Żona bankiera - Cristina Alger - ebook
Opis

Istnieje cały ukryty przed nami, odrębny świat, toczący się według własnych reguł. Świat brudnych pieniędzy, umieszczonych na podejrzanych kontach bankowych, świat należący do potężnych i niebezpiecznych ludzi.

Kiedy Matthew Werner, bankier pracujący dla największego szwajcarskiego banku, ginie w katastrofie lotniczej, jego młoda żona musi uporać się nie tylko ze stratą ukochanego, lecz również z tajemnicami, które po sobie pozostawił. Z czasem Annabel zdaje sobie sprawę, że jego śmierć nie była przypadkowa, a ona sama znajduje się teraz na celowniku potężnych sił, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewała.

Trzymający w napięciu thriller Cristiny Alger ukazuje świat globalnej finansjery i ukrytych pieniędzy, świat chciwości i pychy, dla którego nie istnieją ani granice państwowe, ani prawo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Cristina Alger Żona bankiera Tytuł oryginału The Banker’s Wife ISBN Copyright © 2018 by Cristina Alger All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC. Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019All rights reserved Redakcja Magdalena Ciszewska Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Ilustracja na okładce Mariusz Banachowicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Jonathanowi

PROLOG – 11.11.2015

Niewiele samolotów uzyskiwało tego dnia zgodę na start z lotniska Królewskich Sił Powietrznych w Northolt w zachodnim Londynie. Wiały silne i zmienne boczne wiatry, a gęsty deszcz ze śniegiem ograniczał widoczność niemal do zera. Northolt miało tylko jeden pas startowy i na możliwość skorzystania z niego czekał tabun prywatnych odrzutowców. Była szósta nad ranem. W poczekalni kłębiła się raczej skromna grupa zniecierpliwionych pasażerów. W większości byli to biznesmeni śpieszący się na poranne spotkania w Paryżu, Luksemburgu albo w Berlinie. Niektórzy mieli odlecieć samolotami, wynajętymi przez ich korporacje, inni zamierzali po prostu wsiąść do własnych odrzutowców. Tacy ludzie naprawdę nie lubią czekać.

Rosjanin o nazwisku Popow właśnie urządzał awanturę. Na zmianę wydzierał się na kobietę obsługującą stanowisko odpraw i na kogoś, z kim rozmawiał przez telefon. Żadna z tych osób nie była w stanie zareagować na jego wrzaski w taki sposób, jakiego oczekiwał, miotał się więc między nimi, a jego głos słychać było w całym terminalu. Towarzyszka Rosjanina, smukła blondynka w futrze z lisa i sportowych butach, wpatrywała się w ekran telefonu komórkowego. Sprawiała wrażenie osoby przyzwyczajonej do wybuchów mężczyzny. Wszyscy inni, zgromadzeni w poczekalni, gapili się na Popowa. Już nikt nie czytał gazety, każdy podniósł głowę znad lektury bądź znad telefonu. Ważący blisko 130 kilogramów i mierzący ponad 190 centymetrów Popow po prostu rzucał się w oczy, szczególnie kiedy był rozzłoszczony.

— Rozumiem, proszę pana — powtórzyła kobieta stojąca za kontuarem, starając się zachować profesjonalną postawę w obliczu gwałtownego ataku Popowa. — I przykro mi z powodu wszelkich niedogodności, jednak ze względów bezpieczeństwa muszę pana poinformować, że...

Popow zaklął po rosyjsku i rzucił telefonem o podłogę. Kobieta skuliła się za kontuarem, a dwaj ochroniarze natychmiast ruszyli w jej kierunku, żeby sprawdzić, o co chodzi w całym zamieszaniu. Teraz już nawet blondynka zainteresowała się awanturą. Ujęła Popowa pod rękę i szepnęła mu coś do ucha, chcąc go uspokoić.

Thomas Jensen siedział w kącie terminala, z umiarkowanym zainteresowaniem obserwując tę scenę zza najnowszego wydania „Financial Timesa”. Podobnie jak pozostali pasażerowie ubrany był w dobrze skrojony garnitur i miał przy sobie aktówkę. Ze starannie uczesanymi siwymi włosami, w drogich mokasynach, Jensen wyglądał na mężczyznę, jakim był. A był absolwentem Oksfordu, dobrze orientującym się w meandrach świata finansów i dysponującym zasobnym kontem w banku. Jednak w przeciwieństwie do pozostałych pasażerów Jensen nie był ani finansistą, ani rekinem biznesu. Chociaż na lotnisku w Northolt znalazł się w interesach, były one zupełnie innego rodzaju. Pracował dla agencji rządowej i zajmował się zagadnieniami, o których pojęcie miało naprawdę bardzo niewielu ludzi. Jedyną zewnętrzną oznaką tego, że praca Jensena nie polega na wysiadywaniu przy biurku, lecz wymaga sprawności fizycznej, a niejednokrotnie uczestniczenia w niebezpiecznych akcjach, było charakterystyczne skrzywienie nosa w miejscu, w którym został on kiedyś brutalnie złamany. Mimo że Jensen odniósł także wiele poważniejszych ran, nos bezustannie sprawiał mu kłopoty. Przede wszystkim dlatego zawsze nosił w kieszeni chusteczkę z monogramem. Teraz wyciągnął ją i wydmuchał nos, wciąż dyskretnie obserwując pasażerów zgromadzonych w poczekalni.

Ze względu na zamieszanie z Popowem tylko Jensen dostrzegł mężczyznę i kobietę, którzy szybko przeszli przez terminal i wymknęli się na zewnątrz, do strefy kołowania. Jensen wstał, wsunął chusteczkę z powrotem do kieszeni i niespiesznym krokiem podszedł do okna. Przez dłuższą chwilę obserwował, jak para wchodzi na pokład Gulfstreama G450. Patrzył na szczupłą kobietę, lekko garbiącą się dla osłony przed wiatrem. Włosy miała niczym Jackie Onassis przykryte czarnym szalem, aby chronić fryzurę przed deszczem. Mężczyzna był dobrze zbudowany i o głowę wyższy od kobiety. Kiedy się odwrócił, Jensen dostrzegł jego szylkretowe okulary i starannie zaczesane do tyłu włosy koloru mieszanki soli z pieprzem. Kiedy wchodzili po schodkach, mężczyzna opiekuńczo objął ramieniem plecy kobiety. Tego szczególnego poranka samolot, którym mieli odlecieć, był największym i najdroższym spośród czekających w Northolt. Późniejsze raporty wskazywały, że za sterami zasiadał wyjątkowy pilot. Omar Khoury spędził dekadę za sterami maszyn Królewskich Sił Powietrznych Arabii Saudyjskiej, zanim przyjął posadę u prywatnego pracodawcy. Był wytrawnym profesjonalistą i niestraszne mu były nawet najtrudniejsze warunki pogodowe. Kiedy tylko zamknęły się drzwi, samolot był gotowy do startu. Popow wciąż wrzeszczał, przeklinając opóźnienie, gdy G450 rozpoczął rozbieg na pasie startowym i wkrótce zniknął w przestworzach.

Kiedy samolot znalazł się w powietrzu, Jensen złożył gazetę i wsunął ją sobie pod ramię. Minął Popowa, stanowiska odpraw i wyszedł z terminalu. Przy krawężniku czekała na niego limuzyna.

Kiedy auto wjechało na autostradę A40 w kierunku Londynu, zadzwonił jego telefon.

— Zrobione — powiedział. — Odleciał tylko jeden samolot i oni byli na jego pokładzie.

Zakończył połączenie, rozwinął gazetę i czytał ją w milczeniu do końca podróży.

Niecałą godzinę później G450 stracił kontakt z ziemią. Gdzieś nad francuskimi Alpami zniknął z ekranów radarów, tak jakby nigdy nie istniał.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

MARINA – 9.11.2015

Marina stała na balkonie apartamentu w Le Meurice i wpatrywała się w błyszczące światła Paryża. Widok był stąd nadzwyczajny, szczególnie w nocy. Po stronie zachodniej na tle ciemnego nieba skrzyły się iluminacje wieży Eiffla i Roue de Paris. Za Rue de Rivoli lśniły Ogrody Tuileries, jakby rozpalone od środka. Przez chwilę Marina zastanawiała się, czy nie obudzić Granta, swego narzeczonego, aby razem z nią mógł podziwiać piękny widok. Uznała jednak, że będą mieli na to dość czasu później. Ich wspólna podróż dopiero się przecież zaczęła. Usiadła przy stoliku. Zapaliła papierosa i wciągnęła dym w płuca. Czuła się dobrze ze świadomością, że nie czeka na nią żadna praca, nie musi nigdzie pójść ani odpowiadać na e-maile. Mogła poczytać książkę. Mogła zająć się swoimi paznokciami. Mogła nie robić kompletnie nic. Noc należała do niej. Tutaj, w Paryżu, noc właśnie się zaczynała.

Z tego błogiego stanu wyrwał ją dzwonek telefonu. Lekko się zirytowała, kiedy ujrzała na wyświetlaczu, kto chce z nią rozmawiać.

— Duncan — odezwała się szorstkim głosem. — Tutaj jest już po północy.

— Spałaś?

— Nie.

— Tak myślałem. Wciąż funkcjonujesz według czasu nowojorskiego. A w każdym razie nie śpisz.

— To wcale nie oznacza, że wolno ci do mnie telefonować w czasie moich pierwszych od dziesięciu lat wakacji.

— Chcę, żebyś koniecznie coś dla mnie zrobiła.

Marina wzdrygnęła się. Właśnie dlatego Grant nalegał, żeby odeszła z magazynu „Press”. To prawda, że w ciągu dziesięciu lat, kiedy pracowała dla Duncana, ani razu nie miała długiego urlopu. Przepracowała większość weekendów, pracowała w niezliczone dni świąteczne. Nocami odbierała telefony. Zaczęła karierę zawodową jako asystentka Duncana. Obecnie, dziewięć i pół roku później, mimo że osiągnęła już bardzo poważną pozycję w hierarchii dziennikarskiej, wciąż miewał skłonności, żeby traktować ją jak asystentkę. Rozpoczęła urlop zaledwie przed dwudziestoma czterema godzinami, a on już czegoś od niej chciał. Było to zaiste niewiarygodne, jednak nie całkiem zaskakujące.

