie narody miały być równe. No, tego po ZSRR się nie spodziewaliśmy! W powieściach Karela Čapka każdy bogaty Żyd nazywa się Bondy. Więc w ramach protestu ja, Aryjczyk, przyjąłem to nazwisko. I do dzisiaj się go trzymam.

Sławę zdobył jako Egon Bondy i za niego uchodził niemal we wszystkich sytuacjach.

Żebrakiem został tak:

Przestał chodzić do liceum, w lutym 1948 roku komuniści przejęli władzę i szkoda mu było czasu na szkołę. Zapisał się na szkolenie dla funkcjonariuszy Komunistycznej Partii Czechosłowacji i zaczął pracę w bibliotece Komitetu Centralnego. Partia potraktowała to, jakby skończył uniwersytet. W grudniu 1948 roku wrócił ze szkolenia do domu i zobaczył na stole kartkę od jakiejś dziewczyny, która chciała go poznać, zostawiła adres. Rano ją odwiedził. Drzwi otworzyła zaspana panienka, ale uchyliła je tylko na małą szparkę. Myślał, że chce się ubrać, a on ma czekać. Ona jednak zapraszała go do mieszkania, tyle że nie otwierała drzwi szerzej. Wcisnął się więc w szczelinę i zrozumiał: cały przedpokój zawalony był brudnymi naczyniami i niezliczoną ilością ubrań, dlatego drzwi nie dało się szerzej otworzyć. Tak samo w pokoju, toalecie, a nawet w spiżarni. Naczynia były z drogiej porcelany, dom pachniał likierem. Dziewczyna w nocnej koszuli nazywała się Jana Krejcarová, studiowała sztuki plastyczne. Mówili na nią Honza. Miała sporo ciała i była w szóstym miesiącu ciąży.

Wszedł do środka, a wyszedł dopiero po trzech tygodniach. „Bo bardzo potrzebowałem już nowej bielizny”.

Ich późniejszy wspólny kolega, poeta i malarz Ivo Vodseďálek opowiadał, że oprócz braku najmniejszej potrzeby utrzymywania porządku wokół siebie, Honza miała jeszcze gorszą przypadłość, która dla otoczenia kończyła się komplikacjami: nie znosiła być sama. Bondy wspominał, że liczba jej kochanek i kochanków szła w setki. Jeden z nich opowiadał, jak odwiedził Janę w domu. Oboje się rozebrali, a Honza go związała. Nagle do pokoju wszedł jakiś inny nagi mężczyzna, z którym ona poszła do łóżka. Na oczach tego związanego.

Żyła z Bondym osiem lat. Równocześnie żyła z jego kolegą, i to w sposób dla obu mężczyzn okrutny. „Jak tylko przespała się ze mną, zaraz dzwoniła po Černego, żeby natychmiast zajął w łóżku moje miejsce”.

Bondy uciekał od niej wiele razy. „Ale zaraz przyjeżdżała taksówką i mnie zabierała. Nie byłem w stanie się jej oprzeć. Mówiłem, że jej nie kocham, ale szedłem jak cielę na rzeź. Černý czuł się wobec niej tak samo bezbronny jak ja”.

Była córką Mileny Jesenskiej, dziennikarki i komunistki, znanej na świecie jako miłość Franza Kafki. Wychowana przez dziadka (Milena zginęła w obozie koncentracyjnym w Ravensbruck), Jana odziedziczyła milionowy spadek, który wydała w rok. Miała potem pięcioro dzieci, ale tak je zaniedbywała, że trafiła nawet za to do więzienia[1]. Uciekała Černemu z Bondym, a Bondy’emu z Černym na całe tygodnie. Nie mieli co jeść. Ojciec Bondy’ego jako przedwojenny generał został pozbawiony przez komunistów wojskowej emerytury i nie mógł mu już dawać pieniędzy, poza drobnymi na tramwaj. Wyjechali za miasto, gdzie spali w jakimś hotelu robotniczym, a w dzień w Pradze żebrali na nocleg. Jako nigdzie niepracujący nie mieli kartek żywnościowych. Dojadali resztki w barach, kradli ludziom pranie ze sznurów, rowery, wózki i natychmiast sprzedawali.

Potem cała kilkuosobowa grupa okradała rodziców i znajomych (Krejcarová i Bondy byli nawet za to zatrzymani). Kupowali czeskie kryształy, które Egon przemycał, przedzierając się przez lasy do Austrii (granicę uszczelniono na dobre w 1951 roku), a stamtąd przywoził nylonowe pończochy. Tylko raz Honza miała w domu porządek – kiedy mieszkanie było zupełnie puste, bo wyprzedała wszystkie rzeczy i nie miała już co rozrzucać[2].

Cały ten czas – co Bondy podkreśla – Honza uczyła go czeskich pieśni narodowych.

Poetą został mniej więcej tak:

Szybko zauważył niepokojące sygnały. Najpierw, że sławny pochód komunistów, który w lutym 1948 maszerował przez plac Wacława, za rogiem od razu rozbiegał się do domów, żeby zdążyć na wołowinę z knedlikami. Potem – kiedy zaraz po Zwycięskim Lutym Egon został referentem do spraw młodzieży w komitecie dzielnicowym KPCZ – że nabór do partii odbywał się także nowymi metodami. Na przykład na biurku w jednym banku położono ankiety do wypełnienia, a obok nich pistolet i wszyscy się zapisali. Potem, że z planu wydawnictwa Girgala usunięto wszystkie pozycje surrealistyczne. Potem, że przestano grać jazz. Potem, że ludzie zaczęli się bać własnych spontanicznych reakcji. A w końcu, że jego partyjni koledzy przyjmują to wszystko bez mrugnięcia okiem.

– Nie należy ideologii bolszewickiej mylić z marksizmem. Nie mają ze sobą nic wspólnego – powiedział im wyraźnie i postanowił, że już nie będzie dla tego reżimu pracować.

– Mogę być tylko poza tym, absolutnie poza tym – oznajmił.

