Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 424 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 40 min Lektor: Krzysztof Globisz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 40 min Lektor: Krzysztof Globisz

Opis ebooka Zostań przy mnie - Harlan Coben

Megan Pierce wiedzie życie będące ucieleśnieniem American Dream: u boku męża. w domu z ogrodem i basenem, realizując się jako matka nastoletnich dzieci i żona. W jej przypadku stabilizacja nie jest jednak równoznaczna z osobistym szczęściem. Megan tęskni za swoją bujną przeszłością striptizerki w Vegas i Atlantic City, za pełnymi pożądania spojrzeniami mężczyzn, za pulsującą muzyką i migoczącymi światłami sceny. Ray Levine stał kiedyś u progu wielkiej kariery w dziedzinie fotoreportażu, niestety życie dało mu wycisk i zawodowo spadł na samo dno: pracuje jako paparazzi do wynajęcia w agencji świadczącej usługi niedoszłym celebrytom. Swoje frustracje topi w alkoholu. Broome jest detektywem, któremu nie daje spokoju sprawa zagadkowego zniknięcia przykładnego ojca rodziny, Stewarta Greena. Sprawa sprzed lat, której nie udało mu się rozwiązać. Choć niedługo przechodzi na emeryturę, wciąż prowadzi śledztwo i regularnie raz w roku odwiedza rodzinę zaginionego.

Megan, Ray i Broome. Troje ludzi połączonych skrywanymi za fasadą codzienności sekretami, których istnienia nie podejrzewają nawet ich najbliżsi. Wiele lat temu w ich życiu wydarzyło się coś, co teraz może je ostatecznie zrujnować. Kolejne tajemnicze zaginięcie mężczyzny w święto Mardi Gras, dokładnie w siedemnastą rocznicę zniknięcia Greena, doprowadzi do ujawnienia łańcucha zbrodni, których nikt dotąd ze sobą nie powiązał...

Opinie o ebooku Zostań przy mnie - Harlan Coben

Cytaty z ebooka Zostań przy mnie - Harlan Coben

Zostajecie opiekunami dzieci, wasz świat kurczy się do wielkości i granic wytyczanych przez wasze potomstwo, a wszystko to staje się tak miłe, dopracowane i ciepłe – a także ogłupiające, irytujące i otępiające.

Fragment ebooka Zostań przy mnie - Harlan Coben

Wydanie elektroniczne

HAR­LAN CO­BEN

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski, któ­ry uzna­nie w krę­gu mi­ło­śni­ków li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej zdo­był trze­cią książ­ką Bez skru­pu­łów, opu­bli­ko­wa­ną w 1995. Jako pierw­szy współ­cze­sny au­tor otrzy­mał trzy pre­sti­żo­we na­gro­dy li­te­rac­kie przy­zna­wa­ne w ka­te­go­rii po­wie­ści kry­mi­nal­nej, w tym naj­waż­niej­szą – Ed­gar Poe Award. Świa­to­wa po­pu­lar­ność Co­be­na za­czę­ła się w 2001 od thril­le­ra Nie mów ni­ko­mu, be­st­sel­le­ra w USA i Eu­ro­pie (ze­kra­ni­zo­wa­ne­go w 2006 przez Gu­il­lau­me’a Ca­ne­ta; obec­nie w USA po­wsta­je re­ma­ke). Ko­lej­ne po­wie­ści, za któ­re otrzy­mał wie­lo­mi­lio­no­we za­licz­ki od wy­daw­ców, m.in. Bez po­że­gna­nia, Nie­win­ny, W głę­bi lasu, Za­gi­nio­na, Na go­rą­cym uczyn­ku, Wszy­scy mamy ta­jem­ni­ce, Schro­nie­nie, Zo­stań przy mnie i Se­conds Away uczy­ni­ły go me­ga­gwiaz­dą ga­tun­ku i jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych au­to­rów, tak­że w Pol­sce. W mar­cu 2013 uka­zał się jego nowy thril­ler Six Years.

Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

Jako współ­au­tor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE 2011

z My­ro­nem Bo­li­ta­rem

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI

www.Har­lan­Co­ben.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

STAY CLO­SE

Co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 2013

Re­dak­cja: Do­ro­ta Ja­ku­bow­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Anna Sub­bo­ti­na/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-045-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla cio­ci Dia­ne i wuja Nor­ma­na Re­ite­rów

oraz

cio­ci Ile­ne i wuja Mar­ty’ego Kron­ber­gów

z mi­ło­ścią i wdzięcz­no­ścią

Well now eve­ry­thing dies, baby that’s a fact.

But may­be eve­ry­thing that dies, so­me­day co­mes back.

Bru­ce Spring­ste­en, Atlan­tic City

1

Cza­sem, w chwi­li gdy Ray Le­vi­ne ro­bił zdję­cie i bły­skał flesz jego apa­ra­tu, wi­dział krew. Wie­dział oczy­wi­ście, że wi­dzi ją tyl­ko ocza­mi wy­obraź­ni, ale cza­sem, tak jak te­raz, ob­raz był tak re­al­ny, że mu­siał od­jąć apa­rat od oka i uważ­nie obej­rzeć zie­mię przed sobą. Wspo­mnie­nie tam­tej okrop­nej chwi­li – mo­men­tu, któ­ry cał­ko­wi­cie zmie­nił ży­cie Raya, prze­obra­ża­jąc go z czło­wie­ka z przy­szło­ścią i aspi­ra­cja­mi w prze­gra­ne­go fa­ce­ta, któ­re­go tu wi­dzi­cie – nig­dy nie na­wie­dza­ło go w snach ani wte­dy, gdy sie­dział sam w ciem­no­ściach. Przy­gnę­bia­ją­ce wi­zje cze­ka­ły, aż bę­dzie zu­peł­nie przy­tom­ny, wśród lu­dzi, za­ję­ty tym, co nie­któ­rzy mo­gli sar­ka­stycz­nie na­zy­wać do­ku­men­to­wa­niem.

Na szczę­ście te ob­ra­zy zni­kły te­raz, gdy Ray me­to­dycz­nie ro­bił zdję­cia chłop­cu po bar mi­cwie.

– Spójrz tu, Ira! – za­wo­łał zza obiek­ty­wu. – U kogo się ubie­rasz? Czy to praw­da, że Jen i An­ge­li­na wciąż o cie­bie wal­czą?

Ktoś kop­nął Raya w łyd­kę. Ktoś inny go po­pchnął. Ray nadal ro­bił zdję­cia Irze.

– Gdzie od­bę­dzie się przy­ję­cie, Ira? Któ­rej szczę­ścia­rze przy­pad­nie pierw­szy ta­niec?

Ira Edel­ste­in zmarsz­czył brwi i za­sło­nił twarz przed obiek­ty­wem apa­ra­tu. Ray nie­zra­żo­ny rzu­cił się na­przód, pstry­ka­jąc zdję­cia pod róż­ny­mi ką­ta­mi.

– Zejdź z dro­gi! – za­wo­łał ktoś.

Znów ktoś go po­pchnął. Ray usi­ło­wał zła­pać rów­no­wa­gę.

Pstryk, pstryk, pstryk.

– Prze­klę­ci pa­pa­raz­zi! – krzyk­nął Ira. – Czy nie da­cie mi chwi­li spo­ko­ju?

Ray prze­wró­cił ocza­mi. Nie cof­nął się. Przez obiek­tyw apa­ra­tu znów zo­ba­czył ten krwa­wy ob­raz. Pró­bo­wał ode­pchnąć go od sie­bie, ale nie zdo­łał. Przy­ci­skał pal­cem spust mi­gaw­ki. Ira – Chło­pak po Bar Mi­cwie – po­ru­szał się te­raz jak w świe­tle stro­bo­sko­pu.

– Pa­so­ży­ty! – wrza­snął.

Ray za­dał so­bie py­ta­nie, czy moż­na upaść ni­żej.

Ko­lej­ny kop­niak w łyd­kę przy­niósł mu od­po­wiedź: nie.

„Ochro­niarz” Iry – ogrom­ny fa­cet z ogo­lo­ną gło­wą, nie­ja­ki Fe­ster – ode­pchnął Raya przed­ra­mie­niem gru­bo­ści dę­bo­we­go pnia­ka. Zro­bił to z nad­mier­nym en­tu­zja­zmem, nie­mal zwa­la­jąc go z nóg. Ray po­słał Fe­ste­ro­wi zdzi­wio­ne spoj­rze­nie, a ten po­ru­szył war­ga­mi w bez­gło­śnych prze­pro­si­nach.

Fe­ster był sze­fem i przy­ja­cie­lem Raya oraz wła­ści­cie­lem fir­my Ce­leb Expe­rien­ce: Pa­pa­raz­zi do Wy­na­ję­cia, zaj­mu­ją­cej się or­ga­ni­zo­wa­niem tak zwa­nych usta­wek z ce­le­bry­ta­mi. Ray nie tro­pił ich w na­dziei zdo­by­cia kom­pro­mi­tu­ją­cych ujęć, któ­re mógł­by sprze­dać ta­blo­idom jak praw­dzi­wy pa­pa­raz­zo. Nie, Ray upadł jesz­cze ni­żej – świad­czył usłu­gi nie­do­szłym ce­le­bry­tom, go­to­wym za to za­pła­cić. Krót­ko mó­wiąc, klien­ci, w więk­szo­ści ma­ją­cy skraj­nie ob­ni­żo­ne po­czu­cie wła­snej war­to­ści i za­pew­ne pro­ble­my z erek­cją, za­trud­nia­li pa­pa­raz­zich, żeby po­dą­ża­li za nimi i ro­bi­li zdję­cia, do­star­cza­jąc im, zgod­nie z tek­stem ulot­ki re­kla­mo­wej: „po­czu­cie by­cia ce­le­bry­tą ma­ją­cym wła­sne­go pa­pa­raz­zo”.

Ray po­dej­rze­wał, że mógł­by upaść ni­żej, ale nie bez nad­zwy­czaj­nej bo­skiej in­ter­wen­cji.

Edel­ste­ino­wie wy­ku­pi­li me­ga­pa­kiet kla­sy A: dwie go­dzi­ny z trze­ma pa­pa­raz­zi­mi, jed­nym ochro­nia­rzem, jed­nym dzien­ni­ka­rzem i jed­nym dźwię­kow­cem z mi­kro­fo­nem. Wszy­scy oni mie­li po­dą­żać za „ce­le­bry­tą” i ro­bić mu zdję­cia, jak­by był Char­liem She­enem za­kra­da­ją­cym się do klasz­to­ru. Me­ga­pa­kiet kla­sy A obej­mo­wał tak­że pa­miąt­ko­wą pły­tę DVD bez do­dat­ko­wej opła­ty oraz umiesz­cze­nie zdję­cia klien­ta na okład­ce jed­ne­go ze szma­tła­wych plot­kar­skich ta­blo­idów pod krzy­kli­wym na­głów­kiem.

Koszt ta­kie­go me­ga­pa­kie­tu kla­sy A?

Czte­ry ty­sią­ce.

Od­po­wiedź na na­su­wa­ją­ce się py­ta­nie: tak, Ray nie­na­wi­dził sie­bie.

Ira prze­pchnął się przez tłu­mek i znikł w sali ba­lo­wej. Ray od­jął apa­rat od oka i spoj­rzał na dwóch po­zo­sta­łych pa­pa­raz­zich. Ża­den z nich nie miał wy­ta­tu­owa­nej na czo­le li­te­ry P jak w sło­wie „pa­lant” – by­ło­by to zby­tecz­ne.

Ray spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Niech to szlag – po­wie­dział.

Jego ko­le­dzy – obaj za­le­d­wie na tyle by­strzy, żeby pod­pi­sać się na­zwi­skiem, a nie krzy­ży­kiem – jęk­nę­li. Jesz­cze pięt­na­ście mi­nut. Będą mu­sie­li uwiecz­nić po­czą­tek im­pre­zy. Coś, cze­go Ray nie­na­wi­dził.

Bar mi­cwę świę­to­wa­no w Wing­field Ma­nor, za­pro­jek­to­wa­nej z prze­py­chem sali ban­kie­to­wej, któ­ra – gdy­by była odro­bi­nę skrom­niej­sza – mo­gła­by ro­bić za je­den z pa­ła­ców Sad­da­ma Hu­saj­na. Były tam kan­de­la­bry, lu­stra, okła­dzi­ny z imi­ta­cji ko­ści sło­nio­wej, ozdob­na sny­cer­ka oraz całe tony błysz­czą­cej zło­ci­stej far­by.

Ob­raz krwi po­wró­cił. Ray za­mru­gał.

Na przy­ję­ciu obo­wią­zy­wa­ły stro­je wie­czo­ro­we. Męż­czyź­ni wy­glą­da­li na zmę­czo­nych i bo­ga­tych. Ko­bie­ty były za­dba­ne, ich cia­ła chi­rur­gicz­nie po­pra­wio­ne. Ray prze­ci­snął się przez tłum w swo­ich dżin­sach, po­mię­tym sza­rym ble­ze­rze i czar­nych spor­to­wych bu­tach Chuck Tay­lor Hi-Tops. Kil­ka osób spoj­rza­ło na nie­go tak, jak­by wła­śnie na­ro­bił im na wi­de­lec do na­kła­da­nia sa­łat­ki.

Była tam osiem­na­sto­oso­bo­wa or­kie­stra oraz wo­dzi­rej, któ­ry miał za­chę­cać go­ści do wszel­kie­go ro­dza­ju za­baw. Ktoś taki jak go­spo­darz kiep­skie­go te­le­wi­zyj­ne­go show albo jak ma­pet Guy Smi­ley z Uli­cy Se­zam­ko­wej. Wo­dzi­rej zła­pał mi­kro­fon.

– Pa­nie i pa­no­wie – po­wie­dział gło­sem sę­dzie­go na rin­gu bok­ser­skim – przy­wi­taj­cie, pro­szę, owa­cja­mi, po raz pierw­szy, od kie­dy otrzy­mał Torę i stał się męż­czy­zną, tego jed­ne­go, je­dy­ne­go… Irę Edel­ste­ina!

Ira po­ja­wił się z dwie­ma… Ray nie był pew­ny, jak na­zwać to­wa­rzysz­ki chło­pa­ka, ale chy­ba naj­lep­szym okre­śle­niem by­ło­by „eks­klu­zyw­ne strip­ti­zer­ki”. Dwie su­per­la­ski wpro­wa­dzi­ły ma­łe­go Irę do sali, epa­tu­jąc de­kol­ta­mi. Ray miał przy­go­to­wa­ny apa­rat; prze­ci­snął się do przo­du, krę­cąc gło­wą. Ten dzie­ciak miał trzy­na­ście lat. Gdy­by ko­bie­ty o ta­kim wy­glą­dzie tu­li­ły się tak do Raya, kie­dy był trzy­na­sto­lat­kiem, miał­by erek­cję przez ty­dzień.

