Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 295 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zostań ze mną. Tom 1 - J. Lynn

Dwudziestojednoletnia Calla jako nastolatka nie robiła wielu rzeczy oczywistych dla jej rówieśniczek. Nie chodziła na imprezy, nie całowała się z chłopakiem. Przeżyła za to coś, czego nie powinno przeżyć żadne dziecko. Wciąż nosi blizny na ciele i na duszy. Wciąż nie może zapomnieć, co zrobiła jej matka. I wciąż ukrywa swoją tajemnicę – nawet przed nowymi przyjaciółmi z college’u.

 

Nagle koszmar zaczyna się od nowa. Calla musi wrócić do rodzinnego miasta i odzyskać to, co odebrała jej matka. Czy pomoże jej tajemniczy przystojniak Jax? I czy Calla da mu szansę, by pomógł jej pokonać przeszłość?

Opinie o ebooku Zostań ze mną. Tom 1 - J. Lynn

Fragment ebooka Zostań ze mną. Tom 1 - J. Lynn

Korekta

Barbara Cywińska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Famke Backx/Vetta/Getty Images

Tytuł oryginału

Stay With Me

STAY WITH ME Copyright © 2014 by Jennifer L. Armentrout.

Published by arrangement with the Author.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5381-7

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Czytelnikom, jak

Rozdział 1

Otaczali mnie członkowie Drużyny Ciach.

Wiele osób myślało, że to mit. Kampusowa miejska legenda, jak ta o dziewczynie z samorządu, która wypadła przez okno swojego pokoju w akademiku, bo była naćpana LSD albo innym crackiem. Mówi się też, że upadła pod prysznicem i rozcięła głowę. Kto wie, jak było naprawdę. Ja za każdym razem słyszałam inną wersję, ale w przeciwieństwie do tej laski, która straszyła teraz w Gardiner Hall, Drużyna Ciach była jak najbardziej żywa i namacalna. W liczbie zdecydowanie mnogiej.

Składało się na nią kilku gorących gości.

Rzadko się ostatnio zdarzało, żeby spotykali się w komplecie, i pewnie dlatego zakrawali na kampusową legendę, ale kurczę, kiedy już się spotykali, było na co popatrzeć.

Chyba nigdy w życiu nie znajdowałam się w tak bliskim otoczeniu doskonałości. Raz, że Drużyna Ciach, a dwa, że cudowny make-up o nazwie Dermablend, któremu udało się zakryć bliznę na mojej twarzy.

Tłoczyliśmy się wszyscy w mieszkaniu Avery Morgansten. Choć sądząc po imponującym pierścionku, była na najlepszej drodze do zmiany nazwiska i chociaż jej nie znałam – tak naprawdę nie znałam nikogo poza Teresą – cieszyłam się. Ilekroć ją widywałam, zawsze była słodka. Czasami cicha, jakby zatopiona w myślach, ale od razu się widziało, że ona i jej narzeczony, Cameron Hamilton, są w sobie zakochani do szaleństwa. Wystarczyło zobaczyć, jak na siebie patrzą.

Teraz na przykład spoglądał na nią tak, jakby na całym świecie nie było żadnej innej kobiety. Chociaż i tak siedzieli razem, Cam na kanapie, a Avery na jego kolanach, to wlepiał w nią jasne niebieskie oczy, kiedy śmiała się z czegoś, co powiedziała jego siostra, Teresa.

Gdybym miała jakoś uszeregować Drużynę Ciach, Cama postawiłabym na czele. Nie tylko ze względu na wygląd, ale i na osobowość. W jego towarzystwie nikt nie czuł się dziwnie ani niezręcznie. Emanował zaraźliwym ciepłem.

W głębi duszy, choć nigdy w życiu bym się do tego nie przyznała, zazdrościłam Avery. Prawie jej nie znałam, ale chciałam mieć to samo co ona: niesamowicie seksownego faceta, który jeszcze do tego był dobrym człowiekiem i można było się czuć przy nim swobodnie. To się tak rzadko zdarzało.

– Chcesz jeszcze piwa?

Przechyliłam głowę w lewo, a potem odwróciłam się w stronę, z której dochodził głos Jase’a Winsteada, i odrobinkę mnie zatkało. Był niewiarygodnie przystojny i patrzył na mnie tymi swoimi szarawymi oczami. Do tego miał śniadą skórę, dłuższe brązowe włosy i niemal nierzeczywistą urodę modela. To porucznik w Drużynie Ciach. najseksowniejszy z nich wszystkich. Potrafił być bardzo miły, jak na przykład teraz, ale nie czułam się przy nim tak swobodnie, jak przy Camie, dlatego Cama stawiałam na pierwszym miejscu.

– Nie. – Podniosłam wciąż do połowy pełną butelkę, z której pociągałam, odkąd przyszłam. – Ale dzięki.

Uśmiechnął się i podszedł do Teresy, którą ciasno objął w talii. Przytuliła mu głowę do piersi i położyła ręce na ramionach. Rysy jej złagodniały.