Poznał grupę młodych poetów surrealistów, którzy głównie rozmawiali o tym, kiedy Czechosłowację wyzwolą Amerykanie. Lgnął razem z nimi do guru czeskiego surrealizmu Karela Teigego, wybitnego teoretyka sztuki, któremu komuniści szykowali proces, ale nie zdążyli, bo w 1951 roku umarł na zawał. Guru swoimi kolażami ze zdjęć – drogowskaz „Praga” potrafił na nich wyrosnąć z gołej kobiecej nogi, a blaty kawiarnianych stolików były pokryte damskimi sutkami – irytował władzę. W czasach Stalina ten typ wyobraźni nie miał prawa istnieć. Czescy surrealiści sami zresztą zrozumieli (jak określiła to jedna wielbicielka Bondy’ego), że surrealizm to teraz pokojowy kwiatek, który w klimacie kultu jednostki musi zwiędnąć.

Pierwsze wiersze Bondy’ego są więc o tym – jak sam mówił – że ZSRR to faszystowski reżim.

Gdy wszyscy pisali: „Z ust do ust leci/Imię, co jak słońce nam świeci/Imię, co słońcem się zaczyna/Imię Towarzysza Stalina” lub: „W krainie socjalizmu nikt się nie martwi/oto jest linia naszej partii”, Egon Bondy pisał tak: „Z delikatną ostrożnością pierdzę, żebym się nie zesrał”.

Potem krytycy określili to jako sposób manifestacyjnego oderwania się od kultury oficjalnej, naznaczonej konformizmem.

Nurt fekalizmu, do którego należy także Bondy, przybliżyć mogę tak:

„W tekstach dojrzeć można naturalną reakcję zdrowego rozumu na obowiązkowe nauczanie w szkole oficjalnej, państwowej doktryny marksizmu-leninizmu. Podstawowe tezy fekalizmu (primo: Wszystko jest gówno warte, ergo secundo: Na wszystko się mogę wysrać, ergo tertio: Wszyscy mi mogą wylizać dupę), mogą brzmieć w swojej jawnie koprofagicznej formie jako wtórne i niezbyt innowacyjne. Ale w konkretnym okresie historycznym, kiedy były rozumiane jako antyteza rewolucyjnego optymistycznego światopoglądu partii rządzącej, mogły być zakwalifikowane w swojej antyspołecznej, antypaństwowej wymowie i kontrrewolucyjnej konsekwencji jako czyn zagrażający państwu i sprzyjający jego demontażowi.

Fekalizm eliminuje przemiany rewolucyjne i rozwój oraz własność środków produkcji, skupia się zaś na rozwoju stosunków międzyludzkich, które można zilustrować fekalistycznym obrotem srania. I tak epokę monarchii charakteryzowano jako stan, gdzie jeden srał na wszystkich, jednak rewolucja przyniosła zmianę: teraz wszyscy srali na jednego. Aż doszło do stanu współczesnego, kiedy wszyscy srają na wszystko. Z tego wywodzi się pesymistyczna prognoza, w której nie brakuje marksistowskiego wyczucia ekonomii, ale która stoi w przeciwieństwie do oficjalnie deklarowanej optymistycznej wizji komunizmu. Po zwycięstwie socjalizmu na czarnym horyzoncie spotykają się dwie ostatnie żyjące ludzkie istoty. Jedna z nich zwraca się do drugiej z prośbą: «Nie pożyczyłbyś mi gówna, żebym mógł się wysrać?»” [3].

Prekursorem undergroundu dziewiętnastoletni Bondy został tak:

Postanowił, że nigdy nic oficjalnie nie wydrukuje. Z nowego systemu postanowił brać tylko to, co najniezbędniejsze, a jeśli to możliwe, w żaden sposób mu się nie przysłużyć. Honza Krejcarová, jej kochanek Egon Bondy i ich kolega Ivo Vodseďálek zaczęli w 1949 roku przepisywać swoje wiersze w kopiach na maszynie, kartki spinać i dzielić się nimi z zaufanymi. Pismo, które nazwali „Edice Půlnoc” (Edycja Północ), jest dziś uznawane za jedno z pierwszych podziemnych wydawnictw. W wierszach ośmieszali Związek Radziecki i jego Boga – Stalina. W utworze Do dupy Bondy pisał:

„Wszystko do dupy przyjaciele/i w dzień powszedni i w niedzielę/Tylko filmowcy z Kraju Rad/zgodnie z nauką widzą świat”.

Albo: „Dzisiaj wypiłem dużo piw/Więc mnie nie chwyci żaden syf/I wyczytałem z »Rudego Prava«/że rośnie naszej partii sława”.

Bondy postanowił ujmować świat w sposób surowy. Uświadomił sobie, że stalinizm przekreśla każdą metaforę. Powołał do literatury realizm totalny, z którego jest dumny do dziś.

Realizm totalny wymagał odwagi. Za takie pisanie groziło co najmniej dwadzieścia pięć lat więzienia, a nawet kara śmierci. Jeszcze w latach siedemdziesiątych za opowiedzenie w gospodzie dowcipu o ZSRR pewien muzyk został wsadzony do więzienia na rok.

„Czytałem właśnie doniesienie o procesie zdrajców narodu/kiedy przyszłaś/Po chwili się rozebrałaś/a kiedy się z tobą położyłem/byłaś jak zawsze fajna/Kiedy poszłaś/skończyłem czytać komunikat o ich egzekucji”.

„Nie musi się długo czekać/Radziła towarzyszka w kolejce do Rady Narodowej/Jak znajdziecie mieszkanie po aresztowanym/Przydzielą je wam bez zwłoki”.

– Napisałem to, co myślałem, w czasach, kiedy nikt tego nawet nie pomyślał, a już na pewno nie odważyłby się napisać.

Honza pisała o czymś innym: „Nie w pupę dzisiaj nie/boli mnie to...”. W grudniu 1948 roku, po raz pierwszy w czeskiej literaturze, kobieca ręka napisała wiersze typu hard seks: „Pizdy szyje się na miarę/a krawcowi się mówi/Proszę dać mi tam jedwabną podszewkę/ale guzików proszę nie dawać/będę ją i tak nosiła rozpiętą”.