Ach, mło­dość.

Aplauz był burz­li­wy. Ira mo­nar­szym ge­stem po­ma­chał tłu­mo­wi.

– Ira! – za­wo­łał Ray. – Czy to two­je nowe bo­gi­nie? Czy to praw­da, że może do­dasz trze­cią do swo­je­go ha­re­mu?

– Pro­szę – jęk­nął Ira, wy­gła­sza­jąc wy­ćwi­czo­ny tekst – mam pra­wo do pry­wat­no­ści!

Ray­owi zbie­ra­ło się na wy­mio­ty.

– Lu­dzie chcą to wie­dzieć.

Fe­ster Ochro­niarz po­ło­żył wiel­kie łap­sko na ra­mie­niu Raya, po­zwa­la­jąc Irze prze­ci­snąć się obok nie­go. Ray pstryk­nął zdję­cie, flesz apa­ra­tu roz­świe­tlił twarz chło­pa­ka. Or­kie­stra za­gra­ła utwór Club Can’t Han­dle Me, bę­dą­cy no­wym hym­nem ta­kich uro­czy­sto­ści. Od kie­dy sale na we­se­le i bar mi­cwy za­czę­to na­gła­śniać jak sta­dio­ny, na któ­rych od­by­wa­ją się kon­cer­ty roc­ko­we? Ray „zmy­lił” Fe­ste­ra, pstryk­nął kil­ka zdjęć, spoj­rzał na ze­ga­rek.

Zo­sta­ła jesz­cze mi­nu­ta.

– Pa­pa­raz­zi, ty śmie­ciu!

Ko­lej­ny kop­niak w go­leń od ja­kie­goś ma­łe­go kre­ty­na.

– Auu, niech to szlag, to boli!

Kre­tyn czmych­nął. Ray za­no­to­wał w my­ślach, żeby za­cząć no­sić na­go­len­ni­ki. Spoj­rzał na Fe­ste­ra, wzro­kiem bła­ga­jąc o li­tość. Fe­ster ru­chem gło­wy na­ka­zał Ray­owi, żeby po­szedł za nim w kąt sali, wy­ba­wia­jąc go tym sa­mym z opre­sji. Tam też było za gło­śno, więc wy­mknę­li się na ko­ry­tarz.

Fe­ster ogrom­nym kciu­kiem wska­zał na salę ban­kie­to­wą za ple­ca­mi.

– Dzie­ciak nie­źle so­bie po­ra­dził z czy­ta­niem Tory, nie uwa­żasz?

Ray tyl­ko na nie­go po­pa­trzył.

– Ju­tro mam dla cie­bie ro­bo­tę – rzekł Fe­ster.

– Su­per. Jaką?

Fe­ster od­wró­cił wzrok.

To nie spodo­ba­ło się Ray­owi.

– Oho.

– Cho­dzi o Geo­r­ge’a Qu­el­le­ra.

– Do­bry Boże.

– Tak. I chce tego co zwy­kle.

Ray wes­tchnął. Geo­r­ge Qu­el­ler pró­bo­wał ro­bić wra­że­nie na pod­ry­wa­nych dziew­czy­nach, przy­tła­cza­jąc je i prze­ra­ża­jąc. Wy­naj­mo­wał Ce­leb Expe­rien­ce, żeby pa­pa­raz­zi nę­ka­li go wraz z to­wa­rzysz­ką – na przy­kład w ze­szłym mie­sią­cu była to nie­ja­ka Nan­cy – gdy wcho­dzi do ma­łej ro­man­tycz­nej ka­fej­ki. Kie­dy jego to­wa­rzysz­ka była już bez­piecz­na w środ­ku, otrzy­my­wa­ła – to nie żart – spo­rzą­dzo­ne na za­mó­wie­nie menu z na­dru­kiem „Geo­r­ge i Nan­cy, pierw­sza rand­ka z wie­lu” oraz ad­re­sem, mie­sią­cem, dniem i ro­kiem po­da­ny­mi po­ni­żej. Kie­dy opusz­cza­li re­stau­ra­cję, wy­na­ję­ci pa­pa­raz­zi pstry­ka­li zdję­cia i po­krzy­ki­wa­li, że Geo­r­ge zre­zy­gno­wał z week­en­du na Ka­ra­ibach z Jes­si­cą Albą dla uro­czej i prze­ra­żo­nej Nan­cy.

Geo­r­ge uwa­żał te ro­man­tycz­ne ma­new­ry za pre­lu­dium do szczę­śli­we­go po­ży­cia. Nan­cy i jej po­dob­ne uwa­ża­ły te ro­man­tycz­ne ma­new­ry za pre­lu­dium do kne­blo­wa­nia i uwię­zie­nia w prze­cho­wal­ni me­bli na przed­mie­ściach.

Żad­na nig­dy nie umó­wi­ła się z Geo­r­ge’em na dru­gą rand­kę.

Fe­ster w koń­cu zdjął oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne.

– Chcę, że­byś po­kie­ro­wał tą ro­bo­tą.

– Kie­row­nik pa­pa­raz­zich – po­wie­dział Ray. – Chy­ba za­dzwo­nię do mat­ki, żeby mo­gła po­chwa­lić się przed ko­le­żan­ka­mi od ma­dżon­ga.

Fe­ster za­chi­cho­tał.

– Ko­cham cię, wiesz?

– To wszyst­ko?

– Tak.

Ray sta­ran­nie za­pa­ko­wał apa­rat, od­dziel­nie kor­pus i obiek­tyw, po czym za­rzu­cił tor­bę na ra­mię. Po­szedł do drzwi, uty­ka­jąc – nie od kop­nia­ków, ale ka­wał­ka szrap­ne­la w bio­drze, tego szrap­ne­la, któ­ry za­po­cząt­ko­wał jego upa­dek. Nie, to zbyt pro­ste. Szrap­nel był tyl­ko wy­mów­ką. W pew­nym mo­men­cie swe­go nędz­ne­go ży­cia Ray miał nie­mal nie­ogra­ni­czo­ne per­spek­ty­wy. Ukoń­czył wy­dział dzien­ni­kar­stwa Uni­wer­sy­te­tu Co­lum­bia, ma­jąc coś, co je­den z pro­fe­so­rów na­zwał „nie­mal nad­przy­ro­dzo­nym ta­len­tem” – obec­nie mar­no­wa­nym – w dzie­dzi­nie fo­to­re­por­ta­żu. Jed­nak ży­cie mu się nie uło­ży­ło. Nie­któ­rzy lu­dzie przy­cią­ga­ją kło­po­ty. Nie­któ­rzy lu­dzie, nie­za­leż­nie od tego, jak ła­twa otwo­rzy się przed nimi dro­ga ży­cia, znaj­dą spo­sób, żeby wszyst­ko ze­psuć.

Ray Le­vi­ne na­le­żał do ta­kich lu­dzi.

Było ciem­no. Ray za­sta­na­wiał się, czy udać się pro­sto do domu i do łóż­ka, czy wpaść do baru tak pod­łe­go, że na­zy­wa­no go Tęż­cem. Trud­ny wy­bór, kie­dy ma się tyle moż­li­wo­ści.

Znów po­my­ślał o zwło­kach.

Ob­ra­zy po­ja­wia­ły się te­raz na­gle i były bar­dzo wy­raź­ne. Wy­da­wa­ło mu się to zu­peł­nie zro­zu­mia­łe. Dziś przy­pa­da­ła rocz­ni­ca dnia, kie­dy wszyst­ko się zmie­ni­ło, kie­dy wszel­kie na­dzie­je na szczę­śli­we za­koń­cze­nie umar­ły jak… No cóż, oczy­wi­sta me­ta­fo­ra wią­za­ła­by się z tymi ob­ra­za­mi w jego gło­wie, praw­da?

Zmarsz­czył brwi. Hej, Ray, może dość tego me­lo­dra­ma­ty­zo­wa­nia? – upo­mniał się w du­chu.

Miał na­dzie­ję, że to idio­tycz­ne dzi­siej­sze zle­ce­nie po­zwo­li mu się ode­rwać od tych my­śli. Tak się nie sta­ło. Wspo­mi­nał swo­ją bar mi­cwę, mo­ment za pul­pi­tem, kie­dy oj­ciec na­chy­lił się i szep­tał mu do ucha. Pa­mię­tał, jak oj­ciec pach­niał wodą to­a­le­to­wą Old Spi­ce, jak de­li­kat­nie ujął w dło­nie gło­wę Raya i ze łza­mi w oczach po­wie­dział tyl­ko: „Tak bar­dzo cię ko­cham”.

Ray ode­pchnął od sie­bie tę myśl. Mniej bo­le­sne były my­śli o zwło­kach.

Nie za­mie­rzał pła­cić za par­king, dla­te­go mu­siał zo­sta­wić sa­mo­chód trzy prze­czni­ce da­lej, w bocz­nej ulicz­ce. Skrę­cił w nią i wóz tam był – jego zde­ze­lo­wa­na dwu­na­sto­let­nia hon­da ci­vic bez zde­rza­ka i z bocz­ną szy­bą skle­jo­ną ta­śmą na­praw­czą. Ray po­tarł bro­dę. Nie­ogo­lo­na. Za­ro­śnię­ty, czter­dzie­sto­let­ni, z rzę­cho­wa­tym sa­mo­cho­dem i miesz­ka­niem w su­te­re­nie, któ­re po ka­pi­tal­nym re­mon­cie nada­wa­ło­by się na sracz, bez per­spek­tyw, za czę­sto za­glą­da­ją­cy do kie­lisz­ka. Po­uża­lał­by się nad sobą, ale szcze­rze mó­wiąc, nie­wie­le go to wszyst­ko ob­cho­dzi­ło.

Wła­śnie wyj­mo­wał klu­czy­ki od sa­mo­cho­du, kie­dy otrzy­mał sil­ny cios w tył gło­wy.

Co jest, do…?

Osu­nął się na ko­la­na. Po­ciem­nia­ło mu w oczach. Po­czuł mro­wie­nie ca­łej skó­ry na czasz­ce. Był zdez­o­rien­to­wa­ny. Spró­bo­wał po­trzą­snąć gło­wą, od­zy­skać ja­sność wi­dze­nia.

Na­stęp­ny cios tra­fił w skroń.

Coś eks­plo­do­wa­ło w jego gło­wie w roz­bły­sku ja­sne­go świa­tła. Ray upadł na zie­mię, roz­cią­ga­jąc się jak dłu­gi. Może stra­cił przy­tom­ność – nie był tego pe­wien – ale na­gle po­czuł, że ktoś szar­pie go za pra­we ra­mię. Przez mo­ment le­żał bez­wład­nie, nie mo­gąc i nie chcąc sta­wiać opo­ru. W gło­wie wi­ro­wa­ło mu z bólu. Ta część jego mó­zgu, któ­ra od­po­wia­da­ła za in­stynk­tow­ne, zwie­rzę­ce od­ru­chy, pod­po­wia­da­ła mu, co ma ro­bić, by prze­trwać. Uni­kaj ko­lej­nych cio­sów, mó­wi­ła. Zwiń się w kłę­bek i osła­niaj wraż­li­we czę­ści cia­ła.

Na­stęp­ne szarp­nię­cie pra­wie wy­rwa­ło mu rękę ze sta­wu. Za­raz po­tem po­czuł, jak coś zsu­wa mu się wzdłuż ra­mie­nia. Uświa­do­miw­szy so­bie to, Ray gwał­tow­nie otwo­rzył oczy.

Ktoś chciał ukraść mu apa­rat.

Była to kla­sycz­na le­ica z nie­daw­no do­da­ną moż­li­wo­ścią wy­sy­ła­nia da­nych. Po­czuł, że jego ręka uno­si się bez­wład­nie w po­wie­trze. Za se­kun­dę stra­ci apa­rat.

Ray nie miał wie­le. Ten apa­rat był je­dy­ną rze­czą, na któ­rej mu za­le­ża­ło. Był jego na­rzę­dziem pra­cy, oczy­wi­ście, ale tak­że je­dy­nym ogni­wem łą­czą­cym go z daw­nym Ray­em, z ży­ciem, ja­kie wiódł, za­nim za­czę­ły go na­wie­dzać krwa­we ob­ra­zy, i niech go li­cho, je­śli odda go bez wal­ki.

Za póź­no.

Pa­sek już zsu­nął się z jego ręki. Ray za­dał so­bie py­ta­nie, czy bę­dzie miał jesz­cze oka­zję od­zy­skać apa­rat, je­śli ra­buś za­mie­rza za­brać mu port­fel z czter­na­sto­ma do­la­ra­mi. Nie mógł na to cze­kać.

– Nie! – Po­de­rwał się, cho­ciaż wciąż krę­ci­ło mu się w gło­wie, a nogi miał jak z waty.

Spró­bo­wał rzu­cić się na na­past­ni­ka. Na­tra­fił na coś – za­pew­ne nogi – i zła­pał. Nie miał sił, żeby je ści­snąć, ale wy­star­czył im­pet zde­rze­nia.

Na­past­nik upadł. Ray rów­nież, lą­du­jąc na brzu­chu. Usły­szał brzęk ja­kie­goś upa­da­ją­ce­go przed­mio­tu i miał cho­ler­ną na­dzie­ję, że nie roz­bił wła­śnie apa­ra­tu. Za­mru­gał, usi­łu­jąc otwo­rzyć oczy, zdo­łał nie­co unieść po­wie­ki i parę me­trów da­lej zo­ba­czył swo­ją le­icę. Spró­bo­wał po­wlec się do niej, lecz za­uwa­żył dwie rze­czy, któ­re zmro­zi­ły mu krew w ży­łach.

Pierw­szą był kij bejs­bo­lo­wy le­żą­cy na bru­ku.

Dru­gą – znacz­nie waż­niej­szą – pod­no­szą­ca go dłoń w rę­ka­wicz­ce.

Ray pró­bo­wał spoj­rzeć w górę, ale na próż­no. My­śla­mi wró­cił do let­nie­go obo­zu, któ­ry pro­wa­dził jego oj­ciec, kie­dy Ray był dziec­kiem. Oj­ciec – wszy­scy obo­zo­wi­cze na­zy­wa­li go wu­jem Bar­rym – zwykł urzą­dzać za­wo­dy po­le­ga­ją­ce na tym, żeby naj­pierw krę­cić się w kół­ko, trzy­ma­jąc nad gło­wą pił­kę do ko­szy­ków­ki i wpa­tru­jąc się w nią, a po­tem, ko­złu­jąc, prze­biec przez całe bo­isko i umie­ścić ją w ko­szu. Pro­blem w tym, że od krę­ce­nia się w kół­ko tak wi­ro­wa­ło ci w gło­wie, iż mo­głeś upaść w jed­ną stro­nę, a pił­ka le­cia­ła w dru­gą. Ray czuł się te­raz tak, jak­by miał ru­nąć w lewo, a cała resz­ta świa­ta na pra­wo.

