Zostań ze mną - Joanna Kruszewska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Zostań ze mną ebook

Joanna Kruszewska

4,6

13 osób interesuje się tą książką

Opis

PRZEJMUJĄCA HISTORIA OPOWIEDZIANA NA PRZESTRZENI LAT. O TYM, JAK NIEPOWODZENIA MOGĄ KSZTAŁTOWAĆ CHARAKTER, A WALKA Z NIMI PRZYNOSIĆ NIEPRZEWIDYWALNE KORZYŚCI.

W otoczeniu pięknych podlaskich krajobrazów, gdzie przyroda wyznaczała rytm każdego dnia, dorasta Maria, której życie dotąd nie rozpieszczało. Kiedy spotyka wymarzonego mężczyznę, przystojnego szanowanego lekarza, wydaje jej się, że los w końcu się do niej uśmiechnął. Okazuje się jednak, że jest on brutalnym despotą, a Maria musi zdecydować o przyszłości swojej i swoich dzieci.

CZY ODWAŻY SIĘ PRZECIWSTAWIĆ I WZIĄĆ SPRAWY W SWOJE RĘCE?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (17 ocen)
11
5
1
0
0
Sortuj według:
gizoltg

Nie oderwiesz się od lektury

swietna
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tylko nasze…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz

 

Czy można się wstydzić własnej matki? Nie za nią, bo powiedziała coś niestosownego czy swoim zachowaniem sprawiła komuś przykrość, była zbyt nachalna, bezczelna lub też popełniła jakiś błąd.

Tylko jej. Jako takiej.

Tego, że swoim wyglądem potrafi odwracać prawie wszystkie ludzkie głowy na ulicach, powoduje szerokie otwarcie ust ich właścicieli, nie robiąc sobie z tego absolutnie nic. Kroczy (bo ona nie chodziła, tylko kroczyła, stawiając długie nogi z rozmachem, pod dyktando niesłyszanego przez nikogo oprócz niej rytmu), nie patrząc na nikogo, najczęściej wpatrując się w niebo, rozkwitłe świeżo kwiaty czy drzewa.

Niezależnie od pory roku.

Dnia.

Pogody.

Nie dalej jak miesiąc wcześniej pochwaliła się, że strażnicy miejscy chcieli jej wypisać mandat, ale na szczęście skończyło się tylko na pouczeniu, bo podobno wyjaśniła im wyjątkowo dokładnie, że ona nie miała zamiaru deptać trawników… Taaaa, omijała źdźbła trawy.

Można się wstydzić. Bo matka powinna gotować obiady, ubierać się zwyczajnie i zachowywać jak większość normalnych ludzi.

Anna zatrzymała się na światłach, poprawiła w lusterku kosmyk, który uparł się, żeby co chwilę spadać na czoło. A fryzjerka zapewniała, że będzie dobrze. Że ułożone włosy nie ośmielą się wymknąć uczesaniu i absolutnie posłuszne perfekcyjnemu cięciu poddadzą się woli właścicielki. Tymczasem proszę bardzo, tych kilka włosów zebranych nałożoną obficie pianką w jeden pukiel, swoją jawną niesubordynacją doprowadzało ją teraz do szewskiej pasji. Któryś raz z rzędu sięgała do grzywki i ciągnęła tę cholerę, za każdym pociągnięciem z coraz większą nadzieją, że wyrwie irytujący problem wraz z cebulkami. Wybrała numer siostry i przelotnie włączyła zestaw głośnomówiący, najpierw rozejrzawszy się, czy w zasięgu wzroku nie widać policji. Pozostawało zagadką, jakim cudem zawsze, ilekroć rozmawiała przez telefon podczas jazdy, potrafili ją namierzyć. Cóż, instynkt najwyraźniej. Niezawodny instynkt psów tropiących. Bez krzty wyrozumiałości na jej niezborne tłumaczenia „mam taką to a taką pracę, ale ja, panie władzo, musiałam, po prostu musiałam odebrać to połączenie”. Bezwzględni bezwzględnością stróżów prawa, wyzuci choćby z pierwiastka człowieczeństwa, wlepiali jej mandaty bez mrugnięcia okiem. Zgrzytnęła zębami, nie dopuszczając do świadomości, że złamanie prawa, właściwie każde najdrobniejsze przewinienie, zasługuje na karę. We własnym przekonaniu winna nie była Anna, winni wszystkiemu byli inni.

Ona nie. Rozejrzała się na wszelki wypadek jeszcze raz, bo żaden mandat nie wchodził już w grę.

– Halo. Jesteś?

– Tak. I co?

– Nic. Jadę dopiero.

– To po co do mnie dzwonisz? – W spokojnym głosie Izy zabrzmiało zdziwienie.

– Porozmawiać. Po to do ciebie dzwonię. Uważasz, że nie ma o czym? – Ruch na ulicy był spory, hałas dobiegał bardzo wyraźnie, mimo to jednak nie dało się nie usłyszeć pełnego rezygnacji westchnięcia. No szlag by ją trafił. – Mogę zadzwonić później.

