Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 395 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu - Rafał Dębski

Pod niebem Valhalli, w sąsiedztwie Fenrira niełatwo się żyje, lecz łatwo umiera.

Lecz w przeciwieństwie do gwiazd, ludzie nie umierają w milczeniu.

Adam Bartold przekona się wkrótce, że naukowcy ze stacji badawczej ukrywają mnóstwo nienaukowych sekretów i niejedną śmierć. Od grupki intelektualistów zależą losy Federacji Międzygalaktycznej, a walka dobra i zła wcale nie odbywa się w mikroskali. Na dodatek Zoroaster niechętnie zrzeka się swoich tajemnic...

Opinie o ebooku Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu - Rafał Dębski

Cytaty z ebooka Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu - Rafał Dębski

Może zacytuję panu zdanie wielkiego stratega okresu tak zwanego oświecenia, Napoleona Bonaparte, który mniej więcej w tych słowach odezwał się do jednego ze swoich dowódców, kiedy ten stracił nieco rozeznanie kto jest kim: „Między nami panują stosunki dupy i kija. Przy czym kijem nie jest pan”.

Fragment ebooka Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu - Rafał Dębski

Rozdział 1

Sylwetka niezwykłego kolosa wypłynęła niespodziewanie zza niedalekiego wzgórza. Zdawała się zasłaniać pół zielonkawo-fioletowego nieba. Stwór, rozciągnięty jakby na niewidzialnych niciach, zawisł kilkanaście metrów nad powierzchnią jeziora, niczym drapieżnik wypatrujący ofiary. Adam złapał się na tym, że określił aktywność organizmu, stosując ludzką miarę i wyobrażenia. Tymczasem stworzenie nie posiadało zmysłów wzroku, słuchu czy węchu w takim sensie, jaki mógł być zrozumiały dla kogoś wychowanego i stale mieszkającego na planetach Układu Głównego czy w koloniach. Jak ochrzcili to coś tutejsi naukowcy? Spiagot. To był akronim nazwisk odkrywców tego gatunku, Spiariniego i Gotina. Zwierzę miało niezliczone, biegnące wzdłuż ciała rzędy wyrostków, dzięki którym skanowało otoczenie. Te narządy pełniły także szereg innych funkcji, ale jak do tej pory nie zdołano jeszcze wszystkich określić. Nic zresztą dziwnego, gdyż świat, na którym żyły spiagoty, został odkryty stosunkowo niedawno; wiązano z nim wprawdzie spore nadzieje, jednak dopiero półtora roku temu została tutaj założona placówka badawcza z prawdziwego zdarzenia.

Zwierzę drgnęło, jego ciało przeszedł spazm. Ruszyło w stronę brzegu, wprost na znieruchomiałego człowieka.

Adam błyskawicznie wdusił czerwony przycisk w płytce na piersi skafandra. Spiagot, który już zaczął zwijać się, aby dosięgnąć intruza, znieruchomiał, stracił zainteresowanie obcą istotą. Przypominał w tej chwili niedosmażony naleśnik, który wylądował na stole, zwisając jedną częścią poza krawędź blatu. Po chwili szarawe ciało znów zaczęło przypominać gigantyczny dysk. Tylko wyrostki kręciły się czujnie.

Jednak nie budowa organizmu czy sposób polowania albo narządy zmysłów były w przypadku spiagotów najbardziej zadziwiające. Ostatecznie na wielu planetach można było spotkać nieprawdopodobne i dziwaczne formy życia. Szczególne zainteresowanie naukowców spiagotami miało inne podłoże. Chodziło tu o sposób poruszania się, a raczej umiejętność pływania w powietrzu, w warunkach grawitacji dwuipółkrotnie większej niż standardowa.

– Trzydzieści dwie tony – rozległ się w słuchawkach cichy głos. – Tyle ważyłby na Ziemi. Tutaj trzeba to pomnożyć przez dwa przecinek pięćdziesiąt cztery.

Adam odwrócił się. Nie słyszał zbliżającego się egzobiologa, ale nie było w tym nic dziwnego – skafander skutecznie tłumił wszelkie odgłosy, jeśli nie ustawiło się mikrofonów zewnętrznych przynajmniej na jedną ósmą mocy. A mężczyzna chciał być sam, przemyśleć kilka spraw, w ogóle wyłączył więc nasłuch.

– Piękna sztuka – powiedział naukowiec, stając obok Adama i zadzierając głowę. – Nie uważa pan, komandorze?

Zagadnięty nie odpowiedział. Jemu wielki organizm przypominał coś w rodzaju gigantycznej rozgwiazdy, tyle że pozbawionej ramion. Wyrostki potęgowały to wrażenie.

– Piękna sztuka – powtórzył głośniej Boranin. – A co pan o tym sądzi?

– Piękna – odparł bez entuzjazmu Adam.

Egzobiolog roześmiał się.

– Kiedy pan już przywyknie, łatwiej dostrzeże urodę spiagotów. Na początku każdemu wydają się odrobinę niewydarzone, a przy tym przerażające.

Adam spojrzał na Boranina. Uczony wpatrywał się w polujące zwierzę, a jego usta poruszały się bezgłośnie, jakby zachęcał ulubionego psa do wykonania efektownej sztuczki.

– Nie uważam, żeby ta istota była niewydarzona. Zbyt zwinnie się porusza. Ale trochę przerażająca jest z całą pewnością.

Boranin skinął poważnie głową. Bańka hełmu zakołysała się przy tym ruchu zabawnie. W rozdętych skafandrach, chroniących przed ciśnieniem i zabójczym promieniowaniem purpurowego w tej chwili słońca, ludzie wyglądali pokracznie, jak tandetne zabawki dla dzieci.

– Na naszym Zoroastrze spiagoty są tym, czym my na Ziemi – powiedział naukowiec. – Królami stworzenia. Może nierozumnymi, działającymi na ślepo, korzystającymi z dostępnych zasobów bez najmniejszej refleksji, ale niewątpliwie bez reszty władającymi tym światem.

– Nierozumnymi królami stworzenia? – Adam milczał przez chwilę, zanim dodał: – Ludzi też można było niegdyś oceniać w taki sposób.

Spiagot odpłynął dostojnie, zatrzymał się jeszcze na chwilę, jakby coś dostrzegł, a potem powoli zniknął za wzgórzem.

– Trzeba wracać do bazy – mruknął naukowiec. – Za kwadrans wzejdzie drugie słońce, potem pojawi się Valhalla, a wtedy...

Nie dokończył. Nie musiał. Każdy, kto przybywał do obcego świata, musiał przejść kurs zapoznający go z zasadami jego funkcjonowania. W przypadku Adama kurs był wprawdzie znacznie przyśpieszony i bardzo intensywny, ale nie znaczyło to wcale, że mniej dokładny. Drugie słońce samo w sobie nie byłoby może niebezpieczne, ale jego promieniowanie połączone z widmem gwiazdy głównej, siłą przyciągania gazowego olbrzyma oraz strukturą miejscowych skał, powodowało interferencje skutkujące zdumiewającymi oraz zabójczymi efektami sejsmicznymi, a przy większym natężeniu mogące niekorzystnie oddziaływać na ludzki mózg. Było coś więcej na ten temat w materiałach szkoleniowych, ale w tej chwili Adam nie mógł sobie przypomnieć, co konkretnie.

– Ta planeta jest niesamowita – powiedział.

– Księżyc – poprawił go Boranin.

Adam spojrzał w górę. Gazowy olbrzym znajdował się teraz poniżej linii horyzontu, jego ciężka sylwetka nawiedzała inne rejony nieba.

– Tak, księżyc – mruknął. – Łatwo o tym zapomnieć. Tak czy inaczej, to niesamowite miejsce.

– Chyba każdy obcy świat jest taki dla przybysza z zewnątrz – odparł Boranin. – Wszystkie planety i księżyce mają swoiste, niepowtarzalne właściwości. Pan, komandorze Bartold, na pewno widział już w życiu parę planet. Przy pana profesji to chyba naturalne.

– Fakt – przyznał Adam. – Nie ma dwóch takich samych globów, do każdego trzeba przywyknąć. Tyle że do niektórych przyzwyczaja się trudniej niż do innych. Czasem pierwsze wrażenie bywa bardzo mylące.

Przypomniał sobie zielone połacie Kardanu, soczystej na pozór planetki, pełnej niesamowitych lasów, uroczysk, rzek i jezior. Tyle że piękna barwa nie pochodziła od nasycenia chlorofilem, ale od soli metalicznych, a woda nie była wodą lecz mieszaniną kwasów. Wszystko wyglądało bajecznie. Z daleka i na pierwszy rzut oka, bo już po kilkunastominutowym pobycie na powierzchni zieleń przestawała wydawać się taka zielona, a drzewa, będące wybrykiem natury skutkiem kombinacji gwałtownej erozji skał i gleby oraz aktywności miejscowych mikroorganizmów, zaczynały zwyczajnie straszyć.

Na dobrą sprawę jedynie Ziemia i planety do niej podobne okazywały się do wytrzymania na dłuższą metę, a wszystkie inne tylko wtedy, gdy zostały chociaż wstępnie sterraformowane. Ten księżyc mógł kojarzyć się z Tytanem krążącym wokół Saturna z czasów, zanim człowiek zagospodarował go wedle własnego uznania i przystosował do swoich potrzeb. Tyle że na Tytanie, przed osiedleniem się ludzi, nie istniały bardziej rozwinięte formy życia.

– Chodźmy. – Boranin odwrócił się. Spiagot znów wychynął zza pagórka, pływał teraz w powietrzu, ledwie dostrzegalnie poruszając wyrostkami. – Jak trzeba, to trzeba. Zaraz do naszego starego, dobrego Thora – wskazał coraz jaśniejszy krążek na niebie, które zmieniło teraz odcień na zielono-pomarańczowy – dołączą Fenrir i Valhalla. Wtedy zacznie się piekło.

Ruszyli pod górę, w stronę odległej o trzysta metrów kopuły mieszczącej śluzę powietrzną. W warunkach zwiększonego ciążenia każdy krok w niewygodnym skafandrze wymagał sporo wysiłku. Adam pomyślał z wdzięcznością o egzobiologu, który się tutaj pofatygował, zamiast po prostu wezwać go przez radio i zrugać za nieostrożność. Człowiek zawsze pozostaje człowiekiem, niezależnie od miejsca we wszechświecie. Wszędzie można spotkać życzliwych i oschłych, uprzejmych i opryskliwych...

Rozmyślania przerwało komandorowi drżenie gruntu pod stopami.

– Chodu! – krzyknął Boranin, rzucając się do biegu. – Mamy pecha, to przedwczesne interferencje!

Adam poszedł w ślady egzobiologa, zauważając mimochodem, że termin „bieg” stanowi w tym wypadku spore nadużycie semantyczne. W zasadzie poruszali się niewiele szybciej niż do tej pory. Ale zawsze to była jakaś iluzja prawdziwego działania. A poczucie, że się coś robi jest czasem ważniejsze od sensu samej czynności.

Drżenie narastało. Zapowiadało wschód fioletowego słońca. Takie zjawisko, jak zbyt wczesne ruchy gruntu, zdarzało się bardzo sporadycznie, jednak należało się z nim liczyć. Minerały zawarte w skałach pod stopami o wiele wcześniej niż zazwyczaj odpowiadały na daleką pieśń gwiezdnego towarzysza głównego słońca układu.