Zło­dziej pod­niósł kij bejs­bo­lo­wy i ru­szył do ata­ku.

– Po­mo­cy! – za­wo­łał Ray.

Nikt się nie zja­wił.

Wpadł w pa­ni­kę, w ułam­ku se­kun­dy obu­dził się w nim in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy. Nie­mal usły­szał głos w swo­jej gło­wie: ucie­kaj. Pró­bo­wał wstać, ale nie mógł się po­ru­szyć. Był bar­dzo osła­bio­ny. Jesz­cze je­den cios, jesz­cze jed­no sil­ne ude­rze­nie ki­jem bejs­bo­lo­wym…

– Po­mo­cy!

Na­past­nik zro­bił dwa kro­ki w jego kie­run­ku. Ray nie miał in­ne­go wyj­ścia. Wciąż na brzu­chu, od­czoł­gał się jak zra­nio­ny krab. No tak, to na pew­no za­dzia­ła, po­my­ślał. W ten spo­sób szyb­ko znaj­dzie się poza za­się­giem tego prze­klę­te­go kija. Du­pek z bejs­bo­lem był już prak­tycz­nie nad nim. Ray nie miał szans.

Ude­rzył o coś ra­mie­niem i zdał so­bie spra­wę z tego, że to jego sa­mo­chód.

Nad sobą zo­ba­czył uno­szą­cy się w po­wie­trze kij bejs­bo­lo­wy. Za se­kun­dę, może dwie, roz­wa­li mu czasz­kę. Ray miał tyl­ko jed­ną szan­sę i wy­ko­rzy­stał ją.

Ob­ró­cił gło­wę tak, że pra­wy po­li­czek był przy­ci­śnię­ty do bru­ku, przy­warł do zie­mi, naj­moc­niej jak mógł, i wsu­nął się pod sa­mo­chód.

– Po­mo­cy! – za­wo­łał zno­wu. A do na­past­ni­ka krzyk­nął: – Weź so­bie apa­rat i odejdź!

Na­past­nik tak wła­śnie zro­bił. Ray usły­szał jego kro­ki cich­ną­ce w głę­bi ulicz­ki. Cho­ler­nie prze­ra­ża­ją­ce. Spró­bo­wał wy­su­nąć się spod sa­mo­cho­du. Zdo­łał tego do­ko­nać mimo doj­mu­ją­ce­go bólu gło­wy. Usiadł na bru­ku, ple­ca­mi opar­ty o drzwicz­ki po stro­nie pa­sa­że­ra. Sie­dział tak przez ja­kiś czas. Nie po­tra­fił po­wie­dzieć, jak dłu­go. Może na­wet ze­mdlał na chwi­lę.

W koń­cu od­zy­skał siły na tyle, by wpeł­znąć do sa­mo­cho­du i uru­cho­mić sil­nik. Prze­klął cały świat.

Dziw­ne, po­my­ślał. Dziś przy­pa­da­ła rocz­ni­ca tam­tej tra­gicz­nej nocy, a on le­d­wo unik­nął ko­lej­ne­go roz­le­wu krwi. Nie­mal uśmiech­nął się na myśl o ta­kim zbie­gu oko­licz­no­ści. Ru­szył, gdy uśmiech za­czął zni­kać z jego twa­rzy.

Przy­pa­dek. Tak, tyl­ko przy­pa­dek. Na­wet nie­spe­cjal­nie dziw­ny, je­śli się nad tym głę­biej za­sta­no­wić. Od tam­tej nocy, kie­dy do­szło do roz­le­wu krwi, mi­nę­ło sie­dem­na­ście lat – więc ra­czej nie były to srebr­ne gody ani nic po­dob­ne­go. Ray zo­stał już kie­dyś ob­ra­bo­wa­ny. W ze­szłym roku ob­ro­bio­no go, kie­dy pi­ja­ny wy­cho­dził z klu­bu ze strip­ti­zem o dru­giej nad ra­nem. Du­reń ukradł mu port­fel i uciekł z sied­mio­ma do­la­ra­mi i kar­tą kre­dy­to­wą CVS.

A jed­nak.

Zna­lazł wol­ne miej­sce na uli­cy przed sze­re­gów­ką, któ­rą na­zy­wał do­mem. Wy­naj­mo­wał miesz­ka­nie w su­te­re­nie. Wła­ści­cie­lem domu był Amir Ba­loch, emi­grant z Pa­ki­sta­nu, któ­ry miesz­kał tu z żoną i czte­re­ma dość krzy­kli­wy­mi dzie­cia­ka­mi.

Za­łóż­my przez se­kun­dę, tyl­ko przez uła­mek se­kun­dy, że to nie był przy­pa­dek.

Ray wy­gra­mo­lił się z sa­mo­cho­du. Wciąż łu­pa­ło go w gło­wie. Ju­tro bę­dzie jesz­cze go­rzej. Po­ko­nał dwa stop­nie, scho­dząc obok ku­błów na śmie­ci do drzwi su­te­re­ny, i we­pchnął klucz do zam­ka. Prze­trzą­snął swój obo­la­ły umysł, usi­łu­jąc wy­obra­zić so­bie ja­kieś po­wią­za­nie – naj­mniej­szy, naj­mar­niej­szy, naj­słab­szy, naj­mniej uchwyt­ny zwią­zek po­mię­dzy tam­tą tra­gicz­ną nocą sprzed sie­dem­na­stu lat i dzi­siej­szym na­pa­dem.

Nic.

Dziś wie­czo­rem był to na­pad ra­bun­ko­wy, bez dwóch zdań. Wa­lisz fa­ce­ta po gło­wie ki­jem bejs­bo­lo­wym, za­bie­rasz mu apa­rat i ucie­kasz. Tyl­ko dla­cze­go na­past­nik nie za­brał rów­nież port­fe­la? A może był to ten sam gość, któ­ry w ze­szłym roku ob­ro­bił Raya przed klu­bem strip­ti­zo­wym i wie­dział, że może się spo­dzie­wać za­le­d­wie kil­ku do­la­rów? Do li­cha, może to jed­nak był zbieg oko­licz­no­ści. Za­po­mnij o da­cie i rocz­ni­cy, po­my­ślał Ray. Może na­past­nik był tym sa­mym fa­ce­tem, któ­ry ob­ra­bo­wał go rok temu.

O rany, to bez sen­su. Gdzie, do cho­le­ry, jest vi­co­din? – prze­mknę­ło mu przez gło­wę.

Włą­czył te­le­wi­zor i ru­szył do ła­zien­ki. Kie­dy otwo­rzył drzwi szaf­ki, do umy­wal­ki wpa­dło kil­ka­na­ście bu­te­le­czek i róż­nych dro­bia­zgów. Po­szpe­rał w tym sto­sie i zna­lazł bu­te­lecz­kę z vi­co­di­nem. A przy­najm­niej miał na­dzie­ję, że to jest vi­co­din. Ku­pił go na czar­nym ryn­ku od fa­ce­ta, któ­ry twier­dził, że prze­my­cił ta­blet­ki z Ka­na­dy. Z tego, co Ray wie­dział, rów­nie do­brze mo­gła to być wi­ta­mi­na C.

Nada­wa­no lo­kal­ne wia­do­mo­ści, w któ­rych po­ka­zy­wa­no po­żar gdzieś w oko­li­cy i wy­py­ty­wa­no są­sia­dów, co o tym są­dzą, po­nie­waż – jak wia­do­mo – od nich za­wsze moż­na uzy­skać na­praw­dę wni­kli­wą oce­nę sy­tu­acji. Za­dzwo­nił te­le­fon ko­mór­ko­wy Raya. Na wy­świe­tla­czu po­ja­wił się nu­mer Fe­ste­ra.

– Co jest? – za­py­tał Ray, opa­da­jąc na ka­na­pę.

– Masz okrop­nie zmie­nio­ny głos.

– Zo­sta­łem na­pad­nię­ty za­raz po wyj­ściu z bar mi­cwy Iry.

– Na­praw­dę?

– Mhm. Do­sta­łem w gło­wę ki­jem bejs­bo­lo­wym.

– Ukra­dli coś?

– Mój apa­rat.

– Cze­kaj, więc stra­ci­łeś dzi­siej­sze zdję­cia?

– Nie, nie martw się – po­wie­dział Ray. – Nic mi nie jest, na­praw­dę.

– W głę­bi ser­ca umie­ram z nie­po­ko­ju. Py­tam o zdję­cia, żeby ukryć mój ból.

– Mam je – rzekł Ray.

– Jak to?

Za bar­dzo bo­la­ła go gło­wa, żeby to wy­ja­śniać, a po­nad­to za­czy­nał od­pły­wać w sen po za­ży­ciu vi­co­di­nu.

– Nie martw się o nie. Są bez­piecz­ne.

Kil­ka lat temu, kie­dy Ray pra­co­wał jako „praw­dzi­wy” pa­pa­raz­zo, wy­ko­nał kil­ka kom­pro­mi­tu­ją­cych zdjęć pew­ne­go bar­dzo po­pu­lar­ne­go ak­to­ra geja, zdra­dza­ją­ce­go swo­je­go chłop­ca z… ko­bie­tą. Ochro­niarz ak­to­ra prze­mo­cą za­brał Ray­owi apa­rat i znisz­czył kar­tę pa­mię­ci. Ray wy­po­sa­żył swój apa­rat w moż­li­wość wy­sył­ki da­nych – opcję po­dob­ną do tej, jaką moż­na zna­leźć w te­le­fo­nach ko­mór­ko­wych – au­to­ma­tycz­ne prze­sy­ła­nie co dzie­sięć mi­nut zdjęć z kar­ty pa­mię­ci na jego skrzyn­kę pocz­to­wą.

– Wła­śnie dla­te­go dzwo­nię – po­wie­dział Fe­ster. – Są mi po­trzeb­ne, i to szyb­ko. Wy­bierz pięć z nich i prze­ślij mi jesz­cze dziś wie­czór e-ma­ilem. Tato Iry chce na­tych­miast mieć przy­cisk do pa­pie­rów z na­szy­mi zdję­cia­mi z bar mi­cwy.

W wia­do­mo­ściach te­le­wi­zyj­nych ka­me­ra skie­ro­wa­ła swój obiek­tyw na „me­te­oro­lo­ga” – dziew­czy­nę o buj­nych kształ­tach i w ob­ci­słym czer­wo­nym swe­ter­ku. Zwięk­sza­nie oglą­dal­no­ści. Ray­owi za­czę­ły opa­dać po­wie­ki, gdy po­go­dyn­ka za­koń­czy­ła pro­gno­zę i po­ka­za­no zdję­cie sa­te­li­tar­ne, a na ekra­nie po­ja­wił się zbyt kunsz­tow­nie ucze­sa­ny pre­zen­ter.

– Ray?

– Pięć fo­tek do przy­ci­sku do pa­pie­ru w kształ­cie sze­ścia­nu.

– Wła­śnie.

– Sze­ścian ma sześć bo­ków – przy­po­mniał Ray.

– O, chy­lę czo­ło przed ma­te­ma­tycz­nym ge­niu­szem. Szó­sty bok jest na na­zwi­sko, datę oraz gwiaz­dę Da­wi­da.

– Ro­zu­miem.

– Po­trze­bu­ję ich, naj­szyb­ciej jak się da.

– Do­brze.

– Za­tem wszyst­ko w po­rząd­ku – rzekł Fe­ster. – Tyl­ko że bez apa­ra­tu nie mo­żesz ju­tro za­jąć się Geo­r­ge’em Qu­el­le­rem. Nie martw się. Znaj­dę ko­goś in­ne­go.

– Te­raz będę spał spo­koj­niej.

– Za­baw­ny z cie­bie gość, Ray. Przy­ślij mi te fot­ki. A po­tem tro­chę od­pocz­nij.

– Roz­czu­la mnie two­ja tro­ska, Fe­ster.

Roz­łą­czy­li się. Ray opadł z po­wro­tem na ka­na­pę. Lek miał cu­dow­ne dzia­ła­nie. Ray nie­mal się uśmiech­nął. W te­le­wi­zji pre­zen­ter gro­bo­wym gło­sem rzekł:

„Za­gi­nął Carl­ton Flynn. Jego sa­mo­chód z otwar­ty­mi drzwia­mi zna­le­zio­no na na­brze­żu…”.

Ray otwo­rzył jed­no oko i zer­k­nął. Na ekra­nie po­ka­zy­wa­no wiecz­ne­go chłop­ta­sia z ja­sny­mi pa­sem­ka­mi w na­stro­szo­nych czar­nych wło­sach i z kol­czy­kiem w uchu. Prze­sy­łał ka­me­rze ca­łu­sa, a pod­pis pod zdję­ciem gło­sił: „Za­gi­nio­ny”, pod­czas gdy za­pew­ne po­wi­nien brzmieć: „La­mer”. Ray zmarsz­czył brwi, gdy przez gło­wę prze­mknę­ła mu ja­kaś nie­ja­sna, nie­po­ko­ją­ca myśl, któ­rej nie po­tra­fił te­raz uchwy­cić. Całe jego cia­ło do­ma­ga­ło się snu, ale gdy­by nie wy­słał tych pię­ciu zdjęć, Fe­ster za­dzwo­nił­by po­now­nie, a kto by tego chciał? Ray z tru­dem pod­niósł się z ka­na­py. Po­wlókł się do ku­chen­ne­go sto­łu, uru­cho­mił lap­to­pa i upew­nił się, że zdję­cia istot­nie zna­la­zły się w jego kom­pu­te­rze.

Były tam.

Drę­czył go ja­kiś pod­świa­do­my nie­po­kój, lecz Ray nie mógł okre­ślić jego po­wo­du. Może mę­czy­ło go coś nie­istot­ne­go. A może pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć coś na­praw­dę waż­ne­go. A może, co naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne, ude­rze­nie ki­jem bejs­bo­lo­wym w gło­wę spra­wi­ło, że ma­leń­kie od­pry­ski ko­ści czasz­ki do­słow­nie szat­ko­wa­ły mu mózg.

Zdję­cia z bar mi­cwy po­ja­wi­ły się w od­wrot­nej ko­lej­no­ści – zro­bio­ne jako ostat­nie było te­raz pierw­sze. Ray po­spiesz­nie przej­rzał in­deks, wy­bie­ra­jąc jed­no uję­cie tań­czą­cych, jed­no zdję­cie ro­dzin­ne, jed­no przy czy­ta­niu Tory, jed­no z ra­bi­nem oraz to, na któ­rym bab­cia ca­ło­wa­ła Irę w po­li­czek.

Miał pięć. Wpi­sał ad­res in­ter­ne­to­wy Fe­ste­ra i prze­słał je jako za­łącz­nik. Zro­bio­ne.