Marina planowała odejść z pracy. Obiecała Grantowi, że zrobi to zaraz po ślubie. Pogłoski, że jego ojciec James Ellis będzie się ubiegał o prezydenturę, zaczynały się sprawdzać. W ciągu kilku tygodni jego kampania powinna nabrać rozpędu. Zebrał już do swojego zespołu sporą grupę doradców i publicystów. Na pewno będzie potrzebował ich jeszcze więcej. Porywczy miliarder z Nowego Jorku z pewnością nie był kandydatem szerokich mas. Ale jeśli spindoktorzy dobrze wykonają swoją robotę, James Ellis okaże się ciężko pracującym człowiekiem sukcesu, profesjonalistą, świeżą i zdrową alternatywą dla prawdopodobnego kandydata demokratów — polityka od lat zasiedziałego w Waszyngtonie — senatora Haydena Murphy’ego. Murphy, od lat walczący z krążącymi w przestrzeni publicznej zarzutami dotyczącymi korupcji i kumoterstwa, był kandydatem robiącym wrażenie, lecz mającym sporo słabych stron. Ellis o tym wiedział i właśnie w te słabe strony celował.

W głębi duszy Marina wątpiła, czy jej przyszły teść nadaje się na lidera wolnego świata. Widziała, jak w drobnych kwestiach tracił panowanie nad sobą, na przykład, kiedy w domu w Southampton nowa gospodyni podała mu złej marki wodę butelkowaną albo kiedy kierowca minął zjazd z autostrady, prowadzący do portu lotniczego w Teeterboro — wiedziała jednak również, że Grant doskonale potrafi wyciszyć ojca. Grant powinien zrezygnować z posady w banku inwestycyjnym i przejąć zarządzanie wszystkimi interesami rodziny, kiedy tylko ojca pochłonie kampania prezydencka. W nowej roli jako prezes Ellis Enterprises Grant będzie bezustannie podróżował i zapewne będzie chciał, żeby towarzyszyła mu w tym Marina. Jako żona szefa międzynarodowej korporacji Marina nie uniknie pewnych oczywistych obowiązków. A przecież prawdopodobnie będzie zarazem żoną prezydenckiego syna. Jako pani Grantowa Ellis nie będzie mogła pracować zawodowo. Przynajmniej nie wtedy, kiedy będzie wykonywać obowiązki przy mężu. A kwestia tego, co jest dla niej ważniejsze, właściwie nie istniała. Musiała zrezygnować z pracy zawodowej. Była to część układu i w gruncie rzeczy już od dawna doskonale o tym wiedziała.

Przez chwilę kusiło ją, żeby rzucić posadę już w tej chwili, przez telefon. W końcu nie byłoby to nic nadzwyczajnego. Ludzie z magazynu „Press”często zwalniali się z godziny na godzinę. Duncan cieszył się kiepską sławą bardzo trudnego szefa, a swoim dziennikarzom płacił poniżej standardów przyjętych w środowisku. Przyszło jej jednak do głowy, że zachowałaby się nie w porządku. Po tym wszystkim, co Duncan dla niej zrobił, i po wszystkim, co zrobili razem, powinna zrezygnować z pracy w stosownym trybie. Musi zrobić to osobiście oraz w momencie dogodnym, owszem, dla niej, ale też jak najmniej dolegliwym dla magazynu.

— Jesteś niemożliwy — powiedziała Marina. Zgasiła papierosa i sięgnęła po ołówek. — Czy nie powinieneś już być na długim urlopie?

Duncan nie odpowiedział na pytanie. Kwestia urlopu stała mu kością w gardle. Nie zgodził się na niego dobrowolnie. Narzucił mu go Richard Brancusi, prezes „Press”, spółki matki, który dał mu sześć tygodni wolnego — i ani jednego dnia więcej — żeby się odtruł i ogarnął. Ponieważ problemem Duncana był alkohol i wszyscy w branży o tym wiedzieli. Nie chciał przyjąć tego do wiadomości jedynie sam Duncan.

— Masz coś do pisania? — zapytał.

— Oczywiście.

— Chcę, żebyś się z kimś spotkała. Ten człowiek przyjedzie do ciebie z Luksemburga i nie wiem, ile będzie miał czasu, dlatego bądź w pogotowiu. Przekaże ci pendrive, który mi dostarczysz. Bądź bardzo ostrożna i nie mów o tym nikomu.

— A co mam powiedzieć Grantowi?

— A kto to taki?

— Żartujesz?

— Powiedz mu, że chcesz sobie pobiegać. Sama. Albo że chcesz spotkać przyjaciółkę z dawnych lat. Grant to duży chłopiec. Nie umrze, jeśli znikniesz mu z oczu na czterdzieści pięć minut.

Duncan sprawiał wrażenie poirytowanego, co z kolei zirytowało Marinę. Szybko zaczęła notować polecenie w hotelowym notesiku, ale złamała czubek ołówka.

— Cholera jasna — mruknęła, sięgając po następny.

— Posłuchaj, wiem, że jesteś sfrustrowana — powiedział Duncan. — Wiem, że ja z kolei jestem namolny. Ale to ważne, Marino. Ten materiał jest bardzo delikatny. Moje źródło nie ufa e-mailom, nawet zaszyfrowanym. Chce dostarczyć informacje do rąk własnych odbiorcy. Zamierzałem nawet polecieć w związku z tym do Genewy w ubiegłym tygodniu, ale mam wrażenie, że ktoś mnie śledzi.

Marina prawie przewróciła oczami.

— Kto?

Duncan zignorował ją.

— Powiedziałem temu człowiekowi, że jesteś jedyną osobą, której ufam.

— Przestań mi maślić, Duncan. Zakładam, że mi nie powiesz, o co w tym wszystkim chodzi?

Duncan zamilkł. W tle Marina usłyszała odgłos jakby pługu śnieżnego. Przyszło jej do głowy, że Duncan wyjechał z miasta i zaszył się w domku weekendowym, w którym zaczynał spędzać coraz więcej czasu. Martwiło ją to. Za dużo pił i zbyt rzadko spotykał się z ludźmi prywatnie. A kiedy pił, wpadał we wściekłość i w paranoję. W takim stanie zazwyczaj telefonował do Mariny.

— Porozmawiamy, kiedy wrócisz — powiedział. — Ale, Marina... to chyba koniec. Po tych wszystkich latach prawdopodobnie go wreszcie dopadliśmy.

Marina przestała pisać.

— Kogo?

— Morty’ego Reissa.

— Żywego?

— Prawdopodobnie.

Marina wstrzymała oddech, chłonąc słowa Duncana. Od samobójstwa Morty’ego Reissa minęło osiem lat. Niemal co do dnia. A właściwie osiem lat minęło od znalezienia samochodu Morty’ego Reissa na moście nad Tappan Zee, z jego listem pożegnalnym przyklejonym do przedniej szyby. Kilka dni po jego rzekomym samobójstwie ujawniono, że fundusz hedgingowy RCM jest jedną z największych piramid finansowych wszech czasów. Reiss zorientował się, że wiszą nad nim czarne chmury, i skoczył z mostu; tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja. Jego zwłok jednak nigdy nie znaleziono. Od początku Marina i Duncan nabrali tych samych wątpliwości co wszyscy: że Reiss sfingował swoją śmierć i zwiał z nielegalnie zdobytymi pieniędzmi do jakiegoś ciepłego kraju, nieposiadającego umowy ekstradycyjnej ze Stanami Zjednoczonymi. Spośród wszystkich ludzi, o których Marina pisała w magazynie „Press”, Reiss był prawdopodobnie najsprytniejszym i najbezwzględniejszym oszustem. Biorąc pod uwagę, że tworzyła artykuły o ludziach ze śmietanki towarzyskiej Nowego Jorku — o potentatach z Wall Street, o magnatach rynku nieruchomości, o projektantach mody, pisarzach — znaczyło to bardzo wiele. Jedynym spośród nich, który zdołał zniknąć ze wszystkimi swoimi pieniędzmi, był Reiss.

Reiss był niewątpliwie błyskotliwym facetem, jednak wszystkie piramidy finansowe w końcu upadają, i właśnie ten fakt męczył Marinę, kiedy pisała o RCM. Wykorzystywanie poufnych informacji, defraudacje: każdy, kto miał chociaż odrobinę oleju w głowie, mógł uniknąć kary za tego typu przestępstwa, po prostu kradnąc forsę i uciekając z nią w dowolnej chwili w siną dal. Ale zarządzanie piramidą finansową wymagało bezustannej aktywności, starań o stały przypływ inwestorów. Bez nowych inwestorów cały schemat szybko się rozpadał jak domek z kart. Dlaczego więc Reiss wybrał przestępstwo, które kiedyś musiało się wydać? Wydawał się na to zbyt sprytny. Chyba że od samego początku planował sfingowanie własnej śmierci.

Jeśli tak właśnie rzecz się miała, Marina musiała przyznać, że był w świecie finansów najbardziej przebiegłym przestępcą wszech czasów.

W miarę jak mijały lata i na światło dzienne nie wypływały żadne nowe wiadomości ani ślady po Reissie, niedowierzanie Mariny z wolna ustępowało akceptacji znanych już faktów. Czy taki człowiek jak Reiss — przecież jego twarz w swoim czasie codziennie pojawiała się na ekranach telewizorów — naprawdę mógł zniknąć? Marina uważała to za niemożliwe. Wydawało się, że to zbyt fantastyczne, zbyt hollywoodzkie rozwiązanie, zanadto odległe od realiów życia. Reiss był spryciarzem, ale był także człowiekiem. Prawdopodobnie zwyciężyła w nim chciwość albo nieposkromiona pycha.