Z Hrabalem poznał się tak (w 1950 albo 1951 roku):

„Ktoś mi powiedział, że ten pan mi postawi piwo, więc poszedłem do niego na Libeń i Hrabal rzeczywiście mi piwo postawił”.

Z Hrabalem rozstał się tak (w 1954 roku):

„Któregoś dnia wstałem rano, to znaczy w południe, i miałem przed sobą swój normalny program – pięć spotkań z celem: napić się piwa, z Honzą, Hrabalem i innymi. I nagle poczułem, że nie chcę nigdzie iść. Usiadłem i napisałem do każdego krótki list, że przyjdę jutro. Ale jutro też nie przyszedłem. I od tego dnia nikogo z moich przyjaciół nie widziałem przez lata. Zostałem sam. Chodziłem do bibliotek, studiowałem buddyzm i taoizm. Chodziłem do knajp z zeszytem i ołówkiem w ręku i pisałem. Dzięki temu mogłem przemyśleć to wszystko, co potem złożyło się na moją pracę filozoficzną Radość z ontologii. Hrabala spotkałem po dziesięciu latach przypadkiem na ulicy. Na pogrzeb Honzy w 1981 roku pojechała moja żona Julia”.

Doktorem filozofii został tak:

Poznał swoją lekarkę rejonową. „Była jak królowa pszczół. Tego, kto jej zrobił dziecko, natychmiast porzucała. Tego, kto jej od razu dziecka nie zrobił, porzucała jeszcze szybciej. Dzięki Bogu, że nie miałem z nią stosunku”. Była miłośniczką filozofii Wschodu. Zaczęła go przekonywać, żeby zaczął studia. Załatwiła wszystko, co trzeba. Aby mógł chodzić do liceum dla pracujących, musiał się zatrudnić. Poszedł pierwszy raz w życiu do pracy. Został dozorcą wieloryba w Muzeum Narodowym. Pilnował trzydziestometrowego szkieletu i czytał. W wieku dwudziestu siedmiu lat Egon Bondy zdał maturę, a potem dostał się na studia filozoficzne.

W czechosłowackiej filozofii (pod prawdziwym nazwiskiem Zbyněk Fišer) zasłynął tak:

Napisał: Kwestie bytu i egzystencji (1967), Radość z ontologii (1967), Budda (1968). Był pierwszym, któremu udało się w Czechosłowacji w przystępny sposób wytłumaczyć filozofię Wschodu i porównać ją z zachodnią tradycją. Na początku lat dziewięćdziesiątych wyszło sześć tomów jego Uwag do historii filozofii. Na pytanie, jak się zostaje filozofem, zawsze odpowiadał, że się nim rodzi. Uważał, że jest to zdolność wrodzona, jak talent malarski, muzyczny czy literacki. Pierwsza wersja doktoratu (w którym zajmował się wymyśloną przez siebie ontologią niesubstancjalną) zawierała tyle wulgaryzmów, że jego profesor musiał poświęcić szukaniu odpowiednich ekwiwalentów słownych cały tydzień.

Od napisania pierwszej wersji tego szkicu usiłowałem znaleźć kilka zdań, które by oddały charakter myśli ontologicznej filozofa Zbyńka Fišera. Przeglądałem bryki, podręczniki, summary, zamówiłem nawet streszczenie jego myśli u znawców, ale żadne ze zdań do tej książki się nie nadawało. Sądziłem, że ratunkiem będą wspomnienia przyjaciółki i dentystki Bondy’ego – Marii Klečackiej-Beyly. Przyjaźniła się z nim i jego żoną Julią prawie trzydzieści lat, niemal codziennie przychodziła do nich na Nerudovą 51 na Malej Stranie i rozmawiała z Bondym o filozofii. Pani stomatolog streszcza te filozoficzne rozmowy, niestety, w jej wywodzie nie znalazłem żadnego zdania na swoim poziomie. Zrozumiałem tylko jedno: „Zawsze zadawał nieprzeliczoną ilość pytań, odpowiedzi nie dał nigdy żadnej”, ale – jak wiadomo – w ten sposób rozczarowuje każdy filozof.

Dentystka świetnie za to opisała wygląd filozofa.

Bondy wyglądał tak:

„Na początku lat siedemdziesiątych doktor filozofii Fišer był nieproporcjonalnie otyły, średniego wzrostu, miał jednak harmonijnie zbudowane kończyny. Cieniutkie, gładkie, jasnokasztanowe włosy z zakolami nosił artystowsko dłuższe, jego uczesanie potocznie określa się fryzurą «na pazia». Pod gęstymi brwiami, których najdłuższe włoski spontanicznie spływały na górne powieki, świeciły jasnozielone, ciekawe, niezwykle przenikliwe małe oczy. Miał długi, wyrazisty, lekko spiczasty nos i wąskie usta. Były one obramowane starannie zachowanym, filozoficznym zarostem, z czasem siwiejącym, o zmiennej długości. O szczękę nordyckiego typu, mimo moich ustawicznych ostrzeżeń, niespecjalnie dbał, czego później wielokrotnie żałował. Ręce, przeciwnie, jak na mężczyznę aż zaskakująco drobne, raczej przypominające kobiece, pielęgnował z widoczną troską; na lewym palcu serdecznym nosił wąziutką złotą obrączkę ślubną. Charakterystyczna sylwetka z zapadniętą klatką piersiową i wystającym brzuchem z biegiem lat nieodwracalnie utrwalała się, a nawet można powiedzieć, że osuwała – nazywał ją sylwetką gotycką. Poruszał się powoli i cicho, bez gwałtownych ruchów i gestów. Tak samo też mówił, chociaż czasem z lekkim ożywieniem, które podkreślało powagę dyskutowanego tematu. Nosił sprane koszule, znoszone swetry najdziwniejszych kolorów i powyciągane spodnie, najczęściej dżinsy. Słynną częścią domowego stroju był tak zwany chałat, koc w czerwono-żółtą kratę, rozcięty na połowę i zszyty w ramionach z otworem na głowę. Na stopach, tak samo drobnych jak ręce, dokładnie rozmiar trzydzieści osiem, nosił przydeptane półbuty, po domu najróżniejsze pantofle, a zimą kapcie ze sprzączką[4]”.