– Słusznie, zobacz, co się dzieje, i daj mi znać. Pogadamy na spokojnie i ustalimy szczegóły, może nie dzieje się nic złego.

Anna przydusiła ze złością przycisk kończący połączenie, zbyt ostro weszła w zakręt, wskutek czego poczuła na czole znajome łaskotanie. Kosmyk radośnie zadyndał poniżej linii brwi. Dmuchnęła raz i drugi, wreszcie z rezygnacją dała sobie spokój, parę razy odetchnęła głęboko i poszukała rozpaczliwie resztek cierpliwości, które gdzieś powinny się jeszcze chować.

Dlaczego w jej przypadku irytacja przychodziła niemal na zawołanie, złość postępowała błyskawicznie po niej, a i furia dość często zaczynała ostatnio rozsadzać Annę od środka? Zawsze tak było, ostatnio problem jakby się nasilał, związany niewątpliwie z wiekiem. Ale Iza była od niej starsza, przez całe swoje życie chyba ani razu nie podniosła na nikogo głosu. Nie, no raz – wtedy, gdy młodsza siostra zaczęła przekopywać jej pamiętniki w poszukiwaniu pikantnych szczegółów związku z niejakim Maciejem. Maciej został szwagrem, zanim jednak nim został, Iza zdążyła nie tylko na nią nawrzeszczeć, ale i zdzielić grubym brulionem przez głowę.

Raz.

W całym wspólnym życiu. W jednym pokoju przez lata.

Raz.

Podczas gdy w niej gotowało się wszystko średnio kilka razy na dobę. To niesprawiedliwe, zdecydowanie. Natura rozdziela według uznania, nie patrząc, że komuś zbyt mało, innemu w nadmiarze. Jakby nie mogła w łaskawości swojej zdobyć się na równowagę. O ileż prościej byłoby funkcjonować. Zaciągnęła ręczny hamulec, aż zatrzeszczało. Uważała, by nie poślizgnąć się na ścieżce prowadzącej do drzwi wejściowych, po chwili już zarzucała płaszcz na wieszak i zaglądała do niewielkiego saloniku. Matka siedziała w fotelu, w dużych oczach malował się niepokój, wykręcała szczupłe palce, wreszcie wzruszyła ramionami pod lustrującym wzrokiem córki.

– Cześć, Aniu.

– Pokaż kostkę.

Maria posłusznie, choć z niejakim skrzywieniem wysunęła do przodu prawą nogę. Nawet mimo grubych skarpet różnica była aż nadto wyraźna. Anna pochyliła się, po krótkich oględzinach, chociaż co z niej za doktor, raptem u własnej córki parokrotnie miała do czynienia ze zwykłymi zwichnięciami, zadecydowała bez najmniejszego wahania:

– Dasz radę dojść do samochodu czy wzywać pogotowie?

– Ale jak to?

– Mamo… – Te wielkie oczy, które patrzyły teraz niemal z przerażeniem dziecka, któremu ktoś machnął przed oczami wizją pobierania krwi albo zszywania głębokiej rany, doprowadzały Annę niemal do szału. Podniosła się zdecydowanie, przegarnęła dłonią włosy. – Gdzie masz nożyczki?

– Ale skarpetka zejdzie sama, ja dam radę, nie trzeba niczego rozcinać. – Maria pochyliła się natychmiast, gotowa zademonstrować córce, że interwencji chirurgicznej na odzieży da się zupełnie spokojnie uniknąć.

– Nie do skarpety. – Anna machnęła ręką. – Włosy mnie doprowadzają do szału.

– Nie powiem.

– Nie musisz, w koszyczku.

– Zostaw nożyczki, bo za chwilę cała fryzura będzie cię doprowadzała do szału. Weź lakier z łazienki.

– Po co lakier? – Anna spojrzała mało przytomnie na matkę, widziała już ten uparty pukiel włosów w dłoni, czuła niemalże satysfakcję z wygranej. Bo ona musiała, miała to zakodowane w genach, żeby wygrać każdą, nawet najmniejszą, najbardziej niepozorną walkę. I tyle w temacie.

– No popryskaj sobie, przyklej, chociaż nie wiem, dlaczego się uparłaś, ładnie ci tak.

Nożyczki jednak sobie darowała, bo kolejna rzecz, którą mogła się poszczycić, to umiejętność racjonalnego myślenia niezależnie od tego, jaki poziom wrzenia osiągnęła.

No właśnie.

Wstyd. Zażenowanie.

Od zawsze. Nawet teraz. Siedząc na oddziale ortopedycznym, matka zajmowała całą przestrzeń. Wydawało się, że reszta ludzi jest poupychana po kątach, tworząc szarą, bezładną masę, każdy taki sam. W jednakowych swetrach, spodniach, kurtkach. I tak powinno być, ale nie. Matka zawsze musiała błyszczeć, zamiast ubierać się tak jak wszyscy, w kolory stonowane, niewyróżniające się z tłumu – nie, ona musiała dzisiaj zarzucić na jasny beżowy płaszcz tę oczojebną pomarańczową opończę. Widać ją było z odległości kilkuset metrów. Anna w duchu dziękowała opatrzności za brak słońca, bo więcej niż pewne, że w kierunku matki nie mogłaby nawet spojrzeć. Teraz Maria, jakby nieświadoma jawnej dezaprobaty w oczach córki, rozkwitła w poczekalni jak dorodna dynia, chociaż akurat w jej przypadku porównanie wydawało się średnio trafione – była za chuda na dynię.

