Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 415

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Zresetowana - Teri Terry

Zresetowana to przełomowa, uhonorowana nagrodami trylogia autorstwa Teri Terry. Pamięć Kyli została wymazana, jej dane osobowe usunięte, wspomnienia stracone na zawsze. Dziewczyna jest Zresetowana. Władze twierdzą, że była terrorystką, dają jej jednak drugą szansę – pod warunkiem, że będzie grała zgodnie z ich zasadami. W umyśle dziewczyny odzywają się echa przeszłości. Ktoś ją okłamuje i nic nie jest takie, jakie się wydaje. Kyla musi dopiero odkryć, komu może zaufać w swoim poszukiwaniu prawdy.

Opinie o ebooku Zresetowana - Teri Terry

Fragment ebooka Zresetowana - Teri Terry

Tytuł oryginału:

SLATED

Text copyright © Teri Terry 2012

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Ewa Ossowska, Marta Stasińska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

ISBN 978-83-8057-212-6

WYDAWNICTWO DEBIT Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

email:mlodybook@soniadraga.com.pl

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/BookMlody

www.instagram.com/mlodybook

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Grahamowi,

który nie wiedział, w co się pakuje,

ale i tak zawsze był przy mnie.

PROLOG

Biegnę.

Pięści fal wbijają pazury w piasek, kiedy się zmuszam, by pędzić stopa za stopą. Wdrapuję się pod górę, ześlizguję w dół… i znowu. Szybciej. Wzrok utkwiony hen, w wydmach daleko z przodu. Nie patrzeć za siebie. Nie wolno. Urywany oddech: wdech, wydech, wdech, wydech. Wciąż biegnę.

Gdy czuję, że zaraz rozsadzi mi płuca, a serce wybuchnie jak szkarłatna gwiazda na piasku, potykam się.

Człowiek odwraca się. Ciągnie mnie, żebym wstała, i ponagla.

To jest coraz bliżej.

Nie mogę ustać i znów padam. Nie dam rady już dłużej biec.

Klęka, by mnie podtrzymać, i patrzy mi w oczy.

– Już czas. Szybko, teraz! Stawiaj mur!

Bliżej.

A więc buduję mur, cegła za cegłą. Rząd za rzędem. Wysoką budowlę, jak wieża Roszpunki, tylko że tutaj nie ma okna, nie ma skąd spuścić włosów.

Żadnych szans na ratunek.

– Nie zapomnij, kim jesteś! – krzyczy. Łapie mnie za ramiona i potrząsa mną mocno.

Na morze opada zasłona strachu. Piasek. Jego słowa. Sińce na moich ramionach, ból w piersi i w nogach.

To już tu jest.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dziwne.

W porządku, brakuje mi doświadczenia, na którym mogłabym oprzeć ten osąd. Zdaje się, że mam szesnaście lat i nie jestem zapóźniona w rozwoju ani zacofana, nie trzymano mnie też zamkniętej w szafie od urodzenia – na ile mi wiadomo – ale Zresetowanie właśnie to z tobą robi. Pozbawia cię doświadczenia.

Przez jakiś czas wszystko jest dla ciebie pierwsze. Pierwsze słowa, pierwsze kroki, pierwszy pająk na ścianie, pierwszy stłuczony palec u nogi. Masz pojęcie, że wszystko jest  p i e r w s z e.

Więc fakt, że dziś czuję się dziwnie i nieswojo, może być właśnie tym.

Ale gryzę paznokcie i siedzę tu, czekając na mamę, tatę i Amy – żeby zabrali mnie ze szpitala do domu. Nie wiem, kim są, i nie wiem, gdzie jest „dom”.  N i c  nie wiem. Jak to może nie być… dziwne?

„Bzzzz” – łagodna ostrzegawcza wibracja z Levo, które mam na lewym nadgarstku. Spoglądam w dół. Opadłam na skali do 4,4, po niewłaściwej stronie „szczęścia”. Biorę więc do ust kostkę czekolady i wskaźnik zaczyna się powoli podnosić, w miarę jak smak rozpływa się na języku.

– Jeszcze trochę takich nerwów i utyjesz.

Podskakuję.

W drzwiach stoi doktor Lysander. Wysoka, szczupła, w białym kitlu. Ciemne włosy zaczesane gładko do tyłu. Grube okulary. Zwykle sunie milcząca jak duch i podobno z góry wie, że ktoś wpadnie w „czerwone”,  z a n i m  do tego dojdzie. Ale nie jest taka jak niektóre pielęgniarki, co to przytulą i od razu robi się lepiej na duszy. Właściwie trudno ją nawet nazwać  m i ł ą.

– Pora na ciebie, Kyla. Chodź.

– Muszę? Nie mogę tu zostać?

Potrząsa głową. Błysk zniecierpliwienia w oczach mówi: „Słyszałam to już milion razy”. Albo przynajmniej dziewiętnaście tysięcy czterysta siedemnaście razy, ponieważ na moim Levo widnieje numer „19 418”.

– Nie. Wiesz, że to niemożliwe. Potrzebny nam ten pokój. Chodź.

Odwraca się, wychodzi. Biorę swoją torbę, by ruszyć za nią. Zabrałam wszystko, co mam, lecz torba nie jest ciężka.

Zanim zamknę za sobą drzwi, widzę: moje cztery ściany. Dwie poduszki, jeden koc. Jedna szafa. Umywalka z chipem po prawej stronie to jedyna rzecz, która odróżnia mój pokój od pozostałych pudełkowatych pomieszczeń ciągnących się w nieskończoność rzędem na tym piętrze i innych. Pierwsze rzeczy, jakie  p a m i ę t a m.

Przez dziewięć miesięcy granice mojego wszechświata. To i gabinet doktor Lysander oraz siłownia i szkoła piętro niżej, dla pozostałych takich jak ja.

„Bzzzz” – teraz bardziej natarczywie. Wibruje na moim przedramieniu, domagając się uwagi. Levo pokazuje spadek do 4,1. Za nisko.

Doktor Lysander odwraca się, mruczy coś pod nosem. Pochyla się, zagląda mi w twarz i dotyka mojego policzka. Kolejny pierwszy raz.

– Naprawdę będzie dobrze. I na początek będziemy się widywały raz na dwa tygodnie.

Uśmiecha się. Niespotykane rozciągnięcie warg nie pasuje do jej twarzy, jakby znalazło się tam przez przypadek i nie było pewne, co teraz ze sobą zrobić. Jestem tak zaskoczona, że zapominam o strachu i zaczynam wydobywać się z „czerwonego”.

Doktor kiwa głową, prostuje się i idzie korytarzem do windy.

W milczeniu zjeżdżamy dziesięć pięter na parter, a potem kierujemy się krótkim korytarzem do następnych drzwi, przez które dotąd nie przechodziłam z oczywistych powodów. Widniejące na nich litery „R&W” oznaczają Rejestrację i Wymeldowanie. Kto przejdzie przez te drzwi, już nie wraca.

– Idź dalej – mówi doktor.

Waham się, po chwili popycham drzwi. Odwracam się, żeby powiedzieć „do widzenia” albo „proszę, nie zostawiaj mnie”, albo i jedno, i drugie, lecz ona znika już w windzie, zamaszyście powiewając białym kitlem i czarnymi włosami.

Serce mi dudni, bije zbyt szybko. Oddycham: wdech, wydech, za każdym razem licząc do dziesięciu, aż oddech zaczyna zwalniać. Tak jak nas uczono. Potem prostuję ramiona i otwieram szerzej drzwi. Za progiem znajduje się długie pomieszczenie z drzwiami po przeciwnej stronie i rzędem plastikowych krzeseł pod jedną ścianą. Dwoje innych Zresetowanych siedzi, każde z torbą podobną do mojej u stóp na podłodze. Pamiętam oboje z lekcji, sama byłam tu znacznie dłużej niż oni. Podobnie jak ja nie mają już na sobie jasnoniebieskich bawełnianych kombinezonów, jakie nosiliśmy do tej pory, tylko zwykłe dżinsy. Kolejny strój obowiązkowy, tak? Uśmiechają się, szczęśliwi, że nareszcie opuszczą szpital i pojadą do swoich rodzin.