Dysząc ciężko, dopadli ceramitowej podmurówki śluzy. W otwartych drzwiach czekała już na nich Elza, główny inżynier stacji.

– Rozum wam odebrało? – warknęła, z rozmachem waląc dłonią w płytkę alarmowego mechanizmu zamykania.

– Nie czepiaj się – głos Boranina był spokojny, kojący nawet. – Fioletowy szatan wzejdzie dopiero za dziesięć minut. Kto mógł przewidzieć, że skały już się wzbudzą akurat dzisiaj?

Śluza powoli wypełniała się mieszanką gazów, nad włazem prowadzącym w głąb stacji wciąż paliło się czerwone światełko. To była dopiero pierwsza faza procedury przejścia. Na razie ich skafandry miały zostać odkażone. Adam poczuł szarpnięcie, kiedy strumienie zabójczej dla miejscowej mikroflory i fauny mieszanki uderzyły ze wszystkich stron. Niby w temperaturze o dobre dwieście pięć stopni wyższej niż na zewnątrz wszystkie i tak powinny zginąć, jednak siła i zdolności przetrwania niektórych gatunków nieraz już potrafiły zaskoczyć człowieka.

– Nie czepiam się. – Elza nadal była rozdrażniona. – A na pewno nie naszego gościa. Komandor Bartold nie musi wiedzieć wszystkiego. Ale ty powinieneś zachować ostrożność, Noelu. Po co wylazłeś? Dzieje się to rzadko bo rzadko, ale przecież nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi wzbudzenie. A ty pozwoliłeś, żebyście stali tam, gruchając niczym para kochanków. Bywasz czasami niesamowicie bezmyślny!

Skafander wydął się jeszcze bardziej niż na zewnątrz, mocniej zaczął krępować ruchy – niechybny znak, że zakończyła się druga i trzecia część procedury, a w śluzie zapanowało normalne ciśnienie. Adam zaczął wydobywać się z rozdętego ubioru, rozpiął kryzę hełmu, zdjął przezroczystą banię i z ulgą odetchnął normalnym powietrzem. Normalnym... Natychmiast nadleciała refleksja: przecież to takie samo powietrze, jakim oddychał do tej pory w skafandrze. Na obcej planecie o atmosferze złożonej głównie z azotu, metanu i helu, tlen był wprawdzie produkowany z dostępnych tutaj surowców za pomocą syntetyzera, ale także w ogromnej mierze odzyskiwany z dwutlenku węgla przez układy recyklingu. Ta druga opcja wykorzystywana była także w ubiorach ochronnych, które poza plecakowym zapasem tlenu zawierały system filtrów. Lecz dzięki poczuciu, że nie przebywa się już w ciasnym kokonie, że można swobodnie rozprostować kości, odnosiło się wrażenie, że powietrze na zewnątrz jest o wiele świeższe.

Lekko spocony ze zdumieniem stwierdził, iż jako pierwszy poradził sobie z niewygodnym strojem. Elza i Boranin czekali na pomoc automatów. No tak, im nie chciało się podejmować wysiłków, skoro czasami po kilka razy dziennie musieli się pakować w ubiór ochronny. Roboty zaczęły działać z opóźnieniem, gdyż roztargniony egzobiolog zbyt późno przypomniał sobie, że trzeba je uruchomić, a Elza miała utrudniony dostęp do panelu z uwagi na stojących obok siebie mężczyzn. Wysięgniki sprawnie wykonały pracę, naukowcy wyszli z ubiorów prawie jednocześnie. Kobieta potrząsnęła głową, a jej rude, niezbyt długie włosy zafalowały. Miała mały, kształtny nos, zielone oczy i wargi wykrzywione w wiecznym grymasie ni to rozbawienia, ni rozdrażnienia.

– Jesteś osłem, Noelu – oznajmiła.

Boranin spojrzał z uśmiechem na Adama.

– Wścieka się, bo nie cierpi zakładać kombinezonu. Walter zrobił ci numer, co? – zwrócił się do Elzy. – Skorzystał z przywileju dowódcy, żeby wysłać cię jako ubezpieczenie? Przecież miał iść Robert.

– Odczep się – syknęła.

Ruszyła do wyjścia, wyładowując złość na przycisku przy przesuwanych drzwiach. Odjechały bezszelestnie na bok, ukazał się krótki korytarz prowadzący do windy. Adam spojrzał na kołyszące się biodra kobiety opięte matowym, ciasnym kombinezonem. Noel podchwycił jego spojrzenie, westchnął ciężko.

– Jest tak samo wredna jak śliczna – szepnął. – Aż żal.

Elza odwróciła się, zgromiła go wściekłym spojrzeniem.

– A słuch ma jak nietoperz – dodał naukowiec. – Czasem mam wrażenie, że pochodzi z innego świata. Albo może raczej z innego gatunku.

Delikatne drżenie podłogi sygnalizowało, że na zewnątrz szaleje burza, a nawet coś od burzy groźniejszego – niesamowite, właściwe tylko dla tego świata trzęsienie ziemi. System amortyzatorów grawitacyjnych chronił bazę przed zniszczeniem, nie był jednak w stanie zupełnie wytłumić wstrząsów.

– Następnym razem obejrzymy sobie ten spektakl w obserwatorium – powiedział Boranin. – Naprawdę jest na co popatrzeć.

Adam z roztargnieniem skinął głową. W milczeniu zjechali na poziom mieszkalny, ruszyli długim korytarzem.

Stacja w niczym nie przypominała tych, które umiejscawiano w pobliżu Układu Głównego. Tamte były o wiele bogatsze w wyposażenie, które miało służyć dobremu samopoczuciu członków załogi, wszędzie widać było panele bezdotykowe, praktycznie w każdym miejscu istniała możliwość wywołania ekranu holograficznego. Tutaj w korytarzu był zaledwie jeden monitor, w dodatku wyposażony w zwykły plazmowy generator obrazu, przez co odbiór pozostawiał wiele do życzenia. Zresztą, chyba i tak nikt z niego nie korzystał, sądząc po cieniutkiej warstwie kurzu pokrywającej pulpit sterowniczy. Podobnie było w przypadku pokoi. Miejsce wygodnych łóżek zajmowały tutaj zwyczajne koje, niewiele odbiegające od tych, jakie spotykało się na małych jednostkach wojennych patrolujących odległe rejony dominium federacji. W centrali znajdowała się końcówka komunikatora dalekiego zasięgu. Był to egzemplarz starszego typu, niezapewniający członkom zespołu możliwości korzystania zeń z własnych kwater, co było akurat zrozumiałe – nowoczesny sprzęt z pewnością dawał więcej możliwości, zapewniał lepszy odbiór i nadawanie, ale jak każda nowa technologia niezwykle często okazywał się zawodny. Dlatego na każdej stacji oprócz nowoczesnej końcówki komunikatora montowano jako zabezpieczenie sprawdzony sprzęt poprzednich generacji. Tutaj nie silono się na zapewnienie komfortu, gdyż odległość Zoroastra zarówno od Układu Głównego, jak i najbliższego portalu międzygwiezdnego była zbyt wielka, aby rząd wraz ze sponsorami chcieli inwestować spore środki tylko i wyłącznie dla zaspokojenia potrzeby luksusu. Ci, którzy zdecydowali się przylecieć aż tutaj byli tego świadomi. Tak samo jak faktu, że w razie poważnej katastrofy nikt nie udzieli im pomocy w przewidywalnym terminie.

Adam westchnął w duchu, rzucił okiem w bok na Noela, a potem znów zawiesił wzrok na podążającej z przodu Elzie.

Poszli pod wspólny prysznic. Przebywanie w ochronnych kombinezonach z jakiegoś powodu skutkowało wzmożonym poceniem się zaraz po ich zdjęciu. Coś musiało być nie tak albo z kompozytową tkaniną poszycia, albo z systemami filtrującymi.

Oczywiście, wspólny prysznic oznaczał, że Elza udała się do części przeznaczonej dla pań, a Noel z Adamem weszli do obszernej kabiny męskiej. Mieszanka drobin wody, środka myjącego i powietrza pieściła skórę ni to ciepłą bryzą, ni zwyczajnym wilgotnym podmuchem.

– Oszczędność posunięta do granic absurdu – zauważył Adam. – Chyba macie tutaj porządny sprzęt do pozyskiwania wody?

– Niby tak. Tym bardziej że w końcu są na księżycu bogate złoża lodu zaledwie kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią. A jednak okazało się, że wydajność aparatury jest o wiele mniejsza niż przewidywano. Ktoś coś źle poustawiał, a teraz nie da się z tym nic zrobić. No i syntetyzer dali nam chyba z poprzedniej epoki, bo wciąż się zapycha. Gdyby nie porządny obieg zamknięty byłoby jeszcze trudniej i oszczędniej. Pan pewnie nie jest przyzwyczajony do takich warunków?

– Przeciwnie – Adam uśmiechnął się. Podmuch z wilgotnego stał się suchy i gorący. Po chwili wyszli spod prysznica. – Na jednostkach wojskowych, szczególnie dalekiego zwiadu, bywa jeszcze trudniej.

– Latał pan w dalekim zwiadzie? – Bartold dostrzegł w oczach naukowca podziw. – To coś niesamowitego. Moje młodzieńcze marzenie.

Adam roześmiał się.

– Młodzieńcze marzenie, mówi pan? Zapewne. Wielu chłopców śni o takiej pracy. Ale twarda rzeczywistość kopie człowieka w tyłek pancernym butem. Tyle w tym wszystkim romantyzmu, co w zakurzonym kubku ze spleśniałymi fusami. Przez zabawę z głęboką przestrzenią zginęło mi gdzieś dobre dwadzieścia pięć lat. I to mimo całego buforowania czasoprzestrzeni oraz innych takich zabiegów. Po którejś kolejnej podróży stwierdziłem, że moi dawni koledzy, siedzący już na wysokich stanowiskach, zdążyli posiwieć, porządnie podtatusieć, dostali brzuszków, a ja wciąż jestem piękny i młody... No, w każdym razie młody na pewno.

– To musi być... – Noel urwał nagle, położył palec na ustach, przywołał Adama gestem.

– Tam popatrz – tchnął mu w ucho, porzucając na chwilę oficjalne formy i wskazując lustro w rogu.

Adam posłusznie skierował wzrok we wskazanym kierunku. Ujrzał szczupłe plecy, zgrabne biodra, jędrne pośladki i długie nogi rudowłosej piękności.

– Cudeńko, prawda? – wyszeptał Boranin.

Bartold skinął tylko głową. Kobieta była rzeczywiście zjawiskowo piękna. Kiedy odwróciła się bokiem, ukazując wzgórza piersi, Noel z wrażenia wciągnął gwałtownie powietrze. Adam zerknął na niego z ukosa. Ciekawe, co by na to powiedziała żona egzobiologa.

– Że też marnuje się przy tym swoim Walterze – mruknął tamten.

Jego ciemne, prawie czarne oczy zaszły z lekka mgłą, w rozchylonych ustach ukazał się koniuszek języka. Był przystojny, wysoki, w miarę dobrze zbudowany, krucze włosy okalały męską twarz, jednak czegoś mu brakowało. To czuł nawet Adam, choć był przecież osobnikiem tej samej płci, najzupełniej niezainteresowanym grą genów i feromonów.