Tak, Teresie chyba też trochę zazdrościłam.

Ja nigdy nie miałam chłopaka na poważnie. W liceum nie chodziłam na randki. Wtedy moją bliznę widać było znacznie bardziej, bo nie było jeszcze żadnych cudownych make-upów. A dzieciaki potrafiły być… bezduszne, jeśli chodziło o niedoskonałości widoczne gołym okiem. Ale nawet, jeśli ktoś umiałby zajrzeć głębiej, pod bliznę, w moim ówczesnym życiu nie było miejsca ani czasu na randki.

Potem był taki jeden Jonathan King. Chodziliśmy razem na historię na pierwszym roku. Uroczy, szybko się dogadaliśmy. Z oczywistych względów nie byłam chętna do umawiania się z nim, ale był wytrwały i w końcu się zgodziłam. Byliśmy na kilku randkach, znajomość zaczęła się rozwijać, a że był zupełnie normalnym chłopakiem, któregoś wieczoru, kiedy byliśmy sami w moim pokoju, zaczął się do mnie dobierać. A ja głupia myślałam, że skoro nie zwraca uwagi na moją bliznę, to rozumie coś więcej.

No cóż, myliłam się.

Nawet się nie całowaliśmy, po tej akcji nie poszliśmy już więcej na randkę, a ja nikomu nie powiedziałam o nim ani o tym strasznym wieczorze. I w ogóle o nim nie myślałam. Nigdy.

No, poza tym, że przypomniało mi się teraz.

Patrzyłam na Drużynę Ciach i byłam boleśnie świadoma braku facetów w moim życiu.

– Mam go!

Podniosłam wzrok, kiedy Ollie okrążał akurat kanapę. Za nim szła jego dziewczyna Brittany, która wywracała oczami tak zamaszyście, że kiedy do tego pokręciła głową, myślałam, że zemdleje.

Ollie podszedł do stolika kawowego i się nachylił, a w rękach trzymał żółwia. Uniosłam brwi, kiedy stworzonko zatrzepotało nogami. Co jest grane?

– Imprezy nie uznaje się za dokonaną, dopóki Ollie nie przyniesie żółwia – wyjaśnił Jase, a ja się uśmiechnęłam.

Cam z westchnieniem nachylił się nad Avery.

– Co ty do cholery wyrabiasz z Rafaelem?!

– Poprawka. – Ollie postawił żółwia na stoliku i wolną ręką zaczesał za ucho jasne włosy sięgające ramion. – To jest Michelangelo, fatalnie o tobie świadczy, że nie rozpoznajesz swojego żółwia. Pewnie z tego powodu Rafael ma depresję.

– Próbowałam go powstrzymać – powiedziała Brittany i skrzyżowała ramiona na piersi. Wyglądali, jakby wygrali konkurs na Idealną Blond Parę. – Ale wiecie, jak jest.

Najwyraźniej wszyscy wiedzieli.

Ollie był w szkole medycznej, robił doktorat – o dziwo – ale jego dokonania cieszyły się taką samą sławą, jak Drużyna Ciach. Ollie byłby dla mnie zastępcą Cama. Dostał mnóstwo dodatkowych punktów za to, że co weekend przyjeżdżał do Shepherdstown, żeby się zobaczyć ze swoją dziewczyną i się powydurniać.

– Jak może widzicie, zaprojektowałem nową smycz. – Wskazał na coś, co wyglądało jak miniaturowy pasek opleciony wokół skorupy żółwia.

Cam na niego spojrzał.

– Jaja sobie robisz?

– Teraz można z nim wychodzić na spacery! – Na poparcie swoich słów poprowadził Michelangela przez stół. Zaczęłam się zastanawiać, czy Avery i Cam jedzą z tego stołu… – Sprawdza się znacznie lepiej niż włóczka.

Wyprowadzanie na spacery żółwia? To chyba jeszcze głupsze niż spacerowanie z kotem! Zachichotałam.

– To wygląda jak pasek dla Barbie.

– To jest dizajnerska smycz! – poprawił mnie, ale jego usta drżały. – Ale przyznaję, że wpadłem na pomysł, kiedy byliśmy w sklepie z zabawkami.

– Po co bywacie w sklepie z zabawkami? – Teresa zmarszczyła brwi.

– Właśnie! – wszedł jej w słowo Jase. – Chcielibyście nam coś powiedzieć?

Brit wytrzeszczyła oczy.

Ollie tylko wzruszył ramionami.

– Lubię oglądać zabawki. Za naszych czasów takich nie było.

To stwierdzenie doprowadziło do ożywionej dyskusji o tym, jak nieszczęśliwe było nasze pokolenie, pozbawione takich zabawek, jakie dzieciaki mają dzisiaj. Musiałam się mocno skupić na tym, jakimi zabawkami się bawiłam. Oczywiście miałam Barbie, ale zamiast Big Wheelsów i gier planszowych bawiłam się satynowymi wstęgami i błyszczącymi koronami.

A potem nic już nie miałam.