W miarę jak ogólne zainteresowanie Mariny Morty Reissem malało, w Duncanie z pełną mocą kwitła obsesja na jego tle. Po demaskatorskim artykule na temat RCM, który przygotował z Mariną, Duncan napisał jeszcze kilkanaście kolejnych tekstów o Reissie i jego wspólniku Carterze Darlingu. Ale jego kolejne niepotwierdzone teorie na temat możliwych miejsc pobytu Reissa miały coraz bardziej dziwaczny charakter i Marina zaczynała się obawiać, że upór Duncana na tle RCM zniszczy mu jego reputację rzetelnego dziennikarza. Przed sześcioma miesiącami niemal całkowicie się pogrążył. W porannym programie telewizyjnym stwierdził, że Reiss dysponuje setkami milionów dolarów ukrytych na koncie Caribbean International Bank na Kajmanach. Władze Stanów Zjednoczonych nie chcą tego przyjąć do wiadomości, twierdził, ponieważ chroni ten bank krąg wysoko postawionych polityków, którzy także trzymają w nim pieniądze. Wywiad wywołał sensację nie tylko ze względu na to, co Duncan powiedział, ale też z powodu tego, jak to powiedział. Widzowie odnotowali, że mówił bełkotliwie, że w studiu telewizyjnym był spocony i rozchełstany. Wkrótce rozeszły się pogłoski, że Duncan Sander skończył się jako osoba publiczna. Caribbean International Bank zagroził, że pozwie nie tylko Duncana, ale także „Press” i firmę matkę Merchant Publications. Pod naciskiem prezesa Brancusiego Duncan pośpiesznie wycofał się z oskarżeń. Następnie śledzony przez kamery telewizyjne pojechał do ośrodka odwykowego na północy stanu Connecticut, gdzie przez kilka tygodni odtruwał organizm i leczył zranione ego. Marina szybko się zorientowała, że odwyk niewiele mu pomógł. Jednak dzięki niemu otrzymał w „Press” drugą szansę i po miesiącu powrócił do pracy.

Obecnie miał pójść na odwyk po raz drugi i Marina wiedziała, że kolejnej szansy od Brancusiego już nie dostanie. Ten postawił Duncanowi ultimatum: odtruj się i wróć dopiero wtedy, kiedy będziesz gotów do pracy, albo nie wracaj wcale. Duncan nie mógł sobie pozwolić na kolejną wpadkę. Wiedział, że jeszcze jeden nierozważny krok i Brancusi z nim skończy.

— Duncan, czy jesteś w stanie to udowodnić? Przecież w pewnej chwili będziesz musiał. Nie możemy sobie pozwolić na... — Marina przerwała, nie chcąc kończyć zdania.

Duncan nie lubił, kiedy mu przypominano o nieszczęsnym wywiadzie lub o jego problemach z alkoholem albo w ogóle o jakichkolwiek błędach, które popełnił. Marina też nigdy z nim nie rozmawiała na te tematy, ograniczając się najwyżej do półsłówek.

— Tym razem tak. Reiss ma co najmniej siedemdziesiąt milionów w Swiss United.

Marina zapisała na kartce „Swiss United” i podkreśliła te słowa.

— W Swiss United? A więc nie w Caribbean International? — zapytała, starając się, aby jej głos nie zabrzmiał zbyt sceptycznie.

— Nie i właśnie w tym tkwi sedno sprawy. Te pieniądze już tam były. Miałem rację. Ale Reiss je stamtąd wycofał. Krótko przed moim wywiadem.

— I potrafisz to udowodnić? Masz wyciągi z kont i tak dalej?

— Moje źródło to udowodni. Marino, to jest teoria, która przyniesie nam sławę.

Marina niemal podskoczyła, poczuwszy dotknięcie dłoni na swoim ramieniu. Za jej plecami stał Grant. Sprawiał wrażenie lekko zmieszanego.

— Cześć — wyszeptał. — Nie chciałem cię przestraszyć.

— Muszę kończyć — rzuciła Marina do Duncana. — Porozmawiamy później.

— Jest przy tobie Grant?

— Tak.

— Rozumiem. Zadzwonię później, kiedy już będę znał szczegóły na temat twojego spotkania.

— Dobrze. Dobranoc, Duncan.

— Przepraszam — powiedział Grant i pocałował Marinę w czoło. — Usłyszałem twój głos i przyszło mi do głowy, że zamawiasz dla nas coś do jedzenia. Jestem głodny jak wilk.

Marina się roześmiała.

— Niczego nie zamawiałam, ale zaraz mogę to zrobić. Na co masz ochotę?

— A co możemy zjeść? Spójrzmy tylko... — Grant sięgnął po menu hotelowej restauracji, leżące na biurku. — Z kim rozmawiałaś? — zapytał, przeglądając kartę.

— Z Duncanem.

— Naprawdę? Czego chciał?

Marina wzruszyła ramionami.

— Pracuje nad jakimś ważnym tematem. Chciał, żebym mu pomogła.

Grant odłożył menu.

— Mam nadzieję, że mu odmówiłaś.

— Oczywiście.

— Czy nie powinien być teraz na odwyku?

— Na urlopie.

— Jakkolwiek to nazwiemy... Zachowuje się niestosownie, telefonując do ciebie w środku nocy w trakcie twojego urlopu.

— Myślę, że to dlatego, iż jest podekscytowany swoim tematem.

Grant potrząsnął głową.

— Nie broń go. Nienawidzę go za to, jak cię traktuje. Ten facet nie uznaje żadnych granic.

Marina westchnęła.

— Wiem. Mnie to także frustruje. Musisz jednak zrozumieć, że to dzięki Duncanowi zostałam dziennikarką. Kiedy rozpoczynałam pracę w „Press”, po prostu chciałam się zahaczyć w dobrym magazynie, ponieważ byłam przekonana, że taka praca już sama w sobie daje prestiż. Myślałam, że będę chodzić na wspaniałe przyjęcia, nosić eleganckie ciuchy i spotykać interesujących ludzi. Duncan dostrzegł jednak we mnie coś więcej. I zaczął także wymagać ode mnie więcej niż od innych. Kiedy zajmowaliśmy się sprawą Darlingów, traktował mnie jak partnerkę, a nie jak dwudziestodwuletnią asystentkę. Dał mi naprawdę dużo swobody. A kiedy to skończyliśmy, zostałam jego pełnoprawną współpracowniczką. Owszem, Duncan czasami doprowadza mnie do szaleństwa. Ale to jemu zawdzięczam całą moją karierę. Nie mogę o tym zapomnieć.

Grant wyciągnął rękę i chwycił dłoń Mariny. Spletli palce i oboje się uśmiechnęli.

— Przepraszam — powiedział. — Po prostu obawiam się o ciebie.

— I jesteś bardzo słodki.

Grant uniósł jedną brew.

— I seksowny?

— Bardzo seksowny.

— A czy wciąż będę seksowny, jeżeli zamówię sobie podwójnego cheeseburgera z bekonem i z frytkami?

— Będziesz niesłychanie seksowny.

— Zanim przyniosą cheeseburgera z restauracji, minie co najmniej pół godziny. Spędzisz ze mną w sypialni czas oczekiwania na moją nocną przekąskę?

— Z rozkoszą. Dla mnie też zamów frytki. Jestem jedynaczką. Nie lubię się z nikim dzielić jedzeniem.

— Ja też tego nie lubię. Ale coś mi przyrzeknij.

— Cokolwiek zechcesz.

Marina zarzuciła Grantowi ręce na szyję i uśmiechnęła się do niego.

— Obiecaj mi, że w czasie tej podróży nie będę się musiał z nikim tobą dzielić. Wyłączmy się ze wszystkiego i po prostu cieszmy się sobą.

Marina pokiwała głową.

— Aha — mruknęła.

Stanęła na palcach, żeby go pocałować. Poczuła dłonie Granta na plecach i nagle została uniesiona w powietrze. Mocno objęła Granta nogami.

— Obiecuję — dodała, kiedy niósł ją do sypialni.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ANNABEL – 11.11.2015

Matthew Werner spóźniał się. Jego żona Annabel siedziała samotnie na tarasie ich genewskiego mieszkania, ubrana w czarną suknię koktajlową i długie futro z soboli, które otrzymała od Matthew w prezencie, kiedy przeprowadzili się do Szwajcarii. Fryzjerka przy Cours de Rive uczesała jej kasztanowe włosy w niespokojne fale. Buty — czółenka na kilkunastocentymetrowych obcasach, do których zakupu namówiła ją sprzedawczyni w butiku przy Rue de Rhone, choć Annabel nie miała na nie najmniejszej ochoty — mocno uciskały palce. Ale gdy przeglądała się w wysokim lustrze w garderobie, właśnie te buty zdawały się sprawiać, że jej nogi wyglądały na niesłychanie długie i kształtne. Z obcasów wydobywały się czarne jedwabne wstążki, oplatające jej kostki i nogi do połowy łydek, dzięki czemu mogło się wydawać, że Annabel jest baleriną, stąpającą na czubkach palców. W Nowym Jorku pewnie przez długi czas przyglądałaby się taki butom w oknach wystawowych. Na pewno nie weszłaby jednak po nie do sklepu. Uznałaby je za zbyt niepraktyczne i zbyt drogie. W Nowym Jorku Annabel chodziła zazwyczaj w płaskim obuwiu albo co najwyżej na niskich koturnach z okrągłymi przodami, dobrze sprawdzającymi się w wypadku osoby spędzającej długie godziny na nogach. W Nowym Jorku Annabel pracowała. Jeździła metrem, a nie limuzyną z kierowcą. Nie wydawała pieniędzy na buty, które kosztowałyby równowartość jej tygodniowej wypłaty. Tutaj, w Genewie, najpierw podpisywała paragon, a dopiero potem spoglądała od niechcenia na wywieszkę z ceną zakupionego towaru.

W domu zorientowała się, że właściwie nie potrafi w tych butach chodzić. W surowym oświetleniu garderoby koronka przy kostce wyglądała teatralnie. Annabel nie wiedziała, czy wciąż wygląda w nich jak żona bankiera czy już raczej jak kurtyzana. Wszystkie inne żony bankierów robiły zakupy w butiku, w którym ona kupiła te buty. Wszystkie wyglądały podobnie, podobnie się ubierały, grywały razem w tenisa. Ale czasami Annabel odnosiła wrażenie, że po przybyciu do Genewy z wieloma ludźmi zaczęła tracić wspólny język. A poza tym nie potrafiła być typową żoną bankiera. W większości kobiety o tym samym statusie zachowywały się wobec niej grzecznie, lecz wszystkie trzymały ją na dystans. Co więcej, po pierwszym wysypie zaproszeń na lunche właściwie traciła z nimi kontakt. Wciąż były dla niej miłe podczas różnych firmowych imprez, jednak zdawały się rozumieć, podobnie jak ona sama, że Annabel znacznie się od nich różni. Uznała jednak, że całkowicie jej to odpowiada. Większość żon bankierów chciała rozmawiać o pokazach mody w Paryżu, o swoich wiejskich domach i ostatnich wypadach na Sardynię. Większość stroiła się na każdą, nawet najmniejszą okazję, nawet na pierwszy lepszy weekendowy brunch. Oczywiście, było jej miło znaleźć się od czasu do czasu w ich gronie. Jednak zasadniczo Annabel cieszyła się, mogąc samotnie zwiedzać muzea, przesiadywać w kawiarniach nad książkami albo wcześnie chodzić spać. Bale dobroczynne i eleganckie kolacje to wydarzenia, które nie stanowiły dla niej atrakcji. I od zawsze nienawidziła tenisa.