Nie szkodzi, że zobaczą je po raz pierwszy w życiu.

Pielęgniarka siedząca przy biurku pod drugą ścianą podnosi wzrok. Stoję w drzwiach, niechętna, żeby je puścić i zamknąć za sobą. Kobieta lekko marszczy brwi i skinieniem ręki przywołuje mnie do środka.

– Wejdź. Jesteś Kyla? Musisz się najpierw u mnie zameldować, zanim się wymeldujesz – mówi i uśmiecha się szeroko.

Zmuszam stopy, by ruszyły w jej stronę. Moje Levo wibruje, gdy puszczone drzwi zamykają się za mną z rozmachem. Pielęgniarka łapie mnie za rękę i sprawdza odczyt z Levo, które drga jeszcze natarczywiej: 3,9. Kobieta potrząsa głową i trzymając mnie mocno za bark jedną ręką, drugą wbija mi w ramię igłę strzykawki. Wyrywam się i rozcieram sobie ramię.

– Co to jest? – pytam, choć sama dobrze wiem.

– Coś, co podtrzyma cię na poziomie do czasu, gdy staniesz się problemem kogoś innego. Siadaj i czekaj, aż zostaniesz wywołana.

W żołądku mi się przewraca. Siadam. Tamtych dwoje patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Czuję, jak Sok Radości rozpływa się w moich żyłach, łagodząc emocje, ale nie zatrzymuje to moich myśli, mimo że wskaźnik Levo powoli podnosi się do piątki.

A co, jeśli rodzice mnie nie polubią? Nawet gdy się naprawdę staram – co, szczerze mówiąc, nie zawsze się zdarza – ludzie do mnie nie lgną. Złoszczą się, tak jak doktor Lysander, kiedy nie robię lub nie mówię tego, czego oczekują.

A jeśli ja ich nie polubię? Znam tylko ich imiona i nazwiska. Mam jedno zdjęcie – przedtem wisiało w ramce na ścianie mojego szpitalnego pokoju, teraz jest w torbie. David, Sandra i Amy Davis: tato, mama i starsza siostra. Uśmiechają się na fotografii i wyglądają sympatycznie, ale kto wie, jacy są naprawdę?

Ostatecznie jednak wszystko to nie ma znaczenia, ponieważ bez względu na to, kim są, muszę sprawić, żeby mnie polubili.

Porażka nie wchodzi w grę.

ROZDZIAŁ DRUGI

„Rejestracja” nie jest skomplikowana. Przechodzę przez skaner, robią mi zdjęcia, zdejmują odciski palców i ważą mnie.

Za to w „Wymeldowaniu” kryje się podstęp. Pielęgniarka wyjaśnia, że mam się przywitać z mamą i tatą, wspólnie z nimi podpisać papiery stwierdzające, że od tej pory jesteśmy jedną kochającą się rodziną, a następnie wyjdziemy razem i będziemy żyli długo i szczęśliwie. Rzecz jasna, z miejsca dostrzegam problem: a jeśli popatrzą na mnie i nie podpiszą? Co wtedy?

– Wyprostuj się!  I   u ś m i e c h n i j  – syczy pielęgniarka, po czym wypycha mnie przez drzwi.

Przywołuję na usta szeroki uśmiech, przekonana, że w ten sposób nie zmienię się z Kyli przerażonej i przygnębionej w Kylę anielską i radosną. Już raczej będę wyglądać na pomyloną.

Staję w drzwiach i oto są. Prawie się spodziewałam, że ich zobaczę upozowanych jak na tej fotografii, w tych samych ubraniach, jak lalki. Ale każde z nich ma na sobie inne rzeczy, siedzi w innej pozycji, a o moją uwagę walczy wiele szczegółów – zbyt wiele naraz. Czuję, że wszystko to zaraz mnie przytłoczy i pośle w „czerwone”, mimo Soku Radości, który wciąż leniwie płynie w moich żyłach. Słyszę znudzony głos nauczycielki, w kółko powtarzającej te same słowa, jakby stała tuż obok mnie: „Po jednej rzeczy naraz, Kyla”.

Skupiam się na ich oczach, a resztę zostawiam na później. Oczy taty są szare, nieprzeniknione, opanowane. Jasnobrązowe, delikatnie cętkowane, niecierpliwe oczy mamy przypominają mi wzrok doktor Lysander – jej także nic nie umknie. I jest tu też moja siostra; szerokie, ciemne, niemal czarne oczy wpatrują się we mnie z zaciekawieniem, osadzone w twarzy o skórze brązowej jak czekoladowy aksamit. Kiedy kilka tygodni temu dostałam ich zdjęcie, zapytałam, dlaczego Amy tak bardzo różni się od rodziców i ode mnie. Odpowiedziano mi wówczas ostro, że rasa jest nieistotna i nie warto jej zauważać czy robić na jej temat uwagi pod rządami chwalebnej Centralnej Koalicji. Ale jak można nie dostrzegać tych różnic?

Siedzą w trójkę na krzesłach przy biurku naprzeciw innego człowieka. Wszystkie oczy patrzą na mnie, ale nikt nic nie mówi. Mój uśmiech staje się coraz bardziej i bardziej nienaturalny, jak zwierzę, które zdechło i zostało wetknięte mi w twarz, prezentując śmiertelny grymas.

Wtem tato zrywa się z krzesła.

– Kyla, bardzo nam miło powitać cię w naszej rodzinie. – Uśmiecha się, bierze mnie za rękę, całuje w policzek, dotykając szorstkimi bokobrodami. Jego uśmiech jest ciepły i prawdziwy.

Zaraz podchodzą do mnie mama i Amy, wszyscy troje górują nade mną z moim wzrostem metr pięćdziesiąt trzy. Siostra bierze mnie pod ramię i gładzi moje włosy.

– Jaki piękny kolor, jak włosy kukurydzy. I takie miękkie!

Mama też się uśmiecha, ale jej nienaturalny uśmiech bardziej przypomina mój.

Mężczyzna siedzący przy biurku odchrząkuje i przesuwa jakieś papiery.

– Podpisy, proszę?

Rodzice podpisują we wskazanym miejscu, potem tato podaje mi długopis.

– Podpisz tu, Kylo – mówi tamten mężczyzna i pokazuje wykropkowane miejsce na końcu długiego dokumentu. Pod wykropkowaniem wydrukowano „Kyla Davis”.

– Co to jest? – wyrywa mi się, zanim zdążę pomyśleć, wbrew temu, co zawsze przykazywała mi doktor Lysander.

Człowiek przy biurku unosi brwi, zaskoczenie na jego twarzy szybko zamienia się w rozdrażnienie.

– Standardowe zwolnienie z zalecanego leczenia według zewnętrznego orzeczenia. Podpisz.

– Czy mogę najpierw przeczytać? – pytam. Jakiś uparty głos każe mi brnąć dalej, choć inna część podpowiada, że to  z ł y   p o m y s ł.

Mężczyzna mruży oczy i wzdycha.

– Tak. Możesz. Przygotujmy się wszyscy na dłuższe oczekiwanie, żeby panna Davis skorzystała z przysługujących jej praw.

Wertuję plik, ale to kilkanaście kartek zapisanych zwartym drukiem, który pływa mi przed oczami. Serce znowu zaczyna się tłuc za szybko.

Tato kładzie mi rękę na ramieniu i odwracam się do niego.

– W porządku, Kylo. Rób, co trzeba – mówi ze spokojną, dodającą otuchy miną.

To jego i mamy mam odtąd słuchać. Zaczynam sobie przypominać, jak pielęgniarka cierpliwie tłumaczyła mi to wszystko w ubiegłym tygodniu: to też jest zawarte w kontrakcie.

Płonę rumieńcem i podpisuję:  K y l a   D a v i s.  Nie po prostu „Kyla” i tyle. To imię wybrała dla mnie kierowniczka, gdy po raz pierwszy otworzyłam oczy w tym miejscu dziewięć miesięcy temu. Podobno po ciotce, która miała zielone oczy jak ja. Z kolei nazwisko należy do mnie, skoro stałam się częścią rodziny. To też jest zawarte gdzieś tam w kontrakcie.

– Ja to wezmę. – Tato podnosi moją torbę.

