Żony kartelu - Olivia Flores, Mia Flores - ebook
Opis

 

Książka powstała na podstawie autobiograficznych wspomnień żon nierozłacznych bliźniaków Pedro i Jaya Floresów, podwójnej prawej ręki „El Chapo” Guzmana – meksykańskiego barona narkotykowego, potężnego, niebezpiecznego przestępcy, o którym zrobiło się głośno za sprawą brawurowej ucieczki z więzienia, a następnie nie mniej spektakularnego aresztowania.

Bracia Flores, świadkowie, uczestnicy, wykonawcy oraz zleceniodawcy nielegalnych procederów kartelu z Sinaloi, przez wiele lat poszukiwani listem gończym, prócz błyskotliwej kariery w biznesie narkotykowym u boku swoich żon – Mii i Olivii – realizowali się jako przykładni ojcowie i mężowie, i to właśnie za sprawą nacisku ze strony rodzin pewnego dnia zdecydowali się na współpracę z amerykańskimi władzami i przyczynili się do aresztowania czołowych członków kartelu. Nierozłączni bracia również odsiadują wyroki, łagodne i w samotności, a ich rodziny zostały objęte programem ochrony świadków. Małżonki wzięły sprawy w swoje ręce i kreślą osobisty obraz przestępczego świata, w którym żyły, opisują działania potężnego kartelu, jego ekstrawagancje, skalę przemytu narkotyków i wprost niewiarygodny blichtr.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 543

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Tytuł oryginału: Cartel wives

Przekład: Jolanta Sawicka

Projekt okładki: Katarzyna Konior/studio bluemango.pl

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Bogusława Jędrasik

Zdjęcie wykorzystane na okładce:

© Valua Vitaly/Shutterstock

© piyaphong/Shutterstock

Copyright © 2017 by Cartel Wives

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-0767-2

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Mojemu mężowi. Bez ciebie nie byłabym dziś tym, kim jestem. Jesteś dla mnie wszystkim od dnia, kiedy powiedziałam „Kocham cię”. Ziemskie życie z tobą to wciąż za mało. Chcę być z tobą na wieki.

Mia

Mojemu mężowi i najlepszemu przyjacielowi. Znów miałeś rację. Kiedy mówiłeś, że podpiszę umowę na płytę albo, jak teraz, umowę na książkę, nie wyobrażałam sobie tego. Wierzyłeś we mnie, podbudowywałeś moje morale i wspierałeś mnie. Kiedy chciałam się wycofać, dodawałeś mi otuchy i zachęcałeś, abym dokończyła dzieła. Mówiłeś, że ciężkie czasy pomogą mi dorosnąć i zobaczyć, jak zostałam wyróżniona. Dopiero pisząc tę książkę, uświadomiłam to sobie. Motywowałeś mnie, byłeś moją inspiracją i moim największym fanem. Mając cię u swego boku, jestem w stanie osiągnąć wszystko, w co włożę swe serce. Zawsze stawiałeś mnie na pierwszym miejscu, widziałeś we mnie dobro i budziłeś we mnie to, co najlepsze. Dzięki tobie spełniły się wszystkie moje marzenia. Będę cię kochać i hołubić do końca mojego życia.

Olivia

Nieodżałowanej pamięci Margarito Floresowi seniorowi. Nigdy cię nie zapomnimy. Spoczywaj w pokoju. Kochamy cię.

GŁÓWNE POSTACIE(w porządku alfabetycznym)

Tomas Arevalo-Renteria, znany jako „Tommy”. Pochodził z Sinaloa i został najlepszym przyjacielem Juniora Floresa. W Chicago był pierwszym dostawcą z Meksyku, z którego korzystali bliźniacy, a wkrótce potem zaczął dla nich pracować. Bracia Floresowie przyczynili się później do wniesienia oskarżenia przeciwko niemu.

Alfredo Beltrán Leyva, pseudonim„Mochomo”. Jest młodszym bratem Arturo i założycielem, razem ze swymi czterema braćmi, Beltrán Leyva Organization (BLO), jednego z głównych karteli w Meksyku. Wraz z Arturo pełnił funkcję bossa BLO. Głównie dzięki współpracy braci Floresów nie doszło do procesu Alfredo, i dwudziestego trzeciego lutego 2016 roku Mochomo przyznał się do zarzucanych mu przestępstw. Obecnie odsiaduje wyrok dożywocia.

Arturo Beltrán Leyva, pseudonim„La Barba”, używający także samozwańczego tytułu „Jefe de Jefes”, czyli „Boss wszystkich bossów”. Razem ze swymi czterema braćmi założył Beltrán Leyva Organization (BLO), jeden z najpotężniejszych karteli w Meksyku. BLO była sprzymierzona z kartelem Sinaloa do 2008 roku, kiedy to obie organizacje zaczęły ze sobą toczyć wojnę. Był głównym bossem kartelu do śmierci, którą poniósł podczas ataku Navy SEALs szesnastego grudnia 2009 roku.

Joe Bonelii. Wieloletni adwokat Petera i Juniora Floresów, który bronił ich brata Adriana, kiedy postawiono mu zarzut handlu narkotykami, a potem wziął ich sprawę, gdy zdecydowali się zostać informatorami federalnymi. W trakcie pobytu braci w więzieniu Joe uznał, że znalazł się na celowniku karteli, pałających chęcią odwetu, i poprosił, aby nie używano jego nazwiska, w związku z czym zostało ono usunięte ze wszystkich dokumentów publicznych.

Ruben Castillo. Główny sędzia Sądu USA dla Północnego Dystryktu Illinois, który przewodniczył federalnym rozprawom Petera i Juniora Floresów.

David. Prawnik Juniora Floresa, czołowy adwokat chicagowski, który został wynajęty, kiedy Junior negocjował swą ugodę obrończą.

Eric. Agent specjalny z biura DEA w Chicago. Został jednym z głównych agentów nadzorujących sprawę braci Floresów, kiedy zostali informatorami.

Manuel Fernández Valencia, alias„La Puerca” lub„El Animal”. Współpracownik karteli Sinaloa i BLO, który kontrolował sieć tuneli z Mexicali do Calexico i stał się zaufanym partnerem biznesowym braci Floresów. Został schwytany i aresztowany pod koniec 2010 roku.

Adrian Flores. Starszy brat bliźniaków Pedro Floresa i Margarito Floresa jr. Został aresztowany za przemyt narkotyków w sierpniu 1998 roku. Usilnie starał się, aby młodsi bracia żyli uczciwie, ale jego aresztowanie stworzyło pustkę finansową w rodzinie, co stało się przyczyną rozpoczęcia przez bliźniaków budowy ich własnego imperium narkotykowego.

Amilia Flores. Wdowa po Margarito Floresie seniorze. Miała ze swoim zmarłym mężem siedmioro dzieci.

Daniela Flores. Żona Adriana Floresa. Razem z resztą rodziny Flores uciekła z Meksyku w 2008 roku.

Margarito Flores jr., znany jako „Junior”. On i jego brat Pedro (Peter), bliźniacy, urodzili się 12 czerwca 1981 roku w Chicago jako najmłodsi z siódemki dzieci. Obaj zostali najważniejszymi współpracownikami federalnymi w historii USA. Zgodnie z planem mają zostać zwolnieni z więzienia nie później niż w 2021 roku.

Margarito Flores senior. Urodzony w 1937 roku w środkowej części Meksyku. Był ojcem dwanaściorga dzieci. Szkołę porzucił w trzeciej klasie, w 1959 roku poślubił swoją żonę, a w 1969 wyemigrował do Chicago. W 1981 roku został skazany na dziesięć lat więzienia za posiadanie narkotyków, a po wyjściu na wolność uczył swoich małych synów narkotykowego rzemiosła. Wrócił do Meksyku w 2009 roku i już nigdy potem go nie widziano.

Mia Flores. Urodzona w Chicago w 1980 roku, córka policjanta z jednostki specjalnej chicagowskiego wydziału policji. W 2005 roku wyszła za mąż za Petera Floresa, a obecnie razem z dwójką swoich małych dzieci żyje w ukryciu.

Olivia Flores. Urodzona w Chicago w 1975 roku w rodzinie chicagowskiego policjanta. W 2005 roku wyszła za mąż za Margarito Floresa jr., a obecnie razem z dwójką swoich małych dzieci żyje w ukryciu.

Pedro Flores, znany jako „Peter”. On i jego brat Margarito, bliźniacy jednojajowi, urodzili się dwunastego czerwca 1981 roku w Chicago jako najmłodsi z siódemki dzieci. Obaj zostali najważniejszymi współpracownikami federalnymi w historii USA. Zgodnie z planem mają zostać zwolnieni z więzienia nie później niż w 2021 roku.

Kevin Garcia, znany powszechnie jako K. Ważny członek gangu Latin Kings. Był drugim mężem Olivii Flores. W czerwcu 2003 roku został zastrzelony w Chicago przez członków konkurencyjnego gangu.

Sergio Gomez. Płatny informator chicagowskiego wydziału policji, począwszy od końca lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Gomez stał za porwaniem Petera Floresa w Chicago w 2003 roku. Uważa się, że przez wszystkie te lata porwał i okradł, z pomocą skorumpowanych policjantów, jeszcze co najmniej dwudziestu dziewięciu dilerów narkotykowych. W 2015 roku Gomez został skazany na czterdzieści lat więzienia.

Joaquín Guzmán Loera, pseudonim„El Chapo”. Urodził się czwartego kwietnia 1957 roku w rodzinie biednego hodowcy bydła z meksykańskiego stanu Sinaloa. Piął się w górę, aż został szefem kartelu Sinaloa, najpotężniejszym i najbardziej poszukiwanym baronem narkotykowym na świecie.

Mark Jones. Chłopak Mii Flores z okresu szkoły średniej i college’u. Był policjantem w chicagowskim wydziale policji. W 2012 roku po potężnym skandalu korupcyjnym w policji przyznał się do okradania podejrzanych o handel narkotykami oraz innych obywateli Chicago. Ponieważ pracował jako tajniak, został skazany tylko na dwa miesiące więzienia.

Leo. Pierwszy mąż Olivii Flores. Mając nadzieję na łagodny wyrok, przekazał prokuratorom informację o planie porwania rodziców Olivii Flores przygotowywanym przez Sergio Gomeza.

