Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 271 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żona Adama - Monika Rakusa

Adam i dwie żony. Adam nie żyje. Wpadł pod tramwaj. O jego śmierci mówiono w Wiadomościach i w Panoramie. Był w końcu, jako krytyk i publicysta, dyżurnym intelektualistą kraju. Miał pięćdziesiąt lat, był megalomanem. Pierwsza żona - Rita, psychoterapeutka. Znienawidzone imię dostała na pamiątkę po Ricie Hayworth, by była wyzwaniem i karą dla mężczyzn. Zakochiwała się w nich i odkochiwała jak w książkach, piosenkach czy wierszach. Ale naprawdę zależało jej tylko na kobietach. I tylko ich naprawdę się bała. Druga żona - Anna, redaktorka. Kobieta-bandaż, jak sama siebie określała. Żyjąca gdzieś z boku, poza decyzjami. I zawsze w cieniu pierwszej żony. Monika Rakusa po mistrzowsku wplata w polską rzeczywistość mityczną opowieść o Lilith i Ewie - dwóch antagonistycznych uosobieniach kobiecości, z których tę pierwszą kultura patriarchalna skazała na wieczne wygnanie. Subtelna i mocna opowieść o odnajdywaniu utraconej kobiecej jedności i szczęścia.

Opinie o ebooku Żona Adama - Monika Rakusa

Fragment ebooka Żona Adama - Monika Rakusa

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Wy­da­nie I 

War­sza­wa 2010

Bei

Sie­dem­na­ste­go kwiet­nia Ada­ma prze­je­chał tram­waj li­nii „0”. Tram­waj, ani nowy, ani sta­ry, przy­stro­jo­ny re­kla­ma­mi ba­to­ni­ków „Lu­kul­lus” („Luk­su­so­wa chwi­la, któ­ra ci się na­le­ży”) – od­by­wał wła­śnie swój przed­wie­czor­ny kurs w stro­nę cmen­ta­rza Oso­bo wic­kie­go. Za­nim roz­pę­dzo­ny zde­rzył się z nie­uzbro­jo­nym i nie­trzeź­wym Ada­mem na tram­wa­jo­wej mie­dzy dzie­lą­cej as­fal­to­we pola uli­cy Pił­sud­skie­go, zdą­żył tyl­ko wy­dzwo­nić alar­mu­ją­ce, prze­ry­wa­ne „MEEM-ME­EMEN-NNNN-TTO­OO…”

Prze­je­cha­nie Ada­ma oka­za­ło się prze­je­cha­niem osta­tecz­nym. Bo choć da­ro­wa­no mu gło­wę, to po­zo­sta­łe, waż­ne, czę­ści cia­ła zmiaż­dżo­no. „Wy­pa­dek na Pił­sud­skie­go, ofiar śmier­tel­nych jed­na” – ogło­sił po­li­cjant z ra­dio­wo­zu. „Nie było co ra­to­wać” – roz­ło­żył ręce sa­ni­ta­riusz po­go­to­wia. „Tyle tyl­ko po czło­wie­ku zo­sta­ło” – wes­tchnął na poły szcze­rze, na poły pro­fe­sjo­nal­nie pra­cow­nik Za­kła­du Po­grze­bo­we­go „Pola Eli­zej­skie”. „Po pro­stu nie było co zbie­rać” – in­for­mo­wa­li ga­pie in­nych ga­piów, tych, co to nie wi­dzie­li, bo przy­szli za póź­no.

Iden­ty­fi­ka­cja Ada­ma nie była trud­na. Przy zwło­kach zna­le­zio­no wpraw­dzie tyl­ko roz­bi­tą bu­tel­kę wy­bo­ro­wej i dwu­li­tro­wą coca-colę (któ­ra praw­dzi­wym cu­dem ura­to­wa­ła się z wy­pad­ku i od­tur­la­ła o do­bre kil­ka­na­ście me­trów, aż pod me­ta­lo­we ogro­dze­nie). Ale na uli­cę wy­biegł z miesz­ka­nia Ja­cek, za­alar­mo­wa­ny sy­gna­ła­mi ka­re­tek i zbie­go­wi­skiem.

Pod­czas ko­lej­nych edy­cji Wro­cław­skie­go Kon­kur­su Mło­dych Sa­ty­ry­ków i Twór­ców Gro­te­ski Adam miał zwy­czaj no­co­wać w miesz­ka­niu Jac­ka. W tym roku, jak zwy­kle, prze­wod­ni­czył ob­ra­dom jury i w związ­ku z tym spę­dził już przy Pił­sud­skie­go dwie noce. Te­raz wra­cał od Mar­ci­na, z któ­rym zdą­ży­li co nie­co wy­pić. Zro­bi­ło mu się nie­do­brze. Dla­te­go zde­cy­do­wał się na spa­cer.

Mar­cin nie omiesz­kał po­wtó­rzyć Jac­ko­wi ostat­nich słów Ada­ma, wy­po­wie­dzia­nych przy po­że­gna­niu. Mia­ły one brzmieć mniej wię­cej tak: „Co­kol­wiek czło­wiek zje, co­kol­wiek wy­pi­je, co­kol­wiek zro­bi, to na ko­niec i tak bę­dzie tyl­ko rzy­gał mar­chew­ką”. Wi­docz­nie uznał je za wy­star­cza­ją­co waż­kie w ustach czło­wie­ka okrzyk­nię­te­go kie­dyś kon­ty­nu­ato­rem li­te­rac­kiej tra­dy­cji Mroż­ka. Ja­cek nie za­cy­to­wał jed­nak tych słów ani przy­ja­cio­łom, ani ro­dzi­nie z War­sza­wy.

Wy­pa­dek Ada­ma czę­sto był ko­men­to­wa­ny. W sta­cjach lo­kal­nych ze wzglę­du na szcze­gól­ną dra­stycz­ność. Przez róż­ne or­ga­ni­za­cje z po­wo­du pro­mi­li. Wła­dze Wro­cła­wia, za­in­spi­ro­wa­ne przy­pad­kiem Ada­ma, roz­po­czę­ły na­wet sze­ro­ko za­kro­jo­ną ak­cję spo­łecz­ną „Trzeź­wy kie­row­ca! Trzeź­wy prze­cho­dzień!”. Z uwa­gi na za­wo­do­wą po­zy­cję Ada­ma o jego śmier­ci wspo­mnia­ły waż­ne dzien­ni­ki, „Pa­no­ra­ma” i wie­czor­ne wy­da­nie „Wia­do­mo­ści”.

Lu­bu­ją­ce się w peł­nych roz­ma­chu po­rów­na­niach me­dia już na­stęp­ne­go dnia przy oka­zji śmier­ci Ada­ma przy­po­mi­na­ły wy­pa­dek Zbysz­ka Cy­bul­skie­go. Dla­te­go ja­kiś czas po­tem cała uli­ca Pił­sud­skie­go wie­dzia­ła, że wła­śnie u nich, tuż przy ich Świe­bodz­kim, wpadł pod tram­waj ja­kiś bar­dzo zna­ny ak­tor, któ­re­go na­zwi­sko wy­pa­dło z pa­mię­ci.