Potem rozmawiali o planach wakacyjnych. Zaczęłam nasłuchiwać, gdzie się wybierają. Avery i Cam zamierzali spędzić lato w Waszyngtonie, bo Cam dostał się do tamtejszej drużyny piłkarskiej. Nigdy jeszcze nie byłam w stolicy, choć przecież Shepherd leżało niedaleko. Brit i Ollie mieli totalnie szalone plany: tydzień po zakończeniu szkoły lecieli do Paryża i zamierzali podróżować po Europie. Nigdy w życiu nie leciałam samolotem, nie mówiąc już o wyprawie za ocean. Teresa i Jase planowali plażowe wakacje w Karolinie wraz z jego rodzicami i braciszkiem. Chcieli wynająć dom na plaży, a Teresa mówiła tylko o tym, że będzie moczyć stopy w oceanie. Na plaży oczywiście też nigdy nie byłam, więc nawet nie wiedziałam, jak to jest chodzić po piasku bosymi stopami.

Muszę częściej wyjeżdżać i zacząć żyć. Serio.

Ale w porządku, to wszystko, łącznie z podróżą na inny kontynent w towarzystwie członka Drużyny Ciach, nie należało do moich życiowych celów. Miałam trzy cele.

Skończyć szkołę.

Pracować jako pielęgniarka.

Docenić zalety konsekwentnego podążania wytyczoną ścieżką.

To dobre cele. Nudne, ale dobre.

– Jesteś dzisiaj strasznie cicha.

Zesztywniałam, nie mogłam się powstrzymać. A potem poczułam, że oblewam się rumieńcem. Tak na mnie działał Brandon Shriver. Opuściłam butelkę i zmusiłam się do rozluźnienia mięśni ramion. Oczywiście, że nie zapomniałam, że Brandon siedzi obok mnie, do tego po mojej lewej. Jak mogłabym zapomnieć? Po prostu byłam w trybie udawania, że go tu nie ma.

Oblizałam usta i przechyliłam głowę, żeby włosy opadły mi na lewy policzek.

– Bo słucham.

Brandon się zaśmiał. Miał miły śmiech. I miłą twarz. I ładne ciało. I naprawdę fajny tyłek.

No właśnie, był jeszcze Brandon. Ech. Usłyszałam swoje westchnienie, jakby przetaczało się przez niebo. Z brązowymi włosami i szerokimi barami on także stał wysoko w hierarchii Drużyny Ciach.

– Tak, jak w grę wchodzi Ollie, zawsze jest czego słuchać – powiedział i zerknął na mnie znad butelki. – Poczekaj, aż opowie o swoim pomyśle na opatentowanie rolek dla żółwi.

Roześmiałam się i trochę przy okazji rozluźniłam. Brandon był seksowny, a do tego miły. Plasował się gdzieś pomiędzy Camem a Jase’em.

– Nawet nie umiem sobie tego wyobrazić.

– Ollie jest albo ostro nienormalny, albo jest najprawdziwszym geniuszem. – Brandon rozsiadł się wygodniej. – Sędziowie jeszcze obradują.

– Moim zdaniem jest genialny. – Patrzyłam, jak Ollie zabiera żółwia ze stołu i odnosi do wypasionego terrarium. – Z tego, co mówiła Brit, zalicza wszystkie przedmioty. Na medycynie na pewno nie jest łatwo.

– No tak, w sumie większość geniuszy jest porąbana. – Uśmiechnął się, kiedy się roześmiałam pod nosem. – I jak, zakończyłaś swoją bitwę o przyszły semestr?

Pokiwałam głową i znów się uśmiechnęłam. Rozsiadłam się wygodniej w fotelu. Zostało mi półtora semestru do uzyskania licencjatu z pielęgniarstwa, a zapisanie się na zajęcia przypominało siłowanie się na rękę z Hulkiem Hoganem. Wszyscy, którzy mnie znali, a przynajmniej znaleźli się w zasięgu mojego głosu, musieli wiedzieć, że do zarąbania walczyłam o ułożenie planu na przyszły semestr. Obecny kończył się za tydzień, a konsultacje w sprawie przyszłego skończyły się miesiąc temu.

– Tak, wreszcie! Bałam się, że będę musiała sobie odgryźć nogę, żeby się zapisać tam, gdzie chcę, ale chyba wszystko się udało. W poniedziałek mam jeszcze spotkanie w komisji stypendialnej, ale nie powinno być problemów.

Zmarszczył brwi.

– Będzie dobrze?

– Tak myślę. – Nie widziałam powodu, dlaczego miałoby nie być. – Jakie masz plany na lato?

Wzruszył ramionami.

– Nawet się nie zastanawiałem. Będę chodził na letnie zajęcia.

– Super…

Prychnął.

Miałam powiedzieć jeszcze coś niemądrego, bo doskonale mi szło konwersowanie sam na sam z Brandonem, ale straciłam wątek, bo ktoś zapukał. Wzrokiem odprowadziłam Olliego do drzwi. Zachowywał się, jakby był u siebie.

