Zostań ze mną - Nicholas Sparks, M. Night Shyamalan - ebook + audiobook

Zostań ze mną ebook i audiobook

Nicholas Sparks, M. Night Shyamalan

5,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Bestseller „New York Timesa”. Najnowsza Powieść Nicholasa Sparksa!

Efekt bezprecedensowej współpracy mistrza romantycznych historii, autora bestsellerowego „Pamiętnika” i „Listu w butelce”, ze znanym scenarzystą i reżyserem kasowych thrillerów filmowych, takich jak „Szósty zmysł”, „Osada” czy „Zdarzenie”.

„Wkrótce się zakochasz, Tate. A kiedy to się stanie, twoje życie zmieni się na zawsze…”

Historia miłosna nasycona tajemnicami życia, śmierci, zawiłych relacji międzyludzkich i tym, co umyka racjonalnemu myśleniu.

Nowojorski architekt Tate Donovan przybywa na Cape Cod, aby zaprojektować letni dom najlepszego przyjaciela. Niedawno wypisano go z kliniki psychiatrycznej, gdzie leczył się z głębokiej depresji, ale choć wciąż zmaga się z bólem po stracie ukochanej siostry, ma nadzieję na nowy początek. Pomimo budzącego niepokój wyznania Sylvii na łożu śmierci – że posiada dziedziczny w ich rodzinie dar widzenia duchów, które wciąż przywiązane są do świata żywych – Tate wierzy jedynie w to, co można objąć rozumem. Kiedy jednak zamieszkuje w zabytkowym pensjonacie na Cape Cod, gdzie spotyka piękną młodą kobietę o imieniu Wren, jego przekonanie, że światem żądzą żelazne zasady logiki, chwieje się w posadach.

Tate’a i Wren z miejsca łączy więź, jakiej żadne z nich nigdy wcześniej nie doświadczyło. Tate czuje jednak, że coś zagraża ich kruchej i bardzo świeżej relacji. Aby dać im obojgu szansę na szczęśliwą przyszłość, musi poznać tajemniczą przeszłość Wren, zanim będzie za późno. Szukając prawdy, zacznie wątpić w to, co ludzie opowiadają o sobie, oraz w prawa rządzące naszym istnieniem. A miłość, którą czuje, zacznie budzić strach…. Opowieść o sile naszych emocji, która stawia pytanie o naturę miłości i jej granice.

Film na podstawie książki w reżyserii M. Nighta Shyamalana z Jake’iem Gyllenhaalem i Phoebe Dynevor już wkrótce w kinach!

"Genialne połączenie romantycznej historii miłosnej w najlepszym stylu Nicholasa Sparksa z wątkami nadprzyrodzonymi, za które cenimy znanego reżysera M. Night Shyamalana. Ta tajemnicza i poruszająca romantyczna opowieść uwiedzie rzesze czytelników. " Booklist

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 361

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 16 min

Lektor: Józef Pawłowski

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: REMAIN

Copyright © Willow Holdings, Inc. 2025 All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026

Polish translation copyright © Anna Esden-Tempska 2026

Redakcja: Marzena Ginalska

Korekta: Dorota Jakubowska, Sabina Raczyńska

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Flamur Tonuzi

Przygotowanie okładki do druku: Kasia Meszka

Ilustracje na okładce: © Muguel Sobreira/Arcangel (dom); © Gilbert Rondilla Photography/Moment/Getty Images, Sanghwan Kim/iStock (tło)

ISBN 978-83-8439-025-2

Wydawca Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. Hlonda 2A/25, 02-972 [email protected]

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

woblink.com

Rozdział 1

Cape Cod w maju budzi nadzieję w sercach przybyszy z Nowego Jorku, którzy już dość się namarzli. Zieleniejące trawniki i bryza znad oceanu niosą obietnicę, że lato jest tuż za progiem. Opuściłem szybę w samochodzie i wdychając zapach roślin, zastanawiałem się nad tym, jak odległe wydają się chłodne szare niebo i spływające deszczem rynsztoki miasta. Tu nareszcie można było poczuć, że zima dawno minęła i wkrótce zaczną się słoneczne, ciepłe dni.