Był tak zmę­czo­ny, że nie wie­dział, czy zdo­ła wstać z krze­sła i do­trzeć do łóż­ka. Za­sta­na­wiał się, czy po­ło­żyć gło­wę na ku­chen­nym sto­le i za­snąć tu­taj, kie­dy przy­po­mniał so­bie o in­nych zdję­ciach, tych, któ­re zro­bił wcze­śniej tego dnia, przed bar mi­cwą.

Przy­tła­cza­ją­cy smu­tek za­pie­rał mu dech.

Ray po­je­chał do tego prze­klę­te­go par­ku i pstry­kał zdję­cia. To głu­pie, ale ro­bił to co rok. Nie po­tra­fił wy­ja­śnić dla­cze­go. A może po­tra­fił – i to było jesz­cze gor­sze. Obiek­tyw apa­ra­tu po­zwa­lał mu spoj­rzeć na wszyst­ko z dy­stan­sem, z per­spek­ty­wy, po­czuć się bez­piecz­nie. Może wła­śnie o to cho­dzi­ło. Oglą­da­nie tego okrop­ne­go miej­sca w pe­wien spo­sób uspo­ka­ja­ło; miał na­dzie­ję, że dzię­ki temu zmie­ni to, cze­go – oczy­wi­ście – nie moż­na zmie­nić.

Ray obej­rzał na ekra­nie mo­ni­to­ra kom­pu­te­ro­we­go zdję­cia, któ­re zro­bił wcze­śniej tego dnia – i te­raz przy­po­mniał so­bie jesz­cze coś.

Fa­ce­ta z ja­sny­mi pa­sem­ka­mi i kol­czy­kiem.

Dwie mi­nu­ty póź­niej zna­lazł to, cze­go szu­kał. Wte­dy coś zro­zu­miał i na­gle zro­bi­ło mu się zim­no.

Na­past­ni­ko­wi nie cho­dzi­ło o apa­rat. Chciał zdo­być zdję­cie.

To zdję­cie.

2

Me­gan Pier­ce peł­ni­ła funk­cję dy­żur­nej mat­ki od­wo­żą­cej dzie­ci na licz­ne za­ję­cia po­za­lek­cyj­ne i nie­na­wi­dzi­ła tego.

Za­mknę­ła lo­dów­kę i spoj­rza­ła na dwój­kę swo­ich dzie­ci przez wy­ku­szo­we okna ką­ci­ka śnia­da­nio­we­go. Te okna za­pew­nia­ły „nie­zbęd­ne po­ran­ne świa­tło”. Tak ujął to ar­chi­tekt. W ich nie­daw­no od­no­wio­nej kuch­ni była tak­że ku­chen­ka ga­zo­wo-elek­trycz­na, sprzęt fir­my Mie­le, na środ­ku wy­spa z mar­mu­ro­wym bla­tem oraz sze­ro­kie przej­ście do sa­lo­nu zmie­nio­ne­go w salę ki­no­wą z wiel­ko­ekra­no­wym te­le­wi­zo­rem, fo­te­la­mi z uchwy­ta­mi na kub­ki oraz ko­lum­na­mi w licz­bie wy­star­cza­ją­cej do na­gło­śnie­nia kon­cer­tu The Who.

Na po­dwór­ku za do­mem Kay­lie, jej pięt­na­sto­let­nia cór­ka, do­ku­cza­ła młod­sze­mu bra­tu, Jor­da­no­wi. Me­gan wes­tchnę­ła i otwo­rzy­ła okno.

– Prze­stań, Kay­lie.

– Ja nic nie zro­bi­łam.

– Sta­łam tu­taj i ob­ser­wo­wa­łam cię.

Kay­lie wzię­ła się pod boki. Pięt­na­sto­lat­ka – w tym nie­spo­koj­nym okre­sie do­ra­sta­nia, prze­cho­dze­nia z dzie­ciń­stwa w do­ro­słość, kie­dy cia­ło i hor­mo­ny za­czy­na­ją sza­leć. Me­gan do­brze pa­mię­ta­ła ten stan.

– I co wi­dzia­łaś? – wy­zy­wa­ją­co spy­ta­ła Kay­lie.

– Wi­dzia­łam, jak do­ku­czasz bra­tu.

– By­łaś w środ­ku. Nie mo­głaś nic sły­szeć. Rów­nie do­brze mo­głam po­wie­dzieć: „Tak bar­dzo cię ko­cham, Jor­dan”.

– Wca­le tak nie mó­wi­ła! – krzyk­nął Jor­dan.

– Wiem, że nie – rze­kła Me­gan.

– Na­zwa­ła mnie la­me­rem i po­wie­dzia­ła, że nie mam przy­ja­ciół!

Me­gan wes­tchnę­ła.

– Kay­lie…

– Wca­le tak nie mó­wi­łam!

Me­gan tyl­ko zmarsz­czy­ła brwi.

– To jego sło­wo prze­ciw­ko mo­je­mu – upie­ra­ła się Kay­lie. – Dla­cze­go za­wsze bie­rzesz jego stro­nę?

Każ­dy dzie­ciak, po­my­śla­ła Me­gan, jest sfru­stro­wa­nym ad­wo­ka­tem, szu­ka­ją­cym luk praw­nych, do­ma­ga­ją­cym się nie­re­al­nie nie­pod­wa­żal­nych do­wo­dów, ata­ku­ją­cym na­wet naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły.

– Masz dziś tre­ning – po­wie­dzia­ła Me­gan do Kay­lie.

Kay­lie prze­chy­li­ła gło­wę na ra­mię i cała okla­pła.

– Czy mu­szę iść?

– Za­pi­sa­łaś się do tej dru­ży­ny, mło­da damo.

Kie­dy Me­gan to po­wie­dzia­ła – cho­ciaż mó­wi­ła to już mi­lion razy – sama nie mo­gła uwie­rzyć, że te sło­wa pa­dły z jej ust.

– Nie chcę iść – jęk­nę­ła Kay­lie. – Je­stem taka zmę­czo­na. A póź­niej mam pójść z Gin­ger, pa­mię­tasz, na…

Kay­lie może po­wie­dzia­ła­by wię­cej, ale Me­gan już się od­wró­ci­ła, nie­za­in­te­re­so­wa­na. W po­ko­ju te­le­wi­zyj­nym jej mąż, Dave, wy­le­gi­wał się w sza­rym dre­sie. Oglą­dał wy­wiad z ko­lej­nym pod­upa­dłym ak­to­rem fil­mo­wym, któ­ry w nie­smacz­ny spo­sób chwa­lił się swy­mi mi­ło­sny­mi pod­bo­ja­mi i wy­czy­na­mi w klu­bach ze strip­ti­zem. Ak­tor spra­wiał wra­że­nie na­wie­dzo­ne­go, miał roz­bie­ga­ny wzrok i naj­wy­raź­niej był na ja­kichś pro­chach prze­pi­sa­nych przez bar­dzo li­be­ral­ne­go le­ka­rza. Sie­dzą­cy na ka­na­pie Dave z nie­sma­kiem po­krę­cił gło­wą.

– Do­kąd zmie­rza ten świat? – po­wie­dział, wska­zu­jąc na ekran. – Czy ty sły­szysz, co opo­wia­da ten ku­tas? Co za pa­lant.

Me­gan kiw­nę­ła gło­wą, po­wstrzy­mu­jąc uśmiech. Przed laty do­brze zna­ła tego pa­lan­ta. Na­wet bar­dzo do­brze. Pan Pa­lant był wła­ści­wie cał­kiem mi­łym fa­ce­tem, któ­ry da­wał hoj­ne na­piw­ki, lu­bił za­ba­wy we tro­je i pła­kał jak dziec­ko, kie­dy za dużo wy­pił.

Daw­no temu.

Dave od­wró­cił się i uśmiech­nął do niej sze­ro­ko.

– Hej, dzie­ci­no.

– Hej.

Dave wciąż to ro­bił: uśmie­chał się do niej, jak­by zo­ba­czył ją po raz pierw­szy, i znów uświa­da­mia­ła so­bie, że ma szczę­ście, że po­win­na być wdzięcz­na. Ta­kie te­raz było jej ży­cie. Daw­ne ży­cie – o któ­rym nie wie­dział nikt w tej szczę­śli­wej pod­miej­skiej kra­inie ci­chych za­uł­ków, do­brych szkół i oka­za­łych re­zy­den­cji – zo­sta­ło za­bi­te i po­grze­ba­ne w płyt­kim dole.

– Chcesz, że­bym od­wiózł Kay­lie na tre­ning? – za­py­tał Dave.

– Ja to zro­bię.

– Je­steś pew­na?

Me­gan ski­nę­ła gło­wą. Na­wet Dave nie znał praw­dy o ko­bie­cie, któ­ra dzie­li­ła z nim łoże przez szes­na­ście ostat­nich lat. Nie wie­dział, że Me­gan tak na­praw­dę ma na imię May­gin. Oba wy­ma­wia się tak samo, lecz dla kom­pu­te­rów i do­ku­men­tów toż­sa­mo­ści waż­na jest tyl­ko pi­sow­nia. Za­py­ta­ła­by mat­kę, skąd to nie­zwy­kłe imię, ale jej mat­ka umar­ła, za­nim Me­gan za­czę­ła mó­wić. Nig­dy nie zna­ła ojca ani nie wie­dzia­ła, kto nim był. Wcze­śnie zo­sta­ła sie­ro­tą, do­ra­sta­ła w bie­dzie i pra­co­wa­ła jako strip­ti­zer­ka w Ve­gas, a po­tem w Atlan­tic City, ale uwiel­bia­ła tę pra­cę. Tak, uwiel­bia­ła. To było za­baw­ne, eks­cy­tu­ją­ce i elek­try­zu­ją­ce. Za­wsze coś się dzia­ło, za­wsze mia­ło się po­czu­cie za­gro­że­nia, nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści i na­mięt­no­ści.

– Mamo?

To Jor­dan.

– Tak, ko­cha­nie?

– Pani Fre­ed­man mówi, że nie pod­pi­sa­łaś for­mu­la­rza ze­zwo­le­nia na mój udział w wy­ciecz­ce kla­so­wej.

– Po­ślę jej e-ma­ilem.

– Po­wie­dzia­ła, że mia­ła go otrzy­mać do piąt­ku.

– Nie przej­muj się tym, ko­cha­nie, do­brze?

Za­ję­ło to Jor­da­no­wi chwi­lę czy dwie, ale w koń­cu się roz­ch­mu­rzył.

Me­gan wie­dzia­ła, że po­win­na dzię­ko­wać za to, co ma. W ży­ciu, ja­kie daw­niej wio­dła, dziew­czy­ny umie­ra­ją mło­do.

Każ­da emo­cja, każ­da se­kun­da jest prze­ży­wa­na zbyt in­ten­syw­nie – wzmoc­nio­na do dzie­sią­tej po­tę­gi – co nie sprzy­ja dłu­go­wiecz­no­ści. Wy­pa­lasz się. Ży­jesz w sta­łym na­pię­ciu. Coś ta­kie­go ude­rza do gło­wy. Jest też nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne z pew­nym ry­zy­kiem. Kie­dy jed­nak wszyst­ko wy­mknę­ło się spod kon­tro­li, gdy Me­gan na­gle za­czę­ło gro­zić nie­bez­pie­czeń­stwo, zna­la­zła spo­sób, żeby nie tyl­ko uciec, ale tak­że za­cząć ży­cie od nowa, moż­na by po­wie­dzieć – od­ro­dzić się, z ko­cha­ją­cym mę­żem, pięk­ny­mi dzieć­mi, czte­ro­po­ko­jo­wym dom­kiem i ba­se­nem w ogro­dzie.

W ja­kiś spo­sób, nie­mal zu­peł­nie przy­pad­ko­wo, Me­gan Pier­ce wy­rwa­ła się z głę­bi tego, co nie­któ­rzy mo­gli­by na­zwać cuch­ną­cym ba­gnem, w sam śro­dek ame­ry­kań­skie­go snu. Aby się ura­to­wać, mu­sia­ła sto­so­wać się do re­guł gry i nie­mal wmó­wić so­bie, że to naj­lep­szy ze świa­tów. A dla­cze­go nie? Jak da­le­ko się­ga­ła pa­mię­cią, w fil­mach i pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych po­ka­zy­wa­no jej ob­ra­zy do­wo­dzą­ce, że jej daw­ne ży­cie było złe, nie­mo­ral­ne i nie­trwa­łe, pod­czas gdy to obec­ne, ro­dzin­ne, w dom­ku z ogro­dze­niem ze szta­chet, było god­ne po­zaz­drosz­cze­nia, wła­ści­we i bo­skie.

Me­gan tę­sk­ni­ła jed­nak za swo­im daw­nym ży­ciem. Nie po­win­na. Po­win­na być wdzięcz­na i za­do­wo­lo­na, że ze wszyst­kich lu­dzi ona, któ­ra kro­czy­ła dro­gą au­to­de­struk­cji, osią­gnę­ła to, o czym ma­rzy każ­da dziew­czyn­ka. Praw­da jed­nak­że – ta praw­da, któ­rej za­ak­cep­to­wa­nie za­ję­ło jej lata – wy­glą­da­ła tak, że Me­gan wciąż tę­sk­ni­ła za tam­ty­mi ciem­ny­mi sa­la­mi, za po­żą­dli­wy­mi, wy­głod­nia­ły­mi spoj­rze­nia­mi ob­cych, za dud­nią­cą i pul­su­ją­cą mu­zy­ką, mi­go­czą­cy­mi świa­tła­mi i sko­ka­mi ad­re­na­li­ny.

A te­raz?

Dave ska­czą­cy po ka­na­łach:

– Za­tem nie masz nic prze­ciw­ko od­wie­zie­niu jej? Bo wiesz… gra­ją Jet­si.

Kay­lie za­glą­da­ją­ca do spor­to­wej tor­by:

– Mamo, gdzie mój strój? Upra­łaś go, jak pro­si­łam?

Jor­dan otwie­ra­ją­cy lo­dów­kę:

– Czy mo­żesz zro­bić mi sma­żo­ny ser w opie­ka­czu? Tyl­ko nie z tym peł­no­ziar­ni­stym chle­bem.