Matthew. Agent specjalny z biura DEA w Milwaukee. W 2004 roku przeprowadził naloty na domy braci Floresów, co doprowadziło do ich ucieczki z kraju i ukrywania się przed wymiarem sprawiedliwości. Blisko współpracował z Erikiem przy sprawie braci Floresów, kiedy zostali informatorami.

Músico. Prawa ręka Arturo Beltrána Leyva i ważny „porucznik” w BLO.

German Olivares. Prawa ręka „El Chapo” i członek ścisłego kierownictwa kartelu. Kontrolował plazę w Juárez.

Rubén Oseguera Cervantes, pseudonim„El Mencho”. Wzbudzający strach przywódca kartelu Nowe Pokolenie. Zabarykadował kiedyś Guadalajarę i podpalił banki, autobusy i stacje benzynowe, po czym zamieścił odpowiednie filmiki na YouTubie. Znany jest z tego, że morduje żołnierzy armii meksykańskiej i zestrzeliwuje helikoptery wojskowe za pomocą ręcznych wyrzutni rakietowych. Po złapaniu „El Chapo” jest najbardziej poszukiwanym baronem narkotykowym w Meksyku.

Pablo, dla Petera i Juniora Floresów „wuj Pablo”. Był starym przyjacielem rodziny i wspólnikiem kartelu Sinaloa, z którym przez wiele lat współpracował, zajmując się dostawami. Stał za porwaniem Petera Floresa w kwietniu 2005 roku i Margarito Floresa Seniora w grudniu 2005 roku. Kiedy zdradził „Chapo” i nie spłacił swego długu wobec kartelu, sam został porwany, po czym sicarios wielkiego barona narkotykowego wykonali na nim egzekucję.

Paco. Jeden z bliskich przyjaciół Juniora Floresa. Jego bossem w BLO był Músico; compadre Chapillo Lomasa. Był odpowiedzialny za zebranie pięciuset tysięcy dolarów miesięcznie, które płacono urzędnikom meksykańskim za otwarcie szlaków narkotykowych.

Rambo. Główny sicario (płatny zabójca) „El Chapo”, a także szef komórki płatnych zabójców w stanie Jalisco.

Tom. Zastępca prokuratora federalnego dla Północnego Dystryktu Illinois w latach 2004–2015. Prowadził dochodzenie w sprawie braci Floresów i przygotował ich oskarżenie oraz występował w dziesiątkach postępowań następczych, które wynikły z ich sprawy. Zrezygnował ze służby państwowej na rzecz praktyki prywatnej w lutym 2015 roku.

Alfredo Vásquez-Hernández. Compadre i wieloletni przyjaciel „El Chapo”, który został partnerem biznesowym braci Floresów, kiedy postanowili otworzyć firmę zajmującą się transportem mebli, co umożliwiło im tajne przewożenie narkotyków w wagonach kolejowych. W listopadzie 2014 roku przyznał się do przemytu narkotyków i został skazany na dwadzieścia dwa lata więzienia.

Ismael Zambada García, pseudonim„El Mayo”. Urodził się w pierwszy dzień roku 1948. Był jednym z założycieli i przywódców kartelu Sinaloa, obok „El Chapo” Guzmána. Obecnie jest w stanie oskarżenia zarówno w USA, jak i Meksyku. Za jego ujęcie wyznaczono nagrodę w wysokości ponad pięć milionów dolarów. Po uwięzieniu „El Chapo” jest szefem kartelu Sinaloa.

Ismael Zambada Imperial, alias„Mayito Gordo”. Syn El Mayo, narkojunior, młodszy brat Vicente i Mayito Flaco. Został aresztowany niedaleko Culiacán w listopadzie 2014 roku. Oczekuje na ekstradycję do San Diego, gdzie ma stanąć przed sądem za handel narkotykami.

Vicente Zambada Niebla, znany jako „El Vicentillo” lub „El Niño”. Jeden z synów El Mayo. Vicente zaszedł wysoko, stał się numerem trzy w kartelu Sinaloa. Aresztowano go w 2009 roku, a w 2010 ekstradowano do USA, gdzie został informatorem federalnym. Obecnie oczekuje na ogłoszenie wyroku za handel narkotykami.

Ismael Zambada Sicairosalias„Mayito Flaco”. Młodszy brat Vicente i starszy brat Mayito Gordo. W styczniu 2015 roku w San Diego wniesiono przeciwko niemu oficjalne oskarżenie o handel narkotykami. Obecnie jest uciekinierem ukrywającym się przed wymiarem sprawiedliwości.

Wprowadzenie

Dla przyjaciół naszych dzieci jesteśmy najzwyklejszymi mamami, takimi samymi jak wiele innych mam mieszkających w podmiejskich dzielnicach i poświęcających większość czasu dzieciom.

W rzeczywistości jesteśmy żonami bliźniaków jednojajowych, którzy są niemal samodzielnie odpowiedzialni za błyskawiczny wzrost napływu narkotyków do Stanów Zjednoczonych w ciągu ostatnich dwudziestu lat. W latach 1998–2008 roku nasi mężowie, Pedro Flores i Margarito Flores jr., stali się handlarzami najwyższego szczebla, którzy przetarli szlak narkotykowy przez granicę meksykańską, przyczyniając się do ogromnego wzrostu ilości wwożonych do USA kokainy, heroiny, metamfetaminy i marihuany; narkotyki były dostarczane do ich centrali w Chicago, a stamtąd rozsyłane do prawie tuzina głównych miast Stanów Zjednoczonych i Kanady.

W 2008 roku, u szczytu swej kryminalnej działalności, Peter i Junior – pod takimi imionami ich znamy i tak będziemy ich nazywały w tej książce – powzięli trudną decyzję o współpracy z rządem federalnym, która zmieniła koleje i ich, i naszego życia; postanowili zostać informatorami i ostatecznie oddać się w ręce władz. Była to decyzja rodzinna, cała nasza czwórka podjęła ją wspólnie, zasiadłszy którejś nocy przy stole kuchennym. Zrobiliśmy to, aby zaoszczędzić naszym dzieciom horrorów związanych z toczonymi ostatnio meksykańskimi wojnami narkotykowymi, z torturami, morderstwami i całkowitą destrukcją zbyt wielu rodzin i zbyt wielu społeczności. Co więcej, wiedzieliśmy, że trzeba przerwać krąg przestępczości, do którego wkroczyli nasi mężowie w momencie przyjścia na świat; nie chcieliśmy, aby również nasze dzieci widziały w tym swoją przyszłość. Nigdy nie zażywaliśmy narkotyków i nasi mężowie nigdy nie byli dumni ze swojej codziennej pracy; robili to tylko dlatego, że innego życia nie znali. W ich rodzinach narkotyki były nie tylko czymś normalnym i akceptowalnym, ale także były fachem, którego uczył ich ojciec. Nawet w Ameryce – jakoby kraju szans – kiedy jest się człowiekiem biednym, niewykształconym i na dodatek Meksykaninem, handel narkotykami bywa często uważany za jedyną możliwą drogę do wybicia się.

Kiedy Peter i Junior zostali informatorami, przedstawili amerykańskiemu prokuratorowi federalnemu wszystkie szczegóły swojej przestępczej kariery, a następnie prawie przez cały rok 2008 potajemnie nagrywali rozmowy z głównymi członkami karteli w Meksyku, między innymi z osławionym przestępcą narkotykowym Joaquínem „El Chapo” Guzmánem. Ich bezprecedensowa współpraca doprowadziła do postawienia w stan oskarżenia sześćdziesięciu dziewięciu głównych postaci narkotykowego biznesu, od architektów projektujących tunele umożliwiające przekraczanie granicy po bossów kilku karteli, którzy praktycznie rządzili Meksykiem. Ponadto nasi mężowie pomogli w przygotowaniu jedenastu następczych aktów oskarżenia, co pozwoliło ująć ponad sto osób. Nie wszyscy ci ludzie są dziś w więzieniu, ale dzięki zeznaniom Petera i Juniora wkrótce się tam znajdą. Część najgorszych z najgorszych już nie żyje, zostali zabici przez tych, których niegdyś żywili.

W 2015 roku Peter i Junior zostali skazani za swe przestępstwa i wysłani do odległych więzień w ramach federalnego programu ochrony świadków, my zaś musiałyśmy się ukryć. Mieszkamy obecnie razem z naszymi małymi dziećmi w nieujawnionym miejscu, odwiedzamy mężów w weekendy i święta, i kłamiemy naszym znajomym i sąsiadom na temat tego, kim jesteśmy. Kiedy, siedząc w samochodzie, czekamy na swoją kolej, aby móc odebrać dzieci ze szkoły, zastanawiamy się, czy nie czas już zmienić numery naszych telefonów komórkowych, po raz drugi w tym miesiącu, dręczymy się myślą o tym, że zbliżające się zeznania naszych mężów przeciwko szefowi kartelu mogą doprowadzić do tego, że wytropi nas płatny zabójca, i próbujemy z całej siły wyobrazić sobie odległą przyszłość, kiedy nasze rodziny znów będą razem, pod czujnym okiem programu ochrony świadków.

Nawet jeżeli nigdy nie tknęliście narkotyków, i tak przeobraziły one wasze życie. Może nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale narkotyki są wszędzie wokół nas i zmieniają porządek świata, w którym żyjemy. Niewykluczone, że niewinnie wyglądający kasjer w waszym osiedlowym sklepie spożywczym ukrywa pod ladą kilogram kokainy, a urocza, spokojna pani, obok której siedzicie w samolocie, być może przewozi w brzuchu balonik z heroiną. Możliwe, że uśmiechnięty rodzic, który wita się z wami na szkolnej zabawie waszego syna, potajemnie walczy z uzależnieniem od leków przeciwbólowych wydawanych na receptę. Nasi mężowie ukrywali kokainę i heroinę wartą miliony dolarów w luksusowej miejskiej willi na tej samej ulicy, na której mieści się Harpo Studios, jak również w pewnym domu w eleganckim Calabasas, kilka kilometrów od miejsca, gdzie mieszka rodzina Kardashianów. A jednak żaden z sąsiadów niczego nie podejrzewał. Zresztą spójrzcie na nas. Opowiadamy ludziom, że jesteśmy zwykłymi niepracującymi matkami, w separacji z mężami, podczas gdy w rzeczywistości byłyśmy kiedyś po imieniu z mężczyznami, którzy potrafili strzelić drugiemu człowiekowi w tył głowy. Kiedy większość matek takich jak my gości u siebie w sobotnie wieczory drużynę harcerską, my wracamy z całodziennych odwiedzin u naszych mężów w więzieniu federalnym.

