Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 256 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żona terrorysty - Anna Sundberg

Oparta na faktach opowieść o młodej Szwedce z zamożnej dzielnicy willowej w Halmstad, która przyłącza się do międzynarodówki dżihadystów i pozostaje z nimi przez szesnaście lat.

Książka jest unikatowym dokumentem życia z niebezpiecznym terrorystą i szczegółowym opisem codzienności radykalnych islamistów.

Anna Sundberg nauczycielka, działaczka związkową, ekspertka w sprawach oświaty. Jej świadectwo jest absolutnie wyjątkowe, również na skalę międzynarodową. Niewielu mężczyzn – a tym bardziej kobiet – odważyło się lub mogło opowiedzieć o swoich doświadczeniach z życia codziennego dżihadystów.

JESPER HUOR dziennikarz i pisarz. W 2006 została wydana jego książka Sista resan till Phnom Penh (Ostatnia podróż do Phnom Penh), a w 2010 I väntan på talibanerna (Czekając na talibów). Jest również autorem nagrodzonego reportażu radiowego Bibliotekarien (Bibliotekarz).

Opinie o ebooku Żona terrorysty - Anna Sundberg

Fragment ebooka Żona terrorysty - Anna Sundberg

SZTOKHOLM, LISTOPAD 2014

Śnię.

Dopiero po sekundzie, może dwóch uświadamiam sobie, że Saida nie ma w Szwecji, nie dzwonił do mnie.

W moim śnie pyta mnie w charakterystyczny dla niego sposób, oczywisty, miękki, a jednocześnie władczy:

– Gdzie jesteś, nie w domu?

Ogarnia mnie poczucie winy, że nie ma mnie w domu, i zaraz uderza mnie myśl: dziwne, że mówi przez telefon tak otwarcie. Jak może być tak nieostrożny?

– Jestem niedaleko – ciągnie.

– To znaczy w Szwecji, w Sztokholmie? – pytam.

– To nie twoja sprawa, gdzie dokładnie.

Jego głos budzi moją czułość, ale i złość. Szanuję go, ale muszę iść dalej, własną drogą. On musi iść sam, bez dzieci. Nie jesteśmy już ani u niego, ani z nim.

Budzę się z uczuciem wdzięczności, że Said żyje, ale i z lękiem, że znów wkracza w moje życie. A potem pojawia się pytanie, czy aby na pewno żyje?

DOLINA PANKISI, LATO 2001

Said woła zza muru.

– Z drogi, z drogi!

To znaczy, że nie jest sam, że przyjdzie z braćmi. Z arabskimi współbraćmi.

Prędko wpadam do domu.

Na zewnątrz ostre słońce, w środku ciemno i chłodno. Potrzeba paru minut, żeby wzrok się oswoił.

Nie wolno mi na nich patrzeć, ale nie mogę się oprzeć. Zerkam ostrożnie przez dziurę w wytartej białej firance.

Na naszym podwórku stoi sześciu mężczyzn. Nieczęsto zdarza mi się oglądać ich tylu naraz. Każdy z kałasznikowem. Jeden ma broń przerzuconą przez plecy. Inny zerka na dom i przez chwilę patrzy prosto w moje okno, ale nawet jeśli mnie zauważył, nie okazuje tego najmniejszym grymasem twarzy.

Ubrani są w wojskowe spodnie, kamizelki w ochronnych barwach i ciężkie buty. Wszyscy mają bujne piękne brody i długie włosy. Długie lśniące loki. Są przystojni, domyślam się, że w większości nieżonaci – kilku jest bardzo młodych.

Słońce stoi bardzo wysoko i cienie mężczyzn są krótkie, niemal granatowoczarne. Powietrze drga od gorąca, suchego i palącego żaru kontynentalnego. Ukryta za firanką patrzę, jak wojownicy ustawiają się w szeregu. Noga w nogę, ramię w ramię, twarzami w stronę Mekki. Broń ostrożnie odłożyli na ziemi.

Mój mąż prowadzi modły. Ma jasny, mocno brzmiący głos:

– Allahu akbar, sami Allahu liman hamidah…1

Myślę sobie, że oto patrzę na najwspanialszych z ludzi. Mężczyzn o czystych sercach i ciałach, gotowych poświęcić wszystko dla czegoś większego od nich samych. Spoglądając na nich, czuję szacunek i dumę.

Po modlitwie odpoczywają w cieniu, ale nie zostają długo. Wkrótce znów wyruszają piechotą w góry.

Mudżahedini. Święci wojownicy. Mój mąż jest jednym z nich, a pewnego dnia dołączą do nich moi synowie. Taką mam nadzieję. Anas ma pięć lat, Adam zaledwie trzy, żyją teraźniejszością i najczęściej mają w głowie tylko zabawę i jedzenie. Ja też marzę o jedzeniu. Życie, które jest we mnie, domaga się pożywienia. Uczucie głodu stale mi towarzyszy.

Prowadzimy bardzo prostą egzystencję w domu z cementowych bloczków, bez prądu i bieżącej wody. Na podwórku jest pompa, to wszystko. Dom znajduje się w Duisi, sporej wsi z dwoma meczetami i mostem. Rzeka Alazani spływa z gór Kaukazu i wpada w intensywnie zieleniącą się dolinę Pankisi. Formalnie jest to część Gruzji, a w praktyce wyjęta spod prawa piękna ziemia niczyja. W oddali wznoszą się porośnięte lasem wzgórza, daleko za nimi ciemnozielone masywy górskie. W górach znajdują się obozy szkoleniowe, a potem jest już Czeczenia. To tam udają się mudżahedini, aby walczyć z Rosjanami.

Mój mąż mówi do mnie habiba, kochanie, albo Um Anas, matko Anasa, gdy ma mi coś ważnego do powiedzenia. Jest czuły, zachowuje się zawsze odpowiednio i z szacunkiem. Uważnie słucha, gdy do niego mówię, podobnie jak ja jego. Przed wyjściem z domu daje mi całusa.