Amy bierze mnie pod ramię i wychodzimy przez ostatnie drzwi.

W ten sposób zostawiam za sobą wszystko, co do tej pory znałam.

Mama i tato przyglądają mi się w lusterku wstecznym, kiedy kołujemy na parkingu pod szpitalem, kierując się do wyjazdu. Tak samo ja przyglądam się im.

Pewnie się zastanawiają, jak im się trafiły dwie tak różne córki, nie wspominając już o kolorze skóry, którego mam nie dostrzegać.

Amy siedzi obok mnie z tyłu – wysoka i piersiasta, trzy lata starsza ode mnie, dziewiętnastolatka. Ja jestem niska i drobna, z cienkimi, słabymi włosami; jej włosy są ciemne, gęste i ciężkie. Amy to niezła lala, jak mówił jeden pielęgniarz o pielęgniarce, która wpadła mu w oko. A ja…

Szukam w głowie określenia, które by było jej przeciwieństwem, ale mój zbiór słów w tym aspekcie okazuje się pusty. Może właśnie to jest odpowiedź. Jestem niezapełnioną kartką. Pustą, nieinteresującą.

Amy ma na sobie zwiewną czerwoną wzorzystą sukienkę z długimi rękawami. Podciąga jeden z nich, żebym sobaczyła jej Levo. Oczy mi się rozszerzają z zaskoczenia – więc ona też jest Zresetowana. Jej Levo to starszy model, masywny i gruby, podczas gdy mój to cienki złoty łańcuszek z małym panelem. Ma wyglądać jak zegarek lub bransoletka, ale nikogo nie zmyli.

– Bardzo się cieszę, że jesteś moją siostrą – mówi Amy i zapewne nie kłamie, ponieważ jej wyświetlacz pokazuje duże cyfry 6,3.

Docieramy do bramki i strażników. Jeden z nich podchodzi do samochodu, pozostali patrzą zza szyby. Tato kilkoma przyciskami otwiera wszystkie okna i bagażnik. On, mama i Amy podciągają rękawy i wystawiają ręce za okna, więc robię to samo. Strażnik spogląda na puste nadgarstki rodziców i kiwa głową, potem idzie do Amy i przytrzymuje nad jej urządzeniem jakiś aparat, a ten wydaje piski. Piszczy również nad moim Levo. Strażnik zagląda do bagażnika, po czym zatrzaskuje go. Przed samochodem unosi się szlaban i wyjeżdżamy.

– Kyla, co miałabyś ochotę dziś robić? – pyta mama.

Jest okrągła i ostra, i to nie żart. Figurę ma zaokrągloną i miękką, ale oczy i słowa są ostre.

Kiedy samochód wytacza się na drogę, odwracam głowę. Kompleks szpitala, który znam, ale tylko od wewnątrz. Rozciąga się szeroko i piętrzy wysoko. Niekończące się rzędy małych, zakratowanych okien. Wysokie ogrodzenie i wieżyczki strażnicze w równych odstępach. I…

– Kyla, zadałam ci pytanie!

Podskakuję.

– Nie wiem – odpowiadam.

Tato się śmieje.

– Jasne, że nie. Kylo, nie martw się. Kyla nie wie, co chciałaby robić, bo nie ma pojęcia, co można robić.

– Rozumiesz przecież, mamo – odzywa się Amy i kręci głową. – Jedźmy prosto do domu. Niech się najpierw trochę przyzwyczai, tak jak powiedziała lekarka.

– Tak, bo lekarze wiedzą wszystko. – Mama wzdycha i wyczuwam w tym od dawna ciągnący się spór.

Tato patrzy w lusterko.

– Kyla, wiedziałaś, że pięćdziesiąt procent lekarzy miało w szkole najgorsze wyniki?

Amy śmieje się.

– Doprawdy, Davidzie – mówi mama, lecz też się uśmiecha.

– A słyszałaś opowieść o lekarzu, który nie odróżniał strony lewej od prawej? – zaczyna tato i zagłębia się w długą historię błędów chirurgicznych, jakie, mam nadzieję, nie przydarzyły się w moim szpitalu.

Ale wkrótce zapominam o wszystkim, co się obok mnie mówi i robi, ponieważ gapię się w okno.

L o n d y n.

W moim umyśle zaczyna się formować świeży obraz. Nowy Londyński Szpital traci swoją centralną pozycję, kurczy się w morzu tego, co go otacza. Drogi ciągnące się dokądś w dal, samochody, budynki. Niektóre w pobliżu szpitala są opuszczone, zabite deskami; większość jednak tętni życiem. Na balkonach pranie, kwiaty, w oknach powiewają na wietrze firanki. I wszędzie ludzie. W samochodach, na chodnikach. Tłumy ludzi i sklepy, i biura, i jeszcze większe tłumy ludzi śpieszących w różne strony. Nikt nie zwraca uwagi na stojących na rogach strażników, których im dalej od szpitala, tym jest mniej.

Doktor Lysander pytała mnie wiele razy. Dlaczego wewnętrzny przymus każe mi obserwować i wiedzieć  w s z y s t k o,  zapisywać w pamięci i mapować każdy związek i każdą pozycję?

Nie wiem. Może nie lubię odczuwać pustki. Jest tyle brakujących szczegółów, które trzeba właściwie wpasować.

W tamtych dniach, kiedy zapamiętywałam, jak stawiać jedną stopę przed drugą i się nie przewrócić, przewędrowałam, zliczyłam i zmapowałam z obrazami w głowie każde piętro szpitala, do którego miałam dostęp. Mogłabym na ślepo znaleźć każdą pielęgniarską dyżurkę, laboratorium i pokój o dowolnym numerze. Mogę nawet teraz zamknąć oczy i widzę to wszystko przed sobą.

Ale Londyn to co innego. Całe miasto. By stworzyć sobie w głowie mapę, musiałabym przejść tam i z powrotem każdą ulicę, a teraz zdaje się, że jedziemy najprostszą drogą do „domu”, do miejscowości odległej o godzinę jazdy na zachód od Londynu.

W szpitalnej szkole oglądałam, rzecz jasna, mapy i zdjęcia. Codziennie całymi godzinami cierpliwie karmiono nas wiedzą ogólną, ile tylko nasze puste umysły mogły jej przyjąć, aby nas przygotować do życia po wypuszczeniu.

Ile kto przyswajał – różnie z tym bywało. Ja czepiałam się każdego faktu i uczyłam się go na pamięć, rysowałam i zapisywałam rzeczy w notatniku raz za razem, aż nie mogłam ich już zapomnieć. Większość pozostałych uczniów zapamiętywała słabiej. Zbyt byli zajęci głupawym szczerzeniem się przy każdej okazji do wszystkich. Kiedy zostaliśmy Zresetowani, podwyższono nam „radość” w naszych psychologicznych profilach.

Jeżeli podkręcono mi uśmiechy, to pewnie do tej pory w ogóle u mnie nie istniały.

ROZDZIAŁ TRZECI

Tato wyjmuje moją torbę z bagażnika i rusza w stronę domu, pogwizdując, z kluczami w ręce. Mama i Amy wysiadają z samochodu, po czym odwracają się, gdy nie idę w ich ślady.

– Pośpiesz się, Kyla – ponagla mama ze zniecierpliwieniem.

Pcham drzwi mocniej i mocniej, ale nic się nie dzieje. Podnoszę wzrok na mamę i żołądek zaczyna mi się skręcać, bo jej mina pasuje do tonu.

Wobec tego Amy otwiera mi z zewnątrz.

– Pociągasz tę rączkę po wewnętrznej stronie drzwi i wtedy je popychasz. Okej?

Zamyka drzwi z powrotem, a ja chwytam rączkę i robię, jak podpowiedziała. Drzwi otwierają się na oścież i wychodzę, zadowolona, że mogę rozprostować nogi i przeciągnąć się po długiej jeździe samochodem. Jedna godzina zamieniła się w trzy z powodu korków i objazdów, a przy każdym z nich mama robiła się coraz bardziej rozdrażniona.

Teraz chwyta mnie za nadgarstek.

– Patrz. Cztery i cztery tylko dlatego, że nie może sobie poradzić z drzwiami. Boże, zapowiada się ciężka praca.

