Zranione uczucia. Tom 2 - K.A. Figaro - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

ontynuacja Prostego układu, gorącego romansu Łucji i Dymitra.

Prosty układ pomiędzy Łucją a Dymitrem przestał być opartym na niezobowiązującym gorącym seksie układem.

Pojawiły się bowiem uczucia, może nie do końca uświadomione, które zaburzają proste zasady. Igor nieźle namieszał Łucji w głowie i dziewczyna sama już nie wie, co o tym wszystkim sądzić. Los jednak bywa przewrotny i szykuje parze nie lada niespodziankę, która może wywrócić życie Łucji i Dymitra do góry nogami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


K.A. Figaro

Zranione uczucia

Copyright © by K.A. Figaro, MMXIX

Wydanie I

Warszawa, MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Rodzicom, bratu, córce i mężowi, którzy są przy mnie.

Dziękuję Wam za wszystko.

Rozdział 1

Od kilku dni moje mieszkanie tonęło w storczykach, różach i tulipanach. Dzień po koncercie włączyłam telefon, w którym znalazło się kilka wiadomości, między innymi od Igora, Dymitra, Roksany, Gabrieli i rodziców. Pełna wyrzutów sumienia od razu zadzwoniłam do staruszków. Dymitr pisał sprośne rzeczy, których nie miałam ochoty czytać. Wszystkie wiadomości od niego usunęłam. Roksana poinformowała mnie, że Marcin otrzymał zgodę na przeniesienie do Warszawy i teraz będą szczęśliwi. A ja? Niebawem będę obchodzić dwudzieste trzecie urodziny w samotności, niczym Bridget Jones, bo nie zamierzałam ani jechać do rodziców, ani wychodzić na jakąkolwiek imprezę. I wtedy wpadł mi do głowy pomysł: zarezerwuję bilet i pójdę w sobotnie urodziny do kina.

Zadowolona rozsiadłam się w fotelu i uśmiechnęłam pod nosem, czując, jak robi się gorąco. W pomieszczeniu panował ukrop, słońce przemieściło się i teraz centralnie ogrzewało gabinet. Już miałam wstać i włączyć wiatrak, kiedy nagle rozbrzmiał telefon.

– Halo?

– Łucjo, przyjdź do mnie – poprosił szef.

– Dobrze. Już idę.

Nie byłam specjalnie zdziwiona, ponieważ w ciągu tygodnia szef często mnie wzywał. Musiałam zdawać raporty i szacować koszty nadchodzących inwestycji. Przedwczoraj otrzymałam projekt związany z firmą mającą siedzibę we Francji. Miałam się z nim zapoznać, i to właśnie zrobiłam wczoraj po powrocie do domu.

Poprawiłam zgniłozieloną sukienkę. Grube ramiączka i delikatny dekolt podkreślały moje niewielkie piersi, a brązowy pasek – talię.

Z blatu chwyciłam skoroszyt z długopisem i wyszłam z biura, w myślach modląc się, aby nie spotkać mężczyzny, który ciągle siedział mi w głowie.

Stanęłam przed drzwiami prezesa i zapukałam. Wzięłam głęboki, uspokajający wdech, lecz to był błąd. Do moich nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach, którego nie pomyliłabym z żadnym innym. Zaczęłam nerwowo obracać się wokół własnej osi, ale nie spostrzegłam nigdzie JEGO. Serce waliło mi jak głupie.

– Wejść.

Nim chwyciłam za klamkę, drzwi się otworzyły. Zdziwiona spojrzałam na pana Sebastiana, który siedział na końcu pokoju, za biurkiem, i przeglądał dokumenty. Przekroczyłam niepewnie próg na drżących i uginających się nogach. Chcąc zamknąć za sobą drzwi, odwróciłam się przez lewe ramię i ujrzałam te pieprzone ciemne tęczówki, które świdrowały mnie od czubka głowy po stopy.

– Dzień dobry – rzekł zachrypniętym głosem.

– Dzień dobry – wycedziłam.

– Łucjo. Dymitrze. Zapraszam was do siebie. – Nim zdążyłam zrobić krok, Dymitr położył dłoń na moim krzyżu. Spojrzałam na niego gniewnie, dając do zrozumienia, żeby zabierał swoje łapska, lecz ten tylko irytująco się uśmiechnął. – Proszę, usiądźcie. – Sebastian wskazał na dwa fotele znajdujące się przed nami.

Boże, błagam! Niech to spotkanie skończy się jak najszybciej.

– Łucjo, zapoznałaś się z projektem, który ci dałem? – Skinęłam głową. – Świetnie. Zatem jedziecie we dwójkę do Francji w tę niedzielę po południu. Bella zarezerwowała dla was bilety.

– Ale… – zająknęłam się.

– Tak? – Podniósł spojrzenie i wyczekująco patrzył w moją stronę, stukając długopisem o blat stołu.

– Nie. Nic.

– Łucjo, czekam na odpowiedź.

– To nic takiego.

– Na pewno?

– Tak – odparłam, próbując gorączkowo znaleźć jakiś sposób, aby wykręcić się od tego poronionego wyjazdu. – Jedziemy tylko we dwoje? – ośmieliłam się zapytać.

– Przez trzy pierwsze dni będziecie sami. Potem dojadą Justyna oraz Igor. Dla nich mam najpierw inne zadanie we Wrocławiu. Dymitr – zwrócił się do syna – chyba że wolisz mieć przy boku bardziej doświadczoną osobę? Łucja dopiero się uczy, więc może wielu rzeczy nie wiedzieć. Nie obrażaj się – rzucił w moją stronę. – Lubię jasno stawiać sprawy, ale wysyłam cię w delegację z moimi synami, ponieważ oni najlepiej cię wprowadzą… To jak, synu?

Czy on mówił poważnie? Miałam z tym człowiekiem spędzić trzy dni, sam na sam?! On chyba zwariował! Przerażona przełknęłam ślinę, po czym poprawiłam sukienkę, która tak naprawdę leżała idealnie. Czułam narastającą panikę.

– Może jechać Łucja – odparł tak chłodno, aż przeszły mi ciarki po plecach.

– Dobrze. Czy potrzebujesz, aby przestudiowała z tobą dokumenty?

– Zrobimy to w niedzielę w czasie podróży – stwierdził spokojnie.

– Dobrze. Nigdy się nie pomyliłeś, zatem nie mam powodów, aby ci nie wierzyć.

– Dziękuję. To wszystko?

– Tak jesteście wolni. Łucjo, Dymitr po ciebie przyjedzie.

Że co?!

– A może mogłabym z panem Dymitrem spotkać się na lotnisku?

Mężczyzna spojrzał na syna.

– To głupi pomysł. Przyjadę po ciebie.

Dostałam gęsiej skórki.