– Chodźmy – pociągnął towarzysza za rękę. – Zanim nas zauważy.

Elza z całą pewnością albo zdawała sobie sprawę, że była obiektem zainteresowania obu mężczyzn, albo zdołała nawet zauważyć ich spojrzenia, bo kiedy weszli do jadalni nazywanej tutaj – zupełnie jak na pełnoprawnej jednostce kosmicznej – mesą, obrzuciła ich pogardliwym spojrzeniem i takim samym skrzywieniem pełnych warg. Siedziała obok męża, mężczyzny średniego wzrostu o jasnoszarych oczach. Skronie miał przyprószone siwizną, a łysinka na czubku głowy była widoczna tylko wtedy, kiedy spojrzało się na nią od tyłu i z góry. Po prawej ręce dowódcy stacji zasiadł mężczyzna będący przeciwieństwem Waltera – wysoki, chudy i ponury mikrobiolog, Martin Gaut. O ile wszyscy inni członkowie zespołu na planecie, której ciążenie przekraczało wartość dwu i pół standardowych jednostek grawitacji, byli solidnej postury, nawet jeśli nie z racji konstytucji fizycznej to przez ciągłe przymusowe ćwiczenia podczas pokonywania oporu zwiększonej masy ciała, o tyle Gauta ten trening zdawał się nie dotyczyć. Wprawdzie urządzenia antygrawitacyjne bazy niwelowały nadmierne ciążenie do wartości jeden i pół, w porywach do jeden siedemdziesiąt pięć, ale i tak trzeba było w każdy ruch włożyć więcej wysiłku niż na globach zbliżonych masą do Ziemi.

Pomimo to Martin najbardziej przypominał ascetę ze średniowiecznej ryciny i tak się też zachowywał. Adam miał wrażenie, że ten człowiek musi mieć w swoim pokoju schowany różaniec, z którym modli się jeśli nawet nie codziennie, to na pewno często. Obok niego zasiadła żona – Sandra – kobieta uzupełniająca męża na zasadzie rażącego kontrastu – nieco przysadzista, o rozłożystych biodrach i pogodnym spojrzeniu. Włosy nosiła dość długie, jak na warunki tak daleko wysuniętej placówki – do ramion, a nawet nieco dłuższe. Upinała je zgrabnie grzebieniem hiszpańskim, co nadawało jej lekko filuterny, zalotny wygląd. Oczywiście, nie mogła równać się urodą z piękną Elzą, ale była na swój okrągły sposób bardzo atrakcyjna.

Na prawo od żony Waltera usadowiło się małżeństwo Sorensen. On zajmował się informatyką oraz fizyką grawitacji, ona była astrofizykiem i doktorem mechaniki grawitacji, a ponadto opiekowała się aparaturą recyklingu. Wszyscy wykonywali, poza obowiązkami wynikającymi ze specjalizacji, także inne prace. Czego jak czego, ale roboty w bazie nigdy nie brakowało. Szczególnie w takiej sytuacji... Adam szybko przebiegł wzrokiem pozostałe trzy pary, zatrzymał się na pustych krzesłach z lewej strony owalnego stołu. Cztery wolne miejsca. Inni podążyli za jego spojrzeniem, twarze z miejsca spochmurniały.

– Niech pan usiądzie – odezwał się Walter.

– Właśnie, właśnie – dorzucił natychmiast Noel, który zdążył już usiąść obok partnerki, postawnej brunetki o intensywnie, wręcz niepokojąco błękitnych tęczówkach. Adamowi przeleciało przez głowę, że to muszą być szkła kontaktowe albo implanty.

– Trzynasty przy stole – zazgrzytał Martin Gaut. – To zła wróżba.

Walter położył mu rękę na ramieniu.

– Daj spokój – powiedział z wymuszonym uśmiechem. – Nasz gość gotów jeszcze uwierzyć, że naprawdę wierzymy tutaj w przesądy. W naszych czasach...

– W naszych czasach bardziej niż kiedykolwiek należałoby wreszcie przestać udawać, że magia liczb nie istnieje! To zostało już naukowo potwierdzone!

– Nie należy mieszać faktu udowodnienia zjawisk synchronicznych z pojęciem magii. – Adam podszedł do stołu, przez chwilę zastanawiał się, które miejsce zająć. Najchętniej usiadłby tak, żeby być oddzielony od reszty wolnym krzesłem, ale byłoby to chyba niegrzeczne, a poza tym automatycznie wyizolowałby się z grupy. Miał do wyboru bezpośrednie towarzystwo wysokiej blondynki po prawej stronie albo niskiego bruneta z pokaźnym nosem po lewej. Wybrał oczywiście blondynkę. – To, że coś zostało matematycznie obliczone nie oznacza jeszcze, że w ogóle istnieje.

– Matematyka jest zasadniczo nieomylna – odezwał się niski brunet. Adam wiedział, że jest astrofizykiem, a jego żona lekarzem.

– Matematyka, owszem – odpowiedział z lekkim uśmiechem Adam – ale nie da się tego samego powiedzieć o człowieku.

– Święte słowa – poparł go Noel. – Powiedz, Grigoriju, ile znasz przykładów fałszywej interpretacji zarówno danych, jak i na pozór wzorowo przeprowadzonych dowodów?

– Trochę tego jest. – Niski wzruszył ramionami. – Ale co do zjawisk synchronicznych...

– Może wreszcie coś zjemy? – przerwała dyskusję blondynka. – Głodna jestem.

Walter machnął przyzwalająco ręką, wszyscy otworzyli stojące przed nimi połyskujące matowo pojemniki. Bartold pokiwał w duchu głową. Przynajmniej na to nie pożałowano funduszy. Nie skazano zespołu na jedzenie tylko i wyłącznie liofilizowanych, konserwowanych produktów podrzędnej jakości. Posiłki były tutaj naprawdę znakomite. Oczywiście, jak na warunki dalekiego kosmosu.

– Pani Tereso – Adam zwrócił się do blondynki – pani jest chyba z zawodu negocjatorem?

– Psychologiem – odparła z pełnymi ustami, przełknęła kęs, zanim dodała: – W zasadzie trafił pan w dziesiątkę. Niesłychanie często na tym właśnie polega moja rola. Na mediacjach. Już pan kojarzy, kto tutaj kim jest? Tylko proszę nie mówić, że zapamiętał pan od wczorajszego wieczora nasze imiona i profesje?

– Profesje niekoniecznie, ale imiona, czemu nie?

– Dwunastu osób? – spytała z niedowierzaniem, odkładając widelec. – Ja zazwyczaj gubię się już przy trzech nowo poznanych osobach.

– Chce pani, żebym to udowodnił?

Nie odpowiedziała, ale widać było, że chce. Przy stole zapanował lekki gwar, rozległ się szczęk sztućców. To też było coś innego niż na zwyczajnych placówkach. Tam posługiwano się jednorazową, higieniczną zastawą. Tutaj wyposażono ekipę w tytanowe łyżki, noże i widelce. Ważyły po prostu o wiele mniej niż przedmioty jednorazowego użytku – zapas jednorazówek dla kilkunastu osób zwiększyłby masę ładunku o ładnych paręset kilogramów.

– Dobrze. – Adam spojrzał na obecnych. – Zacznijmy od prawej: Grigorij, Zoja, Robert, Marie, Walter, Elza, Martin, Sandra, Alicja, Noel, Vlad i pani, Tereso.

Spojrzała na niego z pewnym podziwem.

– Przecież pierwszy raz zobaczył pan nas wszystkich przy stole, prawda? Nie mógł pan zastosować żadnej mnemotechniki. Poza tym widział nas pan wczoraj zaledwie raz i to nie wszystkich, bo Sandra z Alicją i Robertem byli akurat na zewnątrz.

– Niektórzy po prostu tak mają. W moim zawodzie tego typu pamięć bywa bardzo przydatna.

– W pana zawodzie? – Spojrzała na niego ze zmarszczonymi brwiami, nieco podejrzliwie. – A jaki jest ten zawód?

– Teresa, nieprzytomna byłaś na odprawie? – wtrącił się Vlad, który, wbrew pozorom, najwyraźniej nie był najzupełniej pochłonięty swoją porcją, ale przysłuchiwał się rozmowie. – Pan Bartold jest astronawigatorem. W tej robocie pamięć chyba rzeczywiście jest bardzo ważna.

Psycholog wyniośle spojrzała na męża.

– Byłam przytomna, ale jeśli i ty nie zasnąłeś, powinieneś pamiętać, że musiałam na chwilę wyjść.

– Tak à propos. – Vlad wychylił się, żeby spojrzeć na Adama. – Właściwie co się stało z pańskim statkiem?

– Anomalia przestrzeni. Niespodziewana anomalia.

– A dokładniej? Nie powie mi pan, że jakaś dziwna siła skierowała pana w rejon naszego cudownego układu.

– Dziwna nie. Po prostu uszkodzeniu uległa jednostka napędowa. Portal międzygwiezdny przy Alfie Carl II otrzymał przez to błędne koordynaty, trzepnął mnie w rejon Marco Polo, a tam... – Adam zawiesił na chwilę głos; zdał sobie nagle sprawę, że w jadalni zapadła cisza, a wszyscy utkwili w nim wzrok. – A to jest takie, z przeproszeniem, zadupie, że trudno się gdzieś ruszyć.

– Podobnie jak i tutaj – rzucił Grigorij. – Nie mógł się pan spróbować dostać w jakiś mniej zapluty rejon?

– Mówiłem, że wysiadła jednostka napędowa. Zasilanie awaryjne pozwoliło mi dotrzeć w pobliże Marachii. Chwała Bogu, że jest tutaj jakaś baza, bo inaczej musiałbym włączyć nadajnik alarmowy i hibernować, a to naprawdę okropność.

– Chwała Bogu? – podchwycił natychmiast Martin. – Pan jest wierzący?

– A zna pan jakiegoś wierzącego astronawigatora dalekiego zwiadu? – zaśmiał się Adam.

Gaut skrzywił się z niesmakiem, wrócił do posiłku.

– Dyżur kończę za cztery godziny – powiedział Walter. – Chciałbym, żeby przyszedł pan do mojej kwatery, komandorze Bartold. Musimy omówić parę spraw. I będę miał do pana wielką prośbę.

– Oczywiście – Adam skinął głową.

Zabrał się do jedzenia. Zastanawiał się przez chwilę, po którym z nieboszczyków odziedziczył sztućce. Nie miało to, oczywiście, żadnego znaczenia, gdyż wszystkie zostały dokładnie wysterylizowane, ale mimo to poczuł się odrobinę nieswojo.