Korci mnie, żeby wyrazić sprzeciw, powiedzieć, że to nie fair, że nie chodzi o drzwi, tylko o to, jak się czuję. Ale nie wiem, co powinnam mówić, a czego nie powinnam. Nie odzywam się więc i przygryzam od wewnątrz policzek, mocno.

Amy obejmuje mnie, podczas gdy mama idzie za tatą do domu.

– Nie chciała być niemiła. Jest w zrzędliwym nastroju, bo twój pierwszy obiad się opóźni. A w ogóle nigdy dotąd nie byłaś w samochodzie, prawda? Skąd miałaś to wiedzieć?

Robi przerwę, a ja znów nie wiem, co powiedzieć, ale tym razem dlatego, że jest miła. Próbuję się więc uśmiechnąć, choć odrobinę, i udaje mi się – uśmiech jest prawdziwy.

Amy odpowiada uśmiechem szerszym od mojego.

– Chcesz się rozejrzeć, zanim wejdziemy do środka? – pyta.

Samochód stoi zaparkowany na prawo od domu, na nawierzchni z drobnych kamyków, które chrzęszczą nam pod nogami. Ogród od frontu to kwadratowy zielony trawnik, po lewej rośnie masywne drzewo – dąb? Jego liście są żółte, pomarańczowe i czerwone, część leży nieporządnie na ziemi. Liście spadają jesienią, przypominam sobie. A jaki dziś dzień? Trzynasty września. Po obu stronach drzwi frotowych rośnie kilka mizernych czerwonych i różowych kwiatów z płatkami opadającymi na ziemię. I wszędzie wokół mnie tyle przestrzeni. Tak cicho po szpitalnym zgiełku i po Londynie. Stoję na trawie i głęboko wdycham chłodne powietrze. Wyczuwam w nim wilgoć oraz pełnię i zakończenie życia, jak w tamtych opadłych liściach.

– Wejdziesz? – odzywa się Amy, więc wchodzę za nią przez frontowe drzwi do holu.

Dalej znajduje się pokój z sofami, lampami i stolikami. Na jednej ścianie dominuje ogromny czarny płaski ekran. Telewizor? Jest znacznie większy od tamtego w szpitalnej świetlicy; nie żeby mi pozwalano zbliżyć się do niego po moim pierwszym razie. Po oglądaniu pogorszyły się moje koszmary.

Ten pokój prowadzi do kolejnego: są tutaj długie blaty, a nad i pod nimi szafki. I wielka kuchenka, nad którą pochyla się w tej chwili mama, wstawiając do środka jakieś naczynie.

– Idź do swojego pokoju i rozpakuj się przed obiadem, Kyla – nakazuje.

Aż podskakuję ze zdenerwowania. Amy bierze mnie za rękę.

– Tędy – mówi i wyciąga mnie z powrotem do holu.

Idę za nią po schodach do następnego korytarza z trojgiem drzwi i kolejnymi schodami prowadzącymi jeszcze wyżej.

– My mieszkamy na tym piętrze, mama i tato na górze. Zobacz, to moje drzwi. – Amy wskazuje na prawo. – Tamte na końcu to łazienka, nasza wspólna. A to jest twój pokój. – Pokazuje w lewo.

Patrzę na nią.

– Śmiało.

Drzwi nie są domknięte. Popycham je i wchodzę.

Wnętrze znacznie większe od mojego szpitalnego pokoju. Torba już leży na podłodze, pewnie tato ją przyniósł. Jest tutaj toaletka z szufladkami i lustrem, obok szafa. Żadnej umywalki. Duże, szerokie okno wychodzące z przodu domu.

Dwa łóżka.

Amy wchodzi i siada na jednym z nich.

– Pomyśleliśmy, że na początek wstawimy dwa. Mogłabym zostać z tobą w nocy, gdybyś chciała. Pielęgniarka powiedziała, że to może być dobry pomysł, dopóki się nie zadomowisz.

Nie mówi więcej, ale i tak się domyślam. Musieli im powiedzieć. Na wypadek, gdybym miała koszmary. Zawsze je mam i jeżeli nikt się przy mnie nie zjawi wystarczająco szybko po moim przebudzeniu, spadnę za nisko i Levo mnie wyłączy.

Siadam na drugim łóżku. Leży na nim coś okrągłego, czarnego i futrzanego. Wyciągam rękę, lecz zaraz ją zatrzymuję.

– Śmiało. To Sebastian, nasz kot. Jest bardzo przyjacielski.

Lekko dotykam jego futerka końcami palców. Ciepłe i miękkie.

Kot porusza się i kłębek się rozwija, gdy zwierzak rozprostowuje łapy, zadziera głowę i ziewa.

Rzecz jasna, widziałam na zdjęciach koty. Lecz ten jest inny. Ma w sobie coś znacznie więcej niż płaski obrazek – żyje, jego oddech czuć rybą, jedwabiste futerko marszczy się, gdy kot się przeciąga, duże żółtozielone oczy wpatrują się w moje.

– Miau – odzywa się, a ja podskakuję.

Amy wstaje, nachyla się.

– Pogłaszcz go, o tak. – Przesuwa dłonią po futrze zwierzaka od łebka po ogon.

Naśladuję ją, a kot wydaje głęboki dźwięk, który wibruje, rozchodząc się od gardła po całym ciele.

– Co to?

Amy uśmiecha się.

– Kot mruczy, a to oznacza, że cię lubi.

Później za oknem jest ciemno. Amy śpi w drugim łóżku w moim pokoju. Sebastian leży obok mnie i lekko mruczy, gdy go głaszczę. Drzwi są uchylone dla kota, słychać dobiegające z dołu dźwięki. Z kuchni stukanie naczyń. Głosy.

– Jest taką cichą małą istotą, prawda? – odzywa się tato.

– Nie musisz tego mówić. Zupełnie inaczej niż Amy. Nie przestawała chichotać i szczebiotać, od pierwszego dnia, odkąd przestąpiła próg domu.

– Wciąż tak się zachowuje – przytakuje tato i śmieje się.

– Jest inna, to prawda. Trochę dziwna na mój gust. Te wielkie zielone oczy nic, tylko się gapią i gapią.

– O, jest słodziutka. Daj jej szansę, żeby się zadomowiła.

– To jej ostatnia szansa, nie?

– Ciii.

Na dole zamykają się drzwi i nic już nie słyszę. Tylko słaby pomruk.

Nie chciałam opuszczać szpitala. Nie chodziło mi o to, żeby tam zostać na zawsze, ale w tamtych ścianach wiedziałam, gdzie jestem. Na ile pasuję, czego ode mnie oczekują. Tu wszystko jest nieznane.

Ale nie tak przerażające, jak myślałam. Widzę, że Amy jest cudowna. Tato wydaje się w porządku. Domyślam się, że Sebastian okaże się lepszy niż czekolada – jeśli zdarzy mi się opaść za nisko, wyciągnie mnie z dołka. I jedzenie smakuje znacznie lepiej. Moja pierwsza niedzielna pieczeń. Amy powiedziała, że jadamy tak co tydzień.

Obiad i nie prysznic, tylko kąpiel – wanna pełna gorącej wody do wymoczenia się – około siódmej, przed snem.

Mama uważa, że jestem dziwna. Muszę pamiętać, żeby się na nią tyle nie gapić.

Ogarnia mnie już sen, kiedy przez głowę przepływają mi jej słowa.

O s t a t n i a   s z a n s a…

Czy miałam inne szanse?

O s t a t n i a   s z a n s a…

Biegnę.

Fale wbijają pazury w piasek, kiedy się zmuszam, by pędzić stopa za stopą, jeszcze raz i jeszcze. Urywany oddech, wdech, wydech, aż płuca chcą wybuchnąć. Wciąż biegnę. Złoty piach ustępuje pod moimi stopami i rozciąga się w dal i w dal, jak okiem sięgnąć, a ja znów wspinam się po pochyłości i ześlizguję w dół, i biegnę.

Strach łapie mnie za pięty.

To się zbliża.

Nie mogę się odwrócić, by stawić temu czemuś czoło, żeby zobaczyć, co to.

Biegnę.

– Ciii, jestem z tobą.

Wyrywam się, po czym dociera do mnie, że obejmuje mnie Amy.

