Żona prezydenta - Stefan Chwin - ebook + książka

Żona prezydenta ebook

Stefan Chwin

0,0
20,37 zł

lub
Opis

Krystyna, Żona prezydenta, zdradzona przez męża, ucieka z pałacu prezydenckiego. W miejscowości, gdzie się ukrywa, poznaje Mistrza, przywódcę grupy religijnej, dążącej do naprawy świata. Mistrz, który w oczach jednych jest przestępcą, w oczach innych Wysłannikiem z "tamtej strony", chce dość dwuznacznymi metodami uzdrowić sytuację na świecie. Gdy zostaje aresztowany, Krystyna, związana z nim uczuciowo, decyduje się zrobić wszystko, bo go ocalić...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 276




Stefan Chwin Żona prezydenta

© Copyright by Wydawnictwo „TYTUŁ” © Copyright by Stefan Chwin

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody właściciela praw.

Wydanie w formacie ePUB: ISBN 978-83-89859-03-7

Plik wygenerowany dnia: 16-11-2017

Bo demokracja jest zgodna z naturą. Planety, zwierzęta, rośliny i cząstki elementarne żyją zgodnie z Dziesięciorgiem Przykazań, Deklaracją Praw Człowieka i Obywatela oraz pierwszą poprawką do Konstytucji.

Nick Karpinsky

Podziękowanie

Książkę tę napisałem w oparciu o autentyczne materiały, udostępnione mi jakiś czas temu przez jednego z psychiatrów, który od wielu lat gromadzi w swoim archiwum teksty i prace plastyczne swoich pacjentów i zajmuje się nimi naukowo. Uprzejmie udostępniony mi zbiór zawierał opowiadania, autobiograficzne monologi, filozoficzne i religijne medytacje i inne tego rodzaju wypowiedzi, w których - co uderzyło mnie już podczas ich wstępnego przejrzenia - pojawiały się z wielką intensywnością tematy najzupełniej współczesne, pisano o postaciach z naszego życia publicznego, wydarzeniach europejskich i światowych, wszystko to wszakże ujmując z bardzo osobliwej perspektywy. Można było w tych tekstach ujrzeć nie tylko odbicie osobistych kłopotów ich autorów, ale i świadectwo ogólniejszych niepokojów, obsesji i frustracji naszego czasu, wyolbrzymionych w krzywym lustrze choroby.

W udostępnionych mi materiałach znalazł się tekst napisany częściowo po polsku, częściowo po angielsku przez pacjenta jednej z klinik amerykańskich, który trafił do rąk dr Jacka S. podczas jego pobytu na stypendium Fulbrighta w Kalifornii. Przyznam, że tekst ten zainteresował mnie najbardziej i poświęciłem mu sporo uwagi. Za jego udostępnienie składam niniejszym szczególne podziękowania. Przygotowując wyżej wspomniany tekst do druku ze zrozumiałych względów zastąpiłem pojawiające się w nim nazwy, imiona i nazwiska nazwami, imionami i nazwiskami fikcyjnymi.

Za pomoc w przekładzie fragmentów angielskojęzycznych dziękuję dr Jennifer S. Wallcross-Mazar z Departamentu Studiów Slawistycznych Instytutu Europy Środkowej w Waszyngtonie.

Stefan Chwin

Kim jestem?

Nawet się nie starajcie zgadnąć. Zresztą to nieważne. Teraz muszę zacząć moją opowieść. Doktor Jonathan T. Burne, ordynator Oddziału Nerwic i Depresji Pourazowych, dał mi papier i ołówek. Nie dał tylko żyletki, bo – jak powiedział – „żyletka, Nick, jest na razie dla ciebie zbyt ostra”. Kiedy kończy mi się grafit, dzwonię i wtedy dostaję nowy ołówek. Dobrze zaostrzony ołówek firmy Ranson z Connecticut z różową gumką na końcu. Sunie po kartce jak narciarz po ośnieżonym stoku wzgórza pod miastem Stone River, gdzie urodziłem się i dorastałem pod opieką moich rodziców, matki Elisabeth, miłej kobiety bez zawodu, która zajmowała się domem, i ojca George’a Williama Roberta, oficera US Army po Akademii w West Point.

Tak więc przez jakiś czas nie będziecie wiedzieć, kim jestem i dlaczego tu jestem. Na wszystko przyjdzie pora. Doktor Jonathan T. Burne zalecił mi podczas siódmej sesji terapię poprzez pisanie. Spokojny ruch ręki, stawiającej litery na papierze firmowym szpitala żandarmerii wojskowej w Oak Road na Florydzie, powinien „ustabilizować” drżenie mojej dłoni, z którym od t a m t e j chwili nie mogę sobie poradzić. Pisanie ołówkiem, umiejętność – jak twierdzi doktor Burne – dziś już na Ziemi coraz rzadsza, wpływa kojąco na duszę, leczy zadawnione rany, pomaga uporządkować siebie. Pisanie na laptopie firmy Dell, na którym pracuję od dawna, nigdy nie da – doktor Burne jest tego pewien – takich rezultatów. Ołówek mocno trzymany w palcach wskaże mi drogę jak igła kompasu.

Muszę więc zostać skrybą. Wrócić do średniowiecza. Nauczyć dłoń posłuszeństwa. Zmusić do spokoju.

Siedzę przy stole. Jest godzina pierwsza po południu. Za oknem słońce. Słychać śpiew ptaków. Trzymam ołówek w palcach. Jest polakierowany na zielono. Ma na oprawce złoty napis i znak firmowy w kształcie małego delfina. Unoszę rękę nad papierem. Lewą dłonią wygładzam kartkę. Czarny czubek grafitu zaraz dotknie białej powierzchni. Spokojnie. Nie ma pośpiechu. Jeszcze chwila. Już!

Historia, którą chcę wam opowiedzieć, moi sędziowie, zaczyna się w Polsce. Polska to kraj średniej wielkości, leżący na wschodniej półkuli, gdzieś pomiędzy Francją a Rosją, który po upadku komunizmu wszedł do wielkiej rodziny krajów Wolnego Świata. Stolicą Polski jest Warszawa, miasto średniej wielkości, wzniesione na równinie europejskiej – jak można zobaczyć na mapach pogody w dzienniku CNN – mniej więcej w okolicach Berlina. Naród polski przez wiele lat walczył o wolność, human rights i demokrację. Dał naszej zachodniej cywilizacji papieża Johna Paula II, kompozytora-pianistę Chopina oraz Lecha Walesa, przywódcę związku zawodowego „Solidarność”, który zburzył Mur Berliński i razem z prezydentem Reaganem zjednoczył podzielone po drugiej wojnie światowej Niemcy.