Oparła się z westchnieniem o parapet, po raz nie wiadomo który odgarnęła ze złością włosy z czoła, przysięgając im w duchu zemstę od razu po powrocie do domu. Znów bezwiednie skierowała spojrzenie w stronę matki. Kiedyś, podczas szkolnej wycieczki zwiedzali z klasą muzeum wsi, na półce wśród mnóstwa glinianych niepozornych dzbanuszków stał wysoki wazon, jakby postawiony tam przez czyjąś nieuwagę, przez przypadek. Górujący nad szarym sąsiedztwem przytłaczał przede wszystkim kolorem. Pysznił się bezczelnie pomarańczową poświatą, przyćmiewał stojące naokoło niego malutkie siwaki, odbierał im urok i zwracał na siebie całą uwagę oglądających, nasuwając pytanie o sens takiej ekspozycji. Oczywiście ona wtedy nad żadnym sensem się nie zastanawiała, czuła natomiast niestosowność połączenia. Dla niej wazon zdecydowanie zasługiwał na o wiele piękniejszą oprawę, nie tu było jego miejsce, gdzie górował nad resztą eksponatów i sprawiał wrażenie zagubionego w bezbarwnym otoczeniu.

Coś jej po prostu nie pasowało.

To samo wrażenie odnosiła teraz, patrząc na pomarańczową, wdzięcznie wyprostowaną sylwetkę. Oczywiście musiała do kogoś zagadać, znaleźć w tłumie obcych ludzi rozmówcę, z którym już po krótkiej wymianie zdań zdawała się być w wyjątkowej zażyłości. Anna westchnęła, schowała telefon do torby, czując się jak zwykle opuszczona i zapomniana przez matkę, nie przyszło jej oczywiście do głowy, że sama odeszła w ustronne miejsce pod pretekstem załatwienia jakiejś niecierpiącej zwłoki sprawy. Że to ona, posadziwszy Marię na plastikowym krześle, zostawiła ją samą. Że zawsze tak było, przekornie uciekała, z niemym żądaniem uwagi, pragnieniem bycia dogonioną. Ale matka nigdy nie miała zwyczajów innych matek, u niej instynkt pogoni za nadąsanym dzieckiem przepadł, a może w ogóle się nie wykształcił? W każdym razie jak każda normalna matka powinna mieć w praktyce, tak jak Anna na przykład miała, biec za córką i ciągnąc rozpaczliwie za rękaw, domagać się uwagi. Nie – Maria, pozostawiona samej sobie, nigdy nie rzuciła się za żadnym ze swoich dzieci, czekała, aż przyjdą, zechcą porozmawiać, przytulić. Nie narzucała się, jedynie wtedy, i tu Anna niechętnie oddawała matce sprawiedliwość, gdy widziała, że dzieje się coś złego. Wtedy siadała obok, milcząca, wpatrzona gdzieś w odległy kąt pokoju czekała, aż pojawi się potrzeba wyrzucenia tego, co zalegało na żołądku, wyciągała wtedy z kieszeni swetra chusteczkę, pomagała otrzeć łzy, głaskała po ręku, przytulała. W innych przypadkach, w przypadkach częstych dziecięcych fochów, odwracała się po prostu i sama sobie szukała towarzystwa. Jakim cudem, na Boga?

Zachwycony barwną pacjentką lekarz obejrzał Marię dokładnie, sam osobiście odeskortował na prześwietlenie, czego właściwie nikt z kolejki nie miał mu za złe, bo przemiła pani w pomarańczowej narzutce rozsyłała szczere i pełne skruchy uśmiechy na prawo i lewo. A obejrzawszy dokładnie zdjęcie, zdiagnozował ze smutnym wyrazem twarzy złamanie kostki bocznej, ale (tutaj uniósł chudy palec) na szczęście bez przemieszczenia.

– Tak. Jest u nas. – Anna siedziała na kanapie w dużym pokoju. Mamą chwilowo zajmował się pełen oddania zięć. Wystarczył rzut oka w kierunku kuchni, żeby się przekonać, że jak zwykle wkładał w to mnóstwo energii i zaangażowania. Zacisnęła usta. Żeby własnej żonie kiedykolwiek poświęcał tyle uwagi, żeby chociaż ułamek tego, malutki, najmniejszy. Gotowa była zapędzać się już w ogromnej pętli żalu nad sprawiedliwością losu i mężowskim brakiem zainteresowania, ale pytanie Izy nakazało bezwzględnie pętlę zatrzymać. Zmniejszyło ją, po czym sprawiło, że znikła bezpowrotnie.

– A zabrałaś już wszystko to, co trzeba?