Drzwi się otwierają i z korytarza wpada przez nie światło.

– Co się dzieje? – pyta mama.

– To tylko zły sen – odpowiada Amy. – Ale już w porządku, prawda, Kyla?

Moje serce zwalnia, wzrok się przejaśnia. Odsuwam ją.

– Tak, nic mi nie jest.

Mówię to, lecz cząstka mnie wciąż biegnie.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Przemykam wśród drzew, wiruję i zaraz kładę się na pełnej stokrotek trawie. Sama. Spoglądam na przesuwające się po niebie chmury, których kształtów nie rozpoznaję do końca. Nazwy wymykają mi się, kiedy je próbuję złapać, pozwalam im więc uciekać. Po prostu leżę tu i jestem  s o b ą.

Już czas. Jak mgła rozwiewam się do nicości. Drzewa i niebo ustępują miejsca czerni pod zamkniętymi powiekami, łaskocząca trawa zamienia się w łóżko.

Cisza. Dlaczego jest tak cicho? Moje ciało wie, że już po piątej rano, ale nie odzywa się żaden brzęczyk, nie słychać klekotu wózków śniadaniowych w korytarzu.

Leżę nieruchomo, wstrzymuję oddech i nasłuchuję.

Łagodne, równe oddychanie. Blisko mnie. Czy w nocy straciłam przytomność i w moim pokoju jest obserwator? Jeśli tak, to raczej śpi niż pilnuje.

Z innej strony dobiegają ciche radosne dźwięki, wznoszą się i opadają w oddali, jak muzyka. Ptaki?

Coś ciepłego u moich stóp.

Nie jestem w swoim szpitalnym pokoju. Otwieram raptownie oczy i przypominam sobie.

Tuż obok jest nie obserwator, tylko Amy. Śpi mocnym snem i oddycha głęboko, podobnie jak Sebastian u moich stóp. Zresztą może on też jest jakiegoś rodzaju obserwatorem.

Przemykam cicho do okna, odsłaniam je.

Ś w i t.

Czerwone pasma na niebie, różowe plamy na kłaczkach obłoków, jak faliste kawałki metalu światło lśni na trawie i mokrych liściach, w dzikich rozbryzgach kolorów. Pomarańczowy, złoty, czerwony i wszystkie pośrednie odcienie.

Pięknie.

Moje szpitalne okno wychodziło na zachód. Widywałam, jak słońce zachodzi, co prawda przesłonięte zabudowaniami, lecz nigdy nie widziałam wschodu.

Ptaki mają przyjaciół i do wcześniejszych cichych treli dołącza coraz więcej śpiewaków. Otwieram okno, wychylam się  i   o d d y c h a m.  Powietrze jest świeże, bez metalicznego czy dezynfekcyjnego zapachu. Wilgotna zieleń z ogrodu oraz z pól, które rozciągają się dalej, migocząc w świetle wczesnego ranka.

I z jakiegoś powodu ogarnia mnie pewność. Miasto nigdy nie było moim światem. Byłam – jestem – dziewczyną ze wsi. To pewne jak własny oddech, takie właśnie miejsce bardziej odbieram jako dom.

I nie  j a k o  dom – to  j e s t  dom: wczoraj, dzisiaj; przez ile przyszłych dni – tego nie wiem.

A także zanim stałam się tym, kim jestem teraz. Doktor Lysander mówi, że wyobrażam sobie rzeczy w podświadomości i nie ma sposobu, by sprawdzić, czy są prawdziwe, czy nie. Nadaję sens nieznanym rzeczom, by je uporządkować, tak jak rysuję schematy, mapy. Twarze.

Poniżej przyzywają mnie lśniąca rosą trawa, opadające spiralnie liście w tylu bogatych kolorach, a zwłaszcza przekwitające kwiaty wokół domu. Wszystkie błagają, by je uchwycić, uporządkować, chcą się stać liniami na papierze. Cicho zamykam okno i rozglądam się po pokoju. Amy leży spokojnie, bez ruchu, tylko pierś unosi się jej miarowo i opada.

Z końca mojego łóżka obserwuje mnie dwoje zielonych oczu.

– Miau!

– Ciii. Nie budź Amy – szepczę i przesuwam dłonią po futrze Sebastiana. Kot się przeciąga i ziewa.

Gdzie są moje przybory do rysowania? Wczoraj po południu Amy rozpakowała moją torbę. Sama nie miałam do tego głowy, za dużo było rzeczy i ludzi, zbyt wiele to pochłaniało uwagi.

Otwieram szufladę, potem drugą, ostrożnie i cicho. I wreszcie znajduję swoją teczkę, szkicownik i kredki.

Wyjmuję je oraz leżącą pod spodem konspiracyjną bombonierkę, którą na pożegnanie podarowały mi pielęgniarki z dziesiątego piętra. Zaledwie wczoraj rano, uświadamiam sobie z zaskoczeniem. Wydaje się, że dawniej; tamte chwile należą już do przeszłości.

Levo wskazuje 6,1. Całkiem wysoki poziom,  n i e   p o t r z e b u j ę  czekolady. Lecz komu potrzebne wymówki? Otwieram pudełko.

– Interesujący wybór na śniadanie – odzywa się Amy. Po czym siada na łóżku i ziewa. – Jesteś rannym ptaszkiem?

Patrzę na nią w osłupieniu.

– Zawsze wstajesz wcześnie?

Zastanawiam się.

– Chyba tak – odpowiadam w końcu. – Pewnie dlatego, że w szpitalu nie ma innego wyboru.

– O, pamiętam. Ten okropny poranny brzęczyk. Śniadanie o szóstej. – Wzdryga się.

– Chcesz? Poczęstuj się. – Podsuwam jej bombonierkę.

– Ooo, kuszące. Może później, kiedy się bardziej rozbudzę. Co to jest? – Wskazuje na teczkę w mojej ręce.

– Moje rysunki.

– Mogę zobaczyć?

Waham się. Rzadko pokazuję je komukolwiek, choć doktor Lysander nalegała, żeby je od czasu do czasu obejrzeć.

– Nie musisz mi pokazywać, jeśli nie chcesz.

Siadam obok niej i otwieram teczkę, wyjmuję arkusiki. Amy wykrzykuje już przy pierwszym. Autoportret. Ja, ale inna: do połowy taka, jaką się widzę w lustrze, druga połowa bez skóry, z pustego oczodołu zwisa gałka oczna.

– Mogę? – Wyciąga rękę, więc jej podaję rysunek.

Przedtem jednak nie leżał na wierzchu. Zaczynam przeglądać kartki.

– Jesteś naprawdę dobra, to niesamowite.

Za mało tych rysunków, plik papierów nie jest tak gruby, jak powinien. Gdzie się podziały?

– Coś nie tak?

– Brakuje rysunków.

– Jesteś pewna?

Kiwam głową. I przeglądam je wolniej.

Te, które przedstawiają mnie, mój pokój, wyobrażonych ludzi i miejsca, są wszystkie. Zniknęły jednak inne.

– Jestem pewna. Prawie połowy nie ma.

– Co na nich było?

– Różne rzeczy. Pielęgniarki. Moje piętro w szpitalu, mapy różnych zakamarków, pomieszczeń. Doktor Lysander. I…

– Powiedziałaś: doktor Lysander? – Mojej siostrze rozszerzają się oczy.

Kiwam głową, wciąż przeglądając kartki, przekonana, że jeśli lepiej poszukam, wszystkie się znajdą.

– Ta doktor Lysander? Naprawdę ją znasz?

Przestaję szukać. Nie ma ich tu. Przepadły.

„Bzzzz”. Ostrzeżenie z nadgarstka: 4,3 i spada.

Amy otacza mnie ramieniem. Trzęsę się, ale nie z zimna. Kto to mógł zrobić? Zabrać jedyne rzeczy, które są naprawdę moje.

– Możesz narysować nowe. Prawda?

3,9 i spada.

– Kyla! Patrz na mnie. – Amy potrząsa mną. – Patrz – powtarza.

Odrywam wzrok od swego autoportretu, od martwej połowy twarzy. Spoglądam na Amy. W jej oczach widzę troskę i strach o mnie, kimkolwiek jestem.

