Zostań ze mną - K.A. Tucker - ebook
Opis

Calla Fletcher nie miała nawet dwóch lat, gdy matka wywiozła ją z Alaski, nie mogąc dłużej znieść izolacji i wiejskiego trybu życia. Dwudziestosześcioletnia dziewczyna zna tylko życie w wielkim, zatłoczonym Toronto. Kiedy dowiaduje się jednak, że dni jej ojca, który pozostał na Alasce, są policzone, zdaje sobie sprawę, że nadszedł czas na długą podróż do odległego miasteczka, w którym się urodziła.


Calla stawia czoła dzikiej przyrodzie, dziwacznym porom naturalnego światła, wygórowanym cenom, nawet konieczności korzystania z wychodka, a wszystko to, by poznać ojca. Podczas gdy dziewczyna stara się przywyknąć do surowego środowiska, nieuczesany, arogancki miejscowy pilot, który pomaga w prowadzeniu firmy czarterującej samoloty jej ojca, nie potrafi sobie wyobrazić życia w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. I z chęcią odstawi Call do domu, przekonany, że jest zbyt rozpieszczona, by poradzić sobie na odludziu.

Niebawem jednak między dwojgiem zupełnie różnych ludzi, rodzi się nieoczekiwane uczucie. Calla nie zamierza jednak zostać na Alasce, a Jonah nigdy z niej nie wyjedzie. 
Czy przystojny pilot i rozkapryszona dziewczyna z Toronto znajdą w końcu do siebie drogę? Czy będą potrafili poświęcić się dla miłości? Czy powtórzy się historia rodziców dziewczyny?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 504

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Lii i Sadie,

Najlepsze rzeczy w życiu nigdy nie przychodzą łatwo.

Zawsze będą warte swojej ceny.

Ale idealnie (dla mojego dobra) byłoby, gdyby nie miały nic

wspólnego z awionetkami.

PROLOG

15.11.1993

Anchorage, Alaska

Wren stawia dwie granatowe walizki obok wózka, po czym chwyta papierosa niepewnie trzymanego w ustach i zaciąga się nim głęboko i powoli. Wypuszcza dym na mroźną aurę.

– Tylko te?

– I torba na pieluchy. – Wdycham piżmową woń. Od zawsze nienawidziłam dymu. Wciąż tak jest, ale Wren stanowi wyjątek.

– No tak. Pójdę po nią – mówi, rzucając niedopałek na śnieg i przygniatając go butem. Zaciera zgrubiałe dłonie i chucha w nie, gdy przygarbiony zmierza z powrotem na płytę lotniska. Tam na godzinny powrót do domu czeka cessna, którą tu przylecieliśmy.

Obserwuję go w milczeniu, skulona w pluszowej, puchowej kurtce chroniącej przed lodowatym wiatrem, mocno trzęsąc się ze złości, którą noszę w sobie już od miesięcy. Jeśli przestanę, szybko przytłoczy mnie zarówno ból rozczarowania, jak i nadchodzącej straty, a ja jego nie zdołam przetrwać.

Wraca Wren, kładzie ciężką czerwoną torbę na asfalcie, kiedy przychodzi pracownik naziemny, by zabrać moje rzeczy. Mężczyźni wymieniają uprzejmości, jakby chodziło o transport każdego innego pasażera. Pracownik zabiera mój bagaż i zostawia nas w pełnej napięcia ciszy.

– O której będziesz na miejscu? – pyta w końcu Wren, drapiąc się po brązowym zaroście na podbródku.

– Jutro w południe, czasu Toronto. – Modlę się, żeby Calla zdołała przetrwać dziesięć godzin podróży bez wrzasku. Choć może odwróci tym moją uwagę od własnych emocji. Przynajmniej kolejny samolot jest większy, w przeciwieństwie do awionetki, na wykorzystanie której nalegał Wren. Boże, dlaczego, u licha, wydawało mi się, że wyjście za mąż za urodzonego i wychowanego na pustkowiu pilota będzie dobrym pomysłem?

Wren kiwa głową, wyjmuje naszą śpiącą córkę z wózka i tuli ją w ramionach.

– A ty? Gotowa na swój pierwszy długi lot? – Jego promienny uśmiech skierowany do dziecka sprawia, że ściska mi się serce.

Po raz setny zastanawiam się, czy jestem egoistką. Czy może powinnam zagryźć zęby, znieść niedolę i alaskańską izolację. Mimo wszystko sama nawarzyłam piwa, którego nie chcę teraz pić. Ojciec szybko mi to wypomniał, gdy przyznałam rodzicom, że życie z Wrenem nie jest tak romantyczne, jak przekonywałam samą siebie. Kiedy oznajmiłam, że przez ostatni rok nie było dnia, żebym nie płakała – zwłaszcza podczas boleśnie długiej, chłodnej, ciemnej zimy, gdy tak rzadko widać było słońce. Że nie znoszę mieszkania na granicy Ameryki, że pragnę być blisko rodziny i przyjaciół, a także miejskiego gwaru z dzieciństwa. W moim własnym kraju.

Na czole Wrena pojawia się głęboka bruzda, gdy całuje naszą szczęśliwą, niczego nieświadomą siedemnastomiesięczną córkę w nos i stawia nosidełko na ziemi. Mała próbuje się poruszać, ale jej ciało jest szczelnie owinięte w gruby podgumowany różowy kombinezon, który nie przepuszcza lodowatego wiatru.

– Wiesz, że nie musisz wyjeżdżać, Susan.

Tak szybko, jak dopadły mnie wątpliwości, odsuwam je od siebie.

– I co dalej? Miałabym tu zostać i cierpieć? Siedzieć w domu z Callą, podczas gdy ty byłbyś w pracy, ryzykując życie dla garstki nieznajomych? Dłużej nie dam tak rady, Wren. Każdy kolejny dzień jest trudniejszy niż poprzedni. – Początkowo sądziłam, że była to depresja poporodowa, ale po kilku miesiącach latania do Anchorage, aby porozmawiać z terapeutą i wziąć od niego receptę na antydepresanty, które jedynie mnie spowalniały, zaakceptowałam fakt, że mój nastrój nie miał nic wspólnego z hormonami. Dorastając w Toronto, sądziłam, że poradzę sobie z alaskańską zimą. Myślałam, że wyjście za mąż za ukochanego przezwycięży trudy życia i egzystencji z człowiekiem, który ma niepokojąco wysokie szanse na śmierć w pracy. Że moje uwielbienie do niego i wzajemne przyciąganie wystarczą, by pokonać wszystko, co zgotuje mi Alaska.

Wren wkłada ręce do kieszeni granatowej kamizelki w kratkę, skupiając uwagę na zielonym pomponie na czubku dzianinowej czapki Calli.

– Sprawdzałeś może loty w święta? – śmiem zapytać, próbując po raz ostatni.

– Nie mogę wziąć aż tyle wolnego, wiesz o tym.

– Wren, jesteś właścicielem tej firmy! – Wskazuję na logo ALASKA WILD na kadłubie awionetki, którą przylecieliśmy do Anchorage. Ma więcej takich maszyn, które składają się na rodzinny biznes Fletchera, firmę czarterową, odziedziczoną pięć lat temu po zmarłym ojcu. – Możesz zrobić cokolwiek zechcesz!

– Ludzie liczą, że zostanę.

– Jestem twoją żoną! Ja również na ciebie liczę! My na ciebie liczymy! – Głos mi się łamie.

Wzdycha ciężko i pociera zmarszczone czoło.

– Nie możemy tak ciągle krążyć wokół tego tematu. Wychodząc za mnie, wiedziałaś, że Alaska jest moim domem. Nie możesz zmienić zdania i oczekiwać, że porzucę całe moje dotychczasowe życie.

Po moich policzkach płyną łzy. Ocieram je gwałtownie.

– A co z moim życiem? Tylko ja w tym związku zamierzałam się poświęcać? – Nie planowałam zakochać się w pilocie, kiedy byłam w Vancouver na wieczorze panieńskim, ale tak się właśnie stało i od tamtej pory tylko ja starałam się, żeby ten związek przetrwał. Robiłam to z lekkomyślną gorliwością szaleńczo zadurzonej kobiety. Wyprowadziłam się na drugi koniec kraju do Kolumbii Brytyjskiej i zapisałam na kurs ogrodniczy, by być bliżej Alaski. A potem, gdy dowiedziałam się o ciąży, rzuciłam szkołę i przeniosłam się do rodzinnego miasta Wrena, abyśmy mogli się pobrać i wspólnie wychowywać dziecko. Okazało się jednak, że czułam się jak samotna matka, ponieważ Wren ciągle przebywał na przeklętym lotnisku, w powietrzu albo planował, dokąd poleci.

I z czym zostałam? Ze stygnącymi obiadami, maluchem, który nieustannie pytał o „tiatię”, i niegościnną subarktyczną glebą, na której, jeśli miałam szczęście, rosły chwasty. Oddawałam temu mężczyźnie całą siebie i nie byłam świadoma tego, że w efekcie traciłam to, kim byłam.

Wren patrzy ponad mną na samolot komercyjnych linii lotniczych, który cofa z pobliskiego międzynarodowego terminalu. Mężczyzna wygląda na zdesperowanego, pragnącego znów się znaleźć w powietrzu, z dala od tej nigdy niekończącej się kłótni.

– Chcę, żebyś była szczęśliwa. Jeśli powrót do Toronto jest tym, czego potrzebujesz, nie będę cię zatrzymywał.

Ma rację, nie możemy tego ciągnąć, zwłaszcza jeśli nie jest gotowy na poświęcenie, by mnie zatrzymać. Ale jak może pozwolić nam tak odejść? Kiedy obwieściłam, że kupiłam bilet tylko w jedną stronę, jedynie mruknął coś pod nosem. Chociaż nie powinno mnie to dziwić. Wren nigdy nie potrafił wyrażać uczuć. Ale żeby tak po prostu nas tu podrzucił, ustawił nasze bagaże na twardej, zimnej ziemi…

Może nie kocha nas wystarczająco mocno?

Mam nadzieję, że matka będzie mieć rację i kilka miesięcy bez żony, która przyrządzała mu posiłki i ogrzewała łóżko, zmieni jego spojrzenie na całą sprawę. Może Wren uświadomi sobie, że jest w stanie polecieć dosłownie wszędzie, wliczając w to Toronto.

I zrozumie, że nie chce bez nas żyć.