Można winić cokolwiek i kogokolwiek za to, że narkotyki są w tym kraju wszechobecne, ale prawda jest taka, że w dużej mierze stoją za tym Peter i Junior Floresowie, dwaj Amerykanie pochodzenia meksykańskiego, młodzieńcy o dziecinnych twarzach, bliźniacy jednojajowi z West Side w Chicago. Podczas gdy dla nas byli oni – i są w dalszym ciągu – łagodnymi, kochającymi, dobrodusznymi mężczyznami, którzy zawsze traktowali nas z miłością i szacunkiem, w świetle prawa stali się najważniejszymi informatorami w historii walki z narkobiznesem w USA.

Jako dzieci Peter i Junior uczyli się zawodu od swojego ojca. Będąc nastolatkami, rozpoczęli działać samodzielnie, początkowo na małą skalę, handlując narkotykami na ulicach Little Village, dzielnicy Chicago zamieszkanej w dużej mierze przez Meksykanów, gdzie wszyscy dorastaliśmy. W ciągu następnych kilku lat nawiązali kontakt z meksykańskim kartelem Sinaloa i awansowali z dilerów na dystrybutorów. Rozkręcili własny biznes, który działał jak dobrze naoliwiona maszyna i wkrótce stali się czołowymi handlarzami w Chicago.

Ich chicagowski interes rozwijał się wyłącznie na rynku amerykańskim, natomiast po ucieczce do Meksyku w 2003 roku wkroczyli na arenę międzynarodową. W ciągu kilku lat zaprzyjaźnili się z szefami głównych karteli i w niedługim czasie osobiście odpowiadali za przerzut przez granicę setek ton narkotyków i ich dystrybucję na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady. W tym czasie przekazali na ręce meksykańskich karteli dwa miliardy dolarów w gotówce. W ciągu pięciu lat, kiedy mieszkali w Meksyku, nie należeli do żadnego z karteli, ale byli jedynymi amerykańskimi baronami narkotykowymi, którym pozwolono pracować bezpośrednio z bossami kartelu Sinaloa – którego szefami byli „El Chapo” i Ismael Zambada García (alias „El Mayo”) – i kartelu o nazwie Beltrán Leyva Organization (BLO), kierowanego przez krewnych „El Chapo” i jego zaprzysięgłych wrogów, Arturo i Alfredo („Mochomo”) Beltránów. Peter i Junior byli hurtownikami, kupowali od karteli na kredyt ogromne ilości narkotyków, a następnie organizowali ich transport z Meksyku przez Los Angeles do Chicago. Nabywali towar na tony, a rozprowadzali go w kilogramach, po czym odsyłali pieniądze do swych dostawców. Ich działalność nie kończyła się jednak w momencie, kiedy narkotyki docierały do USA; na miejscu w Chicago mieli swoich ludzi, którzy zbierali, paczkowali i odsyłali pieniądze oraz pilnowali, aby towar trafił do odbiorców w USA i Kanadzie.

Nikt w Meksyku nie robił tego, co oni – w każdym razie nie tak dobrze jak oni – i w tej sytuacji „El Chapo” Guzmán, „El Mayo” Zambada i bracia Beltrán Leyva rywalizowali pokojowo o ich względy, starając się zwrócić na siebie ich uwagę. Trudno sobie wyobrazić, jak lepiej można by wprowadzić do USA narkotyki warte miliardy dolarów, niż wykorzystując geniusz bliźniaków, którzy już zbudowali tam swoje imperium, posiadali gruntowną znajomość rynku narkotykowego w USA i, co najlepsze, byli obywatelami amerykańskimi mieszkającymi w Meksyku.

Jednak w 2008 roku wszystko się zmieniło. Kartel Sinaloa wypowiedział wojnę BLO i średnia liczba morderstw na tle narkotykowym w Meksyku podskoczyła gwałtownie z dwustu do pięciuset na miesiąc. Junior i Peter pracowali w ramach subkultury, w której normalnym widokiem stała się głowa wrzucona do osiedlowego baru, tocząca się wprost pod czyjeś nogi; normalne były też strzelaniny, kiedy to mordowano na ulicach Guadalajary całe rodziny. Nasi mężowie widzieli mężczyzn leżących w gorącym słońcu, przywiązanych do drzew i obdartych żywcem ze skóry. Handel narkotykami w Meksyku przerodził się nagle we wrogą rywalizację na makroskalę. Sinaloa i BLO chciały się nawzajem zniszczyć, a to oznaczało zabijanie wszystkich, którzy stali po przeciwnej stronie. Na nieszczęście naszych mężów byli oni bezcennym skarbem dla obu karteli i jako tacy znaleźli się między młotem a kowadłem.

W tym momencie – u szczytu kariery – nasi mężowie posiadali hurtownie i magazyny prowadzone przez ich licznych pracowników, a przykrywką dla tych tajnych składów były legalnie działające firmy – na przykład przedsiębiorstwa żeglugowe. Ich księgi finansowe były tak skomplikowane i rozbudowane, że, kiedy przekazali je w ręce władz USA, agenci federalni musieli wynająć zespół audytorów śledczych, aby móc się w nich zorientować. Pewien urzędnik powiedział, że prowadzili swój biznes jak firmę z listy Fortune 500 i że gdyby nie byli handlarzami narkotyków, mogliby być dyrektorami generalnymi legalnych korporacji. W latach 2006–2008, w swoim najlepszym okresie, w każdym miesiącu rozprowadzali dwa do trzech tysięcy funtów kokainy. Zważywszy, że kilogram to dwa i dwie dziesiąte funta, oznacza to, że wartość przemycanej przez nich miesięcznie kokainy wynosiła prawie pięćdziesiąt milionów dolarów. A to odpowiada sześciuset milionom dolarów rocznie.

Mimo wszystko jednak wciąż miotali się między dwiema walczącymi ze sobą frakcjami i nie mogli pogodzić się z tym, jaki przykład dają swoim rodzinom. Postanowili więc z tego wszystkiego zrezygnować.

Kiedy już to zrobili, przez większą część roku 2008 działali jako informatorzy, nagrywając każdą rozmowę biznesową, jaką prowadzili, i przekazując władzom olbrzymie transporty narkotyków, które przekraczały granicę w czasie, kiedy to oni nadzorowali dostawy. Po kilku miesiącach z własnej woli oddali się na lotnisku w Guadalajarze w ręce Drug Enforcement Administration (DEA), agencji rządowej do walki z narkotykami, po czym natychmiast przewieziono ich do Chicago, gdzie przez następne sześć lat trzymano ich w areszcie prewencyjnym. W wyniku ich zeznań miasto Chicago uznało „El Chapo” za wroga publicznego numer jeden, ten tytuł uprzednio nosił tylko Al Capone. Dwudziestego siódmego stycznia 2015 roku zostali skazani na karę czternastu lat więzienia o zaostrzonym rygorze, przy czym na poczet kary zaliczono im sześć lat, które już odsiedzieli.

Jeżeli będziemy miały szczęście – i uda nam się przeżyć – doczekamy się ich uwolnienia w 2021 roku, kiedy nasze dzieci będą już praktycznie dorosłe.

Dopóki nasi mężowie są za kratkami, nie mogą opowiedzieć światu o okropieństwach, których wszyscy byliśmy świadkami, ani o odkupieniu, którego szukaliśmy. Ale my możemy to zrobić.

Milczałyśmy przez osiem długich lat, od chwili, kiedy pocałowałyśmy plaże Meksyku na pożegnanie i uciekłyśmy z powrotem do Chicago, do naszej nowej, nieznanej przyszłości. Możemy ufać tylko sobie nawzajem i z pewnością nie możemy powiedzieć wszystkiego sąsiadom czy rodzinie. Rozważałyśmy udzielenie wywiadów prasie, ale postanowiłyśmy się wstrzymać, ponieważ chciałyśmy opowiedzieć naszą historię w całości, bez przerywania, naszymi własnymi słowami. Chcemy, abyście od nas samych dowiedzieli się, przez co przeszły nasze rodziny.

Nie piszemy tej książki, aby się wzbogacić. Byłyśmy bogate ponad wszelkie wyobrażenie i prawda jest taka, że wcale do tego nie tęsknimy. Gdybyśmy chciały, aby nasze życie się nie zmieniło, błagałybyśmy naszych mężów, żeby zostać w Meksyku, gdzie jeździłyśmy luksusowymi samochodami, mieszkałyśmy w penthouse’ach, wypoczywałyśmy na plażach Puerto Vallarty, kiedy tylko przychodziła nam na to ochota, i miałyśmy więcej oszczędności, niż nasi rodzice kiedykolwiek widzieli w snach. Ale były to brudne pieniądze, za którymi ciągnęły się martwe ciała. Przez cały ten czas oddałybyśmy wiele za to, aby nasi mężowie mieli zwyczajne urzędnicze zajęcie, tak jak nasi ojcowie. Z różnych powodów zakochałyśmy się w przestępcach i nie zamierzamy się tu usprawiedliwiać, ale chciałybyśmy opowiedzieć wam, jak się to stało i dlaczego.

Nasze życie jest splamione i utajnione, nasza przeszłość wstydliwa, ale mamy coś, co warto opowiedzieć. Niewielu obywateli USA miało tak duży dostęp do karteli jak my, możemy zatem dostarczyć informacji bezprecedensowych o tym, jak funkcjonują, jakie wyrządzają krzywdy i dlaczego zmuszenie ich do zaprzestania działalności okazuje się tak trudne.

Jeżeli chodzi o osobistą stronę naszej historii, chcemy dać wam możliwość bezpośredniego wglądu, bez żadnych filtrów, w życie ludzie, którzy wkraczają na drogę przestępstwa, przybliżyć przyczyny ich wyborów. Niestety dla wielu, zwłaszcza dla biednych meksykańskich robotników, to w ich odczuciu jedyny wybór, jaki posiadają.