Papieżem undergroundu czterdziestoletni Bondy został tak:

Kiedy nie miał się gdzie podziać i co jeść, pakował się do szpitala psychiatrycznego. Miał na to swoje metody. Na przykład brał czerwoną lampę, jaką mieli robotnicy drogowi, wychodził na autostradę i krzyczał: „Morderstwo! Pomocy!”.

Potem już trafił na psychiatrię z powodu autentycznych wskazań medycznych. Przez wiele lat robił wszystko, żeby dostać rentę inwalidzką na głowę i za państwowe pieniądze oddać się tylko pisaniu. W szpitalu na początku lat siedemdziesiątych poznał Ivana Jirousa, zwanego Świrusem, młodego krytyka sztuki, który był duszą zespołu rockowego The Plastic People of The Universe. Świrus ukrył się w psychiatryku przed wojskiem. (Czechosłowaccy psychiatrzy zrobili dla podziemia sporo dobrego).

Plastikowi zwariowali na punkcie starych wierszy Bondy’ego.

Powstali w Pradze w 1968 roku, dwa miesiące po inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Bondy zaczął pojawiać się na ich nielegalnych koncertach, został idolem undergroundu. Pisał książki i powieści, które wydawane w nielegalnym obiegu, zachwycały. „Płodzimy dzieci dla piekła” – charakteryzował Czechosłowację po sowieckiej inwazji.

Jego teksty z lat pięćdziesiątych – „gówno upoetyzowane”, jak wyrażał się o nich sam autor – naruszały językowe tabu. Jego wierszyki idealnie nadawały się na szlagworty („Pokojowy, pokojowy, pokojowy jak papier toaletowy”). W erze neostalinizmu lat siedemdziesiątych teksty Bondy’ego nabierały nowego znaczenia.

Młodzi muzycy skomponowali do jego tekstów muzykę monumentalną, co dawało porażający efekt. O mieszance rozpaczliwie brzmiących skrzypiec, nieumiejętności grania i free jazzu ktoś napisał, że nie ulega terrorowi podobania się.

Władza zarzucała im w telewizji i prasie obrzydliwą pogardę dla wartości. A także brak szacunku dla ludu pracującego.

Dla nich – jak mówili – teksty te były wołaniem, żeby żyć inaczej. „Może jest to śpiew myszy w labiryncie. Może dlatego muzyka Plastikowych tak różni się od rocka na Zachodzie” – pisał wtedy Jirous. Underground jako izolacja: nic wspólnego ani z władzą, ani z opozycją; opozycja jest przecież jakimś dialogiem z władzą. Od ich głośnego procesu sądowego rozpoczął się opozycyjny ruch antykomunistyczny, zwany Kartą 77.

Ich najważniejsza płyta (wydana w Kanadzie i przemycana do kraju) nosi tytuł Egon Bondy’s Happy Hearts Club Banned, czyli Zakazany klub szczęśliwych serc Egona Bondy’ego.

Pisałem o tym w poprzedniej książce, ale muszę powtórzyć, że najsłynniejszy hit Bondy’ego w wykonaniu Plastikowych brzmi (w udanym polskim tłumaczeniu) tak:

„Wczoraj rano przy niedzieli strasznie jajca mnie swędzieli” [5].

Poezję Egon Bondy ujmował tak:

„a przecież istnieje różnica między streszczeniem Iliady a Iliadą/i dla tej przedziwnej różnicy/poeci codziennie walą sobie konia”.

Jak się okazało, przyjaciółka dentystka przez trzydzieści lat ich przyjaźni unikała jego wierszy i powieści. Powód był jeden: obsceniczny język. Kiedy wyprowadziła się z Czech do Francji, napisała mu w 2003 roku list o jego (jak się konsekwentnie wyrażała) „indecent words”.

Bondy nie tolerował żadnej krytyki swojej twórczości, więc wpadł w szał. Odpisał, że przysyłając mu list z tymi anormalnymi poglądami, „srała, nie trafiając w muszlę”. Wykonał mrówczą pracę – na kilku stronach zaprezentował jej statystykę, ilu wulgaryzmów użyli w swoich książkach Hrabal, Topol i inni. („Było mi to obojętne, bo ich nie czytywałam”). Objaśniał jej, że słowa rynsztokowe są już dawno nieodzowną częścią światowej literatury. (Choć mógł przyjaciółce zacytować swój wiersz: „Moje wiersze są zapewne wszystkim/tylko nie ogrodem poezji”). Wykazywał jej ignorancję i zacofanie. („Oba te moje braki w kontemplowaniu sztuki są dla mnie komplementem, ponieważ nigdy nie odczuwałam przyjemności z rozdeptywania łajna”).

Tym listem Bondy zerwał z nią znajomość na zawsze. Ważniejszy od lekarstw, pieniędzy i jedzenia, w które zaopatrywała Fišerów przez dziesięciolecia, okazał się brak zrozumienia.

Jedna z jego fiksacji prezentowała się tak:

Ponieważ wskutek choroby miał usuniętą część odbytu, uważał za stosowne informować o tym niemal w każdym swoim dziele. A liryczno-dramatycznymi sprawozdaniami z wydarzenia, jakim było robienie przez poetę kupy, obdarowywał swoich gości bez pytania o zgodę. („Często miałam poczucie – napisała dentystka – że te reportaże z ubikacji są niegodne wielkiego ontologa”). Swoją analną fiksację tłumaczył ateistycznym i alternatywnym przejawem swojej religijności (powoływał się na Freuda), kiedy klozet staje się rodzajem świątyni czy ołtarza.