Ko­cha­ła ich. Na­praw­dę. Były jed­nak chwi­le, tak jak dzi­siaj, kie­dy uświa­da­mia­ła so­bie, że po mło­do­ści spę­dzo­nej na stą­pa­niu po nie­pew­nym grun­cie te­raz wpa­dła w otę­pia­ją­co mo­no­ton­ną do­mo­wą ru­ty­nę, zmu­szo­na każ­de­go dnia wy­ko­ny­wać ten sam po­kaz z tymi sa­my­mi wi­dza­mi co po­przed­nie­go dnia, tyl­ko o je­den dzień star­szy­mi. Me­gan za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go tak musi być, dla­cze­go je­ste­śmy zmu­sze­ni wy­brać jed­no ży­cie. Dla­cze­go upie­ra­my się, że mo­że­my być tyl­ko jed­ną oso­bą, mieć jed­no ży­cie, któ­re cał­ko­wi­cie nas okre­śla? Dla­cze­go nie mo­że­my mieć wię­cej oso­bo­wo­ści? I dla­cze­go mu­si­my znisz­czyć któ­rąś z nich, żeby stwo­rzyć dru­gą? Twier­dzi­my, że w każ­dym z nas jest czło­wiek re­ne­san­su tę­sk­nią­cy za „peł­ną sy­me­trią”, a jed­nak róż­ni­ce mię­dzy nami są tak na­praw­dę nie­wiel­kie. W rze­czy­wi­sto­ści po­tra­fi­my prze­pę­dzić tego nie­sfor­ne­go du­cha, żeby się do­sto­so­wać, zde­fi­nio­wać jako jed­na i tyl­ko jed­na oso­ba.

Dave znów włą­czył ka­nał z pod­upa­dłym gwiaz­do­rem.

– Co za fa­cet – po­wie­dział, krę­cąc gło­wą.

Jed­nak wy­star­czył afek­to­wa­ny głos ak­to­ra, by Me­gan wró­ci­ła my­śla­mi do jego dło­ni tkwią­cej w jej strin­gach, twa­rzy przy­ci­śnię­tej do jej ple­ców, szorst­kiej i mo­krej od łez.

Tyl­ko ty jed­na mnie ro­zu­miesz, Cas­sie… – po­my­śla­ła.

Tak, bra­ko­wa­ło jej tego. Czy to na­praw­dę było ta­kie okrop­ne?

Nie są­dzi­ła, aby tak było, ale ta myśl ją mę­czy­ła. Czy po­peł­ni­ła błąd? Te wspo­mnie­nia z ży­cia Cas­sie – w tam­tym świe­cie nikt nie po­słu­gu­je się swo­im praw­dzi­wym imie­niem – przez lata były trzy­ma­ne pod klu­czem w nie­wiel­kiej ko­mór­ce jej pa­mię­ci. Aż na­gle, przed kil­ko­ma dnia­mi, otwo­rzy­ła te drzwi i uchy­li­ła je odro­bi­nę. Po­spiesz­nie za­trza­snę­ła i po­now­nie za­mknę­ła na klucz. Jed­nak wy­star­czy­ła mała szpa­ra, któ­ra po­zwo­li­ła Cas­sie zer­k­nąć na świat po­mię­dzy May­gin i Me­gan… Czu­ła, że bę­dzie mu­sia­ła po­nieść kon­se­kwen­cje tego czy­nu.

Dave zwlókł się z ka­na­py i ru­szył do ła­zien­ki ze zwi­nię­tą w ru­lon ga­ze­tą tkwią­cą pod pa­chą. Me­gan roz­grza­ła opie­kacz i za­czę­ła szu­kać bia­łe­go chle­ba. Kie­dy otwo­rzy­ła szu­fla­dę, za­dzwo­nił te­le­fon, wy­da­jąc elek­tro­nicz­ny świer­got. Sto­ją­ca obok te­le­fo­nu Kay­lie zi­gno­ro­wa­ła go, pi­sząc SMS-a.

– Mo­żesz ode­brać? – spy­ta­ła Me­gan.

– To nie do mnie.

Swo­ją dzwo­nią­cą ko­mór­kę Kay­lie po­tra­fi­ła wy­jąć z szyb­ko­ścią, któ­ra za­wsty­dzi­ła­by Wy­at­ta Ear­pa, lecz sta­cjo­nar­ny te­le­fon o nu­me­rze nie­zna­nym dla na­sto­let­niej spo­łecz­no­ści Kas­sel­ton kom­plet­nie jej nie in­te­re­so­wał.

– Pod­nieś słu­chaw­kę, pro­szę.

– Po co? Mu­sia­ła­bym tyl­ko ci ją prze­ka­zać.

Jor­dan, któ­ry jako wraż­li­wy je­de­na­sto­la­tek za­wsze był po­ko­jo­wo na­sta­wio­ny, zła­pał te­le­fon.

– Halo? – Po­słu­chał chwi­lę, a po­tem po­wie­dział: – Po­mył­ka.

A po­tem do­dał coś, co zmro­zi­ło Me­gan.

– Nie ma tu ni­ko­go o imie­niu Cas­sie.

Rzu­ciw­szy ja­kąś wy­mów­kę o do­staw­cach, któ­rzy za­wsze mylą jej imię – i wie­dząc, iż jej dzie­ci są tak za­ję­te sobą, że nie będą tego kwe­stio­no­wać – Me­gan wzię­ła te­le­fon od syna i prze­szła do są­sied­nie­go po­ko­ju.

Przy­ci­snę­ła słu­chaw­kę do ucha i głos, któ­re­go nie sły­sza­ła od sie­dem­na­stu lat, po­wie­dział:

– Prze­pra­szam, że dzwo­nię, ale my­ślę, że po­win­ny­śmy się spo­tkać.

♦ ♦ ♦

Me­gan za­wio­zła Kay­lie na tre­ning pił­ki noż­nej.

Zwa­żyw­szy na ten na­gły i nie­spo­dzie­wa­ny te­le­fon, była dość spo­koj­na i po­god­na. Za­par­ko­wa­ła sa­mo­chód i z lek­ko za­mglo­ny­mi ocza­mi ob­ró­ci­ła się do cór­ki.

– No co? – po­wie­dzia­ła Kay­lie.

– Nic. O któ­rej koń­czy się tre­ning?

– Nie wiem. Może po­tem pój­dę gdzieś z Gabi i Chuc­kie.

„Może” ozna­cza­ło „na pew­no”.

– Do­kąd?

Wzru­sze­nie ra­mion.

– Do mia­sta.

Ty­po­wa od­po­wiedź na­sto­lat­ki.

– A kon­kret­nie?

– Nie wiem, mamo – od­po­wie­dzia­ła z lek­ką iry­ta­cją.

Kay­lie chcia­ła za­koń­czyć tę roz­mo­wę, ale też nie chcia­ła wku­rzyć mat­ki, żeby ta nie za­bro­ni­ła jej iść. – Po pro­stu po­krę­ci­my się tro­chę, do­brze?

– Od­ro­bi­łaś wszyst­kie lek­cje?

Me­gan na­tych­miast po­ża­ło­wa­ła, że za­da­ła to py­ta­nie. Ty­po­wa re­ak­cja mat­ki. Unio­sła dłoń i po­wie­dzia­ła do cór­ki:

– Za­po­mnij. Idź już. Baw się do­brze.

Kay­lie spoj­rza­ła na mat­kę, jak­by tej na­gle wy­ro­sły rogi na czo­le. Po­tem wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, wy­sia­dła z sa­mo­cho­du i po­bie­gła. Me­gan ob­ser­wo­wa­ła cór­kę. Za­wsze. Nie­waż­ne, że Kay­lie była już na tyle duża, iż mo­gła sama wejść na bo­isko. Me­gan mu­sia­ła się upew­nić, że cór­ka jest bez­piecz­na.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej Me­gan zna­la­zła miej­sce par­kin­go­we za ka­wiar­nią Star­bucks. Spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Pięt­na­ście mi­nut do spo­tka­nia.

Wzię­ła lat­te i zna­la­zła sto­lik na koń­cu sali. Przy sto­le po jej le­wej sie­dzia­ła grup­ka mło­dych ma­tek – nie­wy­spa­nych, w po­pla­mio­nych ciu­chach, nie­przy­tom­nie szczę­śli­wych, wszyst­kie ze swo­imi dzie­cia­ka­mi – i pa­pla­ła z oży­wie­niem. Roz­ma­wia­ły o naj­lep­szych spa­ce­rów­kach, o tym, któ­re z łó­że­czek Pack ’n Play skła­da się naj­le­piej, i jak dłu­go kar­mić pier­sią, o ce­dro­wych pla­cach za­baw z osło­na­mi z opon, o tym, w ja­kim wie­ku od­sta­wić smo­czek, ja­kie są naj­bez­piecz­niej­sze fo­te­li­ki sa­mo­cho­do­we, a tak­że o za­le­tach no­si­de­łek na ple­cy, na pier­siach i na bio­drze. Jed­na chwa­li­ła się, że jej syn, Tod­dy, jest „bar­dzo wraż­li­wy na po­trze­by in­nych dzie­ci, cho­ciaż ma do­pie­ro osiem­na­ście mie­się­cy”.

Me­gan uśmiech­nę­ła się i za­pra­gnę­ła znów być jed­ną z nich. Przy­po­mnia­ła so­bie czas, kie­dy sama była mło­dą mat­ką.

Uwiel­bia­ła to. Te­raz jed­nak, spo­glą­da­jąc z per­spek­ty­wy cza­su, za­sta­na­wia­ła się, w któ­rym mo­men­cie mija ten etap ni­czym nie­zmą­co­ne­go szczę­ścia. Wie­dzia­ła, co na­stę­pu­je po­tem – wy­bie­ra­nie wła­ści­we­go przed­szko­la, jak­by to była kwe­stia ży­cia i śmier­ci, ocze­ki­wa­nie w ko­lej­ce po od­biór dziec­ka, do­bie­ra­nie dzie­ciom od­po­wied­nich to­wa­rzy­szy za­baw, za­ję­cia wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go, kur­sy ka­ra­te, tre­nin­gi la­cros­se, lek­cje fran­cu­skie­go, nie­ustan­ne pod­wo­że­nie swo­ich i cu­dzych po­ciech. Nie­gdyś wy­ro­zu­mia­ły mąż po­wo­li sta­je się zgryź­li­wy, po­nie­waż nie upra­wia­cie już sek­su tak czę­sto jak przed uro­dze­niem dziec­ka. Wy, któ­rzy ukrad­kiem ba­rasz­ko­wa­li­ście w każ­dym moż­li­wym miej­scu, te­raz już le­d­wie pa­trzy­cie na sie­bie, kie­dy je­ste­ście nadzy. My­śli­cie, że to nie­istot­ne – na­tu­ral­ne i nie­unik­nio­ne – ale od­da­la­cie się. Ko­cha­cie się, pod pew­ny­mi wzglę­da­mi bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, ale od­da­la­cie się od sie­bie i albo nie wal­czy­cie z tym, albo po pro­stu tego nie do­strze­ga­cie. Zo­sta­je­cie opie­ku­na­mi dzie­ci, wasz świat kur­czy się do wiel­ko­ści i gra­nic wy­ty­cza­nych przez wa­sze po­tom­stwo, a wszyst­ko to sta­je się tak miłe, do­pra­co­wa­ne i cie­płe – a tak­że ogłu­pia­ją­ce, iry­tu­ją­ce i otę­pia­ją­ce.

– No, no, no.

Zna­jo­my głos spra­wił, że Me­gan od­ru­cho­wo się uśmiech­nę­ła. Ten głos wciąż był sek­sow­nie za­chryp­nię­ty od whi­sky, pa­pie­ro­sów i dłu­gich nocy, pod­czas któ­rych każ­da wy­po­wiedź była za­bar­wio­na śmie­chem i szczyp­tą alu­zji.

– Cześć, Lor­ra­ine.

Lor­ra­ine ob­da­rzy­ła ją krzy­wym uśmie­chem. Wło­sy mia­ła kiep­sko utle­nio­ne i za dłu­gie. Była wy­so­ka, pulch­na, o ob­fi­tych kształ­tach, któ­re chęt­nie eks­po­no­wa­ła. Jej ubra­nie wy­glą­da­ło na dwa nu­me­ry za małe, lecz pre­zen­to­wa­ła się w nim świet­nie. Po­mi­mo upły­wu lat Lor­ra­ine nadal ro­bi­ła wra­że­nie. Na­wet mło­de mat­ki prze­sta­ły na mo­ment pa­plać, żeby po­pa­trzeć na nią z od­po­wied­nią dozą nie­sma­ku. Lor­ra­ine po­sła­ła im spoj­rze­nie mó­wią­ce, że wie, co one my­ślą, i że mogą so­bie wsa­dzić te my­śli – już one wie­dzą gdzie. Mat­ki od­wró­ci­ły gło­wy.

– Do­brze wy­glą­dasz, dzie­ci­no – po­wie­dzia­ła Lor­ra­ine.

Usia­dła, ro­biąc z tego spek­takl. Od ich ostat­nie­go spo­tka­nia mi­nę­ło sie­dem­na­ście lat. Lor­ra­ine była ho­stes­są, me­ne­dże­rem, kel­ner­ką i bar­man­ką. Żyła tym ży­ciem, tkwi­ła w nim i ni­ko­go nie za­mie­rza­ła za to prze­pra­szać.

– Bra­ko­wa­ło mi cie­bie – ode­zwa­ła się Me­gan.

– Taak, do­my­śla­łam się po tych wszyst­kich przy­sy­ła­nych pocz­tów­kach.

– Prze­pra­szam.

Lor­ra­ine zby­ła to mach­nię­ciem ręki, jak­by zi­ry­to­wa­na sen­ty­men­ta­li­zmem. Po­szpe­ra­ła w to­reb­ce i wy­ję­ła pa­pie­ro­sa. Sie­dzą­ce w po­bli­żu ma­mu­sie jęk­nę­ły, jak­by wy­cią­gnę­ła broń.

– O rany, po­win­nam za­pa­lić tyl­ko po to, żeby zo­ba­czyć, jak ucie­ka­ją.

Me­gan na­chy­li­ła się do niej.

– Jak mnie zna­la­złaś?

Krzy­wy uśmiech znów za­go­ścił na ustach Lor­ra­ine.

– Daj spo­kój, złot­ko. Za­wsze wie­dzia­łam, gdzie je­steś. Mam oczy wszę­dzie, jak wiesz.

Me­gan chcia­ła py­tać da­lej, ale coś w to­nie gło­su Lor­ra­ine ka­za­ło jej mil­czeć.

– Spójrz na sie­bie – po­wie­dzia­ła Lor­ra­ine. – Za­męż­na, dzie­cia­ta, z wiel­kim do­mem. Na par­kin­gu stoi mnó­stwo bia­łych ca­dil­la­ców esca­la­de. Je­den z nich jest twój?

– Nie. Przy­je­cha­łam czar­nym gmc aca­dia.

Lor­ra­ine ski­nę­ła gło­wą, jak­by ta od­po­wiedź coś ozna­cza­ła.

– Cie­szę się, że uło­ży­łaś so­bie ży­cie, cho­ciaż wiesz co? Szcze­rze mó­wiąc, za­wsze są­dzi­łam, że zo­sta­niesz w Atlan­tic City na za­wsze… Tak jak ja.

Lor­ra­ine za­chi­cho­ta­ła i po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Wiem – po­wie­dzia­ła Me­gan. – Sama by­łam tro­chę za­sko­czo­na.