Zawsze uważałam, że przez tę jasną cerę i brązowe włosy przetkane siwizną wygląda bardziej na Bośniaka niż Araba. Mówił mi, że pierwsze siwe włosy pojawiły się u niego już około dwudziestki. Jest rosły, ale smukły, ma ciemnobrązowe oczy i wzrok, który nigdy nie staje się rozbiegany. Ciężkie powieki opadające na źrenice nadają mu wygląd poważny i niewzruszony.

Bywa również figlarny i często dokazuje z moimi synami. Zarzuca ich sobie na plecy i rozśmiesza nas, wołając: kto kupi tego chłopaka? Ale najbardziej lubię go za powagę. Mam do niego absolutne zaufanie. Kocham go.

Lato przeszło we wczesną jesień, cienie się wydłużyły, noce stawały się coraz chłodniejsze, i wtedy właśnie dotarła do mnie wiadomość. Mąż mówi, że w Ameryce wydarzyło się coś niesłychanego. World Trade Center leży w gruzach, pali się Pentagon!

– Wreszcie im się udało – zauważa.

Jest rozradowany i dumny, wyjątkowo jak na siebie podniecony. Mnie również ogarnia zachwyt zmieszany ze strachem: bohaterowie zwyciężyli, Dawid pobił Goliata! Wydaje się to nierealne i zarazem wspaniałe. Jednak gdzieś w środku czuję żal. Tylu zabitych. Tysiące. Czy da się usprawiedliwić ich śmierć? I wtedy budzi się we mnie lęk, strach przed zemstą Ameryki. Straszliwą. Jakie skutki przyniesie mnie i moim dzieciom?

Atak na Amerykę ma coś wspólnego z mężczyznami z mojego otoczenia, wiem o tym. Walczą wprawdzie na innym froncie, ale należą do tego samego ruchu i toczą bój w tej samej globalnej wojnie. Wiele razy słyszałam, jak mój mąż mówił z podziwem o człowieku, którego poznał w Afganistanie. O Saudyjczyku, który mimo ogromnego bogactwa żyje bardzo skromnie. Jest potężnym przywódcą mudżahedinów, jednocześnie cechuje go pokora. To szejk Osama bin Laden, nauczyciel i mistrz mojego męża.

Tamtego wieczora, po zaśnięciu męża i dzieci, długo leżę, rozmyślając o Szwecji. O ciepłym prysznicu, płatkach śniadaniowych i pasteryzowanym mleku w kartonach. O mojej mamie Britcie i ojcu Stigu, którzy pewnie zastanawiają się, co u mnie słychać.

Allahu akbar… (arab.) – Allah jest największy. Allah słucha tego, kto Go wychwala (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

ZIMOWY DZIEŃ PRAWIE PIĘĆ LAT TEMU

Wiedziałem, że kobieta w eleganckim płaszczu i długich butach, która pewnego zimowego dnia stanęła w drzwiach mojego mieszkania, to Anna w nowych szatach. Otaczała ją jakaś dramatyczna aura i widać było, że jest czujna.

Przez wiele lat tylko nieliczni mogli oglądać jej twarz z pełnym ciekawości spojrzeniem i żywą mimiką.

Zjawiła się u nas, w naszym zagraconym mieszkaniu, żeby się poradzić. Zaparzyliśmy kawę i wyszperaliśmy jakieś herbatniki, nadające się jeszcze do jedzenia. Najpierw rozmawialiśmy ogólnie o życiu, dzieciach i pracy, ale Anna dość szybko przeszła do rzeczy.

Otóż postanowiła napisać książkę o swoim życiu. Chciała zrozumieć, jak to się stało, że ona, dziewczyna z porządnej i zamożnej rodziny z klasy średniej, zamieszkałej w południowej Szwecji, dała się zawładnąć niewielkiemu, wojowniczemu odgałęzieniu fundamentalistycznego islamu, jakim są salafici.

W wieku dwudziestu trzech lat dokonała konwersji, a w następnych latach brnęła coraz głębiej w międzynarodowy ruch dżihadystyczny.

Kiedy do nas przyszła, miała za sobą dwa małżeństwa, których owocwm było czworo dzieci. Siedząc w naszej kuchni, opowiadała o kolejnych przeprowadzkach swojej rodziny – o tajnych mieszkaniach w Berlinie, obozie ćwiczebnym w dolinie Pankisi w Gruzji i kilku adresach w Damaszku. W końcu jej mąż został aresztowany przez tajną policję Baszara al-Asada, która zatrzymała również Annę z dziećmi.

Negocjacje szwedzkiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych doprowadziły do jej uwolnienia i Anna wróciła do Szwecji. Skończyła studia nauczycielskie i z czasem rozstała się z fundamentalizmem islamskim.

Najpierw tylko słuchałem jej opowieści, ale potem próbowałem wybadać, jakiej pomocy oczekuje ode mnie. Widać było, że nadal jest w jakiś sposób naznaczona przez środowisko, z którego dopiero się wydostała – spotkaliśmy się zaledwie rok po definitywnym zerwaniu – i że wciąż dręczy ją wiele pytań o to, co właściwie było jej udziałem.

Zachowywała się, jakby przed chwilą obudziła się ze snu, który opowiadała nam, kręcąc głową, bo wydawał się tak nierzeczywisty i nieprawdopodobny. Jednak widać było, że nosi w sobie żałobę po utraconych szesnastu latach i wszystkim, co się z tym wiąże: relacjach z ludźmi, rozmowach.

W dodatku poniosła podwójną stratę. Odchodząc z ruchu, pozbawiła się punktu odniesienia, przyjaciół, wiary i marzeń o przyszłości. Jednak z godnym podziwu uporem zabrała się do budowania nowego życia, odszukała przyjaciół, z którymi nie miała kontaktu od lat dziewięćdziesiątych, podjęła pracę w szkole, zajmowała się swoimi dziećmi i wspierała je, gdy bywały zagubione. Zobaczyłem, że jest silna.

W tamten lutowy wieczór umówiliśmy się wstępnie, że się do siebie odezwiemy, może będziemy mogli jej pomóc w napisaniu książki. Bardzo mnie poruszyła opowieść Anny i jej odwaga zatrącająca o brawurę. Przecież pisanie książki o światowym dżihadzie obserwowanym od środka nie będzie pozbawione ryzyka.