– Ustalone. Dymitr po ciebie przyjedzie. – Jak do licha miałam się z tego wszystkiego wyplątać? – Jesteście wolni.

Wstaliśmy jak na zawołanie. Spojrzałam na Dymka kątem oka i widziałam, że czekał, abym poszła przodem. Nogi się pode mną uginały. Chciałam jak najszybciej znaleźć się we własnym mieszkaniu albo chociaż w biurowej łazience. To drugie pomieszczenie znajdowało się bliżej, zatem przyspieszyłam kroku. Otworzyłam zamaszyście drzwi i wyszłam. Dymitr szedł za mną.

– Porozmawiasz ze mną? – zapytał natarczywie.

– Nie mamy o czym.

– Mamy, Łucjo.

– Wybacz, ale muszę już iść.

Spojrzałam w stronę łazienki.

– Jak ci się podobają kwiaty? – zapytał i lekko złapał mój łokieć.

– Piękne. Tylko szkoda, że od ciebie – syknęłam, wyszarpując się.

Oddalając się, czułam na pośladkach i plecach jego spojrzenie.

W łazience ochlapałam twarz wodą. Niestety nie nacieszyłam się samotnością, ponieważ do pomieszczenia wszedł Dymitr.

– Czego chcesz? – warknęłam, patrząc w lustro. – To nie jest łazienka dla mężczyzn.

Ruszył w moją stronę i stanął tuż za mną. Starałam się nie oddychać, ale to nie miało najmniejszego sensu, ponieważ zatruwał pomieszczenie samą swoją obecnością.

– Czego chcesz? – powtórzyłam zła, pamiętając wiadomość, którą od niego otrzymałam. W głębi duszy pragnęłam go i ganiłam się za swoją głupotę.

– Nie jestem przyzwyczajony do fochów – wyszeptał, odwracając mnie do siebie przodem.

– Skończyłeś?

Przejechał kciukiem po moich ustach. Zadrżałam. Wściekłam się na swoją uległość.

– Oj, Łucjo, Łucjo. Wiem, że tego chcesz…

Schylił się, aby pocałować moje usta. Odwróciłam twarz w drugą stronę i poczułam jego mokre wargi na swoim policzku. Dłonie położyłam na jego torsie i go odepchnęłam. Wówczas zadzwonił jego telefon.

– Nie. Nie chcę tego. – Melodyjka nie ustępowała. Spojrzałam w stronę kieszeni. – To na pewno ta twoja panienka, która miała do ciebie przyjść w to samo miejsce.

Zignorował to, co powiedziałam, i odparł:

– Nienawidzę zazdrości. Musisz ochłonąć. Jutro po ciebie przyjadę.

– Zwariowałeś?! Jutro jest sobota. Jakbyś zapomniał, to dzień wolny od pracy i nie muszę cię widzieć! – syknęłam.

– Ale zobaczysz.

– Na jutro mam plany.

Wbił we mnie wzrok. Telefon, jak na złość, przestał dzwonić.

– Tak? A jakie?

Ha! ha! ha! No to, Łucjo, wpadłaś! Co mu powiesz? Że jutro kończysz dwadzieścia trzy lata i masz zamiar uchlać się w samotności aż do nieprzytomności?

– Nie twój interes – warknęłam, próbując go minąć.

– A jednak mój.

– Nie powinno cię interesować to, co robię.

– To ja o tym zdecyduję.

– Chciałbyś. Przepuść mnie.

– Bardzo proszę – rzekł szeptem, odsuwając się na bok.

Ruszyłam na galaretowatych nogach w stronę wyjścia. Chwyciłam za klamkę, myśląc, że już jestem bezpieczna, ale wtedy usłyszałam komunikat:

– Przyjadę po ciebie, czy tego chcesz, czy nie. W południe.

– Odpuść…

– Nie. Musisz coś zrozumieć. Wywalić z siebie złość.

– Znajdź sobie kogoś innego do tych swoich gierek.

– Chciałbym, naprawdę, ale przyciągasz mnie jak magnes.

Zadrżałam.

– Na jutro mam plany. Nie znajdę dla ciebie czasu.

– Znajdziesz. – Uśmiechnął się zadziornie.

Westchnęłam zrezygnowana i zamknęłam za sobą drzwi.

Oboje doskonale wiedzieliśmy, że mu ulegnę. Miał mnie w garści, a ja byłam tylko zakochanym pionkiem w grze, w której tak naprawdę nie było miejsca na uczucia.

Rozdział 2

Piątkowy wieczór spędziłam na oglądaniu filmów. Dziewczyny telefonowały, żebym szykowała się na sobotnią imprezę urodzinową, ale definitywnie odmówiłam, mówiąc, że wybieram się do rodziców. Skłamałam, po prostu nie miałam ochoty świętować.

Zasnęłam, zwinięta w kłębek, koło czwartej rano. Nie pospałam długo, bo ktoś zaczął intensywnie naparzać w drzwi. Leniwie spojrzałam na zegarek. Dochodziła ósma, więc to nie mógł być on.

– Kto tam? – burknęłam, przeczesując włosy do tyłu.

Wyszłam półprzytomna spod kołdry, zarzuciłam szlafrok i ruszyłam do przedpokoju.

– Wszystkiego najlepszego!!! – krzyknęła cała moja rodzina, kiedy tylko otworzyłam drzwi.

Patrzyłam na rodziców, brata i przecierałam oczy. W ogóle się ich nie spodziewałam! Mama trzymała tort, Tomek reklamówkę, a tata kwiaty.

– A co wy…

Nie zdążyłam skończyć, ponieważ natarli na mnie. Gdy wyswobodziłam się z ich objęć, szybko włożyłam spodnie i czerwoną bokserkę, potem zaparzyłam kawę oraz herbatę.

– Boże, ile u ciebie kwiatów! – zachwyciła się mama w chwili, gdy zamierzałam umieścić ich bukiet w którymś z wazonów. – Masz adoratora? – zapytała.

– Nie. Sama sobie kupuję – odparłam ironicznie.

Spojrzała na mnie i już nic więcej nie powiedziała. Ojciec zapalił świeczki i zaczęli śpiewać „Sto lat”. Czułam się jak mała dziewczynka: szczęśliwa i pełna nadziei, że gdy je zdmuchnę, spełnią się moje marzenia.

– Wszystkiego najlepszego, Fibi!

– Sto lat, siostra!

– Kochanie, samych pomyślnych chwil…

Jeszcze coś mówili, ale ja już nie słuchałam. Nagle poczułam się kompletnie wyczerpana.

– Dziękuję, że przyjechaliście… – wychlipałam. – Nie musieliście…

– Kochanie, chyba sobie żartujesz! Nie moglibyśmy nie wpaść chociażby na godzinę. Wczoraj mówiłaś, że nie możesz przyjechać, bo musisz szykować się do wyjazdu, więc zdecydowaliśmy, że to my cię odwiedzimy – stwierdziła mama.