Może będziecie zdziwieni, że wciąż jesteśmy z naszymi mężami, i wierzcie nam, rozumiemy dlaczego. Jest dla nas czymś zupełnie nie do pomyślenia, żeby któreś z naszych dzieci wyszło za mąż czy ożeniło się z kimś zaangażowanym w jakąkolwiek nielegalną działalność – nie wspominając nawet o handlu narkotykami. Nie prosimy, abyście polubili Petera i Juniora, i w rzeczy samej może nawet uważacie, że powinni spędzić w więzieniu resztę życia za wszystkie krzywdy, jakie wyrządzili. Żadna z nas nie próbuje tu ratować swojej reputacji. Chcemy po prostu otworzyć okno dające wgląd w naszą kulturę, pokazać, jak nas ukształtowała, i pomóc wam wyobrazić sobie życie, jakiego nie życzyłybyśmy najgorszemu wrogowi. Czasami opowiadania po prostu nie mają bohaterów. Mamy natomiast nadzieję, że uda się nam rzucić światło na to, jak i dlaczego ludzie dają się wciągnąć w biznes narkotykowy, jak ich to niszczy i jak to jest żyć do końca swych dni, ponosząc konsekwencje błędów popełnionych w przeszłości.

CZĘŚĆ PIERWSZAAMERYKAŃSKI SEN

Rozdział 1Olivia

Urodziłam się w 1975 roku w Pilsen, dzielnicy Chicago zamieszkanej głównie przez Amerykanów pochodzenia meksykańskiego, należącej do Lower West Side, położonej około pięciu kilometrów na południowy zachód od centrum biznesowego Loop.

Pilsen było bezsprzecznie dzielnicą ubogą, podupadłą. Kiedy dorastałam, sądziłam, że czymś zupełnie normalnym jest widok gromady gangsterów stojących na rogu koło mojego domu. Zakładałam najzwyczajniej, że tak jest wszędzie. Teraz, kiedy jestem dorosła, widzę to inaczej. Niedawno rozmawialiśmy o tym z mężem.

– Pilsen to dzielnica biednych ludzi – powiedział.

– Ależ nie, to klasa średnia – odparłam.

– Nie byłaś klasą średnią, kochanie.

– No, chyba masz rację. – Nawet sobie tego nie uświadamiałam, dopóki o tym nie napomknął.

W mojej opinii mieszkaliśmy we wspaniałej dzielnicy, a wyobrażałam sobie to w ten sposób, ponieważ moi rodzice robili, co mogli, żebyśmy ja i moja starsza siostra czuły się tam dobrze. Dziadek wyjechał z Meksyku, kiedy mój ojciec miał siedem czy osiem lat, i zaoszczędził dość pieniędzy, aby ściągnąć do Chicago całą rodzinę. Proces imigracyjny nie był łatwy i trwał kilka lat, ponieważ dziadek postanowił, że przeprowadzi wszystko legalnie. Był uczciwym, ciężko pracującym człowiekiem i nie zgodziłby się zrobić tego inaczej.

Tata przyjechał do Pilsen, nie mówiąc ani trochę po angielsku, i dorastając, rozumował w taki sam sposób jak jego ojciec: należy ciężko pracować, kupić domek i oszczędzać, oszczędzać i jeszcze raz oszczędzać. Tata postanowił sobie, że będzie kimś, kto przyniesie dumę rodzinie, więc zatrudnił się po raz pierwszy już jako czternastolatek i pracował w nadgodzinach, a potem wrócił do szkoły i zdobył amerykańskie obywatelstwo. Został chicagowskim policjantem i przez całe dnie dzielnie patrolował ulice w swoim niebieskim mundurze.

Rodzice chcieli, żebyśmy miały wszystko, co najlepsze, więc wysłali mnie i moją siostrę do szkoły katolickiej. W gimnazjum dostałam aparat ortodontyczny, wtedy kiedy jeszcze nikt inny go nie miał. Rodzice oszczędzali przez cały rok, a gdy w banku było dość pieniędzy, zabierali nas na rodzinne wakacje do Disney World. Nie ma co mówić, nasze życie było spełnieniem amerykańskiego snu.

Podobnie jak tata, mama również zawsze pragnęła osiągnąć coś więcej. Sprzedawała futra w domu towarowym Marshall Field’s, dostała więc rabat na designerskie meble i zapełniła nimi dom. Nasz dom był mały, ale, jako że mama była wspaniałą dekoratorką, robił wrażenie zamożnego i dla mnie wyglądał tak, jakbyśmy mieli pieniądze. Mama była też naprawdę mądra. Z determinacją dążyła do celu, była bardzo zdecydowana i tak silna, że zazwyczaj dostawała to, czego chciała. Jak na kobietę z naszej dzielnicy, była wyjątkowa. Pochodziła z Portoryko, miała wspaniałą figurę i wysoko nosiła głowę, a kiedy wchodziła do pomieszczenia, każdy ją zauważał. Zawsze była efektowna i dobrze ubrana – makijaż, wysokie obcasy, piękna biżuteria – mimo że wszystko to nie kosztowało wiele. A co najważniejsze, do tego jeszcze miała wspaniałe serce. Zawsze chciała czegoś innego niż sąsiedzi i marzyła o tym, aby jej rodzina miała lepsze życie.

W domu byłam bardzo nieśmiała i tak naprawdę nie potrafiłam być sobą. Moją najlepszą przyjaciółką i najwspanialszą nauczycielką była moja siostra; zaczęła ze mną ćwiczyć tabliczkę mnożenia, kiedy byłam w przedszkolu, a ona w drugiej klasie. Opiekowała się mną, a ja chodziłam za nią jak cień. Byłam ukochaną córeczką tatusia; trzymałam się go kurczowo, a mamie okazywałam to, co chciała widzieć, i mówiłam to, co chciała słyszeć. Mama była wybuchowa i lubiła wszystkim dyrygować, więc gdybym się jej sprzeciwiała, nie dawałaby mi spokoju. Natomiast poza domem zachowywałam się zupełnie inaczej. Naśladowałam mamę – byłam głośna, uwielbiałam rządzić i robić wrażenie. W szkole byłam cool i znakomicie sobie ze wszystkim radziłam.

Poznałam swojego pierwszego chłopaka w gimnazjum i chociaż miał już aż szesnaście lat, nie przeszkadzało mu, że ja byłam tylko czternastolatką. Miałam piękne ciało i byłam pewna siebie, starałam się być bardzo dojrzała i wytworna, jak mama. Byłam dziewicą, ale tak mocno się w nim zadurzyłam, że wcale nie czułam zbytniego przerażenia, kiedy dość szybko zaczęliśmy uprawiać seks. Cóż ja wiedziałam, mając czternaście lat? Myślałam, że spędzę z tym chłopcem resztę życia.

Po kilku miesiącach zaczęłam wymiotować i nie dostałam miesiączki. Nie przejęłam się tym zbytnio; tak naprawdę nie śledziłam tych spraw za bardzo uważnie. Kiedy jednak dowiedziałam się, że jestem w ciąży, byłam w szoku. Pamiętam, że pomyślałam wówczas: Jak to się mogło mi przydarzyć? Pochodziłam z dobrej rodziny, uczyłam się jak szalona i zawsze dostawałam same szóstki.

Chociaż mama nalegała na otwarte rozmowy ze swoimi dziewczynkami, byłam zbyt przerażona i zawstydzona, żeby się przed nią otworzyć. Siostra zawsze mówiła jej wszystko, ale ja byłam tak nieśmiała, że zatykałam uszy, ilekroć mama próbowała rozmawiać z nami o seksie. Właśnie dlatego dużo czasu upłynęło, zanim zebrałam się na odwagę, żeby jej wyjawić, że jestem w ciąży. Kiedy wreszcie to zrobiłam, była bardzo urażona i zawiedziona.

– Co ty sobie myślisz? – powiedziała. – Masz dopiero piętnaście lat! Posłałam cię do prywatnej szkoły. Dałam ci wszystko!

Kiedy tata się dowiedział, przytulił mnie mocno. Po twarzy spływały mu łzy.

– Olivio, mama powiedziała mi, że jesteś w ciąży. Kocham cię i zrobiłbym dla ciebie wszystko. Nie chcę, żebyś się bała. Cokolwiek postanowisz, oboje z mamą będziemy z tobą.

Moja siostra, która studiowała w innym mieście, wsiadła do dalekobieżnego autobusu linii Greyhound i przyjechała do domu, żeby ze mną być. Mama i tata zawsze dawali nam jasno do zrozumienia, że rodzina jest najważniejsza, tak więc teraz wszyscy zamierzali mnie wspierać, bez względu na to, co się stanie.

A mnie tymczasem chodziło po głowie, że urodzenie dziecka zrobi ze mnie kobietę. W końcu się usamodzielnię. Mama nie będzie mogła kierować moim życiem, i nie będą obowiązywały żadne reguły. Urodzę dziecko, skończę szkołę i spędzę resztę życia ze swoim chłopakiem. Byłam zakochana, byłam dojrzała i mama nie miała nic do powiedzenia.

Tak się nie stało. Kiedy już urodziłam Xaviera, rodzice wciąż byli dla mnie bardzo surowi, kazali mi stosować się do tych samych zasad co przedtem, i tak jak dotychczas, wyznaczali mi godzinę powrotu do domu. Nie mogłam tego ścierpieć. Mój chłopak przychodził do nas od czasu do czasu, żeby zobaczyć naszego syna, a wtedy mama wrzeszczała na mnie:

– Nie wolno ci siedzieć mu na kolanach w moim domu! Nie możecie zamykać się sami w pokoju! – Nie zmieniło się kompletnie nic.

I dzięki Bogu, że się nie zmieniło – dzięki Bogu, że wciąż mogłam liczyć na stabilność naszej rodziny – ponieważ mój chłopak zaczął mnie zdradzać. Kiedy mu powiedziałam, że chcę z nim zerwać, uderzył mnie w twarz. Po raz pierwszy w moim życiu ktokolwiek podniósł na mnie rękę. Skłamałam przed rodzicami i powiedziałam im, że oberwałam w oko kulą śniegową – po czym zostałam z nim jeszcze przez kolejne dwa lata, ponieważ uważałam, że tak będzie lepiej dla mojego syna. No cóż, tylko pozornie byłam silną i dojrzałą nastoletnią kobietą i pozwalałam, żeby ten mężczyzna nade mną panował.

Osobą, która mnie ostatecznie wyratowała, był Xavier, kiedy miał już dwa latka. Nie mogłam pozwolić, aby widział mnie w takiej rozsypce, więc w końcu rozstałam się z jego ojcem i nigdy tego nie żałowałam. Czułam do mojego eks wyłącznie niechęć, ale mama zawsze powtarzała, że dla dobra syna nie wolno mi wyrażać się źle o jego ojcu.