Opis wszyst­kich oko­licz­no­ści zwią­za­nych ze śmier­cią Ada­ma nie wy­glą­da, mó­wiąc naj­de­li­kat­niej, za­do­wa­la­ją­co. Ale co moż­na było zro­bić? Cze­go nie od­no­to­wać? Co uwy­pu­klić? Prze­ro­bić tram­waj na nie­bie­ski? Za­po­mnieć o li­nii „0” albo o sta­cji do­ce­lo­wej? Nie wspo­mi­nać o od­ra­to­wa­nej coli? Za­stą­pić kon­kurs gro­te­ski zwy­kłym, ogól­no­li­te­rac­kim? Od­jąć pro­mi­le? Do­dać opis kil­kor­ga lu­dzi wstrzą­śnię­tych, bo za­kry­wa­ją­cych twa­rze rę­ka­mi? W wal­ce o choć­by cień sen­su po­sił­ko­wać się (na­wet w nie­zgo­dzie z praw­dą) ewen­tu­al­ny­mi sa­mo­bój­czy­mi skłon­no­ścia­mi Ada­ma? Czy może jak Mar­cin po­dą­żyć tro­pem gro­te­ski?

Nic się nie daje z taką śmier­cią zro­bić. Bo taka śmierć nie trzy­ma stan­dar­dów – choć­by zwy­czaj­nie tra­gicz­nej śmier­ci, śmier­ci neu­tral­nie bez­sen­sow­nej. Nie wspo­mi­na­jąc na­wet o śmier­ci z kla­sy­ki ro­dem, śmier­ci od­po­wied­nio wy­re­ży­se­ro­wa­nej czy ele­ganc­kiej śmier­ci, w daw­nym, do­brym sty­lu.

Pi­kan­te­rii do­da­je fakt, że Adam przez całe ży­cie cho­ro­wał na po­nadnor­mal­ną po­stać me­ga­lo­ma­nii. Od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa od­czu­wał wła­sną wy­jąt­ko­wość znacz­nie sil­niej niż wszy­scy inni cho­rzy. Za­wsze są­dził, że ja­kaś siła czy isto­ta wyż­sza (nie­za­leż­nie od tego, kim jest i czy w ogó­le jest) żywi do NIE­GO – ADA­MA uczu­cia inne niż do zwy­kłych śmier­tel­ni­ków. Ma też wo­bec NIE­GO – ADA­MA szcze­gól­ne zo­bo­wią­za­nia i szcze­gól­ne za­mia­ry.

W tego ro­dza­ju ma­gicz­nym my­śle­niu nic Ada­mo­wi nie prze­szka­dza­ło. Ani in­te­li­gen­cja, ani wro­dzo­ny scep­ty­cyzm, ani na­wet, znacz­nie póź­niej na­by­ty, ate­istycz­ny świa­to­po­gląd. Do pew­ne­go mo­men­tu nie prze­szka­dza­ło mu w tym tak­że upra­wia­nie gro­te­ski. Po pro­stu – im cel­niej opi­sy­wał swo­ich skar­la­łych bo­ha­te­rów, im bar­dziej ko­micz­nie na­kre­ślał ich nie­szczę­sną eg­zy­sten­cję, tym po­waż­niej trak­to­wał SIE­BIE I SWO­JE AB­SO­LUT­NIE SPE­CJAL­NE ŻY­CIE.

Ale, co na­le­ży pod­kre­ślić i do­ce­nić, Adam wie­le lat wcze­śniej po­rzu­cił gro­te­skę. Sam spo­strzegł, że jego utwo­ry za­czy­na­ją ocie­rać się o zwy­kłą ka­ry­ka­tu­rę. Wte­dy zre­zy­gno­wał. Nie na­zy­wa­jąc po imie­niu swo­jej przy­pa­dło­ści, co w spo­sób oczy­wi­sty wy­ni­ka z jej isto­ty, do­brze ją spo­żyt­ko­wał, od­kry­wa­jąc w so­bie praw­dzi­we po­wo­ła­nie do peł­nie­nia funk­cji sę­dzie­go. Dla­te­go prze­obra­ził się w pu­bli­cy­stę i kry­ty­ka. I na tym polu osią­gnął wie­le. Wię­cej niż wcze­śniej jako pi­sarz. Za­gu­bio­ny po prze­mia­nach na­ród po­trze­bo­wał ta­kich jak on. W ostat­nich la­tach Adam pia­sto­wał na­wet za­szczyt­ny urząd – dy­żur­ne­go in­te­lek­tu­ali­sty kra­ju. Py­ta­no go o wszyst­ko, a on na wszyst­kim się znał. I na wszyst­kie py­ta­nia zręcz­nie od­po­wia­dał.

Na­wet jed­nak naj­bar­dziej me­ga­lo­mań­ska po­sta­wa czy nar­cyzm nie za­słu­gu­je na karę, jaką los Ada­mo­wi zgo­to­wał. Gdy­byż to był zwy­kły, choć­by moc­ny, bar­dzo moc­ny przty­czek w nos! Na­wet pół­śmierć, śmierć w trzech czwar­tych! Coś, co da­wa­ło­by choć­by mi­ni­mal­ną szan­sę na re­so­cja­li­za­cję.

Czy jest aż taką zbrod­nią po­sia­da­nie prze­ko­na­nia, że wła­sną wy­jąt­ko­wo­ścią za­słu­ży­li­śmy so­bie na to, co mamy? Prze­cież ta­kie po­glą­dy wy­stę­pu­ją po­wszech­nie – rzecz ja­sna wśród tych, któ­rym cał­ko­wi­tym przy­pad­kiem uda się zdo­być co lep­sze ką­ski. Czy nie w tym tkwi isto­ta za­rów­no li­be­ra­li­zmu bo­ga­tych, jak i prze­świad­cze­nia wie­rzą­cych o bo­skiej pre­de­sty­na­cji?

Czy z po­wo­du drob­nej, jak­że czło­wie­czej przy­pa­dło­ści tram­waj li­nii „0” mu­siał tak cał­ko­wi­cie i osta­tecz­nie za­bić pięć­dzie­się­cio­let­nie­go Ada­ma, na­wet je­śli przez nie­roz­wa­gę, pi­ja­ny, wlazł na szy­ny?

Je­dy­ne, co po­zo­sta­je, je­śli cho­dzi o Ada­ma, to wie­rzyć w wiel­kie nic. Wie­rzyć, że Adam nie prze­żył swo­jej śmier­ci i nie przy­szło mu jej oce­niać.

A je­śli cho­dzi o bli­skich Ada­ma? Z nimi spra­wa ma się znacz­nie go­rzej. Bo śmierć wła­sna, na­wet naj­głup­sza, jest ni­czym w po­rów­na­niu z pa­trze­niem na cu­dzą śmierć. Jest ni­czym wo­bec wo­do­spa­dów żalu nad sobą i wła­snym sie­roc­twem, jaki wy­wo­łu­je śmierć w tych, któ­rym póki co uda­ło się prze­żyć. Ni­czym wo­bec lęku ocze­ki­wa­nia na wła­sny ko­niec, z ja­kim po śmier­ci po­zo­sta­ją żywi.