– Co znaczy „trzeba”, co znaczy „wszystko, co trzeba”? – Przez chwilę Anna miała wrażenie, że któraś, a pewnie całkiem istotna część wypowiedzi siostry gdzieś jej umknęła, bo ze zmarszczonym czołem usiłowała sobie przypomnieć, co, u licha, miała zabrać i skąd. Z poradni? Jakiś kwit? Zaświadczenie? Bo wszystkie wyniki leżały starannie spakowane w teczce, tej z kolei mama nie puszczała prawie z rąk. Wiadomo, jako starsza osoba do dokumentacji medycznej miała wyjątkowe podejście.

– No od mamy. – W słuchawce dało się słyszeć lekkie zniecierpliwienie.

– A możesz jaśniej? – Anna stwierdziła wreszcie, że da sobie spokój z domysłami. Podwinęła nogi pod siebie i usadowiła się wygodniej.

– Chyba nie zamierzasz jej zostawić samej w domu, tak? – Przedłużająca się chwila milczenia po drugiej stronie słuchawki uświadomiła Izie, że i owszem, młodsza siostra planowała zostawić siedemdziesięciopięcioletnią matkę z zagipsowaną nogą samą w domu. – Oszalałaś?

– Przecież będę do niej jeździć – mruknęła Anna. Nagle poczuła, jak poduszki wygodnej kanapy, w której zwykła zapadać się błogo po całym dniu pracy, zaczynają ją uwierać. Układać się nie tak, jak miały w zwyczaju. Wyprostowała się więc niechętnie, przytrzymała ramieniem telefon i zaczęła obrywać skórkę przy paznokciu.

– Zostaw.

– Co: zostaw?

– Pazury.

Dlaczego rodzina (albo nieważne, czy rodzina, czy po prostu ktoś znajomy) musi cię znać na tyle, żeby bez problemu domyśleć się twoich reakcji? Dlaczego wie, jak reagujesz na stres? Błędy młodości, wtedy gdy człowiek był na tyle słaby i nieświadomy, że odkrywał wszystko. Pozbawiony skorupki ostrożności i sceptycyzmu względem ludzkich intencji podawał się jak na tacy. Dlatego Izka czytała w niej jak w otwartej książce i to jeszcze napisanej wielkimi literami. Odsunęła słuchawkę od ucha i odetchnęła kilka razy głębiej, aby tylko zapanować nad głosem i nad emocjami, które zarówno matka, jak i starsza siostra widziały u niej jak na dłoni.

– Odczep się – burknęła, wzięła jeszcze jeden głęboki wdech. Bo nie zabrzmiało to tak jak należy. – Uważasz że powinnam mamę wziąć do siebie? Czy przenieść się na te kilka tygodni do niej?

– Nie wiem. Pogadaj z nią. Wydaje mi się, że nie będzie się chciała ruszać z domu, ale kto ją tam wie.

– Ano właśnie, kto ją tam wie…

– Daruj sobie sarkazm, tylko po prostu z nią porozmawiaj. Czy ja mam zadzwonić? Jak chcesz, mogę to wziąć na siebie.

Anna podeszła do okna, odwróciła się i popatrzyła na korytarz, kilkoro drzwi prowadzących między innymi do małżeńskiej sypialni, pokoju Emilki i bezosobowego lokum, którego nigdy nie potrafili jednoznacznie określić.

Graciarnia, biblioteczka, salonik, biuro. Różne nazewnictwo przewijało się w rodzinnych rozmowach i każde z nich pasowało do niewielkiego pokoju, w którym stały i rozkładana kanapa w kolorze butelkowej zieleni, i niewielki regał z książkami, znalazło się również miejsce na biurko ze stojącym przy nim obitym pluszem fotelem. Ogólnie rzecz biorąc – jeden z przyjemniejszych i bardziej przytulnych kątów w całym mieszkaniu. Tam najchętniej każde z nich się pchało w wolnych chwilach, jako na terytorium ziemi niczyjej. Każdego z nich było tam całkiem sporo. Na półkach stały niewielkie albumy ze zdjęciami Emilki, stojak obok biurka zawalały gazety Bartka, a kanapę zdobiły ulubione poduszki Anny. Złapała się na tym, że to zielony pokój właśnie rozpatruje jako najrozsądniejsze miejsce dla mamy. Tym razem westchnęła, odwróciła się do okna i powiedziała krótko:

– Załatwię to sama.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1948

Pierwsza wiosna

 