Powiem od razu: nigdy nie byłem w Polsce. Nigdy nie widziałem Warszawy. Moi koledzy ze Stone River żartują, że do Polski jechać nie warto, bo w Polsce zawsze jest zimno, ciemno i mokro, w lasach żyją białe niedźwiedzie, które – podobnie jak u nas na Alasce – w czas wielkich mrozów podchodzą do ludzkich osiedli, a w małych miejscowościach wdzierają się nawet do supermarketów.

Ale ja o Polsce wiem dużo więcej niż oni. Poznałem ten kraj dość dobrze na szkoleniach w bazie Johnstown na Florydzie podczas kursu dla drugiego roku służby, kiedy to pułkownik Sheen z sekcji rozpoznania VII Armii dość gruntownie omawiał „sytuację geopolityczną Europy środkowowschodniej”.

Z zawodu jestem tłumaczem. Znam polski, niemiecki i rosyjski. Tłumaczę na angielski materiały nadsyłane z naszych baz i placówek dyplomatycznych w Europie i Rosji. Mój oddział – sekcja rozpoznania przy 509 pułku piechoty morskiej imienia generała Lee – stacjonuje na Florydzie od pamiętnych dni historycznego kryzysu w Zatoce Świń, kiedy to Rosjanie próbowali przemycić na Kubę rakiety z głowicami nuklearnymi, co spotkało się ze zdecydowaną odpowiedzią naszego rządu.

Moja rodzina pochodzi z Polski. Babka, Leokadia Danuta Koval, córka polskiego farmera spod Radomia, urodzona we wsi Sobole, przypłynęła do New Yorku w roku 1924 na pokładzie niemieckiego parowca razem ze swoim mężem, Marianem Józefem Karpinsky, ślusarzem z Warszawy, który zmarł w roku 1926 na dyfteryt, zostawiając ją z dwojgiem małych dzieci w biednym mieszkaniu na Manhattanie. Ona też sporo opowiadała mi o Polsce.

Polacy po długich latach niewoli mają dzisiaj swój rząd i swojego prezydenta, który jest naszym sojusznikiem. Widziałem go na fotografiach i filmach. To szczupły brunet w średnim wieku, dość wysoki, postawny, stanowczy, energiczny. Nosi eleganckie garnitury z dobrej wełny i zajeżdża przed swój pałac na ulicy Krakowskie Przedmieście czarną limuzyną, na której powiewa biało-czerwona chorągiewka. Kiedy niedawno dostałem kolorowe czasopismo z jego zdjęciem na okładce, uważnie mu się przyjrzałem. Chciałem zrozumieć pewne sprawy. W młodości musiał być dość przystojny, więc pewnie dlatego ona go wybrała.

Bo, doktorze Burne, opowieść, którą zamierzam spisać na tych kartkach, nie będzie o nim.

To będzie opowieść o niej.

Muszę dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie, dokładnie opisać to, co jej się przydarzyło aż do tamtej pamiętnej chwili, w której po raz pierwszy w życiu ujrzałem ją na własne oczy, usłyszałem jej głos i dotknąłem jej dłoni. Chcę to wszystko opisać wam, moi sędziowie, ze szczegółami, wiernie, uczciwie. Doktor Burne, który uważa mnie – jak powiedział któregoś dnia do doktor Binswanger – za „ciężki przypadek”, nalega, bym – jak mówi – wyzbył się wszelkich zahamowań i pisał po prostu jak mi serce dyktuje.

„Pisz, Nick – powtarza doktor Burne – pisz bez przerwy, całe godziny, całe dnie. Wejdź w rytm swojej opowieści jak Murzyni z Orleanu wchodzą w rytm bluesa. Słyszysz mnie, Nick? No, powiedz, czy mnie słyszysz? Pamiętaj, dla twojej terapii ważna jest tylko twoja opowieść, nic więcej. I to, jak głęboko w nią wejdziesz. Więc poddaj się jej. Daj się jej ponieść. Masz przecież dużo czasu. Pisz o wszystkim, co widziałeś i słyszałeś. I nie lekceważ niczego, nawet jeśli uznasz to za szczegół bez znaczenia”.

Słyszę, słyszę, doktorze Burne, i wiem, że masz rację, kiedy tak mówisz do mnie, bym pisał bez przerwy, nie pomijając żadnego szczegółu, więc zanurzam się w swoją opowieść i czekam, by mnie uzdrowiła. Jestem przecież „ciężkim przypadkiem depresji pourazowej”.

Od t a m t e j chwili przechodzę – jak mi to ciągle powtarzają – ostre załamanie nerwowe. Źle śpię. Śnią mi się koszmary. Boję się lekarzy i ludzi w mundurach. Elektrowstrząsów i śpiączek insulinowych. Drżą mi ręce. Nie panuję nad skojarzeniami. Denerwuję się z byle powodu. Wszystko gubię. Niczego nie potrafię znaleźć. Nie mogę sobie przypomnieć numerów telefonów. Przekręcam imiona i nazwiska. Mylę daty i dni tygodnia. Na niczym nie mogę skupić uwagi. Źle wypadam w testach. Mam – jak mówi doktor Binswanger – omamy słuchowe, węchowe i wzrokowe. Bez żadnej przyczyny wybucham niepohamowanym gniewem. Zżera mnie irracjonalne poczucie winy, z którym nie umiem sobie poradzić i chorobliwy wstręt silniejszy ode mnie.

Nie mogę patrzeć na ekran telewizora. Boję się mikrofonów ukrytych w ścianach. Kamer ustawionych za lustrem w łazience. Aparatów fotograficznych w komórkach. Samolotów bezzałogowych, które krążą nad nami i nawet przez najgrubsze ściany widzą, co robimy. Boję się ludzi, którzy śledzą innych i w każdej chwili mogą podać mi w zupie dawkę dioksyn, po której moja twarz zmieni się nie do poznania. Którzy mogą mi wstrzyknąć wirusa HIV podczas niewinnego badania krwi. Zmusić do połknięcia czegoś, co zmieni moją psychikę. Zabić moich bliskich tak, że będzie to wyglądało na śmierć naturalną.