– Co tam, ślicznotko? – zapytał, a ja się wyprostowałam i zacisnęłam palce na szyjce butelki.

Do mieszkania weszła śliczna, filigranowa brunetka. Na końcach palców zawieszoną miała reklamówkę ze stacji Sheetz. Uśmiechnęła się do Olliego, a Brit pomachała.

Nie wiedziałam, jak ma na imię.

I nawet nie chciałam się dowiadywać, bo przez dwa ostatnie semestry, odkąd znałam Brandona, nie zawracałam sobie głowy poznawaniem dziewczyn, z którymi się spotykał – żadna nie utrzymywała się dłużej.

Ale ta, obcięta na pazia o ciele baletnicy, była inna. W tym semestrze chodzili razem na zajęcia i zaczęli się spotykać w marcu, ale dzisiaj po raz pierwszy widziałam ich razem poza kampusem.

Nigdy się nie poznałyśmy. Nie znałam żadnej z jego wcześniejszych dziewczyn, widywałam je tylko przelotnie na uczelni i czasem na imprezach, ale Brandona nie było na żadnej imprezie od… no cóż, od marca.

– Oto i ona! – Jego zielone oczy rozbłysły.

Cholera.

Opornie szła mi nauka.

Wciągnęłam powietrze przez nos, kiedy mijała inne pary i szła do Brandona, który wstał z kanapy i rozłożył ręce. Weszła prosto w jego ramiona i objęła go za szyję. Jej siatka dyndała mu na plecach, a usta zachowywały się jak rakieta, której celem były usta Brandona. Zresztą nie mogłam jej za to winić.

Zaczęli się całować.

Był to głęboki i mokry pocałunek, prawdziwy. Nie taki w stylu „dopiero się poznajemy” albo „zbliżamy się do siebie”. Nie, to był pocałunek z cyklu „wymieniliśmy już całe litry płynów ustrojowych”.

Przestałam się wgapiać, jak się wzajemnie pożerają, dopiero gdy zdałam sobie sprawę, że to wygląda co najmniej dziwnie. Zmusiłam się do odwrócenia wzroku i traf chciał, że moje spojrzenie padło akurat na Teresę.

Odwróciła się w ramionach Jase’a, a na jej ślicznej twarzy pojawił się wyraz współczucia, bo ona wiedziała… Boże, co za żałość. Wiedziała, że niczym pensjonarka podkochuję się w Brandonie.

– Kupiłam ci precla serowego – ogłosiła dziewczyna, kiedy się rozłączyli, żeby nabrać powietrza.

Miłość Brandona do precli serowych równała się niemal z moją miłością do browniego z podwójną czekoladą.

– Przyniosła ci precla? – spytał Ollie. – Stary, ożeń się z nią.

Brit wywróciła oczami i objęła Olliego w pasie.

– Niewiele trzeba, żeby zrobić na tobie wrażenie.

Ollie obrócił się w jej ramionach i dotknął czołem jej czoła.

– Ty już dobrze wiesz, jak się na mnie robi wrażenie.

Czekałam, aż Brandon się poderwie i ucieknie na myśl o zaręczaniu się z dziewczyną, którą zna zaledwie od kilku miesięcy, ale ponieważ nie zauważyłam jego ślicznego tyłeczka zmierzającego do drzwi, podniosłam wzrok, choć wiedziałam, że nie powinnam. Sama się prosiłam o jakieś nieszczęście.

Brandon patrzył na dziewczynę i uśmiechał się tak, jakby był absolutnie szczęśliwy.

Z trudem przełknęłam ślinę.

I wtedy popatrzył na mnie, zanim zdążyłam odwrócić wzrok, żeby zamaskować fakt, że gapię się na niego jak psychopatka. Uśmiechnął się jeszcze odrobinę szerzej.

– Jeszcze nie poznałaś Tatiany.

Szlag. Wcale nie chciałam wiedzieć, jak ma na imię, szczególnie że Tatiana brzmiało genialnie.

Ona pokręciła głową i zwróciła na mnie brązowe oczy.

– Nie, nie poznałyśmy się.

– To moja koleżanka, Calla Fritz – powiedział, głaszcząc ją po plecach. – W poprzednim semestrze chodziliśmy razem na muzykę.

Tak, tym właśnie byłam: Calla Fritz, wieczna koleżanka chłopaków z Drużyny Ciach. Nikt więcej. Nikt mniej. Zamrugałam, bo poczułam pod powiekami głupie łzy, i wyciągnęłam rękę do Tatiany.

– Miło cię poznać.

Nawet nie kłamałam. Przynajmniej nie bardzo.

W poniedziałek wyszłam z pokoju wcześnie i skierowałam się do Ikenberry Hall, który znajdował się u stóp wysokiego wzgórza. Mój tyłek nie wydawał się zadowolony. Był dopiero początek maja, ale robiło się już ciepło i chociaż włosy miałam związane w luźny kucyk, czułam wilgoć osiadającą mi na skórze i wplątującą swoje wstrętne palce w moje włosy. Jeszcze przed końcem dnia będę wyglądać jak straszydło.