Walter rozmawiał półgłosem z Gautem, Elza siedziała z naburmuszoną miną, a Sandra drwiąco popatrywała na obu mężczyzn. W pewnej chwili Martin, chcąc powiedzieć coś bardziej dyskretnego, położył dowódcy rękę na ramieniu. W tym samym momencie żona Waltera także postanowiła przekazać mu jakąś wiadomość, jej dłoń wylądowała na udzie męża. Ten spojrzał najpierw na jedno, potem na drugie, wstał i szybko wyszedł. Obcisłe kombinezony, które były na stacji strojem obowiązkowym i jedynym, w niczym nie przypominały swobodnych na ogół strojów członków załóg baz umiejscowionych w pobliżu centrum Federacji Międzygalaktycznej. Zostały wykonane z materiałów odpornych na brud i uszkodzenia, a właściwie na dobrą sprawę niezniszczalnych, jeśli się je odpowiednio użytkowało. Nanorurki tkaniny oczyszczały się w zasadzie same, wystarczyło zdjąć strój na parę godzin. Oczywiście, obcisłość kombinezonów także miała swoje wytłumaczenie. Każdy gram ładunku transportowanego przez portale zewnętrzne Galaktyki był dosłownie na wagę złota. Obszerniejsze ubrania oznaczały większą masę, czyli stawały się nierentowne. To była zupełna paranoja, regulaminy nie zmieniły się pod tym względem ani na jotę od wielu lat, ale właśnie dzięki tej idiotycznej oszczędności Adam mógł zobaczyć wzwód szefa projektu. Z podziwem pokręcił w duchu głową. Ciekawe, ile lat Elza i Walter byli małżeństwem? Pewnie przynajmniej z pięć przed wyprawą, bo przepisy w tym względzie były najzupełniej jasne. Przecież niektóre pary już po roku czy dwóch przestają na siebie reagować w ten sposób, a tutaj wszystko wskazywało na pełny rozkwit namiętności. Można by rzec, modelowy przykład małżeństwa skazanego na kilka lat życia w odległej bazie.

Nie wiedział, co skłoniło go, aby spojrzeć na siedzącą obok Teresę. Czyżby wykonała jakiś ruch, albo wydała mimo woli dźwięk? Nie był w stanie odgadnąć, ale zdążył zauważyć pełne niesmaku spojrzenie, zanim kobieta opuściła oczy i wpatrzyła się w na wpół opróżnione naczynie z obiadem.

Psycholog cierpiący na kompleksy seksualne? Dziwne. Nawet bardzo dziwne. Czyżby coś w rodzaju mizoandrii? A może problem dotyczy jeszcze czegoś innego?

– Jak to się stało, że Walter wypuścił pana na zewnątrz już następnego dnia po przylocie?

To pytanie padło, kiedy większość ludzi skończyła już jeść i zbierała się do wyjścia. Pytającą była Zoja, lekarz wyprawy.

– Byłem bardzo ciekaw tego świata – odpowiedział, domyślając się, do czego kobieta zmierza. – To fascynujące odnaleźć tak silne przejawy życia na azotowo-metanowej planecie... To znaczy, księżycu.

– Ale powinien pan przedtem przejść odpowiednie badania, uzyskać zgodę medyczną. Każdy z członków załogi musi odbyć testy co najmniej raz w tygodniu.

Spojrzał na nią uważnie. Miała smagłą, na pierwszy rzut oka ładną twarz o ostrych rysach. Przypominała nieco swojego partnera. Ta para była świadectwem, że mimo tysiącleci mieszania się ludów, mimo całego postępu i gromkiego wołania o tym, że wszyscy ludzie są w istocie rzeczy tacy sami, że nie istnieją różnice rasowe, ciągnie jednak swój do swego.

– Państwa przodkowie pochodzą z Kaukazu, prawda? – spytał nieco prowokacyjnie.

Potrząsnęła głową, skrzywiła się lekko.

– Podobno. Ale od pięciu lub nawet sześciu pokoleń moja rodzina mieszkała na Ganimedzie, a Grigorij urodził się w bazie marsjańskiej. Przedtem, o ile wiem, moi praprapra... i tak dalej dziadowie żyli w byłych Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnośrodkowej. Pan jest antropologiem?

– Podczas długich lotów, kiedy pełni się samotne dyżury, trzeba czymś zabijać czas. Jedni oglądają filmy, inni grają, jeszcze inni zajmują się jakąś nikomu niepotrzebną dłubaniną, jednak prędzej czy później każdy astronawigator sięga po słowo pisane, najpierw beletrystykę, a potem dzieła naukowe.

– Naprawdę? Wychodzi na to, że zwykły astronawigator... przepraszam...

– Nie ma za co.

Zdawał sobie sprawę, że niezręczność była zamierzona. Chciała go jednocześnie urazić, ale nie zrazić sobie ze szczętem. Dać do zrozumienia, iż prawdziwa nauka to coś więcej niż czytanie, a zarazem nie okazać totalnego lekceważenia.

– Wychodzi na to, że nawigator może zdobyć wszechstronne wykształcenie niejako przy okazji.

– Jeśli się tylko postara.

– Nie odpowiedział pan na pytanie. Dlaczego Walter pana wypuścił?

– Zdaje sobie pani sprawę, że astronawigatorzy, a szczególnie piloci dalekiego zwiadu, są poddawani najostrzejszemu reżimowi pod względem sprawności i zdrowia, prawda? Na jednostkach podróżujących w głęboki kosmos muszę być gotów w każdej chwili wyjść na zewnątrz, poza strefę ekranowaną przed promieniowaniem kosmicznym, muszę w razie potrzeby grzebać w obwodach pracującego generatora grawitacyjnego, co wiąże się z niebezpieczeństwem zasłabnięcia, a nawet zatrzymania akcji serca u zwykłego, nieprzygotowanego człowieka. Dla mnie wizyta na zewnątrz stacji w bezpiecznym kombinezonie ochronnym nie jest ryzykiem, lecz przyjemną odmianą po tygodniach spędzonych za sterami uszkodzonego statku. Tamto było prawdziwą drogą przez mękę.

Pokręciła głową z dezaprobatą, spojrzała Adamowi prosto w oczy. W tym momencie dotarło do niego, co z nią jest nie tak. Nie chodziło o jakąś nieregularność rysów twarzy, o skazę fizyczną. Miała czarne tęczówki, a w takich oczach mężczyzna spodziewa się ujrzeć ogień. Ciepły, serdeczny czy też odwrotnie: zimny i wyrachowany, ale zawsze ogień – płonący perwersyjnym wyzwaniem. Tymczasem wzrok Zoi był pusty. Oczy w ciemnej, atrakcyjnej oprawie zupełnie nie pasowały do twarzy kobiety.

– Mamy tu pewne żelazne procedury, których należy przestrzegać – powiedziała surowo. – Jestem odpowiedzialna za stan zdrowia członków załogi i wszystkich przebywających w bazie osób, w tym oczywiście także pana. Na mnie spoczywa odpowiedzialność za diagnozowanie i to ja w razie czego zostanę zapytana, dlaczego ktoś, kto nie posiada udokumentowanych wyników badań, przeprowadzonych w ciągu ostatnich siedmiu dni, został wypuszczony na zewnątrz. Jedyną moją obroną w takim momencie byłyby wydruki z automatu medycznego. Proszę na przyszłość o tym pamiętać. Może pan być sobie zdrowy jak młody bóg, ale lekceważenie regulaminu jest niedopuszczalne.

– Oczywiście – uśmiechnął się przepraszająco. – To już się więcej nie powtórzy. Nie pomyślałem o tym.

– Walter powinien pomyśleć – odparła nieco już łagodniejszym tonem. – Porozmawiam sobie z nim na ten temat.

W to Bartold nie wątpił. Zoja odeszła kołyszącym się nieco, charakterystycznym dla wzmożonego ciążenia krokiem. Dopiero w tej chwili Adam w pełni docenił grację, z jaką potrafiła poruszać się Elza.

Wyszli już prawie wszyscy, jeszcze tylko Sandra dopijała sok. Spojrzał na nią, ich oczy spotkały się. Kobieta skinęła mu leciutko głową, uniosła nieznacznie kąciki warg i wyszła, zanim zdążył odpowiedzieć w jakikolwiek sposób na ten miły, nieoczekiwany gest. Zebrał się w sobie, odetchnął głęboko, po czym jako ostatni opuścił jadalnię. Na korytarzu było już pusto. Wszyscy udali się do zajęć albo na zasłużony odpoczynek.

Rozdział 2

To była dobra maszyna. Może nie najnowocześniejsza, może nieco toporna, jak wszystko tutaj, ale naprawdę niezawodna i solidna. Adam wzniósł się na orbitę w ciągu dwudziestu minut, idąc pełnym ciągiem. Nikt z członków zespołu nie dałby rady dokonać czegoś podobnego. Przeciążenia rzędu czternastu G, a chwilami nawet większe pozbawiłyby ich przytomności, jeśli nie życia. Przy odrywaniu się od globu o tak znaczącym ciążeniu konieczne były nie tylko umiejętności, ale przede wszystkim odporność, a na tę piloci dalekiego zwiadu nie mogli narzekać, w odróżnieniu od różnych piecuchów obsługujących jednostki pasażerskie i frachtowce, które nigdy nie oddalały się poza granice gęsto zasiedlonych rejonów Drogi Mlecznej.

Podobało mu się tutaj. Wprawdzie zespół był jak najdalszy od okazywania przybyszowi serdeczności, wydawał się nieco najeżony, ale komandor znów mógł usłyszeć to, co niektórzy określają jako zew przestrzeni. W zatłoczonych okolicach Układu Głównego nie czuło się nieskończonej pustki kosmosu. Człowiekowi, kiedy siedzi tam dłużej, wydaje się, że opanowanie części Galaktyki, skolonizowanie nadających się do zamieszkania i terraformowanych planet uczyniło go władcą wszechświata. Dopiero w takich miejscach, gdzie pustka i cisza mogły doprowadzić mniej odporną osobę do szału, zdawał sobie sprawę, jak bardzo złudne jest wrażenie cywilizacyjnej potęgi. W ostatnim czasie Adam nie miał zbyt wielu możliwości zachłysnąć się przestrzenią.

– Za dużo ostatnio wykonywałem papierkowej roboty – zaśmiał się, kiedy Walter zdziwił się jego entuzjastycznej reakcji na propozycję lotu. – A tak na marginesie, niech pan tylko popatrzy, profesorze: nikt już przecież nie pracuje na papierze, robi się to jedynie w wyjątkowych okolicznościach, ale to stare określenie na biurokratyczny młyn przetrwało wszystkie rewolucje techniczne. To jeszcze jeden dowód na to, jak człowiek niedaleko odszedł od swoich przodków, którzy dosłownie przed chwilą opuścili jaskinię, by przenieść się do eleganckiego, ekskluzywnego szałasu z gałęzi i liści. Cały postęp, wszystkie wynalazki, kosmiczne loty i podbój najpierw własnego świata, a potem ekspansja w kierunku innych globów to nic innego, jak nieprzerwany łańcuch przeprowadzek do coraz lepszych szałasów. Technika tych przenosin ulega zmianie, ale zasada pozostaje ta sama.

– Przecież spędził pan ostatnie dwa miesiące praktycznie przykuty do fotela pilota. – Dowódca stacji nie podzielał jego dobrego nastroju. W ogóle wydawał się spięty i czujny podczas rozmowy. – Jeśli pan odmówi, zrozumiem, poślę kogoś innego, na ochotnika, jeśli jakiś się znajdzie. Wprawdzie zmarnuje masę paliwa, żeby nie dać się zmiażdżyć przeciążeniom, ale zrozumiem pana decyzję. Satelita wymaga natychmiastowej naprawy, bez tego nie odzyskamy łączności. Gdyby nie konieczność...

– Nie ma o czym mówić – Adam przerwał, zanim mężczyzna zaplątał się w tłumaczeniach. – Wiem, co znaczy przymus oszczędności na wysuniętej placówce. Pomogę z radością. A właściwie, co się stało z pana pilotem?