– Bardzo dziękuję. – W oczach zakręciły mi się łzy. – A ty? – Wskazałam na brata. – Miałeś być w Niemczech.

– Byłem do wczoraj, ale cudem udało mi się wywinąć z roboty. – Uśmiechnął się szeroko.

Założył mi na głowę urodzinową papierową czapeczkę.

Gwar rozmów spowodował, że całkowicie wyłączyłam rozmyślania o Dymitrze. Cieszyłam się chwilą, której wewnętrznie potrzebowałam. Rodzina była dla mnie bardzo ważna, a posiadanie takiej, jak moja, było największą wartością.

Po dwóch godzinach, kiedy goście wyszli, byłam najedzona i szczęśliwa. Przytuliłam głowę do poduszki i odleciałam.

Około południa ponownie obudził mnie odgłos walenia w drzwi. Tego już za wiele! Naciągnęłam kołdrę na głowę i postanowiłam udawać, że nikogo nie ma. Niestety hałas się nasilał.

– Kto tam?! – warknęłam, chociaż doskonale wiedziałam, kto stoi po drugiej stronie.

Chciałam ten dzień spędzić sama, a zaczynał robić się tłok.

– Ja – usłyszałam znienawidzony głos zza drzwi. – Łucjo, otwórz. Daj mi parę minut.

„Nie ma mowy – pomyślałam, chowając się pod kołdrą. – Tylko, kurczę, czy zamknęłam drzwi?”.

Moje rozważania przerwał szczęk zamka. Nie rozumiałam, co się dzieje, dopóki nie usłyszałam zbliżającego się Dymitra.

– Wstawaj, zabiorę cię w jedno miejsce.

Poruszył moją nogą.

– Ani mi się śni. Jak tu wlazłeś?! Wynoś się z mojego mieszkania.

Rzuciłam w niego poduszką, jeszcze bardziej naciągając na siebie kołdrę.

– Oj, Łucjo, tylko bez nerwów, otwarte było. – Uśmiechnął się głupio, prawdopodobnie chciał, żebym znowu uwierzyła w jego kłamstwa.

– Nie było i nie próbuj mi wmawiać czegoś innego. Włamałeś się. Wyjdź albo zadzwonię po policję.

Wskazałam dłonią na drzwi, ale nadal nie reagował. Chwyciłam za drugiego jaśka i trafiłam w jego tors.

– Wiem, że jesteś na mnie zła. Nie dziwię się. Pewnie dopiero niedawno zrozumiałaś, na czym polega nasz układ. Może myślałaś, że mnie zmienisz, ale tak się nie stanie. Nie ty jedna tego próbowałaś. – Nie wiedziałam do czego zmierza, ale nie chciałam tego dłużej słuchać, Dymitr jednak nie zamierzał przestać. – Zależy mi, żeby nasz układ trwał. Pociągasz mnie. Podobasz mi się. Lubię twój uśmiech i zapach. Musisz po prostu wyrzucić z siebie gniew i zazdrość, żeby to zadziałało, bo wiem, że nadal mnie pragniesz.

– To nieprawda, daj mi spokój. Chcę być sama.

– Czemu mam wrażenie, że kłamiesz? Widzę, że świętowałaś?

Obrał inną taktykę, a ja od razu się spięłam.

– To nic takiego. Po prostu mam dziś urodziny. Przyjechali moi rodzice z bratem. Niedawno poszli.

Boże, po co ja mu się w ogóle tłumaczę?

Nie drgnął mu żaden mięsień na twarzy, najprawdopodobniej miał to w dupie. W sumie to mu się wcale nie dziwiłam.

– Łucjo, pozwól, że gdzieś cię zabiorę.

– Dymitr, mówiłam już: nie mam ochoty. Mam plany.

– Masz zamiar wylegiwać się cały dzień w mieszkaniu?

– Tak, a czy to coś złego?

– Nie, ale to głupie, skoro możemy ten czas spędzić razem.

Zaśmiałam się ironicznie.

– Teraz nagle znalazłeś dla mnie czas? – zapytałam przekornie.

– Chcę, żebyś w końcu przekonała się do naszego układu, a w tym pomoże ci to, co na dziś dla nas zaplanowałem…

Westchnęłam zrezygnowana.

– Dobrze. Niech ci będzie. Jak mam się ubrać?

– Dla mnie we wszystkim wyglądasz spoko. – Kąciki jego ust uniosły się delikatnie.

– Okej. Więc chodźmy.

Poddałam się. Wsunęłam na nogi adidasy i poszliśmy do auta. Dymitr szybko włączył się do ruchu. Nie odzywałam się do niego, a on nawet nie próbował nawiązać rozmowy. Po kilkunastu minutach byliśmy za miastem w jakimś lesie.

– Po co mnie tu przywiozłeś? – Nie mogłam powstrzymać ciekawości i musiałam zapytać.

– Już ci tłumaczyłem, musisz wyrzucić z siebie złość, tutaj będzie to możliwe.

Chwycił mnie lekko za dłoń i pociągnął w stronę jakiejś budki, w której siedział łysiejący mężczyzna w średnim wieku. Kiedy nas zobaczył, uśmiechnął się. Podejrzewałam, że znał Dymitra.

– Wszystko przygotowane, tak jak pan chciał. Plac na pół godziny jest do waszej dyspozycji – powiedział nieco skrzekliwym głosem. – Proszę, tu są uniformy i okulary ochronne.

Podał nam jakieś rzeczy i przeszliśmy dalej do pomieszczenia przypominającego szatnię.

– Łucjo, włóż to i chodźmy.

Nie miałam już siły się z nim spierać, więc posłusznie wykonałam polecenie. Wiem, nie powinnam być tak uległa, ale narastająca ciekawość nie pozwalała mi się sprzeciwić. Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, po co tu przyjechaliśmy i co to za miejsce.

Trochę nieporadnie, ale udało mi się ubrać. Dymitr wyprowadził mnie na zewnątrz i podał broń. Przyglądałam mu się z narastającym przerażeniem. Chciał, żebym go zabiła?

– To jest karabin na kulki z farbą. Strzel do mnie.

– Nie.

Farba czy nie farba, nie miałam zamiaru strzelać do człowieka, nieważne, jak bardzo byłam na niego wściekła.

– Łucjo, strzelaj!

– Nie!