Słabości nie znosił tak:

„Nie jestem słaby – wybuchnąłem. – Nie jestem słaby, nawet gdybym łaził na czworakach. Mam dość tego nieustającego poniżania, którym Bóg podobno raczy nas uszczęśliwiać. Gdyby tak Bóg mógł być wyklęty – nie tylko przeklęty, co niczemu nie służy, ale konsekwentnie usunięty, anihilowany, zabity – gdzie bym wtedy był! Bowiem nie tylko mnie niszczy już trzynaście lat każdą prostą biologiczną przyjemność z życia, lecz także dla wszystkich byłaby to ulga, ściągnięcie jarzma, które waży tyle, że nie mamy siły wstać z kolan. Truizmem już jest powtarzanie, jak to dla takiej, stworzonej przez ludzką głupotę kreatury przelało się więcej krwi i było zamęczonych więcej ludzi, niż umarło śmiercią naturalną”. (Z powieści-eseju Piwniczna praca z 1973 roku).

W 2004 roku wyszedł w Czechach komiks inspirowany tym dziełem. Młodzi twórcy wymyślili dla bohatera mnóstwo nowych sytuacji. Na przykład Bondy, który umarł przez pomyłkę, w prosektorium spotyka ciało Jezusa w koronie cierniowej. Przystaje i wygłasza nad nim takie zdanie ze swojej książki:

„Gdyby dożył osiemdziesiątki, tobyśmy chociaż przez chrześcijaństwo nie ucierpieli”.

W Bratysławie sześćdziesięcioczteroletni Bondy zamieszkał tak:

Pogłoska mówi, że wyprowadził się tam i przyjął słowackie obywatelstwo w ramach protestu przeciwko rozdzieleniu Czechosłowacji w 1992 roku. W rzeczywistości Uniwersytet imienia Jana Amosa Komeńskiego w Bratysławie zaproponował mu wykłady z historii filozofii. Przeprowadzili się więc z żoną Julią na zawsze.

Poznał ją w czytelni Uniwersytetu Karola, gdzie pracowała. Miał 33 lata, ona dziesięć więcej. Powtarzał, że Julia jest jedynym powodem jego życia. Zmarła rok po przeprowadzce.

Z Hrabalem rozstawał się tak (w 1995 roku):

Było to w domku letniskowym Hrabala w Kersku, widział to Tomáš Mazal (biograf i przyjaciel H.). Bondy pocałował Hrabala w głowę i powiedział, że przyszedł się pożegnać na zawsze. Że Hrabal umrze, a on już z Bratysławy nigdy do Czech nie przyjedzie. „Co pan opowiada za bzdury” – powiedział Hrabal (zawsze mówili sobie na pan). „Jak tak na pana patrzę, to pan za rok w tej Bratysławie umrze. Ale ponieważ jest pan poetą z Pragi, do niej pan należy. Niech pan sobie zaraz znajdzie adwokata i go opłaci, żeby pana zwłoki po śmierci przewieźli do Czech, dlatego że z Pragi jest bliżej do nieba. Może się tam spotkamy” [6].

Na nowe czasy Egon Bondy najpierw narzekał tak:

„Najgorzej jest rano i wieczorem/i w dzień/Kiedy śpię można wytrzymać” (lato 1992).

Potem mocniej: „Lustracyjna miłość i k: apitalistyczna prawda zwyciężyły/a prości ludzie gdziekolwiek przyjdą/gadają w tramwaju i bufecie/że znów słyszą tylko nienawiść/i czytają kłamstwa [...] »Idziemy właściwą drogą!«/»Wybieramy prosperity!«/Swoich czy obcych kapitalistów?” (wiosna 1992).

„Wyprowadzili nas z fanfarami/na Drogę do Europy/a wykluła się z tego wycieczka do przeszłości/Wszystko do dupy a jednak promyczek:/co znaliśmy tylko z książek/widzimy na własne oczy”.

Co widzimy?

„Pięćdziesiąt procent z nas żyje poniżej minimum/ (cytuję z zachodnich źródeł)/Spożycie spadło o jedną trzecią/ (Główny Urząd Statystyczny)”.

Wiersz kończy: „Nie myśl o niczym innym/myśl o pieniądzach a znajdziesz sens życia/Tym kilku filozofom którzy są przeciw/daj w mordę – przecież to są tylko komuniści”.

Cały tomik o nowej rzeczywistości ma tytuł: Bal upiorów.

W dawnym reżimowym „Rudym právie” drukuje w 1994 roku esej, w którym przekonuje, że „tradycja duchowa Zachodu zbankrutowała: kapitaliści przestali być klasą panującą, władzę nad całym światem przejęły finansowe oligarchie”.

Plotka o Egonie Bondym w Bratysławie brzmi tak:

Jako alterglobalista, między wykładami na uczelni, żeby na własną rękę odzyskiwać to, co ludzkość marnuje, przeszukuje śmietniki.

Z Egonem Bondym spotkałem się tak:

W mieszkaniu w centrum przyjmuje gości: młodych autorów i studentów. W drugim – większym, w blokowisku Petržalka na peryferiach Bratysławy – odpoczywa i pisze. Jedziemy z moją współpracownicą do tego drugiego. Bondy dokładnie namalował plan i dopisał: „Domofon jest zepsuty, proszę krzyczeć”. Pokój z socjalistyczną meblościanką, zakurzony, pełen książek, przypadkowych przedmiotów. Niewysoki, brodaty pan w brązowym golfie, zachwycony wizytą.

– Podejrzewałem, że pan żyje – mówię. – W związku z tym przywiozłem prezent.

Wyciągam fartuch kuchenny z ceraty. Zakładany na szyję i wiązany z tyłu. Kupiony w Tate Modern Gallery, specjalnie z myślą o Bondym. Jest szaro-biały, a z przodu ma naturalnej wielkości nagie męskie pośladki.

– Kurwa fix – wykrzykuje Egon Bondy – będę miał dupę i z przodu, i z tyłu!

(Justyna wiąże Bondy’emu troczek na plecach).

Gospodarz staje wyprostowany na baczność i oznajmia:

– Teraz w nim będę wykładał filozofię.

Obraca się w fartuchu.

– Jutro tak pójdę na uczelnię i wiecie, będę się zachowywał, jakby się nic nie stało, kurwa fix!

Egon Bondy przynosi wielkie szklane kufle, wypełnione aż po brzegi.

– Piwo i Hrabal... – nadmieniamy.

– Wiecie, że my w ogóle z Hrabalem i Vladimírkiem do knajp nie chodziliśmy?