– Pilotami – poprawił Walter. – Było ich dwóch, a właściwie dwoje. Małżeństwo, niestety. Wie pan, zgodnie z regulaminami piloci w bazie nie powinni być blisko spokrewnieni ani tym bardziej pozostawać w związku. Tym razem zrobiono z pewnych nieznanych mi względów wyjątek i skończyło się to tragicznie. W efekcie zostałem bez wykwalifikowanego astronawigatora czy chociaż zwykłego nawigatora. Pewnie niektórzy z nas potrafią teoretycznie pilotować wahadłowiec, ale nikt nie spełnia norm zdrowotnych pozwalających na wykorzystywanie pełnego ciągu. A zapas paliwa mamy mocno ograniczony. Gdybym złożył zaledwie po półtora roku zapotrzebowanie na dostawę, nieźle by mi się oberwało. Nie tylko mnie zresztą. Poza tym pozostaje tutaj jeszcze kwestia przejęcia satelity, może nawet wyjścia ze statku, a to już jest praktycznie poza naszym zasięgiem. Spadł mi pan dosłownie jak z nieba, chociaż oczekiwaliśmy tu raczej kogoś innego.

– Kogo? – zainteresował się Adam. – Ach, rozumiem, ma przylecieć ktoś w związku z tymi zgonami?

– Zgonami i zaginięciami – skinął głową dowódca. – Cztery przypadki w odstępie paru dni to dość niepokojące. Dobrze, że zdążyłem nadać meldunek, zanim satelita odmówił posłuszeństwa.

– Fakt. I co, miał przylecieć oficer śledczy?

– Coś w tym rodzaju – skrzywił się Walter.

– To na razie może pan o tym zapomnieć.

– Wiem. Ten niespodziewany wybuch novej w osiemdziesiątym trzecim kwadrancie zakłócił komunikację z portalem Carl II. Ale to pan wie nawet lepiej ode mnie. Nie wiadomo, ile dokładnie minie czasu, zanim będzie można znów uruchomić tranzyt.

– Najmarniej ze trzy miesiące, sądząc z tego, co dotarło do mnie w komunikatach. Nova nie jest bardzo jasna i ekspansywna, ale i tak jej promieniowanie stało się groźne dla prawidłowego funkcjonowania portalu.

– Właśnie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaryzykuje podróży przez skażoną eksplozją przestrzeń. Sam bym nie miał ochoty ocknąć się w doku z głową na miejscu przeciwnej części ciała albo wywrócony na lewą stronę.

– No cóż, przykro mi, że nie okazałem się tym, na kogo pan czekał.

Walter zamyślił się, chwilę zwlekał z odpowiedzią. Adam rozejrzał się po kwaterze. Właściwie członkowie zespołu powinni nazywać te kajuty mieszkaniami, ale wszyscy używali terminu „kwatera”. Składały się z dwóch pokoików oraz łazienki czy raczej jej nędznej imitacji, bo maleńki zlew oraz toaleta stanowiły jedyne wyposażenie. Elza najwyraźniej starała się nadać ciasnym pomieszczeniom przytulny wygląd, ale sprawiało to wrażenie, jakby w pewnej chwili albo przestała zupełnie dbać o domową atmosferę, albo zaniechała pracy w połowie, dostrzegając jej bezsens. Na półkach stały przemycone nie wiadomo w jaki sposób bibelociki, maleńkie maskotki, nawet niewielka bursztynowa kula z zatopionym owadem. W tej chwili wydawały się jednak równie bezwartościowe, jak niepotrzebny przedmiot, który pozostawia się przed progiem domu, bo nie chce się go wnosić do środka. Zupełnie jakby emocjonalny ładunek tych – z tak ogromnym przecież trudem przywiezionych – zabaweczek zniknął bez śladu.

– Wie pan, w sumie to odczułem nawet coś w rodzaju ulgi, że jeszcze go nie ma. Taki gość wydelegowany przez władze to żadna przyjemność. Może okaże się, że nie będzie więcej zgonów, że to naprawdę był tylko i wyłącznie ciąg wypadków, zlepek niefortunnych zdarzeń? Wolałbym, żeby...

Przerwał mu terkot interkomu.

– Profesorze Wintermann, jesteś potrzebny w dyspozytorni. Mamy chyba jakieś zwarcie w trzecim generatorze grawitacyjnym.

– Przepraszam. – Walter rozłożył ręce. – Chciałem jeszcze o coś zapytać, może wyjaśnić to i owo, ale rozumie pan...

– Oczywiście. Będzie na pewno niejedna okazja porozmawiać.

– Czyli poleci pan? – upewnił się jeszcze Walter, kiedy opuszczali kwaterę.

– Oczywiście.

Komandor nawet się nie spodziewał, jakiej satysfakcji dostarczy mu lot tą archaiczną jednostką. A jeszcze bardziej cieszył się na myśl o wyjściu w przestrzeń. Postanowił nie ściągać satelity do ładowni ani nie dokować go do wahadłowca. Tłumaczył to względami ekonomicznymi, ale chodziło także o coś innego. Komuś przyczepionemu do kadłuba rakiety liną albo operującemu za pomocą olstrów odrzutu, wszystko, co zostawił za sobą, wydaje się prostsze i mniej istotne. W próżni największe nawet problemy przestają mieć wagę ciążącego u szyi kamienia. Może dlatego, że nic tutaj nie jest w stanie ściągnąć człowieka w dół. W miejscu pozbawionym wyczuwalnych kierunków szybko można się zatracić, ulec hipnotycznemu urokowi przestrzeni.

Patrzył na zwalistą sylwetkę gazowego olbrzyma. Valhalla. Tak nazwał planetę jej odkrywca, Sven Goransson. Rzeczywiście, wydawała się groźna i ponura, ale ile w tym wrażeniu było faktycznie ładunku płynącego ze zmysłów, a ile wynikało ze skojarzeń z pradawną mitologią, trudno było ocenić. Jaskrawozielony glob przecinały wąskie smugi tak ciemne, że prawie czarne, splatając się w fantazyjne wzory z jasnymi plamami. Gdyby nie barwa, olbrzym przypominałby po prostu Jowisza. Tyle, że był od wielkiego towarzysza Słońca ponad cztery razy większy.

– Witaj, przyjacielu – powiedział Adam, nie bacząc na to, że system kontroli lotu nagrywa każde jego słowo. Niech się potem psychiatrzy zastanawiają nad kondycją umysłową pilota. Za to w końcu płacą im królewskie gaże. – A może przyjaciółko? Wszystko jedno, w każdym razie witaj. Piękna jesteś, piękniejsza niż przypuszczałem.

Kiedy przedtem zbliżał się do Zoroastra nie miał okazji przyjrzeć się dokładniej planecie, wokół której krążył księżyc. Zarejestrował tylko barwę i ogólne wrażenie wrogości. To ostatnie było najzupełniej normalne. Każdy świat, który nie został jeszcze poznany i okiełznany, wydawał się wrogi. A gazowe olbrzymy zawsze budziły takie właśnie emocje. Nawet te od dawna, zdawałoby się, oswojone jak Jowisz, Saturn czy Neptun z Uranem. Niby sondy w pełni zdołały poznać ich właściwości, dotarły w najgłębsze rejony, ale niektóre sprawy wciąż pozostawały tajemnicą. Zaś te pozaukładowe znaleziska nierzadko nie zostały jeszcze nawet napoczęte łakomym zębem badaczy. Zbyt wiele ich było, a przede wszystkim zbadanie każdego odkrywanego globu byłoby zbyt kosztowne. Polityka kolonizacyjna władz Federacji Międzygalaktycznej pochłaniała tak wiele środków, że jałowe badania naukowe traktowane były po macoszemu.

Adam spojrzał na przyrządy. Do kontaktu z satelitą pozostało czterdzieści minut. Mógłby przyspieszyć spotkanie, lecz to by wymagało włączenia dodatkowego ciągu, a chodziło przecież o to, by zużyć podczas misji jak najmniej paliwa. Przymknął oczy, odchylił się w fotelu. Chwila drzemki nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

Mózg pokładowy obudził go na minutę przed włączeniem silników. W pierwszej chwili Adam pomyślał, że to trochę za późno, ale zaraz pożegnał się z wątpliwościami. Przecież w gruncie rzeczy i tak nie miał co robić. Jeśli nie nastąpią komplikacje, systemy wahadłowca same poradzą sobie ze zbliżeniem do satelity. Na dobrą sprawę mógłby otworzyć oczy dopiero po wykonaniu wszystkich manewrów. Ale i tak obudziłoby go silne szarpnięcie przy uruchomieniu silników, więc to mózg miał rację, nie on.

– Powtórz harmonogram zadań – zażądał.

– Komandorze Bartold – odezwał się komputer tonem łudząco przypominającym głos Waltera Wintermanna – zadanie polega na uruchomieniu panelu przekaźnika dalekiego zasięgu, najprawdopodobniej uszkodzonego wskutek zderzenia z niewielkim meteoroidem...

– To wiem. – Gdyby nie krępujący ruchy skafander, Adam machnąłby niecierpliwie ręką. – Podaj kolejność czynności. I nie zwracaj się do mnie „komandorze”.

– Najpierw musi pan wyjść z wahadłowca. – Mózg natychmiast zastosował się do żądania. – W tym celu...

Adam westchnął w duchu. Maszyna to maszyna, nawet jeśli obdarzono ją czymś w rodzaju inteligencji. Ma zaprogramowane polecenie przekazania procedury wyjścia i dokończy ględzenie nawet wbrew woli słuchacza.

– Zanim skończysz, zdążę się chyba jeszcze zdrzemnąć.

W tej chwili poczuł lekkie szarpnięcie. Silniki korygujące włączyły się na ułamek sekundy. A mózg ciągnął instrukcję bez chwili przerwy. To było coś, co nieodmiennie irytowało Bartolda. Dlaczego nie pomyślano, by zaprogramować urządzeniom translacyjnym chociaż drobne przerwy w wypowiedzi? Może wtedy kontakt z nimi bardziej przypominałby obcowanie z drugim człowiekiem. Ludzie robią przecież przerwy na oddech, zastanawiają się, co powiedzieć i jak. Z reguły. Bo kiedyś Adam spotkał dziewczynę nadającą bez ustanku. Po jednym z lotów umówił się z nią, chociaż nie miał w zwyczaju korzystać z usług panienek do towarzystwa, będących jednym z bonusów dla pracowników agend rządowych. Jakie pocieszenie mogła dać komuś, kto wrócił z dalekiej przestrzeni, głupia smarkula, która nie widziała nic poza swoją rodzinną planetą albo stacją orbitalną? Jak miała zrozumieć ten niewysłowiony, magnetyczny smutek, który towarzyszy każdemu, kto znajdzie się daleko od układu? A potem tę nostalgię za kosmiczną pustką, ogarniającą pilota natychmiast po powrocie? Ale wtedy był jeszcze młody, pragnął rozrywki. Niekoniecznie zamierzał zaciągnąć dziewczynę do łóżka, ale pogadać miał ochotę. Trafił jednak na wybrakowany egzemplarz. Usta jej się nie zamykały. Przypominała właśnie typowy mózg pokładowy, gadający bezustannie aż do chwili, kiedy przekaże pełny komunikat. Niestety, w odróżnieniu od komputera, kobieta absolutnie nie zamierzała zamilknąć. Nie mógł też przeprogramować jej na wolniejsze nadawanie, jak to robił z jednostkami centralnymi, z którymi wyruszał w dłuższe podróże. Pożegnał ją po godzinie, czując, że jeszcze chwila, a popełni morderstwo.

