Żółte oczy krokodyla - Katherine Pancol - ebook
Opis

"To powieść o mężczyznach. I kobietach. O kobietach, którymi jesteśmy, którymi chciałybyśmy być, którymi nigdy nie będziemy, którymi może się staniemy.  „Wielowarstwowa opowieść, która oczaruje cię zabawnymi postaciami i niezwykłymi przygodami od Paryża po dziką Afrykę”. Katherine Davis Iris i Joséphine są siostrami. Obie mają po czterdzieści kilka lat, ale na tym podobieństwa się kończą. Iris jest bogata, piękna, ale od chwili, gdy wyszła za mąż, odczuwa głównie pustkę, nie potrafiąc znaleźć jakiegoś wyższego celu w życiu. Marzy, by wyrwać się ze szponów nudy i stać się kimś zupełnie innym.  Joséphine, profesor specjalizująca się w historii XII wieku, ma bardziej przyziemne problemy. Mieszka na przedmieściach z dwiema córkami i ledwo wiąże koniec z końcem. Na jednym z przyjęć Iris, by zrobić wrażenie na gościach, rzuca mimochodem informację, że pracuje właśnie nad powieścią historyczną. Złapana w sidła własnego kłamstwa, z którego nijak nie potrafi się wyplątać, zleca swej siostrze napisanie powieści, którą mogłaby wydać pod swoim nazwiskiem. Zatopiona po uszy w długach Joséphine tak naprawdę nie ma wielkiego wyboru..."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 782

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

LES YEUX JAUNES DES CROCODILES

Copyright © Editions Albin Michel S.A.- Paris, 2006.

Published by arrangement with Literary Agency “Agence del’Est”.

Copyright © 2009 for the Polish edition by Wydawnictwo SoniaDraga

Copyright © 2009 for the Polish translation by Wydawnictwo SoniaDraga

Projekt okładki: Monika Drobnik-Słociñska

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Barbara Meisner, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-7999-409-0

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Charlotte,

Clémentowi,

moim najukochańszym…

Część pierwsza

Joséphine krzyknęła i upuściła skrobaczkę. Ostrze ześliznęło się po ziemniaku i szeroko rozcięło skórę w nadgarstku. Krew, wszędzie krew. Patrzyła na niebieskie żyły, czerwoną ranę, biel zlewu, żółty plastykowy cedzak, na którym leżały białe, błyszczące obrane ziemniaki. Krople krwi kapały, rozpryskując się na białej powierzchni. Oparła się obiema rękami o zlew i rozpłakała się.

Płacz był jej potrzebny. Nie wiedziała dlaczego. Miała ku temu zbyt wiele ważnych powodów. Równie dobrze mógł być i ten. Rozglądnęła się za ścierką, chwyciła ją i zacisnęła ranę. Stanę się fontanną, fontanną łez, fontanną krwi, fontanną westchnień, powoli umrę.

To było jakieś rozwiązanie. Powoli umrzeć, bez słowa. Zgasnąć jak lampa, której płomień maleje.

Umrzeć, stojąc nad zlewem. Nie umiera się stojąc – poprawiła się natychmiast – umiera się leżąc lub klęcząc, z głową w piekarniku albo w wannie. Przeczytała w jakiejś gazecie, że kobiety najczęściej popełniają samobójstwo, rzucając się z okna. Mężczyźni się wieszają. Wyskoczyć przez okno? Nigdy by się na to nie zdobyła. Ale mogłaby wykrwawić się, płacząc, nie wiedząc już, czy wypływająca z ciała ciecz jest czerwona czy biała. Powoli zasnąć. Więc puść ścierkę i zanurz nadgarstki w zlewie! Tyle że nawet wtedy, nawet wtedy… będziesz musiała stać, a nie umiera się na stojąco.

Chyba że w walce. W czasie wojny…

Jednakże to nie była jeszcze wojna.

Pociągnęła nosem, poprawiła ścierkę tamującą krew, powstrzymała łzy i popatrzyła na swoje odbicie w oknie. We włosach nadal miała ołówek. Weź się w garść – powiedziała do siebie – obieraj ziemniaki… O reszcie pomyślisz później!

Tego ranka pod koniec maja, gdy termometr wskazywał 28 stopni w cieniu, na piątym piętrze, chroniąc się pod daszkiem na balkonie, pewien mężczyzna grał w szachy. Sam. Rozmyślał nad szachownicą. Tak bardzo dbał o prawdopodobieństwo, że zmieniał nawet miejsce, gdy wykonywał ruch przeciwnika, i chwytał po drodze fajkę, którą ssał. Pochylał się, wydmuchiwał dym, podnosił jakąś figurę, odkładał ją na miejsce, cofał się, znowu wypuszczał dym, jeszcze raz brał do ręki figurę, przesuwał ją, kiwał głową, potem odkładał fajkę i przesiadał się na drugie krzesło.

Był bardzo zadbanym szatynem średniego wzrostu z piwnymi oczami. Nogawki spodni wyprasowane w kant opadały równo, buty błyszczały, jakby dopiero co wyjął je z oryginalnego pudełka, podwinięte rękawy koszuli odsłaniały delikatne przedramiona i nadgarstki, a spiłowane błyszczące paznokcie świadczyły o starannym manikiurze. Lekka opalenizna, która wyglądała na trwałą, uzupełniała wrażenie jasnego beżu emanujące z jego osoby. Przypominał sprzedawane w zestawach dla dzieci kartonowe wycinanki, ubrane w skarpetki i bieliz­nę, na które można nałożyć dowolny strój – pilota, myśliwego, odkrywcy. To był mężczyzna świetnie nadający się do katalogu, w którym wzbudzałby zaufanie i podkreślał jakość prezentowanych mebli.

Nagle twarz rozjaśnił mu uśmiech. „Szach i mat – mruknął do niewidzialnego partnera. – Przykro mi, stary! Już po tobie! Założę się, że się tego nie spodziewałeś!”. Zadowolony uścisnął sobie rękę i zmienił głos, aby sobie pogratulować. „Znakomicie, Tonio! Naprawdę świetnie rozegrałeś tę partię”.

Wstał, przeciągnął się, masując klatkę piersiową, i postanowił zrobić sobie drinka, mimo że normalnie nie pił o tej porze. Zwykle pił apéritif mniej więcej dziesięć po szóstej, oglądając „Pytania dla mistrza”. Program Juliena Lepersa stanowił punkt dnia, na który czekał z niecierpliwością. Był zły, jeżeli go nie oglądnął. Czekał już od 17.30. Pragnął jak najszybciej zmierzyć się z czterema mistrzami, których proponowała mu telewizja. Chciał też dowiedzieć się, jaką marynarkę będzie nosił prezenter, do jakiej koszuli i jaki dobierze do niej krawat. Powtarzał sobie, że powinien spróbować szczęścia i zgłosić się. Powtarzał to sobie co wieczór, ale nic z tego nie wynikało. Musiałby wcześniej przejść eliminacje, a to słowo miało w sobie coś, co go martwiło.

Podniósł pokrywkę wiaderka z lodem, delikatnie wyjął dwa kawałki, wrzucił je do szklanki i wlał białe martini. Schylił się, żeby podnieść kawałek nitki z wykładziny, wyprostował się, zamoczył usta w szklance i cmoknął mokrymi wargami z wyrazem zadowolenia.

Każdego ranka grał w szachy. Każdego ranka oddawał się tym samym rutynowym zajęciom. Pobudka o siódmej razem z dziećmi, śniadanie złożone z grzanek z pełnoziarnistego pieczywa, opiekanych w tosterze ustawionym na czwórkę, konfitura z moreli bez cukru, słone masło i sok ze świeżo wyciskanych ręcznie pomarańczy. Potem trzydzieści minut gimnastyki, ćwiczenia na mięśnie pleców, brzucha, klatki piersiowej, ud. Lektura gazet, po które dziewczynki chodziły na zmianę przed pójściem do szkoły, pilne studiowanie drobnych ogłoszeń, wysyłka CV, gdy jakaś oferta wydawała mu się interesująca, prysznic, golenie się zwykłą maszynką, mydłem pieniącym się pod pędzlem, dobór ubrań na dany dzień i wreszcie partyjka szachów.

Wybór ubrań był najbardziej męczącym momentem poranka. Nie wiedział już, jak ma się ubierać. W strój weekendowy, na luzie czy w garnitur? Kiedy pewnego dnia pospiesznie włożył dres, starsza córka Hortense zapytała: „Nie pracujesz, tatusiu? Jesteś cały czas na wakacjach? Podoba mi się, jak jesteś ładnie ubrany, w ładną marynarkę, ładną koszulę i krawat. Nigdy więcej nie przychodź po mnie do szkoły w dresie”, a potem, łagodniejąc, bo tego ranka, gdy po raz pierwszy odezwała się do niego takim tonem, pobladł, dodała: „Mówię to ze względu na ciebie, tatusiu, żebyś dalej był najładniejszym tatusiem na świecie”.

Hortense miała rację, patrzono na niego inaczej, gdy był dobrze ubrany.

Po zakończeniu partyjki szachów podlewał rośliny zwisające z balkonu, zrywał zeschnięte liście, przycinał stare gałązki, spryskiwał wodą nowe pączki, spulchniał ziemię łyżką i regularnie nawoził. Martwił się o białą kamelię. Mówił do niej, dużo czasu poświęcał jej pielęgnacji, przecierał każdy listek.

Każdego ranka od roku oddawał się tej samej rutynie.

Jednakże tego ranka miał opóźnienie w stosunku do zwykłego harmonogramu. Partia szachów była zacięta, powinien uważać, żeby nie dać się wciągnąć, to nie takie proste, gdy nie ma się nic do roboty. Nie tracić poczucia czasu, który płynie niepostrzeżenie. Uważaj, Tonio, powiedział sobie, uważaj. Nie daj się, weź się w garść.

Przyzwyczaił się do mówienia na głos i zmarszczył brwi, słysząc, jak sam siebie strofuje. Aby nadrobić stracony czas, postanowił zaniedbać rośliny.

Minął drzwi do kuchni, w której żona obierała ziemniaki. Widział tylko jej plecy i po raz kolejny zauważył, że przybrała na wadze. Wałki tłuszczu osiadały jej na biodrach.

Kiedy się wprowadzili do tego domu na przedmieściu Paryża, była wysoka i smukła, nie miała żadnych wałków.

Kiedy się wprowadzili, głowy dziewczynek ledwie sięgały zlewozmywaka…

Kiedy się wprowadzili…

To były inne czasy. Podciągał jej sweter, kładł ręce na piersiach i wzdychał: „Kochanie!”, aż ulegała mu i schylała się, przytrzymując dwiema rękami kapę, aby jej nie pomiąć. W niedzielę gotowała. Dziewczynki prosiły o noże, „żeby pomóc mamusi”, lub o garnki, żeby „wyczyścić dno języczkiem”. Patrzyli na nie z rozczuleniem. Co dwa, trzy miesiące mierzyli je i zapisywali wzrost ołówkiem na ścianie; było tu pełno czarnych kreseczek z datami i dwoma imionami: Hortense i Zoé. Ilekroć opierał się o framugę drzwi do kuchni, ogarniał go olbrzymi smutek. Uczucie, że coś zostało nieodwracalnie zmarnowane, wspomnienie czasu, gdy życie się do niego uśmiechało. Nigdy nie zdarzało mu się to w sypialni czy w salonie, ale zawsze w tym pomieszczeniu, które kiedyś było oazą szczęścia. Ciepłą, spokojną, pachnącą. Garnki dymiły, ścierki suszyły się na uchwycie piekarnika, czekolada topiła się na parze, a dziewczynki łuskały orzechy. Wymachiwały palcami, których koniuszki wysmarowane były czekoladą, malowały sobie wąsy, które zlizywały językiem, a para na szybach kreś­liła perłowe wzory, sprawiając, iż myślał, że jest tatą eskimoskiej rodziny mieszkającej na biegunie północnym.