3,4…

– Kyla, możesz narysować mnie. Zrób to teraz.

Wyciąga szkicownik, wsuwa mi do ręki ołówek.

Rysuję.

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Mogę zobaczyć? – pyta Amy. Wygina szyję do przodu, ale zmieniam kąt szkicownika.

– Jeszcze nie. Siedź spokojnie, bo inaczej nie skończę.

– Ale się rządzisz.

– Już niedługo – obiecuję i znowu na nią spoglądam, po czym wracam do rysowania, żeby zrobić kilka ostatnich pociągnięć ołówkiem.

Amy uśmiecha się.

– Jak twój poziom?

Odwracam nadgarstek, by sprawdzić.

– W porządku. Pięć i dwa, stabilny.

Otwierają się drzwi, ale nie podnoszę wzroku.

– Jesteście gotowe do śniadania? – pyta mama.

– Prawie – mówię, jeszcze raz rzucając okiem na Amy, a potem na szkic w swoich rękach. Ostatnia kreska, już. – Gotowe. – Odkładam ołówek.

– Pokaż mi! – Siostra zrywa się z miejsca, mama podchodzi bliżej. – Świetne – chwali Amy.

Mamie usta zaokrąglają się ze zdziwienia.

– To Amy, uchwyciłaś ją tak po prostu. Oprawię ten rysunek i powieszę na ścianie. Mogę?

– Tak – odpowiadam z uśmiechem.

Na śniadanie są naleśniki. Z masłem, które rozpływa się w strużkach, i z syropem lub dżemem truskawkowym. Próbuję obu wersji, razem:  b a r d z o  smaczne.

– Nie myśl, że tak się objadamy codziennie – ostrzega mama.

Mój portret Amy wisi na lodówce, przytwierdzony magnesem, a nie w ramce na ścianie, a mama wróciła do swojej najeżonej osobowości.

– Amy, masz dwadzieścia minut do autobusu, a na moje oko nie wyglądasz na ani trochę gotową.

– Nie mogę zostać dziś w domu z Kylą?

– Nie.

– Gdzie tato? – pytam.

– W pracy, rzecz jasna. Ja też bym była w swojej, gdyby nie to, że ze względu na ciebie wzięłam wolne.

Podsumowuję. Amy idzie do szkoły, tato jest w pracy, co oznacza, że na cały dzień zostaję z mamą.

– Kiedy będę mogła zacząć szkołę? Mogę iść już dziś?

– Nie.

– Najpierw musi cię ocenić rejonowa pielęgniarka – wyjaśnia Amy. – Musi stwierdzić, że jesteś gotowa. Potem szkoła testuje cię, żeby sprawdzić, do której pójdziesz klasy. Przysłali ci parę książek do przeczytania.

– O.

– Pielęgniarka wpadnie do ciebie już dzisiaj po południu – oznajmia mama.

Przysięgam sobie, że będę się zachowywać jak najlepiej, żeby wypaść na w pełni dostosowaną.

Amy pędzi na górę po swoje szkolne rzeczy i mundurek. Kończy w tym roku szkołę średnią, zdaje maturę. W wieku dziewiętnastu lat powinna być na wyższej uczelni, studiować pielęgniarstwo, jak planuje. Ale potrzebowała dodatkowego roku, żeby nadrobić zaległości. Miała czternaście lat, kiedy została Zresetowana. Ja mam teraz szesnaście. Ile lat będę musiała dodatkowo spędzić w szkole?

– Możesz pozmywać – proponuje mama.

– Co pozmywać?

Przewraca oczami.

– Naczynia.

Staję i patrzę na nie – leżą na stole.

Mama wzdycha.

– Weź brudne naczynia ze stołu i połóż je tutaj. – Wskazuje na blat obok zlewozmywaka.

Przenoszę jeden talerz i wracam po drugi.

– Nie! Tak będzie to trwało wieczność. Połóż jeden na drugim. O tak.

Składa talerze na stertę, na wierzchu kładzie z brzękiem sztućce, po czym przestawia wszystko razem na blat.

– Nalej wody do zlewu. Dodaj płynu, tylko trochę. – Naciska butelkę nad zlewem.

Bąbelki!

– Myjesz tą szczotką. – Pokazuje, szorując talerz. – Płuczesz pod kranem, odkładasz na suszarkę, o tak. Powtarzasz. Rozumiesz?

– Chyba tak.

Zanurzam ręce w gorącej wodzie.

Więc to jest zmywanie naczyń.

Ostrożnie czyszczę talerz z lepkich pozostałości naleśników i syropu, płuczę go i odkładam do suszenia.

– Dodaj gazu, inaczej zajmie ci to cały dzień.

Zatrzymuję się i rozglądam dokoła.

– Dodać czego?

– Gazu, mam na myśli:  p r z y ś p i e s z.

Talerze, potem kubki. Nie jest tak źle. Przyśpieszam i mama zaczyna je wycierać ściereczką. Amy pędzi na dół, akurat kiedy się biorę do mycia sztućców.

Wyrywa mi się cichy okrzyk i spuszczam wzrok. Z noża, który zaciskam w prawej dłoni, cieknie cienka czerwona strużka. Amy wpada do kuchni.

– O, nie! Kyla.

Mama odwraca się i mruczy coś pod nosem. Chwyta papierowy ręcznik.

– Przyciśnij do rany, bo wszystko zakrwawisz.

Robię, jak każe, a Amy głaszcze mnie po ramieniu i patrzy na moje Levo: 5,1.

– Nie boli? – pyta.

Wzruszam ramionami.

– Trochę – odpowiadam. Faktycznie boli, ale ignoruję gorący ból, który ostro pulsuje mi w ręce, i patrzę zafascynowana, jak intensywna czerwień wsiąka w papierowy ręcznik, płynie coraz wolniej, przestaje.

– To tylko zadraśnięcie – mówi mama, oglądając ranę. – Pielęgniarka zerknie na to później. Nic jej nie jest, Amy. Leć, bo się spóźnisz na autobus.

Mama owija mi rękę bandażem, podczas gdy Amy wypada z domu.

Mama uśmiecha się.

– Zapomniałam ci powiedzieć, Kyla. Noże są ostre. Nie chwytaj ich za szpiczastą część.

Tak wiele rzeczy do zapamiętania.

Później pielęgniarka Penny odwija opatrunek, żeby sprawdzić ranę.

– Powinno się obejść bez szycia – mówi. – Zdezynfekuję tylko środkiem antyseptycznym. Uważaj, może trochę szczypać.

Polewa mi rękę czymś żółtym – piecze, aż oczy mi łzawią – po czym bandażuje z powrotem.

– To było dziwne – odzywa się mama – gdy się zacięła. Stała po prostu i patrzyła, jak krew ścieka jej z ręki. Żadnych łez, żadnej reakcji.

– Cóż, zapewne nigdy się dotąd nie zraniła. Nigdy nie widziała krwi płynącej w ten sposób.

Ha. Uwielbiam, gdy ludzie mówią o mnie tak, jakby mnie przy tym nie było.

– Poziom jej przy tym nie opadł ani nic. I…

– Przepraszam – wtrącam ze swoim jak najlepiej przystosowanym uśmiechem. Obie podskakują, jakbym była duchem, który zmaterializował się nagle w ich obecności. – Kiedy będę mogła pójść do szkoły?

– Nie martw się tym na razie, moja droga – odpowiada Penny. – Przejrzyj te książki, które ci przysłali. – I zwraca się z powrotem do mamy: – Musi się pani postarać wskazywać potencjalne zagrożenia, jak choćby nóż. Ona może na to nie wygląda, ale pod pewnymi względami jest naprawdę jak małe dziecko i…

– Przepraszam. – Znów się uśmiecham.

Penny odwraca się do mnie.

– Tak, moja droga?

– Te książki przysłane ze szkoły. Przejrzałam je rano. Są zbyt łatwe. To wszystko wiem już ze szkoły szpitalnej.

– Czyli jesteś geniuszem, co? – stwierdza mama z miną, która świadczy, że jestem czymś przeciwnym.

Penny wyciąga z torby netbook. Marszczy brwi i dotyka ekranu z boku, po czym przesuwa palcami po ekranie, szukając plików.