Adam osie­ro­cił wie­lu lu­dzi. Wśród nich swo­ją pierw­szą i swo­ją dru­gą żonę.

IŻona Adama

Ja­cek dzwo­nił wie­lo­krot­nie. A Ri­cie nie chcia­ło się od­bie­rać ko­mór­ki. Była znu­żo­na i nie prze­czu­wa­ła. Albo prze­ciw­nie – wła­śnie prze­czu­wa­ła. W po­czcie gło­so­wej po­ja­wi­ły się dwie, trzy, czte­ry nie­od­słu­cha­ne wia­do­mo­ści. I ese­me­so­we we­zwa­nia: „od­dzwoń”, „za­dzwoń!”, „dzwoń!!!! pil­nie!”, „za­dwoń! b. pil­ne! cho­dzi o ada­ma!!!”.

Za­alar­mo­wa­ło ją do­pie­ro to „cho­dzi o ada­ma!!!”. Prze­cież w jej re­la­cjach z Jac­kiem za­wsze cho­dzi­ło wy­łącz­nie o Ada­ma. Więc żad­ne z nich, w nor­mal­nym sta­nie, nie po­zwo­li­ło­by so­bie na taką de­mi­sty­fi­ka­cję. A prze­pro­wa­dzi­li już set­ki roz­mów o Ada­mie. Prze­pro­wa­dza­li je sta­le i pod wszel­ki­mi moż­li­wy­mi pre­tek­sta­mi – dys­ku­sji o uczu­ciach, o tok­sycz­nych uczu­ciach albo o bra­ku uczuć. Sto­sow­nie do oka­zji.

Adam wy­zie­rał z ich roz­mów o ży­ciu. Tych ogól­nych – o sen­sie, i tych szcze­gó­ło­wych – opar­tych na przy­kła­dach. Adam był pod­mio­tem wy­gła­sza­ne­go przez nią re­gu­lar­nie, pół­pro­fe­sjo­nal­ne­go cy­klu wy­kła­dów pt. „Psy­cho­lo­gicz­ne stu­dium wy­jąt­ko­wo trud­ne­go przy­pad­ku”. Wszę­do­byl­ski Adam wy­glą­dał z ram roz­mów o sztu­ce, wy­ła­niał się zza spra­wy pol­skiej, cza­ił za ogól­ną bez­na­dzie­ją, po­nu­rą geo­po­li­ty­ką, twar­dą eko­no­mią. Adam był obec­ny w każ­dym wspól­nym pi­ciu i wy­jaz­dach. Wszyst­kich. Tych na prze­kór Ada­mo­wi, tych za jego zgo­dą i tych w jego za­stęp­stwie. Wszę­dzie Adam. Na­wet w jej nie­re­gu­lar­nym i dość roz­pacz­li­wym sek­sie z Jac­kiem, już po roz­wo­dzie.

A te­raz ten, z de­fi­ni­cji po­zba­wio­ny nie­za­leż­ne­go ob­li­cza, Her­mes dzwo­ni i ogła­sza nie­spo­dzia­nie, że to pil­ne i że cho­dzi o Ada­ma…

…Sta­ło się coś strasz­ne­go! Wro­cław – fe­sti­wal! Za­wał! Do­stał wy­le­wu. Boże, od­bierz! Prze­cież Adam nig­dy nie cho­ro­wał! Dla­cze­go ma usiąść? Tak – jest sama. Co z tego? Dla­cze­go Aga­ta już do niej je­dzie? Jaki wy­pa­dek? Cze­mu spo­koj­na? Jak to dziel­na? O czym on mówi? Jak to nie żyje?

Aga­ta we­pchnę­ła w Ritę ta­blet­ki. Ka­za­ła się po­ło­żyć i głę­bo­ko, spo­koj­nie od­dy­chać. Kil­ku na­stęp­nych go­dzin Rita nie za­pa­mię­ta­ła do­kład­nie. Ja­kieś te­le­fo­ny, ge­sty i sło­wa – wy­po­wia­da­ne przy tej spe­cjal­nej oka­zji przez wszyst­kich lu­dzi na ca­łym, wiel­kim świe­cie. Sło­wa praw­dzi­wie po­nad­kul­tu­ro­we, po­nad­sta­no­we – osta­tecz­ne do­wo­dy na bez­na­dziej­ną, czło­wie­czą rów­ność.

Po­tem Rita po­czu­ła coś w ro­dza­ju ulgi. Mimo że w krta­ni tkwi­ła cięż­ka, peł­na sło­nej wody bań­ka, któ­ra uci­ska­ła gar­dło i prze­szka­dza­ła w prze­ły­ka­niu, a w tyle gło­wy pul­so­wa­ła myśl, że Adam na­praw­dę nie żyje, nie żyje na­praw­dę, n-i-e  ż-y-j-e  n-a-p-r-a-w-d-ę. Wie­dzia­ła, że bę­dzie mu­sia­ła od­nieść się do tej my­śli. I że to bę­dzie mia­ło zna­cze­nie w jej póź­niej­szym ży­ciu. Że bę­dzie wy­pła­ki­wać tę hek­to­li­tro­wą bań­kę z gar­dła. Przy­po­mnia­ła so­bie po­dob­ny stan, kie­dy umar­ła mat­ka. Bała się wte­dy, że je­śli za­cznie pła­kać, to może nie prze­stać już nig­dy.

Ale szok i ta­blet­ki ro­bi­ły swo­je. Żad­nej przy­szłej przy­szło­ści po pro­stu nie było. Czas od­mie­rza­ny zwy­kle dnia­mi, ty­go­dnia­mi, te­raz prze­sta­wił się na mi­nu­ty, kwa­dran­se, naj­wy­żej go­dzi­ny. Trze­ba więc było tyl­ko wy­trzy­mać przez na­stęp­ne pięć mi­nut. Znieść na­stęp­ny kwa­drans, na­stęp­ne pół go­dzi­ny. Tyle.

Ze­rwaw­szy ze swo­ją przy­szło­ścią, Rita prze­mie­rza­ła dziel­nie ko­lej­ne kwa­dran­se. Po­tem, w nocy, na­wet przy­sy­pia­ła. Bu­dzi­ła się, by spraw­dzać, że Aga­ta leży przy niej, a to ozna­cza naj­pew­niej,  ż-e   A-d-a-m   n-a-p-r-a-w-d-ę   n-i-e   ż-y-je. Po­tem wra­ca­ła do swo­je­go od­re­al­nio­ne­go świa­ta, w któ­rym bez­sen­sow­ne wszyst­ko mie­sza­ło się z bez­sen­sow­nym wszyst­kim, i nic, na­wet ból, nie było praw­dzi­we.