Buty były tak drogie, że nie zdobyła się na decyzję, aby nigdy w życiu ich nie ubrać. Postanowiła, że wyjdzie w nich z domu przynajmniej raz. Miała nadzieję, że wyglądają na swoją cenę. Matthew uwielbiał widywać ją w drogich rzeczach. Mawiał, że właśnie dlatego tak ciężko pracuje.

— Aby cię rozpieszczać — dodawał.

Na razie jednak Annabel rozwiązała wstążki i uwolniła się z ciasnego obuwia. Wsunęła stopy pod swoje szczupłe uda, aby zachowały ciepło. Miała ochotę zapalić papierosa, żeby zabić nudę oczekiwania, jednak się powstrzymała. Matthew byłby zły. Na jego użytek Annabel twierdziła, że nie zapaliła papierosa od wyjazdu z Nowego Jorku. Jednak zawsze miała w domu dyżurną paczkę, schowaną przed mężem w salonie za albumami z reprodukcjami dzieł sztuki. Matthew nigdy nie oglądał tych albumów, Annabel nie ryzykowała więc, że jej tajemnica zostanie odkryta. Matthew nie interesował się sztuką, chyba że chodziło o zlecone przez klientów inwestycje w jakieś cenne dzieła; tak, sztuka oznaczała dla niego wyłącznie inwestycje. Annabel pozwalała sobie na jednego, a rzadziej na dwa papierosy dziennie, jednak tylko wtedy, gdy Matthew pracował do późnego wieczoru. Co w sumie zdarzało się często.

Siedząc na tarasie, Annabel słyszała, jak po ulicy cicho suną tramwaje, jak klekoczą na trotuarze drewniane koła dorożek, wynajmowanych przez turystów. Zazwyczaj te odgłosy ją uspokajały. Jednak nie dzisiaj. Dzisiaj ją tylko denerwowały. Spojrzała na stalowoszare niebo i przez chwilę się zastanawiała, kiedy zacznie padać śnieg. Prognozy zapowiadały śnieżycę jeszcze na dzisiejsze późne popołudnie. Bardzo chciała, żeby Matthew wrócił już do domu. Bez niego czuła się w tym mieszkaniu jak w hotelu, a nie jak u siebie. W luksusowym, lecz jednak mało przyjaznym hotelu. Wciąż stały tutaj te same szare sofy z jedwabnymi poduszkami niczym z sieci Ikea i te same stoliki ze szklanymi blatami, które zastali, wprowadzając się. Wszystko było tutaj eleganckie, lecz nie miało duszy. W końcu mieszkanie należało do korporacji, do Swiss United, która wynajmowała je pracownikom po cenie znacznie niższej niż rynkowa. Była to jedna z wielu zalet pracy Matthew. Przez minione dwa lata Annabel dodała tutaj kilka osobistych akcentów — w salonie wisiał na przykład obraz, który namalowała, impresjonistyczny pejzaż Florencji, jej podarunek dla Matthew, mający mu przypominać ich miesiąc miodowy. Półki wypełniały książki Annabel. Chociaż Matthew powiedział, że to nie jest konieczne, ściągnęła z Nowego Jorku ich bieliznę pościelową: szeleszczące powłoki i powłoczki z gołębimi brzegami, z literą „W” wyhaftowaną na każdej poduszce i na każdym ręczniku. Dzięki nim to tymczasowe mieszkanie bardziej przypominało jej dom. Na początku wszędzie porozstawiała tu fotografie w ramkach: na stolikach, na półkach między książkami, na gzymsie kominka. Na jednej z nich Annabel i Matthew całowali się na tylnej kanapie starej,wymalowanej w szachownicę limuzyny, którą wynajęli, aby wywiozła ich z przyjęcia weselnego w TriBeCa. Na kolejnej gotowali homary w rachitycznym domku na plaży, który wynajęli ostatniego lata przed wyjazdem do Genewy. Na następnej Annabel w otoczeniu przyjaciół otwierała swoją pierwszą galerię. Z większością spośród nich, cóż, nie utrzymywała już kontaktów. Początkowo miała nadzieję, że dzięki fotografiom mniej będzie tęsknić za domem, tymczasem było odwrotnie. Kiedy na nie spoglądała, czuła się straszliwie samotna. Dlatego pewnego wieczoru, gdy Matthew wciąż był w pracy, wypiła całą butelkę wina, zawinęła wszystkie fotografie w papier do pakowania i umieściła je na najwyższej półce w jednej z szaf.

Spróbowała zastąpić je nowymi, które miały upamiętniać ich życie w Genewie, jednak nie miała ich wiele. Matthew w ciągu tygodnia podróżował tak często, że gdy nadchodził piątek, miał ochotę jedynie na to, aby pomieszkać w domu, odpocząć, ewentualnie poćwiczyć na siłowni. Czasami odwiedzał klientów w jakichś ekscytujących miejscach — w Madrycie, w Berlinie albo na południu Francji — i wtedy zabierał Annabel w podróż ze sobą. Były to jednak podróże służbowe i Annabel nie miała wtedy z męża wielkiej pociechy. Na jej trzydzieste urodziny pojechali jednak do Wenecji, lecz Matthew spędził większość tej wyprawy na rozmowach telefonicznych z jakąś rozhisteryzowaną klientką, będącą w trakcie rozprawy rozwodowej. Annabel sama wędrowała po mieście i sfotografowała wówczas jedynie wnętrze lodziarni, którą polecił jej znajomy o imieniu Julian oraz ogromną grupę gołębi na placu Świętego Marka. Kilkakrotnie wyjeżdżali na narty, zazwyczaj do Zermatt, gdzie Swiss United utrzymywało domek alpejski dla najbardziej znaczących bankierów, jednak na miejscu zawsze byli tam również koledzy jej męża. W większości byli doskonałymi narciarzami, którzy — tak jak Matthew — lubowali się w zjeżdżaniu poza wyznaczonymi trasami albo w karkołomnych zjazdach ze stromych szczytów, na które transportowano ich helikopterami. Nie chcąc się im naprzykrzać, Annabel żegnała męża na cały dzień całuskiem, a sama wykupywała sobie lekcje jazdy na nartach na oślej łączce lub po prostu siadała z książką przy kominku. Fotografowanie w takich sytuacjach nie miało żadnego sensu.

Pobyt w Genewie zaplanowali na dwa lata. Dwa lata, żeby zgromadzić mnóstwo pieniędzy, a potem wrócić do Nowego Jorku, kupić porządny apartament i jeszcze raz pomyśleć o powiększeniu rodziny. Gdy o tym decydowali, Annabel miała zaledwie dwadzieścia osiem lat a Matthew trzydzieści trzy. Czas ich więc nie poganiał. Matthew powiedział, że pobyt w Genewie będzie przygodą. Takimi przedłużonymi wakacjami. Odwiedzą Wenecję, Pragę, Paryż, Brugię — wiele romantycznych miejsc znajdowało się w odległości krótkiego lotu lub niedługiej wyprawy koleją. Dosłownie za progiem ich mieszkania miały się znajdować najlepsze galerie sztuki. Annabel zamierzała też uczyć się kolejnych języków — miała do tego ogromne zdolności. Na razie jej francuski był dobry, lecz zbyt rzadko go używała. Niemiecki — bardzo użyteczny w świecie sztuki — zdecydowanie wymagał podszlifowania. Matthew miał ją z kolei uczyć jazdy na nartach. Oboje mieli się też szkolić w gotowaniu i w rozpoznawania gatunków wina. Mieli jadać fondue. Ponieważ chodziło tylko o dwa lata, Annabel nie starała się o pracę. Proces uzyskania pozwolenia na jej wykonywanie mógł pochłonąć całe miesiące. Dla kogoś, kto nie pracował w globalnej korporacji, był skomplikowany. Poza tym Matthew ciężko tyrał za ich dwoje i w gruncie rzeczy wolał, żeby Annabel nie pracowała. Chciał, żeby miała wolny czas zawsze wtedy, kiedy i on go miał. Nie poprosił jej jednak, żeby na zawsze porzuciła pracę zawodową. Miało to być czasowe rozwiązanie. Tak jak ich pobyt w Genewie.

Oczywiście, nowa sytuacja nie miała dla Annabel wyłącznie złych stron. Zdarzały się również rzeczy urocze. Mimo wszystko uroczy był ich wielki apartament. Piękno szwajcarskich krajobrazów. Czasami Matthew wracał do domu bardzo zadowolony i wtedy Annabel przypominała sobie, dlaczego tak szybko się w nim zakochała. Zabierał ją wówczas na ekskluzywną kolację. Był czuły i opiekuńczy. Bawił ją. Wspólnie obserwowali zachód słońca nad Jeziorem Genewskim i rozmawiali o galeriach, które Annabel chciała zwiedzić, albo o książkach, które przeczytała. Wspominali przyjaciół, którzy zostali w Nowym Jorku. Palili świeczki na tarasie, pili wino i grali w scrabble. W takie wieczory, gdy Matthew nie był obecny w domu wyłącznie ciałem, ale także duszą i całym sercem, Annabel ogarniała nadzieja, że jednak potrafi zakochać się w Genewie. Opuszczała ją wtedy tęsknota za domem, czuła błogi spokój i głębokie zrozumienie piękna i historii tego miasta.