– Cóż, właściwie jest blisko. Przed opuszczeniem szpitala testy wykazały poziom wiedzy odpowiedni do wieku. To się prawie nie zdarza, większość z nich jest zapóźniona o całe lata. Przekażę szkole, żeby przysłali więcej materiału. A może Amy ma jakieś stare podręczniki? Musimy sprawdzić, które przedmioty ci odpowiadają.

Zamyka netbook i zwraca się z powrotem do mamy:

– Na czym stanęłam? O, tak. W szpitalu nie ma ostrych narożników, żadnych zagrożeń. Dlatego teraz wszystko trzeba pokazywać. Jak przechodzenie przez drogę i…

– Przepraszam. – Nawet dla mnie mój uśmiech zaczyna wyglądać na wysilony. Zwichnięty.

– O co chodzi tym razem? – pyta mama.

– Wiem, jaki przedmiot chcę wybrać.

Penny unosi brew.

– O, już wiesz, czyżby? A zatem jaki?

– Plastykę.

Uśmiecha się.

– Cóż, może przydadzą ci się bardziej praktyczne przedmioty. I w szkole będą musieli ocenić, czy się nadajesz na plastykę.

Mama wskazuje na lodówkę.

– Narysowała to dziś rano. Portret Amy.

Penny wstaje, by obejrzeć rysunek, i oczy się jej rozszerzają.

– Cóż, myślę, że ci pozwolą, moja droga.

Zwraca się znów do mamy:

– Wspaniale poprowadziliście państwo Amy, jest cudowna. Kyla zapewne z czasem dostosuje się do waszej rodziny.

Krzyżuję ręce na piersi. Kyla się dostosuje, a co z pozostałymi?

– Śnił jej się w nocy koszmar – przypomina sobie mama. – Zbudziła krzykiem cały dom.

Penny znowu otwiera netbook. Może lepiej byłoby spytać o to mnie. W końcu to ja wiem o tym wszystko.

– Obawiam się, że to cała historia. Niewątpliwie właśnie dlatego trzymano ją w szpitalu tak długo. Dziewięć miesięcy zamiast zwyczajowych sześciu. Postaramy się znaleźć jakiś sposób na kontrolowanie tego w Grupie. W szpitalu wypróbowano wszystkie typowe medykamenty, ale tylko pogorszyły sprawę. I…

– Przepraszam. Czy mogłaby pani mówić do mnie zamiast o mnie?

Uśmiech spełza z twarzy pielęgniarki.

– Widzi pani, przed czym stoję – mówi mama i wzdycha.

– Częściowo małe dziecko, częściowo krnąbrna nastolatka – stwierdza Penny. – Kylo, moja droga, pozwól mi porozmawiać z twoją mamą. Może pobiegniesz na górę?

Zatrzaskuję za sobą drzwi i rzucam się na łóżko. Ani śladu Sebastiana, a do powrotu Amy zostały dwie godziny.

Moja teczka z rysunkami leży na toaletce. Biorę szkicownik.

Teraz, gdy szok już minął, nie ma znaczenia, że czegoś brakuje. Jeżeli zamknę oczy, wszystko widzę w głowie. Każdy szczegół. Narysuję je od nowa.

Chwytam ołówek, ale nie jest dobrze – spoczywa pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym prawej dłoni akurat tam, gdzie się zacięłam. Pora na eksperyment: przekładam ołówek do lewej ręki. Początkowo czuję się z tym niezręcznie, niewłaściwie. Rysuję kilka szybkich szkiców i zaczynam się rozluźniać, nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że coś jest nie tak, wręcz na granicy strachu, że jeśli pociągnę to dalej, coś się stanie.

Ale nie mogę przestać.

Świeża kartka: kto pierwszy?

Doktor Lysander. W jej postaci najważniejsze są oczy. Niełatwe do uchwycenia, na ogół przesłonięte powiekami i chłodne, ale doktor potrafi nieraz przeszyć wzrokiem. A kiedy to robi, wydaje się bardziej tym zaskoczona niż ja.

Zaczynam, wahając się początkowo z niewprawną ręką. Kreska, cieniowanie, reszta. Coraz szybciej i pewniej, w miarę jak nabieram wprawy. Doktor Lysander spogląda na mnie spod ołówka. Dostaję gęsiej skórki na rękach, na karku.

Dziwne.

Lewą ręką rysuję znacznie lepiej.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Do mojego umysłu wślizgują się głosy. Dobiegają z zewnątrz?

Odkładam ołówek i podchodzę do okna. Na dole w ogrodzie zauważam chłopaka i dwie dziewczyny w takich samych szkolnych mundurkach jak Amy: kasztanowy sweter i czarne spodnie. Chowam nowy rysunek pod starymi w szufladzie i idę na schody. Amy i mama stoją w korytarzu na dole.

– Idziemy tylko na spacer. Dlaczego nie? – pyta Amy.

– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. Nie wychodziła jeszcze z domu. A ruch na drodze? – odpowiada mama.

Znów o mnie mowa.

– Tak się składa, że wiem, że nie wolno wskakiwać pod samochody – mówię, zatrzymując się na ostatnim stopniu.

– O, zawracanie głowy. Więc ją bierz! Tylko dobrze jej pilnuj.

– Wiem, mamo – zapewnia Amy. A kiedy mamy nie ma już w korytarzu, dodaje po cichu: – Wiem lepiej niż ty. – Zwraca się do mnie: – Kyla, chodź, poznasz moich przyjaciół.

Ruszam w stronę drzwi.

– Najpierw włóż jakieś buty.

O. Rzeczywiście. Amy znajduje adidasy, w których wczoraj wyszłam ze szpitala, i czeka, aż się uporam ze sznurówkami. Wychodzimy.

– To jest Jazz. – Wskazuje na chłopaka. – A to Chloe i Debs. Poznajcie Kylę.

– O, jest urocza. Szkoda, że się nie mogę zamienić na siostry – mówi Chloe. – Ile ma lat?

– Mów  d o   n i e j,  jeśli się chcesz czegoś dowiedzieć – podsuwa Amy.

– Szesnaście – odpowiadam.

– Słodka szesnastka i nigdy się nie całowała – zaczyna śpiewać Jazz, kiedy idziemy drogą.

Policzki mi płoną. Amy daje mu kuksańca w ramię.

– Zamknij się, głąbku. Ani się waż. – Amy ogląda się za siebie, nasz dom właśnie znika z pola widzenia.

Jazz łapie ją za rękę.

– Przepraszam, przekomarzałem się. Wybaczy mi pani?

– Chyba tak – odpowiada Amy, a on otacza ją ramieniem w pasie.

Moja siostra jest wysoka, ale Jazz ją przewyższa. Szeroki w barach, idzie z naturalną lekkością. Teraz, gdy jestem bliżej, domyślam się, że to już nie chłopak, wygląda raczej na osiemnaście lat, czyli jest znacznie starszy od tych, których spotykałam w szpitalu. I różni się od nich jeszcze w inny sposób: ma w uśmiechu coś szelmowskiego, czego nigdy nie widziałam u żadnego Zresetowanego chłopaka. Jest świetny.

Idziemy przez wieś w kierunku, z którego przyjechaliśmy wczoraj samochodem. Mijamy wolno stojące domy, takie jak nasz, potem szeregówki, pub z napisem „Biały Lew” na malowanym szyldzie. Aż docieramy do słupka wyznaczającego początek terenu zielonego i znaku „ścieżka dla pieszych”.

– Macie ochotę się przejść? – pyta Jazz.

Chloe i Debs zdecydowanie nie chcą i zaraz się żegnają.

Amy bierze mnie za rękę, za drugą chwyta ją Jazz.

– Chodźcie – mówi.

Teren wkrótce staje się nierówny i wyboisty, muszę się skupiać na stawianiu stóp. Po jednej stronie rośnie wysoki żywopłot, po drugiej, na pochyłości rozciągają się pola z martwym rżyskiem po czymś, co tutaj kiedyś rosło. Ścieżka się zwęża i Amy puszcza rękę chłopaka, a moją wciąż trzyma.

Jazz protestuje.

– Zamknij się, głąbku – ucina moja siostra i chłopak rusza przodem.