Oni mogą to zrobić w każdej chwili. Świat się zmienia, oni się nie zmieniają. Zbierają dane. Notują wypowiedzi. Fotografują. Nagrywają. Wymyślają podstępne formularze paszportowe. Zastawiają pułapki w ankietach wizowych. Zakładają teczki. Tworzą rejestry. Łączą informacje w sieć. Segregują. Szyfrują. Opatrują kryptonimami. Wprowadzają do kartotek. Przetwarzają. Nawet jeśli lubią demokrację, na wszelki wypadek sprawdzają, ilu miałeś Żydów w rodzinie.

Gdy trzeba, podstępnie zdobywają twój DNA. W szklanym pojemniku trzymają pięć twoich włosów, które zgubiłeś w hotelowej łazience. Mają strzępki twojej skóry, które zostawiłeś na ostrzu maszynki do golenia. Przechowują słoiki z twoim zapachem. Interesują się, jakie były choroby dziedziczne w twojej rodzinie. Gromadzą w komputerze zdjęcia w podczerwieni. Wiedzą dokładnie, co i jak po ciemku robisz z żoną. Znają wyniki twoich badań lekarskich. Na twardym dysku przechowują fotografie twojej źrenicy, tęczówki i dna oka. Analizują ślinę, którą zostawiłeś na plastykowym widelcu w pizzerii i na brzegu kubka po coca coli w snack barze. Gromadzą rewersy, które składasz w czytelniach. Jeśli wypożyczasz książki z niewłaściwym słowem w tytule, wpisują cię na listę niebezpiecznych. Spokojnie sprawdzają, czy wierzysz w Boga, co myślisz o Kościele i aktualnym prezydencie, czy kochasz Ojczyznę oraz aktualnego ministra spraw zagranicznych. Podkreślają twoje nazwisko czerwonym flamastrem. Oznaczają numerem. Stawiają przy nim czerwony ptaszek.

Wiedzą z kim śpisz i z kim nie śpisz. Wiedzą, kogo kochasz i kogo nienawidzisz. Znają twoje słabości kulinarne i seksualne. Prześwietlają konto bankowe. Badają strukturę strachu. Przenikają w głąb snów. Znają treść twoich e-maili i rozmów telefonicznych. Wiedzą, jakie hasła wpisujesz do wyszukiwarki i o czym gadasz z matką. Przetrząsają twój bagaż, kiedy nie ma cię w hotelowym pokoju. Kopiują twoje dokumenty, gdy śpisz w wagonie sypialnym. Bez trudu namierzają cię, kiedy wchodzisz na strony porno. W ułamku sekundy ustalają, kogo masz na liście adresowej. Kamerami umieszczonymi 2 km od Watykanu prześwietlają mury Kaplicy Sykstyńskiej i specjalnym programem komputerowym „odczytują” wypowiedzi z ruchu ust. Niczym gwiazda betlejemska, która rozświetla niebo nad pustynią, prowadzą cię przez życie, byś nie zagubił drogi w strasznych ciemnościach świata. Nie zasypiają nawet przez chwilę. Mają oczy wiecznie otwarte. Chronią cię przed Złem, osłaniają przed Grzechem, bronią przed wrogami państwa i konstytucji.

Chcą wiedzieć wszystko. Czuwają. Obserwują. Strzegą. Są jak bogowie. Bo czy zna pan, doktorze Burne, chociaż jednego boga, który nie zaglądałby ludziom bez przerwy do mózgu, do serca, do kuchni, do łazienki, do łóżka? Który by chociaż na jeden ułamek sekundy dał nam święty spokój, rezygnując z pragnienia, by wiedzieć o nas wszystko?

Zasypiając, wciąż czuję ból po lewej stronie krtani. Bandaż utrudnia oddychanie. Moja lewa ręka jest bezwładna. Niedobre sny mieszają się z rzeczywistością. W ciemnościach słyszę głosy. Gdy nocą podchodzę do okna, za szybą widzę poruszające się w koronach drzew światła, jakby mi ktoś zapaloną latarką dawał jakieś ostrzegawcze znaki. Ze wszystkich sił chcę te znaki odczytać, ale nie wiem jak. Szyby są osłonięte siatką. Drzwi obite skórą. Nie mają klamki. Na widok pielęgniarzy, nadchodzących z głębi korytarza, kurczę się z przerażenia.

Pan mi mówi, że tamtego dnia powinienem od razu powiedzieć: „Pułkowniku Sheen, proszę o natychmiastowe przeniesienie do bazy Johnstown”? Że wystarczyłoby te parę słów, a nie stałoby się to, co się stało? Naprawdę pan w to wierzy? Przecież dobrze pan wie, dlaczego nie byłem w stanie wypowiedzieć tych słów. Dlaczego te słowa nie mogły mi przejść przez gardło.

W moim pokoju jest cicho. To duży pokój z białym sufitem i białymi ścianami. Z okna widzę park, strzyżone trawniki, zielone drzewa, klomby i staw z gęstym tatarakiem na brzegach. Mam nieskończenie wiele czasu i nieskończenie wiele ołówków. Wystarczy, że zadzwonię, a dostaję nowe. Ładne, dobrze zaostrzone ołówki firmy Ranson z Connecticut, polakierowane na różowo, zielono i niebiesko, lśniące, gładkie, ze złotym znakiem delfina na oprawce i różową gumką na końcu. I mam zupełny spokój. Delikatną zieleń parkowych drzew przecinają tylko kraty w oknach. Widzę ich wąskie cienie na białej podłodze. Siedzę przy stole. Słyszę śpiew drozda i szum deszczu w listowiu. Krople spadają na parapet.

Jak mam zacząć moją opowieść? Ach, od razu – jak mówi doktor Burne – wejść in medias res. Zobaczyć ją w chwili, gdy zegar w sali hotelu Victoria przy placu Zwycięstwa, najsławniejszym placu Warszawy, wybił godzinę trzecią i konferencja, która rozpoczęła się w południe, została zakończona. Kto jest w sali hotelu Victoria? Kilka osób. Twarze wyraźne. Długi stół. Na stole woda mineralna i kryształowe szklanki.