– Właśnie, że chodziliście – wyjaśniam. – W Czułym barbarzyńcy.

– Hrabal wszystko zmyślił. Ale nie kłamał. Bo jemu się wydawało, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. My głównie siedzieliśmy u niego w domu i rozmawialiśmy o filozofii. Zrobił ze mnie pajaca, prawda? Nigdy nie protestowałem.

– Dlaczego?

– Bo byłem postacią literacką. Postać literacka nie ma przecież nic do gadania.

Podnosimy wielkie kufle:

– O! To nie jest piwo!

– Do tych kufli wlewam od lat herbatę ziołową, chi, chi, chi, żeby wyglądała jak piwo, cha, cha, cha.

– A co z piwem?

– Trzydzieści pięć lat chodzę z nowotworem jelita. Noszę teraz taką torebkę na stałe i pod żadnym pozorem nie mogę pić alkoholu. Zresztą te wszystkie ablucje załatwiam do czternastej. Jak ktoś jest pozbawiony przyjemności biologicznych tyle lat, to co mu pozostało? Tylko robienie sobie jaj.

– Napisał pan taki wiersz o swojej ojczyźnie, że gdyby jako Polak ułożył pan coś podobnego o Polsce, tobyśmy pana powiesili.

– Za jaja. A przetłumaczył pan na polski?

– Tak. „Czechy raczej mi nocnik przypominają/Zaś Czesi w swej patriotycznej dumie uważają/Że jest on z lepszej porcelany/Bo moczem Masaryka był często zlewany/Praga leży w samym jego środku na dnie/Łatwo na nią wysram się dokładnie”.

– Chi, chi, chi. Cha, cha, cha. To jeden z najlepszych moich wierszy. To fragment eposu z 1954 roku i proszę sobie wyobrazić, że po każdej recytacji, czy to w 1960, 1970, 1980 roku, czy dziś, przychodzą młodzi ludzie i pytają, czy napisałem to niedawno, bo tak aktualnością uderza. I że tamte moje wiersze dobrze ilustrują XXI wiek. Odpowiadam im, że to teksty sprzed pięćdziesięciu lat, a oni nie mogą uwierzyć. Im się wydaje, że one mówią o obecnym reżimie. Ale nic dziwnego, przecież istota reżimu się nie zmieniła. Polski poeta by się do takiego wiersza z nocnikiem nie posunął, prawda?

– Nawet gdyby chciał, toby się raczej wstrzymał.

– Polacy ani Słowacy nie mają takiego odpowiednika w literaturze, bo wy macie swoją dumę narodową. Jeszcze Serbowie ją mają. A Czesi nie, Czesi bardzo źle mówią o swoim państwie. Ja długie wiersze pisałem, żeśmy kurwami godnymi pogardy – i nic. U nas nie ma tabu i żadna prowokacja nie wychodzi. Byłem na konferencji naukowej w Brnie, gdzie zeszła się śmietanka intelektualna, i wiedziałem jedno: możesz ich obrażać, a oni łykną wszystko. Ja ich obrzucam gównem, a oni cmok, cmok. Wziąłem tysiąc koron i publicznie spaliłem.

– Banknot?

– Tak, podpaliłem go, a salę ogarnęła cisza, wszystkim zabrakło tchu. Dorośli ludzie, crème de la crème i wszyscy: „Panie doktorze, to było fałszywe tysiąc koron, prawda? Nie było prawdziwe, tak?”. Tylko to ich interesowało. A fakt, że korona czeska – królewska waluta – jest profanowana, to nie?! Spalić, proszę pana, sto złotych w Polsce na konferencji, ooooo, to by była afera. Proszę pana, jak się jest członkiem takiego małego narodu, to jest to strasznie śmieszne. Ale jak się jest poetą takiego małego narodu, to jest już sto razy śmieszniejsze. Pan sobie potem oczywiście coś wybierze z tego, co ja mówię, bo czasem pieprzę[7].

– Nie uciekł pan jednak na Zachód.

– Dlatego że mimo wszystkich potworności mogłem żyć tylko w Czechosłowacji. Miałem dylemat, czy nie wygodniej byłoby stać się pisarzem niemieckim. Gdybym pisał w Monachium czy jakimś Berlinie, dobrze opłacany za to, że piszę antysowieckie wiersze, nie byłoby to wtedy autentyczne.

– A co to znaczy być marksistą dzisiaj, bo pan jest nadal?

– To znaczy czekać.

– Na rewolucję październikową?

– Jako rewolucja marksizm zawiódł. Ale on się objawi. Za sto lat, tylko zupełnie innym sposobem niż dziś, technologie będą inne. Bogaci muszą stawać się ciągle bogatsi, biedni muszą być coraz biedniejsi – to jest ta cała globalizacja. Jakakolwiek humanitarna pomoc Afryce jest ekonomicznym przestępstwem. A mnie interesuje system, w którym by nie była...

(Egon Bondy opowiada o marksizmie nieradzieckiego i niemaoistowskiego typu prawie dwie godziny. Okno jest cały czas zamknięte).

– ...dla mnie globalizacja oznaczałaby równą szansę dla wszystkich narodów świata. Każdego dnia umiera 305 tysięcy dzieci z diagnozą lekarską: głód. Dorośli, którzy umierają na to samo, nie są liczeni. A 11 września zginęło w Nowym Jorku... O, przepraszam bardzo, dzwonek!

Egon Bondy wychodzi i wraca:

– To listonosz z rentą.

– A na czyje nazwisko przychodzi?

– Na Zbyńka Fišera. Ale podpisuję zawsze: „Przyjął Egon Bondy”. Wywalczyłem, że teraz nawet na poczcie głównej muszą to respektować.

Współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa został tak:

(Jest 15 marca 2004 roku i gazety czeskie oraz słowackie ujawniły niedawno, że siedemdziesięcioczteroletni Bondy był agentem. Potwierdził to w najpoważniejszym czeskim tygodniku „Respekt”).