– Wiesz, kiedy byłem w delegacji, poznałem piękną Niemkę, która…

Urwał w połowie zdania, ale mi nie trzeba było niczego więcej. Od razu wyobraziłam sobie jak się z nią pieprzy, jak ona go dotyka, a on na to pozwala, może nawet ją całował, a mi wmawiał, że tego nie lubi…

Obrazy pojawiające się w mojej wyobraźni były tak żywe i realistyczne, jakby ta scena rozgrywała się tuż przede mną. Podniosłam karabin, wycelowałam w zdrajcę i nacisnęłam spust. Pudło. A niech to szlag! Tupnęłam nogą ze złości. Spróbowałam ponownie, wycelowałam i strzał. Tym razem się udało, klatka piersiowa Dymitra pokryła się zieloną farbą. Spojrzałam i poczułam narastający przypływ emocji. Dymitr stał w niewielkiej odległości ode mnie. Możliwe, że zbyt małej.

– Ty złamasie! Ty psycholu!

Każde moje słowo zbiegało się z kolejnym strzałem, na pewno nic nie słyszał. Pragnęłam wyrzucić z siebie cały gniew, aby oczyścić umysł i móc zacząć żyć na nowo, bez Dymitra. Tylko czy potrafiłam, skoro mnie od siebie uzależnił?

Przy którymś wystrzale farbą pokryło się jego krocze. Jęknął z bólu i zgiął się wpół. Może byłam obłąkana, ale sprawiło mi to dziką satysfakcję i kolejne strzały oddawałam z zawrotną prędkością, już bez zbędnych słów. Dymitr kulił się i próbował osłaniać rękoma. Byłam jak w amoku. Chciałam zadawać mu ból, aby poczuł choć odrobinę tego, co ja po przeczytaniu tamtego cholernego SMS-a. Chociaż wiedziałam, że ból fizyczny jest niczym w porównaniu do złamanego serca, to i tak dawało mi to wiele radości, czułam się lepiej. W pewnym momencie jednak karabin przestał działać, naciskałam spust, a mimo tego nic się nie działo.

– Co za szajs! – jęknęłam. – Naboje się skończyły!

Ręce opadły mi bezwładnie wzdłuż ciała, broń wypadła z dłoni. Euforia skończyła się tak samo szybko, jak się pojawiła. Na policzkach poczułam wilgoć. Wszystkie moje postanowienia diabli wzięli. Miałam być twarda. Miałam go nie kochać i nie okazywać słabości. Rozpłakałam się i nawet nie zauważyłam, kiedy do mnie podszedł.

Przytulił mnie krótko i pocałował namiętnie, z taką pasją jak jeszcze nigdy wcześniej. Nawet nie miałam siły się bronić, zarzuciłam mu ręce na szyję i oddałam pocałunek. Chłonęłam go z tęsknotą. Chciałam być tylko jego i dla niego. Las, śmierdząca farba, mokre policzki, jego delikatność i stanowczość zarazem – wszystko to spowodowało, że pragnęłam więcej. Jego pocałunki stawały się śmielsze, dłonie wędrowały wzdłuż ciała. Rozsunął suwak mojego uniformu i gdy tylko poczułam jego dłonie na kościach biodrowych, zrozumiałam, że to nie tak powinno wyglądać. Odsunęłam się.

– Dymitr.

– Łucjo…

Znowu mnie pocałował. Jego bliskość powodowała niesamowity ból. Pragnęłam jego ciała lecz wewnętrzne ja mówiło, abym się powstrzymała. Na nowo go odsunęłam.

– Dymitr. Nie. Nie mogę. Ja tak nie potrafię.

– Potrafisz, Łucjo. Wyłącz to, co cię hamuje. Odetnij. – Przywarł swoim czołem do mojego. Słyszałam nasze przyspieszone oddechy. – Spróbuj. Pamiętasz, jak było nam cudownie? Na plaży. U ciebie w mieszkaniu. W piwnicy. Poddaj się tej chwili. Proszę cię. Potrafisz. Obiecuję ci, że cię nie zranię.

– Już to zrobiłeś – wyszeptałam.

– Straciłem kontrolę. Może gdybym wiedział.

– Ja nie potrafię tak jak ty. Nie chcę takich wiadomości…

– To była pomyłka – wyjaśnił szybko.

– Mam ci uwierzyć?

– Nie dostaniesz nigdy więcej takiego SMS-a. Obiecuję. – Przytulił mnie, a ja naprawdę chciałam mu wierzyć.

Zadzwonił telefon, a ja, wykorzystując sytuację, cofnęłam się o krok. Nienawidziłam siebie za to, że zatracam się przy nim, że głupieję, że pożądanie wygrywa. Mężczyzna całkowicie zignorował dzwonek. Złapał mnie mocno i przesunął w stronę drzewa, przyciskając do niego moje ciało. Patrzyłam na niego przerażona.

– Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy. – Kciukiem przesunął po moich ustach. – Jesteś inna niż reszta, dlatego najlepiej smakujesz.

– Nie mów mi o innych, nie mogę tego słuchać. – Łamał mi się głos.

– Łucjo, musisz pogodzić się z tym, jaki jestem. Daję z siebie więcej, niż myślisz. Nikt nie był ze mną tak blisko jak ty. Nie lubię być kontrolowany, dlatego nieraz zachowuję się jak kretyn. Nie żądam od ciebie, abyś mnie rozumiała. Po prostu chcę dawać ci rozkosz, na którą zasługujesz. Obiecuję, że już nigdy więcej nie poczujesz się źle.

– Dymitr, ja nie potrafię tak jak ty pieprzyć się z kimkolwiek.

– Nie jesteś kimkolwiek.

– To kim jestem? – prychnęłam.

– Diamentem… – wyszeptał wprost mojego ucha.

Byłam jego. Nasiąkałam nim. Pochłaniał mnie, a ja nie potrafiłam odmówić. Otwierałam się na niego na nowo.

– Pięknie to brzmi… ale… zawieź mnie do domu – poprosiłam.

Musiałam jak najszybciej wszystko przeanalizować.

Jego twarz znów nic nie wyrażała. Kciukiem starł ostatnią łzę.

– Dobrze, jak sobie życzysz.

Rozdział 3

– Czy w planach, które masz na dzisiaj, znajdziesz czas dla mnie? – zapytał, kiedy odprowadzał mnie do mieszkania.

Spojrzałam na zegarek. Dochodziła piętnasta trzydzieści, a seans miał zacząć się o siedemnastej.

– Ale po co?

– Po prostu chcę z tobą spędzić czas.

– Serio?

– Łucjo, nie pytałbym, gdybym nie mówił prawdy. – Milczałam dłuższą chwilę, analizując jego propozycję. – Mogę wejść, żeby umyć ręce i twarz?

Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się, bo jego policzki nadal znaczyła zielona farba.

– Dobrze – odparło serce, a rozum mentalnie walił mnie po łbie. Przekręciłam klucz w drzwiach. – Wiesz, gdzie łazienka. Sprężaj się, bo zaraz muszę wychodzić – rzuciłam opryskliwie.

– Jasne – skwitował, znikając w toalecie.