– Oczy­wi­ście, nie wszyst­kie dziew­czy­ny, któ­re wy­cho­dzą na pro­stą, same to wy­bie­ra­ją – oznaj­mi­ła Lor­ra­ine z taką miną, jak­by rzu­ci­ła nie­win­ną uwa­gę. Obie wie­dzia­ły, że tak nie jest. – Mia­ły­śmy tro­chę za­ba­wy, no nie?

– Owszem.

– Ja wciąż mam – do­da­ła Lor­ra­ine. – To… – Wzro­kiem wska­za­ła mło­de mat­ki. – Chcę po­wie­dzieć, że je po­dzi­wiam. Na­praw­dę. Jed­nak… sama nie wiem. To nie dla mnie. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Może je­stem zbyt sa­mo­lub­na. Jak­bym mia­ła ADHD albo coś. Po­trze­bu­ję cze­goś, co mnie po­bu­dza.

– Dzie­cia­ki po­tra­fią po­bu­dzić, wierz mi.

– Taak? – od­par­ła. W jej gło­sie po­brzmie­wa­ło po­wąt­pie­wa­nie. – Cóż, miło mi to sły­szeć.

Me­gan nie wie­dzia­ła, co po­wie­dzieć.

– Za­tem wciąż pra­cu­jesz w La Cre­me?

– Mhm. Głów­nie za ba­rem.

– Skąd więc ten na­gły te­le­fon?

Lor­ra­ine ba­wi­ła się nie­za­pa­lo­nym pa­pie­ro­sem. Ma­muś­ki wró­ci­ły do swej pa­pla­ni­ny, cho­ciaż z mniej­szym en­tu­zja­zmem. Nie­ustan­nie ukrad­kiem zer­ka­ły na Lor­ra­ine, jak­by była ja­kimś wi­ru­sem wpro­wa­dzo­nym do ich pod­miej­skiej for­my ży­cia i ma­ją­cym za za­da­nie je znisz­czyć.

– Jak po­wie­dzia­łam, za­wsze wie­dzia­łam, gdzie je­steś. Jed­nak nig­dy bym tego ni­ko­mu nie wy­ja­wi­ła. Wiesz o tym, praw­da?

– Wiem.

– Ucie­kłaś i nie chcia­łam wcią­gać cię w to z po­wro­tem. Ani te­raz na­cho­dzić.

– Ale?

Lor­ra­ine na­po­tka­ła jej spoj­rze­nie.

– Ktoś cię za­uwa­żył. Czy może po­win­nam po­wie­dzieć: za­uwa­żył Cas­sie.

Me­gan po­ru­szy­ła się na krze­śle.

– Wró­ci­łaś do La Cre­me, praw­da?

Me­gan nie od­po­wie­dzia­ła.

– Hej, ro­zu­miem to. Wierz mi. Gdy­bym przez cały dzień prze­sta­wa­ła z ta­ki­mi sło­necz­ka­mi – Lor­ra­ine kciu­kiem wska­za­ła grup­kę ma­tek przy sto­li­ku obok – zło­ży­ła­bym w ofie­rze ciel­ca, żeby od cza­su do cza­su zro­bić so­bie wol­ny wie­czór.

Me­gan spoj­rza­ła na swo­ją fi­li­żan­kę z kawą, jak­by ta kry­ła od­po­wiedź. Istot­nie wró­ci­ła do La Cre­me, ale tyl­ko raz. Dwa ty­go­dnie temu, kie­dy zbli­ża­ła się ko­lej­na rocz­ni­ca jej uciecz­ki, po­je­cha­ła do Atlan­tic City na se­mi­na­rium szko­le­nio­we i wy­sta­wę. Te­raz, kie­dy dzie­ci tro­chę pod­ro­sły, Me­gan po­sta­no­wi­ła spró­bo­wać sił w han­dlu nie­ru­cho­mo­ścia­mi. Przez kil­ka ostat­nich lat usi­ło­wa­ła zna­leźć so­bie ja­kieś za­ję­cie – były kur­sy fi­zjo­te­ra­pii i jogi, wy­ro­bu ce­ra­mi­ki i w koń­cu pi­sa­nia pa­mięt­ni­ka, któ­ry w przy­pad­ku Me­gan oczy­wi­ście był fik­cyj­ny. Roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­ła zna­leźć coś, co nada­ło­by sens jej ży­ciu. Mia­ła wszyst­ko, a mimo to od­czu­wa­ła ja­kiś brak. Pra­gnę­ła cze­goś w ro­dza­ju du­cho­we­go ob­ja­wie­nia. Me­gan wie­dzia­ła, że od­po­wiedź na py­ta­nie, dla­cze­go wró­ci­ła do La Cre­me, praw­do­po­dob­nie jest znacz­nie prost­sza.

Gdy­by ją za­py­ta­no, twier­dzi­ła­by, że tego nie pla­no­wa­ła. To był im­puls, nic wię­cej, ale dru­gie­go wie­czo­ru swo­je­go po­by­tu w Tro­pi­ca­nie, za­le­d­wie dwie prze­czni­ce od La Cre­me, wło­ży­ła swój naj­bar­dziej ob­ci­sły strój i od­wie­dzi­ła klub.

– Wi­dzia­łaś mnie? – za­py­ta­ła Me­gan.

– Nie. I zga­du­ję, że mnie nie szu­ka­łaś.

W gło­sie Lor­ra­ine sły­chać było ura­zę. Me­gan wi­dzia­ła daw­ną przy­ja­ciół­kę za ba­rem i trzy­ma­ła się z da­le­ka. Klub był duży i sła­bo oświe­tlo­ny. Ła­two było się zgu­bić w ta­kim miej­scu, po­zo­stać nie­zau­wa­żo­nym.

– Nie chcia­łam… – Me­gan urwa­ła. – Za­tem kto?

– Nie wiem. Czy­li to praw­da?

– To był tyl­ko je­den raz – bro­ni­ła się Me­gan.

Lor­ra­ine nic nie po­wie­dzia­ła.

– Nie ro­zu­miem. W czym pro­blem?

– Dla­cze­go tam wró­ci­łaś?

– Czy to waż­ne?

– Nie dla mnie – po­wie­dzia­ła Lor­ra­ine. – Ale ja­kiś gli­niarz się do­wie­dział. Ten sam, któ­ry szu­kał cię przez te wszyst­kie lata. Nig­dy nie od­pu­ścił.

– I my­ślisz, że te­raz mnie znaj­dzie?

– Tak – od­par­ła Lor­ra­ine. – My­ślę, że to bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że cię znaj­dzie.

– Za­tem chcia­łaś się ze mną spo­tkać, żeby mnie ostrzec?

– Coś w tym ro­dza­ju.

– I co jesz­cze?

– Nie wiem, co zda­rzy­ło się tam­tej nocy – po­wie­dzia­ła Lor­ra­ine. – I nie chcę wie­dzieć. Je­stem szczę­śli­wa. Lu­bię swo­je ży­cie. Ro­bię, co chcę i z kim mam ocho­tę. Nie wtrą­cam się w cu­dze spra­wy, ro­zu­miesz, co mó­wię?

– Tak.

– I mogę się my­lić. Wiesz, jak jest w klu­bie. Sła­be oświe­tle­nie. Poza tym mi­nę­ło… ile, sie­dem­na­ście lat? Tak więc mo­głam się po­my­lić. To była tyl­ko se­kun­da, ale z tego, co wiem, to wy­da­rzy­ło się wła­śnie tam­te­go wie­czo­ru, kie­dy ty tam by­łaś. Jed­nak te­raz wró­ci­łaś, i wła­śnie za­gi­nął ktoś jesz­cze…

– O czym ty mó­wisz, Lor­ra­ine? Co wi­dzia­łaś?

Lor­ra­ine spoj­rza­ła na nią i prze­łknę­ła śli­nę.

– Ste­war­ta – po­wie­dzia­ła, ba­wiąc się nie­za­pa­lo­nym pa­pie­ro­sem. – My­ślę, że wi­dzia­łam Ste­war­ta Gre­ena.

3

Z cięż­kim wes­tchnie­niem de­tek­tyw Bro­ome pod­szedł do spi­sa­ne­go na stra­ty domu i za­dzwo­nił. Sa­rah otwo­rzy­ła drzwi i le­d­wie na nie­go spoj­rzaw­szy, po­wie­dzia­ła: „Wejdź”. Bro­ome wy­tarł buty, czu­jąc się głu­pio. Zdjął sta­ry pro­cho­wiec i prze­wie­sił go przez ra­mię. Nic w tym domu się nie zmie­ni­ło przez te wszyst­kie lata. Nie­mod­ne pod­tyn­ko­we opra­wy oświe­tle­nio­we, bia­ła skó­rza­na ka­na­pa, sta­ry fo­tel w ką­cie – wszyst­ko było ta­kie samo. Na­wet zdjęć na pół­ce nad ko­min­kiem nie po­prze­sta­wia­no. Przez dłu­gi czas, co naj­mniej pięć lat, kap­cie męża Sa­rah le­ża­ły przy tym sta­rym fo­te­lu. Te­raz ich nie było, ale fo­tel wciąż tam stał. Bro­ome za­sta­na­wiał się, czy ktoś cza­sem na nim sia­da.

Było tak, jak­by ten dom nie chciał po­go­dzić się ze stra­tą, jak­by ścia­ny i su­fi­ty pła­ka­ły i cze­ka­ły. A może tyl­ko tak so­bie wy­obra­żał. Lu­dzie po­trze­bu­ją wy­ja­śnień. Chcą za­koń­czeń. Na­dzie­ja, jak wie­dział Bro­ome, może być wspa­nia­łą rze­czą. Może tak­że każ­de­go dnia nisz­czyć cię na nowo. Na­dzie­ja może być naj­okrut­niej­szą rze­czą na świe­cie.

– Prze­ga­pi­łeś rocz­ni­cę – po­wie­dzia­ła Sa­rah.

Bro­ome ski­nął gło­wą, jesz­cze nie­go­to­wy, żeby jej po­wie­dzieć dla­cze­go.

– Jak się mają dzie­ci?

– Do­brze.

Dzie­ci Sa­rah były już prak­tycz­nie do­ro­słe. Su­sie stu­dio­wa­ła na pierw­szym roku w Buck­nell. Bran­don koń­czył li­ceum. Byli jesz­cze mali, kie­dy ich oj­ciec znikł, i żad­na z uko­cha­nych przez nie­go osób wię­cej go nie zo­ba­czy­ła. Bro­ome nig­dy nie roz­wią­zał tej spra­wy. I nig­dy o niej nie za­po­mniał. Nie po­wi­nien się oso­bi­ście an­ga­żo­wać. Wie­dział o tym. A jed­nak to zro­bił. Cho­dził na re­ci­ta­le ta­necz­ne Su­sie. Uczył Bran­do­na rzu­cać pił­ką. A na­wet, przed dwu­na­sto­ma laty, ku swo­je­mu ogrom­ne­mu za­wsty­dze­niu, za dużo wy­pił z Sa­rah i, no cóż, zo­stał na noc.

– Jak nowa pra­ca? – spy­tał ją Bro­ome.

– Do­brze.

– Czy two­ja sio­stra wkrót­ce przy­jeż­dża?

Sa­rah wes­tchnę­ła.

– Tak.

Sa­rah wciąż była atrak­cyj­ną ko­bie­tą. Cho­ciaż w ką­ci­kach oczu mia­ła już ku­rze łap­ki, a bruz­dy wo­kół ust po­głę­bi­ły się z wie­kiem. Nie­któ­re ko­bie­ty ład­nie się sta­rze­ją. Sa­rah była jed­ną z nich.

Przed po­nad dwu­dzie­sto­ma laty wy­gra­ła wal­kę z no­wo­two­rem. Po­wie­dzia­ła o tym Bro­ome’owi pod­czas ich pierw­sze­go spo­tka­nia, kie­dy przy­szedł tu, pro­wa­dząc spra­wę znik­nię­cia. Zdia­gno­zo­wa­no no­wo­twór, wy­ja­śni­ła mu Sa­rah, kie­dy była w cią­ży z Su­sie. Upie­ra­ła się, że nie wy­zdro­wia­ła­by, gdy­by nie jej mąż. Chcia­ła, żeby Bro­ome to zro­zu­miał. Gdy ro­ko­wa­nia były złe, kie­dy stra­ci­ła wło­sy i uro­dę, kie­dy che­mio­te­ra­pia wy­nisz­cza­ła jej cia­ło i nikt inny, włącz­nie z Sa­rah, nie miał już na­dziei – zno­wu to sło­wo – on i tyl­ko on stał przy niej.

Co po­now­nie do­wo­dzi­ło, że nie da się wy­tłu­ma­czyć zło­żo­no­ści ludz­kiej na­tu­ry. I ludz­kiej hi­po­kry­zji.

Był przy niej. Trzy­mał rękę na jej czo­le do póź­nej nocy. Po­da­wał jej le­kar­stwa, ca­ło­wał w po­li­czek, obej­mo­wał jej drżą­ce cia­ło i spra­wiał, że czu­ła się ko­cha­na.

Pa­trzy­ła Bro­ome’owi w oczy i mó­wi­ła o tym wszyst­kim, po­nie­waż chcia­ła, żeby nadal pro­wa­dził tę spra­wę, a nie przy­jął, że jej mąż uciekł z domu; żeby za­an­ga­żo­wał się oso­bi­ście i od­na­lazł jej uko­cha­ne­go, po­nie­waż po pro­stu nie mo­gła bez nie­go żyć.

Sie­dem­na­ście lat póź­niej, cho­ciaż do­wie­dział się kil­ku przy­krych rze­czy, Bro­ome wciąż tu był. A los męża, brat­niej du­szy Sa­rah, nadal po­zo­sta­wał za­gad­ką.

Bro­ome spoj­rzał na Sa­rah.

– To do­brze – po­wie­dział i usły­szał w swo­im gło­sie beł­ko­tli­wy ton. – Mó­wię o wi­zy­cie two­jej sio­stry. Wiem, że lu­bisz, kie­dy ona przy­jeż­dża.

– Tak, to do­sko­na­le – od­par­ła Sa­rah gło­sem tak bez­na­mięt­nym, jak­by wy­pra­no go w pral­ce. – Bro­ome?

– Tak?

– Mó­wisz, byle mó­wić.

Bro­ome spoj­rzał na swo­je dło­nie.

– Pró­bo­wa­łem być miły.

– Nie. Wi­dzisz, to do cie­bie nie pa­su­je, Bro­ome. Ty nig­dy nie mó­wisz, byle mó­wić.

– Słusz­na uwa­ga.

– Więc o co cho­dzi?