Póź­nym ran­kiem, po ko­lej­nej por­cji prosz­ków, cał­ko­wi­cie wy­łą­czo­na z sie­bie Rita zdo­by­ła się na wiel­ko­dusz­ność i cie­pło po­my­śla­ła o My­szy. Bo je­śli ona – żona z prze­szło­ści – ma przed sobą hek­to­li­try łez i ko­niecz­ność od­nie­sie­nia się do śmier­ci Ada­ma, to w ja­kim sta­nie musi być jego żona z te­raź­niej­szo­ści?

Ostat­nio wi­dzia­ła się z Ada­mem w stycz­niu. Po­tem roz­ma­wia­li jesz­cze kil­ka razy przez te­le­fon. Na­wet się przez ten te­le­fon po­kłó­ci­li (jak to oni). Więc Rita mo­gła­by so­bie w osta­tecz­no­ści wy­obra­żać, że Adam wca­le nie zgi­nął, tyl­ko po la­tach wresz­cie i osta­tecz­nie ze­rwa­li kon­tak­ty. Oczy­wi­ście tego ro­dza­ju fał­szer­stwa nie moż­na do­ko­ny­wać sta­le. Ale moż­na po­sił­ko­wać się nim mo­men­ta­mi i w ten spo­sób choć tro­chę od­czy­niać śmierć.

A Mysz? Tej zo­sta­ła sza­fa z no­tat­ka­mi Ada­ma, książ­ka­mi Ada­ma, pły­ta­mi Ada­ma, kom­pu­ter, do­ku­men­ty, kwi­ty. I ubra­nia Ada­ma, któ­re przez kon­se­kwent­ny czas będą sys­te­ma­tycz­nie okra­da­ne z za­pa­chu. A do tego wspól­ny dom, gdzie w każ­dym ką­cie wa­la­ją się świa­dec­twa jego wiecz­nej nie­obec­no­ści. I wspól­ne łóż­ko…

Na myśl o łóż­ku Rita wzdry­gnę­ła się. Po czę­ści dla­te­go, że łóż­ko Ada­ma dzie­lo­ne z My­szą wciąż po­zo­sta­wa­ło dla Rity pro­ble­mem. Po czę­ści dla­te­go zaś, że na­wet bar­dzo od­le­głe wspo­mnie­nie cie­płe­go Ada­ma w łóż­ku, w ze­sta­wie­niu z wie­dzą o tram­wa­ju, kost­ni­cy i przy­szłym gro­bie, na­pa­wa­ło gro­zą.

Ale szok i pi­guł­ki ro­bi­ły swo­je. Rita mo­gła my­śleć nie­omal bez emo­cji. Te­raz przy­po­mnia­ły się jej na­gle ko­lo­nie, na któ­rych z ko­le­żan­ka­mi opo­wia­da­ły so­bie hor­ro­ry. A po­tem strasz­nie się bały. Żeby prze­zwy­cię­żać gro­zę, przy­cho­dzi­ły jed­na do dru­giej, i usy­pia­ły przy­tu­lo­ne.

Póź­niej, kie­dy w jej ży­ciu roz­po­czął się etap roz­mów o książ­kach z se­rii „plus mi­nus nie­skoń­czo­ność”, przy oka­zji wszel­kich (nie­co nie­mą­drych) dys­ku­sji o fi­zy­ce, wszech­świe­cie, kwar­kach, an­ty­ma­te­rii, czar­nych dziu­rach albo teo­rii cha­osu, Rita od­czu­wa­ła ten sam zim­ny dreszcz i po­trze­bę przy­tu­le­nia się do choć­by cał­kiem ob­ce­go roz­mów­cy. Oczy­wi­ście była już wte­dy na tyle duża, żeby nie trak­to­wać po­waż­nie ta­kiej ab­sur­dal­nej po­trze­by. Te­raz ta po­trze­ba wró­ci­ła. I Ri­cie bar­dzo za­chcia­ło się przy­tu­lić do wszyst­kich uczest­ni­ków obec­ne­go hor­ro­ru.

Dla­te­go dzwo­ni – naj­pierw do Jac­ka. Ten obie­cu­je przy­je­chać, ale do­pie­ro za kil­ka dni. Na ra­zie musi zo­stać we Wro­cła­wiu. Ro­dzi­ce Ada­ma po­pro­si­li, żeby za­jął się wszyst­kim na miej­scu. Wszyst­kim – to zna­czy iden­ty­fi­ka­cją zwłok, ak­tem zgo­nu, no i kre­ma­cją. Nie. Osta­tecz­na de­cy­zja jesz­cze nie za­pa­dła, ale naj­praw­do­po­dob­niej do War­sza­wy przy­ja­dą już tyl­ko pro­chy. Nie, nie roz­ma­wiał na ten te­mat z My­szą. Mysz chce po­dob­no, żeby ro­dzi­ce pod­ję­li de­cy­zję. No tak, jak zwy­kle. Wła­ści­wie Ja­cek może chciał­by, żeby Rita przy­je­cha­ła do Wro­cła­wia, je­śli oczy­wi­ście ona sama czu­je się na si­łach. Chy­ba po­win­na jed­nak za­dzwo­nić do My­szy i ro­dzi­ców Ada­ma, bo ktoś od nich ma się tu po­ja­wić z peł­no­moc­nic­twem i rze­cza­mi. Może po­tem wszy­scy tu przy­ja­dą, bo kre­ma­cja chy­ba bę­dzie uro­czy­sta. Ja­cek nie ma po­ję­cia, jak trzy­ma się Wiel­ka Ma. Roz­ma­wiał tyl­ko z oj­cem Ada­ma. Oj­ciec, jak to oj­ciec, nic nie wia­do­mo. A on – Ja­cek? Nie, nie wie zu­peł­nie, jak on sam się trzy­ma. Pew­nie jest w szo­ku. Całą noc sie­dzie­li ra­zem z Mar­ci­nem, Ste­fa­nem i pili. A ju­tro trze­ba bę­dzie za­cząć wszyst­ko za­ła­twiać. I to jest oczy­wi­ście naj­lep­sze, co mu się mo­gło w tym ca­łym kosz­ma­rze przy­tra­fić. Nie czu­je się przez to tak cał­ko­wi­cie bez­rad­ny. No, ten akt zgo­nu i kre­ma­cję. A już dzi­siaj zna­jo­my, któ­ry ma cho­dy wszę­dzie, za­dzwo­nił do kre­ma­to­rium i wstęp­nie za­bu­ko­wał miej­sce. Trze­ba było, ze wzglę­du na ko­lej­ki. Aha, Mar­cin zaj­mie się ne­kro­lo­ga­mi. Z wro­cław­skie­go biu­ra da też ne­kro­lo­gi na kraj i do „Sto­łecz­nej”. Czy po­win­ni uwzględ­nić Ritę we wspól­nym ne­kro­lo­gu od przy­ja­ciół? Ro­zu­mie, że na ra­zie Rita nie ma po­ję­cia. Ale mo­gła­by ja­koś ju­tro, naj­da­lej po­ju­trze o tym po­my­śleć. Po­win­na też być dziel­na. Po pro­stu nie ma in­ne­go wyj­ścia. Musi prze­trzy­mać. A Ja­cek bar­dzo, bar­dzo moc­no ją ca­łu­je. I bę­dzie się od­zy­wał.