Potem, podczas jednego z lotów, próbował przeprogramować mózg tak, aby poza pewnym spowolnieniem wprowadzić w kod także komendę nakazującą brać oddech, ale okazało się to niemożliwe. Program nie poddawał się żadnym tego typu innowacjom. Adam zażądał więc, żeby sztuczna inteligencja co kilka zdań robiła przerwy, ale wyszło jeszcze gorzej. Mózg zastosował się do polecenia, lecz przerwy wypadały w dziwnych miejscach i za każdym razem były dokładnie takie same. Koszmar. Od tamtej pory kiedy miał już naprawdę dość, wyłączał głos towarzysza podróży i przechodził na komunikaty wizualne. Sczytywanie informacji z ekranu bywało czasem uciążliwe, ale nerwy odpoczywały chociaż odrobinę. Na takie zabawy można było sobie jednak pozwolić podczas podróży przez międzygwiezdną czy międzyplanetarną pustkę, ale nie w czasie wykonywania manewrów końcowych.

– Panel znajduje się pod lewą skrzynką ogniw zasilających, kod dostępu jeden-zero-osiem-dwa – mózg zakończył wreszcie odczytywanie punkt po punkcie procedurę wyjścia. – Pańskim zadaniem jest sprawdzić, gdzie nastąpiło uszkodzenie, wyeliminowanie go i powrót na pokład. Aby dokonać kontroli obwodów, należy wyjąć szufladę z mineralizowanym RNA, odczytać wartości w okienkach pod zespołami kryształów nadajnika splątaniowego...

Adam słuchał i obserwował, jak wahadłowiec zbliża się do niedużego satelity. Najprościej byłoby go teraz załadować, wrócić na powierzchnię księżyca i dokonać napraw na stacji; i tak by się stało, gdyby rzecz dotyczyła którejś z baz umiejscowionych w pobliżu portalu kosmicznego. Tutaj nieodmiennie zaś chodziło o oszczędność. Bartold zdawał sobie doskonale sprawę, że całe to gadanie o kosztach niewiele było warte. W porównaniu z nieudaną wyprawą kolonizacyjną środki przeznaczone na sukcesywne doposażenie stacji badawczej były czymś drobniejszym niż kropla w morzu. Ale administracja ma to do siebie, że zawsze oszczędza na projektach, które nie bardzo interesują wyższych urzędników, a sponsorujące je koncerny przemysłowe nie zamierzały bawić się w filantropię. Badania spiagotów, jakkolwiek mogły przynieść w przyszłości wymierne korzyści, co podkreślał podczas rozmowy Wintermann, jak na razie najwyraźniej nie stanowiły oczka w głowie sfer rządowych. I nic dziwnego. Zapyziały świat w zapyziałym zakątku galaktyki Andromedy leżał zbyt daleko, aby go tak łatwo było zauważyć. Przynajmniej na to wyglądało.

– Czy chce pan wysłuchać kolejności działań ponownie? – spytał mózg.

– Nie! – Adam spojrzał z niejaką odrazą pod nogi. Gdzieś tam, zabezpieczony amortyzatorami przeciążeniowymi spoczywał główny komputer wahadłowca.

– W takim razie może pan udać się do śluzy.

Bartold dotknął pulsującego zielono światełka, które pojawiło się na jego piersi. Lekki szczęk oznajmił, iż skafander uwolnił się z magnetycznych wiązań przytwierdzających go do fotela. Z lekkim syknięciem odjechały w górę drzwi prowadzące do śluzy. Pilot sprawdził kryzę skafandra, odpiął bańkę hełmu, zamontował ją z powrotem. Można wpaść w rutynę, można zlekceważyć różne procedury, ale szczelność ubioru to rzecz święta. Człowiek potrafi poradzić sobie z najstraszniejszymi problemami pod jednym warunkiem – musi żyć i oddychać.

– Rozpoczynam procedurę wyjścia członka załogi wahadłowca Gamma sto trzydzieści w przestrzeń kosmiczną – oznajmił komputer.

Adam wiedział, że te słowa nie są przeznaczone dla niego, ale dla osoby w bazie monitorującej lot. Zapewne Walter nie był w tej chwili sam na stanowisku dyspozytora. Wyjścia w przestrzeń nieodmiennie budziły ciekawość. Pewnie dlatego, że dla większości członków personelu były zupełną egzotyką. Do bazy docierali zamknięci w bezpiecznych lądownikach i jedyne, co widzieli, to stacja kosmiczna przy portalu tranzytowym, kiedy przenoszono ich z pojazdu międzygwiezdnego do rakiet z napędem konwencjonalnym, którymi z kolei odbywali drogę w stanie półhibernacji, zanim dotarli do celu.

– Adam Bartold, komandor kapitan klasy A-dwa przechodzi do śluzy powietrznej...

– Skończ nadawanie w paśmie słyszalnym. Możesz chyba przekazywać komunikaty bez zadręczania mnie gadaniem. I bez ciebie wiem, co właśnie robię.

Wściekanie się na komputer nie miało sensu, ale omawianie każdego ruchu pilota było po prostu nieznośne. Adam odetchnął, kiedy monotonny głos wreszcie zamilkł. Zazwyczaj na wahadłowcach nie montowano aż tak sprawnych urządzeń. Dla potrzeb lotów bezpośrednich wystarczał komp standardowy, który miał dość ograniczony słownik. Ten kosmiczny pojazd został najwyraźniej zmodyfikowany na potrzeby wyprawy naukowej. Może oczekiwano, że jakiś członek załogi zechce wykorzystać możliwości maszyny poza atmosferą Zoroastra? Całkiem słusznie, nigdy przecież nie wiadomo, co wpadnie do głowy jajogłowym. Wydatkowanie środków na taki zbytek mogło się opłacić. Zresztą środków niewielkich, gdyż cena nowszej jednostki logicznej nie odbiegała tak bardzo od starszych modeli, przynajmniej dla odbiorcy państwowego, bo dla firm stosowano inne zasady rozliczeń, bardziej zaporowe.

Bartold przeszedł do ciasnej komory śluzy, właz zasunął się, zapłonęło czerwone światło. Mężczyzna stanął przodem do luku prowadzącego na zewnątrz. Od tej chwili mózg jednostki przestał samodzielnie prowadzić procedurę wyjścia. Wszystko, a raczej prawie wszystko zależało od człowieka, komputer wykonywał tylko polecenia. Ich tempo było sprawą wychodzącego, o ile czynił to w granicach rozsądku. Jeśli program uznałby, że czynności zajmują zbyt wiele czasu, zatrzymałby proces i zablokował wyjście, gdyż istniałoby podejrzenie, iż pilot nie jest w pełni sprawny.

– Kontrola szczelności skafandra – powiedział Adam.

Ze ściany wysunęły się giętkie ramiona zakończone miękkimi sondami, zbadały ubiór najpierw z góry na dół, a potem rozbiegły się we wszystkie strony w pozornym chaosie. Za plecami pilota działo się to samo.

– Skafander szczelny – podał mózg.

– Przyjąłem. Kontrola wskaźników osobistych.

Giętkie ramiona znikły, ich miejsce zajęła pojedyncza cieniutka sonda, która wpełzła w płytkę umiejscowioną na lewym przedramieniu. Można było tę operację wykonać drogą radiową, ale procedury zalecały łącze kablowe, aby zupełnie wykluczyć wpływ warunków zewnętrznych.

– Wskaźniki wewnętrzne sprawne. – Sonda zniknęła.

– Przyjąłem. Kontrola wskaźników zewnętrznych.

Tym razem przez dłuższą chwilę nie działo się nic, bowiem komputer zdalnie sprawdzał funkcjonowanie monitoringu.

– Jednostki napędowe.

Z dwóch stron wyskoczyły ramiona podajników z olstrami rakiet, które po chwili zostały przytroczone do pasa, ramion, pleców i butów Adama.

– Kontrola zaczepów sznura.

Następne chwytaki wyłoniły się z podłogi. Jeden wyciągnął linę umiejscowioną w płaskiej puszce na prawym udzie, drugi uczynił to samo z uprzężą po drugiej stronie. Sprawdzenie chwytaka magnetycznego i mechanicznego zajęło ułamek sekundy.

– Wypompowanie powietrza.

Rozległ się szum pracującej sprężarki, który cichł w miarę jak życiodajną mieszankę zastępowała próżnia. Tylko leciutkie drżenie podłogi świadczyło o tym, iż maszyna pracuje.

– Próżnia dziewięćdziesiąt siedem procent – zameldował komputer.

Adam wyciągnął rękę, uderzył palcami w szeroki przycisk otwierający śluzę. Okrągły właz wysunął się najpierw na zewnątrz, a potem w bok. Bartold dostrzegł zwiewną mgiełkę przy otwierającej się krawędzi luku, kiedy resztka powietrza została wyssana w wolną przestrzeń.

– Wychodzę – powiedział. – Wyłącz elektromagnesy.

Ferromagnetyczne wkładki w podeszwach przylegające do podłogi zostały uwolnione, teraz wystarczyło odepchnąć się, żeby wypłynąć przez otwarty na całą szerokość właz.

Tak, odepchnąć się, ale w celu wykonania bezpiecznego manewru należało zachować jak najdalej idącą ostrożność. W warunkach zerowego ciążenia każdy nieostrożny ruch mógł spowodować nieoczekiwane, groźne w skutkach konsekwencje. Gdyby Adam odbił się zbyt mocno, mógłby zawadzić hełmem o krawędź luku, zahaczyć którąś z wystających części kombinezonu o panel umiejscowiony tuż przy wyjściu i sprawić, że pokrywa zaczęłaby się zamykać w chwili wychodzenia. Oczywiście, nad wszystkim czuwał mózg oraz systemy zabezpieczeń, lecz wśród ludzi latających przez wiele lat w dalsze i bliższe trasy krążyły opowieści o nieszczęśliwych zbiegach okoliczności, przez które nieostrożny pilot kończył bądź to przytrzaśnięty pokrywą, bądź uwięziony na zewnątrz statku. Ile w tym było prawdy, nie wiadomo, ale legendy były żywe w umysłach podróżników i działały na wyobraźnię.

Uwięziony na zewnątrz statku... Adam leciutko oderwał się od podłogi, poszybował w kierunku ziejącego czernią luku. Zasadniczo o uwięzieniu zwykło się mówić, kiedy nie można wyjść, a nie wtedy, gdy nie można było wejść do ciasnego wahadłowca, który wobec ogromu kosmosu jawił się jako bardzo malutka cela. Jednak w przestrzeni kosmicznej wiele utrwalonych poglądów i nawyków, zdających się wręcz aksjomatami, bądź to nabierało nowych odcieni, bądź to diametralnie zmieniało znaczenie. Pilot podejrzewał, że opowieści o nieszczęśliwych wypadkach w dużej mierze były fabrykowane i puszczane w obieg przez armatorów, obawiających się, by rutyna nie skłoniła pracowników do zaniechania procedur. Obawa bywa najlepszym lekarstwem na lekkomyślność.