Nabieram głęboko powietrza.

– Powinnam już iść.

Patrzy na mnie ostrym wzrokiem, oczami, które niegdyś mnie usidliły. Gdybym tylko wiedziała, ile bólu przysporzy mi ten krzepki przystojny mężczyzna, kiedy usiadł obok mnie w barze i zamówił butelkę budweisera…

– To zobaczymy się chyba wtedy, gdy będziesz gotowa wrócić do domu – mówi z rzadką chrypą niemal kruszącą moją determinację.

Ale chwytam się jedynego słowa, które dodaje mi siły: „domu”.

Chodzi o to, że Alaska nigdy nie będzie moim domem. Albo Wren naprawdę tego nie dostrzega, albo po prostu nie chce zauważyć.

Z trudem przełykam ślinę.

– Calla, pożegnaj się z tatą.

– Papa, tiatia. – Macha rączką w rękawiczce i uśmiecha się szeroko.

Mała jest niezwykle zadowolona, chociaż jej matce pęka serce.

ROZDZIAŁ 1

26.07.2018

Kalkulator nie jest mój.

Uśmiecham się gorzko, przeglądając zawartość kartonu –szczoteczka do zębów, pasta, ubrania na siłownię, paczka chusteczek, wielka butelka advilu, kosmetyczka plus cztery szminki luzem, szczotka do włosów, sześć par butów trzymanych pod biurkiem oraz kosztowny kalkulator biurowy. W zeszłym miesiącu przekonałam managera, że go potrzebuję. Ochroniarz, który miał za zadanie posprzątać moje rzeczy z boksu, gdy wyrzucano mnie z pracy, najwyraźniej stwierdził, że należy on do mnie. Prawdopodobnie dlatego, że napisałam na nim czarnym mazakiem „Calla Fletcher”, by żaden chytry współpracownik mi go nie podwędził.

Zapłacił za niego bank, ale nie oddam go, pieprzyć to.

Trzymam się niewielkiej satysfakcji, jaką daje mi ta decyzja. Siedzę w metrze jadącym w tunelu Yonge i wpatruję się w swoje odbicie w szybie i mrok, desperacko próbując ignorować ucisk w gardle.

O tej porze dnia w środkach komunikacji miejskiej jest cicho i pusto, więc mogłam wybrać sobie miejsce siedzące. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mi się to przydarzyło. Przez niemal cztery lata wciskałam się do zatłoczonego wagoniku i wstrzymywałam oddech, żeby nie wdychać przeróżnych woni, nieustannie popychana, gdy jechałam w komunikacyjnym szczycie do pracy, a później do domu.

Ale dzisiejsza podróż jest inna.

Dziś właśnie zaczynałam się rozkręcać, dopijając ostatnie krople średniej wielkości latte ze Starbucksa, klikając „zapisz” w porannym pliku excela, kiedy to na skrzynkę przyszła wiadomość, że mam się spotkać z szefem w sali Algonquin. Nie zastanowiłam się nad tym zbytnio, wzięłam banana, notatnik i poszłam do niewielkiej salki konferencyjnej napiętrze.

Znalazłam w niej nie tylko szefa, lecz także jego przełożonego oraz Sonję Fuentes z działu kadr, która pomiędzy grubymi palcami trzymała szarą kopertę z wypisanym na wierzchu moim nazwiskiem.

Usiadłam przed nimi, w otępieniu słuchając przygotowanej wcześniej przemowy na temat tego, że niedawno bank wprowadził nowy system. Zautomatyzował on wiele zadań na moim stanowisku analityka ryzyka, więc zostało ono zlikwidowane. Jestem wzorowym pracownikiem i nie ma to żadnego związku z wykonaniem powierzonych mi zadań, a firma zapewni mi szerokie wsparcie podczas „okresu przejściowego”.

Możliwe, że jestem jedynym pracownikiem na świecie, który podczas wyrzucania z pracy cały czas jadł banana.

„Okres przejściowy” miał rozpocząć się natychmiast. Nie pozwolono mi nawet wrócić do boksu, by pozbierać swoje rzeczy, ani pożegnać się ze współpracownikami. Miałam zgłosić się do stanowiska ochrony jak jakiś przestępca, gdzie czekał na mnie karton z moimi rzeczami, i wyjść z budynku. Najwyraźniej to standardowy protokół przy zwalnianiu pracowników tego banku.

Cztery lata użerania się z arkuszami kalkulacyjnymi, aż bolały mnie oczy, i całowania po tyłkach egoistycznych spekulantów giełdowych z nadzieją, że szepną słówko przy moim awansie, zostawania do późna, aby nadrobić rzeczy innych analityków, planowania strategii w zakresie budowania zespołu, co wymagało od nas butów do kręgli i lokali ze szwedzkimi stołami. Wszystko to zupełnie na nic. Po zaimprowizowanym piętnastominutowym spotkaniu jestem bezrobotna.

Wiedziałam o nadchodzącej automatyzacji. Wiedziałam o redukcji analityków ryzyka i redystrybucji pracy, ale naiwnie wmawiałam sobie, że byłam zbyt cennym pracownikiem, by mnie wyrzucono.

Ile właściwie poleciało dziś głów?

Tylko moja?

Boże, co jeśli tylko ja straciłam pracę?

Mrugam gwałtownie, by rozgonić napływające mi do oczu łzy, ale i tak kilku udaje się spłynąć. Ocieram je pospiesznie, wyjmuję chusteczkę i małe lusterko z pudła, po czym delikatnie oczyszczam twarz – tak, żeby nie popsuć makijażu.

Metro zatrzymuje się, wsiada kilku pasażerów, którzy rozbiegają się po wagonie, by znaleźć miejsce jak najdalej od kogokolwiek. Wszyscy poza dobrze zbudowanym mężczyzną w szafirowym uniformie. Ten wybiera wiśniowe siedzenie w kącie obok mojego.

Odsuwam nogi, aby nie ocierać się o jego udo.

Bierze magazyn „Now”, który ktoś porzucił na siedzeniu obok, i zaczyna się nim wachlować, ciężko wzdychając.

– Może powinienem zostać tam, gdzie chłodniej. Przy tej wilgotności zacznę śmierdzieć – mamrocze pod nosem, ocierając krople potu spływające mu po czole, najwyraźniej nieświadomy bijącej ode mnie irytacji.

Udaję, że go nie słyszałam, ponieważ żadna osoba o zdrowych zmysłach nie rozpoczyna bezsensownej rozmowy w metrze, i wyciągam telefon, by ponownie przeczytać wcześniejszą wymianę wiadomości z Coreym. Kiedy wcześniej do niego pisałam, stałam oszołomiona na Front Street, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.

ZOSTAŁAMZWOLNIONA.

CHOLERA. PRZYKROMI.

SPOTKAMYSIĘNAKAWĘ?

NIEMOGĘ. UTKNĄŁEM. KLIENCIPRZEZCAŁYDZIEŃ.

WIECZOREM?

ZOBACZYMY. ZADZWONIĘPÓŹNIEJ?

Znak zapytania na końcu sprawia, że brzmi to tak, jakby nawet szybki telefon w celu pocieszenia swojej dziewczyny nie był w tym momencie możliwy. Wiem przecież, że ostatnio mocno na niego naciskano. Agencja reklamowa, w której jest zatrudniony, kazała mu pracować na okrągło, aby zaspokoić oczekiwania największego i najbardziej wybrednego klienta korporacyjnego, więc jeśli naprawdę stara się o wyczekiwany od dwóch lat awans, musi stworzyć miażdżącą kampanię promocyjną. W ciągu ostatnich trzech tygodni widziałam go tylko dwukrotnie. Nie powinno mnie dziwić, że nie jest w stanie rzucić wszystkiego, by się ze mną spotkać.

Mimo to jestem rozczarowana.

– Wie pani, w taki dzień jak dziś żałuję, że nie jestem kobietą. Damy mogą nosić o wiele mniej ubrań.

Tym razem spocony facet mówi bezpośrednio do mnie. I patrzy na mnie, na moje nagie nogi, które okrywa jedynie czarna ołówkowa spódnica.

Posyłam mu puste spojrzenie, zanim ściskam uda i odsuwam się jeszcze dalej, pozwalając długim cynamonowobrązowym włosom zasłonić mi twarz.

W końcu gość chyba zauważa mój nastrój.

– O, ma pani kiepski dzień. – Wskazuje na pudełko, które trzymam na kolanach. – Proszę się nie martwić, nie jest pani jedyna. Przez lata widywałem niejednego tak wychodzącego z biurowców.

Dałabym mu pięćdziesiątkę. Jest szpakowaty, na czubku głowy ma łysy placek. Szybki rzut oka na jego marynarkę mówi, że pracuje w firmie sprzątającej Williamsona. Musi to być jedna z tych, z którymi miał kontrakt i mój bank. Kiedy siedziałam do późna, widywałam, jak jej pracownicy przepychali swoje wózki pomiędzy boksami, próbując nie przeszkadzać, gdy opróżniali kosze na śmieci.

– Zwolniłam się – kłamię, zakrywając karton, ukrywając jego zawartość przed wścibskim spojrzeniem. Rana na moim ego wciąż jest zbyt świeża, bym rozmawiała o niej z nieznajomym.

Uśmiecha się w sposób, który mówi, że mi nie wierzy.

– A tak właściwie, co pani robiła?

– Analizowałam ryzyko w banku. – Dlaczego nadal zachęcam tego człowieka do rozmowy?

Kiwa głową, jakby dokładnie wiedział, co to oznacza. Gdyby ktoś zapytał mnie o to cztery lata temu, gdy odbierałam dyplom na uniwersytecie w Toronto, wciąż nie potrafiłabym udzielić odpowiedzi, chociaż byłam bardzo podekscytowana,kiedy dostałam ofertę pracy. Był to mój pierwszy krok na drodze kariery młodej profesjonalistki, dolny szczebel w korporacyjnej drabinie w centrum miasta. Przyzwoite wynagrodzenie z przywilejami i planem emerytalnym w dużym banku. Wiele do odhaczenia w polu „dobra posada”, zwłaszcza dla dwudziestodwuletniej kobiety z niedawno ukończoną szkołą i głową do matematyki.

Nie trwało długo, zanim uświadomiłam sobie, że praca analityka polegała na wrzucaniu liczb do komórek arkusza kalkulacyjnego i upewnianiu się, że odpowiedzi wyrzucane przez formularze były tymi, których oczekiwano. To trochę ponad robotę dla małpy. Szczerze mówiąc, przez większość czasu potwornie się nudziłam.