W tym momencie na stole rozbrzmiał mój telefon. Całkowicie zapomniałam o jego istnieniu. Spojrzałam na wyświetlacz. Igor. Zastanawiałam się przez chwilę, czy powinnam odebrać.

– Halo? – wyszeptałam.

– Hej, mała! Co tam u ciebie słychać?

– Może być, a u ciebie?

– Też. Miałabyś chęć wyskoczyć na lody?

– Mam gości i nie dam rady – wymigałam się.

Boże, pomóż.

– Kochanie, z kim rozmawiasz? – usłyszałam za sobą zachrypnięty głos Dymitra i zamarłam.

Niech to szlag, nie takiej pomocy oczekiwałam!

– Kto jest z tobą? – zapytał cicho Igor.

– Rodzina. Igor, przepraszam muszę kończyć. Cześć.

Bez skrupułów rozłączyłam się, by po chwili poczuć na swoich biodrach dłonie Dymitra, przesuwające się wzdłuż kręgosłupa, a potem talii. Wciągnęłam głośno powietrze. Ciarki przeszły mi po ciele, gdy jego oddech gładził moją szyję, następnie włączył do gry usta.

– Nie lubię się tobą dzielić – wyszeptał między pocałunkami.

– To po co ten układ?

– Bo nie potrafię inaczej…

Objął mnie w talii, śmielej gładził dłonią. Ściągnął ze mnie bokserkę, pod którą miałam jedynie stanik. Sutki sterczały z powodu chłodu i niecierpliwości. Dymitr chwycił pewnie jedną z piersi. Nie mogłam mu powiedzieć, aby przestał, pragnęłam go. Serce waliło mi jak opętane. Błagałam w myślach, by nie przestawał. Oblizałam usta, marząc, aby odnalazły drogę do jego warg. Chciałam powiedzieć, co czuję, jednak powstrzymałam się. Poddałam się chwili. Nasze usta złączyły się, moje podbrzusze zawirowało i pragnęło poczuć go w sobie. Cudowną chwilę przerwał dźwięk telefonu Dymitra. Oderwałam się od niego, próbując unormować oddech. Oczy Dymitra płonęły. Zagryzał usta, patrząc na mnie. Wyciągnął telefon z bocznej kieszeni spodni i sprawdził, kto dzwoni.

– Muszę odebrać! – warknął i ruszył w stronę przedpokoju.

Uchyliłam okno, próbując zapanować nad emocjami. Byłam totalną kretynką wpadającą w sidła diabła. Mężczyzna rozmawiał przez telefon, dzięki czemu miałam chwilę, aby założyć na siebie świeżą bluzkę. Chciałam jak najszybciej wyjść z domu i iść w końcu do kina. Sama! Działałam ekspresowo. Do torebki wrzuciłam najpotrzebniejsze rzeczy. Zamknęłam się w łazience, by doprowadzić do porządku swój wygląd. Chwilę później byłam gotowa do wyjścia.

Wyszłam z toalety i zobaczyłam odpoczywającego Dymitra, który rozsiadł się wygodnie w krześle, na którym jakiś czas temu było nam obojgu dobrze. Przełknęłam ślinę na samo wspomnienie.

– Skończyłeś?

– Tak. Ojciec dzwonił. To dokąd idziemy?

– Ja idę sama.

– Dlaczego? – zdziwił się. – Masz dziś urodziny, chyba nie zamierzasz obchodzić ich sama?

– Zamierzam.

– Nie pleć głupot. Na co masz ochotę? Lody? Wesołe miasteczko? Teatr? Kino? Nie patrz tak na mnie, bo zaraz język ci ucieknie. – Zaśmiał się lekko.

– Lepiej będzie, jak sobie pójdziesz.

– Nie mam zamiaru. Traktuj mnie jak kolegę. Po prostu.

– Jasne. Żartujesz, prawda? Najpierw chcesz mnie bzykać, a potem mam być koleżanką?

– Czy ty musisz wszystko komplikować? – syknął. – To dokąd idziemy?

– Ja idę do kina. Zarezerwowałam wczoraj bilet.

– Tylko dla siebie?

– A niby dla kogo jeszcze?

– Dla Igora? – Uniósł brew.

– Igor to mój przyjaciel. Nikt więcej.

– Uważaj na niego. To hiena. Podstępny skurwiel.

– Nie da się z tobą normalnie rozmawiać – warknęłam, ruszając w stronę wyjścia.

* * *

Na Bridget Jones 3 śmiałam się do rozpuku. Dymitr zamówił dla nas wielką porcję popcornu i niezdrowej coli. Czułam się odprężona i zrelaksowana. Ten wypad w skali od jednego do dziesięciu jak na razie zasługiwał w rozrachunku na osiem.

Po kinie poszliśmy do wesołego miasteczka. Pierwszą atrakcją była jazda samochodzikami. Każde z nas siedziało w osobnym aucie. Dymitr wcale nie dawał mi forów, więc zabawa była przednia. Potem zapropozował karuzelę, ale gdy zobaczył, jak krew odpływa z mojej twarzy, zrezygnował.

Dla zabicia czasu chodziliśmy po straganach i rozmawialiśmy o pracy, o której mówił z zaangażowaniem, o swoim hobby, którym były sporty ekstremalne oraz o delegacjach. O tym, że mieszkał sam na Świętokrzyskiej i lubił raczej samotny tryb życia, lecz nie wchodził w szczegóły. Pytał, co lubię robić w wolnych chwilach, jaką pijam herbatę i jakie mam marzenia. Gdy zapytałam, czy on ma jakieś marzenia, odpowiedział, że sam nie wie, czy zasługuje, by jakieś mieć.

W pewnym momencie zatrzymał się i spojrzał na basen wypełniony wodą, nad którym siedział mężczyzna w uniformie, a tuż obok znajdowała się tarcza. Gdy trafiło się w środek, delikwent lądował w wodzie.

– Jakiego masz cela? – zapytał.

– Przekonaj się – odparłam przekornie.

– Spróbuję.

– Na pewno tego chcesz?

– Tak. Tylko proszę przytrzymaj dokumenty i telefony.

Skinęłam głową i wzięłam od niego rzeczy. Po paru minutach facet ubrał Dymitra w specjalny strój, aby za bardzo się nie zmoczył, ten usiadł na koszu, przypominając oślizgłą fokę. Na samą myśl o tym, co go czeka, zaśmiałam się jak wariatka. Mężczyzna dał mi piłki, którymi miałam powalić Dymitra do wody. Za pierwszym razem piłka w ogóle nie doleciała do tarczy. Za drugim trafiłam obok tarczy.

– Uff, chyba będę suchy.

Panie Boże, proszę, pokieruj moją ręką tak, aby ten drań spadł do basenu i zamoczył choć odrobinę swoje piękne ciało.