Po pewnym czasie stało się jasne, że stworzymy tę książkę razem. Ona spisze swoje przeżycia, ja pomogę pytaniami, gdy w jej wspomnieniach pojawią się niejasności, i sprawdzę, jaką rolę w światowym ruchu islamistycznym odegrało jej środowisko fundamentalistów, a także jak różne europejskie służby bezpieczeństwa śledziły jej męża i ją.

Anna okazała się łatwą rozmówczynią, przyjazną, otwartą. Potrafiła dostrzec absurdy różnych sytuacji i często się śmiała. Jej osobowość cechował entuzjazm, zapał i pewna nerwowość, jakby podczas rozmowy gorączkowo chciała dotrzeć do samego sedna.

Był to długi proces, chwilami trudny. O jednych rzeczach mówiło jej się z łatwością, inne sprawiały ból. Raz była gotowa ujawnić wszystko, nie zważając na konsekwencje, innym razem chyba chciała przede wszystkim zapomnieć i powrócić do zwyczajności. Dobrze się poznaliśmy, często się razem śmialiśmy, ale nie mogę powiedzieć, żebym ją w pełni rozumiał. Anna wciąż jest dla mnie zagadką, być może dla siebie też.

Podczas naszej pracy sytuacja na świecie ulegała zmianom. W Syrii i Iraku ogłoszono powstanie Państwa Islamskiego. Kobane1 oblegli zamaskowani mężczyźni z czarnymi sztandarami. Grupa terrorystów zaatakowała bezbronnych dziennikarzy2 w Paryżu. Setki szwedzkich dżihadystów udały się na wojnę do Syrii. Widzieliśmy wyraźnie, że nasz projekt staje się coraz bardziej aktualny i jednocześnie coraz bardziej niebezpieczny.

Zaginiony były mąż Anny wypłynął nagle jako przywódca Frontu an-Nusra, jednego z najbardziej bezwzględnych ugrupowań rebelianckich w Syrii. W pewien piątkowy wieczór w listopadzie 2015 roku, kiedy książka była już na ukończeniu, trzy komanda dżihadystów dokonały ataku na Paryż3. Zginęło ponad sto osób.

Mimo to kontynuowaliśmy pracę. Jej rezultatem jest niniejsza opowieść, która bierze swój początek z dala od światowych zawieruch, w mieście Halmstad na zachodnim wybrzeżu Szwecji, w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku.

Kobane – kurdyjska nazwa miasta Ajn al-Arab w Syrii. [wróć]

Chodzi o atak na redakcję „Charlie Hebdo” zorganizowany 7 stycznia 2015 roku. [wróć]

Chodzi o serię ataków terrorystycznych dokonanych 13 listopada 2015 roku w Paryżu i Saint-Denis. W krótkim odstępie czasu doszło do trzech eksplozji i sześciu strzelanin. Najkrwawszy atak miał miejsce w teatrze Bataclan. [wróć]

Jak to się zaczęło

HALMSTAD, 1975

Nad moją głową stukają o siebie kije do golfa. Kilka z nich ma kapturki z białymi i czerwonymi pomponami. Zimno im?

Tata ciągnie wózek. Jedziemy szybko, muszę się mocno trzymać, żeby nie spaść. Tata tego nie widzi.

Ma długie wąskie dłonie i pachnie wodą po goleniu.

Żebym tylko nie zapomniała, że nie wolno mi się śmiać ani przeszkadzać, kiedy tata ma uderzyć kijem, bo wtedy robi się taki surowy.

Czasem piłeczki lądują między kilkoma drzewkami albo w krzakach. Wtedy biegnę tam, żeby ich szukać.

Na polu jest kilka dużych piaszczystych dołów. Chciałabym skoczyć w pięknie wygrabiony piasek, zostawić na nim ślady stóp, albo stoczyć się po pochyłościach, ale nie wolno mi. Zamiast tego biegam po trawie.

Tata właśnie zmrużył oczy od słońca i bierze zamach. Wstrzymuję oddech i czekam na uderzenie. Piłeczka wzlatuje wysoko pod błękitne niebo.

To jedno z moich najwcześniejszych wspomnień. Kurczowo trzymam się torby golfowej, którą tata ciągnie za sobą po polu. Miałam wtedy ze cztery, może pięć lat. Rodzice uwielbiali ten sport i starali się grać jak najczęściej.

Klub golfowy znajduje się w Tylösand, najelegantszym rejonie miasta. Żeby zostać członkiem, trzeba czekać w kolejce przez wiele lat. Flagi powiewają na wietrze. Jest czysto i porządnie, trzeba się ładnie ubierać. Nie ma mowy o dżinsach, szortach czy tenisówkach.

Gracze chodzą w najmodniejszych, dopasowanych kolorami ubraniach z logo Lacoste i Lyle & Scott. Na głowie cyklistówka, na jednej ręce golfowa rękawiczka, na nogach porządne kolce ze skórzaną cholewką. Ojciec miał słabość do Lacoste. Nie potrafiłabym zliczyć wszystkich jego koszulek z krokodylkiem.

Razem z moim starszym bratem często towarzyszyłam rodzicom w klubie, nudząc się przy tym śmiertelnie. Jedno przejście całego pola trwa od dwóch do czterech godzin, w zależności od tego, czy zalicza się dziewięć, czy osiemnaście dołków. Nie wolno głośno rozmawiać, żeby nie przeszkadzać graczom, którzy akurat ćwiczą uderzenie albo popchnięcie piłki do dołka. Golfiści mieli poważne, dumne miny, jakby zajmowali się jakąś wyjątkowo istotną sprawą.

*

Wychowałam się w Söndrum, willowej dzielnicy między śródmieściem Halmstad a Tylösand. Peter, mój dwa lata starszy brat, był dość spokojnym dzieckiem, ja byłam bardziej rozbrykana.

Nasz tata Stig był kierownikiem średniego szczebla w miejscowej hucie Halmstad Järnverk, mama Britta pracowała na pół etatu w oddziale Handelsbanken.