Dzwo­nić do ro­dzi­ców Ada­ma? Albo do My­szy? Aga­ta krę­ci­ła gło­wą. Prze­ko­ny­wa­ła, że to nie ma sen­su.

Że Rita po pro­stu nie znie­sie od­rzu­ce­nia w ta­kiej chwi­li. A to od­rzu­ce­nie, rzecz ja­sna, na­stą­pi.

W nor­mal­nym sta­nie Rita może po­słu­cha­ła­by rady swo­jej, jak za­wsze roz­sąd­nej, przy­ja­ciół­ki. Choć i to nie­pew­ne. Bo prze­ja­wia­ła pa­te­tycz­ną i de­struk­cyj­ną skłon­ność do wiecz­nych py­tań o praw­dę. I jesz­cze więk­szą skłon­ność do za­pa­mię­ta­łe­go grze­ba­nia się w po­pio­łach praw­dy.

Te­raz jed­nak nie była w nor­mal­nym sta­nie. Prze­pro­wa­dzi­ła więc w gło­wie lo­gicz­ny, choć opar­ty na cał­ko­wi­cie ab­sur­dal­nych prze­słan­kach wy­wód. Z wy­wo­du wy­ni­ka­ło nie­zbi­cie, że wszy­scy, łącz­nie z Wiel­ką Ma, My­szą, a na­wet oj­cem Ada­ma, bar­dzo Rity po­trze­bu­ją, że Rita jest im po pro­stu nie­zbęd­na. Że żywy Adam dzie­lił ich może, za to Adam mar­twy po­łą­czy. Prze­cież na­wet zwa­śnio­ne rody sca­la­ły się po tym, jak mu­sia­ły sta­nąć nad gro­ba­mi uko­cha­nych. Więc oni też – mała, po­ha­ra­ta­na, wtu­lo­na w sie­bie grup­ka nie­szczę­śni­ków – wspól­nym la­men­tem wy­po­wie woj­nę nie­bu naj­wyż­sze­mu. Wspól­nym szlo­chem bę­dzie bić się w bez­na­dziej­nej, ale jak­że god­nej po­tycz­ce z nie­skoń­cze­nie obo­jęt­nym, bo nie­śmier­tel­nym, ko­smo­sem. Taki sen­ty­men­tal­ny ob­ra­zek uj­rza­ła w my­ślach Rita.

Dla­te­go w peł­nym tran­sie dzwo­ni do My­szy. Od­bie­ra oj­ciec Ada­ma i bar­dzo, na­praw­dę bar­dzo dzię­ku­je Ri­cie za te­le­fon. Ania nie­ste­ty nie może roz­ma­wiać. Nie, jego żona też nie może roz­ma­wiać. Żad­na nie jest w sta­nie po­dejść do te­le­fo­nu. Tak, to strasz­ne! Oczy­wi­ście, prze­ka­że im wy­ra­zy współ­czu­cia. Rita też na pew­no bar­dzo to prze­ży­wa, mimo wszyst­ko. (Nie – Rita się nie prze­sły­sza­ła.) Tak, i na do­da­tek to się sta­ło we Wro­cła­wiu – ro­dzin­nym mie­ście Rity. (Nie – Rita się nie prze­sły­sza­ła.) Wszy­scy są oczy­wi­ście wdzięcz­ni Ri­cie za chęć po­mo­cy. Ale na­praw­dę nie ma ta­kiej po­trze­by. Wszyst­kim zaj­mie się Ja­cek i przy­ja­cie­le z Wro­cła­wia. Nie, osta­tecz­na de­cy­zja jesz­cze nie za­pa­dła, ale kre­ma­cja pew­nie od­bę­dzie się we Wro­cła­wiu. Nie, na­praw­dę nie ma ta­kiej po­trze­by. Adam bę­dzie po­cho­wa­ny w ro­dzin­nym gro­bow­cu na Po­wąz­kach. Więc tu na miej­scu, w War­sza­wie, Rita bę­dzie mia­ła spo­sob­ność uczcić jego pa­mięć. We Wro­cła­wiu od­bę­dzie się tyl­ko mała uro­czy­stość dla   n a j b l i ż s z y c h.   On jesz­cze raz dzię­ku­je. Nie bę­dzie nie­po­trzeb­nie nie­po­ko­ić Rity te­le­fo­na­mi. Bo Rita bę­dzie wszyst­ko wie­dzieć od wspól­nych zna­jo­mych albo z ne­kro­lo­gów. Więc spo­tka­ją się – tak trud­no to wy­mó­wić, ale cóż, trze­ba – na po­grze­bie Ada­ma. On musi już te­raz po­że­gnać Ritę. Ale ser­decz­nie ją po­zdra­wia.

Po­mi­mo pi­gu­łek i szo­ku Rita zna­la­zła się na po­wrót we wła­snej skó­rze. Było tu strasz­nie. Ale swoj­sko. Wy­klu­cze­nie i od­trą­ce­nie to prze­cież jej sta­re, zna­jo­me śmie­ci. Czu­ła się kosz­mar­nie. Ale po ludz­ku. Strą­ce­nie w go­rą­ce, lecz zna­jo­me i cia­sne pie­kło wy­da­wa­ło się lep­sze niż po­przed­ni, nie­waż­ki spa­cer wśród nie­zmie­rzo­nych, lo­do­wa­tych prze­strze­ni.

Wpa­da­jąc w sie­bie, Rita po­czu­ła, że jej hek­to­li­tro­wa bań­ka w gar­dle za chwi­lę eks­plo­du­je. Roz­sa­dzi już nie tyl­ko oczo­do­ły, ale całą czasz­kę. Ostat­nim wy­sił­kiem woli zdo­ła­ła na­kło­nić Aga­tę, żeby tam­ta ją zo­sta­wi­ła. Obie­ca­ła, że za­dzwo­ni, jak bę­dzie cze­go­kol­wiek po­trze­bo­wa­ła albo jak po­czu­je się go­rzej. (Go­rzej – czy­li jak wła­ści­wie? O to Rita oczy­wi­ście nie spy­ta­ła.) Za to żach­nę­ła się przy stan­dar­do­wym py­ta­niu – czy aby na pew­no może zo­stać sama? Na ko­niec, w za­wsty­dze­niu, przy­ła­pa­na na sła­bo­ści ab­so­lut­nej, zdą­ży­ła jesz­cze za­mknąć za Aga­tą drzwi na wszyst­kie dwa zam­ki.