Przymierzyłam się i zamachnęłam. Trafiłam w sam środek. Dymitr runął do basenu. Zatrzymał się na równych nogach, lecz po chwili poślizgnął się i zanurzył cały w wodzie. Kiedy wydostał się z niej, dyszał jak zwierz. Nie mogłam opanować śmiechu.

Dymitr z rozbawioną miną, dołączył do mnie.

– Ej, miałaś nie trafić! – rzekł z wyrzutem.

– Nie wyszło. – Puściłam oko.

– Lubię, gdy się śmiejesz – wyszeptał.

– To zabieraj mnie częściej do wesołego miasteczka – stwierdziłam.

– Postaram się, księżniczko… – wyszeptał i złożył na moich ustach krótki, lecz namiętny pocałunek. – Muszę zrzucić z siebie ten oślizgły strój. Poczekaj chwilę.

Skinęłam głową, uśmiechając się ciągle pod nosem, po kilku minutach do mnie dołączył, a z jego włosów delikatnie kapała woda. Oddałam mu przedmioty, którymi zaopiekowałam się pod jego nieobecność. Miałam chęć przewertować mu telefon i zrobiłabym to, gdyby nie pin zabezpieczający, który skutecznie mnie przystopował.

– O! Jest strzelnica! Chodźmy! – zawołał podekscytowany jak małe dziecko.

Nie potrafiłam mu odmówić. Gdy dotarliśmy, właściciel stoiska rozkazał mu strzelić w środek. Dla Dymitra okazało się to prościzną, ponieważ za pierwszym razem trafił w sam środek tarczy, wygrywając przy tym dużego pluszowego misia, którego od razu mi wręczył.

– Wszystkiego najlepszego, Łucjo.

Ucałował mnie w policzki.

– Dziękuję.

– Nie ma za co. Zbieramy się?

– Możemy.

* * *

Po powrocie do mieszkania poszłam prosto do łazienki, w tym czasie ktoś zapukał do drzwi. Dymitr, nie zważając na to, że przebywał w moim mieszkaniu, otworzył. „Tak. Dzięki. Cześć” – usłyszałam tylko. Opłukałam twarz, podmalowłam się i kiedy bosą stopą wyszłam z toalety, stanęłam na płatkach róż. Spojrzałam w stronę pokoju. Na parapecie i stole stały zapalone świece, a Dymitr trzymał w dłoniach bukiet róż. Zagryzłam wargę. Serce kołatało mi jak głupie, dreszcze wędrowały od stóp do głów. Ruszyłam w jego stronę.

– A co to ma znaczyć? – zapytałam, zrównując się z nim. – Kiedy to zrobiłeś?

– Miałem pomocnika. A tak poważnie, to wszystkiego najlepszego z okazji twoich dwudziestych trzecich urodzin. Życzę ci, abyś zawsze się śmiała jak dziś, abyś nigdy w siebie nie wątpiła, abyś była taka jaka jesteś i nigdy się nie zmieniła, abyś spełniała się w każdej dziedzinie życia, na której będzie ci zależeć. No i życzę ci miłości, na którą zasługujesz, i która definitywnie zakończy nasz układ. Mam nadzieję, że choć trochę ten dzień ci umiliłem. Wszystkiego najlepszego, krasnalu.

Ucałował mnie w policzki, usta i skroń. Zagryzłam wargę i wtuliłam się w jego tors, próbując pozbierać rozbiegane myśli. Chciałam mu powiedzieć, że go kocham, lecz jakaś część mnie kazała mi milczeć i przystać na reguły jego gry.

Resztę wieczoru spędziliśmy w miłej atmosferze. Oglądaliśmy filmy na laptopie, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Dymitr wyszedł o dwudziestej czwartej. Gdy tylko przekroczył próg mieszkania, chwyciłam Benka (ogromnego pluszowego misia, którego od niego dostałam) i wtuliłam się w niego, próbując przekonać samą siebie, że będę potrafiła żyć z nim w układzie, na który zamierzałam się zgodzić na czas wyjazdu, by na sam koniec delegacji… wyznać, co czuję.

Rozdział 4

W południe, kiedy w końcu kończyłam pakować się na wyjazd, nasiliły się mdłości, które odczuwałam od samego rana mimo wypitej mięty. Gastrolog, u którego się leczyłam, mówił mi, abym przy swoich problemach żołądkowych raz na jakiś czas sięgała po zimną colę, dlatego kiedy tylko to sobie przypomniałam, chwyciłam z blatu telefon i portfel, na stopy wsunęłam baleriny i zamknęłam drzwi, kierując się do osiedlowego sklepiku.

Przechodząc między półkami, na próżno starałam się wyrzucić z głowy wspomnienie Dymitra.

– Jedenaście złotych – odezwała się ekspedientka, tym samym przywracając mnie do rzeczywistości. Przy furtce natknęłam się na Igora.

– Cześć! – krzyknął, machając w moją stronę. – Zakupy?

– Tak. Wejdziesz na herbatę? – zaproponowałam.

– Chętnie. Wczoraj cały dzień milczałaś.

– Wiesz… – Szukałam słów, aby nie powiedzieć prawdy. Coś wewnętrznie kazało mi kłamać. – Miałam urodziny i sporo gości.

– Ach! Urodziny! Czemu nic nie powiedziałaś?! Zabrałbym cię na jakąś superwypasioną kolację – żartował.

– Daj spokój. – Machnęłam ręką, czując coraz większe zażenowanie.

Otworzyłam drzwi i weszlismy do mojego małego mieszkanka, w którym panował przerażający bałagan.

– Wyjeżdżasz gdzieś? – zapytał zdziwiony.

– Nie mów, że nie wiesz – skrzywiłam się. – Twój ojciec postanowił wysłać mnie razem z Dymitrem do Francji.

– Że co?

– Nie wiedziałeś?

– Nie. Nigdy bym się nie zgodził! Pewnie Dymitr przekonał ojca, żeby pozwolił mu wziąć ciebie ze sobą.

– Nie wydaje mi się. Wasz ojciec wezwał mnie i Dymitra po południu w piątek. Jeszcze dał mi jasno do zrozumienia, że jestem zielona w tym, co robię, więc powinnam wykorzystywać sytuacje takie jak ta.

Igor wziął moje dłonie w swoje i spojrzał mi głęboko w oczy. Po plecach przeszły mi ciarki.

– Mała, obiecaj mi, że nie uwierzysz w jego przemianę. On będzie teraz próbował wszystkiego, aby cię złamać i żebyś trafiła do jego łóżka. Nie daj mu tej satysfakcji. Proszę cię. – Wysunął swoją dłoń i pogłaskał mój policzek. – Jesteś cudowną kobietą, o którą należy dbać, a przede wszystkim którą należy szanować. Proszę cię, nie złam się i pokaż mu, że jesteś taka, jak ja cię widzę. Nie bądź jak te jego dziwki, które zgadzają się na układ bez zobowiązań. To jakaś chora i popieprzona relacja, na którą nie powinnaś się nigdy zgodzić. Powiedz mi, że nie zaproponował ci jeszcze tego układu.