Ona stoi przy stole. Zbiera do teczki kartki z notatkami. Zamyka teczkę. Ma na sobie granatową garsonkę ze złotymi guzikami, czarne pończochy, czarne lakierki. Rano była u fryzjera. Czarne włosy z grzywką. Delikatny cień na powiekach. Usta pomalowane różową szminką. Ma na imię Krystyna.

Wczoraj doktor Burne przyniósł mi kolorowy magazyn z jej zdjęciem na okładce. Zdjęcie jest duże, wyraźne, na kredowym papierze, mogę więc sobie dokładnie przypomnieć jej twarz. Na zdjęciu oprócz niej jest parę osób. To zdjęcie sprzed kilku miesięcy. Ona ma na sobie skromny granatowy żakiet. Odwiedza właśnie ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych pod Warszawą. Uprzejmie uśmiechnięta, zadbana, elegancka, spokojna, z wąską torebką pod pachą, w imieniu prezydenta Polski przekazuje dzieciom niepełnosprawnym komputer do nauki języków obcych. W Polsce mówią na nią Pierwsza Dama. First Lady, jak u nas. Nic dziwnego. Jest żoną prezydenta Polski.

Patrzę na jej fotografię. Dotykam kredowego papieru. Papier jest zimny i gładki. Chcę przypomnieć sobie, jak wyglądała tamtego dnia, gdy po raz pierwszy ujrzałem ją z bliska. Muszę opisać to wszystko, co przytrafiło się jej aż do tamtej chwili, kiedy zrobiłem tę rzecz straszną, moi sędziowie, tę straszną rzecz, dla której nie ma wybaczenia.

Sunę ołówkiem po papierze ze znakiem firmowym szpitala wojskowego w Oak Road na Florydzie, a kiedy tak sunę ołówkiem po gładkiej powierzchni papieru, widzę przed sobą jasną salę w warszawskim hotelu Victoria. Na zegarze firmy Quarz wybiła właśnie godzina trzecia. Konferencja, którą rozpoczęto w południe, dobiega końca. Z okien sali rozpościera się widok na plac Zwycięstwa, sławny plac Warszawy, a na placu stoi wielki krzyż. Znam dobrze ten krzyż. Widziałem go na fotografiach, które pokazywał nam pułkownik Sheen, kiedy mówił o stolicy Polski. To jest ten sam krzyż, wielki krzyż na podniesieniu, pod którym papież John Paul II modlił się z kardynałem Vyshinsky o wolność dla krajów Europy środkowowschodniej rok przed powstaniem związku zawodowego „Solidarność”. Teraz widzę ten krzyż z okien sali hotelu Victoria. Jest wysoki. Rzuca długi cień na płyty placu. A w sali po skończonej konferencji ruch. Wszyscy zbierają się do wyjścia. Odsuwają krzesła. Zapinają marynarki.

Kto jest w sali? Kto wstaje od stołu? W sali jest kilka osób. Kiedy zapytałem ją o datę konferencji, którą rozpoczęto w południe, a skończono o trzeciej, odpowiedziała, że to było pierwszego czerwca, w piątek. Spotkanie ze sponsorami fundacji „Serce bez granic” w sali na pierwszym piętrze. Teraz widzę ją wyraźnie na tle okna wychodzącego na sławny plac. Stoi przy stole, zapina teczkę, obok niej sekretarka, dalej notariusz z kancelarii prawniczej, przy nim gość najważniejszy – George T. Fisherwood, prezes polskiego oddziału koncernu naftowego Arax z siedzibą zarządu w Kalifornii. Fisherwood mówi właśnie coś do notariusza. Ma około pięćdziesięciu lat. Jest gładko uczesany, ma spokojną, opaloną twarz, nosi marynarkę z dobrej granatowej wełny i złoty sygnet na małym palcu. Na jego twarzy maluje się powaga, którą właśnie rozjaśnia uprzejmy uśmiech. Krystyna otwiera torebkę, wyjmuje telefon komórkowy, dzwoni do kogoś. Jest zadowolona. Suma, jaką zaproponował George Fisherwood na zakończenie spotkania, pozwala spokojnie myśleć o przyszłości fundacji, a przecież zostało jeszcze tyle do zrobienia.

Fotografia na okładce kolorowego magazynu zdaje się ożywać, gdy dotykam ją palcami. Zimny papier przyjmuje ciepło mojej dłoni. Twarz kobiety na okładce rozjaśnia się, oczy błyszczą, jeszcze chwila, a usłyszę jej głos i ujrzę ruch jej dłoni. Ma pan rację, doktorze Burne, pisanie ołówkiem działa kojąco na nerwy, chociaż niezupełnie tak, jak by pan sobie tego życzył. Patrząc na twarz kobiety z okładki kolorowego magazynu, czuję radość, czułość, wzruszenie, ale czuję też lęk, straszny lęk, a nawet przerażenie, ponieważ wiem dużo więcej niż pan, doktorze Burne. Wiem nawet dużo więcej niż ci, którzy tu pana do mnie przysłali.

Więc spotkanie ze sponsorami fundacji „Serce bez granic” odbyło się pierwszego czerwca? Ależ trochę cierpliwości, moi sędziowie! Po cóż ten pośpiech? Teraz musicie uważnie przyjrzeć się tamtej scenie. Każdy szczegół jest ważny. Słoneczne popołudnie, błękitne niebo nad Warszawą, długi cień krzyża na placu. Muszę być dokładny, bo – jak mówi doktor Burne – szczegóły są najważniejsze. To samo powtarzał nam na szkoleniach pułkownik Sheen. „Pamiętajcie – miał akcent irlandzki z okolic Belfastu, pod sufitem obracały się srebrzyste skrzydła wentylatora, było gorące, wilgotne popołudnie – nie dajcie się zwieść pozorom. Notujcie w pamięci każdy szczegół, każdy gest, każde drgnienie rzęs, nawet jeśli uznacie, że to bez znaczenia. Raporty powinny być konkretne. Musicie trzymać się mięsa faktów. Nie dajcie się ponieść ambicji. Nie przeskakujcie zbyt szybko od szczegółów do globalnych wniosków. Miejcie oczy otwarte. Zapisujcie na twardym dysku swojej pamięci wszystko. Wasi przełożeni czekają na prawdę i tylko prawdę. Nie możecie ich zawieść. Od waszej pracy zależy bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych i spokojne życie waszych rodzin”. Tak, pułkowniku Sheen, dobrze pamiętam pana słowa. Miał pan rację, po stokroć rację.