– Szybciej, szybciej – co i rusz pokrzykiwała dziewczynka. Odwracała się i ponaglającym gestem machała na podążającą za nią kobietę, nie zatrzymując się ani na chwilę. Drobną twarz małej pokrywały wymyślne zawijasy. Tworzyła je nieświadomie, przez zapamiętałe ocieranie brudnymi dłońmi spływających po policzkach łez. Wiera stawiała duże kroki, ale zacinający bezlitośnie deszcz zdążył już do świeżo zaoranych bruzd nalać sporo wody, spulchnić ziemię. Sprawił, że każdy krok, wyciągnięcie zapadającej się niemal po kostki nogi sprawiało coraz więcej trudu. Z każdym metrem odczuwała narastające zmęczenie, czuła znajomy ucisk w klatce i wiedziała, że jeżeli chociaż trochę przyspieszy, to może przywitać się bliżej z kolejną skibą. Nogi miały już ten niepokorny zwyczaj odmawiania posłuszeństwa nawet podczas zwykłej domowej krzątaniny, a to tutaj przypominało niegdysiejsze biegi po pastwiskach. Tyle że ani to równa trawa, ani nie ten wiek. Wiera nie wiedziała nawet, dlaczego mała płacze. Albo Nastce już nadszedł czas rozwiązania, ale czegóż tu płakać, toż to powód do szczęścia, albo chłopaczek już się żegnał z życiem. Wiera przystanęła, otarła z twarzy krople deszczu. Spływał pomiędzy zmarszczkami, pomiędzy wyżłobionymi czasem bruzdami, uniosła oczy ku niebu, zmrużyła lekko. Dobry deszcz, ciepły.

– Szybciej!!! – Nadia złapała ją za rękę, w jasnoniebieskich oczach malowało się niedowierzanie. Jakże to, tam świat się kończy i zaczyna, a ona, babka, sterczy i gapi się w niebo, nawet coś na kształt uśmiechu błąkało jej się po ustach. Wiera spojrzała na małą, pogłaskała po głowie, w spojrzeniu oczu zagłębionych niczym dwa kryształki pomiędzy bruzdami zmarszczek można było zobaczyć czysty spokój. I im dłużej Nadia patrzyła w te pokryte już delikatnym, mlecznym nalotem tęczówki, tym bardziej czuła, że ten spokój spływa i na nią. A razem z nim spływało też przekonanie, że właściwie nic nie jest w stanie zapobiec temu, co nieuchronne. Bo patrzące z góry oczy dobrze wiedziały, że człowiek tak naprawdę daje się nieść, że wszystko zapisał ktoś inny, gdzieś wyżej wytyczył ścieżki, Hospadź, albo i bies, hto eta znajet? I to któryś z nich zadecyduje, czy dziecko się urodzi, czy żyć będzie, czy w zdrowiu, czy któremuś z tych dwóch przyjdzie ochota zabrać go do siebie, zabrać od ludzi, umieścić gdzieś, gdzie ludzkie oko za życia nie sięga. Choćby i nie wiadomo, jak bardzo chciało.

Drobna dłoń dziewczynki rozluźniła uścisk. Wiera pokiwała głową i powiedziała cicho:

– Uspiejem, ni bojsia, ni bojsia, każu, i ni płacz[1].

 

W jednej izbie nowy oddech miał poruszyć powietrze, w drugiej zauważalnie w nim zanikał. Mały chłopiec z trudem łykał kolejny haust, a prawie każdy był przerywany suchym kaszlem. Drobne, zaledwie dwuletnie ciało wydawało się niemal unosić na posłaniu. Wiera tylko spojrzała na bladą twarz dziecka, zajrzała w ogromne, przepełnione niezrozumieniem oczy. Otoczone ciemnymi obwódkami szukały wytłumaczenia, co się dzieje. Dlaczego to, co jeszcze na dobre niepoznane, a dotychczas przecież takie przyjazne, zaczęło sprawiać nieoczekiwanie ogromny ból? Pochyliła się nad chłopcem, zaczęła po cichu, prosto do rozgrzanego gorączką ucha szeptać modlitwę. Niechaj się nad nim zmiłuje albo zabierze do siebie, albo da żyć, niech nie każe mu cierpieć. Szorstką dłonią głaskała delikatnie zroszone potem czoło, od nasady miękkich i splątanych włosów, do nosa. Jeszcze raz i jeszcze. Powieki małego zaczęły ciążyć, przewróciła go na bok, podparła plecy leżącą nieopodal pierzyną i powoli wstała. Spojrzenia kobiet niepewnie stojących pod ścianami, zwłaszcza jednej, czepiały się twarzy babki z nadzieją. Pokiwała przecząco głową, tym samym dała obecnym znać, że na tego chłopca wyrok już zapadł, że nie ma na ziemi takich modlitw, które mogłyby go zatrzymać, że z góry patrzą już na niego, otwierają szeroko ramiona, mają przygotowane miejsce. I miejsce to nie ma niczego wspólnego z chłodem ziemi w sierpniowy poranek, z blaskiem wschodzącego nad rzeką słońca, z wilgocią traw po krótkim, wiosennym deszczu czy błyszczącymi wzorami mrozu na szybach okien.

Jedna z kobiet jęknęła cicho, zacisnęła silne, zniszczone dłonie w pięści i powoli podeszła do łóżka chłopca. Wiera wiedziała, że to pierwszy wnuk Trofimiukowej, wiedziała, że dziecko jest wyjątkowe, że bardzo szybko zaczęło się uśmiechać, siadać, a wzrokiem wodziło za matką już, sama była świadkiem, dzień po urodzeniu. Tak jakby chłopczyk chciał skorzystać z życia na zapas, tak jakby pod cieniutkimi jak mgła powiekami przesuwał się obraz nieuniknionego. Jakby Misza już od pierwszych chwil na tym świecie doskonale wiedział, że musi wcześniej, musi więcej, nałykać tyle ziemskich doznań, ile tylko się da.