W tym wszystkim ważna była też kwestia pieniędzy. W Nowym Jorku Annabel na wiele rzeczy nie mogła sobie pozwolić, a tutaj Matthew zarabiał więcej, niż mogłaby sobie kiedykolwiek wymarzyć — szczególnie wtedy, gdy dorastała w małym robotniczym miasteczku w północnej części stanu Nowy Jork. W Genewie ich konta bankowe pęczniały w szybkim tempie. Z miesiąca na miesiąc znajdowało się na nich coraz więcej pieniędzy. Matthew był z tego dumny, a Annabel była z kolei dumna z niego. Odkryła, że lubi mieć dużo pieniędzy. Nagle rzeczy i usługi, nad których kupnem dotąd się nawet nie zastanawiała, stały się dla niej dostępne. Na przykład buty. Albo samotny dekadencki lunch w środku tygodnia. Czy wizyta u fryzjera, kiedy tylko miała na to ochotę. Posiadanie mnóstwa pieniędzy dawało lekkość, jakiej Annabel nigdy dotąd nie doświadczyła. Już nie wpatrywała się z wahaniem w kartki z cenami, nie ślęczała godzinami nad wyciągami z kart kredytowych. Miała o wiele więcej pieniędzy, niż potrzebowała.

Skoro mieli więcej pieniędzy, zaczęła też otrzymywać od męża więcej prezentów. Matthew zawsze wymyślał cudowne prezenty: była to jedna z tych jego cech, za które od początku go uwielbiała. Jego prezenty nie miały nic wspólnego z ekstrawagancją. Zawsze był troskliwy. Pamiętał o ważnych sprawach. Niemal każdego poranka pisał do niej kartki i pozostawiał je w takich miejscach, w których po prostu nie mogła ich nie znaleźć. Stało się to między nimi swoistą grą. Znajdowała karteczki w torebce, obok ekspresu do kawy, w składanym lusterku albo przylepione do dzbanuszka z mlekiem stojącego w lodówce. Pewnego razu, jeszcze w Nowym Jorku, znalazła w portfelu dwa bilety do Metropolitan Opera, ale na następny wieczór, kiedy Matthew miał przebywać poza miastem, w delegacji. „Zabierz ze sobą Marcusa” — zapisał na kartce, którą dołączył do biletów, mając na myśli jej ulubionego współpracownika z galerii, uwielbiającego operę ponad wszystko. „On jest aniołem” — stwierdził Marcus, kiedy Annabel pokazała mu tę kartkę.

Ostatnio jego prezenty stały się bardzo hojne. Była to na przykład torebka, której przyglądała się przez dłuższą chwilę, stojąc przed oknem wystawowym. Albo kolczyki, które się jej spodobały u żony jego kolegi. Przed tygodniem otrzymała obraz, którym zachwyciła się w Art Basel. Było to niewielkie dzieło Marshalla Cleve’a, mało znanego malarza z Maine. Annabel oglądała je przez dobre dziesięć minut niemal w nabożnym skupieniu. Znajdowały się na nim przemyślnie pozakręcane szare i niebieskie kreski, a ich układ przypominał Annabel twórczość Brice’a Mardena, jednego z jej ulubionych malarzy. Brice Marden w morskich barwach. Było to coś takiego, co sama próbowała namalować w swoim niewielkim studiu w Montauk, jednak udało jej się to raczej z umiarkowanym powodzeniem.

— Pamiętałeś — powiedziała, kiedy Matthew dał jej obraz.

Z wrażenia wstrzymała oddech.

— Powinnaś go mieć — odparł Matthew. — Zakochałaś się w nim. Wyczytałem to w twoich oczach, gdy tylko na ten obraz spojrzałaś.

— Sama nie wiem, dlaczego mnie tak urzekł. Niewiele wiem o jego autorze. Po prostu natychmiast mnie zahipnotyzował.

— Zakochałaś się w nim, prawda? Poczułaś z nim związek. Przyciągnął cię. Poczułaś to w sercu. Ja poczułem to samo, kiedy po raz pierwszy spojrzałem na ciebie. I gdy jesteś przy mnie, wciąż czuję to samo.

Annabel przyciągnęła męża do siebie.

— Tak. To jest miłość — powiedziała.

— Pamiętasz, jak każdego poranka przechodziłem obok twojej galerii, żeby tylko popatrzeć na ciebie przez okno wystawowe?

Annabel się roześmiała.

— Marcus myślał wtedy, że to jemu się przyglądasz.

— Musiały minąć długie tygodnie, zanim ośmieliłem się wejść do środka i się do ciebie odezwać. Najpierw jednak trochę się poduczyłem. O artystach, których reprezentujesz. Chyba cię zaskoczyłem ogładą?

— Potknąłeś się o stojak z katalogami i wylałeś kawę na recepcjonistkę. Ale, owszem, byłeś bardzo elokwentny.

— Miałem nadzieję, że zapomnisz o tym stojaku i o kawie.

— Ta część naszego pierwszego spotkania podobała mi się najlepiej. To było urocze: widzieć przystojnego mężczyznę strasznie zdenerwowanego.

— Bardzo mnie wtedy onieśmielałaś. Miałaś krótkie włosy i czarną suknię, tatuaż na prawym nadgarstku i ciężkie bransolety, które go niemal w całości zasłaniały. Boże, byłaś prześliczna.

— A teraz nie jestem? Tylko mi się przyjrzyj...

— Jesteś jeszcze piękniejsza. Piękniejsza z każdym kolejnym dniem.

— Tęsknisz za moimi krótkimi włosami?

Matthew przechylił głowę, przyglądając się żonie.

— Czasami tęsknię — powiedział ze słabym uśmiechem na ustach. — Ale taka jak dziś również mi się podobasz. Twoje długie włosy są bardzo eleganckie. Doskonale do ciebie pasują.

Matthew pocałował ją, ale odsunął się od niej trochę szybciej, niż by chciała.

— Chcę, żebyś miała ten obraz — powiedział, a jego głos zrobił się nagle poważny. — Wiem, ile poświęciłaś, żeby być tutaj ze mną. Wiem, jak bardzo ci w życiu brakuje pięknych dzieł sztuki. Chciałbym ci je kupować; to jeden z powodów, dla których przyjąłem tę posadę. Chciałbym, żebyś miała wyłącznie dla siebie piękne przedmioty, które kochasz. Żebyś miała swoją prywatną galerię.

— To bardzo miłe z twojej strony, ale ja wcale nie potrzebuję galerii w mieszkaniu. Naprawdę. Mam nadzieję, że ten obraz nie był strasznie drogi.

— Nie był — odparł Matthew, jednak Annabel podejrzewała, że skłamał. — Prawdę mówiąc, najcenniejsza jest jego rama. Chcę, żebyś o tym pamiętała. Jeżeli kiedykolwiek coś mi się stanie...

— Nie mów takich rzeczy.

— Chcę, żebyś wiedziała. Rama. Wielka wartość tkwi w ramie. Rozumiesz?

— Jest olśniewająca — powiedziała Annabel; rama obrazu naprawdę była przepiękna. Annabel ceniła dobre ramy obrazów. Przesunęła palcem po jej brzegu. Wykonano ją z twardego drewna, była pozłacana i misternie rzeźbiona. Zarazem nowoczesna i rustykalna, podkreślała szarość i błękit dzieła. — Zawieśmy obraz nad łóżkiem. Dzięki niemu każdej nocy będzie nam się śnić miłość.

Piękny podarunek zbiegł się z początkiem drugiego roku ich pobytu w Genewie. Annabel w żaden sposób nie odniosła się do tej rocznicy. Przez ostatnie tygodnie nieraz zastanawiała się, czy nie stanowi on łapówki albo swego rodzaju zapłaty, ponieważ w Szwajcarii pozostali na dłużej. Matthew zaczął mówić, że cztery lata wydają mu się bardziej rozsądnym czasem na pracę za granicą. Po czterech latach już naprawdę będą bardzo bogaci. W ciągu czterech lat szef pozna go z wieloma wysoko postawionymi ludźmi z najlepszych banków prywatnych w Nowym Jorku. Może któryś z klientów zaproponuje mu bezpośrednie nadzorowanie firmy rodzinnej i wtedy dopiero rozpocznie się prawdziwe życie? Mniej stresu, krótsze godziny pracy, więcej pieniędzy, mniej podróży służbowych. Kupią ten domek przy plaży w Montauk, o którym Annabel zawsze marzyła: ten z werandą wzdłuż czterech ścian i z budynkiem gospodarczym, który będzie można przerobić na pracownię dla niej. Annabel powiedziała sobie, że dwa lata więcej w Genewie w gruncie rzeczy niewiele zmienią w jej życiu. A jednak coś się zaczęło zmieniać. Właściwie było to jasne od początku. Genewa nigdy nie mogła stać się jej domem. Annabel nudziła się tutaj, stawała się apatyczna. Tęskniła za pracą. Chciała urodzić dzieci. Chciała odzyskać dawne życie. Nie mogła w nieskończoność egzystować w stanie zawieszenia. W końcu by zwariowała.

* * *

Aby zabić czas oczekiwania na powrót męża, Annabel zaczęła udawać przed sobą, że w słabnącym świetle popołudnia czyta powieść, jednak co chwilę odrywała wzrok od kart książki i kierowała go ku aparatowi telefonicznemu. Miała w rękach thriller psychologiczny o żonie, która zniknęła,wracając z pracy do domu. Przeczytała już wiele takich książek: w tytule zawsze pojawiało się słowo „dziewczyna”, narracja była fatalna, a Annabel nigdy nie pamiętała imion najważniejszych postaci. Dlaczego Matthew nie dzwoni? Przecież to do niego niepodobne. Jeśli spóźni się jeszcze bardziej, będzie musiała sama pójść na przyjęcie do Klauserów. Tymczasem Annabel nigdy się u nich dobrze nie czuła, nie cierpiała ich umundurowanej służby i sztywnych przyjaciół, w większości starszych od niej o ponad dekadę. Matthew o tym wiedział. Gdy chodziło o takie sprawy, zawsze był wyrozumiały. Nigdy by jej nie poprosił, żeby poszła tam sama. „Gdyby Jonas nie był moim szefem...”, mawiał do niej, przepraszająco się uśmiechając. Nigdy nie kończył tego zdania. Jonas Klauser nie był po prostu szefem Matthew. Był prezesem Swiss United, największego banku w Szwajcarii. I ojcem chrzestnym Matthew. I to przede wszystkim dzięki niemu oboje mieszkali teraz w Genewie. Przebywając tutaj, Wernerowie po prostu musieli być mili dla Klauserów. „To po prostu biznes”, mawiał Matthew. Ale powoli wszystko w jego życiu stawało się biznesem.