– Dlaczego się pani zwolniła?

– Nie zwolniłam się – przyznaję w końcu, wzdychając. – Wie pan, restrukturyzacja.

– Ach, tak. Znam to – urywa, wpatrując się we mnie uważnie. – Lubiła pani tę pracę?

– A czy ktokolwiek tak naprawdę lubi swoją?

– Jest pani zbyt młoda na taki cynizm. – Śmieje się. – Czy lubiła pani przynajmniej swoich współpracowników?

Myślę o mojej grupie. O Marku, bezpośrednim zwierzchniku z oddechem o zapachu kawy, który wzywał na spotkanie tylko po to, żeby potwierdzić swoje stanowisko, i notował co do minuty moje wyjście na lunch i powrót za biurko. O Tarze, obsesyjnie poświęcającej się pracy, niemającej życia poza niąi spędzającej weekendy na wysyłaniu długich e-maili w sprawie ulepszeń oznaczonych w temacie jako: „Pilne! Wymagana odpowiedź!”, by każdy zobaczył je w skrzynce w poniedziałkowy poranek. O Raju i Adnanie, którzy byli mili, ale nigdy nie wychodzili na drinka po pracy i nie potrafili się ze mną przywitać bez szkarłatnych rumieńców oblewających ich twarze. I o May z sąsiedniego boksu, nigdy niewyrabiającej się na czas i jedzącej przy biurku kiszoną kapustę, nawet jeśli polityka firmy zabraniała przynoszenia do budynku żywności o silnym zapachu. Musiałam wtedy wychodzić, inaczej przez dziesięć minut miałam odruch wymiotny. Każdego cholernego dnia.

– Nie za bardzo – przyznaję. – Szczerze mówiąc, nie pamiętam ostatniego razu, gdy nie musiałam zmuszać się do wstania z łóżka lub nie wyczekiwałam, aż miną godziny pracy. Uwielbiałam za to uczucie, kiedy każdego wieczoru wyłączałam komputer i zakładałam kurtkę.

– Może w takim razie wyrzucenie z pracy to dobra rzecz? – Uśmiecha się do mnie.

– Tak. Może. – Zbliża się stacja Davisville. Wstaję z westchnieniem ulgi, że mogę zakończyć tę rozmowę, nie będąc niegrzeczną. Balansując pudłem na jednej ręce, drugą trzymam się mocno rurki i czekam, aż metro się zatrzyma.

– Nie martwiłbym się za bardzo na pani miejscu. Jest pani młoda. – Mężczyzna dźwiga się z siedzenia, gdy wagon hamuje gwałtownie. – Takich prac jest wiele. Za kilka tygodni może pani przeciągać kartę dostępu przez drzwi innego banku.

Próbuje poprawić mi humor. Posyłam mu sztywny, choć uprzejmy uśmiech.

Drzwi otwierają się, więc wysiadam.

Mężczyzna trzyma się zaraz za mną.

– Wie pani, piętnaście lat temu tak samo niosłem karton z rzeczami, gdy wyrzucili mnie z biura w Toronto. Jasne, stanowiło to duży cios dla mojego ego, ale było również kopniakiem w tyłek. Postanowiłem otrzymaną odprawę wykorzystać na założenie z braćmi firmy sprzątającej. Nie sądziłem, aby było to moim powołaniem, ale okazało się najlepszym, co mnie kiedykolwiek spotkało. I teraz nie chciałbym robić niczego innego, nawet w najgorsze dni. – Puszcza do mnie oko i macha zrolowaną gazetą. – To przeznaczenie. Czekają panią w życiu znacznie lepsze rzeczy. Czuję to.

Stoję na peronie. Obejmuję pudełko i przyglądam się entuzjastycznemu mężczyźnie, który kieruje się do wyjścia. Gwiżdże, wyrzucając gazetę do kosza, jakby naprawdę był zadowolony z życia, mimo że musi szorować toalety i podłogi.

Chociaż może ma rację. Może dzisiejsza utrata pracy okaże się najlepszym, co mogło mnie spotkać.

Kręcę głową i idę do wyjścia. Udaje mi się przejść trzy kroki, zanim dno kartonu się poddaje, a wszystkie rzeczy rozsypują się na brudnym betonie.

* * *

Moją skórę pokrywa cienka warstwa potu, gdy przemierzam kamienną ścieżkę przy naszym domu dziesięć minut drogi od stacji metra. Od piętnastu lat mieszkam tu z mamą i ojczymem Simonem, który kilka lat wcześniej kupił dom od swoich starzejących się rodziców. Mądrze zainwestował, ponieważ wartość posiadłości w mieście wciąż rośnie. Co jakiś czas dzwonią do nas agenci nieruchomości, próbując nakłonić do sprzedaży trzykondygnacyjnego wiktoriańskiego budynku z brązowej cegły ze sporą narożną działką. Przez lata dom został w pełni odrestaurowany. Ostatnia wycena opiewała na blisko dwa miliony.

Jest prawie południe. Mam ochotę na długi, gorący prysznic, w trakcie którego będę mogła się wypłakać. Chcę też położyć się do łóżka, aby aż do jutra unikać ludzi – tych dających dobre rady i wszystkich innych.

Jestem już prawie na schodach, kiedy boczne drzwi prowadzące do gabinetu psychiatrycznego Simona otwierają się i wychodzi z nich zapłakana kobieta w średnim wieku, ubrana w kiepsko dopasowane czarne spodnium. Nasze spojrzenia na chwilę się krzyżują, zanim kobieta zwiesza głowę i mija mnie w drodze do zielonego chryslera neona.

Musi być pacjentką Simona. Chyba wizyta nie poszła zbyt dobrze. A może się jednak udała. On zawsze mówi, że prawdziwy przełom nie przychodzi zbyt łatwo. Tak czy inaczej, pociesza mnie myśl, że nie ja jedna miałam paskudny dzień.

Po wejściu do domu zrzucam szpilki i upuszczam rozklejone pudełko zadowolona, że w końcu mam je z głowy. Dwie z moich wartych czterdzieści dolarów szminek rozbiły się na peronie, a lewy sportowy but – z nowej, kosztownej pary –nadal leży obok torów. Przez chwilę zastanawiam się, czy po niego się nie przejść, ale wyobrażam sobie jutrzejsze nagłówki: „Wyrzucona z pracy z banku skoczyła pod pociąg”. Stwierdzam, że niekoniecznie w taki sposób chciałabym trafić do gazet.

– Halo? – woła mama z kuchni.

Tłumię jęk, odchylając głowę. Kurde. No tak, jest czwartek. W czwartki chodzi do kwiaciarni dopiero o drugiej.

– To tylko ja.

Drewniana podłoga zgrzyta, gdy mama podchodzi, a przy każdym kroku różowa spódnica powiewa przy jej kostkach.

Simon idzie tuż za nią, ubrany w zwyczajową jednobarwną kamizelkę, koszulę i beżowe spodnie. Nieważne, jak gorąco jest na zewnątrz, tutaj działa klimatyzacja.

Tłumię kolejny jęk. Spodziewałam się, że będzie w domu, bo prawie zawsze w nim przebywa, ale miałam nadzieję, że zajmie się następnym pacjentem i nie usłyszy, że weszłam.

– Co tu robisz? – Mama marszczy brwi, gdy przeskakuje wzrokiem od mojej twarzy do leżącego na podłodze kartonu. – Co to?

Stojący za nią Simon wydaje się równie zatroskany.

Zostaję zmuszona do streszczenia im mojego strasznego poranka, kiedy to dostałam wypowiedzenie oraz przekazano mi koperty z dokumentami. Gdy mówię, gardło mi się ściska.Do tej pory dobrze sobie radziłam, ale teraz walczę, żeby się nie rozpłakać.

– O, skarbie! Tak mi przykro! – Mama krzywo patrzy na Simona, chociaż dokładnie wiem dlaczego. Jego przyjaciel, Mike, jest wiceprezesem banku. To dzięki niemu dostałam tę posadę. Zastanawiam się, czy Mike wiedział, że znalazłam się na wylocie. Czy ostrzegł Simona? Czy ojczym wiedział, cosię stanie, gdy wkładałam rano talerze do zmywarki i machałam mu na do widzenia?

Simon wkłada okulary do czytania, aby przejrzeć moje wypowiedzenie. Tymczasem mama obejmuje mnie i głaszcze po włosach, jak robiła to, kiedy byłam mała i potrzebowałam pociechy. To niemal komiczne, biorąc pod uwagę, że jestem od niej wyższa o osiem centymetrów.

– Nie martw się. Wszystkich nas to spotyka.

– Nie, wcale nie! Żadnego z was to nie spotkało! – Simon ciągle narzeka, że ma więcej pacjentów niż czasu, a mama od jedenastu lat prowadzi przynoszącą zyski kwiaciarnię na Yonge Street.

– No tak naprawdę to nie, ale… spotkało to twojego dziadka i brata Simona, Normana. I sąsiadów po każdej stronie, nie zapominaj o nich! – Próbuje znaleźć przykłady.

– Tak, ale oni wszyscy byli po czterdziestce! A ja mam dwadzieścia sześć lat!

Mama patrzy na mnie z rozdrażnieniem, ale bruzdy na jej czole zaraz się powiększają.

– Kto jeszcze stracił pracę?

– Nie wiem. Nie było innych osób przy stanowisku ochrony. – Czy moi współpracownicy siedzą teraz przy biurkach, szepcząc na mój temat? Czy się tego spodziewali?

Głaszcze mnie czule smukłymi dłońmi.

– Ten bank najwyraźniej prowadzi banda idiotów, którzy pozwalają sobie na utratę najlepszych, najbystrzejszych pracowników. – Po raz kolejny posyła Simonowi srogie spojrzenie, tak naprawdę przeznaczone dla Mike’a.

Oczywiście mu to wygarnie. To właśnie moja matka. Mimo to… nieznacznie poprawia mi tym humor.

Opieram głowę o jej ramię, odnajdując pociechę w jej kwiatowych perfumach i miękkości złotobrązowych, obciętych na boba włosów. W milczeniu wpatrujemy się w Simona czytającego dokumenty i oczekujemy na werdykt.