Nie było możliwe nie kochać tego chłopca. Nie dało się.

Sąsiedzi zaglądali chociaż na chwilę, żeby usłyszeć jego śmiech, popatrzeć w szeroko otwarte, ciemne oczy. Wiera czasami myślała, że w tych oczach szukają mądrości nieznanych zwykłemu człowiekowi, dopatrywali się proroctw dla siebie, wróżby własnego szczęścia lub nieszczęścia. To Trofimiukowa, babcia chłopca, zezłościła się wreszcie i mamrocząc pod nosem, że to nie żadna jarmarczna kukła, nie cudak do oglądania, tylko zwykły chłopiec, zatrzasnęła kategorycznie drzwi i ucięła tym trzaskiem niekończące się ciekawskie korowody.

Stała teraz przed Wierą, mierzyła się z nią spojrzeniem, drżącą brodę hardo uniosła i powiedziała cicho:

– Jeśli ty nie możesz, to Tańka.

We wsi wiedzieli, że Tatiana też się modli, nie do końca jednak wiadomo było do kogo. Jeśli trzeba było rzucić na kogoś urok, wysłać kogoś szybciej na tamten świat, sprawić, żeby tylko jego zbiory były marne, żeby na jego dom padła choroba, Tańka pomagała. Z ociąganiem, przeszywając spojrzeniem, zdawałoby się na wskroś, z uniesionym w szyderczym „uśmiechunieuśmiechu” jednym kącikiem wąskich ust. Później ten i ów żałował, gdy okazywało się, że jej magia miała potężną moc. Nie jaśniała jednak dobrze znanym kolorem szeptanych tu od wieków modlitw, nie lśniła bielą, dla niektórych wyraźnie zalatywała zapachem siarki.

Ale.

Czasami trzeba było kogoś ratować za wszelką cenę. Miłość – nieważne, czy ta rodzicielska, czy pomiędzy kochankami – potrafiła oślepić i sprawić, że zaprzedanie duszy, a choćby i diabłu, wydawało się niewielkim kosztem.

– Nie. – Wiera wyszeptała cicho, położyła dłoń na ramieniu stojącej naprzeciwko niej kobiety, przesunęła nią delikatnie z góry na dół, miękki materiał zdawał się nagrzewać pod jej dotykiem. – On do Boga należy.

Jakim cudem te cicho wyszeptane słowa pęczniały z chwili na chwilę w głowie Olgi, jakim sposobem odbijały się od ścian, leciały pod sufit i wracały do jej uszu, nie wiedziała. Opuściła jednak głowę, dłońmi zasłoniła twarz i po chwili wybiegła z płaczem z chaty.

Wiera wzruszyła ramionami. Musi płakać, miłość boli. Choćby i taka króciutka. A może właśnie dlatego tak bardzo boli? Że to jej początek dopiero? Że tak naprawdę na tego chłopca nikt jeszcze nie zdążył się za nic pogniewać, że jeszcze niczyjej miłości nie zdążył zużyć ani trochę? Że ona jeszcze taka całkiem nowiuśka i ogromna była? Oldze przejdzie, jak każda rana, wcześniej czy później się zabliźni, już nie będzie jątrzyć, tylko lekkie zgrubienie na sercu będzie przypominać o tym niezwykłym istnieniu, które na ziemi zdążyło odetchnąć tak niewiele razy.

Zza ściany dobiegały już coraz donośniejsze jęki, nowe pchało się na świat. Trzeba pomóc Nastce.

 

Oczy dziewczynki błądziły nieuważnie. Przez otwarte na oścież okno wraz z lekkim podmuchem wiosennego wiatru wpadły rzucone przez kogoś słowa „Juriaszu, żeni woły na paszu”. Posmakowane przez dziewczęcy głos zostały powtórzone jeszcze raz, nieco śpiewniej, tym razem niesione zapachem rześkiego powietrza dotarły do środka w towarzystwie dużej muchy. Rozpaczliwe bzyczenie rozlegało się przez chwilę, gdy owad nie mógł znaleźć drogi powrotnej na wolność i odbijał się bezskutecznie od szyby. Wreszcie zrezygnowany ruszył pod sufitowe belki, przeźroczystym skrzydłem musnął monidło, na którym dwoje ludzi z przekolorowanymi oczami i ustami patrzyło w zupełnie innych kierunkach, poleciał w kierunku pieca, już nie ceglanego, i usiadł na kaflach.

To wszystko było znajome. Stabilne, w miarę nieruchome. Na ile młodziutkie oczy co chwila przymykane nadchodzącym, zdrowym snem widziały i rejestrowały to wszystko, co działo się naokoło, czym nikt zdawał się nie interesować.

Dziewczynka. Niemy i raczej nieświadomy świadek zdarzeń, w którego centrum dane jej było przyjść na świat.