Wspinamy się coraz wyżej, oddech mi przyśpiesza. Żywopłot i pola ustępują drzewom, napawam się przemieszaniem pomarańczowych i czerwonych liści, brązowych i zielonych pni. Niektóre krzewy mają czerwone owoce i kolczaste zielone liście, które kłują przy dotknięciu. Ostrokrzew?

– Widok jest tam, moje panie – ogłasza Jazz.

Skręcamy i naszym oczom ukazuje się panorama lasów i pól, w oddali rysują się pokryte dachówkami dachy, ogrody i drogi.

– Patrz, Kyla – mówi Amy. – Widać stąd całą wioskę. Tam jest nasz dom. Widzisz? Drugi po lewej. – Wskazuje palcem i dostrzegam kryty dachówką dach oraz ceglane ściany naszego domu.

Siadamy na zwalonym pniu. Jazz ze zrezygnowaną miną otacza ramionami moją siostrę od tyłu. Zdaje się, że zazwyczaj przychodzą tutaj we dwoje.

Amy szturcha go łokciem w żebra.

– A więc, Kyla – zagaduje Jazz. – Jak ci się układa ze Smoczycą?

– Smoczycą?

– Ma na myśli mamę – wyjaśnia Amy.

– A…

– Nic już nie mów! Rozumiem „a”. Czyli zauważyłaś, że nie jest świętą matczyną postacią z reklamy, tylko zionącą ogniem mityczną zieloną bestią.

Chichoczę.

– To nie fair – odzywa się Amy. – Mama nie jest zła, trzeba ją lepiej poznać. Kiedyś się jej bałam, a potem nagle dotarło do mnie, że jest w porządku.

– Wiesz, dla mnie to naprawdę dziwne, że obie z marszu nazywacie ją mamą – mówi Jazz.

– Co w tym dziwnego? – pytam.

– No, dopiero co ją poznałyście, nie?

Amy potrząsa głową.

– To nie ma znaczenia. Tak ci powtarzają w szpitalu, od samego początku. Że mama i tato przyjadą i zabiorą cię do domu.

– Prefabrykowane dzieciaki – stwierdza Jazz, po czym robi unik, gdy Amy odwraca się, by mu przyłożyć.

– Więc dla wszystkich jesteśmy inne – zauważam.

– Unikatowe – poprawia Amy.

– Moja niezwykła dziewczyna – mówi Jazz i całuje ją w policzek.

– W tej wsi jesteśmy takie tylko my dwie – wyjaśnia Amy. – Dlatego tak się cieszę, że przyjechałaś. Już nie będę jedyna. Za to w szkole mamy takich osób kilkanaście, z całej okolicy.

Jazz zerka na zegarek i z przekleństwem znika, pędząc ścieżką, którą tutaj przyszliśmy.

– Jego rodzice mają gospodarstwo – tłumaczy Amy. – W niektóre dni Jazz musi pomagać po szkole. Wrócimy dłuższą drogą. – Ruszamy inną ścieżką. – A tak poważnie: jak ci się układało dzisiaj z mamą?

Wzruszam ramionami.

– Chyba mnie nawet nie lubi. Czemu mnie wzięła, skoro tak naprawdę nie chce?

– Ależ chce. Nie okazuje tego zbytnio. To skomplikowane.

– I tak wystarczająco trudne jest „proste”. Komu potrzebne „skomplikowane”?

– Nie przejmuj się tym teraz. Ale jedno warto pamiętać. Mama czasami nie słyszy tego, czego nie wypowiadasz. Nie bój się mówić jej, co myślisz.

Ścieżka robi się bardziej stroma i Amy wysuwa się naprzód. Przy schodzeniu znów muszę się skupiać na swoich stopach. Myślę o tym, co Amy powiedziała o mamie – Smoczycy, jak ją nazwał Jazz.

– Czy Jazz to twój chłopak?

– Tak. Nie mów mamie. Nie lubi go.

Zaśpiewał dla mnie. „Słodka szesnastka i nigdy się nie całowała”. Tylko czy to na pewno prawda? Jeżeli nie pamiętam, to pewnie się nie liczy.

– W szpitalu bardzo surowo ostrzegali mnie, żebym za wszelką cenę unikała chłopaków. Bo mi namieszają w poziomach.

– O, racja! – Amy się śmieje. – Chyba lepiej, żebyś przez jakiś czas dała sobie z nimi spokój. Sekret polega na tym, żeby zacząć z takim, na którym za bardzo ci nie zależy.

Jaki to ma wtedy sens?

ROZDZIAŁ SIÓDMY

– Gdzie byłyście? – Mama czeka na nas w drzwiach ze skrzyżowanymi ramionami.

– Powiedziałam ci, że idziemy na spacer – odpowiada Amy, podczas gdy wchodzimy i zdejmujemy buty.

– Te buty są ubłocone. Nie poszłyście chyba same ścieżką na wzgórze, co? Mówiłam ci, że to nie jest bezpieczne.

– Nie, oczywiście, że nie. Nie byłyśmy same – zapewnia Amy i odwrócona tyłem do mamy przewraca oczami.

– Kyla, czy to prawda? – Mama kieruje na mnie piorunujące smocze spojrzenie.

– Tak – potwierdzam. Bo tak było: Jazz poszedł z nami. Wracałyśmy bez niego, ale nie o to pytała.

– Posłuchajcie mnie obie. Wiecie, że nie jest bezpiecznie, jeżeli chodzicie same. Nie możecie się bronić.

Amy kiwa głową i przypominam sobie szpitalne lekcje  o s o b i s t e g o   b e z p i e c z e ń s t w a.  To część tego, że się jest Zresetowanym. Nie można się bronić, żeby przy tym kogoś nie zaatakować, dlatego trzeba być szczególnie ostrożnym.

Ale co jest tam na tej ścieżce oprócz drzew?

– Nie było was całe wieki. Martwiłam się. I o mało nie minęłyście się z tatą – mówi mama i spostrzegam, że koło niej w korytarzu stoi walizka.

Widzę teraz, że skóra mamy ma dziwny odcień – lekko smoczozielony. W drobnych zmarszczkach na jej czole i wokół oczu dopatruję się łusek. Czy z jej nozdrzy nie unosi się smużka dymu?

– Co w tym takiego zabawnego, moja panno? – zwraca się do mnie.

Natychmiast przestaje mi być do śmiechu.

– Nic. Przepraszam.

– Daj biednej dziewczynie spokój – odzywa się głos z salonu. Tato.

Amy podchodzi do niego i całuje go w policzek. Ja stoję niepewna w drzwiach.

– Chodź, Kyla. Siadaj. Opowiedz mi, jak ci minął dzień, a ja ci opowiem o swoim.

Wymieniamy się więc historiami. Tato z zainteresowaniem słucha, jak sobie rozcięłam rękę, o pielęgniarce Penny i o spacerze, a ja z zaciekawieniem przysłuchuję się jego opowieści.

Tato pracuje w komputerach. Dużo podróżuje, instaluje i testuje nowe systemy. Zaraz wyjeżdża, a wróci dopiero w sobotę. Całe pięć dni od teraz. Potem mówi mi o swojej rodzinie. Ma dwie siostry, jedna w sobotę wpadnie do nas z wizytą razem ze swym synem, wtedy będę mogła ich poznać. Druga mieszka daleko, w Szkocji, i być może odwiedzimy ją w przyszłym roku w lecie. Mama jest jedynaczką, jej rodzice zginęli wiele lat temu w wypadku samochodowym. Miała wtedy piętnaście lat.

Później, wieczorem, kiedy Amy i ja kładziemy się spać, wyciągam z ukrycia swój nowy rysunek.

– Amy, to… – Pokazuję jej dzisiejsze dzieło. – To doktor Lysander. Dlaczego zdziwiło cię, że ją znam?

Siostra bierze kartkę z moich rąk.

– Wygląda przerażająco!

– Potrafi taka być – mówię. – Ale czasami jest w porządku.

– Bardzo bym chciała z nią pracować, kiedy zostanę pielęgniarką. Jest niesamowita.

– Dlaczego?

– Nie wiesz? Właśnie ona to wszystko zaczęła: Resetowanie. Ona to wynalazła. Uczyliśmy się o tym w szkole.