– Cztery miesiące pensji z zachowaniem wszystkich przywilejów… ponowne przeszkolenie w agencji pośrednictwa pracy… Wszystko wygląda standardowo – mówi Simon z uroczym brytyjskim akcentem Hugh Granta, mimo że od trzydziestu lat mieszka w Kanadzie. – Jesteś w dobrej sytuacji, nie płacisz czynszu ani nie spłacasz kredytu. Masz minimalne rachunki. – Unosi okulary na szpakowate, przerzedzone włosy i wpatruje się we mnie niebieskimi oczami. – Ale jak się z tym czujesz?

Simon uwielbia o to pytać, zwłaszcza gdy wie, że nie chcę o czymś rozmawiać. Jest psychiatrą, więc mimowolnie zawsze wszystkich analizuje. Mama twierdzi, że uczy mnie w ten sposób wyrażania emocji. Zachowuje się tak od dnia, w którym go poznałam. Miałam wtedy osiem lat, a on zapytał mnie, jak się czuję ze świadomością, że mama ma partnera.

– Czuję się, jakbym musiała zostać sama.

Kiwa głową ze zrozumieniem.

– Całkiem prawidłowo.

Biorę od niego kopertę z wypowiedzeniem i idę na górę.

– Susan? Czy może istnieje coś jeszcze, o czym zapomniałaś wspomnieć? – szepcze.

– Nie teraz! – syczy w odpowiedzi matka.

Kiedy na nich patrzę, porozumiewają się właśnie spojrzeniami, ruchami brwi i zmianami w wyrazach twarzy. Notorycznie tak robią. To zabawne… kiedy nie ma ze mną nic wspólnego.

– Co się dzieje?

Mama uśmiecha się sztywno i mówi cicho:

– To nic takiego. Możemy porozmawiać o tym później, jak już się uspokoisz.

Wzdycham.

– Powiedz.

W końcu mama się poddaje.

– Dostałam dziś telefon. – Waha się. – Połączenie było z Alaski.

Rodzi się we mnie niepewność. Znam stamtąd tylko jedną osobę i nie rozmawiałam z nią od dwunastu lat.

– Czego chciał?

– Nie wiem. Nie odebrałam, a nie zostawił wiadomości.

– To pewnie nic takiego.

Zmarszczone brwi podpowiadają mi, że tak nie uważa. Nawet kiedy jeszcze rozmawiałam z tatą, to nie on wysilał się, by zadzwonić i się przywitać pomimo różnicy czasu.

– Może powinnaś do niego zadzwonić?

– Jutro. – Wchodzę po schodach. – Mam dosyć rozczarowań jak na ten dzień.

Poza tym ojciec dołożył mi ich wystarczająco na całe życie.

ROZDZIAŁ 2

– Wychodzisz? – Simon patrzy na zegarek. Nie potrafi pojąć pomysłu wyjścia o dwudziestej trzeciej, żeby spotkać się z przyjaciółmi. Ma pięćdziesiąt sześć lat i rzadko opuszcza dom, no chyba że mama go do tego zmusi. Dla niego rozrywka to lampka sherry i najnowszy program dokumentalny na BBC.

– A czemu nie?

Simon zerka na mnie przez okulary, dokonując szybkiej, ojcowskiej inspekcji mojego stroju, nim wraca uwagą do książki. Postawiłam na najkrótszą, najbardziej obcisłą czarną sukienkę i najwyższe szpilki. W innych okolicznościach podobny ubiór uważany byłby za wart ladacznicy, ale w parną, czwartkową, lipcową noc na Richmond Street jest raczej czymś normalnym.

Simon rzadko komentuje mój gust modowy, za co jestem wdzięczna. Bóg jeden wie, jakie znaczenie mógł przypisać dzisiejszemu strojowi. Wzmocnienie ego po tym, jak moja duma dostała kopniaka? Poszukiwanie miłości i uwagi? Głęboko zakorzenione problemy z ojcem?

– Ze zwyczajowymi podejrzanymi?

– Nie. Wszyscy wyjechali. Tylko z Dianą. – I jestem pewna, że z Aaronem. Jedno nie może być w klubie zbyt długo bez drugiego. Moja przyjaciółka zaproponowała babski wieczór, ale wiem, że będzie zachowywała się, jakby pojawienie się tam jej chłopaka było czystym zrządzeniem losu, nawet jeśli na moich oczach pół godziny wcześniej poda mu adres SMS-em.

– Bez Corey’ego?

– Pracuje do późna – mamroczę, nie potrafiąc wyzbyć się irytacji. Chociaż chłopak chce się ze mną spotkać w sobotę, żebyśmy mogli się „odstresować”, jak głosiła jego ostatnia wiadomość. To kod oznaczający pójście do łóżka. Normalnie taka wiadomość by mi nie przeszkadzała, ale dziś jest inaczej. Dziś mnie wkurzyła. Fakt, że nie mógł poświęcić chociaż dziesięciu minut, aby do mnie zadzwonić i zapytać, jak się czuję, stał się rosnącym cierniem w moich myślach. Od kiedy zaczął tak mocno koncentrować się na swojej karierze, na dążeniu do awansu, i zepchnął mnie na drugie miejsce?

Jak mogłam wcześniej tego nie zauważyć?

Simon się krzywi.

– Widziałem zdjęcie w śmieciach. Wasze wspólne z zeszłych wakacji.

– Zniszczyło się, gdy pękło dno mojego kartonu.

– To ładna fotografia.

– Tak. – Została zrobiona w czerwcu tamtego roku w domku Talii nad jeziorem Joe, tym samym, w którym poznaliśmy się z Coreym miesiąc wcześniej, gdy przyjechał na długi weekend majowy do kumpla mieszkającego trzy budynki dalej. Spotkaliśmy się wczesnym sobotnim rankiem na kajakach w spokojnej części tętniącego zazwyczaj życiem jeziora, płynąc obok siebie i wymieniając kurtuazyjne: „Zapowiada się świetny dzień!”. Moją uwagę zwróciły jego jedwabiste blond loki, a także hipnotyzujący uśmiech i dźwięczny śmiech.

Byłam jeszcze bardziej nakręcona, dowiadując się, że mieszka w High Parku i pracuje zaledwie osiem minut drogi od mojego banku.

Do czasu, gdy płynąc obok siebie, zjawiliśmy się na naszym brzegu, mieliśmy już plany na spotkanie w porze lunchu. A kiedy wieczorem rozpaliliśmy u Talii ognisko, wesoło rozmazywaliśmy sobie nawzajem na ustach pianki upieczone na kijach.

Na zdjęciu siedzimy na kupie szarych kamieni, które wystawały z jeziora na tle stuletnich sosen. Corey obejmuje mnie chudymi rękami, oboje uśmiechamy się szeroko, całkowicie w sobie zakochani. Fotografia została zrobiona, kiedy widywaliśmy się cztery razy w tygodniu, kiedy tworzyliśmy plany, wykorzystując swoje grafiki, kiedy odpowiadał na wiadomości, wysyłając kiepskie żarty już trzydzieści sekund po dostarczeniu mojego SMS-a, i w każdy weekend zamawiał w kwiaciarni mojej mamy bukiet, prosząc ją, by postawiła go na mojej szafce nocnej – czym niemal natychmiast zyskał jej uwielbienie. Przepychałam się wtedy z nim – chichocząc, oczywiście – ale zdołał skraść mi buziaka, nie przejmując się tym, kto na nas patrzył.

Gdzieś po drodze wszystko się jednak zmieniło. Kwiaty przestały pojawiać się w każdy weekend, odpowiadanie na wiadomości zaczęło zajmować godziny. A pocałunki stały się jedynie preludium do czegoś więcej.

Może po prostu poczuliśmy się w tym związku wygodnie.

A może za wygodnie.

Może musimy przeprowadzić poważną rozmowę.

Póki co odsuwam od siebie tę myśl.

– Zawsze mogę wydrukować kolejne.

Simon ponownie patrzy na mnie z grymasem, który wskazuje na lekkie zaniepokojenie. Również uwielbia Corey’ego, chyba jeszcze bardziej niż mama. Chociaż rodzice zawsze ciepło witali moich chłopaków, a przez ostatnich kilka lat zjawiło się ich na naszym progu już kilku, Corey był jednak najłatwiejszy do polubienia. Inteligentny, wygadany, nieskomplikowany. Kąciki jego piwnych oczu marszczą się, gdy się śmieje. Jest mistrzem w okazywaniu niepodzielnej uwagi. Przejmuje się zdaniem innych na swój temat, ale w dobry sposób. Kiedy ktoś go wkurzy, potrafi trzymać język za zębami, żeby uniknąć wypowiadania rzeczy, których mógłby później żałować. Zawsze dobrze mnie traktował, nie narzekał, kiedy podawałam mu torebkę, by ją poniósł, czy czekałam, aż otworzy przede mną drzwi, albo prosiłam, żeby postał w kolejce w zatłoczonym barze i przyniósł napoje. Prawdziwy dżentelmen, i w dodatku przystojny.

Czyi rodzice nie chcieliby, by ich córka była z kimś takim jak Corey?

I dlaczego stoję, przeprowadzając mentalną inwentaryzację zalet chłopaka, jakbym musiała przekonać o ich istnieniu samą siebie?

– Cóż… pilnuj drinków i trzymaj się – mruczy Simon.

– Dobrze. Pocałuj ode mnie mamę na dobranoc. – Ponieważ to sezon ślubów, pewnie już śpi, potrzebując odpoczynku przed wczesną pobudką, aby przygotować bukiety dla panien młodych.

Idę do drzwi, ale Simon woła za mną:

– Nie zapomnij wynieść śmieci.

Odchylam głowę z jękiem.

– Zrobię to po powrocie.

– O trzeciej nad ranem? – pyta żartobliwie, wiedząc, że o trzeciej w nocy na pewno nie będę, zataczając się, wyciągać śmietnika na ulicę i sortować w nim odpadków.

Otwieram usta, chcąc poprosić go, aby to za mnie zrobił tylko ten jeden raz…

– Przygotowywanie śmieci do odbioru raz w tygodniu jest twoim jedynym obowiązkiem w tym domu i wydaje się dobrym substytutem opłacania rachunków za czynsz i media, czyż nie?

– Tak – mamroczę, ponieważ to prawda. Dwa razy w tygodniu przychodzi pomoc, żeby posprzątać i zrobić pranie. Mama zamawia zakupy z dostawą do domu raz w tygodniu, a nasze organiczne, wolne od glutenu, laktozy i hormonów obiady przygotowuje i dostarcza restauracja, więc rzadko muszę iść do sklepu czy coś ugotować. I zawsze dokładam bluzki i sukienki, gdy Simon wiezie swoje swetry i kamizelki do pralni chemicznej.