Werbowali go trzy razy. Pierwszy – w 1961 roku, kiedy studiował filozofię. „Mój pogląd na ZSRR był negatywny – wyjaśnia tygodnikowi – ale za jeszcze większe zło uważałem międzynarodowy imperializm. Jeden kolega na studiach powiedział, że zapisał się do koła myśliwskiego, żeby dostać pozwolenie na strzelbę, i czeka tylko na to, że będzie walczył z bolszewikami. Drugi z wielkim zapałem mówił mi o szopie, gdzie ma maszyny do rozwinięcia kapitalistycznego biznesu. Jak tylko komunistów się powystrzela”.

Uwagę Bondy’ego zwrócił oczytany student, z którym się zbliżył, a który zdradził mu, że dorabia sobie w SB.

Bondy, jak twierdzi ów student, sam zaproponował im współpracę. Z akt wynika, że donosił, jaką literaturę zachodnią czytają koledzy i kto ma inklinacje religijne. Na pytanie dziennikarza, czy tym samym ich nie krzywdził, mówi: „Zaraz, jeśli ci ludzie naprawdę mieli zamiar odbudowywać u nas kapitalizm, było mi obojętne, czy spotka ich jakaś krzywda”.

Kiedy skończył studia, SB go zostawiła. Zjawili się wiele lat później. Chcieli, żeby donosił na swojego przyjaciela, opozycjonistę. „Musiałem podpisać zobowiązanie, bo grozili, że skrzywdzą moją chorą wtedy żonę”.

Jednak wielu jego znajomych przyznaje: Bondy, żeby nie donosić, przestał kontaktować się z ludźmi. Zniknął. Zgłaszał się do szpitali psychiatrycznych i tam szukał azylu. On sam mówi: „Wiedzieli już, że od jałowej krowy mleka nie dostaną”.

Tyle z prasy.

Jego przyjaciel, a nasz znajomy, poprosił przed tym spotkaniem, żeby nie poruszać tego tematu. Że Bondy nie chce już o współpracy rozmawiać. Wyjaśnił raz i wystarczy. Po tym, co przed chwilą wyszło na świat, nie udziela już wywiadów. Na ten („dla zagranicy”) zgodził się pod warunkiem, że nie będziemy go dręczyć.

Nie dręczymy.

W 1997 roku ukazały się Zapiski Świrusa. Zawierały zaskakujące wyznania. Ivan Jirous po procesie The Plastic People przeczytał protokoły zeznań Bondy’ego. Bondy jako jedyny zdradził przesłuchującym wszystko, „a nawet więcej”. Jirous nie miał słów na jego zdradę. Miesiącami obmyślał w więzieniu list, który mu napisze o „intelektualistach, mocnych na papierze, a robiących w portki nie tylko przy pierwszym policzku, lecz także już przy pierwszym tupnięciu esbeckim butem”.

Spotkali się dwa tygodnie po wyjściu Jirousa z więzienia: „Tylko się objęliśmy, o liście zupełnie zapomniałem. Przecież Bondy żył w tym świństwie piętnaście lat dłużej, zaliczył lata pięćdziesiąte, kiedy ja byłem dzieckiem. A to tak, jakby był starszy o pięćset lat”.

I dalej: „Był to przejaw mojej pychy, że nie wybaczyłem mu zaraz przy czytaniu tych protokołów. Przecież w Ewangelii jest napisane, gdy pytają się: ile razy mam odpuścić swemu bratu? Siedem? Odpowiedź brzmi: nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem razy”.

– Więc jak pan widzi, żyję – kłania się w pas Egon Bondy na klatce schodowej. – I bardzo przyjemnie mi było pana o tym zapewnić.

Egon Bondy nie żyje.

Zmarł 9 kwietnia 2007 roku. Jego piżama zapaliła się od papierosa, kiedy usnął.

Największy czeski dziennik „Mladá fronta DNES” na swoim portalu internetowym napisał o zasługach filozofa i o tym, że nie miał telefonu, radia ani telewizora, bowiem całe życie walczył ze społeczeństwem konsumpcyjnym.

Artykuł o jego śmierci zatytułowano Śmiertelny papieros w łóżku Bondy’ego. Pod informacją dodano „linki związane z tą wiadomością”:

„Łóżka – szeroki wybór on-line”.

„Szukacie łóżka czy materaca? Tysiące ofert tutaj!”.

„Raj łóżek”.

WYROZUMIAŁOŚĆ

Chciałem spytać o coś pisarza Pavla Kohouta.

Swoją powieścią Kacica – akcja dzieje się w szkole dla katów, gdzie uczniowie uczą się katowania nowego typu – Kohout tak zdenerwował władzę, że pozwoliła mu w 1979 roku wyjechać służbowo do Wiednia, po czym go już do socjalistycznego raju nie wpuściła. A zaraz potem pozbawiła obywatelstwa.

Pavel Kohout jest aktualnie właścicielem wspaniałego poglądu:

„Kapitalizm znowu popełnia stare błędy. Jest tak egoistyczny i okrutny, że na swoją zgubę hoduje socjalistów i komunistów”.

Dziś pisarz mieszka i w Austrii, i w Czechach, więc kiedy udało mi się go zastać w Pradze (17.08.2005), powiedziałem przez telefon, że chcę mu zadać tylko jedno pytanie. Zaproponował kawiarnię pałacu Mánes, który wyrasta prosto z Wełtawy, dokładnie naprzeciwko okien jego domu. Pavel Kohout ma tyle lat, co Mánes, wybudowany na rzece pod koniec lat dwudziestych jako centrum lewicowych artystów. Pałac wygląda jak bezczelna prowokacja wobec starych, wysokich, flirtujących z renesansem i gotykiem kamienic na Nabrzeżu Masaryka. Niewysoki, prosty, funkcjonalistyczny, bez ozdób, miał zgodnie z intencjami artystów informować, że świat, który nadchodzi, może być prosty, przyjazny i na miarę przechodnia[8].

– Do jednego pytania będzie pasowała jedna woda mineralna – stwierdził, kiedy usiedliśmy przy stole. – Jakie to pytanie?

– Jak się w panu rodzi wyrozumiałość?

– A co pan ma na myśli?