Mieszkaliśmy w willi ze wspaniałym ogrodem, w którym rosły śliwy i porzeczki. W naszej piwnicy oprócz sauny znajdował się stół bilardowy. Do morza mieliśmy zaledwie dwieście metrów, fale cieśniny Kattegat obmywały długie, jasne i piaszczyste plaże.

Kochałam mamę, uważałam, że jest wspaniała, ale czasem brakowało mi bezwarunkowego wsparcia z jej strony, na przykład kiedy wdałam się w awanturę z bratem albo którąś koleżanką. Zawsze pytała:

– A co mu/jej zrobiłaś?

Możliwe, że dzięki temu nie stałam się rozpuszczona. Jednak tęskniłam do chwil, kiedy mnie pocieszała, kołysząc w objęciach, bo były absolutnie rozkoszne.

Tata bardzo dużo pracował i miał wrzody żołądka. Przychodził z pracy późno i odpoczywał, leżąc na kanapie. Ale często się z nami bawił. Podrzucał nas do góry albo na czworakach woził na plecach, udając konia. Lubiłam go rozśmieszać, czułam wtedy, że mnie kocha.

Łatwo wpadał w złość. Wtedy jego spojrzenie stawało się twarde. Ale kiedy miał dobry humor, w jego spojrzeniu była otwartość, dostrzegało się, że blisko mu do śmiechu. Czasem rzeczywiście wybuchał głośnym, serdecznym śmiechem.

Nasza rodzina nie odstawała od otoczenia.

Na osiedlu Stenhuggeriet w dzielnicy Söndrum mieszkały tak zwane tradycyjne rodziny z dziećmi. Na podjazdach często stały dwa samochody, ludzie jeździli na zagraniczne urlopy. Mężczyźni pracowali ciężko i dobrze zarabiali, byli przedsiębiorcami, lekarzami albo handlowcami. Żony pracowały na pół etatu albo zajmowały się domem.

Nie rozmawiało się o polityce, ale rozumiało się samo przez się, że wszyscy głosują na partie mieszczańskie, Moderatów1 albo Folkpartiet2.

Po drugiej stronie Tylösandsvägen, nieco dalej od wybrzeża, znajdowało się osiedle Bäckagård z domami czynszowymi i szeregowcami. W dzieciństwie byłam pewna, że jego mieszkańcy są jacyś inni. Niektórzy dorośli byli po rozwodach, mieli tylko jeden samochód albo nie mieli żadnego, żyli w małych i ciasnych mieszkaniach. Zastanawiałam się, czy może mają źle poukładane w głowach.

Z dziećmi z Bäckagård zetknęłam się po raz pierwszy, kiedy poszłam do szkoły.

Bywali jeszcze dziwniejsi ludzie – czasem spotykaliśmy ich na basenie znajdującym się w połowie drogi do centrum. Niekiedy słyszałam, jak dorośli narzekają, że przychodzi tam tyle osób z blokowiska Andersberg. Ciemnoskórych, mówiących w obcym języku. Nigdy się z nimi nie stykaliśmy poza tymi chwilami na basenie, kiedy bawiliśmy się albo pływaliśmy obok siebie.

Pewnego dnia moja koleżanka z klasy opowiedziała, że ma nowych sąsiadów – była to rodzina z Jugosławii. Ludzie ci prowadzili pizzerię, stać ich było, żeby zbudować sobie ładny dom i jeździć mercedesem. Zupełnie nie potrafiliśmy jednak zrozumieć, dlaczego muszą mieszkać akurat tutaj. Uznaliśmy, że to jakaś pomyłka, bo przecież do nas nie pasują.

*

Mama zapaliła prince’a. Pachniała mocno dymem z papierosów i perfumami. Wieczorem miało się odbyć przyjęcie. Bal maskowy dla dorosłych.

Mama tapirowała włosy i malowała paznokcie. A ja stałam w drzwiach między łazienką i jej garderobą, przyglądając się, jak nakłada makijaż.

Jej szafka łazienkowa stanowiła prawdziwy skarbiec. Było w nim pełno cudownych rzeczy. Szminek. Flakoników z perfumami. Mydełek i kremów. Pudełeczek z pędzelkami i pudrami w różnych odcieniach.

Jej biżuteria lśniła. Naszyjnik z prawdziwych pereł. Bransoletka ze srebra. Błyszczące klipsy, które pozwalała mi przymierzać.

– Ładnemu jest łatwiej – mówiła mama niby do mnie, niby do siebie.

Mama była piękna. Miała długie czerwone paznokcie i głęboki dekolt. Tata lubił, kiedy się odszykowała. Cieszył się. Posiadanie atrakcyjnej żony było ważne.

Był 1980 rok, miałam dziewięć lat, mama była moją idolką.

Przyjaciele rodziców z Söndrum i Tylösand na zmianę organizowali wielkie przyjęcia i bale przebierańców. Bez dzieci, więc oboje z bratem nocowaliśmy wtedy u babci Vegi.

Potem mama czasem narzekała, że wypili za dużo alkoholu.

Przed taką imprezą często się denerwowała. Każdy bal miał inny temat i trzeba było przygotować inne kostiumy. Mama potrzebowała całego miesiąca, żeby je wyszykować dla siebie i taty. Najlepsze zdobywały nagrody.

Najgorzej było, kiedy przyjęcie odbywało się u nas. Oczekiwania były ogromne. Wszystko miało być perfekcyjne – jedzenie, drinki, porządek – a najlepiej, żeby wypadło jeszcze wspanialej niż podczas poprzedniego przyjęcia. Mama jako gospodyni odpowiadała za to, żeby wszyscy się dobrze bawili.

Wcześnie pojęłam, że to ważne, żeby się dobrze bawić. Jeśli zaczynaliśmy przy kimś obcym rozmawiać o trudnych, smutnych sprawach, tata zaraz zbywał to jakimś żartem. Albo się gniewał. Nie podobało mu się, jeśli robił się ponury nastrój, chociaż w rodzinnym gronie wcale nie unikał trudnych tematów.

Mama była tak miła i skłonna do pomocy, że uczyniła z tego prawdziwą sztukę. Tata potrafił być dla niej nieprzyjemny, ale przełykała to w milczeniu.