Jestem dwudziestosześciolatką bez kredytów mieszkającą z rodzicami pomimo tego, że przez ostatnie cztery lata przyzwoicie zarabiała. Jednak oni na to nie narzekają – uwielbiają mieć mnie przy sobie, a ja kocham swój styl życia, na który mogę sobie pozwolić, pozostając w domu. Zatem tak, mogę przynajmniej raz w tygodniu przygotować śmieci do odbioru.

Co nie powstrzymuje mnie jednak przed dodaniem:

– Zmuszasz mnie do tego, bo sam nie znosisz tego robić.

– A dlaczego według ciebie trzymamy cię tu tak długo? – woła za mną, gdy zamykam drzwi.

* * *

– Spotkam się z tobą na miejscu. – Kółka śmietnika z odpadkami organicznymi grzechoczą na chodniku, gdy ciągnę go jedną ręką w kierunku ulicy, mijając audi mamy i mercedesa Simona, a drugą trzymam przy uchu telefon. Nasz dom jako jeden z niewielu ma podjazd na tyle duży, by pomieścić trzy samochody. Większość sąsiadów walczy o miejsca parkingowe na ulicy, co jest szczególnie uciążliwe w zimie, kiedy przy chodnikach znajdują się również wysokie nawet na metr dwadzieścia zaspy.

– Nigdzie nie wejdziemy, jeśli się nie pospieszysz! – krzyczy spanikowana Diana ponad tłumem rozgadanych ludzi.

– Spokojnie. Wejdziemy jak za każdym razem. – Gdzieś, gdzie będziemy mogły poflirtować z ochroniarzem lub wcisnąć mu kilka drobnych do kieszeni, by ominąć kolejkę, którą tworzą sztucznie, aby pokazać, jak bardzo wypełniony jest ich klub. Tymczasem w środku jest pusty.

Bycie dwiema atrakcyjnymi młodymi kobietami ma też swoje korzyści i dziś planuję je w pełni wykorzystać. Choć w środku nie czuję się za dobrze, przyłożyłam się, żeby na zewnątrz prezentować się wręcz znakomicie.

– Taksówka już jedzie. Wybierz pub i napisz mi który. Spotkamy się za kwadrans. – Bardziej za dwadzieścia pięć minut, ale Diana porzuciłaby mnie, gdybym jej o tym powiedziała. Kładę komórkę obok torebki leżącej na masce auta Simona i ciągnę kosz do krawężnika, uważając, by nie odprysnął mi lakier z paznokci. Wracam po drugi szary kubeł.

Moją uwagę przykuwa ruch na sekundę przed tym, jak coś miękkiego ociera się o moją nogę. Zaskoczona odsuwam się z krzykiem, tracę równowagę, potykam się o krawężnik i ląduję na tyłku obok krzaka wyjątkowo ciernistej róży. Obok mnie przemyka ogromny szop. Chwilę później pojawia się i drugi, warcząc na mnie agresywnie.

– Cholera! – Upadek był mocny, zapewne powstaną sińce, ale w tej chwili najbardziej boli mnie widok leżącego obok mojej stopy złamanego u podstawy dziesięciocentymetrowego obcasa. Zdejmuję z nogi zniszczonego louboutina i celuję nim w szopy, po czym rzucam z całej siły, ale usadowiły się już bezpiecznie pod samochodem, więc przyglądają misię w świetle padającym z ganku tymi swoimi paciorkowatymi oczami.

Drzwi się otwierają, wychodzi Simon.

– Calla, wciąż tu jesteś? – Zauważa mnie rozciągniętą na rabatce i marszczy brwi.

– Tim i Sid wrócili – mamroczę. Parka przestała nas odwiedzać w zeszłym miesiącu, po przeczesywaniu naszych śmietników w każdy czwartkowy wieczór przez dobry rok. Myślałam, że albo znalazły sobie inną rodzinę do terroryzowania, albo potrącił je samochód.

– Miałem przeczucie, że wrócą. – Podaje mi słuchawkę. – Z Alaski.

Kręcę głową, mówiąc bezgłośnie:

– Nie ma mnie. – Chociaż i tak jest za późno.

Simon unosi krzaczaste brwi i czeka z wyciągniętą ręką. I tak nigdy mnie nie kryje. Jako psychiatra wierzy, że należy stawiać czoła swoim problemom, a nie ich unikać.

A według ojczyma moim największym problemem jest relacja z Wrenem Fletcherem. A właściwie jej brak, ponieważ ledwie znam tego człowieka. Wydawało mi się, że go znałam, gdy wybierałam jego numer i słuchałam sygnału, wyobrażając sobie pokój, dom i mężczyznę po drugiej stronie linii. Oczywiście wiedziałam, jak wyglądał mój prawdziwy ojciec. Mama pokazywała mi jego zdjęcia, więc miałam świadomość, jak prezentował się z potarganymi orzechowobrązowymi włosami i łagodnymi, szarymi oczami, w swojej granatowo-czarnej kurtce i jeansach, stojąc dumnie w połowie sierpnia przed rzędem swoich samolotów. Mówiła, że jego uroda była surowa, a pomimo młodego wieku dokładnie wiedziałam, o co mogło jej chodzić.

Czasami nie odbierał, przez co smuciłam się cały dzień. Innym razem miałam szczęście i złapałam go, gdy akurat się gdzieś wybierał. Rozmawialiśmy przez jakiś kwadrans o szkole, moich przyjaciołach lub hobby i o tym, co robię w wolnym czasie. To głównie ja mówiłam, ale zupełnie nie zwracałam na to uwagi. Byłam szczęśliwa, że odebrał. Mama i tak twierdziła, że tata nigdy nie był gadułą.

Mówiła również, że nigdy nie będziemy mogli żyć jak rodzina. Że codzienność taty wiązała się z Alaską, a nasza z Toronto, i nie było mowy, by to zmienić. Wcześnie to zaakceptowałam. Nie znałam innego życia. Mimo to zawsze prosiłam, żeby przyleciał do mnie z wizytą. No przecież miał te wszystkie samoloty, więc dlaczego nie mógł wybrać sobie jednego i mnie odwiedzić?

Zawsze miał wymówkę, a mama nigdy nie próbowała go namawiać. Wiedziała.

Ale ja? Postrzegałam go jedynie zachwyconymi oczami małej dziewczynki, która desperacko pragnęła spotkać się z tym cichym człowiekiem znajdującym się po drugiej stronie linii telefonicznej.

Wstaję i otrzepuję pośladki. Kuśtykam w stronę schodów w jednym bucie, wpatrując się w mojego zawsze wyrozumiałego i cierpliwego ojczyma.

W końcu biorę od niego telefon.

– Słucham.

– Dzień dobry, Calla? – pyta kobieta.

Marszczę brwi, patrząc na Simona.

– Tak. Z kim mam przyjemność?

– Z Agnes. Jestem przyjaciółką taty. Znalazłam twój numer w jego rzeczach.

– Okej… – Rozpala się we mnie niespodziewana iskra strachu. Dlaczego grzebała w jego rzeczach? – Coś mu się stało?

– Chyba można tak powiedzieć. – Milknie, a ja wstrzymuję oddech, bojąc się odpowiedzi. – Twój tata ma raka płuc.

– O. – Siadam na szczycie schodów, bo nagle miękną mi kolana. Simon zajmuje miejsce tuż obok.

– Wiem, że od jakiegoś czasu wam się nie układało, ale pomyślałam, że chciałabyś wiedzieć.

Nie układało? Bardziej nie miało się co układać.

Następuje dłuższa chwila ciszy.

– Wiem tylko dlatego, że znalazłam wyniki badań w jego kieszeni, gdy brałam jego ubranie do prania. Nie ma pojęcia, że do ciebie dzwonię.

Słyszę, czego nie mówi: nie zamierzał informować mnie o chorobie.

– Jak… jest źle?

– Nie jestem pewna, ale lekarze ustalili plan leczenia. – Ma piskliwy głos i lekki akcent, który przypomina mi ten taty, gdy jeszcze z nim rozmawiałam.

Nie wiem, co jej odpowiedzieć poza:

– Okej. Cóż… jestem pewna, że lekarze wiedzą, co robią. Dziękuję za telefon z informacją…

– Może przylecisz tu z wizytą?

Opada mi szczęka.

– Tu? To znaczy… na Alaskę?

– Tak. Niedługo. Zanim rozpocznie leczenie. Zapłacę za twój bilet, jeśli trzeba. W tej chwili jest sezon, ale znalazłam wolne miejsce do Anchorage na tę niedzielę.

– Tę niedzielę? – Tę za trzy dni?

– Resztę drogi przebędziesz z Jonahem.

– Przepraszam, a kim jest Jonah? – W głowie mi się kręci.

– Oj. – Śmieje mi się melodyjnie do ucha. – Przepraszam. To nasz najlepszy pilot. Dopilnuje, abyś bezpiecznie do nas dotarła. – Zapamiętuję tę informację, jak również tę o zapłacie za bilet. Powiedziała, że jest jego przyjaciółką, ale mam wrażenie, że łączy ich coś więcej. – I Wren ucieszyłby się na twój widok.

Waham się.

– Powiedział ci o tym?

– Nie musiał. – Wzdycha. – Twój tata… jest skomplikowanym mężczyzną, ale cię kocha. I bardzo żałuje wielu rzeczy.

Być może tej całej Agnes nie przeszkadza to, czego Wren Fletcher nie powiedział i nie zrobił, ale mnie tak.

– Przykro mi. Nie mogę tak po prostu wsiąść do samolotu i przylecieć na Alaskę… – urywam. Właściwie w tej chwili nie mam żadnej pracy i zobowiązań. A jeśli chodzi o Corey’ego, zapewne mogłabym lecieć i wrócić, a on nawet by się nie zorientował, że mnie nie było.

Mogłabym wyruszyć w podróż, ale nie o to chodzi.

– Wiem, że to sporo, ale proszę, przemyśl to. Będziesz miała szansę poznać Wrena. Wydaje mi się, że byś go polubiła. – Jej głos staje się ochrypły. Odchrząkuje. – Masz coś do pisania?