Zabrzmiał dzwon na wieży kościelnej. Annabel odłożyła książkę. Żona z powieści zaginęła przed dziesięcioma dniami, jednak Annabel niewiele obchodził jej los. Nawet nie zaznaczyła ostatniej przeczytanej stronicy. Już od dawna nie doczytała do końca żadnej książki. Balkony sąsiednich apartamentów były puste; większość ludzi uważała, że jest już zbyt zimno, żeby tak ja Annabel przesiadywać na zewnątrz, nawet przy lampach grzewczych. Ale ona lubiła chłód. Chłód ją ożywiał, pobudzał. Wiał dość ostry wiatr, który sprawiał, że jej lodowobłękitne oczy zaczęły zachodzić łzami. Z coraz ciemniejszego nieba zaczął padać śnieg. Przyjęcie już się zaczęło. Jeżeli dobrze się nie zrozumieli i miała spotkać się z Matthew już u Klauserów, wprawi go w zakłopotanie, gdy się spóźni. Annabel nienawidziła wprawiać go w zakłopotanie. Jej spóźnienia miały dla niego urok w Stanach, uważał je za jeden z elementów umawiania się z niemal artystką, poważną dziewczyną prowadzącą galerię w centrum miasta, a nie z jakąś tylko ślicznotką, bardzo typową dla towarzystwa z Upper East, z którą się spotykał, zanim poznał Annabel. „Ogniste blondynki”, mawiała o nich Annabel, odwołując się do niemiłosiernie chudych kobiet, opisanych w Ognisku próżności Thomasa Wolfe’a. Matthew wychował się w Upper East Side i zdawało się, że zna je wszystkie. Od tych z rodziny Lindseyów po potomkinie Bitsów i Kicków. Znał dziewczęta o robiących wrażenie nazwiskach: Lennox, Merrill albo Kennedy. Dziewczęta, które uczono, aby pisały słowo „dziękuję” na ozdobnych papeteriach i pojawiały się na spotkaniach lekko spóźnione, ale nie straszliwie spóźnione, jak to czasami się zdarzało Annabel. Tutaj, w Genewie, jej spóźnienia denerwowały Matthew, szczególnie gdy w grę wchodziły spotkania z kimś z banku. Przecież nie miała powodu, żeby się gdziekolwiek spóźniać. Nie pracowała. Nie miała dzieci. Nie miała przyjaciół, poza Julianem. Nie miała żadnych wymówek.

Klauserowie mieszkali w Cologny, na północno-wschodnim skraju miasta, wśród posiadłości, do których prowadziły kręte drogi, wijące się przez puste pola. Utrzymywali również mieszkanie w centrum. Zazwyczaj korzystał z niego Jonas, gdy pracował do późna (albo, jak podejrzewała Annabel, gdy chciał spędzić upojne chwile z pewną francuską aktoreczką, gwiazdą filmów klasy B, którą poznał w Cannes i z którą obnosił się niemal otwarcie, kiedy jego żona jeździła konno albo gdy robiła zakupy w najmodniejszych paryskich salonach), nigdy jednak nie zapraszano tam gości. No bo niby dlaczego, skoro ich podmiejski domek — tak naprawdę rozbudowaną rezydencję — otaczało pole golfowe z dziewięcioma dołkami, kort tenisowy, basen, a w dobudowanym do budynku garażu mieściło się dziesięć samochodów, kolekcja będąca oczkiem w głowie Jonasa? Dzieła sztuki zgromadzone w tym domu nie podobały się Annabel — były zbyt krzykliwe, zbyt przewidywalne i aż zanadto świadczyły o tym, że ich właściciele mają kiepski gust, ale za to mnóstwo pieniędzy, ponieważ to, że wszystkie są bardzo drogie, nie budziło najmniejszych wątpliwości. Większość pomieszczeń w budynku mieściła przynajmniej jedno poważne dzieło: na przykład Damiena Hirsta albo Jaspera Johnsa. Na samym środku salonu stała szkaradna rzeźba Botera, przedstawiająca otyłą kobietę.

— Mogliby wytapetować pieniędzmi ściany tego domu, wyszłoby na to samo — powiedziała Annabel do Matthew po ich pierwszej wizycie u Klauserów. — Skoro mają taką kolekcję, są chyba bogatsi od samego Boga.

Większe wrażenie niż kolekcja dzieł sztuki Klauserów robił na Annabel rozpościerający się z ich posiadłości niczym niezakłócony widok na Alpy i szczyt Mount Blanc. Bywali w tym domu z Matthew dziesiątki razy, jednak góry przykryte czapami śnieżnymi zawsze ją oszałamiały i przy każdej okazji podziwiała je w absolutnym i pełnym respektu milczeniu. Wyglądały jak na pocztówce, jak przeniesione z najpiękniejszej baśni. Niebo nad nimi było tak błękitne, śnieg tak krystaliczny, a ich kształty tak wyraziste, że sprawiały wrażenie, jakby ktoś umieścił w oddali ich cyfrowy obraz. I właściwie wszystko u Klauserów było właśnie takie. Na przykład Elsa Klauser. Twierdziła, że jest córką jakiegoś pomniejszego austriackiego arystokraty, chyba wicehrabiego (lub jakiejś równie niepoważnej postaci). Annabel podejrzewała jednak, że Elsa to swoje pochodzenie po prostu wymyśliła, podobnie zresztą jak całe drzewo genealogiczne, które przyjęła, kiedy wylądowała w ramionach Jonasa Klausera jako jego żona. Nie współgrało ono po prostu z jej zbyt dużymi piersiami, burzą jasnych włosów, a także z jej akcentem — byle jakim i właściwie nie wiadomo skąd się wywodzącym. Nosiła się nawet całkiem gustownie — miała ubrania od Lora Piany i Brunella Cucinelliego — jednak jej skórzane spodnie zawsze były odrobinę za ciasne, sukienki zbyt krótkie, a dekolt stanowczo zbyt głęboki jak na kobietę o rzekomo szlachetnej krwi. Przez okrągły rok okrywała się futrem, nawet w lecie. Wyglądała w nim jak postać z Gry o tron, co pewnego wieczoru, wypiwszy trochę za dużo wina, zauważył Matthew. Teraz nie miało to jednak znaczenia. Klauserowie stanowili arystokrację innego rodzaju. Jonas Klauser był królem w świecie sekretnych kont bankowych i tajnych pieniędzy.

W przeciwieństwie do żony, Jonas nosił się jak prawdziwy arystokrata. Pamiętał imiona i nazwiska wszystkich dzieci, rodziców, współmałżonków i kochanek swych znajomych, zapamiętywał nawet te osoby, które spotkał w życiu przelotnie, tylko jeden raz, przed wieloma laty, i to na koktajlu, podczas którego rzeczone osoby były najmniej ważnymi gośćmi. Potrafił prowadzić niezobowiązujące rozmowy o sztuce lub o winie, o paralotniarstwie albo o zbieraniu znaczków — właściwie na każdy temat — i to w pięciu językach. Matthew mówił o nim, że jest urodzonym bankierem i prawdziwym dżentelmenem. Rozmawiając o Jonasie, zawsze z szacunkiem zniżał głos. W pierwszym tygodniu ich pobytu w Genewie Jonas zorganizował przyjęcie powitalne dla Matthew i Annabel w Skopii, galerii znanej z promowania szwajcarskich artystów. Jonas ujął Annabel pod rękę i po kolei przedstawiał ją miejscowym kuratorom, właścicielom galerii i artystom. Powiedział jej, że chce, aby poczuła się w mieście osobą równie mile widzianą jak Matthew. Oznajmił, że skoro Matthew jest członkiem jego rodziny, należy do niej również ona, Annabel. Dodał, że jeśli on sam może coś zrobić, żeby poczuła się w Genewie prawie jak w domu, wystarczy, aby go o to poprosiła.

* * *

Annabel zatelefonowała do Armanda, kierowcy. Napisała kilka słów na serwetce i położyła ją na stoliku w holu; Matthew z pewnością jej tam nie przeoczy. Wszystkie takie liściki, napisane przez Annabel lub przez niego samego, kolekcjonował w specjalnym pudełeczku, które trzymał w swojej szafie na ubrania. Nawet pośpiesznie nagryzmolone na skrawkach pokwitowań ze sklepów, serwetkach czy zapomnianych biletach do kina, które Annabel w poszukiwaniu jakiejkolwiek kartki wydobywała z samego dna torebki. Odkryła ten jego zwyczaj niedługo po ślubie i wciąż uznawała go za bardzo romantyczny. Wiedząc, że jej zapiski zostaną zachowane, starała się pisać wyraźniej. Czasami zostawiała dla Matthew na kartkach małe rysuneczki wiedząc, że oglądając je, będzie się uśmiechał. Na przestrzeni kilku lat wykształciła w sobie talent konstruowania śmiesznych rysunków.

Dzisiaj jednak nie będzie rysunku. Podpisała karteczkę: „Całusek, A”. Było to mniej czułe niż: „Kocham cię, A”, ale znacznie cieplejsze niż zwykłe „A”. Pomyślała, że dzisiaj Matthew powinien mieć bardzo dobre wytłumaczenie dla spóźnienia. Miała nadzieję, że powodem spóźnienia nie jest Zoe.

Kiedy otworzyła drzwi, zatrzymała się na progu jak wryta. Stali przed nią dwaj mężczyźni. Jeden z nich trzymał w ręce neseser. Obaj ubrani byli w garnitury i długie płaszcze, obaj mieli ponure miny. Ich policzki były czerwone z zimna. Na ich włosach topniały płatki śniegu.

— Annabel Werner? — zapytał ten z walizką.

Nazwisko „Werner” wypowiedział z niemieckim zaśpiewem. Jego ciemne oczy wpatrywały się w Annabel zza szkieł okularów o przezroczystych oprawkach.

— Tak, o co chodzi? — odpowiedziała Annabel.

Oparła rękę o framugę, częściowo żeby zablokować mężczyznom drogę do mieszkania, a częściowo po to, żeby się podeprzeć.

— Przepraszam, że panią niepokoimy.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął z niej odznakę policyjną, którą następnie podsunął jej przed oczy. Jego partner uczynił to samo.