Nawet się dziwiłam, bo potrafił posunąć się bardzo daleko. Zdarzało się, że wtedy stawałam w jej obronie. Tatę to drażniło.

A jednak w ich wzajemnych stosunkach było dużo ciepła, chętnie się dotykali i nie ukrywali, że lubią seks.

Kiedyś w szafce nocnej taty znalazłam pisma pornograficzne. Patrząc na zdjęcia, czułam jednocześnie zawstydzenie i podniecenie. Pomyślałam, że muszę zgłębić tę fantastyczną tajemnicę.

*

– Aniu, nie prowadzisz motoroweru, rozumiemy się? – zawołała z kanapy mama. Stałam w przedpokoju z grupką kolegów. Tobbe przyjechał swoją nową niebieską yamahą, którą postawił na naszym podjeździe do domu.

– Nie, no skąd!

Był 1985 rok, chodziłam do ósmej klasy, zaczęłam się już malować i nosić pantofle na obcasie. Razem z moją najlepszą przyjaciółką Kajsą uważałyśmy chłopców z naszej klasy za beznadziejnych smarkaczy, ale Tobbe i jego koledzy byli rok starsi, więc po szkole często się z nimi prowadzałyśmy – uczyli nas palić papierosy i zażywać snus.

Tobbe miał niski głos i mocne przeguby. Był przystojny, chciałam mu zaimponować.

Staliśmy przy motorowerze, Tobbe włożył kask.

– Dasz mi spróbować? – spytałam.

Tobbe zawahał się, ale potem kiwnął głową.

– A umiesz?

– No jasne – odparłam.

Wsiadłam na maszynę, która teraz wydała mi się niezgrabna i ciężka. Tobbe zatrzymał kask dla siebie i usiadł za mną. Poczułam jego ręce obejmujące mnie w pasie.

Stoczyliśmy się z podjazdu, uruchomiłam silnik i dodałam gazu. Zjechaliśmy z górki, zdążyłam już wrzucić trójkę, jechaliśmy tak szybko, że aż krzyczałam z zachwytu.

– Hamuj! – krzyknął Tobbe.

Ulica skręcała w lewo pod kątem prostym, a my jechaliśmy prosto na płot. Ledwo odnotowałam, jak Tobbe zeskoczył, zanim spróbowałam skręcić. Przeleciałam nad kierownicą, która uderzyła w płot. Poczułam piorunujący ból w brzuchu. W następnej chwili znalazłam się na czworakach na asfalcie, próbując złapać oddech, bo dostałam kierownicą prosto w splot słoneczny. Z przeciętej dłoni leciała krew.

Tobbe podbiegł do motoroweru, krzycząc:

– Kurwa, rozpieprzyłaś go!

W gimnazjum – była to Hallägraskolan – miałam dużo koleżanek i kilku adoratorów. Jeden chłopak wepchnął mi do ust język. Uznałam to za obrzydliwe. Jednak podobało mi się, kiedy dotykał moich piersi.

Inny miał jasne włosy i ładne mięśnie, chciał się ze mną przespać.

Poprosiłam koleżankę, żeby poszła ze mną do położnej po pigułki antykoncepcyjne3.

– Uważasz, że już czas? – spytała mnie położna.

– Tak – odparłam, chociaż wcale nie byłam o tym przekonana, nawet czułam, że udaję.

Należało poczekać kilka tygodni, żeby tabletki zaczęły działać. Mięśniak nie miał ochoty czekać tak długo i znalazł sobie inną dziewczynę. Nie obeszło mnie to.

W dziewiątej klasie zrobiłam sobie trwałą i zaczęłam chodzić w długim białym płaszczu. Wyglądałam w nim jak młoda dama. Mój nauczyciel spojrzał na mnie z podziwem.

– Fajnie! – skomentował mój nowy styl.

W jasne letnie wieczory krążyłyśmy z Kajsą między restauracjami Tylöhus i Carlos, ale nie wpuszczali nas, byłyśmy za młode.

Mój pierwszy prawdziwy chłopak miał na imię Patrik i był synem znajomego taty. Zaczęliśmy chodzić ze sobą w gimnazjum i ciągnęliśmy to w liceum, prawie do matury. Był ładny, miły i mówił, że mnie kocha. Nie byłam dla niego dobra.

Podczas inauguracyjnej zabawy w liceum flirtowałam z moim trzy lata starszym mentorem, który chodził do klasy matematyczno-fizycznej. Wysoki, dobrze zbudowany, włosy na afro i ciemna karnacja. Miał własne mieszkanie. Wprowadziłam się do niego na tydzień. Przyprowadziłam go do domu i przedstawiłam rodzicom, jakby był jakimś trofeum.

Jednak wkrótce mi się znudził i wróciłam do Patrika. Potem to się powtarzało. Spałam z innymi, wracałam do niego, a on przyjmował mnie z powrotem. Był smutny i zrezygnowany, ale nigdy się nie gniewał.

– No nie, znowu – mówił.

Od czasu do czasu dopadały mnie wyrzuty sumienia, ale na ogół zajmowały mnie tylko własne burzliwe emocje, których sama nie rozumiałam.

Czasem zamykałam się w swoim pokoju i płakałam. To wszystko obłuda i pozory, myślałam, a tak naprawdę każdy przejmuje się tylko sobą. Marzyłam, żeby spotkać kogoś, kto chciałby poznać właśnie mnie. Tak do głębi.

W ostatniej klasie liceum mój rodzinny Halmstad wydawał mi się nieznośnie nieciekawy i nudny. Wiosną 1990 roku po maturze zdecydowałam się. Muszę wyjechać, daleko od Patrika i innych chłopaków, od wybrzeża, naszego willowego osiedla, od rodziców – daleko w wielki świat, pełen nieskończonych możliwości.

Razem z koleżanką z klasy, Maleną, pojechałyśmy do Szwajcarii, gdzie dostałyśmy pracę jako au pair.

*

Droga biegła wzdłuż jeziora. Za jego lśniącymi wodami wznosiły się ośnieżone górskie szczyty. Piękny krajobraz, ale czułam strach. Jechaliśmy w złą stronę.