Bywałem już na Cape Cod kilka razy, ale nie w tym mieście. Spokojniejszy, mniejszy kuzyn popularnego sąsiada, Provincetown, Heatherington wyraźnie kultywowało swój klasyczny styl z lat pięćdziesiątych XX wieku. Jadąc główną ulicą, Pleasant Street, widziałem urocze luksusowe sklepy sprzedające antyki, wyśmienite lody, drewniane zabawki i pizzę wypiekaną w ceglanych piecach. Zadbanymi chodnikami spacerowali młodzi ludzie z małymi dziećmi w drogich wózkach. Jednodniowi turyści krążyli, robiąc zakupy, a na drewnianej ławce pod wielkim, staromodnym zegarem siedzieli zagłębieni w rozmowę dwaj starsi mężczyźni w baseballówkach. Stojąc przy skrzyżowaniu, by przepuścić przez jezdnię muzyków z gitarami na plecach, zauważyłem na rogu aptekę w stylu retro i lokal, w którym grupa nastolatków za barem popijała shaki przez długie słomki.

Uśmiechnąłem się, myśląc, że to niemal zbyt piękne, żeby było prawdziwe, ale zdawałem sobie sprawę, że mój najlepszy przyjaciel, Oscar, dziecko imigrantów, którzy prowadzili knajpkę w Bostonie, chciał znaleźć sobie miejsce jak z obrazka z amerykańskiego snu. Kiedy samochody znów ruszyły, w bocznych uliczkach po lewej i prawej widziałem za białymi płotkami dobrze utrzymane domy w stylu kolonialnym, pokryte z zewnątrz drewnem. Heatherington było malownicze, muszę przyznać, w dodatku jak na zawołanie chmury na niebie nagle się rozeszły, ukazując błękit tak jaskrawy, że musiałem zmrużyć oczy.

Był poniedziałek, typowy początek nowego tygodnia pracy. Przyjechałem tu, żeby pomóc Oscarowi i jego żonie Lorenie zaprojektować i zbudować dom wakacyjny, choć działkę, którą kupili, znałem na razie jedynie ze zdjęć. Byłem bardzo ciekaw, czego oczekują, a dziś po raz pierwszy mieliśmy o tym poważnie porozmawiać. Pamiętając o ich wskazówkach i popatrując na GPS, zjechałem z Pleasant Street, kierując się do miejsca, gdzie w przyszłości miał stanąć dom; tam się umówiliśmy. Na przedmieściu minąłem teren, na którym trwały gorączkowe przygotowania do Festiwalu Masek i Muzyki. Pokryte pyłem ciężarówki zapełniły wyżwirowany parking, a w oddali krzątali się robotnicy. Impreza miała się odbyć w długi weekend Memorial Day pod koniec maja. Dowiedziałem się o niej, kiedy bezskutecznie starałem się znaleźć jakieś lokum na swój pobyt i w końcu musiałem zdać się na pomoc Oscara. Podobno do miasta miało zjechać na tych kilka dni kilkadziesiąt zespołów i spodziewano się z dwudziestu tysięcy turystów. Kiedy spytałem, co to będzie za muzyka, Oscar tylko prychnął.

– A skąd mam wiedzieć? Pewnie ta dziwaczna muzyka Pokolenia Z.

Kilka minut później skręciłem na trawiastą stromą dróżkę, która, jak się domyślałem, prowadziła na skarpę z widokiem na ocean. Jechałem wolno, po śladach samochodów, które musiały tędy przejeżdżać przede mną. Mój Aston Martin podskakiwał i zarzucało nim, gdy opony wyrywały trawę z miękkiego podłoża. Korony rosnących po obu stronach wyniosłych brzóz, wiązów i klonów tworzyły nade mną zielone sklepienie. Wreszcie dotarłem na polanę na szczycie.

To był porośnięty trawą płaski kawałek ziemi, otoczony majestatycznymi dębami; roztaczał się z niego panoramiczny widok na ocean w kolorze ciemnych szafirów. Nad polaną porośniętą mleczami fruwały motyle, a pachnące solą powietrze budziło we mnie wspomnienia z letnich wakacji. Przez warkot silnika Astona przebijały się głosy ptaków dobiegające spośród liści. A kiedy spojrzałem w górę, dostrzegłem krążącego jastrzębia. Zdumiało mnie, że jakimś cudem uchowało się tu tak piękne, dziewicze miejsce.

Wkrótce w polu widzenia pojawiły się drewniane urządzenia jak z dużego placu zabaw w mieście – z huśtawkami, drabinkami, piaskownicą i wieloma zjeżdżalniami, a do tego fort zwieńczony kolorowym daszkiem. Szalała tam cała piątka dzieci Oscara, a on i jego żona czuwali, siedząc przy stoliku piknikowym z boku. Mój przyjaciel jak zwykle miał na sobie bluzę sportową drużyny Cleveland Browns, stylizowaną na wczesne lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku.