Więc szczegóły? Granatowy żakiet z czarną różą wpiętą koło kołnierzyka. Włoska teczka. Skórzany notes. Na palcu pierścionek z ciemnego srebra. Paznokcie pomalowane na różowo. Co wtedy powiedziała, gdy wszyscy wstali od stołu? Chyba: „Pani Agnieszko, proszę przynieść papiery. Czas najwyższy złożyć podpisy. Nie kryję, że jestem bardzo szczęśliwa. Potwierdza pan kwotę?”. Fisherwood uśmiechnął się tylko. „Tak, pięćset tysięcy”. „Na hospicjum dla dzieci chorych na raka?”. „Wedle pani uznania”. „Drodzy państwo – popatrzyła na notariusza, który chował pióro do skórzanego etui. – Dzisiejszy dzień jest dla nas bardzo ważny. Możemy przystąpić do budowy hospicjum na Ursynowie. Plany są już gotowe – uniosła niebieską zasłonę, pod którą skrywał się biały model budynku, ustawiony na stole. – Architekt pięknie wywiązał się ze swego zadania, prawda?”. Słońce – tę chwilę zapamiętała na zawsze i lubiła do niej powracać – którego promienie wpadły właśnie przez uchylone okno, oświetliło białą bryłę eleganckiego pawilonu z paroma rzędami błękitnych okienek. „Na konkurs wpłynęło kilka projektów. Ale ten jest, jak myślę, najlepszy, prawda, panie Fisherwood?”. Fisherwood uśmiechnął się raz jeszcze. Miał – to też dobrze zapamiętała – ładne, duże dłonie i roleksa na przegubie obsypanym rudawymi włoskami. „Ma pani rację – skinął głową. – To z pewnością dobra robota”. Roześmiała się: „No, ale gdzież się podziewa ta Agnieszka? Pani Agnieszko!”.

Jak wyglądała w tamtej chwili sekretarka First Lady, Agnieszka Leman? Była młoda, niewysoka, pełna uroku. Delikatny owal twarzy, łagodny podbródek, mleczna cera, wypukłe usta pomalowane ciepłoczerwoną szminką. Bujne, czarne, natapirowane włosy. Była w czarnej garsonce z białym żabotem. Na nogach zielone czółenka na średnim obcasie. Zjawiła się po chwili. „Już jestem. Oto porozumienie” – wyjęła z czarnych okładek biały arkusz zadrukowany komputerowym pismem i położyła go przed Krystyną na blacie stołu. Drugi taki sam arkusz położyła przed Fisherwoodem. Gdy przechodziła na drugą stronę stołu, Krystyna pomyślała: „Jest ładna, młoda, zdolna, ambitna, a przy tym nie gra mi na nerwach jak inne. Ma przed sobą przyszłość”. To, prawda, doktorze Burne, Agnieszka Leman, świeżo upieczona absolwentka Instytutu Służby Cywilnej, miała przed sobą przyszłość. Bardzo dobrze wywiązywała się z obowiązków sekretarza fundacji, a poza tym – co podkreślali ludzie z Kancelarii Prezydenta – pogodna, otwarta, miła, łatwo nawiązywała kontakty i miała talent do negocjacji. Teraz – Krystyna patrzyła z przyjemnością na swoją podwładną – podała Fisherwoodowi złotego parkera, uprzejmie pochylona nad jego ramieniem.

Gdy Fisherwood podpisywał porozumienie, Krystyna nie mogła się powstrzymać, by dodać jeszcze: „Cieszę się, że zechciał pan wesprzeć naszą fundację”. Fisherwood złożył podpis u dołu arkusza i zakręcił złote pióro. „Nie mogłem postąpić inaczej. Słyszałem, że fundacja działa świetnie, jestem więc spokojny, że pieniądze trafią w dobre ręce”. Agnieszka Leman skinęła ręką na kelnera, który stał przy drzwiach. Wniósł na tacy cztery kieliszki. Wino było dobrze schłodzone. Krystyna uniosła kieliszek: „A więc za szybkie ukończenie budowy domu na Ursynowie”.

Miała poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Wszystko poszło tak, jak chciała. Kiedy po paru minutach wychodziła z Victorii, ochroniarz stojący przy czarnym volvo otworzył tylne drzwi auta, ale tylko kiwnęła palcami. Wolała pójść piechotą. Przecież to tylko parę kroków. Zawsze ją trochę śmieszyły te ceregiele. Wsiadanie do pancernego auta, zapinanie pasów, widok ochroniarzy ze słuchawką w uchu, broń, która dyskretnie zaznaczała swoją obecność pod czarnymi marynarkami. Po co to wszystko teraz? Plac Zwycięstwa był pusty. Tylko daleko, przy Grobie Nieznanego Żołnierza, stało kilku japońskich turystów ze srebrnymi cyfrówkami w dłoniach.

Ruszyła w stronę Hotelu Europejskiego, stukając obcasami na kamiennych płytach. Czarne volvo miękko sunęło parę metrów za nią. Dwaj ochroniarze szli po obu stronach auta, mówiąc coś do miniaturowych mikrofonów.

Ustawiony na podwyższeniu pośrodku placu, przewiązany czerwoną stułą, wysoki na kilka metrów krzyż, do którego się zbliżyła, rzucał długi cień w stronę szarego gmachu Ministerstwa Obrony. Światło słońca lśniło na gwoździach, łączących oba ramiona. Chciała szybko przejść obok sławnego miejsca, ale coś ją powstrzymało. Po drugiej stronie krzyża ktoś klęczał na kamiennych płytach. Był dziwnie ubrany, unosił do góry ręce, pochylał głowę nucąc pod nosem coś, co brzmiało jak arabska pieśń. W pierwszej chwili pomyślała, że to może jakiś zwariowany „antyglobalista” protestuje przeciwko „zbrodniczej polityce koncernów zbrojeniowych”, ale klęczący człowiek nie wyglądał na kogoś, kto ma ochotę wzniecać niepokoje przed gmachem państwowego urzędu.

Podeszła bliżej. Długowłosy mężczyzna, który klęczał pod krzyżem, był w białej, rozpiętej na piersiach, płóciennej koszuli, w wytartych dżinsach, smagły, mocny, miał skórzaną opaskę na prawym przegubie. Teraz patrzył w górę, na unoszące się wysoko ramiona krzyża, które zdawały się podpierać błękitne niebo nad Warszawą. Dobrze zapamiętała tę orientalną koszulę postrzępioną na brzegach, luźno wypuszczoną na dżinsy, i skórzaną opaskę obejmującą przegub prawej ręki. Słońce grało rudawymi błyskami na włosach mężczyzny, które spadały mu na ramiona ciężką falą.