– Poniżając nieustannie ojca Xaviera, spowodujesz, że twój syn będzie się czuł jak nieudacznik. Jesteś jego matką i twoim obowiązkiem jest go chronić.

Moja mama była naprawdę mądra, a ja szanowałam jej wolę. Nie chciałam w jakikolwiek sposób wpływać na to, co czuje Xavier, więc szybko nauczyłam się zachowywać dla siebie swoje uczucia względem jego ojca. Chciałam, żeby był dla Xaviera takim tatą, jakiego chłopiec potrzebował, bez żadnych nacisków z mojej strony. To było słuszne.

W ciągu tych pierwszych kilku lat z Xavierem moi rodzice zachowywali się niemal jak święci. Pracowałam w Dunkin’ Donuts lub w jakimś innym miejscu z płacą minimalną i wydawałam całą swoją wypłatę na pieluszki, ze wszystkich sił próbując wykazać się odpowiedzialnością, a mama obiecała, że kiedy przyjdzie na to czas, pośle mojego syna do prywatnej szkoły. Tata stał się dla niego prawdziwym autorytetem, zapisał go na T-ball i towarzyszył mu, gdy tylko nadarzała się okazja.

– Jest moim małym mężczyzną – mawiał, po czym zabierał mojego synka i sadzał go w foteliku samochodowym, żeby mogli razem pojechać do parku. Zawsze byłam córeczką tatusia, a teraz mój tata był równie kochany dla mojego dziecka.

Bez względu na wiek – piętnaście czy czterdzieści lat – każda matka chce dla swoich dzieci wszystkiego, co najlepsze, ale nie jesteśmy doskonali. Każdy z nas ma swoją granicę wytrzymałości. Mniej więcej w połowie liceum poczułam, że się do niej zbliżam.

Tuż przed urodzeniem Xaviera błagałam mamę, żeby przepisała mnie do szkoły publicznej.

– To świetne liceum – powiedziałam. – Naprawdę się zmienia. Mają wszystkie te nowe programy i będę bliżej domu i dziecka.

Po raz pierwszy w swoim życiu mama po prostu ustąpiła i pozwoliła mi na to, czego chciałam. Może rzeczywiście mi uwierzyła, a może miała już dość walki ze mną. Tak czy inaczej, myślę, że była to najgorsza decyzja w jej życiu.

Ta szkoła była do niczego, okropna i niebezpieczna. Rządziły w niej gangi i narkotyki. Patrol policji chicagowskiej przeprowadził na jej terenie kontrolę i okazało się, że tak wielu uczniów nosiło do szkoły noże, że postanowiono zainstalować wykrywacze metalu. Właściwie nikt nie uczęszczał na lekcje. Zamiast tego wszyscy chodzili na całodzienne imprezy.

W pierwszej i drugiej klasie byłam bardzo odpowiedzialna i unikałam tego. Byłam pierwszą dziewczyną w szkole, która rozpoczynała ją z wielkim brzuchem, a po urodzeniu Xaviera dosłownie zapieprzałam jak mały samochodzik, starając się być dobrą mamą. Prosto ze szkoły szłam do pracy, a potem do domu, żeby położyć dziecko spać, ale po jakimś czasie nie mogłam już tego wytrzymać. Mój synek zawsze był dla mnie najważniejszy, ale będąc młodą i samolubną dziewczyną, chciałam też zaznać trochę szczęścia.

Zaczęłam spędzać czas z członkami gangów i dilerami narkotyków i nagle znalazłam się w świecie pięknych samochodów, pieniędzy i biżuterii. Szalenie mi się to wszystko podobało. A kiedy wracałam do domu, czekała mnie nieustająca walka z mamą.

– Wychowywałam cię na kogoś lepszego – mówiła. – Xavier cię potrzebuje!

Odwracałam kota ogonem i wrzeszcząc, zarzucałam jej, że zawsze była dla mnie strasznie surowa.

– Czego się po mnie spodziewasz? Jestem młoda i muszę mieć swoje życie. A poza tym wciąż mam same szóstki!

Może i miałam dwadzieścia nieobecności na lekcjach i włóczyłam się przez całe dnie po imprezach, ale w tej gównianej szkole i tak dostawałam dobre stopnie.

Uważałam, że jestem super, i nikt nie mógłby mnie przekonać, że jest inaczej. Okrzyknięto mnie „najelegantszą”, „najlepiej ubraną” i „najpopularniejszą” dziewczyną w klasie. Po trzech latach skończyłam szkołę, mając zaledwie siedemnaście lat. Dostałam się na Uniwersytet Illinois w Chicago, przyznano mi pełne stypendium i moi rodzice byli przeszczęśliwi. Ale po drugim semestrze rzuciłam studia. Nie było takiej siły, która zmusiłaby mnie do czekania cztery lata na możliwość zarabiania pieniędzy, powiedziałam więc mamie i tacie, że zapisuję się do szkoły kosmetycznej.

– Marzę o otworzeniu własnego salonu – oświadczyłam, starając się ich przekonać, że rzucenie studiów to całkiem dobry pomysł.

Byli załamani. Siostra przygotowywała się w tym czasie do egzaminów końcowych na swojej uczelni i zastanawiała się, gdzie robić tytuł magistra, a ja zamierzałam uczyć się na kosmetyczkę.

Zanim wszystko uzgodniliśmy, mój dziewięciomiesięczny program kosmetyczny wydłużył się do dwóch lat. Ten kurs po prostu nie był dla mnie sprawą pierwszoplanową, natomiast to, z czym stykałam się na ulicach, zbyt mnie ekscytowało, żeby z tego zrezygnować. Nie chodziło o narkotyki – chodziło o pieniądze. Członkowie gangów mieli piękne samochody z alufelgami, kolczyki z brylantami i drogie zegarki, a gotówka, którą przynosili do domu, pochodziła nie z Dunkin’ Donuts, lecz ze wspaniałego stanu Kalifornia.

Kiedy miałam siedemnaście lat, zaczęłam robić wycieczki do Kalifornii, skąd przemycałam marihuanę. Wskakiwałam do autobusu, jechałam dwa dni i na miejscu, razem z jeszcze kilkoma facetami, spotykaliśmy się z dostawcą. Przyglądałam się, jak zagarniali kilka funtów marihuany, pakowali ją do worka na ziemniaki, po czym sprasowywali maszynowo. Marihuana zmieniała się w twardą, kwadratową kostkę, którą mi przekazywali i którą wkładałam następnie do swojej walizki. Znów wsiadałam do autobusu i wracałam do domu, a kiedy przyjeżdżałam, odbierałam około dziesięciu tysięcy dolarów. Jestem najgorętszą, najbogatszą dziewczyną w Chicago, myślałam sobie.

Odbyłam kilka takich podróży i nigdy nie miałam żadnego problemu. Ale pewnego razu, wracając do domu, musiałam się przesiąść w Denver. Kiedy wyskoczyłam z autobusu i usiłowałam odebrać swoją walizkę, okazało się, że jej nie ma.

– Jest w innym autobusie – poinformował mnie pracownik dworca. – Odzyska ją pani za dwa dni.

Chciałam umrzeć. Wybiegłam z dworca autobusowego najszybciej, jak mogłam, złapałam taksówkę, pojechałam na lotnisko i kupiłam bilet w jedną stronę do Chicago. Po powrocie do domu wariowałam z niepokoju, próbując wymyślić, jak, do diabła, mam zażądać, aby oddano mi ukryte narkotyki, które gdzieś zostawiłam. Postanowiłam po prostu się przekonać. Dwa dni później stawiłam się na dworcu autobusowym linii Greyhound z dowodem tożsamości w ręku i odebrałam swój bagaż. Nikt o nic nie pytał.

Byłam nieustraszona i zaczęto mnie za to szanować. Handlarze narkotyków spoglądali na mnie i mówili:

– Ta dziewczyna jest dobra, wie, co robi.

Zdecydowali, że można mi zaufać i awansować w hierarchii. Kiedy jeden z nich zapytał, czy nie pojechałabym do Meksyku i nie przywiozła stamtąd trochę marihuany w baku mojego samochodu, zgodziłam się bez wahania.

Przed wyjazdem z miasta zazwyczaj okłamywałam rodziców, mówiąc, że zamierzam nocować u koleżanki. Sądzili, że zabawiam się ze swoimi przyjaciółmi, piję i imprezuję przez całe dnie, podczas gdy oni opiekują się Xavierem. Mama zawsze była na mnie wściekła.

– Kiedy wrócisz, do jasnej cholery?! – krzyczała.

– Za kilka dni.

Nie było żadnego „Będę tęsknić” czy „Dziękuję, że opiekujesz się moim synem, kiedy mnie nie ma”. Wkrótce mama w ogóle przestała ze mną rozmawiać i jedyny kontakt z Xavierem miałam dzięki tacie. Raniło to jego serce, a w głębi duszy wiedziałam, że raniło też i moje.

Wmawiałam sobie, że zarabiam pieniądze, aby móc opiekować się swoim synkiem, ale tak naprawdę robiłam to dla siebie. Interesowały mnie tylko wolność i zarabianie na lepsze, szybsze i pełne taniego blichtru życie, a to brało się z bogactwa. Na ulicach, na których się obijałam, było tylko jedno źródło pieniędzy: narkotyki.

W następnym roku pojechałam do Meksyku kilka razy. Na ogół wszystko dobrze szło, ale parokrotnie wpadłam po drodze w kłopoty. W czasie jednej z podróży moja przyjaciółka Maria i ja byłyśmy przesłuchiwane przez kilka godzin, podczas gdy partol graniczny umieścił mój samochód na podnośniku i usiłował wyciągnąć zbiornik paliwa. Maria próbowała zrzucić na mnie całą winę.

– To jej samochód, nie mój – mówiła.

Nie wiem, czy był to czysty determinizm, czy też po prostu potrafiłam wyłgać się ze wszystkiego, ale w każdym razie pozwolili nam odjechać. Byłam tak wściekła na Marię, że kazałam jej wysiąść i zostawiłam ją na poboczu autostrady obok jakiegoś zabitego zwierzęcia, żeby sobie dojechała do domu autostopem. Po jakichś piętnastu minutach źle się z tym poczułam, a co więcej, obawiałam się, że zacznie na mnie donosić. Zawróciłam i zabrałam ją, ale sygnał, jaki jej wysłałam, był czytelny: Nie zadzieraj ze mną.