Ta kobieta, ubrana na czarno. Wyciągała ręce i wyła jak dzikie zwierzę, gdy nie pozwolono jej iść na cmentarz. Nie można, bo pochować pierworodnego to i pochować pozostałe dzieci. I mimo że próbowała się wyrwać, ludzie trzymali ją mocno.

„Nie lzia, Nastka, nie lzia. Wsie pomrut”.

Mężczyzna płakał. Siedział przy łóżku i co chwila ocierał dużymi dłońmi z policzków łzy. Bardziej nimi zniecierpliwiony niż zawstydzony, w jego ruchach było widać złość.

– To przez ciebie! – krzyknęła Nastka. – To przez ciebie!

– Nie. – Pokręcił głową przerażony, popatrzył na stojącą na stole ikonę. Przeżegnał się.

– Tak. A co powiedziałeś? Niecały rok nazad? Co by my zrobili, gdyby on umarł? Tak powiedziałeś, no to masz. Już teraz nie ma nad czym myśleć. Umarł. Przez ciebie! Po co było tak mówić? Po co?

Wreszcie pomarszczona twarz, pochylona nad dziewczynką. Trzeba ją jakoś nazwać, dziecko musi mieć imię, to nie po bożemu.

 

Marysia dopiero później zrozumiała, że nie jest tym dzieckiem, które kocha się najbardziej. O które się dba i którego widok wystarczy, żeby rozjaśnić uśmiechem rodzicielską twarz. Dość szybko natomiast zrozumiała, że jest osobą obwinianą o czyjąś śmierć. Że obarcza się ją całkowitą odpowiedzialnością za czyjeś ciche odejście z tego świata.

Bo człowiek przecież musi znaleźć coś żywego, istotę z krwi i kości, i na jej barki zrzucić to, czego rozum pojąć nie może.

Winny musi być żywy.

Żywy i prawdziwy, jak krew, jak wino, ogień, woda, ciało.

Nie ma, że zapisane w gwiazdach, że przeznaczenie i że Bóg tak chciał. Nie.

Winny natomiast był karany nawet za najdrobniejsze przewinienia, czasami nawet te, nad którymi pieczę sprawowały niebiosa. Na Marysię fukano, gdy zabrakło drew i po świeże szczepki trzeba było wychodzić na siarczysty mróz, również wtedy, gdy wykipiało mleko albo zaczyn na chleb nie chciał pracować. Zrzucone ze stołu serwetki, nadgryziony przez myszy korowaj, mrówki na jasnym drewnie parapetu.

Dlatego szybko nauczyła się, że najlepiej być niewidoczną, umykać przed rodzicami, pojawiać się tylko na chwilę, próbować zgadywać ich intencje, a jeśli nie były zanadto czytelne, to czmychać jak najdalej od domu.

Wiera początkowo przyglądała się temu wszystkiemu z cichą nadzieją, że wystarczy upływ czasu. Z każdą kolejną wiosną, wybujałą zielenią traw, kwitnącymi na łące makami, później jesienią, pierwszymi mrozami.

Z upływem kolejnej pory roku obraz mądrych oczu chłopca zacznie się zacierać, blaknąć, a obecność tej chudziutkiej i długiej dziewczynki stanie się bardziej wyraźna. Tymczasem z roku na rok to Marysia blakła w ich oczach. Nastka już nie musiała się zajmować małym dzieckiem, Mikołaj nie potrzebował jej bawić, więc nikła. Oboje coraz mniej przychylnym okiem patrzyli na częste wizyty babki. No bo i czego ona tu? Wszyscy zdrowi, a ona siada w kącie, patrzy jasnymi oczami, wodzi nimi od jednego do drugiego i cmoka z niezadowoleniem. A powód do troski i niezadowolenia był, bo Marysia rosła, to prawda, ale i chudła. W wieku siedmiu lat przypominała długą tyczkę, przewyższającą wzrostem pozostałych rówieśników i towarzyszy zabawy. Na chudych ramionach ubrania wisiały jak na samych kostkach, a szopa jasnych, skołtunionych włosów jeszcze potęgowała porównanie, które samoistnie nasuwało się patrzącemu na myśl. Miotła.

To jeszcze można było znieść, bo po wsi próżno by szukać utuczonych dzieci poobtłukiwanych, posiniaczonych, brudnych, ale radosnych i owszem. Krągłych było jak na lekarstwo, ot, może znalazłby się jeden amator świeżutkiej śmietanki cichcem spijanej z baniaka czy upieczonego chleba, który potrafił gryźć kęs za kęsem, parząc usta i złapany na niecnym uczynku uciekał w popłochu z czkawką i płaczem.

Ale radosnych – mimo wszystko. Mimo tych chwil, kiedy to rodzice byli zobowiązani do udzielenia reprymendy, pociągnięcia za ucho czy złojenia skóry. Później przytulali, wieczorem potrafili ukołysać, pocałować. Być surowym, ale i kochającym rodzicem.