— Nazywam się Konrad Bloch, reprezentuję policję federalną. A to jest mój partner, Phillip Vogel. Możemy wejść do środka? Chcielibyśmy porozmawiać z panią o pewnej trudnej sprawie.

Zanim Annabel zdołała zareagować, w torebce zadzwonił jej telefon komórkowy.

— Muszę odebrać — powiedziała. — Zechcą panowie chwilę poczekać?

Bloch skinął głową, jednak się nie ruszył. Uważnie ją natomiast obserwował, kiedy wsunęła dłoń do torebki i szukała telefonu.

To jednak nie dzwonił Matthew.

— Halo? Tak, już schodzę. Zechce pan chwilę poczekać. — Zakryła dłonią mikrofon. — To mój kierowca. Właśnie wychodziłam. Może przyjdą panowie innym razem?

— Pani Werner, musimy natychmiast porozmawiać. Sugeruję, żeby odwołała pani kierowcę.

Kiedy weszli do apartamentu, Annabel gestem zaprosiła mężczyzn, aby usiedli na sofie. Pomyślała, że mogłaby zaproponować im wodę albo kawę, jednak zaraz z tego zrezygnowała; chciała, żeby jak najszybciej sobie poszli. Niebo za oknami było już ciemne. Na zewnętrznych parapetach zalegał śnieg. Droga prowadząca do Cologny będzie zasypana. Tymczasem mężczyźni zdjęli płaszcze. Annabel, nie zdejmując swojego okrycia, przysiadła na skraju sofy. W mieszkaniu było zbyt ciepło, aby przez dłuższy czas pozostawać w futrze, i szybko poczuła na czole pierwsze krople potu.

Zdrapała paznokciem naskórek na kciuku i zobaczyła, że strużka krwi niszczy jej manikiur. Matthew nienawidził, kiedy zdrapywała takie suche skórki. Mówił, że po ilości krwi na jej palcach zawsze widzi, jak mocno jest zdenerwowana. Zaciskał jej dłonie między swoimi i oglądał je uważnie, krzywiąc się, kiedy dostrzegał zadrapania. Reagował na nie jak na skazy widoczne na bezcennych dziełach sztuki.

— Pani Werner — zaczął Bloch. — Przykro mi, że muszę przekazać pani tę informację, jednak samolot, którym pani mąż wyleciał dzisiaj z Londynu, nie wylądował w Szwajcarii zgodnie z planem lotu. Jesteśmy przekonani, że rozbił się w Alpach.

Annabel wbiła w niego puste spojrzenie.

— Zarządzono poszukiwania w Bauges Mountains, na wschód od Chambery. Pogoda jest obecnie skrajnie niekorzystna, co utrudnia poszukiwania. Jednak na stoku Mount Trélod dostrzeżono obiekt, który jest prawdopodobnie wrakiem samolotu.

Annabel zmarszczyła czoło. Dopiero teraz zaczęły do niej docierać słowa policjanta.

— Nie — odezwała się po długiej chwili. Potrząsnęła głową. — Macie jakieś złe informacje. Mój mąż wyjechał dzisiaj w interesach do Zurychu. To jakaś pomyłka.

— Czy pani mąż nazywa się Matthew S. Werner?

— Tak.

— Czy jest pracownikiem Swiss United Bank?

Za oknem rozległ się dźwięk syreny, przeszywając ciszę. Annabel poczekała, aż ustanie, i dopiero wtedy się odezwała. Wieczne zawodzenie syren w Genewie denerwowało ją. Brzmiały tutaj zupełnie inaczej niż te w Nowym Jorku. Były upiornie przenikliwe i natrętne jak wołanie o pomoc. W niczym nie przypominały niezbyt głośnego dudnienia syren nowojorskich.

— Tak. Mój mąż jest tam zatrudniony.

— Wszedł jako drugi pasażer na pokład prywatnego samolotu, który dzisiaj wcześnie rano wyleciał z portu lotniczego w Northolt w Londynie. Samolot powinien wylądować w Genewie o 8.20. Pierwszą pasażerką była kobieta o nazwisku Fatima Amir. Samolot stanowił jej własność.

Annabel potrząsnęła głową. Nigdy nie słyszała o żadnej Fatimie Amir.

— To niemożliwe — powiedziała. — Matthew wyjechał do Zurychu. Służbowo, w sprawach swojego banku. Zdarzają się takie wyjazdy, raz na kwartał. Nie leciał samolotem. Rozmawiałam z nim wczoraj wieczorem.

Wyrzuciwszy z siebie te słowa, zdała sobie sprawę, że nie powiedziała prawdy. Rozmawiała przecież z Matthew dwa dni temu. Był wtedy w swoim biurze. Mówił, że ma jeszcze jakieś spotkanie i dopiero po nim wsiądzie do pociągu. Miał wrócić do domu o takiej porze, żeby zdążyć jeszcze na przyjęcie do Klauserów. Wydawał się zniecierpliwiony, nawet lekko opryskliwy. Annabel w tle słyszała głosy innych ludzi i zdała sobie sprawę, że Matthew nie skupia się na rozmowie z nią. Nie chciał się umówić na telefon później, co ją zdenerwowało. Rzuciła opryskliwą uwagę, że Matthew już prawie wcale nie bywa w domu. Odparł, że nienawidzi tej wiecznej rozłąki bardziej, niż Annabel sobie wyobraża. Że wkrótce wróci, a potem już zawsze będzie wracał na noc. Kazał jej odpowiadać na pytania: „Przecież zawsze wracam, prawda? Zawsze wracam najszybciej, jak tylko mogę, rozumiesz? Powiedz, że tak jest”.

„Tak, oczywiście”, odparła. „Wiem, że zawsze będziesz do mnie wracał”. Ta wymiana zdań osłabiła jej gorycz, ale tylko nieznacznie. Od tamtej rozmowy już się ze sobą nie kontaktowali.

Ale Annabel nie powiedziała tego Blochowi. W najistotniejszej kwestii mówiła prawdę: Matthew był dzisiaj w Zurychu, a nie w Londynie. Była tego pewna. Matthew miał swoje za uszami, jednak jej przecież nie okłamywał, zawsze był wobec niej uczciwy. Nagle poczuła, że powinna bronić męża przed tymi policjantami. Nie chciała, aby myśleli, że Matthew jest mężczyzną, który nigdy nie telefonuje do żony z podróży służbowych. Że jest typowym amerykańskim bankierem, który interesuje się tylko zarabianiem pieniędzy i w ogóle nie dba o rodzinę. Matthew taki nie jest.

— Prawdopodobnie państwo się nie zrozumieli do końca. Albo pani mąż musiał zmienić plany w ostatniej chwili. Bardzo mi przykro, pani Werner — powiedział agent Bloch, jakby przesądzając sprawę, jakby w ogóle nie zakładał, że jakikolwiek błąd może leżeć po jego stronie.

Annabel popatrzyła na jego partnera Vogla. On także patrzył na nią ze współczuciem. I dopiero w tej chwili Annabel zrozumiała, co tak naprawdę się dzieje. Ci dwaj mężczyźni przyszli do niej, żeby ją poinformować o śmierci Matthew.

— Na pewno zaszła pomyłka — powiedziała. Z ogromnym trudem wydobywała z ust każde słowo. Miała ściśnięte gardło, przez chwilę problem sprawiało jej nie tylko mówienie, ale także oddychanie. — No właśnie. Może się pomyliliście?

— Pani Werner, prawdopodobieństwo, że ktoś mógł przeżyć tę katastrofę, jest bardzo niewielkie. W tym wypadku naprawdę nie spodziewamy się, żeby ktoś ocalał. Rozumiemy, że jest pani w tej chwili bardzo ciężko. Czy jest ktoś, do kogo moglibyśmy zatelefonować w pani imieniu? Na przykład do kogoś z członków rodziny?

— To Matthew jest moją rodziną. Nie mam nikogo innego.

Annabel nie miała zapamiętać już niczego więcej z późniejszych wydarzeń. Pozostało jej w głowie jedynie mgliste wspomnienie tego, że padła na kolana i zaczęła głośno krzyczeć.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

MARINA – 12.11.2015

Pozbycie się Granta było zaskakująco łatwe. Marina poczuła wyrzuty sumienia od razu po tym, jak go okłamała — przecież mieli wkrótce się pobrać — jednak szybko się ich pozbyła. Wmówiła sobie, że w gruncie rzeczy to nie było żadne kłamstwo. Przecież naprawdę wyszła z hotelu, żeby pobiegać. A ze źródłem Duncana miała się spotkać tylko przy okazji. Jednak kiedy zawiązywała buty, jej serce biło w nerwowym oczekiwaniu trochę mocniej niż zwykle. Gdy natrafiła na trop sensacyjnej historii, zawsze była podekscytowana.

Kiedy przebiegała przez rue de Rivoli, zimne listopadowe powietrze szczypało ją w policzki. Każdy oddech zamieniał się w parę wodną tuż przed jej oczami. Słońce dopiero unosiło się ponad konary drzew. Zaczęła żałować, że nie ma ze sobą ani czapki z daszkiem, ani grubego polaru. Biegania po Paryżu w ogóle nie uwzględniła w swoich planach. Zamierzała spędzić wakacje na objadaniu się serem i na piciu wina. A tymczasem znowu wyszło tak jak zawsze — pracowała i biegała.

Przyśpieszyła niemal do sprintu, żeby organizm nie tracił ciepła. Gdy biegała, zwykle słuchała muzyki, dzisiaj jednak z tego zrezygnowała. Musiała przez cały czas być czujna. Przesyłkę miała odebrać błyskawicznie i, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, bez zwracania uwagi przypadkowych przechodniów. Mimo wczesnej godziny w Tuileries było już mnóstwo ludzi. Po prawej stronie Marina zauważyła starszą kobietę, wyprowadzającą na spacer psy. Przed nią szedł mężczyzna w ciężkim płaszczu, z szalem przewiązanym wokół szyi i ani myślał ustąpić jej miejsca; też się śpieszył i wcale nie uważał się za zbyt powolnego dla biegnącej w tym samym kierunku kobiety. Przy furtce całowała się para nastolatków. Jakiś ochroniarz zmierzał właśnie w stronę wejścia do Luwru.