– Eee… tak. – Wyjmuję długopis z kieszonki na piersi Simona, zawsze mogę liczyć, że będzie miał przy sobie jakiś. Notuję jej numer na grzbiecie dłoni ojczyma, choć zapewne pojawił się na wyświetlaczu telefonu. Podaje mi również swój adres e-mail.

Rozłączam się oszołomiona.

– Ma raka.

– Tak też zrozumiałem z twojej rozmowy. – Simon obejmuje mnie i przyciąga do siebie. – I że kobieta, która dzwoniła, chce, żebyś go odwiedziła.

– Agnes. Tak. Chce, bym się z nim zobaczyła. Ale on mnie tam nie chce. Nie zamierzał mi powiedzieć o chorobie. Zamierzał umrzeć bez żadnego ostrzeżenia. – Głos mi się łamie. Człowiek, którego niemal nie znam, wciąż głęboko mnie rani.

– I jak się z tym czujesz?

– A jak myślisz?! – warczę, usiłując powstrzymać łzy.

Simon pozostaje spokojny i opanowany. Jest przyzwyczajony do krzyku w odpowiedzi na swoje dociekliwe pytania – zarówno przez mamę i mnie, jak też swoich pacjentów. – Chcesz lecieć na Alaskę i spotkać się z ojcem?

– Nie.

Unosi brwi.

Wzdycham z irytacji.

– Nie wiem!

Co niby mam zrobić z tą informacją? Jak mam się czuć w związku z możliwą utratą osoby, która mnie krzywdziła?

Siedzimy w milczeniu. Tim i Sid wychodzą spod samochodu, a ich grzbiety podskakują, gdy zwierzaki zmierzają w kierunku śmietnika na końcu naszego podjazdu i stają na dwóch łapach, próbując przewrócić niebieski kosz. Popiskują do siebie, sporadycznie zwracając uwagę na swoją widownię.

Wzdycham.

– Nigdy nie próbował mnie poznać. Dlaczego ja miałabym się teraz wysilać?

– Będzie ku temu lepszy czas?

To właśnie Simon. Zawsze odpowiada pytaniem.

– Pozwól, że to przeformułuję. Czy uważasz, że możesz coś zyskać, lecąc na Alaskę?

– Poza zdjęciem z dawcą spermy?

Simon krzywi się z dezaprobatą na moje kiepskie poczucie humoru.

– Przepraszam – mamroczę. – Chyba nie mam zbyt wysokich oczekiwań w stosunku do człowieka, który nie chciał spotkać się z córką przez całe dwadzieścia cztery lata. – Miał przylecieć do Toronto. Dzwonił na cztery miesiące przed ukończeniem przeze mnie ósmej klasy i powiedział, że przyleci. Rozpłakałam się, gdy się rozłączył. Natychmiast rozwiały się gromadzone przez lata gniew i uraza z powodu wszystkich tych urodzin i wakacji, kiedy go nie było. Naprawdę wierzyłam, że się zjawi, że zasiądzie na rozdaniu świadectw z dumnym uśmiechem na twarzy. Wierzyłam, aż zadzwonił dwa dni przed końcem roku, aby powiedzieć, że „coś” mu wypadło. Pilna sprawa w pracy. Nie rozwinął tematu.

Mama do niego oddzwoniła. Słyszałam jej wściekły głos przez ścianę. Słyszałam ultimatum postawione przez łzy – że albo przewartościuje priorytety i w końcu pojawi się u córki, albo zniknie z naszego życia na dobre, razem ze swoimi comiesięcznymi alimentami i w ogóle.

Nigdy do mnie nie przyleciał.

A kiedy stałam na podeście i odbierałam świadectwo, mając podpuchnięte oczy i sztucznie się uśmiechając, obiecałam sobie, że już nigdy mu nie zaufam.

Simon się waha, taksując mnie w ciemności bystrym spojrzeniem.

– Wiedziałaś, że twoja mama wciąż była zakochana we Wrenie, gdy się pobraliśmy?

– Co? Nie, nie kochała go.

– Kochała. Bardzo.

Marszczę brwi.

– Ale wyszła za ciebie.

– Co nie oznaczało, że wciąż go nie kochała. – Na jego twarzy pojawia się zaduma. – Pamiętasz, kiedy matka przechodziła fazę nadmiernych ćwiczeń i zmiany fryzury? Była wtedy bardzo rozdrażniona.

– Niewyraźnie, ale tak. – Przefarbowała włosy na platynowy blond i zaczęła obsesyjnie chodzić na jogę, żeby odwrócić skutki starzenia, ponownie ujędrniając ciało. Dogryzała Simonowi pomiędzy łykami porannej kawy, wytykając mu błędy podczas lunchu, rozpętując kolosalne kłótnie o wszystko przy kolacji.

Pamiętam, że wydawało mi się to dziwne – to, że tak często się spierali.

– Zaczęło się, gdy Wren zadzwonił i stwierdził, że przyleci.

– Nie… – pragnę się spierać, ale urywam. Simon przecież lepiej pamięta tamte czasy.

– Kiedy twoja matka odeszła od Wrena, zrobiła to w nadziei, że zmieni zdanie w kwestii swojego pobytu na Alasce. Tak się jednak nie stało, ale ona nie przestała go kochać. W końcu zdała sobie sprawę, że powinna ułożyć sobie życie. Poznała mnie, zgodziła się za mnie wyjść. Ale nagle miał wrócić, znowu pojawić się w jej życiu. Nie wiedziała, jak sobie poradzić z tym spotkaniem po latach. Była zdezorientowana własnymi uczuciami do nas obu. – Jeśli Simon jest zgorzkniały z powodu całej tej sprawy, nie okazuje tego.

– Musiało to być dla ciebie trudne. – Kłuje mnie w sercu żal nad mężczyzną, którego poznałam i pokochałam bardziej niż biologicznego ojca.

Simon uśmiecha się ze smutkiem.

– Było, ale po odebraniu świadectw zauważyłem w niej zmianę. Przestała być niespokojna. I już nie płakała.

– Płakała wcześniej?

– Nocami, kiedy myślała, że wszyscy już spaliśmy. Nie za często, ale się zdarzało. Miała chyba wyrzuty sumienia, że wciąż coś do niego czuła. I obawiała się, co mogło się wydarzyć, gdyby ponownie go zobaczyła, zwłaszcza tak niedługo po naszym ślubie.

Co dokładnie sugeruje?

Zaciska cienkie usta, wycierając mankietem okulary do czytania.

– Chyba w końcu zaakceptowała to, że żadna z was nie będzie miała z nim relacji, jakiej pragnęła. Że czekanie, aż ktoś zmieni się niezgodnie ze swoją naturą, było bezsensowne. – Waha się. – Egoistycznie przyznam, że nie byłem zmartwiony tym, że się nie pojawił. Było dla mnie jasne, że gdyby Wren zdecydował się porzucić swój dom, moje małżeństwo by się rozpadło. – Bawi się złotą obrączką, którą ma na serdecznym palcu prawej ręki. – Zawsze będę grać drugie skrzypce. Wiedziałem to już w chwili, gdy prosiłem ją o rękę.

– Dlaczego w takim razie się z nią ożeniłeś? – Cieszę się, że to zrobił, zarówno dla jej dobra, jak i mojego, ale jego wyznanie wydaje mi się dziwne.

– Bo mimo że Susan mogła być szaleńczo zakochana we Wrenie, ja byłem szaleńczo zakochany w niej. Wciąż jestem.

Tak, wiem. Widzę to w każdym powłóczystym spojrzeniu, w każdym pocałunku. Simon bardzo kocha mamę. Na ich ślubie dziadek wygłosił niezbyt poprawną mowę, komentując, że nie dobrali się z oczywistych względów, że mama jest energiczną, impulsywną kobietą, a Simon jest spokojny i praktyczny. „Niezbyt oczywista para, ale chłopak z pewnością uczyni ją bardziej szczęśliwą niż ten poprzedni”, powiedział do mikrofonu w sali pełnej gości.

Staruszek zapewne miał rację, bo Simon uzupełnia mamę, spełniając każdy jej kaprys i życzenie. Zabiera ją na wakacje do drogich tropikalnych kurortów, chociaż sam wolałby zwiedzać zakurzone kościoły i biblioteki. Wyglądał jak juczny muł, gdy ulicami Yorkville niósł za nią wszystkie siatki z ubraniami po tym, jak stwierdziła, że czas na wymianę garderoby. Okazuje jej miłość, jeżdżąc z nią co niedziela po przeróżnych placach targowych, po czym wraca, kichając od niezliczonych alergenów. Przestał jeść gluten i czerwone mięso, ponieważ mama stwierdziła, że wyklucza je ze swojej diety. Kiedy remontowali dom, mama wybrała szarości i jasne fiolety, choć Simon przyznał kiedyś, że nie ma wielu rzeczy, których by nie lubił, ale jeśli już miałby wybierać, to jest to fiolet.

Wcześniej nabijałam się w duchu z tego wysokiego i szczupłego Anglika, niepotrafiącego się postawić mojej matce. Teraz, gdy patrzę na jego przyjazną twarz i na cienkie włosy, które odsunęły się znacznie z jego czoła, mogę jedynie podziwiać go za te wszystkie poświęcenia dokonane w imię miłości do niej i do mnie.

– Przyznała ci się kiedykolwiek do tych uczuć? – ośmielam się zapytać.

– Nie. – Simon się krzywi, mocno marszcząc czoło. – Nigdy mi tego nie powie, ty również możesz nie trudzić się pytaniem jej o to. Rozbudziłoby to tylko poczucie winy i nikomu z nas nie przyniosłoby pożytku.

– No tak – wzdycham. – Powinnam więc lecieć na tę Alaskę?

– Nie wiem. Powinnaś?

Przewracam oczami.

– Dlaczego nie możesz być normalnym rodzicem, który choć raz powie mi, co robić?

Simon szczerzy zęby w uśmiechu, co podpowiada mi, że w głębi ducha cieszy się, że myślę o nim jak o ojcu. Nawet jeśli zawsze twierdził, że byłam dla niego córką, uważam, że byłby szczęśliwy, mając własne dzieci, gdyby mama była chętna mu je dać.

– Pozwól, że zapytam: jaka była twoja pierwsza myśl, gdy Agnes powiedziała ci o chorobie twojego ojca?

– Że umrze.

– I jak się poczułaś z tą myślą?