– Dokąd jedziesz? – spytałam.

– Na kawę – odparł.

– Nie tak się umawialiśmy – zaprotestowałam.

W milczeniu zostawił za sobą Genewę i jechał dalej, na wieś.

Nikt nie wiedział, gdzie jestem. Nikt nie widział, jak wsiadałam do samochodu. Nie mogłam wyskoczyć, bo za szybko jechał.

Zaoferował się, że podrzuci mnie do centrum, gdzie miałam spotkać się w kawiarni ze Stefanem, moim ówczesnym chłopakiem.

Nie powinnam była się zgadzać.

Rozejrzał się, znalazł jakąś boczną drogę i skręcił w las. W końcu stanął. Dokoła nie było żadnych ludzi ani domów, same drzewa.

– Przesiądź się na tylne siedzenie – rozkazał.

Odmówiłam, wtedy wyjął nóż. Usiłowałam mu go wyrwać, wywiązała się szarpanina, podczas której skaleczył mnie w dłoń. Był silniejszy ode mnie. Poddałam się i rozebrałam.

Po wszystkim był zadowolony i spokojny, jakby sam sobie coś udowodnił.

– Kobiety to suki – zaśmiał się.

Wysiadł i spojrzał między drzewa. Wracając do samochodu, włożył rękę do kieszeni. Już myślałam, że znów sięga po nóż, i zesztywniałam ze strachu, ale wyjął tylko okulary słoneczne.

Wyjechał z lasu i na szosie zatrzymał się na chwilę. Przejrzał mój portfel, zabrał zdjęcie mojego chłopaka i wszystkie pieniądze.

– Jeśli pójdziesz na policję, to pożałujesz – zagroził.

Skierował się z powrotem do Genewy, tam mnie wysadził i odjechał. Zapamiętałam numer rejestracyjny. Było dla mnie oczywiste, że pójdę na policję.

Wpadłam z krzykiem do biura Stefana, gdzie kompletnie się rozsypałam. Jego koledzy patrzyli zdumieni przez szklane drzwi.

Policjanci byli dla mnie bardzo mili. Malena i Stefan mnie wspierali, ale okres, który nastąpił później, był okropny. W moim dzienniku napisałam:

Nie mogę spać. Zamykam oczy i zaraz widzę jego twarz. Potwornie się boję, że wróci i nas zabije.

Gwałciciel został złapany kilka tygodni później i po moich zeznaniach w sądzie skazany na długą odsiadkę. Z pamiętnika:

Postaram się, żeby to bydlę przez DŁUGIE LATA nie mogło skrzywdzić żadnej dziewczyny.

Postanowiłam, że nie pozwolę, by to wydarzenie odcisnęło piętno na mnie albo na moim życiu, więc zgodnie z planem zostałam w Szwajcarii do lata 1991 roku. Jednak przed Bożym Narodzeniem odeszłam od rodziny, u której pracowałam, i razem z moim chłopakiem zatrudniłam się w hotelu.

Nie mogłam zapomnieć o gwałcie. W dzienniku napisałam:

Może było mi to pisane? Kara za to, że się źle prowadziłam. A gdybym mogła uciec od tego świata? Wyjechać daleko stąd, gdzie nikt mnie nie będzie znał?

Nadal byłam ze Stefanem, chociaż ciągle go zdradzałam. Domyślał się, ale nic nie mówił. Zerwanie nastąpiło już po powrocie do Szwecji i przyszło całkiem łatwo.

– Jesteś bogata?

Były to pierwsze słowa, które skierował do mnie Martin.

Poznaliśmy się w grudniu 1991roku w jakimś sztokholmskim klubie nocnym. Martin miał czarne, rozczochrane włosy i duże zielone oczy. Grał na gitarze, pisał piosenki i imał się rozmaitych zajęć.

Wszystko kwestionował, był strasznym blagierem, lubił prowokować, ale jednocześnie szukał w życiu głębi. Często zastanawiał się nad jego sensem. Co jest prawdą? Co jest ważne? Prowadziliśmy dużo rozmów i kłóciliśmy się, kiedy domagałam się jednoznacznych odpowiedzi albo uważałam, że coś jest oczywiste. Fascynował mnie, słuchałam go z zapartym tchem.

Martin dzielił mieszkanie z kolegą, wprowadziłam się do nich. Był tam tylko pokój z kuchnią, więc spaliśmy we dwójkę na poduszkach z kanapy, które rozkładaliśmy na podłodze w garderobie. Słuchaliśmy zespołów Enigma i The Doors, paliliśmy hasz i przez całe noce gadaliśmy. W dzień spaliśmy.

„Na skraju miłości leżą kamienie, przy jednym się zatrzymałem. Wiem, że kłamstwo jest ci bliskie” – napisał w wierszu dla mnie.

Czasem pytał, po co udaję albo dlaczego się stresuję, kiedy inni się złoszczą albo denerwują. Zmuszał mnie do odpowiedzi na pytania: „A dlaczego tak myślisz?” albo „Dlaczego musisz tak robić?”. Nigdy się z nim nie nudziłam. Wszystko się mogło zdarzyć. Podporządkowałam się mu, przyjmowałam jego pomysły i idee. Zaręczyliśmy się. Jednak coraz bardziej doskwierała mi rola zabawnej ślicznotki.

Jesienią 1992 roku rozpoczęłam studia w Lundzie na wydziale teologicznym. Historia religii. Obejmowała między innymi kurs o islamie, prowadzony przez islamologa, profesora Jana Hjärpe. Mówił nam, że islam łączy wszystkie dziedziny życia człowieka – politykę, codzienność i duchowość. Był prawdziwym znawcą w swojej dziedzinie, a jego entuzjazm udzielał sie studentom.

– Niesamowite. Żeby wierzyć, że jedna jedyna księga może dokładnie oddawać słowo Boże – szepnęłam do siedzącej obok koleżanki.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak ważna będzie dla mnie kiedyś ta księga.