Po­mi­mo ca­łe­go wy­stro­ju – we­so­łej żół­tej far­by na ścia­nach, świe­żo ścię­tych kwia­tów w wa­zo­nie – Bro­ome wi­dział tyl­ko roz­kład. Lata nie­wie­dzy znisz­czy­ły tę ro­dzi­nę. Dzie­cia­ki wie­le prze­szły. Su­sie dwu­krot­nie zła­pa­no na pro­wa­dze­niu pod wpły­wem al­ko­ho­lu. Bran­do­na na po­sia­da­niu środ­ków odu­rza­ją­cych. Bro­ome po­mógł oboj­gu wy­ka­ra­skać się z ta­ra­pa­tów. Wszyst­ko tu wciąż wy­glą­da­ło tak, jak­by ich oj­ciec znikł wczo­raj – dom za­mro­żo­ny w cza­sie, cze­ka­ją­cy na jego po­wrót.

Sa­rah nie­co sze­rzej otwo­rzy­ła oczy, jak­by uświa­do­mi­ła so­bie bo­le­sny fakt.

– Czy zna­leź­li­ście…?

– Nie.

– To o co cho­dzi?

– Może to nic – rzekł Bro­ome.

– Ale…?

Bro­ome sie­dział, opie­ra­jąc przed­ra­mio­na na udach, z gło­wą w dło­niach. Na­brał tchu i spoj­rzał w jej peł­ne cier­pie­nia oczy.

– Znik­nął ko­lej­ny męż­czy­zna. Może wi­dzia­łaś ko­mu­ni­kat w wia­do­mo­ściach. Na­zy­wa się Carl­ton Flynn.

Sa­rah była zbi­ta z tro­pu.

– Mó­wiąc, że znik­nął…

– Tak jak… – Urwał. – W jed­nej chwi­li Carl­ton Flynn pro­wa­dził swo­je ży­cie, a w na­stęp­nej… puff, już go nie ma. Po pro­stu znik­nął.

Sa­rah pró­bo­wa­ła zro­zu­mieć to, co po­wie­dział.

– Prze­cież… mó­wi­łeś mi od po­cząt­ku, że lu­dzie zni­ka­ją, praw­da?

Bro­ome ski­nął gło­wą.

– Cza­sem z wła­snej woli – cią­gnę­ła Sa­rah. – A cza­sem nie. Jed­nak tak bywa.

– Owszem.

– Za­tem sie­dem­na­ście lat po znik­nię­ciu mo­je­go męża inny czło­wiek, ten Carl­ton Flynn, za­gi­nął. Nie wi­dzę związ­ku.

– Może żad­ne­go nie ma – przy­znał Bro­ome.

Przy­su­nę­ła się do nie­go.

– Jed­nak?

– Jed­nak dla­te­go prze­ga­pi­łem rocz­ni­cę.

– Co to ozna­cza?

Bro­ome nie wie­dział, ile może jej po­wie­dzieć. Jesz­cze sam nie był pew­ny, ile wie. Pra­co­wał nad pew­ną teo­rią, któ­ra gry­zła go i nie da­wa­ła mu spać, ale na ra­zie nie miał nic kon­kret­ne­go.

– Ten dzień, kie­dy Carl­ton Flynn znikł… – po­wie­dział.

– Tak?

– Dla­te­go mnie tu nie było. Znik­nął osiem­na­ste­go lu­te­go, do­kład­nie sie­dem­na­ście lat po znik­nię­ciu two­je­go męża.

Sa­rah przez mo­ment wy­glą­da­ła na oszo­ło­mio­ną.

– Do­kład­nie sie­dem­na­ście lat – po­wtó­rzy­ła.

– Tak.

– Co to ozna­cza? Sie­dem­na­ście lat. Może to zbieg oko­licz­no­ści. Gdy­by to było pięć, dzie­sięć lub dwa­dzie­ścia lat… Ale sie­dem­na­ście?

Nic nie po­wie­dział, po­zwa­la­jąc jej za­sta­no­wić się nad tym przez chwi­lę.

– Za­kła­dam – po­wie­dzia­ła Sa­rah – że spraw­dza­łeś oko­licz­no­ści in­nych za­gi­nięć? Pró­bu­jąc zna­leźć ja­kieś po­do­bień­stwa?

– Wła­śnie.

– I?

– Są tyl­ko dwie oso­by, o któ­rych wie­my na pew­no, że zni­kły osiem­na­ste­go lu­te­go: twój mąż i Carl­ton Flynn.

– Wie­my na pew­no? – po­wtó­rzy­ła.

Bro­ome cięż­ko wes­tchnął.

– W ze­szłym roku, czter­na­ste­go mar­ca, zgło­szo­no za­gi­nię­cie ko­lej­ne­go miej­sco­we­go oby­wa­te­la, Ste­phe­na Clark­so­na. Trzy lata wcze­śniej, dwu­dzie­ste­go siód­me­go lu­te­go, zgło­szo­no za­gi­nię­cie in­ne­go.

– Żad­ne­go nie zna­le­zio­no?

– Zga­dza się.

Sa­rah prze­łknę­ła śli­nę.

– A więc może nie cho­dzi o dzień. Może cho­dzi o luty i ma­rzec.

– Nie są­dzę. Przy­najm­niej jak na ra­zie. Wi­dzisz, ci dwaj męż­czyź­ni, Pe­ter Ber­man i Gregg Wag­man, mo­gli znik­nąć znacz­nie wcze­śniej. Je­den był włó­czę­gą, a dru­gi kie­row­cą cię­ża­rów­ki. Obaj sa­mot­ni, bez bli­skiej ro­dzi­ny. Je­śli tacy fa­ce­ci nie wra­ca­ją do domu przez dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny, kto to za­uwa­ży? Ty za­uwa­ży­łaś znik­nię­cie męża, oczy­wi­ście. Je­śli jed­nak fa­cet jest sa­mot­ny, roz­wie­dzio­ny albo dużo po­dró­żu­je…

– Może mi­nąć kil­ka dni, za­nim ktoś to zgło­si – do­koń­czy­ła za nie­go Sa­rah.

– Albo ty­go­dni.

– Za­tem ci dwaj męż­czyź­ni też mo­gli za­gi­nąć osiem­na­ste­go lu­te­go.

– To nie jest ta­kie pro­ste – rzekł Bro­ome.

– Dla­cze­go?

– Po­nie­waż im dłu­żej się temu przy­glą­dam, tym trud­niej zna­leźć w tym ja­kąś pra­wi­dło­wość. Na przy­kład Wag­man nie był miej­sco­wy, miesz­kał w Buf­fa­lo. Nikt nie wie, gdzie i kie­dy znikł, ale z tego cze­go uda­ło mi się do­wie­dzieć na te­mat ostat­nich dni jego ży­cia, wy­ni­ka, że mógł prze­by­wać w Atlan­tic City w lu­tym.

Sa­rah za­sta­no­wi­ła się nad tym.

– Wspo­mnia­łeś o pię­ciu męż­czy­znach, włącz­nie ze Ste­war­tem, za­gi­nio­nych w cią­gu ostat­nich sie­dem­na­stu lat. Byli jesz­cze ja­cyś?

– Tak i nie. Przej­rza­łem ra­por­ty do­ty­czą­ce dzie­wię­ciu męż­czyzn, któ­rych za­gi­nię­cie zgło­szo­no po osiem­na­stym lu­te­go. Są jed­nak przy­pad­ki, w któ­rych ta teo­ria bie­rze w łeb.

– Na przy­kład?

– Dwa lata temu za­gi­nął nie­ja­ki Cly­de Hor­ner, miesz­ka­ją­cy z mat­ką. Zgło­sze­nie przy­ję­to sie­dem­na­ste­go lu­te­go.

– Nie cho­dzi więc o kon­kret­ną datę.

– Za­pew­ne nie.

– Może o luty?

– Może. Na tym po­le­ga pro­blem z teo­ria­mi i sche­ma­ta­mi. Po­trze­ba cza­su, żeby je spraw­dzić. Wciąż zbie­ram do­wo­dy.

Jej oczy wy­peł­ni­ły się łza­mi. Za­mru­ga­ła, po­wstrzy­mu­jąc je.

– Nie ro­zu­miem. Dla­cze­go nikt tego nie do­strzegł, sko­ro tyle osób za­gi­nę­ło?

– Cze­go nie do­strzegł? – za­py­tał Bro­ome. – Do dia­bła, sam jesz­cze nie je­stem pew­ny, czy coś łą­czy te spra­wy. Lu­dzie wciąż giną. Prze­waż­nie ucie­ka­ją. Więk­szość tych fa­ce­tów ban­kru­tu­je, mają wie­rzy­cie­li na kar­ku, tra­cą wszyst­ko, na co pra­co­wa­li przez lata, więc za­czy­na­ją nowe ży­cie. Prze­no­szą się na dru­gi ko­niec kra­ju. Cza­sem zmie­nia­ją na­zwi­ska. Cza­sa­mi nie. Wie­lu z nich… cóż, nikt ich nie szu­ka. Nikt nie chce ich od­na­leźć. Jed­na z żon, z któ­rą roz­ma­wia­łem, bła­ga­ła mnie, że­bym nie szu­kał jej męża. Mia­ła z nim tro­je dzie­ci. Uwa­ża­ła, że uciekł z ja­kąś… jak to uję­ła… „wstręt­ną dziw­ką” i to naj­lep­sza rzecz, jaka mo­gła jej się przy­tra­fić.

Mil­cze­li przez dłu­gą chwi­lę.

– A co przed­tem? – za­py­ta­ła Sa­rah.

Bro­ome wie­dział, o co py­ta­ła, ale mimo to po­wtó­rzył:

– Przed­tem?

– Przed Ste­war­tem. Czy ktoś znikł przed moim mę­żem? Przy­gła­dził dło­nią wło­sy i pod­niósł gło­wę. Spoj­rze­li so­bie w oczy.

– Nie zna­la­złem pa­su­ją­ce­go przy­pad­ku – od­parł Bro­ome. – Je­śli to jest sche­mat, to za­czął się od Ste­war­ta.

4

Raya obu­dzi­ło pu­ka­nie.

Z tru­dem pod­niósł po­wie­ki i na­tych­miast tego po­ża­ło­wał. Świa­tło za­kłu­ło go w oczy. Ob­jął rę­ka­mi gło­wę, po­nie­waż oba­wiał się, że czasz­ka do­słow­nie pęk­nie mu na pół.

– Otwórz, Ray.

To był Fe­ster.

– Ray?

Znów pu­ka­nie. Każ­de stuk­nię­cie było jak ude­rze­nie drą­giem w skroń. Ray spu­ścił nogi na pod­ło­gę i cho­ciaż krę­ci­ło mu się w gło­wie, zdo­łał ja­koś usiąść. Obok jego pra­wej sto­py le­ża­ła pu­sta bu­tel­ka whi­sky. Uff. Za­snął – nie, nie­ste­ty, zno­wu urżnął się do nie­przy­tom­no­ści – na ka­na­pie, na­wet jej nie roz­ło­żyw­szy. Bez koca. Bez po­dusz­ki. Kark za­pew­ne też go bo­lał, ale trud­no było to usta­lić przez ten pul­su­ją­cy ból gło­wy.

– Ray?

– Za­raz – wy­mam­ro­tał. Nie był w sta­nie wy­krztu­sić nic wię­cej.

To wy­glą­da­ło jak kac do dzie­sią­tej po­tę­gi. Przez se­kun­dę, może dwie, Ray nie pa­mię­tał, co wy­da­rzy­ło się po­przed­nie­go wie­czo­ru, co spo­wo­do­wa­ło ten kosz­mar­ny dys­kom­fort. Za­miast tego po­my­ślał o dniu, kie­dy ostat­nio tak się czuł, daw­no temu, za­nim wszyst­ko się dla nie­go skoń­czy­ło. Wte­dy był fo­to­re­por­te­rem, pra­co­wał dla As­so­cia­ted Press i po­dró­żo­wał z Dwu­dzie­stą Czwar­tą Bry­ga­dą Pie­cho­ty w Ira­ku pod­czas pierw­szej woj­ny w Za­to­ce, gdy wy­bu­chła ta mina. Ciem­ność – a po­tem ból. Przez chwi­lę wy­glą­da­ło na to, że stra­ci nogę.

– Ray?

Ta­blet­ki le­ża­ły przy łóż­ku. Pro­chy i go­rza­ła – ide­al­ny kok­tajl na do­bra­noc. Za­sta­na­wiał się, ile za­żył i kie­dy, a po­tem mach­nął ręką. Do dia­bła z tym, po­my­ślał. Po­łknął ko­lej­ne dwie ta­blet­ki, zmu­sił się, by wstać, i po­wlókł się do drzwi.

– Oo – po­wie­dział Fe­ster, kie­dy Ray mu otwo­rzył.

– Co?

– Wy­glą­dasz, jak­by kil­ka du­żych oran­gu­ta­nów zro­bi­ło cię sek­snie­wol­ni­kiem.

Cały Fe­ster.

– Któ­ra go­dzi­na?

– Trze­cia.

– Co, po po­łu­dniu?

– Tak, Ray, po po­łu­dniu. Wi­dzisz świa­tło za oknem? – Fe­ster wska­zał za sie­bie. Po­wie­dział gło­sem przed­szko­lan­ki: – O trze­ciej po po­łu­dniu świe­ci słoń­ce.

O trze­ciej w nocy jest ciem­no. Mogę na­ry­so­wać, je­śli ci to po­mo­że.

Jak­by Ray po­trze­bo­wał jego sar­ka­zmu. Dziw­ne. Nig­dy nie spał dłu­żej niż do ósmej, a te­raz była trze­cia? Mu­siał strasz­nie się urżnąć. Ray zro­bił krok w lewo, wpusz­cza­jąc Fe­ste­ra.

– Jest ja­kiś po­wód tej wi­zy­ty?

Ol­brzy­mi Fe­ster po­chy­lił gło­wę, wcho­dząc. Spoj­rzał na po­kój i po­ki­wał gło­wą.

– Co za chlew – skwi­to­wał.

– Taak – rzekł Ray. – Przy tej ka­sie, jaką mi pła­cisz, moż­na by są­dzić, że będę miał re­zy­den­cję na strze­żo­nym osie­dlu.

– Ha! – Fe­ster wy­ce­lo­wał w nie­go pa­lec. – O to cho­dzi!

– Przy­po­mnia­łeś so­bie, cze­go chcia­łeś?

– Masz.

Fe­ster się­gnął do kie­sze­ni i wrę­czył Ray­owi apa­rat.

– Uży­waj go, do­pó­ki nie ku­pisz so­bie no­we­go.

– Wzru­sza­ją­ce – po­wie­dział Ray.

– Cóż, je­steś do­bry w tym, co ro­bisz. Po­nad­to je­steś moim je­dy­nym pra­cow­ni­kiem, któ­ry nie je­dzie na pro­chach, tyl­ko na go­rza­le. To czy­ni cię moim naj­lep­szym pra­cow­ni­kiem.

– To na­sza nie­za­po­mnia­na chwi­la, praw­da, Fe­ster?