– Przestraszyłam się. – Widzę, do czego zmierza. – Przestraszyłam się, że nie dostanę szansy, by go poznać. – Ponieważ bez względu na to, ile razy leżałam w łóżku, zastanawiając się, dlaczego ojciec nie kocha mnie wystarczająco mocno, mała dziewczynka w moim wnętrzu wciąż pragnęła z nim kontaktu.

– W takim razie uważam, że powinnaś jechać na Alaskę. Zadać potrzebne pytania i poznać Wrena. Nie dla niego, ale dla siebie. Abyś w przyszłości nie pogrążyła się w żalu. Poza tym… – Szturcha mnie ramieniem. – Nie widzę, byś była w tej chwili mocno zajęta.

– Zabawne, co? – mamroczę, przypominając sobie rozmowę z mężczyzną w metrze. – To chyba przeznaczenie.

Simon patrzy na mnie krzywo i się śmieje. Nie wierzy w zrządzenia losu. Nie wierzy nawet w astrologię. Uważa, że osoby podążające za horoskopami, mają głęboko tłumione problemy.

Wzdycham.

– Ale on nie mieszka w fajnej części Alaski. – Nie żebym cokolwiek pamiętała z krótkiego pobytu tam, ale mama używała słów „jałowe nieużytki” wystarczająco dużo razy, by mnie zniechęcić. Mimo że często przesadzała. W dodatku zakochana jest w mieście. Nie potrafi spędzić więcej niż jednej nocy w Muskokas, co kwadrans nie rozpylając płynu na komary, przypominając nam wszystkim o ryzyku zarażenia się wirusem zachodniego Nilu.

– Pomyślę o tym. – Zaczynam organizować sobie w głowie grafik. Jęczę. Jeżeli wyjadę w niedzielę, przegapię umówioną wizytę u fryzjera. Może ubłagam Fausto, żeby wcisnął mnie rano, co jest jednak wysoce nieprawdopodobne. Normalnie ma wszystkie terminy zajęte na miesiąc do przodu. Na szczęście manicure umówiłam na sobotnie popołudnie, a rzęsy zrobiłam w zeszłym tygodniu. – Zapłaciłam za karnet dziesięciu wejść na jogę. I co ze squashem? Mama będzie musiała znaleźć sobie kogoś za mnie.

– Kiedy w zeszłym roku leciałaś do Cancún, wszystkie te sprawy udało ci się uporządkować.

– No tak – przyznaję niechętnie. – Ale Alaska jest oddalona o milion godzin drogi.

– Tylko pół miliona – żartuje Simon.

– Daj mi przynajmniej receptę na ambi…

– Nie.

Wzdycham przesadnie.

– Jaki więc mam mieć pożytek z wypisującego recepty ojczyma? – Odzywa się mój telefon, który wciąż leży na masce samochodu Simona. – Cholera, to Diana. Stoi gdzieś w kolejce, sztyletując mnie w myślach. – Jak na zawołanie podjeżdża czarny nissan maxima. – A to moja taksówka. – Patrzę na złamany obcas i brudną sukienkę. – No i muszę się przebrać.

Simon wstaje ze schodów i idzie do czekającego śmietnika.

– Chyba uda mi się zrobić to za ciebie ten ostatni raz. Ale tylko dziś. Mimo wszystko miałaś trudny dzień.

Podbiega, tupiąc, przez co Tim i Sid wskakują w żywopłot, po czym wraca, ciągnąc za sobą śmietnik. Choć Simon jest bardzo sympatyczny, nie jest silny i nie ma kondycji. Mama próbowała zaciągnąć go na siłownię, by wyrobił sobie jakieś mięśnie na tych kurzych ramionach, ale poległa.

Przychodzi mi coś do głowy.

– Co zrobisz w dzień odbioru śmieci, gdy już polecę na Alaskę?

– Cóż… oczywiście twoja mama się nimi zajmie. – Czeka chwilę, odwraca się i patrzy na mój pełen zwątpienia uśmiech, a następnie mruczy z tym swoim brytyjskim akcentem: – Cóż to byłby za chłodny dzień w piekle, co?

ROZDZIAŁ 3

– Musisz jechać! – krzyczy Diana ponad huczącym basem, urywając na wystarczająco długo, by posłać perłowobiały uśmiech barmanowi stawiającemu nasze drinki na kontuarze. –Tam jest pięknie.

– Nigdy nie byłaś na Alasce!

– No tak, ale widziałam Wszystko za życie. Cała ta dzikość przyrody i góry… Tylko nie jedz jagód. – Przesadnie teatralnym gestem kładzie banknot dziesięciodolarowy na blacie, żeby barman go zauważył. Sztuczka, by obsłużono ją priorytetowo przy następnej kolejce.

Tymczasem oczy mężczyzny zajęte są spoglądaniem w dekolt mojej kobaltowej sukienki – pierwszej, którą złapałam, aby się przebrać i natychmiast wybiec z domu. Facet jest fajny, choć niski, krępy i łysy, z wytatuowanym rękawem –a nie wysoki, szczupły, ostrzyżony i bez wzorów na skórze. Poza tym nie jestem w nastroju na flirt w zamian za darmowe drinki.

Posyłam mu sztywny uśmiech i spojrzeniem wracam do Diany.

– Ale po zachodniej stronie Alaski jest inaczej.

– Zdrówko. – Pijemy alkohol. – A jak jest?

Cholernie słodka ciecz sprawia, że lekko się krzywię.

– Płasko.

– To znaczy? Płasko – jak na preriach?

– Nie. A właściwie tak, pewnie podobnie płasko, ale jest naprawdę zimno. Arktycznie. – Podczas gdy środkowo-zachodnie prowincje naszego kraju są przeważnie przeznaczone na uprawę, tam, gdzie mieszka tata, nie rośnie nic, a okres wegetacji jest bardzo krótki. Przynajmniej według mamy, która ma tytuł licencjata z ogrodnictwa na uniwersytecie w Guelph. Jeśli ktoś ma wiedzę na ten temat, to z pewnością ona.

– Arktycznie? – Podekscytowana Diana szeroko otwiera swoje chabrowe oczy. – Poważnie, pomyśl, jak wiele korzyści mogłoby to przynieść Calli & Dee. Sama mówiłaś, że potrzeba nam oryginalnej perspektywy. Mówiłaś, że musimy uciec z miasta.

– Chodziło mi raczej o wycieczkę do Sandbanks lub nad jezioro Bays. – Nowe, malownicze miejsca, do których mogłybyśmy dojechać samochodem.

– Co jest bardziej oryginalne i poza miastem niż blogerka lifestyle’owa na Arktyce? – Diana uśmiecha się fioletowymi ustami z nadzieją, więc nie mam wątpliwości, że w jej głowie już wiruje pełno pomysłów.

W zeszłym roku stworzyłyśmy stronę pod nazwą Calla& Dee, żeby dla zabawy dzielić się naszą pasją do najnowszych odcieni szminek. Powinnam się domyślić, gdy przyjaciółka poprosiła, byśmy podzieliły się kosztami zaprojektowania strony internetowej, że Diana miała już określone wzniosłe cele. Tak hobby zaczęło żyć własnym życiem.

W tej chwili przez cały dzień wymieniałyśmy wiadomości na temat naszej strony – dzieliłyśmy się pomysłami na przyszłe posty i kto zrobi coś, co zadziała. Zamiast prostegobloga stworzyłyśmy wiele sekcji: moda, jedzenie, uroda, rozrywka, no i miałyśmy ścisły tygodniowy harmonogram, którego musiałyśmy się trzymać. Podczas podróży do pracy, powrotów do domu, przerw na lunch przeglądałam biuletyny i najnowsze wpisy na innych blogach, żeby się czegoś nauczyć. Czytałam detalistów promujących artykuły, liderów w branży modowej zapowiadających najnowsze trendy czy innych blogerów, z którymi zaprzyjaźniłyśmy się w imię współpracy w sieci. Wieczory poświęcałam na aktualizację linków, wrzucanie treści i dopieszczanie estetyki – zadania, których Diana nie znosiła, a które w ogóle mi nie przeszkadzały i w których byłam dobra.

Spotykamy się w każdy czwartek w nowej restauracji, by powymieniać się pomysłami i spróbować przekąsek z menu do naszej sekcji „Wyżerka na mieście”. Co miesiąc w sobotę przeszukujemy promocje, żeby ubrać się w coś modnego, a w każde niedzielne popołudnie szukamy idealnych miejsc w centrum Toronto – uliczek z kolorowym graffiti, kwitnących wiosną wiśni w High Parku, malowniczego jarmarku świątecznego w dzielnicy Distillery District. Zabieramy ze sobą drogiego canona należącego do Simona, przebieramy się na zmianę na tylnym siedzeniu chevroleta tahoe Diany i udajemy, że nie pozujemy do zdjęć. Nauczyłam się sporo o kadrze, czasie otwarcia migawki i regule trójpodziału, a wszystko w imię idealnego ujęcia, na przykład ładnego stroju na tle ławki w parku, ulic miasta, z rozmytym drugim planem. A na końcu opatrujemy zdjęcia ciepłym podpisem o miłości, szczęściu czy duchowości.

Przez cały czas gdybamy, że fajnie byłoby, gdybyśmy miały sto tysięcy fanów, a firmy zaczęły nam wysyłać ubrania i kosmetyki do ich promowania, żebyśmy nie musiały dłużej wydawać na to połowy wypłaty? Gdybyśmy stały się sławne na Instagramie?

To moje marzenie.

I cel Diany.

Jednak przed nami jeszcze długa droga, zanim trafimy na listy najlepszych; co ważniejsze – obawiam się, że nasze wysiłki pójdą na marne. Po roku ciężkiej pracy mamy frustrująco skromną liczbę prawie czterystu powracających na naszą stronę gości. Nasze oddzielne profile na Instagramie – dwie połówki Calli & Dee – mają trochę więcej. Diana potroiła mój wynik, co nie jest dziwne, biorąc pod uwagę jej obsesję na punkcie uczenia się najnowszych porad i trików na temat odpowiedniego doboru zdjęć, oznaczania oraz powiększania grupy odbiorców. Tego, jak coś podpisać, by było to optymistyczne i inspirujące. Odpowiada na każdy komentarz pod postami, a przerwy na lunch poświęca na nawiązywanie kontaktu z nieznajomymi z nadzieją, że pozyska ich uwagę i zaczną obserwować jej konto.