Niedługo po skończeniu studiów na Uniwersytecie Nowego Jorku Oscar zdobył środki finansowe na zakup praw od klubów NFL, NBA, NHL i MLB na produkowanie i sprzedaż strojów z ich logo. Miał pomysł, że na trykotach w starym stylu będą nadrukowane nazwiska i numery obecnych zawodników. Dbał bardzo o projekty i jakość, o to, by odzież była supermiękka i odpowiednio postarzona. Wykorzystując media społecznościowe, fantastycznie radził sobie z promocją i marketingiem. Od początku szło mu świetnie, ale wskaźniki sprzedaży poszybowały w kosmos, kiedy znany raper zaczął się pojawiać na koncertach w jego bluzach, a influencerzy zaczęli regularnie wstawiać o nich posty. W końcu firmą Oscara zainteresowały się wielkie korporacje i sprzedał ją za niemal miliard dolarów. To był rekord świata. Jego rodzice, którzy byli dla mnie jak przybrani ojciec i matka, pękali z dumy i sami nosili bluzy z firmy syna, chwaląc się przed licznymi krewnymi w Stanach i w Indiach jego sukcesem. Oscar był wielką radością rodziców. Pieniądze właściwie wcale nie zmieniły jego i Loreny.

Gdy zaparkowałem obok ich Cadillaca Escalade, przy którym mój samochód wyglądał jak zabawka, przyjaciel podszedł z wyciągniętymi rękami i mnie uściskał. Jak reszta jego rodziny należał do „przytulaczy”. Przypuszczam, że witał się tak ze wszystkimi, także ze sprzedawcami w sklepach spożywczych, z facetem, który czyścił mu basen, a nawet z urzędnikami skarbówki. Ja dawno porzuciłem opory białego anglosaskiego protestanta i uściskałem go w odpowiedzi. Poklepał mnie po plecach, zanim oderwaliśmy się od siebie.

– Udało ci się trafić – powiedział z uśmiechem. – I co myślisz?

– Wygląda cudownie – przyznałem. – Nawet lepiej niż na zdjęciach, które mi przysłaliście.

Oscar rozejrzał się, jakby sam nie mógł się nadziwić.

– Nadal nie mogę uwierzyć, że zdołałem kupić to miejsce. Licytowałem przeciwko gościom z funduszu hedgingowego, a wiesz, jak bardzo nie lubią przegrywać. – Wskazał głową stół piknikowy. – Chodź. Lorena nie może się ciebie doczekać.

Kiedy ruszyliśmy do niej, obejrzałem się na plac zabaw.

– A to skąd się tu wzięło?

– Zamontowałem to w zeszłym tygodniu. Przyda się, żeby zająć czymś dzieci, kiedy będziemy tu wpadać sprawdzać postęp robót, gdy ruszy budowa.

– Przypomnij mi, w jakim oni są wieku.

– Leo ma siedem lat. Lalita i Lakshmi sześć. Logesh pięć, a Luca właśnie skończył cztery. Wiem, to mnóstwo L, ale dzięki temu wystarczy, że powiem „Zabierz stąd El” albo „Zamknij El!” czy „Posadź El!”.

– Założę się, że Lorena jest zachwycona.

– Nie za bardzo – przyznał, chichocząc. – Ale to był jej pomysł, żeby wszystkie imiona zaczynały się od L, a dzieciaki uważają to za przekomiczne.

Lorena już wstała. Odgarnęła ciemną grzywkę z czoła i podbiegła do nas. Towarzyska, energiczna, o włosko-amerykańskich korzeniach, miała w sobie siłę i mocny charakter. Pod tym względem nawet Oscar nie mógł się z nią równać. Podobnie jak on należała do „przytulaczy” i w jej objęciach człowiek czuł się jak opatulony puchową pierzynką. Kiedy się cofnęła, nadal trzymała mnie za ręce.

– Jak się masz? – spytała, przypatrując się uważnie ekspresyjnymi brązowymi oczami mojej twarzy. – Tak się o ciebie martwiłam.

– Już lepiej – odparłem z uśmiechem, który był przekonujący, w każdym razie taką miałem nadzieję.

– Dostałeś moją przesyłkę?

W połowie mojego ostatniego pobytu w szpitalu przyszedł wielki kosz smakołyków, cukierków i batoników, z dużym pluszowym pingwinem. Z jakiegoś powodu, może dlatego, że kiedyś zachwycałem się filmem dokumentalnym Marsz pingwinów, Lorena była przekonana, że uwielbiam pingwiny cesarskie, a ja nie miałem serca tego sprostować.