Kiedyś… Kiedyś panowało tu solidne, uspokajające szczęście.

Na stole leżała otwarta książka Georges’a Duby’ego. Pochylił się, aby zobaczyć tytuł: Rycerz, kobieta i ksiądz. Joséphine pracowała na stole w kuchni. Żyli z tego, co niegdyś było jedynie dodatkiem do zarobków. Zajmowała się pracą naukową w CNRS, a konkretnie sytuacją kobiet w XII wieku! Kiedyś śmiał się z jej badań naukowych i pobłażliwie mawiał: „Moja żona pasjonuje się historią, choć jedynie XII wieku! Ha! Ha! Ha!…”. Uważał, że to nieco pretensjonalne. „Ten XII wiek nie jest bardzo sexy, kochanie” – mówił, podszczypując ją w pośladki. „Ale właśnie wtedy Francja weszła w nowoczesność, to początek handlu, pieniądza, niezależności miast i…”.

Całował ją, żeby przestała mówić.

Dziś XII wiek ich żywił. Chrząknął, żeby odwróciła się do niego. Nie uczesała się, ołówek przytrzymywał jej włosy na czubku głowy.

– Pójdę się przejść…

– Wrócisz na obiad?

– Nie wiem… Załóżmy, że nie wrócę.

– To może od razu byś tak powiedział!

Nie lubił tych spięć. Lepiej byłoby, gdyby opuścił mieszkanie, krzycząc: „Wychodzę, to na razie”, i hop, już byłby na schodach, i hop, zostałaby sama z pytaniami, które uwięzłyby jej w gardle, i hop, musiałby tylko wymyślić cokolwiek, gdy wróci. Bo zawsze wracał.

– Czytałeś ogłoszenia?

– Tak… Nie było dziś nic ciekawego.

– Zawsze znajdzie się praca dla człowieka, który chce pracować!

Praca tak, ale nie wszystko jedno jaka – pomyślał, nie mówiąc tego głośno, bo znał już dalszą część dialogu. Powinien był wyjść, lecz stał jak przykuty do futryny.

– Z góry wiem, co powiesz, Joséphine.

– Wiesz, ale nic nie robisz, żeby to zmienić. Mógłbyś robić cokolwiek, żebyśmy tylko mieli na sól do chleba…

Mógł sam kontynuować tę wymianę zdań, znał ją na pamięć: „stróż na basenie, ogrodnik w klubie tenisowym, portier nocny, pracownik stacji benzynowej”, wpadło mu jednak tylko w ucho słowo „sól”. Śmiesznie brzmiało w kontekście szukania pracy.

– Możesz się z tego śmiać! – powiedziała cicho, piorunując go wzrokiem. – Muszę wydawać ci się bardzo przyziemna, gdy mówię o pieniądzach! Zachciewa się panu gór złota, nie chce się pan męczyć po próżnicy, pan oczekuje szacunku i uznania! A tymczasem ma pan tylko jedną możliwość zaistnienia: udać się do manikiurzystki!

– O czym ty mówisz, Joséphine?

– Dobrze wiesz,  o   k i m  mówię!

Teraz stała zwrócona twarzą do niego, z wyprostowanymi ramionami, ścierką zawiązaną w przegubie; patrzyła na niego z wyzwaniem w oczach.

– Jeżeli masz na myśli Mylène…

– Tak, mam na myśli Mylène… Nie wiesz jeszcze, czy ma przerwę na lunch? Dlatego nie możesz mi odpowiedzieć?

– Jo, przestań… To się źle skończy!

Było już za późno. Myślała jedynie o Mylène i o nim. Od kogo mogła się dowiedzieć? Od sąsiada, sąsiadki? Nie mieli wielu znajomych w bloku, ale gdy chce się kogoś oczernić, łatwo znaleźć przyjaciół. Najwyraźniej ktoś widział, jak wchodził do domu Mylène dwie ulice dalej.

– Pójdziecie do niej na lunch… Przygotuje ci quiche z zieloną sałatą, lekki posiłek, bo ona potem wraca do pracy… – Zazgrzytała zębami, kładąc nacisk na słowo „ona”. – Później udacie się na małą sjestę, zaciągnie zasłony, rozbierze się, rzucając ubrania na podłogę, i wskoczy do ciebie pod białą pikowaną kołderkę…

Słuchał zaskoczony. Mylène miała na łóżku grubą białą pikowaną kołdrę. Skąd ona o tym wie?

– Byłaś u niej?

Wybuchnęła złośliwym śmiechem i wolną ręką zacisnęła węzeł ze ścierki.

– Więc miałam rację. Biała pika pasuje do wszystkiego! To ładne i praktyczne.

– Jo, przestań!

– Co masz na myśli?

– Przestań wyobrażać sobie coś, co nie istnieje.

– Bo co? Może nie ma białej pikowanej kołdry?

– Powinnaś zacząć pisać powieści. Masz bujną wyobraźnię…

– Przysięgnij mi, że nie ma białej pikowanej kołdry.

Nagle ogarnęła go złość. Nie mógł jej dłużej znieść. Nie mógł dłużej znieść tego jej tonu nauczycielki, która bezustannie mu coś wyrzuca, mówi, co ma robić, jak ma to robić, nie mógł dłużej znieść jej zaokrąglonych pleców, ubrań bez formy i koloru, zaczerwienionej zaniedbanej skóry, brązowych cienkich i przyklapniętych włosów. We wszystkim czuć było u niej wysiłek i oszczędność.

– Wolę wyjść, zanim ta dyskusja zaprowadzi nas za daleko!

– Idziesz się z nią spotkać, tak? Zdobądź się przynajmniej na to, żeby powiedzieć prawdę, skoro nie możesz się zdobyć na szukanie pracy, śmierdzący leniu!

To było o jedno słowo za dużo. Poczuł, jak narasta w nim złość, dochodzi do czubka głowy i uderza w skronie. Wyrzucił z siebie słowa tak, aby nie można było ich już cofnąć.

– Właśnie tak! Spotykamy się codziennie u niej w domu o wpół do pierwszej. Odgrzewa mi pizzę i jemy ją w łóżku pod białą pikowaną kołdrą! Potem strzepujemy okruszki, rozpinam jej stanik, też biały pikowany, i całuję ją wszędzie, wszędzie! Jesteś zadowolona? Nie trzeba było doprowadzać mnie do ostateczności, uprzedzałem cię!

– Mnie też nie trzeba doprowadzać do ostateczności! Jeżeli do niej pójdziesz, nie masz po co wracać. Pakuj walizki i znikaj. Nie będzie to wielka strata.

Oderwał się od futryny, obrócił na pięcie i jak lunatyk poszedł do sypialni. Wywlókł spod łóżka walizkę, położył ją na łóżku i zaczął zapełniać. Opróżnił trzy półki z koszulami, trzy szuflady podkoszulków, skarpetek i slipów, wrzucając ich zawartość do wielkiej czerwonej walizki z wbudowanymi kółeczkami, pamiątki z czasów dawnej świetności, gdy pracował w amerykańskiej firmie Gunman and Co, produkującej strzelby myśliwskie. Przez dziesięć lat zajmował stanowisko dyrektora handlowego na Europę, towarzysząc bogatym klientom, którzy udawali się na polowania do Afryki, Azji, Ameryki, do buszu, na sawannę lub pampy. Wtedy w to wierzył, wierzył w wizerunek białego opalonego człowieka, zawsze pełnego wigoru, który trącał się kieliszkami z najbogatszymi ludźmi na świecie. Chciał, żeby nazywali go Tonio, Tonio Cortès. Brzmiało to bardziej męsko, bardziej odpowiedzialnie aniżeli Antoine. Nigdy nie lubił swojego imienia, uważał, że jest zbyt miękkie, zbyt kobiece. Musiał trzymać fason wobec tych ludzi: przemysłowców, polityków, próżniaczych miliarderów, synów panów X… Potrząsał kawałkami lodu w kieliszku z pobłażliwym uśmiechem na twarzy, słuchał ich opowieści, uważnie nadstawiał ucha na skargi, wyrażał własną opinię, łagodził, obserwował balet mężczyzn i balet kobiet, przenikliwy wzrok dzieci, które zestarzały się, zanim zdążyły dorosnąć. Cieszył się, że porusza się w tym świecie, nie będąc tak naprawdę jego częścią. „No cóż, pieniądze szczęścia nie dają” – powtarzał często.

Świetnie zarabiał, dostawał premię w wysokości trzech pensji na koniec roku, miał dobre ubezpieczenie, dodatkowe dni wolne w liczbie niemal równej urlopowi taryfowemu. Był szczęśliwy, gdy wracał do bloku w Courbevoie, zbudowanego w latach dziewięćdziesiątych z myślą o takich jak on młodych wykształconych ludziach, którzy nie mogli sobie jeszcze pozwolić na mieszkanie w Paryżu, ale czekali po drugiej stronie Sekwany, aż będą mogli wkroczyć do pięknych dzielnic stolicy, której światła widzieli wieczorem. Błyszczący neonowy tort jak rzucone z dali wyzwanie. Blok źle zniósł próbę czasu. Cieniutkie pasemka rdzy spływające z balkonów niepostrzeżenie brudziły elewację, a intensywny pomarańcz okiennic wypłowiał na słońcu.

Nigdy nie uprzedzał o powrocie z podróży: otwierał drzwi, zatrzymywał się na moment w przedpokoju, zanim oznajmiał swoją obecność krótkim gwizdnięciem, które znaczyło: „Jestem!”. Joséphine była pochłonięta książkami historycznymi, Hortense podbiegała do niego i wsuwała mu małą rączkę do kieszeni w poszukiwaniu prezentu, Zoé klaskała w dłonie. Dwie małe dziewczynki w szlafroczkach, jedna w różowym, a druga w niebieskim, Hortense, ta ładna, pełna tupetu, która owinęła go sobie wokół małego palca, i Zoé, okrągła, gładka, łakoma. Wtedy pochylał się nad nimi i brał je w ramiona, powtarzając: „Ach! Moje skarby! Moje skarby!”. To był rytuał. Nieraz podgryzały go drobne wyrzuty na wspomnienie innych objęć z poprzedniego wieczoru… Przytulał jednak mocniej córki i wspomnienia się rozwiewały. Odkładał bagaże i odgrywał rolę bohatera. Wymyślał polowania i nagonki, rannego lwa, którego dobił nożem, antylopę, którą złapał na lasso, krokodyla, którego ogłuszył. Patrzyły na niego z zachwytem. Jedynie Hortense z niecierpliwością pytała: „A mój prezent, tatusiu? A mój prezent?”.

Pewnego dnia Gunman and Co wykupiono, a jemu podziękowano. Z dnia na dzień. „Tak to jest z Amerykanami – tłumaczył Joséphine. – W poniedziałek jesteś dyrektorem handlowym, masz gabinet z czterema oknami, a we wtorek zgłaszasz się do pośredniaka!” Został zatem zwolniony. Z niezłą odprawą, która pozwoliła mu nadal przez pewien czas spłacać raty za mieszkanie, finansować szkołę dzieci, pobyty językowe, utrzymanie samochodu, ferie na nartach. Podszedł do tego z filozoficznym spokojem. Nie był pierwszym, któremu zdarzyło się coś podobnego, nie był byle kim, szybko znajdzie nową pracę. Oczywiście nie byle co, ale porządną pracę… Tymczasem kolejni koledzy gdzieś się zatrudniali, zgadzali się na niższe pensje, mniej odpowiedzialne stanowiska, przeprowadzki za granicę, a on jako jedyny nadal czytał ogłoszenia w dziale „Pracownicy poszukiwani”.

Teraz, gdy skończyły mu się oszczędności, czuł, że jego cudowny optymizm słabnie. Zwłaszcza w nocy. Budził się około trzeciej nad ranem, cicho wstawał, nalewał sobie whisky w salonie, włączał telewizor. Wyciągał się na kanapie, przełączał programy pilotem, ze szklanką w dłoni. Dotąd zawsze czuł, że jest bardzo silny, bardzo mądry, obdarzony wielką przenikliwością. Kiedy widział, że koledzy popełniają błędy, nic nie mówił, ale myślał w cichości ducha: „Ach! Mnie nie mogłoby się to przytrafić! Bo ja to wiem!”. Kiedy usłyszał o wykupieniu firmy i możliwości zwolnień, pomyślał, że dziesięć lat pracy w firmie Gunman and Co to prawdziwa umowa o pracę, nie mogą go tak po prostu wylać!

Był w pierwszej grupie odchodzących z firmy.

Podziękowano mu wręcz jako pierwszemu. Z wściekłością wcisnął pięść do kieszeni spodni, a suchy trzask rozrywanej podszewki wzbudził w nim nieprzyjemny dreszcz. Skrzywił się, potrząsnął głową, obrócił się w stronę kuchni, w stronę żony, aby spytać, czy mogłaby to zeszyć, lecz przypomniał sobie, że odchodzi. Był w trakcie pakowania walizki. Wywrócił kieszenie na lewą stronę. Obie podszewki były dziurawe.

Opadł na łóżko i wbił wzrok w czubki butów.

Szukanie pracy było deprymujące; stawał się jedynie numerkiem w kopercie ze znaczkiem. Myślał o tym, leżąc w ramionach Mylène. Opowiadał jej, co będzie robił pewnego dnia, kiedy sam zostanie szefem. „Z moim doświadczeniem – wyjaśniał – z moim doświadczeniem…” Poznał szeroki świat, mówił po angielsku i hiszpańsku, umiał prowadzić księgi rachunkowe, był w stanie znieść chłód i upał, kurz i monsuny, komary i gady. Słuchała. Ufała mu. Miała trochę pieniędzy od rodziców. Nie przyjął jeszcze jej propozycji. Nie tracił nadziei, że znajdzie pewniejszego towarzysza, z którym będzie mógł dzielić tę przygodę.

Poznał ją, gdy zabrał Hortense do fryzjera w dzień jej dwunastych urodzin. Mylène była pod takim wrażeniem pewności siebie dziewczynki, że zaproponowała jej manikiur. Hortense podała dłonie tak, jakby zgadzała się wyświadczyć jej przysługę. „Pana córka to prawdziwa królewska wysokość” – powiedziała, kiedy po nią przyszedł. Odtąd jeżeli tylko miała czas, zawsze polerowała jej paznokcie, a Hortense wychodziła z rozsuniętymi palcami, przeglądając się w błyszczących paznokciach.

Dobrze się czuł z Mylène. Była małą żywą blondyneczką o mlecznobiałej karnacji, że aż palce lizać. Jej pruderia i nieśmiałość wprawiały go w dobry humor i dodawały mu pewności siebie.

Zdjął z wieszaków garnitury, wszystkie od najlepszych krawców, z pierwszorzędnego materiału. Tak, kiedyś miał pieniądze, wcale niemałe pieniądze. Lubił je wydawać. „Jeszcze będę je miał – powiedział głośno. – Na czterdziestce życie się nie kończy! Wcale się nie kończy!” Szybko skończył pakować walizkę. Mimo to udawał, że szuka spinek, głośno pomstując w nadziei, że Joséphine usłyszy i przyjdzie błagać go, żeby został.

Przeszedł korytarzem i zatrzymał się w drzwiach do kuchni. Czekał, licząc jeszcze, że zrobi krok w jego stronę, podejmie próbę pojednania… Ale ponieważ nie poruszyła się i stała odwrócona do niego plecami, oświadczył:

– No to… skończyłem! Wychodzę…

– Świetnie. Możesz zatrzymać klucze. Na pewno zapomniałeś jakichś rzeczy i będziesz musiał po nie wrócić. Uprzedź mnie, żebym mogła wcześniej wyjść z domu. Tak będzie lepiej…

– Masz rację, zatrzymam je… Co powiesz dziewczynkom?

– Nie wiem. Nie zastanawiałam się nad tym…

– Wolałbym tu być, gdy będziesz z nimi rozmawiać…

Zakręciła kran, oparła się o zlew i cały czas stojąc do niego plecami, powiedziała:

– Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, powiem im prawdę. Nie mam ochoty kłamać… I bez tego jest to wystarczająco trudne.

– Ale co im powiesz? – zapytał wystraszony.

– Prawdę: tatuś nie ma pracy, tatuś nie czuje się dobrze, tatuś chce zaczerpnąć świeżego powietrza, więc tatuś wyjechał…

– Zaczerpnąć powietrza? – powtórzył jak echo, aby się uspokoić.

– Tak! Przedstawimy to w taki sposób. Zaczerpnąć powietrza.

– Dobrze brzmi: „zaczerpnąć powietrza”, nie ma w tym nic ostatecznego. To dobrze.

Popełnił błąd, opierając się o drzwi, i na nowo ogarnęła go nostalgia, przygwoździła do tego miejsca i pozbawiła wszelkich sił.

– Idź już, Antoine. Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia… Błagam cię, idź już!

Obróciła się i pokazała mu oczyma podłogę. Śledził jej wzrok i zauważył walizkę na kółkach leżącą u jego stóp. Zupełnie o niej zapomniał. Więc to dzieje się naprawdę: odchodzi!

– No to… do widzenia… A gdybyś chciała się ze mną skontaktować…

– Zadzwonisz do mnie… albo zostawię wiadomość w salonie Mylène. Zakładam, że zawsze będzie wiedziała, gdzie cię znaleźć?

– A jeśli chodzi o rośliny, to trzeba je podlewać dwa razy w tygodniu i nawozić raz…

– Rośliny? A niech uschną! Jakbym nie miała się żywcem o co martwić!

– Joséphine, proszę cię! Nie doprowadzaj się do takiego stanu… Mogę zostać, jeżeli chcesz…

Spiorunowała go wzrokiem. Wzruszył ramionami, wziął walizkę i skierował się w stronę drzwi.

Wtedy wybuchnęła płaczem. Wczepiona w brzeg zlewozmywaka płakała i płakała. Jej plecami wstrząsał szloch. Płakała najpierw nad pustką, jaką po szesnastu latach miał pozostawić w jej życiu ten mężczyzna, jej pierwszy mężczyz­na, jedyny mężczyzna, ojciec dwójki jej dzieci. Potem płakała, myśląc o dziewczynkach. Nigdy już nie będą miały poczucia bezpieczeństwa, pewności, że mają tatusia i mamusię, którzy nad nimi czuwają. Wreszcie płakała z przerażenia na myśl o tym, że zostanie sama. Antoine zajmował się rachunkami. Antoine składał zeznania podatkowe. Antoine spłacał kredyt za mieszkanie, Antoine wybierał samochód, Antoine przetykał umywalkę. Zawsze zwracała się do niego. Ona zajmowała się domem i szkołą dziewczynek.

Z rozpaczy wyrwał ją dzwonek telefonu. Wysiąkała nos, podniosła słuchawkę, przełykając łzy.

– To ty, kochanie?

Dzwoniła Iris, jej starsza siostra. Zawsze mówiła wesołym, przekonywającym głosem, jakby ogłaszała promocje w supermarkecie. Iris Dupin, czterdzieści cztery lata, wysoka szczupła brunetka z długimi włosami, które rozpościerała jak welon wiecznej panny młodej. Iris, która zawdzięczała swoje imię kolorowi dwóch wielkich niebieskich jezior służących jej za oczy. Kiedy były dziećmi, zatrzymywano ją na ulicy. „Mój Boże! Mój Boże! – powtarzali ludzie, przeglądając się w ciemnych głębokich źrenicach otoczonych fioletowym rąbkiem z małą złotą iskierką. – Nie do wiary! Chodź, zobacz, kochanie! Nigdy w życiu nie widziałam takich oczu!” Iris pozwalała się podziwiać aż do momentu, gdy zadowolona i syta ciągnęła siostrę za rękę i syczała przez zęby: „Co za wieśniaki! Nigdy nic nie widzieli! Trzeba podróżować w życiu! Zobaczyć trochę świata!”. To ostatnie zdanie tak bawiło Joséphine, że zaczynała kręcić się z szeroko rozpostartymi ramionami wokół własnej osi jak wirnik helikoptera, zarykując się ze śmiechu.

Iris swego czasu wylansowała wszystkie mody, zgarnęła wszystkie dyplomy, uwiodła wszystkich mężczyzn, Iris nie żyła, Iris nie oddychała, Iris królowała.

Gdy miała dwadzieścia lat, wyjechała na studia do Stanów Zjednoczonych, do Nowego Jorku. Columbia University, wydział kinematografii. Spędziła tam sześć lat, zakończyła studia z pierwszą lokatą ex aequo, dzięki czemu wygrała możliwość zrealizowania trzydziestominutowego filmu średniometrażowego. Pod koniec każdego roku dwóm najlepszym studentom przyznawano budżet na nakręcenie filmu. Iris była jedną z nich. Drugi laureat, młody Węgier, ponury kudłaty olbrzym, skorzystał z uroczystości wręczenia nagród, aby pocałować ją za kulisami. Ta historia weszła do rodzinnych annałów. Przyszłość Iris wypisana była białymi zgłoskami na wzgórzach Hollywoodu. Aż tu pewnego dnia, bez ostrzeżenia, gdy nikt nie przewidywał takiego biegu wypadków, Iris wyszła za mąż. Miała zaledwie trzydzieści lat, wracała ze Stanów, gdzie zdobyła nagrodę na festiwalu w Sundance, zamierzała nakręcić film długometrażowy, którego scenariusz zyskał przychylne opinie. Pewien producent wstępnie zgodził się go sfinansować, a… Iris zrezygnowała. Nie tłumaczyła w żaden sposób swojej decyzji; nigdy się nie usprawiedliwiała. Wróciła do Francji i wyszła za mąż.

W białym welonie, przed obliczem mera i księdza proboszcza. W dniu ślubu sala w merostwie była wypełniona po brzegi. Trzeba było dostawić krzesła i pogodzić się z tym, że niektórzy pod oknami przysiedli na parapetach. Wszyscy wstrzymali oddech, spodziewając się, że zrzuci białą suknię i pojawi się całkiem naga, krzycząc: „Żartowałam!”. Jak w filmie.

Nic podobnego się nie wydarzyło.

Robiła wrażenie kochanej i zakochanej. W niejakim Philippie Dupinie, który mruczał z zadowolenia ubrany we frak. „Kto to jest, kto to jest?” – pytali goście, patrząc na niego ukradkiem. Nikt go nie znał. Iris opowiadała, że poznali się w samolocie i była to „love at first sight”. Przystojny facet z tego Philippe’a Dupina. Najwyraźniej – sądząc po łakomych spojrzeniach, którymi obrzucały go kobiety – jeden z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich kiedykolwiek nosiła ziemia! Górował nad tłumem przyjaciół żony z nonszalancją zabarwioną nutą rozbawionej pobłażliwości. „Czym on się zajmuje? Jest biznesmenem… A dlaczego tak szybko? Myślisz, że…?” Z braku dokładnych informacji pletli, co ślina na język przyniosła. Rodzice pana młodego patrzyli na zgromadzonych z takim samym lekko pogardliwym grymasem jak ich syn, co sprawiało wrażenie, że popełnia mezalians. Goście wyszli zniesmaczeni. Iris nie bawiła już nikogo. Iris nie była już obiektem marzeń. Stała się straszliwie normalna, co w jej przypadku było w bardzo złym stylu. Niektórzy nigdy więcej jej nie zobaczyli. Upadła, a jej korona nadal toczyła się po ziemi.

Iris oświadczyła, że obchodzi ją to tyle co zeszłoroczny śnieg, i zdecydowała się oddać ciałem i duszą mężowi.

Philippe Dupin był człowiekiem przesiąkniętym pewnikami. Założył własną kancelarię specjalizującą się w międzynarodowym prawie gospodarczym, następnie został wspólnikiem kilku tuzów rynków finansowych w Paryżu, Mediolanie, Nowym Jorku i Londynie. Był przebiegłym adwokatem, który z ochotą podejmował się obrony wyłącznie przypadków niemożliwych. Odniósł sukces i nie mógł zrozumieć, dlaczego wszyscy inni nie postępują tak samo. Wyznawał lapidarną zasadę: „Chcieć to móc”. Wypowiadał ją, kołysząc się w wielkim czarnym skórzanym fotelu, prostując ramiona i strzelając kostkami, patrząc na swojego rozmówcę tak, jakby głosił prawdę objawioną.

Z czasem jego charakter udzielił się Iris, która wykreśliła ze swojego słownika pojęcia takie jak wątpliwości, lęk, wahanie. Iris stała się równie entuzjastyczna i radykalna. Dziecko było grzeczne i wyróżniało się w szkole, mąż zarabiał pieniądze i utrzymywał rodzinę, żona dbała o dom i przynosiła zaszczyt mężowi. Iris nadal była piękna, żywa i ujmująca, masaże przeplatały się z joggingiem, pielęgnacją twarzy i tenisem w Racing Clubie. Oczywiście wiodła próżniacze życie, lecz „są kobiety przytłoczone próżniactwem i takie, które nad nim panują. Na tym polega cała sztuka” – zapewniała. Z całą pewnością zaliczała siebie do drugiej kategorii i odczuwała najgłębszą pogardę dla kobiet nadmiernie próżniaczych.

Chyba należę do innego świata – myślała Joséphine, słuchając siostry, która terkocząc jak karabin maszynowy, poruszyła teraz temat ich matki.

Co drugi wtorek Iris podejmowała Panią Matkę na kolacji i tego właśnie dnia wypadał wieczór, kiedy to należało okazać troskę rodzicielce. W czasie rodzinnych kolacji panowały uśmiech i szczęście. Rzecz jasna Antoine z niejakim nawet powodzeniem starał się unikać tych wieczorów i zawsze znajdował dobre usprawiedliwienie, aby się nie zjawić. Nie znosił ani Philippe’a Dupina, który czuł się w obowiązku wyjaśniać wszystkie używane przez siebie pojęcia, gdy się do niego zwracał – „COB, Komisja Transakcji Giełdowych, mój drogi” – ani Iris, która mówiła do niego w ten sposób, że czuł się jak stara guma do żucia przylepiona do podeszwy jej czółenek. „A kiedy mówi mi dzień dobry – skarżył się – mam wrażenie, że wsysa mnie swoim uśmiechem, aby wyrzucić mnie w inny wymiar!” Prawdą jest, że Iris nie darzyła Antoine’a nadmiernym szacunkiem. „Przypomnij mi, na jakim etapie jest twój mąż?” – to było jej ulubione zdanie, które nieodmiennie wprawiało Joséphine w zakłopotanie pozwalające jej tylko wyjąkać: „Ciągle nic, ciągle nic. – Ach, tak… Więc nie wyszedł na prostą! – wzdychała Iris, dodając: – Można się zresztą zastanawiać nad tym, jak mógłby wyjść na prostą przy tak wielkich aspiracjach i tak małych możliwościach!”. Wszystko u mojej siostry jest sztuczne – pomyślała Joséphine, przytrzymując słuchawkę ramieniem – gdy Iris zaczyna do kogoś odczuwać sympatię lub pociąg, natychmiast sięga po słownik leków, obawiając się, że jest chora.

– Czy u ciebie wszystko w porządku? Masz dziwny głos… – zapytała tego ranka Iris.

– Mam katar…

– Wiesz, zastanawiałam się… Co do jutrzejszego wieczoru… Kolacji z mamą… Nie zapomniałaś?

– To jutro?

Zupełnie zapomniała.

– Ależ, kochanie, gdzie ty masz głowę?

Gdybyś ty wiedziała – pomyślała Joséphine, szukając wzrokiem chusteczki higienicznej, aby wysiąkać nos.

– Wróć do naszych czasów, zostaw tych swoich trubadurów! Jesteś zbyt roztargniona. Przyjdziesz z mężem czy znowu znalazł powód, aby się wymigać?

Joséphine smutno się uśmiechnęła. Możemy tak to nazwać – pomyślała – wymigać się, zaczerpnąć powietrza, wyparować, ulotnić się jak dym. Antoine właśnie zmieniał się w lotny gaz.

– On nie przyjdzie…

– Dobrze, trzeba będzie wymyślić nowe usprawiedliwienie dla matki. Wiesz, że nie podoba jej się, że się nie zjawia…

– Iris, naprawdę, gdybyś wiedziała, jak mnie to mało obchodzi!

– Jesteś dla niego za dobra! Ja już dawno trzasnęłabym mu drzwiami przed nosem. No ale cóż… Taka już jesteś i nie zmienisz się, bidusiu.

A teraz litość. Joséphine westchnęła. Od dzieciństwa była Jo, naiwną gąską, pozbawioną wdzięku intelektualistką za pan brat z trudnymi tematami, skomplikowanymi słowami, długimi poszukiwaniami w bibliotekach w towarzystwie innych źle ubranych pryszczatych mądrali. Bez problemu zdawała egzaminy, ale nie umiała sobie narysować kreski na oku. Skręciła sobie kostkę, idąc po schodach, bo czytała La Théorie des climats Monteskiusza, lub podłączała toster do kranu z wodą, słuchając we France Culture audycji na temat kwitnących wiśni w Tokio. Do późna w nocy siedziała nad książkami, podczas gdy starsza siostra balowała i odnosiła sukcesy, tworzyła i czarowała. Iris tu, Iris tam, mogłabym napisać o niej operę!

Gdy Joséphine zdała egzamin profesorski z literatury klasycznej, matka zapytała, co zamierza robić. „Do czego cię to doprowadzi, bidusiu? Chcesz być tarczą strzelecką w podparyskim liceum? Albo żeby cię zgwałcili na pokrywce od kosza na śmieci?” A kiedy kontynuowała studia, pisząc doktorat, a jej artykuły ukazywały się w specjalistycznych czasopismach, spotykała się jedynie z kolejnymi pytaniami i sceptycyzmem. „«Rozwój gospodarczy i społeczny we Francji w XI i XII wieku», bidusiu, a kogóż miałoby to zainteresować? Lepiej napisałabyś jakąś pikantną biografię Ryszarda Lwie Serce lub Filipa Augusta, to byłoby coś, co przyciągnęłoby uwagę! Można by z tego zrobić film albo serial! Odkuć się po tylu latach studiów, które finansowałam w pocie czoła!” Potem syczała jak żmija zirytowana powolnym pełzaniem swojej latorośli, wzruszała ramionami i wzdychała: „Jak mogłam wydać na świat taką córkę?”. Pani Matka zawsze zadawała sobie to pytanie. Od pierwszych kroków Joséphine. Jej mąż, Lucien Plissonnier, miał zwyczaj odpowiadać: „Bocian musiał się pomylić”. Ponieważ jego wypowiedzi budziły umiarkowaną wesołość, wreszcie zamilkł. Ostatecznie. Wieczorem 13 lipca podniósł rękę do piersi i zanim zgasł, zdążył powiedzieć: „Trochę za wcześnie, by odpalać petardy”. Joséphine miała dziesięć lat, a Iris czternaście. Pogrzeb był wspaniały. Pani Matka majestatyczna. Zaplanowała wszystko w najdrobniejszych szczegółach: wielkie wiązanki białych kwiatów rzucone na trumnę, marsz żałobny Mozarta, wybór tekstów czytanych przez poszczególnych członków rodziny. Henriette Plissonnier skopiowała nawet czarną woalkę Jackie Kennedy i poprosiła dziewczynki, aby ucałowały trumnę, zanim została spuszczona do ziemi.

Joséphine również zastanawiała się nad tym, jak mogła spędzić dziewięć miesięcy w brzuchu tej kobiety, która – jak mówiono – jest jej matką.

W dniu, w którym została przyjęta do pracy w CNRS – zatrudniono trzech kandydatów ze stu dwudziestu trzech! – rzuciła się do telefonu, aby oznajmić nowinę matce i Iris, ale musiała powtórzyć, wytężać głos, bo ani jedna, ani druga nie rozumiała jej entuzjazmu! CNRS? Po co pakuje się w tę harówkę?

Musiała sobie to jakoś wytłumaczyć: nie interesowała ich. Już od pewnego czasu się tego domyślała, lecz ten dzień stanowił dla niej ostateczne potwierdzenie. Jedynie ślub z Antoine’em je poruszył. Wychodząc za mąż, stawała się wreszcie zrozumiała. Przestawała być małym niezdarnym geniuszem, a stawała się kobietą taką jak inne, z sercem do zdobycia, brzuchem do zapłodnienia, mieszkaniem do urządzenia.

Bardzo szybko Pani Matka i Iris rozczarowały się: An­toine nigdy nie stanie na wysokości zadania. Ze zbyt równym przedziałkiem – co za brak wdzięku, w przykrótkich skarpetkach – co za brak klasy, z niedostatecznie wysoką pensją wątpliwego pochodzenia – sprzedaż strzelb jest czymś hańbiącym! A nade wszystko rodzina żony tak go onieśmielała, że w jej obecności zaczynał się obficie pocić. I nie chodziło o małe kropelki potu, które kreśliłyby delikatne zakola pod pachami, tylko o strugi potu, które moczyły mu koszulę, tak że musiał wychodzić, aby się powycierać. Ta oczywista ułomność nie mogła przejść niezauważona i wprawiała wszystkich w zakłopotanie. Zdarzało mu się to wyłącznie w towarzystwie rodziny żony. Nigdy nie pocił się w firmie Gunman and Co. Nigdy. „To pewnie dlatego, że spędzasz cały czas na powietrzu – próbowała wytłumaczyć Joséphine, podając mu koszulę na zmianę, którą przynosiła na każde rodzinne spotkanie. – Nigdy nie mógłbyś pracować w biurze!”

Joséphine odczuła nagle litość dla Antoine’a i zapominając o tym, że obiecała sobie zachować dyskrecję, przestała się pilnować i zwierzyła się Iris:

– Właśnie go wyrzuciłam! Och, Iris, co z nami będzie?

– Wyrzuciłaś Antoine’a? Na dobre?

– Nie mogłam już tego wytrzymać. Jest miły, sytuacja nie jest dla niego łatwa, to prawda, ale… nie mogłam już patrzeć na jego bezczynność. Być może brakło mi wytrwałości, tylko że…

– To na pewno wszystko? Czy nie ma innego powodu, który byś przede mną ukrywała…

Iris odrobinę ściszyła głos. Teraz mówiła głosem spowiednika, którym posługiwała się zawsze, gdy chciała wydusić zwierzenia od siostry. Joséphine nie była w stanie nic ukryć przed Iris. Nie mogła zataić przed nią najskrytszej myśli, zawsze się poddawała. Co gorsza, sama powierzała jej swoje tajemnice. Miała wrażenie, że to jedyny sposób, aby przyciąg­nąć jej uwagę, jedyny sposób, aby być kochaną.

– Nie wiesz, co to znaczy żyć z bezrobotnym mężem… Mam nawet wyrzuty sumienia z tego powodu, że pracuję. Ukrywam się z moją pracą za obierkami z ziemniaków i garnkami.

Popatrzyła na stół kuchenny i pomyślała, że musi go uprzątnąć, zanim dziewczynki wrócą ze szkoły na obiad. Wcześniej wszystko policzyła: to rozwiązanie było tańsze niż stołówka.

– Myślałam, że po roku się przyzwyczaiłaś.

– Nie bądź złośliwa!

– Przepraszam, moja droga. Wydawało mi się, że ci z tym dobrze. Zawsze go broniłaś. No i co teraz zrobisz?

– Nie mam pojęcia, będę na pewno dalej pracować, choć muszę znaleźć jakieś dodatkowe zajęcie… Korepetycje z francuskiego, gramatyki, ortografii, naprawdę nie wiem…

– To nie powinno być trudne, tylu jest teraz osłów! Począwszy od twojego siostrzeńca… Alexandre wrócił wczoraj ze szkoły z jedynką z dyktanda. Z jedynką! Gdybyś widziała minę jego ojca… Myślałam, że umrze na zawał!

Joséphine nie mogła powstrzymać uśmiechu. Znakomity Philippe Dupin ojcem osła!

– U niego w szkole nauczycielka odejmuje trzy punkty za jeden błąd, łatwo stracić dużo punktów!

Alexandre był jedynym dzieckiem Philippe’a i Iris Dupinów. Miał dziesięć lat, był więc w tym samym wieku co Zoé. Wiecznie chowali się razem pod stołem, rozmawiając z całkowitą powagą i koncentracją lub budując w ciszy olbrzymie konstrukcje z dala od reszty rodziny. Porozumiewali się za pomocą mrugnięć i znaków, czyniąc z nich prawdziwy język, co denerwowało Iris, która ostrzegała syna, że odklei mu się siatkówka lub, gdy była naprawdę wściekła, że z pewnością zidiocieje. „Z powodu twojej córki mój syn skończy jako cierpiący na tiki idiota!” – prorokowała oskarżycielsko, wskazując palcem Zoé.

– Czy dziewczynki wiedzą?

– Jeszcze nie…

– Aha… A jak im to powiesz?

Joséphine umilkła, wydłubując paznokciem z krawędzi stołu z melaminy małą czarną kulkę, którą pstryknęła w głąb kuchni.

Iris kontynuowała. Znowu zmieniła ton. Teraz mówiła łagodnym, kojącym głosem, który jednocześnie uspokoił i rozluźnił Joséphine, sprawiając, że znów miała ochotę się rozpłakać.

– Jestem przy tobie, kochanie, wiesz, że zawsze jestem z tobą i nigdy cię nie opuszczę. Kocham cię jak siebie samą, a to wiele znaczy!

Joséphine stłumiła śmiech. Iris potrafiła być taka zabawna! Póki nie wyszła za mąż, często razem śmiały się do łez. A potem stała się damą, odpowiedzialną i bardzo zajętą damą. Jaką parę stanowili z Philippe’em? Nigdy nie widziała, aby stracili samokontrolę, wymieniali czułe spojrzenia czy pocałunki. Zawsze sprawiali takie wrażenie, jakby uczestniczyli w jakiejś oficjalnej uroczystości.

W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi wejściowych i Joséphine przerwała.

– To na pewno dziewczynki… Rozłączam się i błagam cię: ani słowa o tym jutro wieczorem. Nie mam ochoty, aby był to jedyny temat rozmów!

– Oczywiście, do jutra. I nie zapominaj, że Chrupik i Chrupek schrupali chrupkiego Chrupaka, który z chęcią by ich schrupał!

Joséphine odłożyła słuchawkę, wytarła ręce, zdjęła fartuch, przeczesała ręką włosy upięte na ołówku, aby były mniej ulizane, i pobiegła otworzyć drzwi. Hortense wpadła pierwsza, nie mówiąc matce dzień dobry ani nawet na nią nie patrząc.

– Czy jest tatuś? Dostałam siedemnastkę z wypracowania! I to od tej wrednej Ruffin!

– Hortense, proszę cię, wyrażaj się! To twoja nauczycielka francuskiego.

– Stara krowa i tyle.

Nastolatka nie pocałowała matki ani nie pobiegła do kuchni, żeby zjeść kawałek chleba. Nie rzuciła na podłogę płaszcza ani teczki, ale odłożyła ją starannie, a okrycie zdjęła z dostojnym wdziękiem panienki, która na swoim pierwszym balu oddaje długi płaszcz do szatni.

– Nie pocałujesz mamusi? – spytała Joséphine, wychwytując z irytacją cień błagania w swoim głosie.

Hortense nadstawiła aksamitny miękki policzek, podnosząc jednocześnie sploty kasztanowych włosów, aby się ochłodzić.

– Ale upał! Tropikalny, powiedziałby tatuś.

– Pocałuj mnie naprawdę, kochanie – błagała Joséphine, tracąc całą godność.

– Mamusiu, wiesz, że nie lubię, jak się do mnie tak kleisz.

Musnęła policzek nadstawiony przez matkę i natychmiast przeszła do rzeczy:

– Co jest na obiad?

Podeszła do kuchenki i podniosła przykrywkę garnka, spodziewając się zobaczyć smakowite danie. W wieku czternastu lat miała już postawę i wygląd kobiety. Nosiła dosyć proste ubrania, ale zawinęła rękawy bluzki, zapięła ją pod szyją, dodała broszkę i ścisnęła talię szerokim pasem, który zamienił strój uczennicy w kreację modelki. Jej miedziane włosy podkreślały jasną cerę, a wielkie zielone oczy wyrażały lekkie zdziwienie zabarwione pobłażliwością, która wszystkich trzymała na dystans. Jeżeli istniało jakieś słowo, które zdawało się wymyślone specjalnie dla Hortense, to właśnie „dystans”. Po kim odziedziczyła tę obojętność? – zastanawiała się Joséphine za każdym razem, gdy patrzyła na córkę. – W każdym razie nie po mnie. Jestem taka prostolinijna w porównaniu do mojej córki!

Ma smak drutu kolczastego – pomyślała po tym, jak ją pocałowała. A ponieważ miała sobie za złe, że taka myśl przyszła jej do głowy, pocałowała ją jeszcze raz, co zdenerwowało nastolatkę, która się wyrwała.

– Frytki i jajka sadzone…

Hortense skrzywiła się.

– Mamo, to nie jest bardzo dietetyczne. Nie mamy nic z grilla?

– Nie… Kochanie, nie mogłam pójść do…

– Zrozumiałam. Nie mamy pieniędzy, mięso jest drogie!

– To znaczy…

Joséphine nie miała czasu, żeby skończyć zdanie, gdy do kuchni wpadła druga dziewczynka i rzuciła się na nią.

– Mamusiu! Kochana mamusiu! Spotkałam na schodach Maksa Barthilleta i zaprosił mnie do siebie na Piotrusia Pana! Ma DVD… Tata mu przywiózł! Mogłabym pójść do niego po południu po szkole. Nie mam nic zadane na jutro. Zgódź się, mamusiu, proszę cię, zgódź się!

Zoé podnosiła pełną ufności i miłości twarz do matki, która nie mogła się oprzeć, aby jej nie przytulić, mówiąc:

– Dobrze, dobrze, kochanie, moja śliczna, moja malutka…

– Max Barthillet? – gwizdnęła Hortense. – Pozwalasz jej pójść do niego do domu? Jest w moim wieku, a chodzi do jednej klasy z Zoé! Ciągle zostaje na drugi rok, skończy jako chłopiec na posyłki u rzeźnika lub hydraulik.

– To żaden wstyd być rzeźnikiem lub hydraulikiem – zaprotestowała Joséphine. – A jeżeli nie ma zdolności do nauki…

– Nie chciałabym, żeby się z nami za bardzo skumplował. Bałabym się, że ktoś może się o tym dowiedzieć! Ma naprawdę okropną opinię, nosi za szerokie spodnie, pasy nabijane ćwiekami i za długie włosy.

– Boi się! Boi się! – skandowała Zoé. – Po pierwsze, to nie ciebie zaprosił, tylko mnie! Prawda, że pójdę, mamusiu? Bo mnie nie obchodzi to, że będzie hydraulikiem! Ja uważam, że Max Barthillet jest bardzo przystojny! Co będziemy jeść? Umieram z głodu.

– Frytki i jajka sadzone.

– Mniam! Będę mogła przekłuć żółtka, dobrze, mamo? Będę mogła rozbabrać je widelcem i polać masą keczupu?

Hortense wzruszyła ramionami na widok entuzjazmu młodszej siostry. W wieku dziesięciu lat Zoé miała jeszcze rysy dziecka: zaokrąglone policzki, pulchne ramiona, piegi na nosie, dołeczki, które uwypuklały jej policzki. Była wszędzie okrąglutka, lubiła dawać energiczne całusy, cmokając głośno, biorąc wcześniej rozpęd i przyciskając szczęśliwego wybrańca jak napastnik w rugby. Po czym przywierała do niego i mruczała cicho, bawiąc się pasemkiem jasnych kasztanowych włosów.

– Max Barthillet zaprosił cię, bo chce się zbliżyć do mnie – oświadczyła Hortense, nadgryzając frytkę końcami białych zębów.

– Och, nie ściemniaj! Wydaje jej się, że wszyscy leżą u jej stóp. Zaproszona jestem ja i tylko ja! Tralala! Nawet nie popatrzył na ciebie na schodach! Nawet nie spojrzał.

– Naiwność zakrawa czasem na kretynizm – odparła Hortense, gromiąc siostrę wzrokiem.

– Co to znaczy, mamusiu?

– To znaczy, że macie przestać mówić i spokojnie jeść!

– A ty nie jesz? – spytała Hortense.

– Nie jestem głodna – odpowiedziała Joséphine, siadając przy stole z dziewczynkami.

– Max Barthillet może sobie co najwyżej pomarzyć – powiedziała Hortense. – Nie ma żadnych szans. Chciałabym przystojnego silnego faceta, tak seksownego jak Marlon Brando.

– Kto to jest Marion Bardot, mamo?

– Wielki amerykański aktor, kochanie…

– Marlon Brando! Jest taki przystojny, ach, jaki on jest przystojny! Grał w Tramwaju zwanym pożądaniem, tatuś zabrał mnie na ten film do kina… Tatuś powiedział, że to arcydzieło kinematografii!

– Mmm! Frytki są przepyszne, mamusiu.

– A taty nie ma? Wyszedł na jakieś spotkanie? – spytała Hortense, wycierając sobie usta.

Nadszedł moment, którego obawiała się Joséphine. Spojrzała na pytający wzrok starszej córki, a następnie na pochyloną głowę Zoé pochłoniętej maczaniem frytek w żółtkach oblanych keczupem. Musiała im powiedzieć. Odkładanie tego na później czy kłamstwo niczemu nie służyło. W końcu i tak dowiedzą się prawdy. Powinna była porozmawiać z nimi pojedynczo. Hortense była tak przywiązana do ojca, uznawała, że jest taki „szykowny” i „z klasą”, a on robił co mógł, aby się jej podobać. Nigdy nie chciał, aby w obecności dziewczynek wspominano o braku pieniędzy czy obawach przed niepewnym jutrem. Nie chronił w ten sposób Zoé, lecz swoją starszą córkę. Ta bezwarunkowa miłość była wszystkim, co mu zostało z dawnej świetności. Hortense pomagała mu rozpakować walizki, gdy wracał z podróży, głaskając materiał, z którego uszyte były garnitury, chwaląc zalety koszul, gładząc ręką krawaty, wieszając je równiutko na wieszaku w garderobie. Jesteś przystojny, tatusiu! Jesteś przystojny! Pozwalał się kochać, pozwalał sobie schlebiać, obejmując ją i wsuwając jej do ręki drobny prezent, tylko dla niej, to był ich wspólny sekret. Joséphine zaskoczyła ich kilka razy, gdy naradzali się niczym zauroczeni sobą konspiratorzy. Czuła się wykluczona z ich wspólnictwa. W jej rodzinie były dwie kasty: kasta panów, to jest Antoine i Hortense, i kasta wasali, to jest ona i Zoé.

Nie mogła się już cofnąć. Wzrok Hortense stał się ciężki i zimny. Czekała na odpowiedź na pytanie, które właśnie zadała.

– Wyszedł…

– O której wróci?

– Nie wróci… W każdym razie nie tutaj.

Zoé podniosła głowę i Joséphine w jej oczach wyczytała, że stara się zrozumieć to, co powiedziała matka, ale jej się to nie udaje.

– Wyjechał… na zawsze? – spytała, otwierając usta ze zdziwienia.

– Obawiam się, że tak.

– I nie będzie już moim tatusiem?

– Ależ oczywiście, że będzie! Tylko nie będzie tu już mieszkał razem z nami.

Joséphine tak się bała, tak bardzo się bała. Mogłaby pokazać dokładnie, w którym miejscu się bała, zmierzyć długość, grubość, średnicę sztaby, która miażdżyła jej klatkę piersiową i przeszkadzała oddychać. Chciałaby schronić się w ramionach córek. Chciałaby, żeby objęły się we trójkę i wymyśliły magiczne zdanie, jak to o Wielkim Chrupku i Wielkim Chrupiku. Ileż ona by chciała! Cofnąć czas, znowu usłyszeć melodię szczęścia, pierwsze dziecko, powrót z porodówki, drugie dziecko, wakacje we czwórkę, pierwsza kłótnia, pierwsze pojednanie, pierwsza wiele mówiąca cisza wprowadzająca ciszę, która nic już nie mówi, tylko udaje; zrozumieć, kiedy pękła sprężyna, kiedy czarujący chłopiec, którego poślubiła, zmienił się w Toniego Cortèsa, zmęczonego, nerwowego bezrobotnego męża; chciałaby zatrzymać czas i cofnąć się w przeszłość, w przeszłość…

Zoé rozpłakała się. Jej twarz zmarszczyła się, wykrzywiła, poczerwieniała i popłynęły łzy. Joséphine pochyliła się i objęła ją. Ukryła twarz w kręconych miękkich włosach dziewczynki. Przede wszystkim sama nie mogła się rozpłakać. Musiała zachować siłę i determinację. Musiała pokazać im obu, że się nie boi, że będzie je chronić. Zaczęła mówić do nich pewnym głosem. Powtórzyła to, co wszystkie poradniki psychologiczne radzą mówić rodzicom, kiedy się rozstają. Tatuś kocha mamusię. Mamusia kocha tatusia. Mamusia i tatuś kochają Hortense i Zoé, lecz mamusia i tatuś nie potrafią już razem żyć, a zatem mamusia i tatuś się rozstają. Ale tatuś zawsze będzie kochał Hortense i Zoé i zawsze przy nich będzie, zawsze. Miała wrażenie, że mówi o ludziach, których nie zna.

– Moim zdaniem nie odszedł bardzo daleko – oświadczyła urażonym głosem Hortense. – Co za wstyd! Chyba jest kompletnie zagubiony i nie wie, co ma robić!

Westchnęła, odłożyła z irytacją frytkę, którą właśnie miała ugryźć, i patrząc na matkę, dodała:

– Biedna mamusiu, co ty teraz zrobisz?

Joséphine poczuła, że budzi litość, ale dowód współczucia ze strony starszej córki sprawił jej ulgę. Chciała, żeby Hortense mówiła dalej i pocieszyła ją, jednakże szybko wzięła się w garść: to ona powinna ją objąć. Wyciągnęła ramię w stronę Hortense, która przez stół pogłaskała ją po ręce.

– Biedna mamusia, biedna mamusia… – westchnęła Hortense.

– Chyba się nie pokłóciliście? – spytała Zoé z przerażeniem w oczach.

– Nie, kochanie, podjęliśmy tę decyzję jak dwoje dorosłych odpowiedzialnych ludzi. Tatuś ogromnie się martwi, bo bardzo, bardzo was kocha. To nie jego wina, wiesz. Pewnego dnia, gdy będziesz większa, zrozumiesz, że w życiu nie zawsze można robić to, na co się ma ochotę. Nieraz zamiast podejmować decyzję, trzeba pogodzić się z losem. Od jakiegoś czasu tatuś musiał się pogodzić z wieloma nieprzyjemnymi sprawami i wolał wyjechać, zaczerpnąć powietrza, abyśmy nie musiały znosić jego złego nastroju. Kiedy znajdzie pracę, wytłumaczy wam, jak mu było ciężko…

– I wtedy wróci? Powiedz, mamusiu, wróci?

– Nie mów głupstw, Zoé – przerwała jej Hortense. – Tatuś odszedł i tyle. Nie po to, żeby wrócić, jeżeli chcesz znać moje zdanie. Tylko że ja nie rozumiem… To przecież ździra, nic innego!

Wypowiedziała te słowa pełnym niesmaku tonem i Joséphine zrozumiała, że ona wie. Wie, że ojciec ma romans. Hortense musiała się o tym dowiedzieć znacznie wcześniej niż ona. Chciała z nią o tym porozmawiać, ale zawahała się z uwagi na Zoé.

– Problem jedynie w tym, że teraz będziemy naprawdę biedni… Mam nadzieję, że będzie nam dawał trochę pieniędzy. Chyba będzie musiał, nie?

– Posłuchaj, Hortense… Nie rozmawialiśmy o tym.

Przerwała, bo zdała sobie sprawę, że Zoé nie powinna słyszeć dalszego ciągu.

– Powinnaś iść wysiąkać nos, kochanie, i umyć buzię – doradziła, zdejmując Zoé z kolan i wypychając z kuchni.

Zoé wyszła, pociągając nosem i powłócząc nogami.

– Skąd o tym wiesz? – spytała Joséphine.

– O czym?

– O… tej kobiecie.

– Ależ, mamo… Cała dzielnica wie! Było mi głupio ze względu na ciebie! Zastanawiałam się, jak to się dzieje, że nic nie widzisz…

– Wiedziałam, ale przymykałam oko…

To nie była prawda. Dowiedziała się o tym dzień wcześniej od sąsiadki z klatki, Shirley, która użyła tych samych argumentów co jej córka: „Joséphine, otwórz wreszcie do cholery oczy! On cię zdradza, a ty nic! Obudź się! Nawet sprzedawczyni w piekarni śmieje się ukradkiem, gdy podaje ci bagietkę!”.

– Kto ci powiedział? – nalegała Joséphine.

Zmroził ją wzrok, jakim obrzuciła ją wówczas Hortense. To było zimne, pełne pogardy spojrzenie, jakim kobieta, która wie, obrzuca tę, która nie wie, spojrzenie doświadczonej kurtyzany na głupiutką gęś.

– Mamusiu, otwórz oczy. Czy widzisz, jak się ubierasz? Jakie masz włosy? Kompletnie się zapuściłaś. Nic dziwnego, że znalazł sobie kogoś innego! Nadszedł najwyższy czas, abyś opuściła średniowiecze i wróciła do naszej epoki.

Ten sam głos, ta sama ironiczna pobłażliwość, te same argumenty, jakich używał jej ojciec. Joséphine zamknęła oczy, zatkała sobie uszy rękami i zaczęła krzyczeć:

– Hortense? Zabraniam ci mówić do mnie tym tonem… Jeżeli od pewnego czasu jeszcze jakoś żyjemy, to właśnie dzięki mnie i dzięki dwunastemu wiekowi! Czy ci się to podoba, czy nie! I zabraniam ci patrzeć na mnie w ten sposób. Jestem twoją matką, nigdy o tym nie zapominaj, twoją matką! I powinnaś… Nie powinnaś… Powinnaś mnie szanować.

Bełkotała, była śmieszna. Strach ponownie schwycił ją za gardło: nigdy nie uda się jej wychować dwóch córek, nie ma wystarczającego autorytetu, kompletnie ją to przerośnie.

Kiedy otwarła oczy, zobaczyła Hortense, która przyglądała się jej z ciekawością, tak jakby widziała ją po raz pierwszy, a to co dostrzegła w błysku zdziwienia w oczach córki, nie podniosło jej na duchu. Było jej strasznie wstyd, że straciła panowanie nad sobą. Nie powinnam wszystkiego mieszać – pomyślała – to ja powinnam teraz dawać przykład, tylko ja jestem dla nich punktem odniesienia.

– Bardzo mi przykro, kochanie.

– Nie szkodzi, mamo, nic nie szkodzi. Jesteś zmęczona, wykończona nerwowo. Połóż się na chwilę, poczujesz się lepiej…

– Dziękuję, kochanie, dziękuję… Pójdę zobaczyć, co robi Zoé.

Po obiedzie dziewczynki poszły z powrotem do szkoły. Joséphine zapukała do drzwi sąsiadki, Shirley. Nie mogła już znieść samotności.

Drzwi otworzył jej Gary, syn Shirley. Był o rok starszy od Hortense i chodzili do jednej klasy, ale nie zgadzała się wracać z nim ze szkoły, utrzymując, że jest rozmamłany. Wolała nie pożyczać od niego zeszytów, gdy była chora lub opuściła lekcje, aby nie mieć wobec niego długu wdzięczności.

– Nie jesteś w szkole? Hortense już wyszła.

– Wybraliśmy różne profile, ja wracam w poniedziałki o wpół do trzeciej… Chcesz zobaczyć mój nowy wynalazek? Patrz.

Pokazał jej dwa tampaksy, które wprawił w ruch, nie plątając ich sznureczków. To było dziwne: za każdym razem gdy jeden tampon zbliżał się do drugiego, gotów połączyć z nim niteczki z białej waty, nieruchomiał, zaczynał się kołysać, a następnie kręcić, zataczając najpierw małe, potem coraz większe koła, choć Gary nawet nie ruszał palcami. Joséphine popatrzyła na niego zdziwiona.

– Wymyśliłem perpetuum mobile bez źródła energii zanieczyszczającego środowisko.

– Przypomina mi to jojo – powiedziała Joséphine, żeby coś powiedzieć. – Jest mama?

– W kuchni. Właśnie sprząta…

– Nie pomagasz jej?

– Nie chce, woli, żebym wymyślał wynalazki.

– Powodzenia, Gary!

– Nawet nie zapytałaś, jak to zrobiłem!

Wyglądał na rozczarowanego i podniósł dwa tampaksy jak dwa znaki zapytania.

– To nie fair…

W kuchni krzątała się Shirley. Przepasana wielkim fartuchem sprzątała talerze, zgarniała resztki, wrzucała je do kosza i lała wodę dużym strumieniem, podczas gdy na kuchence w dwóch dużych żeliwnych garnkach na małym ogniu gotowało się coś, co sądząc po delikatnym zapachu, jaki się roznosił, było najwyraźniej królikiem w musztardzie lub zupą jarzynową. Shirley była nieprzejednaną zwolenniczką naturalnych i świeżych produktów. Nie jadła żadnych konserw, żadnych mrożonek, uważnie czytała każdą etykietkę na jogurcie i pozwalała Gary’emu jeść tylko jeden chemiczny produkt spożywczy w tygodniu, żeby, jak mawiała, uodpornić go na niebezpieczeństwa związane z nowoczesną żywnością. Prała w rękach, używając szarego mydła, suszyła pranie poziomo, rozciągając je na szerokich ręcznikach, rzadko oglądała telewizję, każdego popołudnia słuchała BBC, jej zdaniem jedynego inteligentnego radia. Była wysoką, szeroką w ramionach kobietą o gęstych, krótko obciętych blond włosach, dużych złotych oczach, cerze opalonego na słońcu dziecka. Widząc ją z tyłu, ludzie brali ją za mężczyznę i popychali, a z przodu – ustępowali z szacunkiem drogi, aby mogła przejść. Pół mężczyzna, pół wamp, mówiła ze śmiechem, mogę walić pięściami w metrze i reanimować napastników, trzepocząc rzęsami! Shirley miała czarny pas w dżiu-dżitsu.

Była Szkotką i opowiadała, że przyjechała do Francji do szkoły hotelarskiej i nigdy stąd nie wyjechała. Francuski szarm! Zarabiała na życie, ucząc śpiewu w szkole muzycznej w Courbevoie, udzielając prywatnych lekcji angielskiego złaknionym sukcesu biznesmenom; piekła znakomite ciasta i sprzedawała je po piętnaście euro za sztukę pewnej restauracji w Neuilly, która zamawiała ich dziesięć tygodniowo. A czasami więcej. Pachniało u niej smażonymi warzywami, rosnącym ciastem, roztopioną czekoladą, gęstniejącym karmelem, podsmażaną cebulką i przypiekaną pulardą. Sama wychowywała syna Gary’ego, nigdy nie mówiła o jego ojcu, a gdy ktoś o nim wspominał, wydawała pomruki wskazujące na marną opinię, jaką cieszyli się w jej oczach mężczyźni w ogóle, a w szczególności ten konkretny.

– Wiesz, czym się bawi twój syn, Shirley?

– Nie…

– Dwoma tampaksami!

– Coś podobnego… Nie wkłada ich sobie przynajmniej do ust?

– Nie.

– To świetnie! Przynajmniej nie zdziwi się, gdy po raz pierwszy jakaś dziewczyna podetka mu je pod nos.

– Shirley!

– Joséphine, co w tym szokującego? Ma piętnaście lat, nie jest już małym dzieckiem!

– Pozbawisz jego życie całej poezji, jeżeli powiesz mu wszystko, pokażesz wszystko, wyjaśnisz wszystko.

– Jakiej tam znowu poezji! Cała ta poezja to jedna wielka ściema. Znasz jakieś związki oparte na poezji? Ja znam tylko oszustwa i rzezie.

– Shirley, jesteś taka brutalna!

– A ty, Joséphine, jesteś niebezpieczna ze swoimi złudzeniami… No i na jakim jesteś etapie?

– Mam wrażenie, że od dzisiejszego ranka żyję z szybkością stu kilometrów na godzinę. Antoine odszedł. To znaczy, wyrzuciłam go… Powiedziałam o tym siostrze, powiedziałam dziewczynkom! Mój Boże! Shirley, chyba popełniłam wielkie głupstwo.

Pocierała rękami ramiona, jakby chciała się rozgrzać mimo panującego majowego upału. Shirley podała jej krzesło i kazała usiąść.

– Nie jesteś pierwszą porzuconą kobietą w XXI wieku. Jest nas całkiem sporo! I zdradzę ci pewien sekret: można z tym żyć i co więcej, można z tym świetnie żyć. Początki są trudne, to prawda, lecz potem nie sposób już żyć inaczej niż solo. Wywalamy samca, jak tylko nas zapłodni, jak samice w królestwie zwierząt. To prawdziwa rozkosz! Ja na przykład mam czasem ochotę ugotować sobie pyszną kolację i zjeść ją przy świecach wyłącznie we własnym towarzystwie…

– Chyba jeszcze do tego nie dojrzałam…

– To widać. No już, opowiadaj… Od dawna wiadomo było, że to się musi tak skończyć! Gary, niedługo powinieneś iść do szkoły, umyłeś zęby? Wszyscy o tym wiedzieli z wyjątkiem ciebie. To było nieprzyzwoite.

– To właśnie powiedziała Hortense… Wyobrażasz sobie? Moja czternastoletnia córka wiedziała o czymś, o czym ja nie miałam pojęcia! Nie dość, że byłam zdradzaną żoną, to jeszcze musiałam uchodzić za kretynkę! Ale powiem ci coś: teraz mam to gdzieś i zastanawiam się nawet, czy nie wolałabym nie wiedzieć…

– Masz mi za złe, że ci powiedziałam?

Joséphine spoglądała na niewinną łagodną twarz przyjaciółki, maleńkie piegi na krótkim, lekko zadartym nosie, wydłużone oczy w kolorze miodu z pasemkami zieleni, przypominające maskę wenecką, i wolno potrząsnęła głową.

– Nigdy nie mogłabym mieć ci tego za złe. Nie ma w tobie krzty złośliwości. Jesteś chyba najsympatyczniejszą osobą na świecie. Zresztą ta dziewczyna, Mylène, nie jest niczemu winna! A on gdyby pracował, nawet by na nią nie spojrzał. Wszystko przez to… co stało się u niego w pracy, przez to, że w wieku czterdziestu lat został odstawiony na boczny tor, to nieludzkie!

– Przestań, Jo. Roztkliwiasz się. Jak tak dalej pójdzie, okaże się, że to twoja wina!

– W każdym razie ja go wyrzuciłam. Mam to sobie za złe, Shirley. Powinnam była wykazać się większym zrozumieniem, większą tolerancją…

– Jo, wszystko mieszasz. Jeżeli tak się dzisiaj stało, to znaczy, że tak musiało się stać. Lepiej było z tym skończyć niż czekać do czasu, aż nie moglibyście się już znieść! No już, głowa do góry! Chin up!

Joséphine skinęła głową, nie mogąc wykrztusić ani słowa.

– Popatrzcie na tę niezwykłą kobietę: zaraz umrze ze strachu, bo zostawił ją facet! No już, filiżanka kawy, duży kawałek czekolady i zobaczysz, wszystko będzie lepiej.

– Nie sądzę, Shirley. Tak bardzo się boję! Co się z nami stanie? Nigdy nie mieszkałam sama. Nigdy! Nie podołam. A dziewczynki? Będę musiała wychowywać je bez ojca, który by mnie wspierał… Nie mam u nich prawie żadnego autorytetu.

Shirley zastygła w bezruchu, podeszła do przyjaciółki i chwytając ją za ramiona, zmusiła, by na nią popatrzyła.

– Jo, powiedz mi dokładnie, czego się boisz. Kiedy ktoś się czegoś boi, powinien spojrzeć strachowi prosto w oczy i nazwać go. W przeciwnym razie strach go zmiażdży i zmiecie jak tsunami…

– Nie, nie teraz! Daj mi spokój… Nie mam ochoty myśleć.

– Właśnie teraz, powiedz mi dokładnie, czego się boisz…

– Czy nie mówiłaś o kawie i kawałku czekolady?

Shirley uśmiechnęła się i obróciła głowę w stronę ekspresu do kawy.

– Dobrze, ale tak z tego nie wyjdziesz.

– Shirley, ile właściwie masz wzrostu?

– Metr siedemdziesiąt dziewięć, ale nie próbuj zmieniać tematu. Wolisz arabikę czy kawę mozambijską?

– Na co ty masz ochotę, mnie jest wszystko jedno…

Shirley wyjęła paczkę kawy, drewniany młynek, napełniła go, usiadła na taborecie i przytrzymując młynek między długimi udami, zaczęła miarowo kręcić korbką, nie spusz­czając oczu z przyjaciółki. Mawiała, że mielenie ziaren ręcznie jest jak mielenie swoich myśli.

– Uważam, że ładnie wyglądasz, gdy siedzisz tak w fartuchu i…

– Nie uciekaj w komplementy.

– I uważam, że jestem taka brzydka.

– Ale przecież nie tego się boisz?

– Kto cię nauczył takiej bezpośredniości? Matka?

– Życie… Można zaoszczędzić czas. A ty dalej oszukujesz… Ciągle unikasz tematu.

Wtedy Joséphine podniosła wzrok na Shirley i przyciskając pięści do ud, zaczęła mówić, mówić bardzo szybko, jąkając się, poprawiając, powtarzając bez przerwy jedno i to samo.

– Boję się, boję się wszystkiego, jestem kłębkiem strachu… Chciałabym umrzeć, tu i teraz, i nie musieć się już niczym zajmować.

Shirley patrzyła na nią przez dłuższą chwilę, zachęcając wzrokiem, który zdawał się mówić: „No dalej, sprecyzuj”.

– Boję się, że mi się nie uda, boję się, że skończę pod mostem, boję się, że mnie eksmitują, boję się, że już nigdy nikogo nie będę kochać, boję się, że stracę pracę, boję się, że żadna myśl nie przyjdzie mi już do głowy, boję się starości, boję się otyłości, boję się śmierci w samotności, boję się, że już nigdy nie będę się śmiać, boję się raka piersi, boję się jutra…

„No dalej, dalej – mówił wzrok Shirley, która nadal kręciła korbką młynka – przekłuj ten wrzód, powiedz, czego boisz się najbardziej… Jaki strach cię paraliżuje i nie pozwala ci rozwinąć skrzydeł, aby stać się wspaniałą Jo, nie do pobicia, jeśli chodzi o średniowiecze i katedry, panów i warowne zamki, wasali i kupców, damy i panny, duchowieństwo i prałatów, czarownice i szubienice; Jo, która tak dobrze opowiada o średniowieczu, że nieraz miałabym ochotę do niego wrócić… Wyczuwam u ciebie jakiś brak, ranę, przerażenie, które sprawia, że kulejesz, nie możesz się wyprostować. Obserwuję cię od siedmiu lat, odkąd mieszkamy w jednej klatce, odkąd przychodzisz na kawę i plotki, gdy go nie ma…”

– No już – powiedziała cicho Shirley – powiedz, co cię gryzie.

– Uważam, że jestem brzydka, taka brzydka. Myślę, że żaden facet się we mnie już nigdy nie zakocha. Jestem gruba, nie umiem się ubrać, nie umiem się uczesać… A będę coraz starsza.

– Taki już los nas wszystkich.

– Nie, w moim wypadku to pójdzie dwa razy szybciej. Bo widzisz, ja się już nie staram, zapuszczam się. Wiesz o tym doskonale…

– A kto ci wbił te czarne myśli do głowy? On zanim odszedł?

Joséphine potrząsnęła głową, pociągając nosem.

– Nikt mi w tym nie musi pomagać. Wystarczy, że przejrzę się w lustrze.

– I co jeszcze? Czego boisz się najbardziej na świecie? Czego nie mogłabyś znieść?

Joséphine spojrzała na Shirley pytającym wzrokiem.

– Nie wiesz?

Joséphine przecząco pokręciła głową, Shirley długo patrzyła jej głęboko w oczy, po czym westchnęła.

– Dopiero gdy zdefiniujesz strach, ten strach, który leży u źródła wszystkich innych, wtedy zupełnie przestaniesz się bać i wreszcie staniesz się sobą.

– Shirley, mówisz jak jasnowidząca…

– Albo jak czarownica. W średniowieczu by mnie spalono!

Tak, to prawda, dziwnie wyglądały te dwie kobiety w kuchni pośród dymiących garnków, podskakujących pokrywek, jedna opasana szerokim fartuchem, z wyprostowanymi plecami, ściskająca młynek między długimi udami, a druga zmięta, czerwona, zwinięta, kuląca się coraz bardziej w miarę, jak mówiła. Aż w końcu przestała mówić, opadła na stół i płakała, płakała, podczas gdy druga, smutna, patrzyła na nią, potem wyciągnęła rękę i głaskała ją po głowie, jak głaska się małe dziecko, aby je uspokoić.

– Co robisz dziś wieczorem? – spytała Bérangère Clavert, zwracając się do Iris Dupin i odpychając kawałek chleba z dala od talerza. – Bo jeżeli jesteś wolna, możemy razem pójść na wernisaż Marca.

– Mam rodzinną kolację w domu. To dziś wieczór jest wernisaż Marca? Wydawało mi się, że w przyszłym tygodniu…

Spotkały się jak co tydzień w modnej restauracji. Zarówno po to, aby porozmawiać, jak i po to, by śledzić nowinki, które rodziły się i umierały na ich oczach. Politycy szeptem wymieniali informacje, jakaś gwiazdka potrząsała ciężkimi włosami, aby zrobić wrażenie na reżyserze, jedna, dwie, trzy superpłaskie modelki, które biodrami zawadziły właśnie o stolik, stary bywalec, sam, siedzący przy stole jak krokodyl w bagnie, czyhający na plotkę, by czym prędzej ją przeżuć.

Bérangère znowu wzięła kawałek chleba i kruszyła go niecierpliwymi ruchami palca wskazującego.

– Wszyscy czekają, żeby się na mnie odegrać. Każde spojrzenie rzucone w moją stronę będzie niczym badanie pulsu, aby sprawdzić, w jakim nastroju jest zwierzyna. Nic nie powiedzą, znam ich. Są zbyt dobrze wychowani. Ale wyczytam w ich oczach znaki nadawane alfabetem Morse’a: I jak się ma nasza mała Clavert? Nie martwi się za bardzo, że ją rzucił? Czy jest gotowa podciąć sobie żyły? Marc będzie się puszył w ramionach nowej przyjaciółki… A ja będę chora. Z upokorzenia, wściekłości, miłości i zazdrości.

– Nie wiedziałam, że jesteś zdolna do tylu uczuć.

Bérangère wzruszyła ramionami. Niezależnie od tego, co o tym mówiła, zerwanie z Markiem było wystarczająco bolesne, aby nie dodawać do niego jeszcze kolców publicznego upokorzenia.

– Znam ich, wiesz przecież. Będą czyhać na moje najdrobniejsze potknięcie. Ośmieszę się…

– Wystarczy, że zachowasz dystans, a zostawią cię w spokoju. Potrafisz tak dobrze udawać złośliwą, moja droga. Nie będziesz musiała wkładać w to żadnego wysiłku!

– Jak możesz tak mówić?

– Mimo twoich starań umiem przecież odróżnić miłość własną od miłości. Jesteś obrażona, ale nie zraniona…

Bérangère zmiażdżyła miąższ chleba prawym palcem wskazującym, rozpłaszczyła go zdecydowanym ruchem dłoni i zaczęła zwijać, aż zmienił się w długi wąż, który wił się na obrusie jak czarna plama; potem nagle podnosząc głowę, spojrzała wzrokiem udręczonej samicy na przyjaciółkę, która schyliła się, aby wyjąć telefon dzwoniący w torebce.

Bérangère wahała się między płaczem nad własnym losem a ripostą. Iris odłożyła aparat, który przestał dzwonić, i obrzuciła ją ironicznym wzrokiem. Bérangère wybrała ripostę. W drodze na ten obiad przyrzekła sobie, że nic nie powie, będzie chronić przyjaciółkę przed uporczywą plotką krążącą po Paryżu, lecz Iris zraniła ją z taką dezynwolturą, taką pogardą, że nie zostawiła jej wyboru: uderzy. Zemsty! Zemsty! – krzyczało całe jej jestestwo. Mimo wszystko – pomyślała, aby ostatecznie przekonać samą siebie – lepiej, żeby dowiedziała się z moich ust, cały Paryż o tym mówi, a ona nic nie wie.

Nie po raz pierwszy Iris ją raniła. Zdarzało się to nawet coraz częściej. Bérangère nie mogła dłużej znieść bezmyślnego okrucieństwa Iris, która waliła jej prawdę między oczy, tak jak tumanowi w szkole wykłada się zasadę rozwiązywania równań. Straciła kochanka, to prawda, nudziła się z mężem, to fakt, miała na głowie czwórkę dzieci, to trudno, uwielbiała plotki i oszczerstwa, to oczywiste, ale nie mogła dopuścić, aby ją napastowano – na to musiała zareagować. Zdecydowała jednak, że poczeka, zanim wypuści pierwszą strzałę, oparła więc łokcie na stole, położyła podbródek na rękach i z szerokim uśmiechem zauważyła:

– To co powiedziałaś, nie było bardzo miłe.

– Może nie było miłe, ale stuprocentowo trafne, nie? Chciałabyś, żebym udawała, żebym cię okłamywała? Żebym się nad tobą użalała?

Mówiła monotonnym znużonym głosem. Bérangère zaatakowała słodka jak miód.

– Nie wszyscy mogą mieć, tak jak ty, przystojnego, inteligentnego i bogatego męża! Gdyby Jacques przypominał Philippe’a, nie miałabym najmniejszej ochoty na skok w bok. Byłabym wierna, piękna, dobra… I spokojna!

– Spokój nie budzi pożądania, powinnaś o tym wiedzieć. To dwa pojęcia kompletnie różne. Można być spokojną z mężem i gorącą z kochankiem…

– Bo… ty masz kochanka?

Zaskoczenie wywołane odpowiedzią Iris wzbudziło u Bérangère to proste i bezpośrednie pytanie. Iris spojrzała na nią zaskoczona. Bérangère przyzwyczaiła ją do większej subtelności. Była tak zaszokowana, że cofnęła się na krześle i odpowiedziała bez zastanowienia:

– A dlaczego nie?

W ułamku sekundy Bérangère wyprostowała się i spojrzała na Iris oczyma, które zwęziły się w dwie płonące ciekawością szparki; rozchyliła wargi gotowe smakować boską plotkę. Iris popatrzyła na nią i zauważyła, że kącik jej ust podnosi się wyżej po lewej stronie. Bo kobieta bezlitośnie osądza wygląd innej kobiety, nawet przyjaciółki. Nic nie umyka jej uwadze, ona czyha na znaki nieuchronnego upadku. Iris zawsze myślała, że ten wzrok jest najmocniejszym spoiwem kobiecej przyjaźni: Ile ma lat? Jest młodsza czy starsza? O ile? Wszystkie te szybkie pobieżne obliczenia przeprowadzane wciąż na nowo, między dwoma kęsami, dwoma zdaniami, aby się uspokoić lub wręcz przeciwnie, wpaść w rozpacz, prowadziły do cichego wspólnictwa, milczącej solidarności.

– Powiększyłaś sobie wargi?

– Nie… Ale powiedz… powiedz…

Bérangère nie mogła się już doczekać, błagała, niemal przebierała nogami, cała jej postawa zdawała się mówić: Jestem twoją najlepszą przyjaciółką, powinnaś mnie pierwszą poinformować. Ta niecierpliwość wywołała lekki niesmak w Iris, która próbowała rozwiać to odczucie, myśląc o czym innym. Jej wzrok ponownie padł na wykrój ust spuchniętych z jednej strony.

– To dlaczego tu ci tak sterczy?

Położyła palec na lewym kąciku ust Bérangère i pomacała lekką opuchliznę. Zirytowana Bérangère cofnęła głowę.

– Mówię ci, dziwnie to wygląda, tu, po lewej stronie, warga podjeżdża do góry. Chyba że to ciekawość zniekształca ci usta… Tak bardzo się nudzisz, że czyhasz na najmniejszą plotkę, aby się nią rozkoszować?

– Nie bądź złośliwa!

– Och, tobie do pięt nie dorastam.

Bérangère opadła na oparcie krzesła i utkwiła wzrok w drzwiach wejściowych, udając luz. W restauracji był dziki tłum, lecz ani jednej znajomej twarzy. Możliwość dopasowania imienia do czyichś włosów lub profilu uspokajała ją, ale tego dnia nie pojawił się nikt jej znany, kto mógłby być pożywką dla jej ciekawości. Czy to ja, czy to miejsce wyszło z mody? – zastanawiała się, ściskając poręcz krzesła, którego oparcie wbijało się jej w plecy.

– Byłabym w stanie zrozumieć, że potrzebujesz… towarzystwa. Już od tak dawna jesteś mężatką… Pożądanie nie może oprzeć się próbie, jaką jest codzienne mycie zębów w łazience ramię w ramię…

– Mylisz się, nasze ramiona jeszcze dość często kopulują.

Bérangère wzruszyła ramionami.

– To niemożliwe… Nie po tylu latach małżeństwa.

I – pomyślała – nie po tym, o czym się właśnie dowiedziałam!

Wahała się chwilę, a następnie gardłowym, stłumionym głosem, który zaintrygował Iris, dodała:

– Wiesz, co mówi się w Paryżu o twoim mężu?

– Nie wierzę w to.

– Ja też nie. To straszne!

Bérangère potrząsnęła głową, jakby nie mogła się nadziwić. Potrząsnęła głową, aby przedłużyć nieco oczekiwanie przyjaciółki. Wreszcie potrząsnęła głową, aby rozkoszować się raz jeszcze słodyczą trucizny, którą sączyła. Iris nie reagowała. Jej długie palce z czerwonymi paznokciami bawiły się rąbkiem białego obrusa i był to jedyny wyraz czegoś, co można by porównać do zniecierpliwienia. Bérangère chciałaby, żeby Iris się dopytywała, ale przypomniała sobie, że to nie w stylu przyjaciółki. Wielka siła Iris tkwiła w inercji bliskiej całkowitej obojętności, tak jakby nic nigdy nie mogło jej dotknąć.

– Mówi się… Chcesz wiedzieć?

– Jeżeli sprawi ci to przyjemność.

W