Mimo to przy całej jej determinacji i ogromnym poświęceniu nie możemy nabrać rozpędu. W tym momencie to jedynie hobby, pożerające czterdzieści godzin w tygodniu, gdy zmagamy się ze znalezieniem innowacyjnych pomysłów na życie, o których ktoś może zechcieć przeczytać.

Mam przeczucie, że brak nam czegoś kluczowego, a mianowicie oryginalności. W tej chwili jesteśmy jedynie atrakcyjnymi dziewczynami z miasta, które uwielbiają pozować, mówić o kosmetykach do makijażu i ciuchach. A takich jest multum.

– To nie Arktyka. Przynajmniej nie ten region, w którym mieszka Wren. To gdzieś pomiędzy Arktyką a cywilizacją. Jakby… ostatnia granica bytności. – Powtarzam coś, co przeczytałam kiedyś o Alasce, napominając się w duchu, że tak naprawdę niewiele wiem o miejscu, w którym się urodziłam.

– Jeszcze lepiej! I będziesz miała do dyspozycji sporo samolotów!

– Wątpię, by były do mojej dyspozycji. Będę sama. Jak niby zrobię dobre zdjęcia? – Jednocześnie wzdrygamy się na myśl o kijku do selfie.

Diana nie traci rezonu.

– Z pewnością znajdzie się tam ktoś, kto pstryknie fotkę pięknej Kanadyjce. Może przystojny amerykański pilot?

Wzdycham.

– Zapomniałaś, po co tam lecę?

– Nie, tylko… – Poważnieje, marszcząc idealnie wydepilowane jasne brwi. – …staram się, żeby nie było to takie przygnębiające.

Zabieramy martini i odchodzimy od baru. Nasze miejsca natychmiast zostają zajęte przez innych. Diana nie przesadzała. Klub musi sprawdzać, jak daleko może się posunąć z łamaniem przepisów przeciwpożarowych, bo nie ma ani kawałka przestrzeni, na którym nie dostałoby się z łokcia, i to z obu stron jednocześnie.

Popijam drinka, gdy przeciskamy się przez tłum, zrzucając z siebie męskie dłonie dotykające mojego ramienia czy boków, aby bezczelnie zwrócić uwagę. Jednocześnie próbuję nie rozlać alkoholu, kiedy jestem popychana.

W końcu znajdujemy w miarę spokojne miejsce przy filarze.

– Gdzie dziś jest Corey? – pyta Diana.

– W pracy.

– Hmm… – Marszczy subtelnie nos, jakby wyczuwała lekki, choć nieprzyjemny zapach, ale nie chciała się do tego przyznać.

Przyjaciółka jest chyba jedyną osobą na świecie, która nie lubi mojego chłopaka. Potrzeba było pięciu miesięcy i sześciu kieliszków margarity na tyłach meksykańskiej restauracji, by w końcu mi się do tego przyznała. Stwierdziła, że Corey zbyt mocno się stara, żeby go lubiano. I że ma rozbiegane ręce. Sposób, w jaki na nią patrzył, wydawał jej się flirciarski, przez co czuła się niezręcznie. Po prostu nie ufa mu i wydaje jej się, że złamie mi serce.

Powiedzieć, że nie spodobały mi się jej słowa, to niedomówienie. Rzuciłam, że była zazdrosna, bo miałam chłopaka, a ona nie. Rozstałyśmy się wtedy pokłócone, a następnego ranka obudziłam się z pulsującą od kaca głową oraz sercem bolącym ze strachu, że nasza przyjaźń została nieodwracalnie uszkodzona.

Simon szybko jednak przemówił mi do rozumu, tak jak tylko on potrafi, przypominając, że Diana przyjaźniła się ze mną od wielu lat, nawet gdy ja miałam chłopaków, a ona nie, a jeśli była zazdrosna, chodziło raczej o to, że poczuła się zagrożona, co było normalne w przyjaźni osób w tym wieku.

Pogodziłam się z nią następnego dnia. Przepraszałyśmy się, płacząc, a ona obiecała, że da Corey’emu jeszcze jedną szansę. Na szczęście kilka miesięcy później w jej życiu pojawił się Aaron i wesoło zeszłam na drugi plan. Nie narzekam na to, bo nigdy nie widziałam, by była tak szczęśliwa czy tak poważnie traktowała chłopaka. Zaledwie dwa tygodnie temu wspomniała o przyszłorocznym zakupie mieszkania z Aaronem, co oznacza, że w końcu przestanie nalegać, abyśmy razem zamieszkały. Kocham ją, ale bierze zbyt długie prysznice, czyści wszystko wybielaczem i lubi obcinać paznokcie, oglądając przy tym telewizję. A jeśli nie może spać? Nikt nie zaśnie.

Baw się z nią dobrze pod jednym dachem, Aaron.

– Kiedy się wybierasz? – pyta Diana, rozglądając się po klientach lokalu, gdy do mnie mówi.

Im szybciej, tym lepiej, jeżeli tata zacznie chemię, radioterapię czy cokolwiek zalecą mu lekarze. Znałam tylko jedną osobę z rakiem płuc, panią Hagler, staruszkę, która mieszkała w budynku znajdującym się za naszym domem. Przyjaźniła się z rodzicami Simona, a ponieważ nie miała rodziny, to mój ojczym woził ją czasem na chemię do szpitala. Chorowała wiele lat. Pod koniec życia siadywała w ogrodzie w czapce zakrywającej jej przerzedzone włosy i paliła papierosy, a maseczka tlenowa spoczywała zaledwie pół metra od niej. W którejś chwili pogodziła się z tym, co nieuniknione.

– Przyjaciółka ojca powiedziała, że mogę lecieć w niedzielę, więc… Chyba wtedy? Jeśli miejsce nie zostanie zajęte. Stwierdziła, że kupi mi bilet, ale nie chcę lecieć tam na jej koszt. To znaczy, co jeśli cała ta sprawa nie wypali i zapragnę wrócić szybciej, niż się tam zjawię?

– Wydawałoby ci się, że byłabyś jej winna dłuższy pobyt – rozumie Diana. Upija łyk drinka i się krzywi. Barman drugą kolejkę zrobił wybitnie mocną. – Niech bogaty ojczym kupi ci bilet. Wszyscy wiemy, że psychiatrzy dobrze zarabiają. – Diana jest przekonana, że Simon ma gdzieś pod naszym stuletnim domem skarbiec, a w nim pieniądze zainwestowane w góry złotych monet.

Mimo że całkiem sporo zarabia na kruchych psychikach swoich pacjentów, wątpię, żeby kiedykolwiek zgromadził fortunę, biorąc pod uwagę umiłowanie mamy do wyrafinowanych rzeczy. W tej kwestii jest jeszcze gorsza ode mnie.

– Ale poważnie, Calla, Simon ma rację. Jeśli nie polecisz, a twojemu ojcu się nie uda, będziesz tego żałowała. Znam cię.

Tak, lepiej niż ktokolwiek. Przyjaźnię się z Dianą, odkąd zaczęłam uczęszczać do prywatnej szkoły kilka przecznic od naszego domu. Miałam jedenaście lat i nie znałam tam nikogo. Dziewczyna podczas przerwy pomalowała mi paznokcie na jasnoniebiesko. To wciąż mój ulubiony kolor. Wie wszystko o moim ojcu i sprawianym przez niego na przestrzeni lat bólu. Zna również niezadane pytania, na które wciąż nie dostałam odpowiedzi.

Głównie dlatego, że Alaska Wild jest dla Wrena Fletchera ważniejsza niż jego własne dziecko?

Mimo to podróż wydaje mi się ryzykowna. Nie jestem pewna, czy mam odwagę się w nią wybrać.

– Co, jeśli okaże się jedynie leniwym ojcem?

– Wtedy raz na zawsze się o tym przekonasz – milknie na chwilę. – Może jest naprawdę przyzwoitym facetem, a ty poznasz i pokochasz jego drugą stronę.

– Może – mówię z powątpiewaniem. Martwi mnie kolejna myśl. – A co, jeśli mu się nie polepszy? – Byłoby to tak, jakbym go ponownie straciła, choć tym razem nie miałabym jedynie wyobrażenia o nim.

– Pozostanie ci coś prawdziwego. Słuchaj, możemy tak gdybać całe lato albo możesz polecieć po odpowiedzi. O, cześć! – Diana macha komuś za mną. Chwilę później, niespodzianka, pojawia się Aaron.

Odwracam wzrok, gdy przyjaciółka całuje go namiętnie jak w filmach, a we mnie wzmaga się irytacja. Normalnie by mnie to nie obeszło, ale dziś, po całym tym trudnym dniu, potrzebuję jej niepodzielnej uwagi.

– Słyszałem o twojej pracy, Callie. Do bani.

Mam na nogach szpilki, mimo to mierzący metr dziewięćdziesiąt trzy Aaron góruje nade mną. Muszę odchylić głowę, by popatrzeć w jego niebieskie oczy.

– Tak, ale to tylko praca, prawda? – Zabawne, że łatwiej mi się o tym mówi, gdy moją uwagę rozprasza problem z ojcem.

– Też chciałabym dostać czteromiesięczną odprawę – marudzi Diana. Pracuje jako asystentka w kancelarii prawnej i nie znosi swojego zajęcia, dlatego, jak zakładam, tak mocno poświęca się naszemu blogowi.

– Mam kumpla, który rekrutuje pracowników dla banków. Zaraz ci coś znajdzie – proponuje Aaron.

– Dzięki. – Wzdycham, odsuwając od siebie ponury nastrój. – A w ogóle, fajna broda.

Gładzi palcami przycięty czarny zarost na policzkach.

– Dobrze się trzyma, nie?

– Tak – zgadzam się, podziwiając ostre linie. – Gdzie, u licha, znalazłeś tak utalentowanego golibrodę?

– To właściwie golibródka. – Uśmiecha się. – Atrakcyjna…

– Przestań flirtować z moją przyjaciółką. I nie wymyślaj nowych słów. – Diana posyła mu surowe spojrzenie, ale zaraz puszcza do niego oko.

Dwa miesiące temu Diana postanowiła, że musimy opublikować post zatytułowany: „Jak zmienić chłopaka z lasu w miejskiego dżentelmena”. Nalegała, że to dla dobra kobiet. A przynajmniej dziewczyny atrakcyjnego, acz zbyt zarośniętego kelnera, który polewał nam spore ilości wina i podawał rożki ze szpinakiem w greckiej restauracji w Danforth.