– Tak. Dziękuję. Mam nadzieję, że nie będziesz mieć żalu, że podzieliłem się tymi pysznościami z towarzyszami niedoli.

– No skąd – odparła. Puściła wreszcie moje dłonie i zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów. – Dobrze wyglądasz. Wydajesz się bardziej… wypoczęty niż wtedy, kiedy ostatni raz cię widziałam.

– Jestem bardziej wypoczęty – potwierdziłem. – Jak dzieci?

– Szaleją jak zwykle. – Westchnęła i z pełnym rezygnacji uśmiechem wyciągnęła rękę w stronę placu zabaw. – Nie powinnam była dać się namówić Oscarowi na piąte. Kiedy pojawił się Luca, wszelkie zasady wzięły w łeb. On skończy jako morderca, wszystko uchodzi mu na sucho. – Roześmiała się wesoło.

Lorena, która studiowała ekonomię, kiedy Oscar poznał ją na uniwersytecie, pomagała mu rozwijać interes, póki nie pojawiły się bliźniaczki. Wtedy wycofała się, by zająć się rosnącą gromadką. W ich domu, podobnie jak w tym, w którym dorastał Oscar, panował wieczny bałagan i taki hałas, że aż ściany chodziły. Lorena jakimś cudem panowała jednak nad tym chaosem. Nigdy nie widziałem, żeby padała na nos ze zmęczenia albo straciła cierpliwość.

– Jak długo możecie zostać? – spytałem ją.

– Tylko do piątku wieczorem – odparła. – W przyszłym tygodniu dzieci mają występy i klasówki. Ale po zakończeniu roku szkolnego od razu tu przyjedziemy na resztę lata.

– Puść El! – wrzasnął Oscar, a ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu, kiedy Lorena przewróciła oczami. – Czekajcie – zwrócił się do nas, po czym dziarskim krokiem ruszył do placu zabaw.

Leo założył Logeshowi nelsona, ale starał się robić wrażenie niewiniątka w nadziei, że może ojciec krzyczy na któreś z innych dzieci.

– Nie wiem, jak dajecie radę – powiedziałem. – Podziwiam was.

– Co? Chodzi ci o wychowywanie dzieci? – spytała jakby nigdy nic. – Pomaga opiekunka, ale tak naprawdę to całkiem jak zajmowanie się Paulie. Wystawiasz rano miseczki z karmą i wodą, przygotowujesz kuwetę i zapominasz o sprawie na resztę dnia.

Uśmiechnąłem się.

– Dziękuję, że się nią zajęłaś, kiedy byłem w szpitalu. Gdzie ona jest?

– W swoim transporterku w SUV-ie. Tym obok twojego samochodu. Nie martw się, zostawiłam okna otwarte, ale nie byłam pewna, jak by zareagowała, gdybym ją tu wypuściła. To kot trzymany w domu.

– Prawda – przyznałem. – Poza wizytami u weterynarza i pobytem u ciebie nigdy nie opuszczała mieszkania. Jak ona się ma?

– Kilka dni zajęło, nim zdecydowała się wyjść z kryjówki, ale potem była urocza i zadowolona, chyba że dzieciaki ganiały ją po domu. Spędzała mnóstwo czasu na oparciu kanapy przy oknie, gdzie nie mogły jej dosięgnąć. Ale wieczorami, kiedy już poszły spać, zwijała się w kłębek na moich kolanach.

– Najwyraźniej cię polubiła.

– Zawsze myślałam, że jestem psiarą, a ona całkiem zmieniła moje podejście do kotów – oświadczyła Lorena. – Muszę o coś spytać: dlaczego nazwałeś ją Paulie?

– Dlaczego chcesz to wiedzieć?

– To dziewczynka, a Paulie to chłopięce imię.

– Jako nastolatek uwielbiałem film Rocky.

– To czemu nie nazwałeś jej Adrian?

– Bo wyglądała jak Paulie.

Lorena się zaśmiała.

Oscar wrócił do nas, a Logesh, uwolniony przez brata, dalej rozcierał sobie szyję.

– Leo twierdzi, że chciał pokazać Logeshowi, co robić, jak zaatakują go chuligani – wyjaśnił Oscar.

– A ty wytłumaczyłeś im, że zamiast zakładać komuś nelsona, powinni zawołać nauczyciela albo zwrócić się do nas, tak? – spytała Lorena.

– Tak, tak. – Skwapliwie pokiwał głową. – Oczywiście.

Popatrzyła na męża z powątpiewaniem, po czym odchrząknęła.