Wypłynął na zewnątrz. Wahadłowiec dzieliło od satelity około trzystu metrów. Komputery obu jednostek ustaliły prędkość, znieruchomiały, przynajmniej pozornie dla układu odniesienia, jaki stanowił człowiek. Adam nastawił koordynaty dla systemu napędowego skafandra na satelitę. Wyświetlacz w hełmie skrzyżował linie w miejscu, gdzie widać było solidną klapę przekaźnika komunikacyjnego. Astronauta już miał zatwierdzić rozkaz uderzeniem palca w przycisk wykonawczy na płytce, kiedy jego wzrok padł na Valhallę. Znieruchomiał, porażony niesamowitym widokiem. W tej chwili dotarło do niego z całą mocą, dlaczego Goransson tak a nie inaczej nazwał planetę. Z powierzchni Zoroastra Bartold jeszcze nie miał okazji jej zobaczyć w całej okazałości, a obraz przekazywany przez kamery statku czy wahadłowca nie oddawał całej prawdy. Valhalla naprawdę mogła kojarzyć się z groźnymi zaświatami. Widoczna z kosmosu część atmosfery gazowego olbrzyma wyglądała rzeczywiście tak, jakby potężni tytani toczyli wojnę gdzieś w tej mgle o różnych odcieniach zieleni, wywołując niewyobrażalne burze i nawałnice. Tyle że w mitologicznej Valhalli bitwy toczyły się w dzień, zaś wieczorami wszyscy zasiadali do uczty. Tutaj nie mogło być o tym mowy. Po ciemnej stronie szalały nieodmiennie te same żywioły. Zresztą prawdziwej ciemnej strony planeta nie posiadała – jaśniała własnym światłem, co było widać doskonale wtedy, gdy znajdowała się dokładnie między Zoroastrem a słońcem. Było to światło mętne i rozproszone, ale jednak Valhalla dostarczała więcej blasku niż ziemski księżyc w pełni. Procesy zachodzące w jej wnętrzu dostarczały także całkiem sporo ciepła obiegającym ją naturalnym satelitom. Przynajmniej tyle, żeby azotowo-metanowo-helowa atmosfera globu, na którym umiejscowiono stację badawczą, pozostawała w stanie w miarę dynamicznym, nie była uśpiona temperaturami bliskimi zera absolutnego. Samo słońce ani jego odbite od Valhalli promieniowanie nie byłoby w stanie ogrzać w ten sposób najbliższej przestrzeni. Nie mówiąc już o gwieździe fioletowej, która zdawała się więcej światła zabierać niż dawać.

Adam otrząsnął się z zapatrzenia. Groźny majestat olbrzyma przykuwał uwagę bez reszty, ale trzeba było wykonać zadanie. Włączył rakietki. Powoli uniosły go w stronę satelity. Kiedy znalazł się kilka metrów od pokrywy zabezpieczającej komunikator, dysze umieszczone na ramionach wyhamowały, ustawiły astronautę precyzyjnie naprzeciwko celu.

– Komodorze Wintermann – powiedział. Mózg pokładowy natychmiast przekazał komunikat do dyspozytorni na Zoroastrze. – Przystępuję do skontrolowania stanu obwodów przekaźnika dalekiego zasięgu. Proszę o pozwolenie zdjęcia pokrywy urządzenia.

Odpowiedź nadeszła dopiero po chwili, jakby człowiek na dole musiał zebrać myśli. Opóźnienie w komunikacji przy odległości orbity wynoszącej pięćset kilometrów wprawdzie istniało, ale wynosiło zaledwie niecałe dwie tysięczne sekundy, było więc praktycznie niezauważalne, zaś Walter zwlekał dobrą chwilę.

– Zezwalam na zdjęcie pokrywy przekaźnika, komandorze Bartold.

– Zrozumiałem.

Adam już wyciągnął rękę, już wysunięty z rękawicy manipulator zakończony głowicą klucza zeroobrotowego dotknął prawie nakrętki, kiedy mężczyzna szarpnął się w tył, widząc odchodzący w bok, ledwie widoczny włos miedzianego drucika. Coś było nie tak. Jednak sama końcówka klucza, mimo gwałtownego ruchu wstecznego, dotknęła mocowania płyty. W tym momencie świat wokół mężczyzny zawirował. Głowica narzędzia zsunęła się wprawdzie ze śruby, ale zahaczyła o wystającą nieco kryzę, zaklinowała się i pociągnęła za sobą pilota. W pierwszej chwili odruchowo szarpnął lewą dłonią ku panelowi dysz skafandra, ale natychmiast zrezygnował. Siła przeciwna do ruchu wirowego satelity mogłaby albo uszkodzić skafander, albo odrzuciłaby Adama od obiektu na tyle mocno, żeby nie był w stanie wrócić do wahadłowca na resztkach paliwa w olstrach odrzutowych. Nie był pewien, czy komputer wahadłowca byłby w stanie samodzielnie wykonać akcję ratunkową. Na pewno gdyby na powierzchni księżyca siedział doświadczony dyspozytor, można by liczyć na pomoc, ale w umiejętności Waltera Bartold musiał wątpić z zasady. Zresztą, w tamtej chwili nie analizował tego wszystkiego, postąpił tak, jak mu nakazywał instynkt – dał się ciągnąć satelicie, jednocześnie uwalniając z uprzęży zaczep magnetyczny, który natychmiast przyssał się do metalowej powierzchni poniżej plastmatowego luku komunikatora. Adam skrócił maksymalnie długość linki, jednocześnie rozglądając się za uchwytem do zamocowania haka drugiego zabezpieczenia. W zasadzie powinien się przypiąć jak najmocniej, zanim jeszcze przystąpił do pracy, takie w każdym razie były zapisy regulaminu. Ale nikt przecież tego nie robił przy nieruchomych obiektach. Po co krępować sobie ruchy i ryzykować zaplątanie się w liny? W szaleńczym pędzie dostrzegł wreszcie wystający nieco z boku pierścień do mocowania zaczepu automatycznego. Był na wyciągnięcie ręki, ale w tym położeniu równie dobrze mógł się znajdować w innej galaktyce. Że też w skafandrze nie zamontowano samodzielnych elektromagnesów albo chociaż zwyczajnych przyssawek! Cóż, odzywała się wszechobecna tutaj oszczędność. W pełni wyposażony kosmiczny ubiór ważyłby dobrych kilkanaście kilogramów więcej, byłby zatem droższy w transporcie. Z drugiej strony, po co wlec tak daleko specjalistyczny sprzęt? Przecież nikt nie przewidywał, że członkowie zespołu będą musieli wychodzić w przestrzeń, a jeśli nawet, to nie dla dokonywania napraw.

– Co się dzieje?! Co tam się dzieje?!

Dopiero w tej chwili Adam zdał sobie sprawę, że dyspozytor nawołuje go od jakiegoś czasu.

– Drobne problemy, komodorze – wycedził. – Ktoś tutaj zastawił bardzo przykrą pułapkę.

Uspokoił oddech, zaczął się rozglądać. Rzeczywiście, pod panelem ogniw słonecznych dostrzegł niepasujący do reszty kształt – zewnętrzną, podwieszaną dyszę średniego ciągu, taką, jakiej zwykło używać się do wspomagania silników sond w warunkach wyjątkowo ekstremalnych. Z całą pewnością z drugiej strony korpusu znajdowało się drugie takie urządzenie, skierowane ciągiem w tę samą stronę. Inaczej satelita nie wpadłby w zawrotny ruch wirowy. Ale i tak stało się to zbyt szybko – dosłownie w ułamku sekundy. W przypadku normalnych dysz trwałoby to o wiele dłużej. Coś tu było na rzeczy. Bartold przyjrzał się urządzeniu: chyba przestało już pracować.

– Jaki mam czas obrotu? – spytał.

– Chwileczkę – doleciał drżący głos Wintermanna, ale od razu padła odpowiedź mózgu pokładowego:

– Jeden na sekundę i dwie setne.

Nieźle. Adam gwizdnął cichutko. Całkiem potężny kop.

– Komandorze Bartold – powiedział Walter bardziej już opanowanym tonem. – Proszę wracać na pokład wahadłowca.

– Zaraz, zaraz. Nie tak prędko.

– Proszę wracać, przecież w tych warunkach dalsze przebywanie w przestrzeni nie ma sensu.

Adam rozejrzał się uważnie. Przed oczami migała mu to sylwetka wahadłowca na tle Zoroastra, to zielona kula Valhalli.

– To nie będzie takie proste – odparł. – Trzeba chwilę pomyśleć. A poza tym nie widzę powodu, komodorze, żebym nie miał wykonać zadania. Chyba wszystkim zależy na uruchomieniu przekaźnika kwantowego?

Przez dłuższy czas panowało milczenie.

– Przecież jest pan tam jak na karuzeli! – zauważył wreszcie Walter.

– Proszę pamiętać, że przez trzydzieści lat pracowałem jako pilot dalekiego zwiadu. Wirówka, zupełnie jak w zamierzchłych czasach, jak najbardziej wchodzi w system szkolenia. Poradzę sobie.

Odetchnął głęboko. Opanowania lęku uczył się na specjalnych sesjach terapeutycznych, lecz nigdy nie dał rady wykorzenić go do końca. I bardzo dobrze, bo ktoś, kto zupełnie się nie boi, o wiele łatwiej popełnia błędy. Ocenił sytuację. Był dość solidnie zakotwiczony za sprawą skróconej do minimum uprzęży magnetycznej oraz zaklinowanego klucza, nie miał jednak pewności, co się stanie, jeśli oderwie rękę od powierzchni satelity. Zerknął jeszcze raz w stronę uchwytu. Stanowczo za daleko. No cóż, trzeba improwizować. Ostrożnie, bardzo powoli uwolnił głowicę klucza, jak najściślej przywierając do powierzchni urządzenia. Udało się, siła odśrodkowa nie oderwała go od wirującej konstrukcji. Teraz należało odkręcić zabezpieczenia. Kiedy wprowadzi szyfr i klapa się odsunie, będzie miał możliwość uchwycić się solidniej. Nałożył głowicę na nakrętkę. Klucz obracał się nieśpiesznie, ukazując wysuwający się, błyszczący gwint. Żeby sięgnąć wyższej nakrętki, Bartold musiał nieco się przesunąć. Ruch spowodował, że odpadł od gładkiej płaszczyzny, zawisł na lince, czy raczej nie tyle zawisł, co siła odśrodkowa oderwała go od wirującej powierzchni, próbując wysłać w przestrzeń. Jednak w jego subiektywnym odczuciu bardziej przypominało to właśnie wiszenie. Zwiększył obroty klucza. Magnetyczny zaczep był niezawodny pod warunkiem, że nie płynął przez niego prąd. A tutaj mogło zdarzyć się wszystko. Dowcipniś, który przygotował niespodziankę w postaci dysz, mógł zastawić także inne pułapki. Kiedy śruby wyszły, Adam wprowadził kod. Klapa zaczęła się odsuwać, a pilot odetchnął z ulgą, natychmiast chwycił za uwolnioną od osłony krawędź. W środku, na szynach, połyskiwały kryształy przekaźnika. Astronauta zaczepił hak drugiej liny tuż przy ich mocowaniu.