Miałam dwadzieścia jeden lat i podnajmowałam pokój w akademiku w Ulrikedal w centrum Lundu. Martin został w Sztokholmie. Na moim piętrze mieszkał Jonas, też pochodził z Halmstad i zaprzyjaźniliśmy się. Zachowywał się, jakby w jego ciele młodego chłopaka tkwił starszy mężczyzna. Komunista i wegetarianin o wielkiej wiedzy teoretycznej.

W jego pokoju pachniało indyjskim kadzidłem i cygarem. Na gramofonie stereofonicznym kręciła się płyta z muzyką Arvo Pärta. Piliśmy porto i prowadziliśmy długie rozmowy. Jonas mnie inspirował. Przestałam jeść mięso i zainteresowałam się komunizmem. Jednak najbardziej rozmyślałam nad samą sobą. Jaka ja właściwie jestem?

Po pewnym czasie przyjechał Martin i wprowadził się do mojego pokoju w akademiku. Był to dla nas swego rodzaju nowy początek, nadal się w nim kochałam. Martin wciąż płynął z prądem i nie wiedział, co chce robić w życiu. Słuchał Doorsów i fantazjował o śmierci. Bałam się, że odbierze sobie życie. Miałam ciągłe zmiany nastrojów. Raz popadałam w manię, innym razem w dezorientację i lęk. Nie potrafiłam być wierna Martinowi. Zrywaliśmy i znów się schodziliśmy.

Razem z Martinem i Jonasem przesiadywaliśmy w klubie studentów ze Smalandii i spotykaliśmy się z przedstawicielami środowisk lewicowych. Miałam wtedy przyjaciółkę Judith, która studiowała hebraistykę i kochała taniec. Poznałam historyczkę literatury Ninę Björk i jej przyjaciela. Nina była bardzo szykowną i chłodną intelektualistką. Spotykaliśmy się parami na kolacjach, chodziliśmy na te same zabawy i taniec nowoczesny. Podziwiałam ją, ale utrzymywała dystans. Nie zaprzyjaźniłyśmy się.

W tym czasie, oprócz studiów, zajmowały mnie teatr i aktorstwo. Brałam udział w przygotowaniu przedstawienia w Stowarzyszeniu Akademickim o pisarzu Stigu Dagermanie. Było to pełnowymiarowe przedstawienie z muzyką, krótkim spektaklem teatralnym i poezją – mój wkład polegał na wyrecytowaniu dwóch wierszy. Publiczność zapełniła salę i zgotowała nam owację. Dla mnie było to absolutnie wspaniałe, jak sen.

W Malmö byłam na sztuce Staffana Valdemara Holma. Siedziałam na pierwszym balkonie i głęboko wstrząsnęła mną końcowa scena, w której aktorzy chodzili tam i z powrotem, a każdy z nich pchał swój dziecinny wózek. Klaskałam jak szalona. Potem zobaczyłam, że jeden z aktorów spojrzał na mnie i szepnął coś do koleżanki, która zrobiła obraźliwy gest. Domyśliłam się, że mój entuzjazm nie był zupełnie normalny.

Byłam też na castingu do sztuki o Zagładzie. Poszło mi śpiewająco, zostałam przyjęta. Jednak później, podczas czytanych prób, za bardzo się wczuwałam. Reżyser poprosił, żebym się wycofała. Zrobili przerwę.

Pewien przyjaciel, który przyszedł na próbę, żeby posłuchać, odprowadził mnie na bok i spytał, jak się czuję.

– Anno, masz psychozę od haszyszu, czy co?

Latem 1994 roku znalazłam się w punkcie zero. Dwa lata studiów nigdzie mnie nie zaprowadziły, a Martin w końcu mnie rzucił. I wtedy to się stało. Moje życie wzięło zakręt w zupełnie nową, nieoczekiwaną stronę.

Moderaci (Moderaterna, Moderata Samlingspartiet) – Umiarkowana Partia Koalicyjna. [wróć]

Folkpartiet (Folkpartiet Liberalerna) – Partia Liberalna. [wróć]

W Szwecji położne zajmują się doradztwem w sprawach zapobiegania ciąży i mają prawo przepisywać pigułki antykoncepcyjne. [wróć]

Zakochanie

LUND, 1994

Piękny dzień, jeden z ostatnich tamtego lata. Siedziałam koło sadzawki w parku miejskim, pod bosymi stopami czułam trawę, słońce grzało mi kark. Za tydzień miał się zacząć semestr jesienny, teraz chciałam się tylko cieszyć. Towarzyszył mi Sebastian, student hebraistyki, miły, dobrze ułożony chłopak.

Na ławce nieopodal, paląc papierosa, siedział mężczyzna w dżinsowej koszuli. Wyglądał, jakby na kogoś czekał, chociaż ma tyle czasu, ile zapragnie. Spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Podeszłam, poprosiłam o ogień. Miał ciemne spojrzenie, ciało gibkie i umięśnione. Niewielką bródkę. Był o co najmniej dziesięć lat starszy ode mnie – dojrzały mężczyzna.

– Przysiądź się do nas – zagadałam.

Zawahał się, ale nalegałam. Zaczęliśmy rozmawiać, wkrótce Sebastian poczuł się zbędny i nawet nie zauważyłam, jak wstał i sobie poszedł. Mężczyzna powiedział mi, że pochodzi z Algierii i ma na imię Walid. Rozmawialiśmy o zagadce ludzkiej egzystencji. Dla mnie była to przede wszystkim miłość, dla niego coś innego. Duchowość. Mówił, że wszystko jest ustalone z góry. Na wszystko istnieje odpowiedź, wszystko ma jakiś sens.

Długo rozmawialiśmy. Rzecz szczególna: ani razu nie wspomniał o islamie, ja też nie pytałam, to się rozumiało samo przez się. Nie pamiętam, co dokładnie mówił, ale nigdy nie zapomnę uczucia, którego doświadczyłam. Nagle poczułam jasność, wewnętrzne światło. Promieniałam.

– W życiu jeszcze tak się nie czułam… Co to jest? – spytałam.

– To Bóg – odparł Walid.