– Wiem, że macie z Oscarem wiele do obgadania po tak długim czasie, zabiorę więc dzieci do miasta i kupię coś do jedzenia. Pewnie już umierają z głodu. Co wam przywieźć?

– Ja najchętniej poprosiłbym o sałatę z kurczakiem z grilla – odparłem. – Zresztą może być cokolwiek. Wiem, że będziesz miała wiele do ogarnięcia – dodałem przepraszająco i ruchem głowy wskazałem plac zabaw.

– A dla mnie może podwójny cheeseburger z krążkami smażonej cebuli? – wtrącił Oscar z nadzieją w oczach. – I shake czekoladowy?

Ubawiona Lorena uniosła brew.

– Jasne… Czyli dwie sałaty z kurczakiem z grilla. Robi się – podsumowała.

– Ale, kochanie, jestem głodny…

– To przywiozę ci też jabłko. – Obróciła się do placyku. – Dzieci?! – zawołała. – Chodźcie, pojedziemy na lunch!

Nie zwróciły na nią najmniejszej uwagi.

– Czas coś zjeść! Wszystkie El do auta mamy! – ryknął Oscar.

Niechętnie zeszły z placu zabaw i powoli pobiegły do samochodu. My dwaj podeszliśmy do SUV-a. Oscar otworzył go od strony bagażnika i wyciągnął transporterek z kotką. Wziąłem go od niego i zajrzałem do Paulie. Gapiła się na mnie nerwowo wielkimi oczami.

Kiedy Oscar i Lorena pomagali dzieciom zająć miejsca – niektóre nadal miały foteliki – zaniosłem transporterek do mojego samochodu. Wsuwając palce przez kratki, mruczałem pod nosem słowa powitania, ale Paulie była zbyt zszokowana, a może zbyt oszołomiona po jeździe, żeby zareagować. Dałem jej spokój i po opuszczeniu szyb wyjąłem z plecaka laptop, notes i długopis. Lorena pomachała do nas, wycofując samochód.

Kiedy tylko usiedliśmy przy stole, Oscar nachylił się do mnie.

– No dobrze. Skoro wreszcie mamy trochę spokoju i ciszy, opowiedz mi o ostatnich tygodniach w szpitalu. Muszę powiedzieć, że to miejsce bardziej przypominało klub golfowy albo mały kampus uniwersytecki niż ośrodek psychiatrii.

– Było dobrze. – Wzruszyłem ramionami. – I masz rację, warunki były luksusowe, choć nie było tam takich zabiegów jak w SPA.

Podczas mojego pobytu w szpitalu od czasu do czasu rozmawialiśmy przez telefon, ale jeszcze raz opisałem przyjacielowi tamtejszy program, w którym kładziono nacisk na terapię dialektyczno-behawioralną, skupiając się na zachowaniach, a nie odczuciach czy emocjach, które są krótkotrwałe.

– Rozumiem. – Oscar skinął głową. – A jedzenie rzeczywiście było tak dobre, jak mówiłeś? – dociekał.

– Tak – zapewniłem go. – W weekendy, kiedy tylko pogoda na to pozwalała, mieliśmy nawet barbecue.

– Całkiem jak w Białym Lotosie z terapią na dokładkę – skwitował.

– To niezłe miejsce. Ale musiałem zagłębiać się w niektóre aspekty swojego życia, które przez długi czas usilnie starałem się ignorować.

– Chodzi ci o twoje dzieciństwo królewicza i szurniętych rodziców, którzy cię zawiedli? – domyślił się Oscar.

– Coś w tym rodzaju.

Skrzyżował ręce na piersi i przyglądał mi się z powagą.

– Musisz mi obiecać, że gdybyś poczuł, że znów pochłania cię ciemność, dasz mi znać, Tate. – Odwrócił na chwilę wzrok, po czym popatrzył mi głęboko w oczy. – Bałem się o ciebie.

Wzruszony jego słowami, pokiwałem głową. Obaj umilkliśmy na wspomnienie tamtych okropnych dni. Ale Oscar szybko odzyskał psotny ton. Nachylił się do mnie, wyraźnie zaciekawiony.

– Czy pomogli ci rozszyfrować, skąd te szokujące sugestie, które przekazała ci przed śmiercią siostra?

Przypominając sobie, co mówiła Sylvia, jeszcze raz wzruszyłem ramionami.

– Lekarze przypuszczają, że miała zmiany neurologiczne i jej narządy po kolei się wyłączały.

– Ale ty jej uwierzyłeś? – naciskał dalej Oscar.

Zawahałem się. Starałem się uważnie dobrać słowa.