Zarabiałam dużo pieniędzy, szmuglując narkotyki, kupiłam więc sobie czarnego SUV-a ze złotymi alufelgami i złotego rolexa do kompletu. Zaczęłam nosić jedwabne bluzki Versace w złote monety. Piękne rzeczy, nowe możliwości, wszystko to uderzyło mi do głowy i pomyślałam sobie, że warto by mieć nieco więcej do powiedzenia. Chciałam wejść w biznes na poważnie. Zatrudniłam własnych kierowców i zmontowałam własną ekipę. W ciągu tygodnia przygotowywałam swoje podróże, zwoływałam kierowców i latałam do Meksyku. W weekendy, jeżeli akurat nie byłam po drugiej stronie granicy, chodziłam do klubów, piłam drinki i poszerzałam kontakty. Służyło to potwierdzeniu, że jestem kimś.

Przed jedną z wypraw mój kierowca wystawił mnie do wiatru. Mogłabym to zrobić z zamkniętymi oczami, powiedziałam sobie i postanowiłam sama wykonać zadanie.

I oczywiście zostałam złapana. Zatrzymano mnie na blokadzie drogowej i kazano zjechać na bok – nie wiem, czy był to przypadek, czy wyglądałam podejrzanie, czy też ktoś dał im cynk – ale było jasne, że tym razem się nie wywinę.

– Nic nie mam – powiedziałam.

– Proszę poczekać na poboczu. – Byli tam nie tylko zwykli policjanci, ale także agenci federalni i wyglądali poważnie.

Patrzyłam, jak jeden z federales zjechał moim samochodem na pobocze drogi, tak jak wtedy z Marią. Podniósł go na lewarku i spędził następną godzinę, a może i więcej, próbując wyciągnąć bak.

– Powiedziałam wam, że nic nie mam. – Zaczynałam się denerwować, ale usiłowałam udawać, że jestem spokojna.

Rozległy się jakieś gruchotanie i szczękanie, i federale wyciągnął bak.

Niech to szlag, to by było na tyle, pomyślałam. Koniec zabawy.

Wydobył z mojego baku paczkę marihuany, uniósł ją nad głowę, a potem rzucił do drugiego agenta. Następnie ściągnął rękawiczki, podszedł do mnie, złapał mnie z tyłu za ręce i założył kajdanki.

Chyba do tamtej chwili nie wiedziałam, co to znaczy się bać. Cała ta duma, całe sprzeciwianie się matce, wszystkie te niezliczone godziny spędzone w klubach zamiast w domu z Xavierem, wszystkie brylanty i butelki szampana, które kupiłam w ostatnim roku – wszystko to doprowadziło mnie do tego. Co ja sobie, do jasnej cholery, wyobrażałam?

Agent wepchnął mnie do samochodu i odszedł. Patrząc przez okno, zobaczyłam, jak wchodzi do znajdującej się w pobliżu małej, oszklonej budki, gdzie siedziało kilku innych federales. Ale zamiast pracować, ci faceci mieli twarze pochylone nad stołem i wciągali kreski. Po kilku minutach dwaj z nich wyszli z kabiny. Jeden usiadł za kierownicą samochodu, w którym czekałam, a drugi wślizgnął się na tylne siedzenie obok mnie. Kiedy już jechaliśmy, wyciągnął rękę i dotknął mojej piersi.

– Proszę, nie róbcie mi krzywdy – powiedziałam po angielsku, ponieważ mój hiszpański był straszny. Jedyne, co przyszło mi wtedy do głowy to: O mój Boże, chcą mnie zgwałcić.

Położył swoją dłoń na moim sercu, pochylił się i spojrzał mi w oczy.

– Serce nawet nie bije ci zbyt gwałtownie. Najwidoczniej wcale się nie boisz. A powinnaś. Ja cię nie skrzywdzę, ale zrobi to ktoś inny. Pójdziesz do więzienia, na bardzo długo.

Zbyt było mi wstyd, żeby zadzwonić do rodziców, więc zwróciłam się do siostry. Natychmiast wsiadła do samolotu i zdążyła akurat na ogłoszenie wyroku, co miało miejsce siedemdziesiąt dwie godziny po aresztowaniu. Kiedy sędzia odczytywał orzeczenie, była przy mnie.

Zostałam skazana na dziesięć lat więzienia o zaostrzonym rygorze.

Meksykańskie więzienia są tak okropne, jak tylko można to sobie wyobrazić, zwłaszcza dla wystraszonej małej dziewczynki, takiej jak ja. Było tam niewyobrażalnie brudno i obrzydliwie. Dla Amerykanina każdy dzień spędzony w więzieniu w kraju Trzeciego Świata to tortura. Spałam na cementowym łóżku otoczona cementowymi murami. W oknach nie było szyb, tylko kraty, i w nocy do celi wkradały się karaluchy, myszy, pająki, a czasami nawet koty. Jadłam czarną fasolę rękami, ponieważ łyżek nam nie dawano, a woda z kranu, którą kazano nam pić, była zanieczyszczona, brudna i brązowa. Wymiotowałam albo miałam biegunkę prawie każdego dnia. W Święto Dziękczynienia zrobiono nam prawdziwą ucztę, to znaczy podano pięć herbatników w kształcie zwierzątek i herbatę, a mnie wydawało się, że to najlepsze danie na całym pieprzonym świecie.

Pierwsze trzy miesiące ciągnęły się w nieskończoność. Tak bardzo tęskniłam za Xavierem, że było to nie do wytrzymania. Raz w miesiącu pozwalano mi do kogoś zatelefonować, więc w końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do rodziców.

– Przepraszam. Jest mi tak wstyd. I jest mi tak bardzo przykro.

– W porządku, dziecinko. Kochamy cię. Musisz być silna.

Kiedy moja siostra wróciła z Meksyku, dręczyło ją poczucie winy. Zostawiła mnie samą, wiedząc, że cierpię, i tak bardzo leżało jej to na sercu, że spała na zimnych kafelkach, żeby zrozumieć mój ból. Ale ich miłość i wsparcie sprawiały, że tym bardziej czułam się tego niegodna. Żałowałam wszystkiego, na co naraziłam swoją rodzinę, i nienawidziłam samej siebie za to, że zakrywałam uszy, zamiast słuchać matki.

Codziennie wieczorem klękałam i modliłam się do Maryi Dziewicy. „Proszę, pomóż mi się stąd wydostać” – płakałam i błagałam. Składałam jej wszelkiego rodzaju obietnice. „Zmienię swoje życie. Będę dobrą matką”. Moje kolana, poobcierane na betonowej podłodze, krwawiły, ale i tak wciąż modliłam się każdego wieczora.

Jakiś czas przed pójściem do więzienia poznałam faceta o imieniu Leo, który był właścicielem warsztatu blacharskiego. Miałam wtedy ładny samochód, z alufelgami, naprawdę ładny i błyszczący. Kiedy oddałam go do malowania, poznałam Leo, a on od razu się mną zainteresował. Byłam bardzo niezależna, miałam własne pieniądze, no i ten piękny samochód, i umiałam cieszyć się życiem. Jak na dziewczynę z naszej okolicy, byłam wyjątkowa. Leo nie traktował mnie z góry; odnosił się do mnie z szacunkiem i robił absolutnie imponujące wrażenie. Wkrótce zaczęliśmy się spotykać.

Wiedziałam, że był dilerem narkotykowym, ponieważ odwiedziłam go w jego mieszkaniu i zauważyłam tam specjalną trójramienną wagę do porcjowania towaru i liczarkę do banknotów, ale było mi wszystko jedno. Podobał mi się jego ładny samochód, jego ładny dom, a ponadto Leo miał firmę, która, jak uważali moi rodzice, była prawdziwa. Był grzeczny, dobrze wychowany i dobrze się ubierał, nie superkrzykliwie jak gangsterzy, z jakimi zadawałam się, będąc nastolatką.

Kiedy już od kilku miesięcy odsiadywałam swój wyrok, Leo przyjechał mnie odwiedzić, niezapowiedziany.

– O mój Boże, Leo, co ty tu robisz? – powiedziałam, kiedy go zobaczyłam. Trochę o nim myślałam, ale nie chciałam marnować swojego jedynego telefonu w miesiącu, żeby do niego dzwonić, więc oczywiście nie prosiłam go, żeby przyjeżdżał. W końcu dopiero co zaczęliśmy się spotykać. Ale oto stała przede mną prawdziwa, żyjąca osoba z moich rodzinnych stron, a nie jakiś nakoksowany federale albo zboczony strażnik więzienny. Miałam wrażenie, że ukazała mi się sama Matka Przenajświętsza.

Leo został na cały miesiąc i odwiedzał mnie w każdy weekend. Opłacał strażnika, tak że udało mu się nawet zdobyć pozwolenie na cotygodniową wizytę małżeńską. Siedziałam w federalnej części więzienia, która była lepsza od stanowej, gdzie trzymano morderców i złodziei. W mojej sekcji była grupka starszych kobiet, które kiedyś były bossami w swoich organizacjach, a teraz odsiadywały wyrok za narkotyki. Leo naprawdę je polubił. Przynosił nam homary i befsztyki, a nawet adidasy, i spędzaliśmy razem czas niczym wielka rodzina. Były to sceny niemal jak z Chłopców z ferajny. Wiedziałam, że płacił strażnikom, aby maksymalnie wydłużać odwiedziny, ale jeżeli tak było trzeba, to znaczy, że tak być musiało. W sytuacji, w jakiej się znajdowałam, rządził Leo, nie ja.

W któryś weekend oznajmił:

– Zapłaciłem twojemu sędziemu dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów i wypuszczają cię na wolność.

Nic dodać, nic ująć. Tak oto miałam wreszcie wydostać się z tego pieprzonego więzienia.

Byłam w szoku. Nikt nigdy niczego takiego dla mnie nie zrobił. Spędziłam w tej norze sześć miesięcy i tego dnia, kiedy pozwolono mi wyjść, nie tyle nawet wyszłam, ile stamtąd wybiegłam. Leo mnie uratował, dając mi drugą szansę, abym stała się kimś lepszym.