– Wiadomo, że w aktach Służby Bezpieczeństwa znalazł pan nazwiska dwustu sześćdziesięciu trzech osób, w tym przyjaciół, którzy na pana donosili. Postanowili państwo z żoną nie ujawniać tych nazwisk i w żaden sposób nie odpłacać tym ludziom. Skąd ta wyrozumiałość?

– To dlatego – odparł bez zastanowienia Pavel Kohout – że jestem pisarzem.

– To ma znaczenie?

– Pisarz musi widzieć nie tylko czyn człowieka, o którym pisze. Pisarz musi widzieć życie tego człowieka dwadzieścia lat przedtem i dwadzieścia lat potem. Musi widzieć jego pradziadków, dziadków, rodziców, dzieci, wnuki i prawnuki. Musi go widzieć przed jego narodzeniem i po jego śmierci. Wtedy wszystko rozumie.

Przypisy
[1] Wiele lat później jako Jana Černá napisała o swojej matce fascynującą książkę, którą komunistyczne władze natychmiast po wydrukowaniu przeznaczyły na przemiał. Książka wyszła po polsku pod tytułem Moja matka Milena i Franz Kafka, Wydawnictwo Akapit i Od nowa, Katowice 1993.
[2] Wszystko to Egon Bondy opisał w swojej książce Pierwsze dziesięć lat, która wyszła dopiero w XXI wieku i wielu uważało, że Bondy swoje ówczesne przygody zmyślił. Jednak edytor i badacz jego twórczości Martin Machovec zajrzał do teczek Bondy’ego, tworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa i milicję. Teczki potwierdziły tak bogate życie filozofa na początku lat pięćdziesiątych.
[3] „Fragmenty fekalizmu” opisał Vladimír Borecký (1941–2009) w książce Druga strona humoru. Był psychologiem klinicznym, filozofem i strażakiem. Także mistyfikatorem i powyższy fragment, jako fikcyjny wykład o fekalizmie, należy do tego nurtu jego twórczości. Do ciekawszych wykładów należy tekst o szkole czystego humoru bez dowcipu.
[4] Marie Klečacká-Beyly, Vzpomínky malostranské, Praha 2008.
[5] Więcej o zespole piszę w książce Gottland, w rozdziale Życie jest mężczyzną. Tłumaczenie wersu o jajcach – Andrzej Jagodziński; wers o Iliadzie pochodzi z wiersza w przekładzie Anny Car (antologia Czeski underground. Wybór tekstów z lat 1969–1989, oprac. Martin Machovec, Wrocław 2008).
[6] Bohumil Hrabal umarł dwa lata później, wypadł lub skoczył z ok: na na piątym piętrze szpitala. Wyżej opisaną scenę znalazłem w: Tomáš Mazal, Smrt na úvěr, „Mladý svěť’ 11/1995.
[7] Znalazłem opowieść o tym, jak Egon Bondy spalił banknot stukoronowy (artykuł Chwała nieprzyzwoitości Petra Pospíšila w „Novym prostorze” 353/2010). W marcu 1971 roku w teatrze Orfeus na Malej Stranie w Pradze mężczyzna o piskliwym głosie recytuje swoje wiersze. Reaguje na wyrok, który zapadł w sprawie przeciwnika reżimu Petra Uhla i jego przyjaciół z Ruchu Rewolucyjnej Młodzieży. Publiczność słucha obelg pod adresem ludzi, którzy dostosowują się do wymagań reżimu. Autor wyśmiewa ich wartości: pieniądze, pracę, pragnienie potomstwa, samochody, wille. Przy słowach: „Macie tu swoją świętą stukoronówkę, którą zaoszczędziłem ze swoich sześciuset koron renty” wyciąga sto koron z rysunkiem wieśniaczki i robotnika i podpala. Jiřina Šiklová (socjolożka, która po wystąpieniu z Komunistycznej Partii Czechosłowacji w 1969 roku ma prawo pracować tylko jako sprzątaczka w szpitalu) siedzi wśród publiczności i krzyczy: „Zbyńku, to jest niszczenie pieniędzy, za to cię mogą zamknąć!”. Poeta jest w transie i nie słucha. „Tu macie moją dupę – recytuje dalej – możecie sobie tam wszyscy wejść” – i wystawia publiczności goły tyłek. Spalenie banknotu w Brnie, o którym mówi Bondy, może być prawdą, ale i wymysłem na potrzeby rozmowy z dziennikarzem z Polski. Znawca życia i twórczości Bondy’ego oraz edytor jego dzieł Martin Machovec mówi, że o tej konferencji w Brnie nigdy nie słyszał.
[8] Mánes – to nie tylko nazwa budynku (wzięta od nazwiska Josefa Mánesa, dziewiętnastowiecznego malarza, który projektował sztandary towarzystw patriotycznych), lecz także przedwojenne stowarzyszenie lewicowych artystów. W Pradze – głosi anegdota – całe lata debatowano, który dom jest najobrzydliwszy. Od kiedy wybudowano Mánes, dyskusje ustały.
Copyright © by Mariusz Szczygieł, 2010
© Copyright by Agora SA
Projekt okładki: Agnieszka Pasierska/pracownia papierówka
Fotografia na okładce © by David Černý
Fotografie w środku tomu:
– w rozdziale „Po obu stronach okna” – © by Mariusz Szczygieł, z archiwum rodzinnego Heleny Teigovej,
– w rozdziale „Fotograf czeski” – © by Jan Saudek/Saudek.com Ltd.,
– w rozdziale „Naród z kodem do domofonu” – © by AFP/East News,
– w rozdziale „Wkurzacz czeski” – © by Michał Mutor/Agencja Gazeta,
fotografia Autora – © by Mariusz Szczygieł
Redakcja: Justyna Wodzisławska
Adiustacja: Zuzanna Szatanik/D2D. PL
Projekt typograficzny i redakcja techniczna: Robert oleś/D2D. pl
Korekty: Magdalena Kędzierska i Zuzanna Szatanik/D2D. PL
Wydanie I elektroniczne
ISBN 978-832-680-351-2
Wydawnictwo Czarne s.c.
www.czarne.com.pl
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70
e-mail: redakcja@czarne.com.pl
Konwersja i edycja publikacji