– Sylvia nigdy mnie nie okłamała, co oznacza, że wierzyła we wszystko, co mi mówiła. Ale porozmawiajmy o tym, jak będzie więcej czasu. Przecież – otworzyłem notes – mamy zaprojektować dom.

Rozdział 2

Straciłem siostrę, Sylvię, prawie rok temu. Kiedy umarła, zacząłem osuwać się w paraliżującą depresję, która doprowadziła do tego, że tygodniami nie byłem w stanie podnieść się z łóżka, a w końcu odbierać telefonów i maili czy nawet się myć. Jedynym, co trzymało mnie w tym mrocznym okresie przy życiu, była Paulie. Choć zaniedbywałem wszystko inne, jakimś cudem udało mi się nie dopuścić do jej śmierci. Wreszcie do moich drzwi załomotał Oscar. Przekonał mnie, żebym poddał się terapii w szpitalu psychiatrycznym, i obiecał, że pod moją nieobecność zajmie się Paulie. Za to – i za wiele innych rzeczy – będę mu zawsze wdzięczny.

Dotarłem do szpitala podczas zamieci w końcu stycznia. Śnieg padał przez trzy dni z rzędu, pokrywając wszystko bielą. Pamiętam, że patrząc przez okno swojego pokoju z widokiem na teren ośrodka, zastanawiałem się, gdzie chowają się ptaki podczas takiej śnieżycy, i myślałem, że Sylvia na pewno by to wiedziała.

O pięć lat ode mnie starsza i niezwykle wyczulona na przyrodę, zachwycała się pięknem i życiem w każdej postaci – być może dlatego, że w młodości tak wiele z tego było dla niej niedostępne. Wirus zniszczył jej serce, kiedy była mała, i choć zajmowali się nią najlepsi specjaliści z całego kraju, dorastając, większość czasu spędzała w naszym domu na Piątej Alei, uczona przez prywatnych nauczycieli. W czasie wolnym uciekała w romantyczny, pełen fantazji świat powieści albo wyglądała przez okno, ze smutkiem obserwując ludzi w Central Parku. Kiedy śledziła rodziny, zakochanych i turystów odpoczywających na trawie, na jej twarzy malowała się taka tęsknota, że serce mi się kroiło. Sylvia potrafiła jednak widzieć wszystko w sposób, który mnie był całkiem obcy. Dla niej świat był nieskończenie tajemniczy, zdumiewający. Pamiętam, jak w dzieciństwie pokazywała mi małe cuda codzienności, które przykuły jej uwagę – na przykład smużki na szybach wyschniętych po deszczu albo misterną symetrię pajęczyn. Tłumaczyła, że jeśli chcę naprawdę widzieć otaczający nas świat, a nie tylko patrzeć, to też mogę doświadczyć tego, co transcendentne, cokolwiek to znaczy.

Mój psychiatra, doktor Rollins, często mówił, że Sylvia byłaby ze mnie dumna, bo zwróciłem się po pomoc, której potrzebowałem, i nie wątpię, że miał rację. To był drogi ośrodek, o doskonałej opinii, położony wśród pięknych krajobrazów Connecticut. Podczas czteromiesięcznego pobytu tam, w ramach terapii trzy razy w tygodniu spotykałem się z doktorem Rollinsem, a poza tym brałem udział w sesjach grupowych mających na celu kształcenie umiejętności emocjonalnych. Większość tamtejszych pacjentów zmagała się z uzależnieniami, tylko nieliczni, tacy jak ja, znaleźli się tam z innych powodów. Zgłosiłem się dobrowolnie, wiedząc, że w każdej chwili mam prawo opuścić ośrodek. Teraz mogę z ulgą powiedzieć, że nie czuję się już tak, jakbym żył w ciemnym tunelu, choć czasami zastanawiam się, czy naprawdę zostałem uleczony.

Nadal jestem sobą, mimo wszystko – Tate’em Donovanem, trzydziestoośmioletnim architektem, który, kiedy umarła mu siostra, utracił całą rodzinę. Po tym i po wielu miesiącach fizycznej i psychicznej nieobecności pozwoliłem wreszcie wspólnikom w jednej z czołowych nowojorskich firm architektonicznych wykupić moje udziały. W ten sposób po raz pierwszy w dorosłym życiu znalazłem się na rozstajach dróg, bez pracy, sam, nie wiedząc, jaka czeka mnie przyszłość.