Wyciągnął mnie z meksykańskiego więzienia błyskawicznie i wkrótce potem wyszłam za niego za mąż, nie dlatego, że go kochałam, ale dlatego że tak cudowne było to, co dla mnie uczynił. Czułam się zobowiązana. Co takiego zrobiłam, żeby na to zasłużyć? Albo raczej czego nie zrobiłam? W całym swoim życiu przeciwstawiałam się matce, która była, według mnie, za bardzo surowa. Może odziedziczyłam po niej zbyt wielki tupet. Nie rozumiem dlaczego, ale wiem, że sprowadzało się to do tego, iż chciałam lepszego życia, na większą skalę, z dala od naszego jednorodzinnego domku przy Blue Line w Pilsen. Myślałam kiedyś o otworzeniu salonu fryzjerskiego, to jednak nie gwarantowało mi życia poza gettem. Tak jak wiele, zbyt wiele, znanych mi osób wciągnęłam się w narkotyki. Właśnie w ten sposób dorabiali się ludzie z naszej dzielnicy. Trzeba było wciskać paczki z marihuaną do baku samochodu, handlować na ulicy albo uczepić się faceta takiego jak Leo, aby móc pozwolić sobie na więcej, niż zapewniała pensja z Dunkin’ Donuts.

Mieliśmy wielkie i piękne wesele, po którym pojechaliśmy w podróż poślubną na Hawaje. Chciałam ochronić rodziców i zaoszczędzić im prawdy o przyczynie mojego wcześniejszego wyjścia z więzienia, więc powiedziałam im, że Leo wynajął w Meksyku adwokata, który wniósł apelację i wygrał sprawę. Prawda była taka, że wydostałam się na wolność tylko dzięki pieniądzom Leo. Moi rodzice uważali, że poznanie go to najlepsze, co wydarzyło się w moim życiu – przecież posiadał firmę, a oni sądzili, że jest legalna. Ale ten jego warsztat blacharski to była tylko przykrywka.

Problemy zaczęły się prawie natychmiast. Leo zrobił się straszliwie despotyczny. Nie pozwalał mi wychodzić z kuzynami czy koleżankami. Pod fotelem kierowcy w moim nowiusieńkim lexusie umieścił urządzenie nagrywające i zainstalował też system namierzający. Którejś nocy przyjechał za mną do klubu salsowego, do którego poszłam z koleżankami, i rzucił we mnie drinkiem, kiedy nie chciałam z nim wyjść. Moja twarz, biała sukienka, biżuteria, moje włosy – wszystko było całkiem mokre i powiedziałam sobie, że nie pójdę z nim do domu, ale poszłam. W końcu miałam przecież wszystko, czego kiedykolwiek chciałam. Leo miał pomóc mi wybić się w tym świecie. Będąc z nim, mogłam wrócić do szkoły i otworzyć swój salon. Dzięki niemu nosiłam ubrania Versace i Chanel i chodziłam na mecze o mistrzostwo ligi NBA z udziałem Chicago Bulls, i oczywiście siedziałam na najlepszych miejscach, tuż przy boisku. Widziałam, jak Michael Jordan dostał swój piąty i szósty pierścień mistrzowski! Dla dziewczyny z Pilsen, która w wieku piętnastu lat urodziła dziecko, było to spełnienie marzeń, życie supergwiazdy z getta.

Niemniej jednak mój mąż na moich oczach zmieniał się w potwora.

No i był jeszcze Xavier. Właśnie został zapisany do jednej z najlepszych prywatnych szkół w mieście, a ja w końcu zachowywałam się jak matka, jaką zawsze być powinnam. Niestety, mój syn musiał oglądać mnie u boku takiego dupka.

Moi rodzice obchodzili niedawno swoje srebrne wesele. Dwadzieścia pięć lat i wciąż łączył ich cudowny związek, nad którym pracowali każdego dnia. Wierzyłam, że małżeństwo powinno trwać do końca życia, i chciałam, żeby nam się udało. Ale im bardziej się starałam, tym bardziej Leo stawał się despotyczny. Utrzymywaliśmy pozory, wynajęliśmy architekta i zaczęliśmy budować wielki, piękny dom na przedmieściu. To było moje marzenie. Pomyślałam sobie: Jeżeli będę to miała, poradzę sobie przecież z jego chamstwem. Na pewno. Na czas budowy wprowadziliśmy się do moich rodziców i urządziliśmy się na najniższym poziomie domu. Pewnego ranka, kiedy mój mąż wychodził z Xavierem, żeby go zawieźć do szkoły, pojawili się agenci federalni. Przyszli po Leo. Na oczach mojego biednego syna zakuli Leo w kajdanki i zaciągnęli do radiowozu. Xavier zaczął wrzeszczeć i wtedy ze schodów zbiegła moja mama.

– O mój Boże, zabierają Leo! – usłyszałam jej słowa. Była cała rozgorączkowana. – Co robicie w moim domu? Dlaczego zabieracie mojego zięcia? – Oczywiście nie miała pojęcia, że był dilerem.

Byłam na dole i jedyne, co mi przyszło do głowy, to: o kurwa. Przez następne dziesięć minut biegałam po naszej piwnicy jak kurczak bez głowy, drąc na strzępy każdy kawałek papieru, każdy kwit, jaki znalazłam. Nie chciałam, żeby policja dowiedziała się więcej, niż już wiedziała.

Oczywiście to nie wystarczyło, ponieważ mieli wszystko, co im było potrzebne. Oskarżono Leo o spiskowanie w celu dystrybucji narkotyków i o pranie brudnych pieniędzy; federalni zajęli nasz dom, biżuterię wartą milion dolarów, nasze samochody, navigatora i lexusa, i mnóstwo innych dóbr. Mieli przeciwko Leo niezbite dowody. Opuszczał nas na dłużej.

Starałam się go wspierać, być dobrą żoną i odwiedzałam go w więzieniu, kiedy tylko była okazja. Mógł telefonować, ile chciał – w tym czasie nie było ograniczenia rozmów do trzystu minut. Dzwonił do mnie bez przerwy i był równie despotyczny jak wtedy, kiedy jeszcze nie siedział za kratami.

Było mi tak bardzo wstyd; byłam zdruzgotana. Nigdy nie chciałam skrzywdzić rodziców, a jednak złamałam im serca. Tata mi ufał, a ja okazałam mu brak szacunku i zdradziłam go, wpuszczając do jego domu, do jego sanktuarium, dilera narkotyków. Mamie po raz pierwszy w życiu brakowało słów, ale jej milczenie mówiło samo za siebie.

Leo siedział w więzieniu, nie mając domu, ale mając żonę, której tak naprawdę nie mógł kontrolować zza kratek. Czuł, że w tej sytuacji nie ma nic do stracenia. Uświadomił sobie, że jeżeli nie będzie współdziałał z władzami, może spędzić w więzieniu nawet jeszcze większą część swojego życia, zdecydował się więc na współpracę.

Kiedy się o tym dowiedziałam, nawrzeszczałam na niego.

– Co takiego zrobiłeś? Jak śmiesz! – W moim świecie nie było niczego gorszego od donosicielstwa. Oznaczało to ostateczną zdradę wszystkich wartości, informator przestawał być człowiekiem.

– Musiałem – powiedział. – Wszystko się jeszcze pogorszy, jeżeli tego nie zrobię.

– Ty pieprzony szczurze – wypaliłam. – Nie mogę żyć z tobą. Nie szanuję cię. Wiedziałeś doskonale, w co się pakujesz. Nie jesteś mężczyzną. Nawet ja mam większe jaja niż ty.

Opuściłam go tego dnia i nigdy nie wróciłam. Nie chciałam już mieć z nim nic wspólnego i postanowiłam wystąpić o rozwód. Osaczanie mnie było złe, rzucenie we mnie drinkiem nawet gorsze. Ale donosicielstwo – to było nie do przyjęcia. Czy była to dla mnie wymówka pozwalająca go wreszcie porzucić? Możliwe. Ale była to też kropla, która przepełniła czarę goryczy.

Jak widać, on najwyraźniej również miał dość.

Na szczęście w tym momencie zdążyłam już wyruszyć w dalszą drogę.

Rozdział 2Mia

Moja mama urodziła się w Brazylii, a rodzina mojego taty pochodziła z Meksyku. Rodzice pobrali się, kiedy mama była nastolatką, i wkrótce potem się urodziłam, w 1980 roku.

Kiedy byłam niemowlęciem, mój biologiczny ojciec grał w popularnym zespole jako perkusista. Nie za bardzo potrafił zapewnić rodzinie godziwe życie, więc mama musiała brać na siebie wszelkiego rodzaju obowiązki, kiedy wyjeżdżał w trasę, co zdarzało się często. Miała przeważnie dwie lub trzy posady naraz i kiedy szła do pracy, zostawiała mnie ze swoją matką lub siostrą. Ani z babcią, ani z ciotką nie było mi dobrze i przez całe dnie płakałam za mamą. Potem mama i babcia zaczęły się nieustannie kłócić. Wkrótce stało się to nie do zniesienia i moja matka zerwała stosunki ze swoimi rodzicami.

Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak bardzo czuła się samotna, zaledwie dwudziestoletnia kobieta z maleńkim dzieckiem, z mężem, którego nigdy nie było, polegająca tylko na sobie. A potem, kiedy miałam roczek, rozeszła się z moim biologicznym ojcem i została naprawdę sama. Dzięki Bogu poznała mojego tatę. Nie pamiętam tego – byłam malutka, dopiero uczyłam się chodzić – ale tata pomógł nam odzyskać równowagę, chociaż czasy były trudne, a nasze życie nie było usłane różami.

Mieszkaliśmy w slumsach przy Dwudziestej Szóstej Ulicy w Little Village. Dzielnica Little Village znajduje się nieco na południowy zachód od Pilsen, skąd pochodzi Olivia, i jest znana jako „Meksyk Środkowego Zachodu”, ponieważ jest zamieszkana prawie wyłącznie przez Amerykanów pochodzenia meksykańskiego. Jadąc Dwudziestą Szóstą Ulicą, która jest głównym ciągiem komunikacyjnym dzielnicy, zobaczycie liczne taquerias, warsztaty samochodowe, supermercados i duży znak z napisem po hiszpańsku: „Witajcie w Little Village”. We wrześniu ściągają tu tysiące ludzi, aby wziąć udział w paradzie z okazji meksykańskiego Dnia Niepodległości, która jest nawet potężniejsza niż chicagowska parada w Dniu Świętego Patryka. Jako że Chicago ma największą w Stanach Zjednoczonych, obok Los Angeles, populację obywateli pochodzenia meksykańskiego, gromadzą się tam zawsze tłumy ludzi.