– O czym ty mówisz? – Udałam głupią. – Nie jestem taka! – syknęłam, lecz w rzeczywistości kim tak naprawdę byłam, jak nie kobietą do towarzystwa?

Ze złości zagryzłam wargę, a policzki zapiekły mnie żywym ogniem.

– Całe szczęście! Dobrze, a teraz chodźmy na obiad, bo jesteś strasznie blada.

– Nie bardzo mogę. O piętnastej ma przyjechać po mnie twój brat.

– Co?! Poważnie?

– A co w tym takiego dziwnego?

Mężczyzna puścił moje dłonie i usiadł na krześle, do którego nie pasował.

– Bo to dziwne. Przeważnie wszyscy spotykamy się na lotnisku.

– Twój ojciec tak zdecydował.

– Hm. I tak uważam, że to dziwne. Chodź. Jak się pospieszymy, to na czternastą powinniśmy wrócić. Nie chcę, żebyś niepotrzebnie się denerwowała.

Skinęłam głową i wyszliśmy z mieszkania.

– Jeszcze śmieci – przypomniało mi się, gdy zamykałam drzwi.

– Trzymaj. – Igor podał mi klucz od mieszkania, następnie skierowaliśmy się do pobliskiej knajpy.

* * *

W restauracji Igor żartował, dając mi do zrozumienia, że powinnam się trzymać z daleka od Dymitra na wyjeździe. Najgorsze w tym wszystkim było to, że kłamałam mu w żywe oczy, mówiąc, że się z nim nie kontaktowałam ani nie widziałam. Jak miałam mu powiedzieć prawdę? No jak? Za każdym razem stał za mną murem i pomagał mi, kiedy go potrzebowałam. Oszukiwałam go tak samo jak dziewczyny. Rosło we mnie poczucie winy.

– Więc pamiętaj, Fibi, jakby co, dzwoń do mnie.

– Dobrze, szefie. – Zasalutowałam.

– Przestań. Ja mówię poważnie. Nie chcę, aby stała ci się krzywda.

Pogładził moją dłoń, której nie cofnęłam. Czasami odnosiłam wrażenie, że rozumieliśmy się bez słów.

– Oj, wiem. Wiem. Pamiętam. Będę się trzymała od niego z daleka – kłamałam, bo przecież byłam już niemal pewna, że pójdę na całość w czasie podróży.

– Dokładnie. Po przyjeździe do hotelu wychodź z niego i późno wracaj. Mogę się założyć, że któregoś razu nakryjesz go na dupczeniu jakiejś cizi.

– Igor, nie mów mi takich rzeczy! – jęknęłam zdegustowana.

– Dziewczyno, ja chcę ci tylko otworzyć oczy, a ty się złościsz! Daj spokój i posłuchaj. Żyłem z nim pod jednym dachem przez prawie jedenaście lat. Przez niego moja matka… – przerwał, pokręcił głową.

– O czym ty mówisz?

– Nie chwalił ci się?

– Niby czym?

– Szkoda gadać. – Machnął ręką. – Doprowadził moją matkę do krytycznego stanu, potem śmiał mi się prosto w twarz, że on tego nie zrobił. Wypierał się w żywe oczy. Jego nie można nazwać człowiekiem.

– To gdzie jest teraz twoja matka? – drążyłam.

– Przez tego śmiecia musi się leczyć.

– Na co?

– Nie wiem. Nie widuję jej. Zresztą nieważne. Chodźmy już, bo dochodzi czternasta.

Zapłacił i ruszyliśmy spacerem do mieszkania.

– To Dymitr nie mieszkał z wami od urodzenia? – dopytywałam.

Moja ciekawość była silniejsza.

– Nie. Przecież to rosyjski bękart, który wszystko mi zabrał.

– Co ci zabrał?

– Miłość ojca i matki. Ich zainteresowanie.

Nie widziałam w Dymitrze takiego diabła, jakiego przedstawiał mi Igor.

Ale może dobrze się ukrywał?

– To smutne.

– Fakt. I nie pora o tym rozmawiać. Kiedyś opowiem więcej, jak nadarzy się okazja. Zgoda?

– Dobrze.

– Jesteś cudowna – westchnął. Dlaczego nie potrafiłam w nim ulokować uczuć? W człowieku, który mnie szanował i troszczył o mnie się. – Postaram się jak najszybciej dobić do was do Francji, aby nie zdołał cię skrzywdzić.

– Raczej tego nie zrobi, Igorze. Spokojnie.

– Niby dlaczego miałby tego nie zrobić? On nie ma uczuć, Łucjo. Jest z nich wyprany.

– Dlaczego tak uważasz? – zdziwiłam się.

– Po prostu już taki jest, ale to temat tabu. O tym się nie mówi. Ci, którzy starali się dociec prawdy, skończyli w rynsztoku.

– Masz na myśli dziennikarza?

Spojrzał na mnie.

– Skąd o tym wiesz?

– Google. – Wzruszyłam ramionami.

– Nie wierz we wszystko, co piszą.

– Tylko tyle? – zapytałam zawiedziona. – Nic nie zdradzisz?

Wzruszył ramionami.

– Ludzie tacy jak my, którzy mają pieniądze, nie mają normalnego życia. Poza tym są sprawy, których się nie tyka.

Milczeliśmy przez resztę drogi, a ja próbowałam zrozumieć słowa Igora.

– Wejdziesz? – zaproponowałam, kiedy wbijałam kod na furtce.

– Nie, nie chciałbym spotkać Dymitra. Pogadam z ojcem i może we wtorek uda mi się do was dojechać.

– Dobrze.

– To do zobaczenia. – Schylił się i ucałował mnie w czoło. – A tak poza tym to wszystkiego najlepszego, mała.

Jego zniewalający uśmiech mógłby spowodować zawrót głowy, gdyby nie to, że kochałam Dymitra. Z przedziwnymi uczuciami rozstałam się z Igorem.

Kiedy stałam na schodkach i chciałam przekręcić klucz w drzwiach, okazało się, że są otwarte. Zdziwiona pchnęłam je do środka. W przedpokoju wszystko było bez zmian. Cichutko ruszyłam w głąb mieszkania, z którego nie dobiegał żaden dźwięk. Pusto. Sprawdziłam także łazienkę, ale i tam nikogo nie było. Weszłam do pokoju. Tu także nic nie zostało naruszone. Dziwne. Czyżbym nie zamknęła mieszkania? Próbowałam sobie przypomnieć.