Gdybyście spytali moich rodziców, pewnie zbytnio by się nie zdziwili, że tak skończyłem. Ale przecież nigdy nie byłem w stanie ich zadowolić. To nic nadzwyczajnego. Nie ja jeden czułem, że byłem zaniedbywany i niekochany w dzieciństwie. Doktor Rollins pomógł mi jednak zrozumieć, że nie powinienem pozwalać, by to wpływało na całe moje życie. Mimo to nawet on przyznał, że moje dzieciństwo było dość osobliwe.

Ojciec był prezesem konglomeratu, który zarabiał pieniądze w różnych dziedzinach. Górnictwo. Rolnictwo. Farmaceutyki. Ropa naftowa, gaz. Lotnictwo. Pomijając to, że byłem jednym z głównych udziałowców, nigdy nie interesowałem się specjalnie tym biznesem, poza tym, że rzucałem okiem na miesięczne sprawozdania przychodzące pocztą. Przedsiębiorstwo założył mój pradziadek, dziadek je rozbudował, a w prawdziwe imperium zmienił je ojciec. To byli prawdziwi zdobywcy w rodzinie, przynajmniej jeśli chodzi o gromadzenie bogactwa.

Matka była rumuńską pięknością, która mówiła biegle w wielu językach i pojawiała się na okładkach magazynów. Pracowała jako modelka, kiedy poznała mojego ojca, i przypuszczam, że mieli dzieci tylko dlatego, że po ludziach o ich statusie spodziewano się płodzenia spadkobierców. Ale tylko zgaduję. Tak naprawdę nie wiem.

Wiem natomiast to, że mieszkaliśmy w penthousie na Upper East Side w Nowym Jorku i że ojciec rzadko bywał w domu. Dużo podróżował, zwykle w interesach, choć także – jak się potem dowiedziałem – by cieszyć się towarzystwem licznych kochanek. Matka zaczęła pić; robiła to codziennie po porannych ćwiczeniach, skubała sałatę zamiast jeść, i wiele wieczorów spędzała na imprezach charytatywnych.

Mnie i siostrę wychowywały nianie i służba: gosposie, asystenci, kucharz, a nawet pani, która przychodziła dwa razy w tygodniu, żeby pakować prezenty. Wozili mnie szoferzy, latałem prywatnymi odrzutowcami i, jak Sylvia, początki edukacji odbierałem od prywatnych nauczycieli, przez co nie miałem kontaktu z rówieśnikami. Lato spędzaliśmy w naszej posiadłości nad oceanem w Hamptons, gdzie co drugi wieczór rodzice urządzali przyjęcia, na których nie wolno było bywać siostrze i mnie. Oglądaliśmy więc na piętrze filmy albo siedzieliśmy na plaży, kiedy pijani goście biesiadowali przy basenie. W nieliczne wieczory, które spędzaliśmy we czwórkę w domu, miałem wrażenie, że za każdym razem, kiedy rodzice patrzą na Sylvię i na mnie, zastanawiają się, kim jesteśmy i skąd się tu wzięliśmy.

Jeśli mieli jakąś pozytywną cechę, to trzeba przyznać, że doceniali wartość dobrej edukacji, dlatego za ciężkie pieniądze zatrudniali szereg nauczycieli. Kiedy po operacji zdrowie Sylvii się poprawiło, pozwolono jej wreszcie uczęszczać do Brearley, elitarnej szkoły dla dziewcząt parę przecznic od domu. Kilka lat później, kiedy miałem dwanaście lat, wysłano mnie do Exeter.

Czas w szkole z internatem był dla mnie przełomem. Choć tęskniłem za siostrą, mieszkanie z rówieśnikami, z dala od rodziców, pozwoliło mi wreszcie zawrzeć przyjaźnie. Stopniowo uczyłem się sztuki prowadzenia codziennych rozmów, nawet jeśli swój wewnętrzny świat nadal zachowywałem dla siebie. Kiedy moja pewność siebie rosła, dołączyłem do drużyny piłkarskiej i lacrosse. Byłem na tyle sprawny, że mogłem uprawiać sporty, których jako dziecko kompletnie nie znałem. Miałem najlepsze wyniki w matematyce i rozwijałem talent do rysunku.

Poszczęściło mi się nawet z dziewczynami. W ostatniej klasie zacząłem się spotykać z Carly, ładną dziewczyną z Newport w Rhode Island. A co najważniejsze, moim najlepszym przyjacielem stał się Oscar, który mógł uczyć się w Exeter dzięki stypendium. Od czasu do czasu spędzałem weekendy w Dorchester z jego dziewięcioosobową, pełną temperamentu imigrancką rodziną z Indii. Żartowali, gadali jeden przez drugiego i śmiali się głośno. Kiedy siadałem z nimi do stołu i patrzyłem, jak sięgają do półmisków z aromatycznym jedzeniem, opowiadając barwne historie, miałem przemożne wrażenie, że nagle znalazłem się na innej planecie. To Oscar nauczył mnie, co to znaczy być przyjacielem. Przy nim, tak jak przy siostrze, mogłem przestać się kryć i po prostu być sobą.