Przeszłam przez alejkę przed budynkiem i otworzyłam drzwi na tyle szybko, żeby gigantyczna pajęczyna rozpięta pod małym daszkiem nie zdążyła spaść mi na głowę.

W budynku było lodowato. Wsunęłam okulary słoneczne na czubek głowy i przeszłam przez korytarz prowadzący do pokoju, w którym zajmowano się stypendiami studenckimi. Podałam swoje nazwisko, a przepracowana, zmęczona sekretarka w średnim wieku wskazała mi krzesło.

Czekałam tylko pięć minut, bo potem przyszła po mnie wysoka i szczupła starsza kobieta ze srebrzystymi, modnie obciętymi włosami. Nie poszłyśmy do jednego z boksów, w których siedzieli pozostali doradcy finansowi. Nie, zaprowadziła mnie do gabinetu położonego dalej w korytarzu.

Zamknęła za nami drzwi i podeszła do biurka.

– Proszę siadać, panno Fritz.

Siadłam i czułam, że ściska mnie w żołądku.

To się jeszcze nie zdarzyło. Wcześniej, kiedy mnie tu wzywali, zawsze chodziło o jakiś papier, który się zapodział, albo o podpis, który należało złożyć. Ale przecież nie mogło się zdarzyć nic wielkiego. Pokrywałam ze stypendium finansowego tylko wydatki na życie, których nie mogłam opłacić z gównianej pracy kelnerki, szczególnie że rezygnowałam z niej, jak zaczynał się semestr, żeby skupić się na studiach.

Pielęgniarstwo to nie żarty.

Powoli położyłam torbę przy nogach i przyjrzałam się biurku. Na plakietce widniał napis: „Elaine Booth”, więc o ile nie podszywała się pod kogoś innego, to z nią właśnie miałam do czynienia. Stało też wiele zdjęć. Rodzinnych: czarno-białych, kolorowych, przedstawiających całe dzieje dziecka od niemowlęctwa aż do mniej więcej mojego wieku, a może nawet starszego.

Szybko odwróciłam wzrok, bo poczułam w piersi znane mi od dawna ukłucie strachu.

– Czy coś się stało?

Pani Booth złożyła ręce na teczce z papierami.

– W zeszłym tygodniu dział rekrutacji poinformował nas, że pani czek z opłatą za przyszły semestr nie ma pokrycia.

Zamrugałam, a potem jeszcze raz.

– Jak to?

– Czek nie został przyjęty – zaczęła wyjaśniać. Podniosła oczy znad moich akt, szybko zerknęła na moją twarz, a potem odwróciła wzrok. – Z powodu braku środków.

Musiała się pomylić. Nie było takiej opcji, że czek nie miał pokrycia, bo był podczepiony pod konto, na którym miałam pieniądze przeznaczone na naukę.

– Musiała nastąpić jakaś pomyłka. Na koncie powinny być pieniądze jeszcze na półtora semestru.

I nie tylko. Miałam tam też zaskórniaki na czarną godzinę oraz na pierwsze miesiące po skończeniu studiów, kiedy będę szukać pracy, żebym miała czas na decyzję, gdzie chcę mieszkać, czy zostanę tutaj i tak dalej.

– Konsultowaliśmy się z bankiem, Callo. – Pominęła moje nazwisko, co z jakiegoś powodu sprawiło, że wszystko wydawało się jeszcze gorsze. – Czasem mamy problemy z czekami z powodu błędnej kwoty albo literówki, ale bank potwierdził, że na koncie nie ma środków.

Nie mogłam w to uwierzyć.

– A powiedzieli, ile mam tam pieniędzy?

Pokręciła głową.

– Nie. To informacja poufna, do której nie jesteśmy upoważnieni, więc będziesz musiała się skontaktować z bankiem osobiście. Dobra strona jest taka, że zawsze opłacałaś czesne z wyprzedzeniem, co oznacza, że jeszcze mamy czas, żeby coś wymyślić. Jakoś z tego wybrniemy. – Zamilkła i otworzyła moje akta, a ja poczułam się, jakby tyłek mi nagle przymarzł do krzesła. – Jesteś już zarejestrowana w naszym systemie jako kandydatka do stypendium socjalnego, więc możemy teraz dostosować kwotę do potrzeb następnego semestru, tak żebyś mogła chodzić na zajęcia.

Żołądek zjechał mi gdzieś do kolan i ciążył dalej, ku podłodze, a ona mówiła o rosnących kosztach kredytów, wniosku o dofinansowanie Pella oraz o najróżniejszych stypendiach.

Kompletnie nic z tego nie słyszałam.

To się nie działo naprawdę.

Niemożliwe, żeby na koncie nie było pieniędzy. Byłam bardzo ostrożna, jeśli chodzi o to, jakie koszty pokrywałam z którego konta. Nigdy nie korzystałam z tego zawierającego pieniądze na naukę. Nawet nie aktywowałam przypisanej do niego karty płatniczej.