A po­tem już rzu­ci­ła się w płacz nad wła­snym sie­roc­twem. I w tym szlo­chu, prze­pla­ta­nym łka­niem i spo­koj­niej­szy­mi łza­mi, fa­la­mi zło­rze­cze­nia, pa­ni­ki, chwi­la­mi ulgi i cał­ko­wi­te­go wy­czer­pa­nia, po ty­go­dniu Rita do­pły­nę­ła do po­grze­bu Ada­ma.

Dzień wcze­śniej, na wszel­ki wy­pa­dek, od­wo­ła­ła swo­je pa­cjent­ki na naj­bliż­szy mie­siąc. Ale po­tem, już zu­peł­nie spo­koj­na, skoń­czy­ła pi­sać dwa za­le­głe tek­ści­ki. Je­den do „Oso­bo­wo­ści” – o wpły­wie umie­jęt­no­ści od­ra­cza­nia po­zy­tyw­nych wzmoc­nień na roz­wój ka­rie­ry. Dru­gi dla pi­sma „Mama” – o wpły­wie sto­so­wa­nia ne­ga­tyw­nych wzmoc­nień na wy­cho­wa­nie dzie­ci. (Albo na od­wrót – wszyst­ko jed­no.) Gdy szczę­śli­wie wy­sła­ła oba, nie pa­mię­ta­ła ani sło­wa. Ale była za­do­wo­lo­na. Po raz ko­lej­ny prze­ko­na­ła się bo­wiem, że je­śli po­zwo­li so­bie na kom­plet­ny roz­pad i eks­plo­zję ża­ło­ści, to na ko­niec, tuż pod roz­pa­czą, na­tknie się na wspa­nia­łe, sprę­ży­nu­ją­ce dno i cu­dow­nie się od tego dna od­bi­je. Rita ko­lej­ny raz po­my­śla­ła o kom­for­cie, jaki daje peł­na świa­do­mość emo­cji. Znów po­bło­go­sła­wi­ła mat­kę za brak sta­bil­ne­go domu i tak zwa­nej nor­mal­nej ro­dzi­ny. Mia­ła te­raz prze­wa­gę nad in­ny­mi. Jej zna­jo­mi z peł­nych ro­dzin (bez­na­dziej­nych, ale peł­nych) zwy­kle nie po­zwa­la­li so­bie na luk­sus od­czu­wa­nia wła­snych dra­ma­tów. Bali się osta­tecz­nej roz­pa­czy i roz­pa­du. Dla­te­go ich dno było mu­li­ste, ba­gien­ne. Z nią było in­a­czej, bo nie dba­ła o po­zo­ry ładu (by­le­by tyl­ko w chwi­lach ża­ło­ści nikt, ale to nikt i nig­dy jej nie zo­ba­czył). Swo­je wspa­nia­łe, sprę­ży­nu­ją­ce dno za­wdzię­cza­ła Rita po czę­ści spe­cy­ficz­ne­mu wy­cho­wa­niu, po czę­ści swo­jej to­tal­nej na­tu­rze i eg­zal­ta­cji. Nie na dar­mo była cór­ką ko­bie­ty, któ­ra mia­ła oso­bo­wość diwy ope­ret­ko­wej. Tak zwy­kła my­śleć o so­bie. Było jed­nak coś, co róż­ni­ło ją od mat­ki. Bo kie­dy Rita do­się­ga­ła dna, emo­cje na­gle cu­dow­nie ją opusz­cza­ły. Po­zo­sta­wał sar­kazm. Siła Rity.

Może to przez ten sar­kazm dzień po­grze­bu Ada­ma wy­dał się Ri­cie kwin­te­sen­cją nie­ade­kwat­no­ści. Słoń­ce, któ­re, jak wia­do­mo, po­win­no się było wy­łą­czyć albo cho­ciaż dys­kret­nie wy­ci­szyć, pra­co­wa­ło na peł­nych ob­ro­tach. Świe­ci­ło bez cie­nia let­niej in­tym­no­ści, je­sien­nej no­stal­gii, zi­mo­wej nie­mo­cy. Było to bez­myśl­ne, bez­czel­ne, wio­sen­ne „Dur”. Pta­ki uma­wia­ły się na rand­ki, urzą­dza­ły au­to­pre­zen­ta­cje. Sam­ce za po­mo­cą od­po­wied­nich tre­li wy­krzy­ki­wa­ły do sa­mic: Patrz na mnie! Nie na nie­go patrz, a na mnie, na mnie! Pi­sta­cjo­we pąki na drze­wach eks­plo­do­wa­ły je­den po dru­gim – bez umia­ru. Cała przy­ro­da po pro­stu sprzy­się­gła się, żeby nie usza­no­wać śmier­ci Ada­ma.

Po­tem, ze wzglę­du na (jak się wy­ra­ził jego oj­ciec?)   n a j b l i ż s z y c h,   Rita tak samo nie usza­no­wa­ła śmier­ci Ada­ma. Po­sta­no­wi­ła bo­wiem zo­stać praw­dzi­wą gwiaz­dą dzi­siej­sze­go po­grze­bu. Przy­oble­kła się w swo­je po­włó­czy­ste czer­nie (ma­sku­ją­ce i wy­zy­wa­ją­ce za­ra­zem). Może ro­dzi­na Ada­ma nie pa­mię­ta już, że Rita za­wsze tak się ubie­ra? Może uzna te czer­nie za uzur­pa­cję? Tym le­piej! Do tego ciem­ne oku­la­ry. O, te to już na­praw­dę są za­re­zer­wo­wa­ne dla   n a j b l i ż s z y c h.   By­łej żo­nie w żad­nym ra­zie nie przy­słu­gu­ją. Więc będą do­sko­na­łe. Wie­lo­funk­cyj­ne. Przez po­nad ty­dzień Rita pra­wie nie wy­cho­dzi­ła z domu. Czu­ła się przez to nie­przy­sta­ją­ca – jak po gry­pie. W oku­la­rach bę­dzie rów­no­cze­śnie i osło­nię­ta, i wi­docz­na. A oni jesz­cze ją po­pa­mię­ta­ją!

Wy­po­wia­da­jąc swo­je ży­cio­we cre­do, tego pięk­ne­go, wio­sen­ne­go dnia Rita po­czu­ła się (wstyd przy­znać) wspa­nia­le. Była sil­na, wła­ści­wie nie­znisz­czal­na. Mia­ła prze­cież cel – po­grzeb Ada­ma, na któ­rym za­mie­rza za­zna­czyć swo­ją obec­ność. Nad tym, jak bę­dzie po spek­ta­klu, Rita nie za­mie­rza­ła się za­sta­na­wiać.

Tak­sów­ka za­wio­zła ją pod ko­ściół Wi­zy­tek (oczy­wi­ście wła­śnie u Wi­zy­tek – w naj­bar­dziej sno­bi­stycz­nym ko­ście­le War­sza­wy – ro­dzi­na Ada­ma mu­sia­ła zor­ga­ni­zo­wać na­bo­żeń­stwo ża­łob­ne). Tam już cze­ka­ła na nią Aga­ta. W jed­nej ręce trzy­ma­ła wła­sną, drob­ną wią­zan­kę, a w dru­giej ta­cha­ła wie­niec Rity. Wie­niec w za­ło­że­niu miał być sto­no­wa­ny. „To się na­zy­wa sztyw­na wią­zan­ka z pięć­dzie­się­ciu czer­wo­nych róż. Ale bez żad­nych szarf i do­dat­ków. Może być?” – py­ta­ła Aga­ta przez te­le­fon, a Rita przy­tak­nę­ła, że oczy­wi­ście może, że się zga­dza.