Ochroniarze zbliżyli się natychmiast, ale odprawiła ich ruchem dłoni. Posłusznie stanęli obok czarnego auta jak dwa tresowane psy.

Mężczyzna powoli odwrócił głowę. Wyraźnie zarysowane brwi, delikatny podbródek, usta o ciemnym odcieniu. Wyglądał na kogoś z Południa. Jego głowa – tak właśnie pomyślała w tamtej chwili – przypominała kamienną rzeźbę ze starych świątyń Mezopotamii. Poczuła się dziwnie. Tak jakby jasne oczy przejrzały ją na wylot.

A więc to jeden z tych „nawiedzonych”, którzy modlą się w pustych domach na przedmieściach wielkich miast Europy, by ściągnąć na Ziemię słuszny gniew Boży? Tak, doktorze Burne, tak sobie w tamtej chwili pomyślała o mężczyźnie, który klęczał na wielkim placu pod papieskim krzyżem. Bo niby dlaczego nie miałaby tak pomyśleć? W całej Europie roiło się od sekt. Powstawały wszędzie. Stare religie już dawno przestały ludziom wystarczać. Czekano na nowe objawienie. „Nie palcie kościołów, zakładajcie własne” – takie hasło nieznani sprawcy wypisywali na murach starych katedr w Warszawie, Kolonii i Strasburgu. Na ulicach Gdańska, Berlina, Paryża, Londynu ogoleni do skóry buddyjscy mnisi w pomarańczowych szatach śpiewali radosną pieśń Hare Kryszna, zapowiadając nadejście nowej ery. W Krakowie, Sztokholmie, Monachium i Düsseldorfie pojawiało się coraz więcej zwolenników Dalajlamy. Wyznawcy Allacha – tani robotnicy, sklepikarze, drobni biznesmeni, którzy tysiącami ściągali z Turcji, Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu – budowali setki nowych meczetów w betonowych blokowiskach obok montowni Volkswagena na przedmieściach Poznania, Frankfurtu, Paryża i Rzymu. A sekta Moona? Czy pamięta pan, doktorze Burne, sektę Moona? I sławny atak gazowy na metro w Tokio, w którym zginęło paręset ludzi? Ja wiem, dziś mało kto takie rzeczy pamięta, ale ja pamiętam dobrze. Na szkoleniach pułkownik Sheen mówił nam dużo o sekcie Moona. Ludzie z sekty Moona wpuścili do metra w Tokio sarin. Czy pan wie, co to jest sarin? To jest fatalnie nieprzyjemny gaz bojowy. Ci ludzie z sekty Moona chcieli wytruć całe zło świata. Dlatego to zrobili. A w Polsce? W małych i dużych miastach, w szkołach i na uniwersytetach, powstawały „podejrzane organizacje parareligijne”, które – jak pisano w raportach policji – z dala od komisariatów urządzały młodym ludziom pranie mózgów, bez żadnych skrupułów wyciągając grube pieniądze z kieszeni naiwnych. Sam prymas Polski na Jasnej Górze w Częstochowie, świętej górze Polaków, wzywał naród polski do walki z sektami, które zagrażają „zdrowiu moralnemu Ojczyzny”. W komendzie głównej policji sporządzano szczegółowe kartoteki sekt, do czego wzywali polscy parlamentarzyści. Ona sama na prośbę prezydenta wygłosiła w publicznej telewizji apel do matek polskich, by szczególnie w okresie letnich wakacji uważały na swoje dzieci, na które czyhają – jak to określiła – „podstępni złodzieje dusz”.

Szybko minęła papieski krzyż i poszła dalej, w stronę Hotelu Europejskiego. W szybach okien na fasadzie Teatru Wielkiego odbijało się słońce. Szła szybko, nie oglądając się, z przyciśniętą do biodra czarną torbą Niny Ricci. Ten wielki krzyż, ten klęczący mężczyzna, wszystko to wytrąciło ją z równowagi. Z ulgą pomyślała o jutrzejszym spotkaniu z dyrekcją szpitala na Woli, gdzie w imieniu fundacji „Serce bez granic” miała przekazać sztuczne serce oddziałowi noworodków. Czarne volvo miękko sunęło parę kroków za nią po płytach placu.

Gdy doszła do pałacu prezydenckiego, młodzi wartownicy sprezentowali broń. Tym razem byli to komandosi z Brygady Podhalańskiej, słynnej polskiej jednostki górskiej, która, jak mówił nam pułkownik Sheen, zasłużyła się w walkach z Niemcami w Norwegii podczas Second World War. Lubiła ich. Wyglądali śmiesznie w tych swoich góralskich kapeluszach, w białych getrach, z amerykańską bronią na ramieniu. Przeszła przez bramę szybko, odpowiadając uśmiechem na uśmiech młodego porucznika z białą kaburą przy pasie.

Weszła do pałacu. Na jej spotkanie wybiegła pokojówka, mocna, wysoka, przystojna blondyna z warkoczem splecionym na głowie, kuzynka radcy prawnego z kancelarii prezydenta, pracująca w pałacu od niedawna. Szczegóły? Za srebrnym paskiem ze złotą klamrą w kształcie kotwicy miała zatknięty telefon komórkowy Nokia. „Pani prezydentowo – poprawiła na sobie koronkowy fartuszek – co z tymi dziennikarzami z «Vogue’a»? Powiedziałam, że dzisiaj nie. Że może jutro”. „Dobrze zrobiłaś – szła szybko po schodach na górę, ściągając z palców białe rękawiczki. – Tylko przestań mnie nazywać «panią prezydentową». Bardzo tego nie lubię”. „To jak mam mówić?” – pokojówka otworzyła przed nią białe drzwi z numerem 113. „Jak chcesz. Najlepiej po prostu: Pani Krystyno. A teraz przygotuj mi kąpiel. Lecę z nóg. Miałam dziś ciężki dzień”.