A potem do mnie dotarło. Akurat kiedy patrzyłam na panią Booth, jak wyciąga z różnych przegródek formularze i spokojnie układa na równe kupki, tak jakby moje życie właśnie nie legło w gruzach.

Krew mi stężała i siłą próbowałam wziąć do końca ten oddech, który ugrzązł mi w gardle. To jednak nie musiała być jakaś gigantyczna wpadka banku. To się mogło stać naprawdę.

O mój Boże.

Był jeszcze ktoś poza mną, kto miał dostęp do tego konta. Ta osoba była dla mnie martwa, więc zachowywałam się tak, jakby nie żyła. Nie mogłam uwierzyć, że zrobiła właśnie to. Nie, niemożliwe.

Całą resztę spotkania pamiętam jak przez mgłę. Beznamiętnie wzięłam wszystkie formularze i wyszłam z chłodnego budynku na jasny majowy poranek.

Miałam jeszcze czas do ostatniego egzaminu, więc usiadłam na najbliższej ławce, wpakowałam papiery do torby, wyciągnęłam komórkę i drżącymi palcami wybrałam numer banku.

Pięć minut później siedziałam na tej samej ławce i nie widziałam nic poza ciemnymi szkłami okularów. Nie czułam też nic i to akurat było w porządku. Pustka na dnie mojego żołądka była w porządku, bo wiedziałam, że drugą możliwością jest rozpalona do czerwoności wściekłość i żądza mordu. Na to nie mogłam sobie pozwolić. Musiałam zachować spokój. Panować nad emocjami, bo…

Straciłam wszystkie pieniądze.

I wiedziałam, każdą komórką ciała, że to dopiero początek. Czubek góry lodowej.

Rozdział 2

Nie do końca mogłam ogarnąć, jak to się stało, że w ciągu tygodnia moje życie zmieniło się z generalnie akceptowalnego, może nie licząc samotności, w jakąś totalną masakrę.

Byłam skończona i to wcale nie było zabawne.

Nie chodziło tylko o to, że moje konto zostało dosłownie opustoszone dwa tygodnie przed tym, jak wypisałam czek. Może, gdyby chodziło tylko o to… Z tego mogłabym się jakoś podźwignąć. Mogłabym nawet odpuścić, bo w sumie co innego mogłabym zrobić?

Przecież wiedziałam, że to krew z mojej krwi mnie spłukała, moja matka, nafaszerowana jakimiś prochami i pewnie pijana w sztok; którą moi najbliżsi przyjaciele uważali za zmarłą. W pewnym sensie nie było to dalekie od prawdy. Straszliwe kłamstwo, ale nie rozmawiałam z nią od lat, a alkohol, prochy i Bóg wie, co jeszcze, zabiło troskliwą i zabawną mamę, jaką pamiętałam z dzieciństwa.

Ale mimo wszystko to moja mama. Dlatego ostatnie, czego chciałam, to angażować w tę sprawę policję. Naprawdę, jej życie już i tak było do dupy, a ja, mimo wszystko, mimo całej tej traumy i złamanego serca, zawsze jej żałowałam, kiedy przyszło mi o niej pomyśleć.

Doświadczyła czegoś, co nie powinno spotkać żadnej matki.

Tylko że nie chodziło jedynie o oszczędności. W ubiegłym tygodniu, w czasie ostatnich egzaminów, które jakimś cudem zdałam, nie popadając przy tym w obłęd, wierzchołek góry lodowej rozpruł brzuch „Titanica”.

Sprawdziłam kredyty, bo… Miałam to straszliwe przeczucie, że musi być gorzej. I było.

Karty kredytowe, których nigdy nie widziałam na oczy, zostały aktywowane i wykorzystane do cna. Wykorzystano również kredyt studencki w banku, o którym w życiu nie słyszałam, a jego kwota stanowiła równowartość czesnego za cztery semestry.

Skończyło się na tym, że miałam długi w wysokości setek tysięcy dolarów plus mniejsze pożyczki, już moje własne, na przykład na samochód. Teraz nie wiedziałam, czy mnie w ogóle na niego stać.

Żołądek mi się ściskał na każdą myśl o tym, w jak masakrycznej sytuacji się znalazłam. Wymagało to najwyższej mobilizacji, żeby się nie załamać. W tym świecie długi stanowiły o wszystkim. Nie będę mogła wziąć kredytu, jeśli będę go potrzebować. Co gorsza, jeśli nawet jakimś cudem uskładam kasę, żeby skończyć studia, każdy pracodawca, do którego się zgłoszę, sprawdzi mnie w rejestrze dłużników i jego decyzja o zatrudnieniu mnie będzie zależała od tego, co zobaczy.

W czwartek, po ostatnim egzaminie, przeżyłam załamanie nerwowe, na które złożyło się morze łez i jeszcze więcej ciasteczek brownie z podwójną czekoladą. Do tego trochę kołysania się w kącie. Mogłabym śmiało nie wyłazić z tego kąta do końca miesiąca, ale odmawiałam, stanowczo i zdecydowanie, kolejnej takiej sytuacji, kiedy życie wymyka mi się z rąk.