Nie bez ko­ze­ry jed­nak była cór­ką ko­bie­ty o oso­bo­wo­ści diwy ope­ret­ko­wej. Wie­niec oka­zał się jesz­cze bar­dziej wy­zy­wa­ją­cy niż jej po­włó­czy­sta sza­ta i ciem­ne oku­la­ry. Wy­glą­dał jak czer­wo­ny trans­pa­rent z ha­słem: „Je­stem! Nig­dy nie uda wam się mnie wy­eli­mi­no­wać! Pa­trz­cie na mnie!” Na­wet jego po­zor­na ano­ni­mo­wość była zna­czą­ca. Jak­by nie na­pi­sa­no na nim „Ada­mo­wi – Rita” je­dy­nie dla­te­go, że to się ro­zu­mia­ło samo przez się.

Pod­czas na­bo­żeń­stwa mistrz ce­re­mo­nii wy­ło­wił go ze ster­ty in­nych i po­ło­żył przy sa­mym ka­ta­fal­ku, przed ocza­mi   n a j b l i ż s z y c h   Ada­ma, tuż obok in­ne­go wień­ca – bia­łe­go z szar­fą: „Ada­mo­wi – Anna”. W ten spo­sób obie z My­szą zno­wu usta­wio­no w jed­nym sze­re­gu.

Ko­ściół był pe­łen. I to było oczy­wi­ście lep­sze, niż gdy­by lu­dzie nie do­pi­sa­li. A i ob­rzą­dek ka­to­lic­ki, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo nie­wie­rzą­cy był Adam, przy­no­sił uko­je­nie. W każ­dym ra­zie więk­sze niż smęt­ne, świec­kie im­pre­zy po­grze­bo­we, któ­re za­pa­mię­ta­ła Rita jesz­cze z Wro­cła­wia. Wpraw­dzie ksiądz mó­wił o sen­sie bez sen­su, ale za to bez cha­rak­te­ry­stycz­nej ma­nie­ry i za­śpie­wu.

Po uro­czy­sto­ściach w ko­ście­le wiel­ki au­to­kar z ta­blicz­ką „Wy­ciecz­ka” za­brał na cmen­tarz rze­sze sta­rych cioć i wu­jów z kla­nu Ada­ma. „Mło­dzi” kla­nu, czy­li ku­zy­ni i ku­zyn­ki Ada­ma (w licz­bie dla Rity rów­nie nie­po­ję­tej), ru­szy­li na cmen­tarz wła­sny­mi sa­mo­cho­da­mi.

Pod Wi­zyt­ka­mi, przez mo­ment, wi­docz­ne były li­nie po­dzia­łów. Daw­ni przy­ja­cie­le i zna­jo­mi sku­pi­li się wo­kół Rity. Nowi wo­kół My­szy i ro­dzi­ny. Trze­cią, zna­czą­cą gru­pę sta­no­wi­li kry­ty­cy, li­te­ra­tu­ro­znaw­cy, kil­ku pu­bli­cy­stów, dzien­ni­ka­rzy i do tego paru dzia­ła­czy naj­prze­róż­niej­szych sto­wa­rzy­szeń. Kil­ka­na­ście nie­zna­jo­mych osób sta­ło w skrom­nych dwój­kach lub trój­kach, gdzieś poza epi­cen­tra­mi. Gru­py w za­sa­dzie nie mie­sza­ły się, choć wy­mie­nia­ły mię­dzy sobą ukło­ny. Do ma­łych ro­ta­cji i prze­ta­so­wań do­cho­dzi­ło je­dy­nie na obrze­żach. Tyl­ko Ja­cek żon­glo­wał mię­dzy gru­pą My­szy a gru­pą Rity. Praw­do­po­dob­nie na obu spra­wia­jąc wra­że­nie, że jest z nimi ca­łym ser­cem. I tyl­ko po­czu­cie obo­wiąz­ku i przy­zwo­itość na­ka­zu­ją mu ob­ska­ki­wać tam­tych dru­gich.

Na cmen­ta­rzu tłum ru­szył za me­lek­sem. W mo­rzu wień­ców i wią­za­nek gi­nę­ła gdzieś skrzyn­ka wiel­ko­ści po­jem­ni­ka na bi­żu­te­rię. W po­wie­trzu wi­sia­ło py­ta­nie – więc po co to wszyst­ko? Kie­dy do­tar­li na miej­sce, lu­dzie roz­pro­szy­li się mię­dzy alej­ka­mi, da­le­ko. Ritę ktoś z „jej” gru­py prze­pchnął tak, że zna­la­zła się pra­wie przy gro­bow­cu, w dru­gim rzę­dzie, na­prze­ciw­ko ro­dzi­ców Ada­ma.

Wi­dzia­ła Mysz wci­śnię­tą mię­dzy Wiel­ką Ma i ja­kąś ko­bie­ci­nę w gar­son­ce (pew­nie mat­kę). Ko­bie­ci­na pod­trzy­my­wa­ła Mysz. Tro­chę jak żan­darm aresz­tan­ta. Jak­by bała się, że Mysz nie tyle się wy­wró­ci, co uciek­nie. A Mysz wy­glą­da­ła strasz­nie. Była wy­chu­dzo­na i zu­peł­nie sza­ra w ciem­no­po­pie­la­tej su­kien­ce. Rita sta­ra­ła się nie pa­trzeć w jej stro­nę. Nie mo­gła oglą­dać swo­jej prze­ciw­nicz­ki w ta­kim sta­nie. Za­wsty­dzo­na zdję­ła oku­la­ry i przez do­bre pięć mi­nut roz­pa­mię­ty­wa­ła oko­licz­ne buty.

Po dłu­giej chwi­li roz­po­czę­ły się mowy. Było ich chy­ba ze czte­ry. Ale Rita prze­sta­ła słu­chać mniej wię­cej w po­ło­wie dru­giej – przy pa­trio­ty­zmie Ada­ma. Po­my­śla­ła na­wet, że prze­mó­wie­nia wy­pa­dły­by zde­cy­do­wa­nie le­piej, gdy­by je sam Adam na po­grzeb tych mów­ców, po­żal się Boże, pi­sał. Cze­go jak cze­go, ale dy­stan­su i wy­czu­cia sty­lu nig­dy mu nie bra­ko­wa­ło.

Wszyst­ko trwa­ło wie­ki. I to było o tyle do­bre, że moż­na było po­rzu­cić myśl o śmier­ci Ada­ma na rzecz my­śli, że nogi bolą i ma­rzy się o tym, by wresz­cie pójść do domu. Mę­cząc się i nu­dząc, Rita, siłą rze­czy, zer­k­nę­ła kil­ka razy w stro­nę ro­dzi­ny Ada­ma. A to na ojca, a to na Wiel­ką Ma.