– Ja­sne – od­parł Fe­ster, ki­wa­jąc gło­wą. – I nie zdo­ła­łem zna­leźć ni­ko­go in­ne­go, kto mógł­by za­ła­twić to zle­ce­nie dla Geo­r­ge’a Qu­el­le­ra dziś wie­czo­rem. O, a co my tu mamy? – Fe­ster wska­zał na ta­blet­ki. – Więc jed­nak bie­rzesz?

– To prosz­ki prze­ciw­bó­lo­we. Zo­sta­łem na­pad­nię­ty wczo­raj wie­czo­rem, pa­mię­tasz?

– No tak.

– Czy to ozna­cza, że stra­cę od­zna­kę pra­cow­ni­ka mie­sią­ca?

– Nie, chy­ba że znaj­dę jesz­cze strzy­kaw­ki.

– Nie pra­cu­ję dziś wie­czo­rem, Fe­ster.

– Co, za­mie­rzasz cały dzień le­żeć w łóż­ku?

– Taki mam plan, owszem.

– Zmia­na pla­nów. Po­trze­bu­ję cię. I pła­cę pół­to­rej staw­ki. – Ro­zej­rzał się wo­kół i zmarsz­czył brwi. – Nie że­byś po­trze­bo­wał go­tów­ki.

Fe­ster po­że­gnał się z Ray­em i wy­szedł. Ray na­sta­wił wodę na kawę. In­stant. Z góry do­cho­dzi­ły do­no­śne gło­sy mó­wią­ce w urdu. Chy­ba dzie­cia­ki wra­ca­ły do domu ze szko­ły. Ray do­wlókł się do prysz­ni­ca i stał pod nim, aż skoń­czy­ła się go­rą­ca woda.

W ka­fej­ce Milo na rogu ro­bi­li so­lid­ne ka­nap­ki z be­ko­nem. Ray po­chło­nął jed­ną w ta­kim tem­pie, jak­by oba­wiał się, że je­dze­nie spró­bu­je mu uciec. Sta­rał się my­śleć o bie­żą­cych czyn­no­ściach i nie wy­bie­gać my­śla­mi w przy­szłość – py­ta­jąc Milo, czy bolą go ple­cy, się­ga­jąc do kie­sze­ni po pie­nią­dze, uśmie­cha­jąc się do in­ne­go klien­ta, ku­pu­jąc lo­kal­ną ga­ze­tę. Sta­rał się osią­gnąć we­wnętrz­ny spo­kój, trwać w da­nej chwi­li i nie pa­trzeć przed sie­bie, po­nie­waż nie chciał my­śleć o krwi.

Przej­rzał ga­ze­tę. Ar­ty­kuł pod ty­tu­łem Za­gi­nię­cie miej­sco­we­go oby­wa­te­la był opa­trzo­ny tym sa­mym zdję­ciem, któ­re ze­szłe­go wie­czo­ru wi­dział w wia­do­mo­ściach te­le­wi­zyj­nych. Carl­ton Flynn prze­sy­łał ca­łu­sa. Kla­sycz­ny du­pek. Miał na­stro­szo­ne ciem­ne wło­sy, ta­tu­aże na umię­śnio­nym od ćwi­czeń kar­ku, gład­ką jak nie­mow­lę skó­rę i wy­glą­dał jak uczest­nik jed­ne­go z tych iry­tu­ją­cych re­ali­ty show z Jer­sey, w któ­rych wy­stę­pu­ją ego­ma­nia­kal­ne, za­póź­nio­ne w roz­wo­ju głu­pie czub­ki na­zy­wa­ją­ce dziew­czy­ny „la­ska­mi”.

Carl­ton Flynn był no­to­wa­ny – trzy po­bi­cia. Miał dwa­dzie­ścia sześć lat, był roz­wie­dzio­ny i „pra­co­wał w do­sko­na­le pro­spe­ru­ją­cej fir­mie do­staw­czej swo­je­go ojca”. Ray zło­żył ga­ze­tę i we­tknął ją so­bie pod pa­chę. Nie chciał o tym my­śleć. Nie chciał roz­my­ślać o tym zdję­ciu Carl­to­na Flyn­na w swo­im kom­pu­te­rze ani za­sta­na­wiać się, dla­cze­go ktoś na nie­go na­padł, żeby je zdo­być. Chciał mieć to za sobą i żyć da­lej, dzień po dniu, chwi­la po chwi­li.

Wy­przeć to zda­rze­nie ze świa­do­mo­ści, prze­trwać – tak jak ro­bił to przez ostat­nie sie­dem­na­ście lat.

No i jak ci z tym po­szło, Ray? – za­py­tał sam sie­bie w my­ślach.

Za­mknął oczy i po­zwo­lił so­bie na wspo­mnie­nie o Cas­sie. Zno­wu był w klu­bie, za­bal­sa­mo­wa­ny go­rza­łą, pa­trząc, jak ko­bie­ta od­sta­wia dla ja­kie­goś fa­ce­ta pry­wat­ny nu­mer – kom­plet­nie za­ko­cha­ny każ­dym włók­nem swo­je­go cia­ła – nie bę­dąc ani tro­chę za­zdro­sny. Cas­sie po­sła­ła mu spoj­rze­nie nad ra­mie­niem fa­ce­ta, spoj­rze­nie mo­gą­ce sto­pić me­tal, a on od­po­wie­dział uśmie­chem, pra­gnąc zo­stać z nią sam i wie­dząc, że pod ko­niec dnia (lub nocy) ona bę­dzie jego.

Po­wie­trze wo­kół Cas­sie za­wsze było na­elek­try­zo­wa­ne. Była za­baw­na, sza­lo­na i spon­ta­nicz­na, a tak­że cie­pła, czu­ła i in­te­li­gent­na. Spra­wia­ła, że czło­wiek miał ocho­tę ze­drzeć z niej ubra­nie i rzu­cić na naj­bliż­sze łóż­ko, przez cały czas pi­sząc dla niej mi­ło­sny so­net. Na­głe roz­bły­ski, żar, tlą­cy się ogień, cie­pło do­mo­we­go ogni­ska – Cas­sie była tym wszyst­kim jed­no­cze­śnie.

No cóż, coś mu­sia­ło się w koń­cu ze­psuć.

Po­my­ślał o fo­to­gra­fii przy tam­tych cho­ler­nych ru­inach w par­ku. Czy wła­śnie jej szu­kał ban­dzior? Wy­da­wa­ło się to mało praw­do­po­dob­ne. Prze­my­ślał kil­ka sce­na­riu­szy oraz moż­li­wo­ści, po czym pod­jął de­cy­zję.

Do­sta­tecz­nie dłu­go się ukry­wał. Prze­szedł dłu­gą dro­gę, od sław­ne­go fo­to­re­por­te­ra do tego okrop­ne­go ośrod­ka od­wy­ko­we­go i od wspa­nia­łych cza­sów tu, w Atlan­tic City, po utra­tę wszyst­kie­go. Prze­niósł się do Los An­ge­les, pra­co­wał jako praw­dzi­wy pa­pa­raz­zo, wpa­ko­wał się w ko­lej­ne ta­ra­pa­ty, wró­cił tu­taj. Dla­cze­go? Po co wró­cił do miej­sca, gdzie wszyst­ko stra­cił…? Chy­ba że coś go tu­taj cią­gnę­ło. Chy­ba że coś ka­za­ło mu wró­cić i od­kryć praw­dę.

Cas­sie.

Za­mru­gał, od­ga­nia­jąc jej ob­raz, wsiadł do sa­mo­cho­du i po­je­chał do par­ku. Ta część, w któ­rej by­wał nie­mal co­dzien­nie, wciąż była otwar­ta. Ray za­pew­ne nie po­tra­fił­by wy­ja­śnić, co go tu spro­wa­dzi­ło. Tyle w nim się zmie­ni­ło, ale jed­no nie – po­trze­ba uży­wa­nia apa­ra­tu. Wie­le róż­nych cech two­rzy fo­to­gra­fa, lecz w jego przy­pad­ku była to bar­dziej we­wnętrz­na po­trze­ba. Tak na­praw­dę nie wi­dział i nie ko­ja­rzył tego, cze­go nie sfo­to­gra­fo­wał. Wi­dział świat przez szkło obiek­ty­wu. Dla więk­szo­ści lu­dzi coś za­ist­nie­je, kie­dy to zo­ba­czą, usły­szą, po­czu­ją, kie­dy tego po­sma­ku­ją. Z nim było in­a­czej – wszyst­ko wy­da­wa­ło się nie­rze­czy­wi­ste, do­pó­ki nie uchwy­cił tego apa­ra­tem.

Je­śli wy­bra­ło się ścież­kę w pra­wym rogu, moż­na było do­trzeć nią na kra­wędź urwi­ska z wi­do­kiem na Atlan­tic City. W nocy oce­an za nim lśnił jak błysz­czą­ca ciem­na kur­ty­na. Ten wi­dok, je­śli by­łeś go­tów za­ry­zy­ko­wać wę­drów­kę przez gę­stwi­nę, za­pie­rał dech w pier­si.

Ray pstry­kał zdję­cia, idąc wą­ską ścież­ką, cho­wa­jąc twarz za apa­ra­tem jak za osło­ną. Ru­iny daw­nej huty że­la­za znaj­do­wa­ły się na skra­ju Pine Bar­rens, naj­więk­sze­go ob­sza­ru le­śne­go New Jer­sey. Pew­ne­go razu, przed wie­lo­ma laty, Ray zszedł ze ścież­ki i za­głę­bił się w las. Zna­lazł daw­no opusz­czo­ny ce­men­to­wy ba­rak po­kry­ty graf­fi­ti – nie­któ­re wy­glą­da­ły na sa­ta­ni­stycz­ne. W Pine Bar­rens nadal było wie­le ruin opusz­czo­nych mia­ste­czek. Krą­ży­ły plot­ki o okrop­nych rze­czach, ja­kie dzie­ją się w głę­bi tego lasu. Je­śli oglą­da­li­ście ja­kiś film o ma­fii, na pew­no wi­dzie­li­ście, jak płat­ni za­bój­cy za­ko­pu­ją zwło­ki w Pine Bar­rens. Ray my­ślał o tym aż za czę­sto. Przy­pusz­czał, że pew­ne­go dnia ktoś wy­my­śli urzą­dze­nie, któ­re po­ka­że, co tkwi za­ko­pa­ne w zie­mi – od­róż­nia­jąc ko­ści od pa­ty­ków, ko­rze­ni i gła­zów – i kto wie, co wte­dy się znaj­dzie?

Prze­łknął śli­nę i od­pę­dził tę myśl. Kie­dy do­tarł do sta­re­go pie­ca hut­ni­cze­go, wy­jął zdję­cie Carl­to­na Flyn­na i obej­rzał je. Flynn znaj­do­wał się na nim nie­co po le­wej, po­dą­ża­jąc w kie­run­ku ścież­ki, tej sa­mej, na któ­rej Ray był przed sie­dem­na­stu laty. Po co? Co Carl­ton Flynn tu ro­bił? Oczy­wi­ście mógł być po pro­stu tu­ry­stą lub po­szu­ki­wa­czem przy­gód. Tyl­ko dla­cze­go przy­szedł tu­taj, do­kład­nie w to samo miej­sce co Ray sie­dem­na­ście lat temu, a po­tem znik­nął? Do­kąd stąd po­szedł?

Ray nie miał po­ję­cia.

Jego uty­ka­nie było le­d­wie za­uwa­żal­ne. Je­śli ktoś do­brze mu się przyj­rzał, mógł do­strzec, że ku­le­je, ale Ray na­uczył się to ukry­wać. Kie­dy ru­szył pod górę, żeby sta­nąć do­kład­nie tam, skąd zro­bił zdję­cie Carl­to­no­wi Flyn­no­wi, po­czuł nie­od­łącz­ny ból sta­rej rany. Resz­tę cia­ła też miał obo­la­łą po wie­czor­nym po­bi­ciu, ale te­raz mógł już to igno­ro­wać.

Coś przy­ku­ło jego wzrok.

Przy­sta­nął, zmru­żył oczy i po­pa­trzył na ścież­kę. Słoń­ce ja­sno świe­ci­ło. Może dla­te­go do­strzegł to coś, a może za spra­wą kąta, pod ja­kim pa­trzył z pa­gór­ka. Nie by­ło­by tego wi­dać ze ścież­ki, ale coś tam błysz­cza­ło na skra­ju lasu, obok wiel­kie­go gła­zu. Ray zmarsz­czył brwi i po­kuś­ty­kał tam.

– Co to jest…?

Gdy pod­szedł bli­żej, po­chy­lił się, żeby le­piej wi­dzieć. Wy­cią­gnął rękę, ale cof­nął ją, nie do­ty­ka­jąc tego. Nie było cie­nia wąt­pli­wo­ści. Wy­jął apa­rat i za­czął ro­bić zdję­cia.

Na zie­mi, nie­mal tuż za gła­zem, była smu­ga za­schnię­tej krwi.

5

Me­gan le­ża­ła w łóż­ku, czy­ta­jąc ga­ze­tę. Dave le­żał obok niej, z pi­lo­tem w ręku. Dla męż­czyzn pi­lot te­le­wi­zo­ra jest jak smo­czek albo koc ra­tun­ko­wy. Po pro­stu nie mogą oglą­dać te­le­wi­zji, nie ma­jąc go w po­bli­żu, za­wsze go­to­we­go do dzia­ła­nia.

Było tuż po dzie­sią­tej wie­czór. Jor­dan już spał. Kay­lie to zu­peł­nie inna hi­sto­ria.

– Chcesz speł­nić ten za­szczyt­ny obo­wią­zek czy ja mam to zro­bić? – za­py­tał Dave.

– Ostat­nie dwa wie­czo­ry ty to ro­bi­łeś – od­par­ła Me­gan i wes­tchnę­ła.

Dave uśmiech­nął się, nie od­ry­wa­jąc oczu od te­le­wi­zo­ra.

– Ostat­nie trzy wie­czo­ry. Ale kto by to li­czył?

Odło­ży­ła ga­ze­tę. Kay­lie mia­ła cho­dzić spać punk­tu­al­nie o dzie­sią­tej, ale nig­dy nie ro­bi­ła tego do­bro­wol­nie, cze­ka­jąc, aż któ­reś z ro­dzi­ców jej każe. Me­gan wy­gra­mo­li­ła się z łóż­ka i boso prze­szła ko­ry­ta­rzem. Mo­gła­by krzyk­nąć: „Na­tych­miast idź spać!”, lecz to było rów­nie wy­czer­pu­ją­ce i mo­gło zbu­dzić Jor­da­na.

Me­gan we­tknę­ła gło­wę do po­ko­ju cór­ki.

– Pora spać.

Kay­lie na­wet nie ode­rwa­ła oczu od mo­ni­to­ra.

– Jesz­cze tyl­ko pięt­na­ście mi­nut, do­brze?

– Nie. Masz kłaść się o dzie­sią­tej. Jest już pra­wie kwa­drans po.