Ponieważ rzadko widywałem rodziców – póki nie skończyłem Yale, jeździłem do domu tylko na lato i na ferie świąteczne – pozostali mi w dużym stopniu obcy. Pamiętam, jak podczas zamieszania przy rozdaniu świadectw ukończenia liceum ojciec odciągnął mnie na bok, by powiedzieć mi, że chciałby, żebym poszedł w jego ślady i studiował biznes. Zakłopotany gapiłem się na niego w milczeniu, a potem udałem, że zobaczyłem w tłumie przyjaciela, i szybko się oddaliłem. Po raz pierwszy otwarcie buntując się przeciwko oczekiwaniom rodziców, podjąłem zgodnie ze swoimi zainteresowaniami studia na wydziale architektury.

W lecie po zrobieniu licencjatu przeprowadziłem się do własnego mieszkania w Nowym Jorku i znalazłem zatrudnienie jako zwykły kreślarz w pracowni architektonicznej na Upper East Side. Po powrocie na studia kilka lat później i zdobyciu tytułu magistra zostałem w firmie wspólnikiem – przyciągałem nowych bogatych klientów, którzy chcieli budować sobie wymarzone domy.

Sylvia studiowała w Nowym Jorku. Na uniwersytecie New School uzyskała dyplom z nauki o środowisku. Pracowała dla organizacji non profit, mieszkała w East Village i wtedy przez przyjaciół poznała Mike’a. Zakochała się w nim, a kiedy chcieli wziąć ślub, nasz ojciec nalegał na intercyzę. Mike uczył muzyki w prywatnej podstawówce niedaleko naszego domu i był tak biedny, jak my byliśmy bogaci. Widać było jednak, że on i Sylvia naprawdę się uwielbiają. Po tym, jak odrzutowiec rodziców spadł, pikując do Atlantyku – miałem wówczas dwadzieścia dziewięć lat – Mike tulił moją siostrę, gdy szlochała na pogrzebie, a potem cierpliwie i ze zrozumieniem pomagał jej przejść żałobę. Był, i jest nadal, naprawdę porządnym gościem.

Sylvia gorzej zniosła śmierć rodziców niż ja, ale ona nigdy nie miała wrażenia, że nie są sobie bliscy i że jej nie kochają. Sesje z doktorem Rollinsem pomogły mi zaakceptować, że mogli traktować córkę inaczej ze względu na jej problemy zdrowotne. Możliwe, że czułem się zaniedbywany częściowo dlatego, że zmartwieni, skupiali się na Sylvii. Ale w głębi duszy wiem, że wrodzona dobroć mojej siostry nieco wykrzywiała jej postrzeganie świata. Sylvia była lepsza ode mnie, bardziej wyrozumiała i skłonna widzieć w ludziach to, co najlepsze. W przeciwieństwie do mnie wierzyła w Boga i tajemnice wykraczające poza to, co można pojąć rozumem, również w istnienie duchów i życie po śmierci.

Nie zdawałem sobie sprawy, jak głęboko sięgała ta wiara. Zrozumiałem to o wiele później.

Zainteresowani tym, co będzie dalej?

Pełna wersja książki do kupienia m.in. w księgarniach:

KSIĘGARNIE ŚWIAT KSIĄŻKI

EMPIK

Oraz w księgarniach internetowych:

swiatksiazki.pl

empik.com

bonito.pl

taniaksiazka.pl

Zamów z dostawą do domu lub do paczkomatu – wybierz taką opcję, jaka jest dla Ciebie najwygodniejsza!

Większość naszych książek dostępna jest również w formie e-booków. Znajdziecie je na najpopularniejszych platformach sprzedaży:

Virtualo

Publio

Nexto

Oraz w księgarniach internetowych.

Posłuchajcie również naszych audiobooków, zawsze czytanych przez najlepszych polskich lektorów.

Szukajcie ich na portalu Audioteka lub pozostałych, wyżej wymienionych platformach.

Zapraszamy do księgarń i na stronę wydawnictwoalbatros.com, gdzie prezentujemy wszystkie wydane tytuły i zapowiedzi.

Jeśli chcecie być na bieżąco z naszymi nowościami, śledźcie nas też na Facebooku i na Instagramie.

Spis treści

Okładka

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Prawa autorskie