Weszła do pokoju, poprawiła kwiaty w porcelanowym wazonie stojącym na marmurowej kolumnie pod oknem. „Tylko potem nie zapomnij zmienić tych róż” – mruknęła do pokojówki, rzuciła się na łóżko, machnięciem nóg strzepnęła buty ze stóp, przewróciła się na wznak i z podłożonymi pod głowę rękami patrzyła na rokokowe sztukaterie wijące się na suficie. Myślała o rozmowie z Fisherwoodem. Dzień był ciężki, ale – musiała to przyznać – udany. Nie miała co narzekać.

Z łazienki dobiegał szum wody napełniającej wannę. „Chce pani pianę?” – pokojówka wychyliła się zza drzwi. „Może być piana – ściągała pończochy z łydek. – Pan prezydent już jest?”. „Jest, jest – pokojówka mówiła z głębi łazienki. – Kogoś przyjmuje. Chyba z ambasady amerykańskiej”. „Długo to już trwa?”. „Trochę”. „A woda już dobra?”. „Dobra. Może pani wejść do wanny – pokojówka ukazała się w drzwiach, wycierając ręce w biały ręcznik. – Mogę już sobie pójść?”. „Idź. Dziękuję ci. Nie będziesz mi już potrzebna”.

Gdy pokojówka wyszła, zdjęła garsonkę, odpięła od kołnierzyka czarną różę, zdjęła z palców pierścionki, potem ściągnęła przez głowę białą bluzkę. Dobry Boże – pomyślała – mam teraz najlepsze ciuchy od Versacego, Fratero, Armaniego, a jeszcze parę lat temu? Szkoda gadać.

Naga weszła do łazienki.

I ta scena, kiedy ona wchodzi do łazienki, ta piękna scena, kiedy ona przekracza próg łazienki, stawiając bose stopy na chłodnych kafelkach, a światło słońca obrysowuje kontur jej ramion, ta scena, którą staram się teraz opisać różowym ołówkiem ze złotym znakiem delfina na firmowym papierze szpitala w Oak Road na Florydzie, muszę to wyznać, doktorze Burne, pobudza moje zmysły. Wiem, to niestosowne, biję się w piersi, ale tak już jest, bo ta scena, ta jej nagość, którą w tej scenie widzę, te bose stopy, zostawiające ciepłe ślady na chłodnej posadzce, te włosy spadające na ramiona, to wszystko przypomina mi inną nagość, tamtą nagość straszną, którą ujrzałem w t a m t e j chwili. I kiedy tak opisuję, jak ona wchodzi do łazienki na pierwszym piętrze pałacu prezydenckiego na Krakowskim Przedmieściu, zaciskam pod stołem lewą pięść. I pan się wcale nie dziwi – prawda? – że ja wbijam do bólu paznokcie we wnętrze mojej zaciśniętej dłoni, pan się temu zupełnie nie dziwi, bo pan dobrze wie, dlaczego ja to robię. Nie musi pan udawać, że pan nie wie.

Więc ona wchodzi do łazienki. Jej jasne odbicie przepływa w głębi wielkiego lustra, zajmującego całą ścianę nad wanną. Pochyla się, sprawdza palcami, czy woda nie jest za gorąca. Piana wypełnia wannę, wzbiera jak na hollywoodzkich filmach z lat pięćdziesiątych, tych wspaniałych filmach kręconych w eastmancolorze przez sławnych producentów, którzy nie żałowali dolarów na wielkie wanny i marmurowe łazienki ze złotymi kranami w kształcie delfina. Pamięta pan, doktorze Burne, sławną Doris Day w pianie? A Kim Novak śpiewającą w błękitnej wannie na trzydziestym piętrze drapacza chmur we wschodnim Manhattanie? Pamięta pan te sławne sceny? Ja pamiętam doskonale. Ach, te wanny z gwiazdami filmowymi wylegującymi się w bańkach mydlanych, sny gorące młodych mężczyzn w koszarach i internatach na całym świecie.

Była jeszcze ładna, wiedziała o tym. Codzienny fitness robił swoje. Jako Pierwsza Dama co rano w czerwonym dresie z białym nadrukiem „Freedom” biegała po żwirowanych ścieżkach pałacowego ogrodu, dając przykład wszystkim Polkom i Polakom, jak należy zdrowo żyć, a po śniadaniu, przy okrągłym stoliku ze świeżo naciętymi tulipanami w kryształowym wazonie (dostawa z Amsterdamu), rozluźniona, uśmiechnięta, dawała dziennikarzom z kolorowych pism długie wywiady na temat zasad zdrowego żywienia.

Weszła do wanny i zanurzyła się po szyję. Potem zamknęła oczy, nabrała powietrza i zanurzyła głowę. Przez chwilę leżała pod wodą, czując jak boskie ciepło rozlewa się po całym ciele. Zmęczenie uchodziło z mięśni. Gdy wynurzyła głowę, usłyszała skrzypnięcie drzwi. W drzwiach łazienki stał Stach.

Prysnęła w jego stronę pianą: „Witam pana, panie prezydencie”.

Podszedł bliżej. Był zdrowym, mocnym mężczyzną, wyglądał jeszcze młodo. „Stachu – wstrząsnęła mokrymi włosami – ile razy na ciebie patrzę, to mi się nie chce wierzyć w to wszystko”.

Usiadł na krawędzi wanny. Był w białej koszuli rozpiętej pod szyją i w luźnych spodniach z kremowej flaneli. Czarnowłosy, opalony, wysportowany, niedawny pobyt w ośrodku sportów wodnych nad morzem zrobił swoje.

„Wiesz – dmuchnęła pianą z palców – Fisherwood podpisał umowę. Na pięćset tysięcy”. Zanurzył rękę w pianie i dotknął jej łydki. Roześmiała się: „Świntuchu, ręce precz od Korei”. „Ładnie dzisiaj wyglądasz” – bawił się pod wodą jej nogą. „Też mi komplement” – wydęła wargi. Lubiła czasem grać naiwną blondynkę, jaką była na pierwszym roku studiów, kiedy się poznali. Taki szybki skok w młodość na falach dziewczęcej intonacji. Połaskotał ją w piętę: „Pięćset? To dla niego tyle co nic”. „Nie mów tak. Sporo zachodu mnie to kosztowało”. „Daj spokój, sam ci się pchał w ręce. To dla niego sama korzyść”. „To przykre, co mówisz”. „Słodki gość. Dwa i pół tysiąca stacji benzynowych w całej Europie, rafineria pod Koszalinem, sieć supermarketów, multipleksy w liczbie dwustu, udziały w telekomunikacji i liniach lotniczych… On chce mieć «twarz charytatywną». Dlatego do ciebie lgnie”. „Co mnie to obchodzi. Będą pieniądze na hospicjum? Będą. To jest ważne. A ludzie nie są głupi. Wiedzą, kto to jest Fisherwood. Nikt się nie nabierze, a paru dzieciom będzie lżej”. „Pewnie będzie lżej. Ale ludzi bym nie przeceniał”.