Oczywiście nikt ze znajomych nie wiedział, co się dzieje. Nic o mnie nie wiedzieli. Byli pewni, że moja mama nie żyje, a Teresa sądziła, że mieszkam niedaleko Shepherdstown.

Same kłamstwa.

Niby jak mogłabym teraz powiedzieć jej, albo co gorsza Brandonowi, że słuchaj, muszę jechać do domu, żeby zamordować moją matkę przez uduszenie. Tak, wiem, myśleliście, że ona nie żyje, bo jestem podłą kłamczuchą i prędzej zdechnę, niż powiem prawdę. Może, jak wrócę, umówimy się gdzieś na drinka? Nawet nie mogłam myśleć o tym, jak upokarzająca byłaby ta rozmowa, bo potem musiałabym im powiedzieć o narkotykach, alkoholu, totalnie zmarnowanym życiu, dziwnym rozstaniu rodziców, które w zasadzie polegało na tym, że tata zniknął, co nieuchronnie doprowadziło do żałoby i pożaru, który zniszczył całą moją rodzinę i niewiele brakowało, a zniszczyłby i mnie.

Nie, nie ma mowy.

Powiedziałam im więc, że lato spędzam u dalszej rodziny, i mogłam mieć tylko nadzieję, że jeśli kogoś zamorduję, nie natkną się w gazecie na informację o tym.

Nikt w to nie wnikał, bo w zeszłym roku też twierdziłam, że na ferie jadę do domu, a tak naprawdę wynajęłam pokój w pensjonacie w Martinsburgu i spłukałam się na obsługę hotelową.

Żałosne.

No ale dobra.

Myśleć o moich trzech celach i jechać do domu. I mieć nadzieję, modliłam się o to do wszystkich bóstw, jakie mi przyszły do głowy, żeby mama miała jeszcze trochę z tych pieniędzy, które dostała z odszkodowania, a była to znacząca suma. Nie wiedziałam, jak mogłaby wydać wszystkie swoje pieniądze i na dodatek moje. Zamierzałam ją zmusić, żeby coś zrobiła. Nie wiem, naprawiła to jakoś.

To był plan A.

Plan B zakładał, że nawet jeśli nie będzie miała grosza przy duszy, przynajmniej – oby! – będę się miała gdzie zatrzymać na lato. Może w tym czasie uda się jakoś uzyskać pomoc finansową. Modliłam się też, żebym przeżyła wakacje w tym nijakim miasteczku, nie mordując przy tym mojej matki, dzięki czemu będę mogła w sierpniu wykorzystać stypendium, jeśli je oczywiście dostanę.

Ręce mi się trzęsły na kierownicy, kiedy wyjeżdżałam na drogę prowadzącą do Plymouth Meeting, miasteczka położonego kilka kilometrów od Filadelfii. Myślałam, że dosłownie zwymiotuję, kiedy gęste dęby i orzechy rosnące przy dwupasmowej autostradzie przerzedziły się, a droga przestała biec pod górę. Moja podróż nie trwała długo, niecałe cztery godziny z Shepherdstown, ale mnie się ciągnęła w nieskończoność.

Teraz stałam na czerwonym świetle niedaleko sklepu „wszystko za dolara” w miasteczku, w którym już nigdy, przenigdy nie chciałam się znaleźć, i opierałam czoło o kierownicę.

Najpierw byłam w domu. Nie było żadnych aut. Światła się nie paliły.

Podniosłam głowę o kilka centymetrów, a potem opadłam z powrotem na kierownicę.

Wyciągnęłam klucz, którego też nigdy, przenigdy nie chciałam używać, i weszłam do środka. Dom był pusty. W salonie została kanapa i stary telewizor z płaskim ekranem. W niewielkiej jadalni nie było nic, jeśli nie liczyć kilku zamkniętych pudełek. Lodówka opróżniona. W sypialni na górze łóżko, ale bez pościeli. Ubrania mamy leżały na podłodze skłębione z jakimiś papierami, do których nawet nie chciałam zaglądać. Loftowa sypialnia na piętrze, w której przez kilka lat spałam, była nie do poznania. Nie było łóżka, komody ani biureczka, które kupiła mi babcia przed śmiercią. Zastałam za to jakiś barłóg, któremu dużo brakowało do czystości, ale nawet nie chciałam wiedzieć, kto tam sypiał. Dom wyglądał na niezamieszkany. Tak jakby ktoś, na przykład moja matka, postanowił zniknąć z powierzchni ziemi.

To nie wróżyło dobrze.

Nie zostało ani jedno zdjęcie. Żadnych ramek na ścianach. Żadnych wspomnień. To mnie akurat nie zdziwiło.

Podniosłam głowę i znów oparłam czoło o kierownicę.

– Ech.

Przynajmniej był prąd. To akurat dobrze. To znaczyło, że mama miała jeszcze jakieś pieniądze.

Skrzywiłam się, kiedy po raz trzeci uderzyłam czołem o kierownicę.