Jakby niebo się nade mną otworzyło i spojrzał na mnie Bóg. Widział mnie, nie mogłam złapać tchu. Tak się ucieszyłam, że fiknęłam na trawie kilka koziołków. Wszystko stało się takie piękne. Bóg istnieje, tylko ja o tym nie wiedziałam. Teraz już wiem. Co za łaska. Anno, teraz już wiesz, pomyślałam.

– Pójdziesz teraz do domu pod prysznic, prawda? – odezwał się Walid. Chodziło o ablucję przed konwersją.

Pożegnaliśmy się, lekkim krokiem poszłam do domu. Patrzyłam na przechodniów zupełnie nowymi oczami. Widziałam bijący od nich smutek i nieszczęście. Nie znali Prawdy. Nie uśmiechali się. Za to ja się uśmiechałam i to nieustannie. Wszystko, co dotąd było ważne, stało się zupełnie nieistotne. Martin, który mnie rzucił, studia, które nic mi nie dawały.

Po powrocie do akademika padłam na kolana i modliłam się, chociaż nie wiedziałam, jak się to robi. Miałam jednak nadzieję, że Bóg mnie wysłucha.

***

Niemal dokładnie dwadzieścia lat później przyjeżdżam w jakiejś sprawie do Lundu. Zostało mi trochę czasu, więc zostawiam samochód i idę na spacer do parku miejskiego. Świeci słońce, tak samo jak wtedy. Siadam na ławce, zamykam oczy i wracam myślami do tamtego brzemiennego w skutki dnia, do młodej dziewczyny, którą wtedy byłam. Naiwnej, łatwowiernej i otwartej. Walid to wykorzystał.

Po latach wiele rozmyślałam o tamtym doświadczeniu. Czy była to psychoza narkotykowa – skutek popalania haszu przez kilka lat – czy doznanie religijne? Do dziś nie wiem.

***

W pierwszym okresie przeżywałam swego rodzaju wstrząs, jakbym wkroczyła do innego świata, kolorowego świata ze snu.

Rodzice zmartwili się i oburzyli, kiedy im powiedziałam, że poznałam Boga i zostałam muzułmanką.

Nie miałam prawdziwej chusty na głowę, więc zakryłam włosy, okręcając je szalikiem.

Bez przerwy wszystkich pouczałam, na lewo i na prawo. Podczas imprezy w akademiku poznałam dziewczynę, która właśnie dostała się do szkoły teatralnej. Powiedziałam jej, że aktorstwo jest niepotrzebne, bo nie prowadzi do Boga i prawdy. Słuchała mnie z widocznym zakłopotaniem. Moi przyjaciele twierdzili, że zwariowałam.

Nie mogłam przestać myśleć o Walidzie. Zakochałam się po uszy, nie umiejąc oddzielić tego stanu od mojej gorącej wiary. Granice między jednym a drugim się zatarły. Wszędzie dopatrywałam się znaków od Walida. Na widok gołębia za oknem wierzyłam, że to on przesyła mi sekretną wiadomość.

Nie miałam jego adresu ani numeru telefonu, ale powiedział mi, że bywa w Café Ariman. Był tam znany, miał ksywę Prorok. Wkrótce znów się spotkaliśmy.

Rozmawialiśmy o islamie i duchowości – że to przeznaczenie kazało nam się poznać. Jeszcze tego samego dnia pojechałam z nim do Kopenhagi. Okazało się, że Walid jedzie kupić haszysz. Nie zakwestionowałam tego. Wracaliśmy autobusem i uznał, że lepiej będzie, jeśli ja przewiozę kostkę, bo on, jako Arab, łatwiej wyda się podejrzany. Zgodziłam się. Schowałam kostkę do stanika.

Celnik nawet nie spojrzał w naszą stronę. Już po wszystkim Walid spojrzał na mnie z uśmiechem. Mieliśmy wspólną tajemnicę. My oboje przeciw światu.

Po powrocie do Lundu poszliśmy na długi spacer. Pożegnanie było bardzo formalne, żadnego uścisku, nawet podania ręki, bo to niedozwolone. Wracając do mojego akademika, zastanawiałam się, czego on może ode mnie chcieć.

Pewnego wieczora Walid odwiedził mnie w moim pokoju. Rozmawialiśmy i słuchaliśmy Boba Marleya. Poszłam do łazienki, a on zaczął majstrować przy moim gramofonie. Od razu wiedziałam, o co mu chodzi. To nie tak, że zgadłam, co pomyślał, ja to usłyszałam w swojej głowie. Próbowałam siłą swoich myśli skłonić go, żeby zmienił płytę, ale nie udało się.

Późno w nocy położyłam się na łóżku. Byłam zmęczona. Walid położył się obok. Czułam ciepło jego ciała. Rozpiął mi bluzkę. Zrób to, pomyślałam i zamknęłam oczy.

Nagle odsunął się, wstał i włożył kurtkę. Zostałam na łóżku, zasłaniając się ramionami, ale patrzył gdzie indziej. Idąc do drzwi, odwrócił się i spojrzał na mnie z niesmakiem.

– Ujrzałem w tobie Szejtana – powiedział, podkreślając każdą sylabę.

Ogarnęła mnie rozpacz. Pomyślałam, że zobaczył mnie taką, jaka jestem naprawdę – nieczystą, nic niewartą i grzeszną kobietę. Wiodłam go na pokuszenie, na pewno nie zechce mnie nigdy więcej widzieć. Myliłam się. Zadzwonił już następnego dnia, jednak lęk, że go utracę, pozostał.

Zerwanie z kolegami było łatwe. Po prostu zadzwoniłam do nich i oznajmiłam, że nie możemy się więcej spotykać. Dziwili się, kiedy wyjaśniłam, że zrywam przyjaźń, bo zostałam muzułmanką. Rozmowa z jednym chłopakiem była wyjątkowo smutna, kochał się we mnie i po jego przeprowadzce do Sztokholmu prowadziliśmy ożywioną korespondencję. Rozpaczliwie płakał do słuchawki, a ja wcale nie czułam smutku, wręcz przeciwnie – czułam ulgę, bo dla mnie było oczywiste, że mamy zerwać kontakt.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki