Wydawca: Insignis Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 243 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żółte ptaki - Kevin Powers

Gdziekolwiek by nie spojrzał, widzi Murpha.

Wzdryga się za każdym razem, kiedy obok przejeżdża samochód. Jego palce chwytają karabin, którego nie ma i którego nie trzymał już od miesięcy. Nieznajomi patrzą na niego jak na bohatera, lecz on czuje się, jakby znikał.

W rok po powrocie z wojny nie może się opędzić od wspomnień. Ciała płonące w rześkim porannym powietrzu. Promienie słońca przeświecające przez gałęzie drzew. Kule, które wzbijają obłoczki pyłu. Zmarszczki na wodzie drżące niczym szarpnięte struny.

I obietnica, którą złożył jego matce. Że wróci z nim, całym i zdrowym, do domu.

***

„Wojna próbowała nas zabić wiosną”. Tak rozpoczyna się przejmująca historia przyjaźni i straty. Dwaj szeregowi — dwudziestojednoletni Bartle i osiemnastoletni Murph, koledzy ze szkolenia dla rekrutów w Stanach — zostali rzuceni w wir wojny, na którą żaden z nich nie był gotowy. Ich pluton walczy teraz w krwawych potyczkach o odbicie irackiego miasta Al Tafar. A Bartle obiecał, że sprowadzi Murpha żywego do domu.

W niekończącej się serii długich, mozolnych dni dwaj młodzi żołnierze robią wszystko, by wzajemnie chronić się przed czyhającymi wszędzie śmiertelnymi niebezpieczeństwami: irackimi bojownikami, ekstremalnym zmęczeniem i wyczerpującym napięciem psychicznym. Kiedy rzeczywistość zaczyna zmieniać się w mglisty koszmar, Murph stopniowo traci kontakt z otaczającym go światem, a Bartle podejmuje działania, o które nigdy by siebie nie podejrzewał.

Żółte ptaki to niezwykle oryginalna, głęboka i emocjonalna powieść, która ukazuje dewastujący wpływ wojny toczonej za granicami kraju — nie tylko na żołnierzy, ale także na ich pozostające w ojczyźnie rodziny. Zdaniem wielu krytyków debiut Kevina Powersa to arcydzieło literatury wojennej.

Opinie o ebooku Żółte ptaki - Kevin Powers

Fragment ebooka Żółte ptaki - Kevin Powers

KEVIN POWERS

Żółte ptaki

przekład

Tytuł oryginałuThe Yellow Birds

Copyright © 2012 by Kevin Powers All rights reserved

Little, Brown and Company Hachette Book Group 237 Park Avenue, New York, NY 10017 www.littlebrown.com First Edition: September 2012

Przekład Michał Strąkow

Redaktor prowadzący Tomasz Brzozowski

Redakcja i korekta Jakub Szpak Maria Brzozowska / textoria.pl Dominika Pycińska

Skład i przygotowanie do druku Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. ISBN: 978-83-63944-13-1

Insignis Media

ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków

Raz żółty ptak

O żółtym dziobie

Za oknem mym

Przycupnął sobie

Zwabiłem go

Na zwykły chleb

A potem: jeb!

Zdzieliłem w łeb…

Tradycyjna piosenka marszowa armii amerykańskiej

Być nieświadomym zła, które nadchodzi, i zapominać o złu minionym, to istniejące w naturze litościwe zabezpieczenie, dzięki któremu możemy przetrawić mieszankę naszych nielicznych i złych dni; nasze oswobodzone zmysły nie popadają z powrotem w bolesne wspomnienia, a naszych smutków nie podsycają do życia kolejne echa retrospekcji.

sir Thomas Browne

1

WRZESIEŃ 2004

Al Tafar, prowincja Niniwa, Irak

Wojna próbowała nas zabić wiosną. Gdy trawa zazieleniła równiny Niniwy i zrobiło się cieplej, patrolowaliśmy niskie wzgórza rozciągające się za miastami i miasteczkami. Przemierzaliśmy je niczym pionierzy, brnąc na ślepo w wysokich trawach i wydeptując ścieżki w ich smaganym wiatrem gąszczu. Kiedy spaliśmy, wojna modliła się, ocierając o ziemię tysiącem swych żeber. Kiedy wyczerpani parliśmy przed siebie, jej białe, rozwarte oczy wyzierały z ciemności. Kiedy my jedliśmy, ona pościła, karmiąc się własnym głodem. Wojna kochała się, wydawała na świat potomstwo i rozprzestrzeniała się poprzez ogień.

Potem wojna próbowała nas zabić latem, gdy upał ogołocił równiny z wszelkich barw. Słońce napierało na naszą skórę, a wojna posłała swój lud, by pośpieszył ku cieniom rzucanym przez białe budynki. Sprawiła, że wszystko wokół przybrało odcień bieli, jakbyśmy patrzyli przez woal. Wojna próbowała nas zabić każdego dnia, lecz póki co nie zdołała tego dokonać. Nie dlatego, że bezpieczeństwo było nam pisane. Przetrwanie wcale nie było naszym przeznaczeniem. W istocie nic nie było nam przeznaczone. Wojna zagarniała wszystko, co tylko mogła pochwycić. Była cierpliwa. Nie dbała o cele ani o granice, nie obchodziło jej, czy kocha cię wielu, czy nikt. Tamtego lata wojna przyszła do mnie we śnie i objawiła mi swój jedyny cel: trwać. Trwać i nic poza tym. Byłem pewien, że dopnie swego.

Zanim nastał wrzesień, wojna zabiła tysiące. Ich ciała leżały w nieregularnych odstępach na podziurawionych uliczkach. Zalegały ukryte w alejkach. Na wzgórzach poza miastami można się było natknąć na doły wypełnione stosami spuchniętych zwłok, których pozieleniałe i obrzmiałe twarze nosiły teraz znamiona alergii na życie. Wojna ze wszystkich sił starała się zabić każdego z nas: mężczyznę, kobietę, dziecko. Ale żołnierzy, takich jak ja i Murph, udało się jej zabić mniej niż tysiąc. Kiedy zaczęła się pora roku, która tam uchodziła za jesień, ta liczba nadal była dla nas istotna. Murph i ja byliśmy co do tego zgodni. Żaden z nas nie chciał być tym tysięcznym zabitym. Jeśli zginiemy później, trudno. Ale niech tamta liczba będzie kamieniem milowym dla kogoś innego.

Kiedy nadszedł wrzesień, nie zauważyliśmy niemal żadnej zmiany. Teraz jednak wiem, że wszystko, co odtąd miało się liczyć w moim życiu, zaczęło się właśnie wtedy. Być może światło oblewało miasto Al Tafar odrobinę wolniej niż dotąd. Spłynęło poniżej cienkich linii dachów ku krętym, pogrążonym w mroku promenadom. Padło na domy, białe i jasnobrązowe, zbudowane z glinianej cegły i zwieńczone dachami z blachy falistej bądź betonu. Niebo było bezkresne i pogrzebane pod chmurami. Od stoków odległych wzgórz, które patrolowaliśmy przez cały miniony rok, wiał chłodny wiatr. Ominął minarety wznoszące się nad cytadelą, po czym jego podmuch skierował się w dół, przemknął przez alejki z zielonymi, łopoczącymi markizami, a następnie opuścił Al Tafar i omiótł okalające miasto puste pola, by w końcu rozbić się o rozsiane tu zabudowania, najeżone lufami naszych karabinów. Nasz pluton przemieszczał się po swoim stanowisku na dachu budynku jak szare smugi w świetle przedświtu. Lato chyliło się ku końcowi; wydaje mi się, że to była niedziela. Czekaliśmy.

Od czterech dni czołgaliśmy się po tym usłanym piaskiem dachu. Prześlizgiwaliśmy się po kobiercu z mosiężnych łusek – pozostałości po walkach, jakie toczyły się tu w ciągu minionych dni. Zwijaliśmy się w kłębek, przybierając absurdalne pozy i kuląc się za pobielonymi wapnem ścianami naszego stanowiska. Amfetamina i strach nie pozwalały nam zasnąć.

Uniosłem tułów do góry i oparłem się o niski murek, starając się zlustrować wzrokiem tych kilka akrów świata, za które byliśmy odpowiedzialni. Przysadziste domy po drugiej stronie pola obserwowane przez mój celownik optyczny drgały w noktowizyjnej zieleni marnej jakości. Na otwartej przestrzeni, jaka dzieliła nasze pozycje od reszty miasta, zalegały porozrzucane ciała poległych podczas ostatnich czterech dni walk. Leżały w pyle, połamane, potrzaskane, powyginane; ich białe luźne szaty ściemniały od krwi. Kilka ze zwłok leżących pośród krzaków jałowca oraz pojedynczych kęp trawy nadal się tliło, przez co w świeżym, rześkim powietrzu poranka dawało się wyczuć uderzającą do głowy mieszankę zapachu sadzy, oleju do konserwacji broni i płonącego ludzkiego ciała.

Odwróciłem się i z powrotem skryłem za murkiem, po czym zapaliłem papierosa, osłoniwszy ognik zwiniętą dłonią. Zaciągałem się długimi haustami i wydmuchiwałem dym na powierzchnię dachu, gdzie jego chmura najpierw rozchodziła się na boki, by następnie unieść się do góry i zniknąć. Słupek popiołu wiszący na końcu papierosa stawał się coraz dłuższy i wydało mi się, że zanim wreszcie spadł na ziemię, minęło bardzo dużo czasu.

Brzask rozlewał wokół migotliwe półświatło. Reszta naszego zgromadzonego na dachu plutonu zaczęła się poruszać, trącając się przy tym wzajemnie. Sterling, który ulokował się ze swoim karabinem na szczycie murka, przez cały czas naszego wyczekiwania przysypiał i raptownie się budził. Od czasu do czasu podrywał głowę i odwracał się, by sprawdzić, czy przypadkiem ktoś go na tym nie przyłapał. W rozjaśniającym się mroku zauważyłem, że posłał mi szeroki, niedbały uśmiech, a potem podniósł zgięty palec i wtarł sobie w oczy sos tabasco, żeby nie zas­nąć. Następnie odwrócił się w kierunku naszego sektora; jego mięśnie wyraźnie napinały się i drgały pod bojowym ekwipunkiem.

Dobiegający z prawej strony oddech Murpha działał na mnie uspokajająco i dodawał mi otuchy. Przywykłem do niego i do tego, jak Murph przerywał jego rytm wprawnymi splunięciami do kałuży cierpkiego, ciemnego płynu, która zawsze rozlewała się między nami. Uśmiechnął się do mnie. „Chcesz sobie possać, Bart?” Skinąłem głową. Murph podał mi pochodzącą z racji żywnościowych puszkę kodiaka, a ja upchałem sobie jego porcję pod dolną wargę, dusząc jednocześnie papierosa. Wilgotny tytoń szczypał i sprawił, że oczy zaszły mi łzami. Splunąłem do kałuży między mną a Murphem. Rozbudziłem się. Z szarówki wczesnego poranka wyłoniło się miasto w całej swej okazałości. W kilku oknach budynków, które stały za usłanym martwymi ciałami polem, wisiały białe flagi. Ciemne wnęki okien obramowane poszczerbionym szkłem tworzyły osobliwy koronkowy ornament. Pobielone wapnem ściany domów, w których osadzone były okna, w słońcu wydawały się jeszcze jaśniejsze. Rzadka mgła znad Tygrysu rozproszyła się, ukazując ślady życia, jakie jeszcze pozostało w mieście; białe rozejmowe płachty oraz zawieszone poniżej zielone markizy trzepotały, poruszane lekką bryzą, która ciągnęła znad wzgórz ku północy.

Sterling postukał palcem w tarczę swojego zegarka. Zdawaliśmy sobie sprawę, że już wkrótce z minaretów popłynie zawodzenie muezinów, którzy swą upiorną kompozycją minorowych dźwięków wezwą wiernych do modlitwy. To był sygnał, a my dobrze wiedzieliśmy, co on oznacza: że godziny oczekiwania upłynęły i że zbliżyliśmy się do naszego celu – tak samo mglistego i obcego, jak nieróżniące się od siebie poranki oraz zmierzchy, z których przemijaniem nadchodził.

– Gotować się, chłopaki! – zabrzmiał energiczny szept porucznika.

Murph usiadł i ze spokojem naniósł niewielką kroplę smaru na mechanizm zamka swojego karabinu. Następnie wprowadził nabój do komory i oparł lufę o niski murek. Wbił wzrok w szare narożniki ulic i alejek, które wychodziły na rozpościerające się przed nami pole. Mogłem dokładnie przyjrzeć się jego oczom, których białka przecinały czerwone pajęczynki. Przez minione kilka miesięcy coraz głębiej zapadały się w oczodoły. Zdarzało się, że gdy na niego spoglądałem, byłem w stanie dostrzec jedynie dwa małe cienie, dwa puste otwory. Pozwoliłem, by zamek wprowadził nabój do komory mojej broni i kiwnąłem głową w stronę Murpha.

– Znów się zaczyna – powiedziałem.

Uśmiechnął się kącikiem ust.

– Znów ten sam szajs – odparł.

Do tamtego budynku dotarliśmy w pierwszych godzinach bitwy, kiedy w niebo wbił się ostry odłamek księżyca. Nie paliły się żadne światła. Przebiliśmy się naszym pojazdem przez lichą bramę, którą pomalowano kiedyś na ciemnoczerwono; od tamtej pory zdążyła już jednak zardzewieć do tego stopnia, że trudno było stwierdzić, jaką jej część pokrywa czerwona farba, a jaką rdza. Rampa opadła, a my pośpiesznie wybiegliśmy z pojazdu. Paru żołnierzy z pierwszej drużyny popędziło na tyły budynku, reszta plutonu zajęła pozycje od frontu. Kopniakami wyważyliśmy jednocześnie jedne i drugie drzwi, po czym wpadliśmy do środka. Budynek był pusty. Kiedy przeczesywaliśmy kolejno każde pomieszczenie, latarki z przodu naszych karabinów wycinały w ciemnych wnętrzach wąskie tunele światła; nie były jednak wystarczająco jasne, by zapewnić dobrą widoczność. W ich snopach unosił się wzbijany przez nas kurz. W niektórych izbach leżały wywrócone krzesła; tam, gdzie szyby zostały roztrzaskane przez kule, nad parapetami wisiały barwne plecione dywaniki. Nie było natomiast ludzi. Kiedy wchodziliśmy do niektórych pomieszczeń, wydawało się nam, że kogoś widzimy; wrzeszczeliśmy wtedy dziko, rozkazując paść na ziemię ludziom, których tam nie było. Spenetrowaliśmy w ten sposób wszystkie wnętrza, aż w końcu dotarliśmy na dach. A kiedy już tam dotarliśmy, spojrzeliśmy z góry na pole. Było płaskie i pokryte pyłem, a za nim leżało ciemne miasto.

Pierwszego dnia o świcie, gdy siedziałem oparty o murek, nasz tłumacz Malik wyszedł na płaski betonowy dach i usiadł obok mnie. Nie zdążyło zrobić się jasno, choć można było odnieść takie wrażenie, ponieważ niebo było białe, zupełnie jak wtedy, gdy zasnują je ciężkie od śniegu chmury. Słyszeliśmy, że w mieście toczą się walki, ale do nas nie zdążyła jeszcze dotrzeć. Jedynie odgłosy rakiet, karabinów maszynowych i pikujących niemal pionowo w dół śmigłowców podpowiadały nam, że jesteśmy na wojnie.

– Mieszkałem kiedyś w tej okolicy – powiedział Malik.

Po angielsku mówił nadzwyczajnie. Jego głos, choć pobrzmiewały w nim krtaniowe głoski, nie był chrapliwy. Często prosiłem Malika, by pomógł mi z moim ubogim arabskim – próbowałem poprawiać wymowę tego czy innego słowa. Shukran. Afwan. Qumbula. Dziękuję. Proszę. Bomba. Malik pomagał, ale za każdym razem kończył stwierdzeniem: „Przyjacielu, ja muszę mówić po angielsku. Muszę ćwiczyć”. Przed wojną uczył się na uniwersytecie: studiował literaturę. Po tym, jak uniwersytet zamknięto, przyszedł do nas. Nosił zasłaniającą twarz chustę, spodnie w kolorze khaki i spłowiałą wizytową koszulę, która sprawiała wrażenie, jakby codziennie ją prasował. Nigdy nie zdejmował maski z twarzy. Gdy pewnego razu ja i Murph zagadnęliśmy go o to, Malik wyprostował palec wskazujący i przejechał nim po frędzlach chusty, które zwieszały się wokół jego szyi. „Zabiją mnie za to, że wam pomagam. Zabiją całą moją rodzinę”.

Murph, który po naszym przybyciu na miejsce pomagał porucznikowi i Sterlingowi rozstawić karabin maszynowy po przeciwległej stronie dachu, teraz pochylił się nisko i podbiegł do nas truchtem. Obserwując go, odniosłem wrażenie, że płaskość pustyni działa mu na nerwy. Że widok rozciągających się w oddali niskich wzgórz w jakiś sposób sprawia, iż nasza obecność na tej zalewowej równinie, porośniętej wyschłą brunatną trawą, staje się dla niego jeszcze bardziej nieznośna.

– Hej, Murph – odezwałem się. – Jesteśmy na starych śmieciach Malika.

Murph szybko zanurkował za murek i usiadł.

– Gdzie? – spytał.

Malik wstał i wskazał pasmo zabudowań, wyrastających niczym dziwne organiczne twory, w kształtach których trudno było dopatrzeć się kąta prostego. Znajdowały się po drugiej stronie pola, na początku naszego sektora. Nieco dalej od obrzeży Al Tafaru był sad. Na skraju miasta paliły się stalowe beczki i sterty śmieci, a płomienie bez żadnej wyraźnej przyczyny wystrzeliwały w górę. Murph i ja nie podnieśliśmy się, ale i bez tego mogliśmy dostrzec miejsce, które pokazywał Malik.

– Pani Al-Szarifi sadziła na tym polu swoje hiacynty – rozłożył szeroko ręce i wykonał ramionami zamaszysty ruch, który przypomniał mi uroczystość pożegnania absolwentów. Murph złapał za mankiet wyprasowanej koszuli Malika.

– Ostrożnie, wielkoludzie. Łatwo cię teraz zauważyć.

– To była zwariowana stara wdowa – Malik wsparł ręce na biodrach. Jego oczy szkliły się zmęczeniem. – Kobiety z sąsiedztwa tak bardzo zazdrościły jej tych kwiatów.

Roześmiał się.

– Zarzucały jej, że to dzięki magii jej kwiaty rosną tak dobrze – to powiedziawszy, zrobił pauzę i położył dłonie na murku z wysuszonego błota, o który opieraliśmy się wraz z Murphem.

– Spłonęły zeszłej jesieni podczas walk. W tym roku nie sadziła ich już na nowo – dokończył gorzko.

Spróbowałem wyobrazić sobie życie w tym miejscu, ale nie potrafiłem, choć przecież patrolowaliśmy te same ulice, o których mówił Malik, i pijaliśmy herbatę w małych glinianych chałupkach, a mieszkający w nich starcy i staruszki brali moje ręce w swoje żylaste dłonie.

– No dobra, chłopie – odezwałem się. – Ale jak się nie schylisz, ktoś odstrzeli ci dupę.

– Szkoda, że nie widzieliście tych hiacyntów – powiedział.

I właśnie wtedy się zaczęło. Zdawało się, jakby przejście jednego momentu w kolejny miało swoją własną trajektorię; było to coś ograniczonego i ekspansywnego zarazem, coś na wzór nieskończonej podzielności osi liczbowej. Ze wszystkich ciemnych miejsc rysujących się na rozsianych po polu budynkach wystrzeliły pociski smugowe; kul było jednak o wiele więcej niż tych fosforyzujących smug. Słyszeliśmy, jak rozdzierają powietrze wokół naszych uszu i z trzaskiem uderzają o gliniane cegły i beton. Nie widzieliśmy śmierci Malika, ale zarówno Murph, jak i ja, mieliśmy jego krew na naszych mundurach. Gdy otrzymaliśmy rozkaz wstrzymania ognia, wyjrzeliśmy zza niskiego murka: Malik leżał w piachu, wokół niego było mnóstwo krwi.

– To się nie liczy, co? – zapytał Murph.

– Nie. Nie wydaje mi się.

– Ilu już mamy?

– Dziewięciuset sześćdziesięciu ośmiu? Dziewięciuset siedemdziesięciu? Jak wrócimy, trzeba będzie sprawdzić gazety.

Nie zaskoczyło mnie wówczas okrucieństwo mojej ambiwalencji. Nic nie wydawało mi się wtedy bardziej naturalne od faktu, że ktoś został zabity. Teraz, kiedy siedzę bezpiecznie w ciepłej chacie położonej nad czys­tym strumieniem w Paśmie Błękitnym i zastanawiam się nad tym, co czułem i jak się zachowywałem jako dwudziestojednoletni chłopak, mogę powiedzieć sobie tylko tyle, że było to konieczne. Potrzebowałem trwać. A żeby trwać, musiałem patrzeć na świat nieskażonym wzrokiem, musiałem koncentrować się na tym, co podstawowe. Zwracamy uwagę tylko na to, co rzadkie, a śmierć nie była dla nas rzadkością. Rzadkością była kula z wypisanym na niej twoim imieniem, ajdik zagrzebany w ziemi specjalnie z myślą o tobie. To były rzeczy, na które mieliśmy baczenie (...)

[Ciąg dalszy w wersji pełnej]

2

GRUDZIEŃ 2003

Fort Dix, New Jersey

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

3

MARZEC 2005

Kaiserslautern, Nadrenia-Palatynat, Niemcy

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

4

WRZESIEŃ 2004

Al Tafar, prowincja Niniwa, Irak

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

5

MARZEC 2005

Richmond, Wirginia

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

6

WRZESIEŃ 2004

Al Tafar, prowincja Niniwa, Irak

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

7

SIERPIEŃ 2005

Richmond, Wirginia

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

8

PAŹDZIERNIK 2004

Al Tafar, prowincja Niniwa, Irak

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

9

LISTOPAD 2009

Richmond, Wirginia

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

10

PAŹDZIERNIK 2004

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

11

KWIECIEŃ 2009

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Podziękowania

Książka ta została pierwotnie napisana samodzielnie. Jednak proces przekształcania tamtych prywatnych starań w to, co właśnie przeczytaliście, wymagał współpracy wielu osób. Podziękowania winien jestem przede wszystkim mojej matce i mojemu ojcu, za ich nieskończoną cierpliwość. Przez całe życie miałem wyjątkowych nauczycieli: w tym miejscu wielkie podziękowania należą się Patty Strong, Jonathanowi Rice’owi, Gary’emu Sange’owi, Bryantowi Magnumowi, Deanowi Youngowi oraz Brigit Pageen Kelly; wasze poświęcenie, przenikliwość i życzliwość są zdumiewające. Jestem bardzo wdzięczny za szansę daną mi przez Michener Center for Writers na University of Texas; w szczególności chciałbym podziękować Jimowi Magnusonowi, Michaelowi Adamsowi oraz Marli Aiken, za ich wskazówki i słowa zachęty. Za lekturę pierwszych wersji tej powieści oraz za przyjaźń jestem dłużnikiem Philippa Meyera, Briana Van Reeta, Shamali Gallagher, Virginii Reeves, Bena Robertsa, Fiony McFarlane, Caleba Klacesa oraz Matta Greena. Słowa podziękowania należą się też wszystkim z wydawnictwa Little, Brown, a zwłaszcza Michaelowi Pietschowi, Vanessie Kehren, Nicole Dewey i Amandzie Tobier. Dziękuję także Drummondowi Moirowi oraz Rosie Gailer z wydawnictwa Sceptre. Nie potrafię wyobrazić sobie lepszego zespołu ludzi, którym mógłbym powierzyć efekt mojej pracy, zarówno w kraju, jak i za granicą. Jestem również wdzięczny wszystkim w agencji literackiej Rogers, Coleridge and White, za ich niestrudzone wysiłki na rzecz wydania tej książki, a zwłaszcza Stephenowi Edwardsowi i Laurence Laluyaux. Wreszcie, dziękuję Peterowi Strausowi – to dla mnie zaszczyt. Nie ma już nic więcej do dodania. Spisanie kompletnej listy ludzi, wobec których mam dług wdzięczności, byłoby niemożliwe. I choćby tylko z tego jednego powodu uważam, że mam olbrzymie szczęście.

Nota o autorze

Kevin Powers urodził się i wychował w Richmond w Wirginii, ukończył studia na Virginia Commonwealth University i jest magistrem sztuk pięknych University of Texas w Austin, gdzie otrzymał stypendium poetyckie fundacji Jamesa A. Michenera. W latach 2004 i 2005 służył jako strzelec karabinu maszynowego w armii amerykańskiej w Iraku, w miastach Mosul i Tal Afar. Żółte ptaki to jego pierwsza powieść.