Ale nawet ze wszystkimi tymi knajpkami, warsztatami i mimo całej naszej dumy narodowej, Dwudziesta Szósta Ulica była w okresie mojego dzieciństwa zwykłą zapadłą dziurą, a nasze życie nie było nadzwyczajne.

Mój tata jest o cztery lata młodszy od mamy, i nie był z nami na stałe, ponieważ wciąż uczył się w college’u do dyplomu, podczas gdy ona zajmowała się domem i pracowała. Jedna wypłata nie wystarczała nawet na czynsz. Właściciel pukał do drzwi, żądając czeku, a moja biedna mama chowała się przed nim razem ze mną. Przychodził oczywiście następnego dnia, a ona znów się chowała.

Tata był świetnym baseballistą i miał nawet zamiar zostać zawodowcem.

– Zrób to! Uda ci się – radził mu trener. – Dostaniesz się, pograsz tam trochę i zapewniam cię, że dojdziesz aż do samej Mayor League.

Ale tata zrezygnował z tego wszystkiego dla mnie. Swojemu trenerowi powiedział po prostu:

– Mam rodzinę na utrzymaniu. – I tak się to skończyło. Ożenił się z mamą, zdobył licencjat i adoptował mnie, kiedy byłam w trzeciej klasie.

Widywałam niekiedy swojego biologicznego ojca, ale był on tylko facetem, z którym sporadycznie spędzałam nieco czasu. Nie miało to większego znaczenia, nie było żadnego „O mój Boże, zobaczę się z ojcem”. Nie czułam, żeby mi czegokolwiek brakowało, ponieważ ojciec i matka mojego nowego taty stali się dla mnie drugimi rodzicami, a w domu miałam swoją mamę i swojego tatę. Nigdy nie martwiłam się, że nie jestem kochana.

Kiedy rodzice się pobrali, przeprowadziliśmy się do trzysypialniowego bungalowu dziadków ze strony taty. Był niedaleko, też w Little Village, ale nieco bardziej na południe, w części, gdzie numery ulic zaczynały się od numeru czterdziestego. Kiedy ulica ma wyższy numery, sytuacja się poprawia, więc zrobiliśmy krok w górę, ale nie za wielki. Dom miał może ze sto metrów kwadratowych i było w nim straszliwie ciasno. Przez jakiś czas mieszkało tam dziesięć osób, a łazienka była tylko jedna. Jedna łazienka na dziesięć osób! Niech Bóg błogosławi moją babcię. Starała się, żeby panował jak największy porządek i trzeba powiedzieć, że dom był czysty jak łza. Zawsze pachniał środkiem czyszczącym Pine Sol o zapachu sosnowym, a także jej perfumami, a w rogu każdego pokoju babcia ustawiła małą szafkę ze swoimi ulubionymi drobiazgami i wszystkimi zdjęciami, jakie kiedykolwiek dostała.

Na ulicach natomiast nie było nawet w połowie tak porządnie. Emblematy gangów, graffiti i murale znajdowały się na wszystkich drzwiach garażowych i na narożnych budynkach. Ludzie nie godzili się z bałaganem, tak jak to było na Dwudziestej Szóstej Ulicy, więc systematycznie kupowali białą farbę, żeby to wszystko zamalować. Ale bez względu na to, jak bardzo sąsiedzi starali się utrzymać ład w dzielnicy, nigdy nie powstrzymywało to gangsterów od mazania po ścianach już następnego dnia. Znałam jednego starego Meksykanina, który tak mocno się bał, że któryś z członków gangu zobaczy na jego ścianach graffiti rywala i ostrzela dom na oślep z jadącego samochodu, że w każdym tygodniu przeznaczał na zakup farby swoją ciężko zapracowaną wypłatę.

Możecie w to uwierzyć lub nie, ale kiedy byłam bardzo młoda, nie ruszało mnie to. Bardziej przejmowałam się niewygodami w domu niż poza nim. Myślę, że istnieje stereotyp, zgodnie z którym dzielnice, takie jak Little Village, zamieszkane przez społeczności mniejszościowe, przez ludzi o niskich dochodach, uważane są za „dzielnice zła”, gdzie na oczach wszystkich dzieją się straszne rzeczy, gdzie ciągle grozi niebezpieczeństwo. Nie odczuwałam tego w ten sposób. Jako mała dziewczynka nigdy nie byłam świadkiem żadnej strzelaniny ani żadnego wciągania kokainy na rogu ulicy. Nie spotykałam zataczających się kokainistów. Takich rzeczy po prostu się nie widywało, nie odbywały się one otwarcie, w biały dzień. Nie byłam na tyle naiwna, żeby wierzyć, iż nikt tu nie bierze narkotyków, ale wydawało się, że panuje porządek. Ojciec dość wcześnie wyjaśnił mi, że istnieją prawa i zasady zwane „kodeksem ulicy”.

– Jeżeli jakiś członek gangu zostaje złapany na braniu twardych narkotyków, dostaje łomot od innych członków gangu. Nazywają to sprzeniewierzeniem się – powiedział.

Widywało się oczywiście członków gangu i dilerów, można ich było poznać z daleka po ich szpanerskich samochodach i złotej biżuterii, ale, że się tak wyrażę, mieli oni swoje zasady.

Niedługo przed moimi dziesiątymi urodzinami tata wstąpił do akademii policyjnej. Jeżeli był ktoś, kto powinien być policjantem, to był to on. Czasami, kiedy policjant wchodzi do pomieszczenia, można po prostu zobaczyć aurę, jaką wokół siebie roztaczał. Taki był mój tata. Mama od wielu lat pracowała w transporcie i dzięki temu, że mieszkaliśmy u moich dziadków, zdołali zaoszczędzić trochę pieniędzy. Mama była w ciąży – niedługo miała urodzić się moja siostra – i myśl o wtłoczeniu jeszcze jednej osoby do tego domu była straszna. Nadszedł czas, żeby się wyprowadzić.

Chodziłam do prywatnej szkoły na Sześćdziesiątej Dziewiątej Ulicy w South Side i rodzice od lat szukali domu w tej okolicy. W końcu znaleźli coś, na co ich było stać, tak więc spakowaliśmy swój dobytek i wyprowadziliśmy się. Ta nowa dzielnica, West Lawn, była odległa zaledwie o osiem kilometrów od domu dziadków w Little Village, ale wydawało się, że to inny świat. Tu jest cudownie, myślałam. Tu mieszkają ludzie, którzy mają prawdziwą pracę. West Lawn zamieszkiwali robotnicy miejscy i ich rodziny, była to solidna klasa pracująca, ale wszyscy chcieli zapewnić swoim rodzinom jeszcze lepsze życie. I to robili; dla małego dziecka był to raj na ziemi. Można było jeździć na rowerze i przez cały dzień bawić się poza domem, jakby mieszkało się w jakimś małym miasteczku, a nie w dużym mieście. Nasi sąsiedzi stali się naszymi dobrymi przyjaciółmi i cieszyliśmy się na wspólne letnie imprezy osiedlowe. Rodzice siadywali na werandach od strony ulicy i rozmawiali ze sobą, a dzieci bawiły się na chodniku. Wszyscy moi mali znajomi z sąsiedztwa chodzili do tej samej katolickiej szkoły, a wszyscy nasi rodzice żyli w podobny sposób, próbując realizować takie samie marzenia – w uczciwy sposób.

Oczywiście zaledwie kilka kilometrów od nas znajdowały się „dzielnice zła”, gdzie wciąż mieszkali moi dziadkowie, których odwiedzaliśmy w każdy weekend, ale wydawało nam się, że jesteśmy od tego wszystkiego daleko. W przeciwieństwie do Olivii nigdy nie musiałam nauczyć się poruszać po takiej dzielnicy z myślą o panujących w niej podziałach. Olivia orientowała się w zwyczajach gangów i regułach rządzących sprzedażą narkotyków. Wiedziała, że, aby nie znaleźć się pod ostrzałem, pewnymi ulicami nigdy nie należy jeździć. Ja nie musiałam tego robić; kiedy się przeprowadziłam, cały ten zamęt przestał mnie dotyczyć, byłam ponad to. Tam, gdzie Olivia widziała granice, ja widziałam tylko ulice.

Ale ponieważ mój tata był policjantem, docierały do mnie różne historie. Na początku lat dziewięćdziesiątych Chicago było swego rodzaju strefą wojny i wciąż słyszało się o tym, że z powodu przemocy tracili życie niewinni ludzie. Każdego dnia, kiedy tata wychodził do pracy, czasami rano, a czasami w nocy, w zależności od tego, którą przydzielono mu zmianę, czułam ściskanie w dołku. Co jakiś czas podawano w wiadomościach informacje o zastrzeleniu policjanta, i zawsze wtedy myślałam sobie: O Boże, to mógł być mój ukochany tata. Gdy miał nocną zmianę, mama raczej nie spała dłużej niż trzy godziny. Telefony komórkowe nie były jeszcze wtedy rozpowszechnione, więc kiedy patrolował ulice, nie mógł do nas dzwonić. Musieliśmy czekać, aż wróci do swego biurka albo pojawi się w drzwiach naszego domu po zejściu ze służby.

A potem zaciągnął się do jednostki specjalnej, zamienił niebieski mundur na zwykłe ubranie i wtedy zaczęliśmy naprawdę zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie narażał się dzień w dzień.

Pewnego niedzielnego wieczora, kiedy byłam w gimnazjum, poszliśmy całą rodziną na obiad do uroczej meksykańskiej restauracji w Little Village. Grała kapela mariachi, a my siedzieliśmy wszyscy razem przy stole, moja mała siostrzyczka w foteliku dziecięcym, a braciszek na wysokim krzesełku. Tata uwielbiał mariachi – wszyscy ich uwielbialiśmy – tak więc bardzo zadowoleni, słuchając muzyki, zastanawialiśmy się, co zamówić.

Nagle zobaczyłam, że twarz taty, dotychczas rozpromieniona i szczęśliwa, robi się biała, jakby właśnie ujrzał ducha.

– Co się stało, tato? – spytałam.

– Nic. Zamawiajcie.