U Marysi na twarzy natomiast malowały się czysty lęk i niepewność. Kroki stawiała powoli, tak jakby się bała, że coś potłucze albo nieuważnym stąpnięciem zrobi zbyt wiele hałasu. W jej zachowaniu widać było, oprócz szacunku dla starszych, strach w najczystszej postaci. Wyzierał z oczu, przeważnie patrzących w dół, rysował się w lekkim pochyleniu ramion, tak jakby dziewczynka szykowała się na przyjęcie razów, w niepewności wyważonych jak na dziecko w tym wieku, rozmyślnych ruchów. Każdy był celowy, każdy dokładnie przemyślany, bo wiedziała, że jakiekolwiek odstępstwo od ustalonych rygorystycznie zasad będzie się wiązało z przykrymi konsekwencjami.

A tego, wiadomo, trzeba unikać.

Wierę bolało serce, raz i drugi próbowała machnąć ręką, mamrotała pod nosem przekleństwa na własną słabość i starała się nie patrzeć w kierunku niewielkiego domu na krańcu wsi. Ale spojrzenie nieustannie tam biegło, niepokorne, zawisało na dłuższą chwilę na zdobnych, własnoręcznie przez Jana kiedyś toczonych spiralnie słupkach, prześlizgiwało się po drewnianym, misternie struganym ganku z ażurową wiatrownicą, niespiesznie przesuwało się po ornamentach w nad- i podokiennikach.

Wiera pamiętała, że wtedy ludzie najmowali kogoś, sami nie potrafili wyczarować okazałych zdobień, a Jan? Jan nie potrzebował ani wzorów, ani szablonów. Nie potrzebował nikogo, w dłoniach miał fach jak nikt inny we wsi. Nikt przed nim ani nikt już później po nim. Uśmiechnięty, błyskał tylko czarnymi oczami i z pionową kreską przecinającą czoło pochylał się nad kolejnymi deskami, te zaś, całkowicie posłuszne i podporządkowane jego smukłym palcom, stawały się niepowtarzalnymi, doskonałymi w swojej symetrii wzorami.

Olga pęczniała z dumy. Kto wie? Może i ta duma doprowadziła do tego, do czego doprowadziła? Wiera wiedziała, że człowiek musi mieć w sobie więcej pokory niż pychy, że powinien pochylać przed życiem głowę, czekając na to, co mu przyniesie. Nie żądać od niego, nie chełpić się tym, co znienacka otrzymane, a pokornie dziękować. Doceniać.

Olga nie potrafiła. Po wsi chodziła pewnym krokiem, zadzierając wysoko głowę, czuła się ważniejsza, jakby co najmniej złapała samego Boga za nogi. Cóż, zdaje się, że On nie lubi, gdy kto tak myśli. Wziął i kopnął, mocno, dotkliwie. Tak mocno, że Trofimiukowa straciła swój dziarski krok, padła na kolana, obtłukła się silnie i przez dłuższy czas z tych kolan podnieść się nie dała rady.

Jan się powiesił.

Ukończywszy wszystkie roboty, otrzepał smukłe dłonie, poszedł do stodoły i tam za pomocą uwiązanego na belce sznura zawinął się z tego świata. Zabrał ze sobą swoją urodę i swoje wszystkie talenty. Skrzętnie popakował je w kieszenie, nie usypało się nic, nie pozostało nic prócz kilku źdźbeł siana, poruszonych ostatnim drgnieniem odchodzącego. Olga była przekonana, że to ludzka zawiść tak podziałała. Zabrała jej ukochanego, pozbawiła malutką Nastkę ojca, a świat wyjątkowego człowieka, jakich rzadko można spotkać na ziemi.

Wiera tam swoje zdanie na ten temat miała. Wyjątkowi ludzie pojawiają się tylko na chwilę. Nie żyją długo tutaj, na ziemskim padole. Przypominają anioły, co to ulotnością skrzydeł ledwo od czasu do czasu musną od niechcenia tę pospolitą skorupę.

Jan taki był właśnie. Jedyny. Wrażliwy. Mądry. Widział, co się dzieje, widział, że idzie wojna. A wojna to walka, kto walczy? Wiadomo, mężczyźni. On się do walki nie nadawał, jemu na dłoniach siadały biedronki, pozwalał pomiędzy palcami spacerować pająkom, ważkom, motylom i ćmom. Nie robił im krzywdy, wiedział, że to stworzenia Boże i że im się należy taki sam szacunek jak drugiemu człowiekowi. Miał w sobie tyle delikatności, że mógłby nią obdzielić wszystkich we wsi, a jeszcze by zostało. I teraz co? Miał zabijać ludzi? Bronić najbliższych? Wiedział, że nie da rady. Stchórzył, ot co, mawiali ludzie. Racji jednak nie mieli.

Jan zabrał tylko swoje serce. Innych po prostu nie potrafiłby tknąć.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

[1] Zdążymy, nie bój się, nie bój się, mówię, i nie płacz.

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Joanna Kruszewska, 2022

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek

formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także

fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem

nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2022

 

Projekt okładki: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia na okładce: © Dominik Kopyciński/iStock

© arfo/iStock

 

Redakcja: Marta Akuszewska

Korekta: „DARKHART”, RedKor Agnieszka Luberadzka

Skład i łamanie: „DARKHART”

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8280-191-0

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.