– Halo?! Jest tu kto? – usłyszałam zachrypnięty głos. Z przedpokoju pomału wynurzał się Dymitr. – Co się dzieje?

– Byłeś tutaj? – zapytałam zaniepokojona.

Dymitr wyprostował się.

– Nie. Czemu pytasz?

– Przed chwilą wróciłam i zastałam otwarte mieszkanie – odparłam.

– Może po prostu nie zamknęłaś drzwi? Przypomnij sobie.

– Nie pamiętam – jęknęłam, siadając zrezygnowana na łóżku.

Po paru chwilach, Dymitr usiadł obok i powiedział bardzo spokojny tonem.

– Łucjo… musimy się zbierać. Powiedz mi, co mam zabrać do auta.

Przetarłam dłońmi twarz, złapałam kilka głębszych oddechów, po czym pokazałam Dymitrowi spakowaną torbę.

– To wszystko? – zapytał zdziwiony, patrząc na nie.

Skinęłam głową, następnie ruszyliśmy do wyjścia.

Rozdział 5

Na lotnisku sprawnie przeszliśmy odprawę, potem udaliśmy się do wyznaczonego sektora i przez rękaw weszliśmy do samolotu. Podróżowaliśmy pierwszą klasą i popijaliśmy szampana. Analizowaliśmy dokumenty związane z firmą, z którą mieliśmy jutro nawiązać współpracę. Dymitr zaimponował mi swoją inteligencją oraz opanowaniem. Wszystko starannie wyjaśniał, a ja pod wpływem jego głosu miękłam. Próbowałam oddzielić życie zawodowe od osobistego, ale w jego wypadku było to trudne. Tym bardziej że co chwilę delikatnie nawiązywał ze mną kontakt cielesny.

– Mógłbyś przestać to robić? – zapytałam, kiedy moje myśli zaczęły niebezpiecznie się rozpraszać.

– Nie rozumiem.

– Co chwilę mnie dotyka.

– Nie robię tego celowo – stwierdził sucho. – Gdy rozmawiam z piękną kobietą, po prostu tak mam. – Zagryzłam wargę. Widmo „prostego układu” znów zawisło nad moją głową.

– Postaraj się nad tym panować, bo przez to nie potrafię się skupić.

Skinął głową i reszta lotu minęła nam na sumiennym przeglądaniu papierów.

Po dwóch godzinach znaleźliśmy się w Paryżu. Niestety czekaliśmy jeszcze czterdzieści minut, zanim odebraliśmy bagaże. Każde z nas chwyciło za swój.

– Daj – powiedział, wskazując na rączkę mojej walizki.

– Bez przesady. Poradzę sobie. W Warszawie byłam trochę rozstrojona przez te otwarte drzwi, ale teraz mam się dobrze.

– Przypomniałaś sobie, czy je zamykałaś?

– Nie, ale…

– Ale?

– Zadzwonię później do osoby, z którą wychodziłam z mieszkania. Może wtedy coś więcej będę wiedzieć.

– Okej, a teraz daj walizkę, chcę ci pomóc – stwierdził zatroskany, a mnie zapaliła się czerwona lampka. Przypomniały mi się słowa Igora, że będzie próbować mną manipulować.

– Nie trzeba. Serio. Gdzie teraz? – odparłam, nie dając za wygraną.

Westchnął.

– Chodź za mną. Pójdziemy na parking, gdzie czeka na nas auto.

– Twoje? – zapytałam z nieudawanym zaciekawieniem.

– Nie. Bella złożyła telefoniczne zamówienie na wypożyczenie jaguara i poprosiła, aby znalazło się tam, gdzie zawsze.

– Ach. Rozumiem.

Przeszliśmy przez automatyczne drzwi i znaleźliśmy się od razu na parkingu. Samochodów było tak wiele, że zdezorientowana nie wiedziałam, do którego powinnam podejść. Szłam za Dymitrem, obserwując jego zgrabny tyłek.

– Wsiadaj – powiedział i pokazał mi auto. – Daj walizkę. – Musnął ciepłą dłonią moją lodowatą.

Mimo że było późno, nie czułam zmęczenia, wręcz przeciwnie, adrenalinę. Nie moja wina, że Dymitr tak na mnie działał, i nawet świadomość, że miałabym być z nim w tym cholernym układzie, nie była już dla mnie taka straszna. Może przyzwyczaiłam się do niego?

Włączyliśmy się do ruchu. Milczał. Jechał skupiony, a ja obserwowałam mijane ulice, budynki, ludzi.

Po dwudziestu minutach znaleźlismy się w podziemnym parkingu hotelu, w którym mieliśmy rezerwację.

Dymitr wyjął i pewnie chwycił nasze bagaże, po czym skierował nas do windy, którą wjechaliśmy na parter. Po wejściu od razu uderzyło mnie bogactwo tego miejsca. Ściany jasne z ciemnymi zdobieniami, na podłodze biały marmur i czerwony dywan, który prowadził nas wprost do recepcji.

– Łucjo, chodź – ponaglał, kiedy stałam w osłupieniu z otwartą buzią i podziwiałam wnętrze hotelu.

W tym czasie zdążył postawić bagaże na wózku hotelowym. Delikatnie popchnął mnie do przodu. Wtedy uświadomiłam sobie, jak głupio musiałam wyglądać z otwartą paszczą.

– Dobry wieczór. W czym możemy państwu pomóc? – zapytała jedna z recepcjonistek, kiedy znaleźlismy się przy recepcji.

– Jesteśmy z firmy WachSeb z Polski, mieliśmy na dzisiaj rezerwację – przemówił ze znajomą chrypką.

– Chwileczkę. – Kobieta zaczęła stukać po klawiaturze. – Państwa rezerwacja jest dopiero od jutra od godziny dwunastej w południe.

Mięśnie Dymitra napięły się. Czuł to mój biedny tułów, na którym znalazła się jego dłoń. Jezu, kiedy to nastąpiło?

– Macie wolne pokoje?

Kobieta spojrzała na mnie, później na niego z politowaniem.

– Mamy, ale tylko jeden, tyle że to apartament.

Przełknęłam ślinę, podniosłam wzrok i ujrzałam rozbawione oczy mężczyzny, który nastepnie nachylił się do mojego ucha.

– Mnie to nie przeszkadza. A tobie, Łucjo? Spędzisz ze mną noc? – Serce zabiło mi szybciej. – Obiecuję, że będę spał na kanapie. – Nie odpowiedziałam, jedynie skinęłam głową. – Weźmiemy go. Jutro o dwunastej zwolnimy apartament i ulokuje nas pani, tak jak było planowane. Dobrze?

– Oczywiście – odpowiedziała. – Państwa karty.

– Zaraz obsługa przyniesie bagaże – dodała obdarzona hojnie przez naturę szatynka.

– Będziemy czekać. Dobrej nocy. Chodźmy, Łucjo.