– Wyświetl schemat – zażądał.

Natychmiast wewnątrz hełmu rozbłysły najpierw symbole, a potem graficzny obraz przedstawiający strukturę urządzenia. Na pierwszy rzut oka było widać, że coś jest nie tak.

– Części organiczne uległy zniszczeniu, komodorze – poinformował Adam.

– Słucham? – W głosie Wintermanna zabrzmiała nutka paniki.

– Zniszczeniu uległy struktury organiczne przekaźnika – powtórzył pilot. – Część kryształów RNA świeci barwami alarmowymi, zaś reszta w ogóle nie działa.

– Da się coś z tym zrobić?

– Na miejscu z całą pewnością nie. To robota dla inżyniera w warunkach laboratoryjnych i to nie w zwyczajnej bazie.

– Co w takim razie zrobimy?

W innym położeniu Adam wzruszyłby ramionami. Tutaj nie miało to sensu.

– Sprawdzę obwody panelu generatora splątaniowego, wymontuję uszkodzone składniki i wracam.

Na dole znów zapanowała cisza.

– Rozumiem – rozległ się wreszcie głuchy głos. – Proszę przystąpić do pracy.

Bartold podłączył do gniazda centralnego przewód sprzężony z nadajnikiem. Mózg pokładowy wahadłowca wykonał testy w ułamku sekundy.

– Uszkodzone obwody rybonukleinowe – potwierdził diagnozę pilota. – Uszkodzone układy krystaliczne obwodów centralnych generatora splątaniowego.

Adam zabrał się za odkręcanie szyny. Tym razem nie musiał zachowywać się tak ostrożnie, jak w przypadku śrub, poszło więc dość szybko. Zsunął przezroczyste pojemniki, schował je do zasobnika na brzuchu.

– Gotowe, komodorze – oznajmił. – Wracam na pokład wahadłowca.

– Doskonale. Uruchomię procedurę ratowniczą...

– Nie! – Adam prawie krzyknął. Wintermann kazałby komputerowi wahadłowca obliczyć koordynaty, żeby pojazd podszedł bliżej, dostosował ruch do obrotów satelity i przerzucił linę ratowniczą, co nie było najbezpieczniejszym rozwiązaniem w obecnej sytuacji. – Nie. Nie trzeba. – Po chwili pilot uspokoił się na tyle, by wyjaśnić:

– Nie widzę stąd rufy satelity, ale jeśli i tam została zamontowana jakaś niespodzianka, może być wesoło. Musimy przecież założyć, że coś tam jest, prawda?

– Mózg wahadłowca może sprawdzić...

– Jakoś nie sprawdził i nie zameldował, że pod bateriami zamontowano dysze.

– Coś pan sugeruje?

– Nic nie sugeruję. Po prostu maszyna nie jest w stanie po ludzku zinterpretować wszystkiego, co rejestruje. A poza tym, co miałbym niby zrobić z liną ratowniczą? Rzucić się na nią z chyżością małpy i liczyć na szczęście?

– Co zatem pan proponuje? Nie da pan przecież rady precyzyjnie trafić z powrotem do wahadłowca.

Adam spojrzał na przemykający właśnie nad głową mały statek kosmiczny. Długa, smukła sylwetka ze schowanymi w tej chwili skrzydłami wydawała się na wyciągnięcie ręki. Doskonale widział otwarty luk śluzy, wypisane czerwoną farbą oznaczenia jednostki.

– Poradzę sobie.

Zerknął na wskaźniki stanu paliwa w dyszach. Całkiem przyzwoicie – po trzy czwarte ładunku w zasadniczych i pięćdziesiąt procent w manewrowych. Ale próbę miał tylko jedną. W razie gdyby poleciał w przeciwną stronę niż wahadłowiec, mogłoby być różnie.

– Mózg jednostki – powiedział. – Oblicz optymalną trajektorię lotu pilota i najwłaściwszy moment oderwania się od satelity przy wykorzystaniu siły odśrodkowej. Weź pod uwagę dodatkową masę zabranego przed chwilą ładunku. Pozycja pilota następująca, obserwuj. – Chwycił dolną krawędź skrzynki przekaźnika, wyprostował ramiona, pozwalając się ciągnąć satelicie w tej pozycji. – Będziesz odpalał zdalnie silniki dysz osobistych. Dokonaj odpowiednich obliczeń.

– To szaleństwo – odezwał się Wintermann. – Nie lepiej zaryzykować podejście, komandorze?

– Nie lepiej. Proszę na wszelki wypadek przygotować się do wysłania ekipy ratunkowej. Chociaż jeśli poleciałbym z całym impetem w przeciwną stronę niż statek, czarno to widzę.

Z pół minuty trwało, zanim dyspozytor znów się odezwał:

– Zgoda. Niech pan robi swoje.

– Tak jest. Mózg jednostki, przelicz jeszcze raz prędkość obrotu, wylicz trajektorię i czas odpalania silniczków manewrowych skafandra. Na osiemnaście setnych przed sekundą zero dasz mi znak ostrym sygnałem dźwiękowym.

– Na osiemnaście setnych przed sekundą zero – powtórzył komputer.

– Podaj sygnał próbny.

Adam miał już najzupełniej dość tej karuzeli. Gazowy olbrzym zdawał się chwilami zlewać w jedno z wahadłowcem i srebrzystym teraz Zoroastrem.

– Sygnał próbny – oznajmił komputer.

W uszy pilota wdarł się krótki, wysoki wizg.

– Zacznij odliczanie od piętnastu.

– Piętnaście... Czternaście...

Adam odpiął linę od mocowania szyny, poczekał, aż skryła się razem z hakiem w zasobniku.

– Dziesięć... dziewięć...

Magnetyczna przyssawka odskoczyła od korpusu satelity. Adam wyprostował ręce, przymknął oczy, czekając na sygnał.

– Pięć... cztery... trzy... dwa... jeden...

Napiął mięśnie. Wysoki wizg rozległ się niespodziewanie, właśnie o ten ułamek sekundy za wcześnie w stosunku do tego, czego oczekiwał umysł, omamiony rytmem odliczania. Bartold puścił krawędź skrzynki, otworzył oczy. Dysze na udach włączyły się na krótką chwilę, ciało pilota powoli leciało wprost ku wahadłowcowi. Zbyt szybko! I za bardzo do góry!

Nie czekając na decyzję komputera, zablokował zdalne sterowanie, sam włączył dysze pomocnicze na ramionach, dał pełny ciąg. Jednocześnie wystrzelił w kierunku statku linę z końcówką magnetyczną. Zmierzał pozornie wprost do śluzy, wiedział jednak, że przy takiej trajektorii minie ją o włos, uderzy w burtę, odbije się i pofrunie w stronę księżyca. Spłonięcie podczas wejścia w atmosferę było ostatnią rzeczą, o której marzył.

Lina przylgnęła do wahadłowca, w tej samej chwili Adam zaczął ją zwijać. Naprężyła się, zmieniła kierunek lotu mężczyzny. Dał teraz ciąg wsteczny. Szarpnęło nim w tył, potem silniki zamilkły, wskaźniki paliwa wskazywały zero. Zatrzymał się prawie zupełnie, lina bardzo powoli luzowała się, wskazując, że zbliża się jednak do wahadłowca, choć bardzo powoli. W tej sytuacji mógł tylko czekać, korygując lot delikatnymi pociągnięciami. Na szczęście zaczep przylgnął do powierzchni statku tuż obok włazu.

Wpłynął do śluzy, zahaczając ramieniem o jej krawędź. Obróciło go o sto osiemdziesiąt stopni. Widział teraz satelitę wirującego z zawrotną prędkością.

– Komodorze Wintermann – powiedział. – Żądam, aby na powierzchnię Zoroastra sprowadził mnie mózg bazy. Proszę odłączyć możliwość sterowania statkiem przez jego integralną jednostkę.

– Ale...

– Proszę tak zrobić, komodorze! – ryknął Bartold. – Natychmiast i bez dyskusji!

Teraz patrzyli na niego nieco inaczej niż wtedy, kiedy po raz pierwszy wchodził do jadalni. W ich oczach oprócz rezerwy zobaczył coś w rodzaju podziwu. Czekali na niego w piątkę: oczywiście, Walter jako szef i Noel, który pełnił tego dnia rolę oficera dyżurnego. Poza nimi była jeszcze Zoja, gotowa w każdej chwili popędzić do gabinetu udzielić pomocy potrzebującemu, Teresa jako opieka psychologiczna i Sandra. Ta ostatnia, jak ocenił Adam, przyszła tylko i wyłącznie z ciekawości, bo absolutnie nie była potrzebna. Spoglądała to na Wintermanna, to na Bartolda. Adam skinął jej leciutko głową, rewanżując się za tamten uśmiech przy obiedzie. Nie odpowiedziała nawet najmniejszym grymasem, miała zaciśnięte wargi i zmarszczone brwi.

– O co chodzi? – zapytał ostro dowódca. – Dlaczego kazał pan wyłączyć mózg wahadłowca?

Adam spojrzał w zadumie na ekran przekazujący obraz z lądowiska. Nad uskrzydloną teraz rakietą zasuwał się dach podziemnego hangaru.

– Na wszelki wypadek – odpowiedział z namysłem. – Miałem wrażenie, że dzieje się coś niedobrego.

– Wrażenie?! – Walter tym razem rozeźlił się na dobre. – A odkąd to piloci dalekiego zwiadu opierają się na wrażeniach?

– Od zawsze. – Adam zachował spokój. – Przedtem sam pan nie chciał ryzykować, nawoływał mnie do powrotu, a teraz wyrzuca mi nadmiar ostrożności?

– Nie doda pan teraz „komodorze”? – spytał Wintermann zjadliwym tonem.

– Nie jestem na pokładzie statku – Bartold wzruszył ramionami. – Jako pilot nie podlegam już niczyim decyzjom, a pan nie dowodzi więcej niż jedną jednostką.

– Nie do końca chyba to wszystko rozumiem. Te wasze wojskowe skomplikowane procedury...

– To raczej obyczaj niż procedura. Tytuł komodora nadawano w odległej przeszłości oficerom pełniącym funkcje admiralskie wtedy, kiedy chciano dociążyć ich obowiązkami, ale nie wypłacać iście królewskiej gaży. Potem nazywano tak dowódców zgrupowań morskich, a w trakcie eksploracji kosmosu jeszcze rozszerzono ten termin. W przestrzeni każdą bazę czy stację uznajemy za statek floty cywilnej lub wojskowej, a zatem w sytuacji takiej jak dzisiejsza, kiedy był pan odpowiedzialny za dwie jednostki, przysługiwał panu tytuł komodora. Myślałem, że doskonale pan o tym wie.

Walter potrząsnął głową, uśmiechnął się z przymusem.

– Jestem rasowym cywilem, niestety – mruknął. – Proszę w takim razie wybaczyć mój poprzedni sarkazm. Napędził nam pan niezłego stracha.

– Sobie też, proszę mi wierzyć. To nie było najprzyjemniejsze doświadczenie w moim życiu.

– Co tam się właściwie stało?

– Oczekiwałem, że wy mi powiecie. Mieliście przecież dość czasu na analizę materiału.

– Pan też.

Adam spuścił wzrok, wyglądał w tym momencie jak chłopiec przyłapany na psocie.

– Spałem.