Namydliła gąbkę. „Weź, umyj mi plecy”. Zawinął rękawy koszuli. Pochylił się nad nią, mydlił jej ramiona, szyję, kark.

Piękna scena, prawda, doktorze Burne? Napisałem ją specjalnie dla pana. Wiem, że pan lubi takie sceny. No, niech pan nie zaprzecza. Zresztą, kto takich scen nie lubi. Miliony ludzi wściekłyby się ze szczęścia, gdyby tylko mogły zobaczyć taką scenę w „Time”, „Der Spiegel” czy w „L’Express”, chociaż nikt się do tego nie przyzna. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej myje plecy swojej żonie. W pałacowej łazience na Krakowskim Przedmieściu zaczyna się małżeńsko-prezydencka kąpiel, śmiechy, szepty, pokrzykiwania, szczypta legalnego erotyzmu, intymność dozwolona, wzorowa, heteroseksualna, lekka, cywilizowana, narodowa, patriotyczna, z oberkiem, z polonezem Chopina, z pryskaniem wodą, z podśpiewywaniem.

O, te sceny w łazienkach Białego Domu, Kremla, Pałacu Elizejskiego, te sceny w apartamentach prezydenta Włoch i prezydenta Niemiec! Ileż ja bym dał, doktorze Burne, żeby usłyszeć, o czym to tak naprawdę gadają sobie w tych swoich prezydenckich wannach ze swoimi prezydenckimi żonami ci wspaniali mężczyźni, którzy w każdej chwili w imię interesu narodowego mogą wysłać nasze dzieci na śmierć? I kim naprawdę są te ich prezydenckie żony? I jak oni tam sobie w tych swoich prezydenckich wannach gaworzą z tymi swoimi prezydenckimi żonami o pacyfikacji Czeczenii, o wyzwoleniu Iraku, o wojnie z terroryzmem, o bombach atomowych w Korei Północnej, o kolejnej wizycie papieża, o biednych bezrobotnych i konieczności zrobienia porządku z całym tym przeklętym islamem!

W końcu był jej mężem. Mógł z nią robić, co chciał. Miał na własność. Kochała go? Może i kochała. Ale dlaczego pan mnie o to pyta? Dlaczego to pytanie właśnie mi zadaje? Żeby mi sprawić ból? Pan? Mój lekarz i opiekun? Chce pan wiedzieć, czy ona go kochała? Może go kochała, ale ja, rozumie pan, nie chcę nic o tym wiedzieć! Rozumie, pan? Może kochała, pewnie go kochała, dlaczego nie miała kochać, skoro mówiła, że kochała? Ale po co pan mnie dręczy tymi pytaniami?

Więc dosyć, więc spokój, więc wróćmy lepiej do naszej opowieści.

Przysiadł na krawędzi wanny – mocny, zaróżowiony, w białej koszuli z zawiniętymi rękawami: „Zresztą z Fisherwoodem zadzierać nie warto. On ma wielkie wpływy w Waszyngtonie i Brukseli”. Gdy zapytała: „Słyszą nas teraz?”, machnął tylko ręką: „Nie ma obawy. Dostałem od Rozanowskiego coś, co blokuje podsłuch. Mam to w kieszeni – klepnął dłonią po spodniach. – Możemy gadać spokojnie”. Uniosła ręce, podwiązując mokre włosy czerwoną wstążką: „Gadałeś z tymi z ambasady?”. Spłukiwał jej plecy ciepłym prysznicem: „Chcą więcej naszych żołnierzy na Filipiny. Polscy chłopcy, amerykański sprzęt, przelot samolotami transportowymi VII Armii. Oni są teraz drugi Rzym. A my możemy być co najwyżej Grekami z naszej małej prowincji. Takie jest nasze miejsce. W końcu może to przyniesie Polsce jakieś korzyści”.

Zaczęła się głośno śmiać – tak, powiedziała mi, że w tamtej chwili, gdy on do niej mówił, siedząc na krawędzi wanny z zawiniętymi rękawami białej koszuli, zaczęła się głośno śmiać: „Jezus Maria, Stachu! Co to się porobiło! My tu sobie gadamy o losach świata w łazience pałacu na Krakowskim Przedmieściu, a parę lat temu byliśmy studentami Akademii Ekonomicznej w Kielcach”. „A ja grałem na saksofonie tenorowym w klubie studenckim «Waluta». I podobno zupełnie nieźle”.

Śmieszył ją teraz ten wciąż jeszcze przystojny mąż, który parę lat temu był energicznym działaczem młodzieżówki Partii Dostępu do Prawa, na którego postawili politycy z Warszawy, szukający na prowincji nowych twarzy dla zmiany image’u organizacji, która zaczęła „tracić wpływy w masach”, a teraz pełnił „najwyższy urząd w państwie”. Kto by pomyślał. Matka Stacha, gdyby żyła, umarłaby ze szczęścia.

„Wiesz – zamyśliła się, myjąc różową gąbką lewą stopę, którą wynurzyła z piany – powinieneś coś zrobić w sprawie kary śmierci. To barbarzyństwo”. „W sprawie kary śmierci? Droga moja, ja nie jestem Napoleon, tylko prezydent demokratycznej Polski. Było referendum w całej Europie? Było. Ilu obywateli Europy głosowało za przywróceniem kary śmierci? Osiemdziesiąt procent. To co, ty myślisz, że ja mogę, ot tak sobie, jednym dekretem zmienić europejskie prawo, i po wszystkim? Jakbym zresztą coś takiego zrobił, to bym od razu pożegnał się z drugą kadencją”. „Ale coś trzeba zrobić. Były przecież sprzeciwy. Intelektualiści, pisarze, księża”. „Sprzeciwy? A pamiętasz, jak te sprzeciwy jakoś ucichły, gdy wybuchła sprawa tego pedofila z Bordeaux?”.

Tak, doktorze