Za mną zawył klakson, więc natychmiast się poderwałam i spojrzałam przez przednią szybę. Zielone. Ups. Zacisnęłam ręce na kierownicy, odetchnęłam głęboko i ruszyłam. Mogłam ją zastać tylko w jednym miejscu.

Ech.

Kolejne miejsce, do którego już nigdy, przenigdy nie chciałam trafić. Zmusiłam się do wzięcia kilku głębokich oddechów i ruszyłam główną ulicą, prawdopodobnie znacznie wolniej niż zezwalał limit prędkości, czym wyprowadzałam z równowagi każdego kierowcę, który jechał za mną. Niestety, nie mogłam na to nic poradzić.

Serce mi waliło jak młotem, kiedy zjeżdżałam w prawo, na tak zwany główny deptak. Chodziło o to, że było tam pełno budek z fast foodami i sieciowych knajpek, a wszystko to wokół centrum handlowego. Jakieś piętnaście kilometrów dalej był bar U Mony, a naprzeciwko klub ze striptizem, wyglądający na mocno szemrany i obstawiony niezbyt spektakularnymi motocyklami.

Jezu.

Na ulicach panował tłok, ale przejechałam skrótem i zaparkowałam na dobrze mi znanym parkingu upstrzonym dziurami, wybojami i Bóg wie czym jeszcze, ale przynajmniej stało tam tylko kilka aut.

Inna sprawa, że był poniedziałkowy wieczór.

Stanęłam pod neonem, w którym nie świeciła się jedna litera w słowie „Mony”. Pooddychałam jeszcze chwilę i powtarzałam:

– Nie zabiję jej, nie zabiję jej.

Kiedy już byłam pewna, że na jej widok nie wpadnę w furię, wysiadłam z mojego forda focusa, obciągnęłam dżinsowe spodenki obcięte z długich dżinsów i poprawiłam miękką i zwiewną kremową bluzkę, która byłaby dłuższa niż spodenki, gdybym nie wsadziła jej za pasek.

Przeszłam przez parking w rytmie klapiących japonek i zaciskałam rękę na pasku torby, jakbym liczyła, że wykorzystam ją jako śmiercionośną broń.

Podeszłam do drzwi, wyprostowałam się i powoli wypuściłam powietrze. Kwadratowe okienko w drzwiach było czyste, ale popękane. Czerwona i biała farba, kiedyś tak intensywna i przyciągająca wzrok, teraz obłaziła płatami, jakby ktoś chlusnął na ściany kwasem. Wielkie okno, z szybą pomalowaną na czarno i świetlistym napisem „Otwarte”, było nadbite w rogu, a ze środka szyby rozwijały się pajęczyny pęknięć.

Jeśli na zewnątrz ten przybytek wyglądał tak…

Boże, nie chciałam tam wchodzić.

Znów popatrzyłam w ciemne kwadratowe okienko. Moje niebieskie oczy były otwarte zbyt szeroko, a twarz miałam tak bladą, że blizna biegnąca od kącika oka do kącika ust stała się wyjątkowo widoczna.

Miałam szczęście. Tak mówili lekarze, strażacy i wszyscy inni, którzy postanowili wyrazić opinię na ten temat. Dwa centymetry wyżej i straciłabym lewe oko.

Kiedy jednak tu teraz stałam, nie czułam się jak szczęściara. Prawdę mówiąc, miałam wrażenie, że fortuna jest straszną zdzirą.

Powiedziałam sobie jednak, że dam radę, złapałam za oskrobaną klamkę i otworzyłam drzwi. Stanęłam w progu jak zamurowana i zgubiłam klapek. Owionął mnie znajomy zapach piwa, tanich perfum i smażonego oleju.

Dom.

Nie!

Zacisnęłam wolną rękę w pięść. Ten bar nie był moim domem. A przynajmniej nie powinien być. Nieważne, że spędzałam tu prawie każdy dzień po szkole, skulona gdzieś w pokoju na tyłach, albo wymykałam się na górę, żeby popatrzeć na mamę, bo to było jedyne miejsce, w którym się uśmiechała. Pewnie dlatego, że tutaj zawsze była pijana, ale nieważne.

Wszystko wyglądało tak samo. W pewnym sensie.

Kwadratowe i okrągłe barowe stoliki ze zniszczonymi blatami. Wysokie stołki z oparciami i taborety. Klekot kul bilardowych uderzających jedna o drugą i pusty podest do tańca.

Z szafy grającej dolatywała łzawa muzyka country, a przez dzielone w połowie drzwi wyszła akurat kobieta w średnim wieku, której nigdy wcześniej nie widziałam. Jasne włosy, z całą pewnością nienaturalne, miała spiętrzone na czubku głowy. Za ucho wetknęła ołówek. Ubrana była w dżinsy i biały podkoszulek i wyglądała tak, że mogłaby być klientką, ale przecież U Mony kelnerki nigdy nie miały uniformów. Niosła dwa czerwone koszyczki naładowane smażonymi skrzydełkami i sunęła do jednego z boksów niedaleko szafy grającej.