Jak to do­brze, że nie ma dzie­ci, któ­re mo­gły­by jej umrzeć. Jak to do­brze, że nie ma ojca, któ­ry mu­siał­by jej umrzeć. Jak to do­brze, że mama już umar­ła i Rita ma to za sobą. W my­ślach prze­li­cza­ła, ile waż­nych śmier­ci cze­ka ją jesz­cze. Z praw­dzi­wą ulgą skon­sta­to­wa­ła, że już nie­wie­le.

Skła­da­nia kon­do­len­cji, dzię­ki tłu­mom, uda­ło się Ri­cie unik­nąć. Pod ko­niec ce­re­mo­nii, kie­dy ksiądz po­szedł, a gra­ba­rze, odło­żyw­szy kiel­nie i wia­dro z ce­men­tem, za­ję­li się kwia­ta­mi, przez chwi­lę zda­wa­ło się Ri­cie, że Mysz na nią pa­trzy. Zsu­nę­ła więc na nos swo­je ciem­ne oku­la­ry i tak osło­nię­ta zer­k­nę­ła w jej stro­nę. I wte­dy zro­zu­mia­ła, jak bez­sen­sow­na była ta cała dzi­siej­sza „ak­cja znicz”. Bo Mysz rze­czy­wi­ście pa­trzy­ła pro­sto na nią, ale wca­le jej nie wi­dzia­ła.

Ist­nie­ją tra­ge­die peł­ni i tra­ge­die bra­ku. Tra­ge­die uro­dza­ju i gło­du, słów i mil­cze­nia, ru­chu i znie­ru­cho­mie­nia, przy­pły­wów i od­pły­wów, po­wo­dzi i su­szy, prze­py­chu i asce­zy, uli­cy i ga­bi­ne­tu.

Czę­sto lu­dzie za­pra­wie­ni w tra­ge­diach pierw­sze­go ro­dza­ju oka­zu­ją się cał­ko­wi­cie bez­rad­ni wo­bec tra­ge­dii ro­dza­ju dru­gie­go. Ci, któ­rzy nie boją się bólu, bar­dziej od in­nych drżą przed ni­czym. Tak było też z Ritą, któ­ra nie lę­ka­ła się ani słów, ani uczuć, ani po­wo­dzi. Prze­ra­żał ją je­dy­nie brak – wiel­ki cień przy­szpi­lo­ny do peł­ni.

Jako spe­cja­list­ka od in­ter­pre­ta­cji ro­zu­mia­ła do­brze, skąd jej się wziął taki syn­drom. Po pro­stu (po la­tach prak­ty­ki jako psy­cho­log cier­pia­ła na ostrą po­stać za­wo­do­wej przy­pa­dło­ści – nad­uży­wa­nia sło­wa „po pro­stu”) był to sku­tek ży­cia z mat­ką cho­ru­ją­cą na psy­cho­zę de­pre­syj­no-ma­nia­kal­ną. Jak­kol­wiek nie­zno­śna by­wa­ła mat­ka Rity w okre­sach ma­nii, praw­dzi­wy dra­mat za­czy­nał się, gdy prze­cho­dzi­ła na stro­nę prze­ciw­ną. Rita szyb­ko na­uczy­ła się roz­po­zna­wać pierw­sze sy­gna­ły. Wie­dzia­ła, że nad­cią­ga pora wie­lo­ty­go­dnio­we­go nie­wy­cho­dze­nia z łóż­ka. I była przy­go­to­wa­na. Póki żyło wu­jo­stwo, trze­ba było tyl­ko jak naj­szyb­ciej ich po­wia­do­mić. A wte­dy wkra­cza­ła ciot­ka Miła i z przy­kle­jo­nym opty­mi­zmem or­ga­ni­zo­wa­ła dziec­ku za­stęp­cze ży­cie. Ra­zem z wuj­kiem Je­rzym Rita za­bi­ja­ła czas u zna­jo­mych, albo na fil­mach, przed­sta­wie­niach i po­ran­kach mu­zycz­nych. A pod­czas wa­ka­cji da­wa­ła się od­sy­łać na po­trój­ne ko­lo­nie. Im bar­dziej opa­no­wa­na była stro­na tech­nicz­na cho­ro­by mat­ki, tym bar­dziej dziel­na i za­rad­na Rita skry­wa­ła Ritę bez­rad­ną, Ritę prze­ra­żo­ną mil­cze­niem, znie­ru­cho­mie­niem i od­pły­wem.

Bę­dąc praw­dzi­wą spe­cja­list­ką w kwe­stii na­zy­wa­nia zja­wisk po imie­niu, Rita była praw­dzi­wym la­ikiem w kwe­stii ra­dze­nia so­bie z tymi zja­wi­ska­mi. Ucie­ka­ła przed pust­ką te­raz, kie­dy skoń­czy­ła czter­dziest­kę, zu­peł­nie tak samo jak wte­dy, kie­dy mia­ła lat dwa­dzie­ścia i mniej jesz­cze. Z tą róż­ni­cą jed­nak, że te­raz Rita ucie­ka­ła już bez żad­nej na­dziei. Ucie­ka­ła na­wy­ko­wo. Zda­jąc so­bie spra­wę z tego, że żad­nej uciecz­ki nie ma.

W dzie­ciń­stwie umie­ra­ła ze stra­chu, kie­dy sły­sza­ła sło­wo „nic”, kie­dy czy­ta­no jej Po­kój pani – tę groź­ną baj­kę o pu­st­ce i umie­ra­niu, albo kie­dy trze­ba było zga­sić świa­tło. Gdy do­ro­sła, umie­ra­ła ze stra­chu, kie­dy uczu­cia zmie­nia­ły się w sta­ny, mi­łość w przy­zwy­cza­je­nie, a czas przy­szły w te­raź­niej­szy. Kie­dy do­bie­ga­ło koń­ca we­se­le albo ci­chła bi­twa. Kie­dy bra­ko­wa­ło słów, osią­ga­ło się cel czy or­gazm. Wszyst­ko jed­no.

Wy­cho­dząc z cmen­ta­rza, Rita wie­dzia­ła, że się do­peł­ni­ło. Że w domu czai się już tyl­ko wiel­ki brak i py­ta­nie – co ro­bić z ty­sią­cem te­raź­niej­szych wie­czo­rów. Sko­rzy­sta­ła więc oczy­wi­ście z szan­sy od­ro­cze­nia, za­pra­sza­jąc do sie­bie kil­ka­na­ście osób z gru­py daw­nych przy­ja­ciół Ada­ma. Ja­cek obie­cał do­łą­czyć, jak za­li­czy (tyl­ko z po­czu­cia obo­wiąz­ku i przy­zwo­ito­ści – oczy­wi­ście) sty­pę ro­dzin­ną.