Kiedy Marina zbliżyła się do Muzeum Oranżerii, jej oddech przyśpieszył. Tak jak miało być, przy wejściu stał mężczyzna w czarnej wiatrówce oraz w butach do biegania i naciągał mięsień czworogłowy w lewej nodze. Był wyższy, niż się spodziewała, ale doskonale zbudowany. Wyglądał najwyżej na czterdziestolatka i — zdaniem Mariny — na wprawnego biegacza. Wiedziała, że niczego więcej już się o nim nie dowie. Podejrzewała, że to nie on jest faktycznym źródłem, lecz jest zaledwie osobą przysłaną przez to źródło; takim zwyczajnym mężczyzną w średnim wieku, mało rzucającym się w oczy. Źródło podjęło już zatem spore środki bezpieczeństwa, żeby informację przekazać w pewny sposób, co Marina uważała za uspokajające i zarazem podniecające. Po dziewięciu latach pracy w branży potrafiła szóstym zmysłem wyczuć, czy osoba, z którą się spotyka, nie ma jakichś fałszywych zamiarów albo czy nie zechce podsunąć jej nieprawdziwych informacji. W tej chwili wszystko wydawało się jej w porządku. Według Duncana źródło nie chciało pieniędzy; chodziło mu tylko o osobiste przekazanie informacji. Komunikowało się za pomocą szyfrowanych wiadomości. Wydawało się czujne i ostrożne wobec dziennikarzy, tak jak oni wobec niego. Co więcej, zasugerowało, że dysponuje znacznie większą ilością danych, nie tylko na temat Morty’ego Reissa, i obiecało przekazać je później, jeżeli odbiorcy wykażą jego informacjami dalsze zainteresowanie. Jak dotąd nic nie wzbudzało podejrzeń. Źródło wydawało się wiarygodne.

Mężczyzna odwrócił się i Marina nawiązała z nim kontakt wzrokowy. Zwolniła tempo do marszu i po chwili zatrzymała się obok niego. Przyciągnęła kolano do piersi, udając, że się gimnastykuje. Oboje rozejrzeli się dookoła, chcąc mieć pewność, że są sami.

— Marina? — zapytał mężczyzna z obcym akcentem, którego jednak nie rozpoznała.

— A ty jesteś Mark.

Takie imię otrzymała od Duncana SMS-em. Wiedziała oczywiście, że jest nieprawdziwe.

Mężczyzna pokiwał głową.

— Mam coś dla ciebie — powiedział cicho. — Od jak dawna przebywasz w Paryżu?

— Od trzech dni. A ty?

— Trochę dłużej. Bardzo proszę, jeżeli będziesz miała jakieś kłopoty, zatelefonuj na numer, który znajdziesz u dołu tej kartki.

Z kieszeni wiatrówki wyciągnął wizytówkę. Znowu zerknął przez ramię i podał Marinie kartonik. Ich palce na moment się zetknęły, ale po chwili Marina zaciskała już swoje na wizytówce i na małym nośniku pamięci.

Wsunęła wizytówkę i pendrive do kieszeni spodni, zamykanej na zamek błyskawiczny.

— Zakładam, że istnieje jakieś hasło?

— Hasłem zewnętrznym jest nazwisko panieńskie twojej matki i cyfra 1: russell1. Bez dużych liter.

— Skąd znasz nazwisko panieńskie mojej matki?

— Jeżeli zostaniesz zatrzymana na lotnisku, za nic w świecie nie podawaj tego hasła. Mów, że pendrive zawiera twoje osobiste materiały, fotografie i tym podobne. Jeśli jednak zostaniesz zmuszona do ujawnienia hasła, to też nic złego się nie stanie. Informacje o faktycznym znaczeniu znajdują się pod fotografiami, w tajnej części dysku. Hasło wymagane, by dostać się do tej części składa się z czterdziestu ośmiu znaków. Dla twojego bezpieczeństwa przekażę je bezpośrednio Duncanowi Sanderowi szyfrowaną wiadomością. Dzięki temu, nawet jeśli będziesz chciała, nie będziesz w stanie umożliwić dostępu do informacji ani amerykańskim celnikom, ani w ogóle komukolwiek.

— Oczywiście — powiedziała Marina, bardzo się starając, aby jej głos brzmiał spokojnie. Tym niemniej była tak podekscytowana, że aż kręciło się jej w głowie. Nie pomyślała dotąd, że może zostać zatrzymana na granicy, że do informacji, które będzie przewozić, zechce dotrzeć rząd. — Co to są za fotografie? Na wypadek, gdyby ktoś pytał...

— Zwyczajne widoczki z Paryża. Takie, jakie turyści z pasją fotografują w czasie urlopów.

Marina pokiwała głową.

— To wszystko?

— To jeszcze nic. To jest zaledwie czubek góry lodowej poufnych informacji. Ale są to dokładnie te dane, na których zależało Duncanowi Sanderowi. Rozumiem, że od dłuższego czasu poszukuje niejakiego Reissa?

— To prawda. Jednak rozumiem, że będziesz chciał przekazać nam więcej danych.

— Tak. Na tyle dużo, żebyście i ty, i twoja grupa współpracowników mieli zajęcie na długie miesiące. A nawet na lata. Sander był zainteresowany historią Reissa. Ale są jeszcze inne. Bardzo wiele innych.

Marina otwarła usta. Chciała zadać mężczyźnie wiele pytań, ale nie wiedziała, od którego zacząć.

— Wie pani, ile nielegalnych pieniędzy obywatele Stanów Zjednoczonych zgromadzili dotąd na kontach poza granicami kraju, panno Tourneau?

— Dziesiątki miliardów, jak sądzę.

— Trzydzieści dwa biliony. To więcej niż produkt krajowy brutto Stanów Zjednoczonych i Japonii razem wzięte.

— Jezu Chryste...

— Istnieje cały ukryty przed nami, odrębny świat, wiodący własne życie, panno Tourneau. Świat brudnych pieniędzy, umieszczonych na podejrzanych kontach bankowych, świat należący do bardzo potężnych i niebezpiecznych ludzi. Wyobraź sobie, że będziesz mogła spojrzeć na ich konta. Na ich transakcje. Poznać ich powiązania. Mówię o królach karteli. O terrorystach. O światowych przywódcach. A nawet o ludziach, których znasz, z którymi chodziłaś do szkoły, z którymi sąsiadujesz przez ulicę. I, owszem, także o Mortym Reissie, który żyje i ma się dobrze, korzystając z blisko siedemdziesięciu milionów dolarów, jakie zgromadził w Swiss United Bank.

— I masz na ten temat informacje? Wyciągi bankowe? E-maile? Twarde dowody, że te pieniądze istnieją oraz że należą do konkretnych ludzi?

Mark skinął głową w kierunku jej kieszeni.

— Teraz także ty posiadasz te informacje. Morty Reiss to zaledwie jeden z wielu mieszkańców tego odrębnego świata. Ale na pewno nie jest mieszkańcem ani najbardziej interesującym, ani najbardziej niebezpiecznym. Nasz świat musi się dowiedzieć...

Usłyszeli czyjeś głosy i oboje odwrócili głowy. W ich kierunku biegło dwóch ludzi, rozmawiających po francusku. Marina instynktownie dotknęła ręką zamkniętej kieszeni. Lekko potarła palcami zamek błyskawiczny, upewniając się, że pendrive jest bezpieczny. Odczekała, aż biegacze się oddalą, i dopiero wtedy odezwała się znowu.

— Muszę już iść. Przekażę to wszystko Duncanowi, kiedy tylko wrócę do Stanów. Rozumiem, że pozostaniesz z nim w kontakcie.

Spojrzenie Marka powędrowało w lewo, w prawo i dopiero potem na nią.

— Droga panno Tourneau — powiedział. — Jedno musisz zrozumieć: aby zdobyć dla ciebie te informacje, kilka osób ryzykowało życiem. Nikomu nie wspominaj o naszej rozmowie, nikomu nie ufaj. Ja zaufałem tobie, ponieważ poprosił mnie o to Duncan i ponieważ czas odgrywa w tej sprawie kluczową rolę. Im prędzej moje informacje ujrzą światło dzienne, tym lepiej. Gdy to się stanie, wszyscy będziemy znacznie bezpieczniejsi.

— Nie zawiedziemy cię. Duncan i ja wykonamy swoją robotę. Możesz nam zaufać.

— Od tego zależy nasze życie.

Skinął głową na pożegnanie i po chwili Marina obserwowała, jak Mark znika między drzewami. Następnie skręcił i pobiegł w kierunku Le Meurice.

* * *

Kiedy Marina wróciła do apartamentu, Grant wciąż leżał w łóżku, ale nie spał. Jego gęste brązowe włosy były zmierzwione, a okulary ledwie trzymały się czubka nosa. Na nocnym stoliku stała filiżanka z kawą. Na pościeli leżał egzemplarz „New York Timesa”. Gdy stanęła w progu sypialni, Grant nie podniósł głowy. Przez chwilę stała bez ruchu, podziwiając urodę swojego narzeczonego. Sześć lat po ukończeniu służby w piechocie morskiej armii Stanów Zjednoczonych wciąż miał ciało tak samo muskularne jak w dniu, w którym go poznała. Bywało, że śpiąc, lekko poruszał rzęsami. Jego gęste, groźnie wyglądające czarne brwi łączyły się, wywołując w ludziach wrażenie, jakby zawsze był głęboko zamyślony. Obecnie miał dłuższą fryzurę od tej, którą utrzymywał przez pierwszy rok po odejściu do cywila, wciąż jednak jego włosy były starannie przycięte nad uszami. Regularnie co cztery tygodnie chodził do fryzjera na rogu ulicy. Marina uwielbiała głaskać go po świeżo ostrzyżonych włosach. Wszystko, co robił Grant, musiało mieć jakiś praktyczny skutek. Ścinał włosy, żeby lepiej się czuć, wcale nie po to, by ładniej wyglądać, i to właśnie czyniło go w niezwykły sposób jeszcze bardziej przystojnym. Grant był z natury tak eleganckim mężczyzną, że kobiety odwracały za nim głowy na ulicach, a on zdawał się w ogóle tego nie dostrzegać. W gruncie rzeczy był nieśmiały wobec kobiet. I w gruncie rzeczy to Marina pierwsza zaproponowała mu randkę. Właściwie proponowała ją dwukrotnie. Za pierwszym razem Grant jej odmówił; obecnie zdarzało się, że delikatnie go wyśmiewała, wspominając tamtą sytuację.