Wydawca: Wydawnictwo Kaligrafia Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 99

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Znowu w grze - Agnieszka Żądło-Jadczak

W sierpniu br. po raz pierwszy w Polsce odbyły się Mistrzostwa Świata Bezdomnych w Piłce Nożnej Ulicznej. Po raz pierwszy w Mistrzostwach wzięła udział (i zajęła 8. miejsce) Polska Kobieca Reprezentacja Bezdomnych złożona z młodych dziewczyn po życiowych przejściach. To im poświęcona jest poruszająca książka Agnieszki Żądło-Jadczak „Znowu w grze”.

Bohaterki książki mówią o sobie mocno, „bez ściemy”, bez gładkich formułek. Czasami aż nie chce się wierzyć, że będąc tak młodą osobą, można mieć już tyle złego bagażu życiowych doświadczeń. „Już potrafiłam wypić połówkę w domu z koleżanką, połówkę przed klubem. Zachłysnęłam się tą Warszawą, zaplątałam w lianach stołecznej dziczy i wydawało mi się, że to ja pociągam za wszystkie sznurki. Przerwałam szkołę, wymyśliłam sobie karierę, taką z dziecięcych fantazji…” - czytamy w opowieści Ani, jednej z bohaterek książki „Znowu w grze”.

„Zaczęło się od małych ilości. Pijak też zaczyna najpierw od piwa, a kończy na butelce. Od małych ilości, po coraz większe, później zaczęłam brać kompot, to jest polska heroina. To jest jak powietrze, trzeba brać codziennie. Jak nie brałam, nie byłam w stanie nic zrobić. Było 20 stopni na dworze, a ja chodziłam w 4 bluzach, z kurtką, pociłam się, raz mi było zimno, raz gorąco. Ale później po wzięciu przechodziło” - mówi Ewelina.

Opowieści bohaterek książki uzupełnia rozmowa z ich trenerem, Tomaszem Figlarzem, który mówi o własnych doświadczeniach życiowych i sportowych - sam dwukrotnie uczestniczył w Mistrzostwach Świata Bezdomnych jako zawodnik. Wie, jak piłka potrafi zmienić życie. Bohaterki udziałem w Mistrzostwach wracają tym samym do życiowej gry, a gra na piłkarskim boisku ma im w tym pomóc.

Opinie o ebooku Znowu w grze - Agnieszka Żądło-Jadczak

Fragment ebooka Znowu w grze - Agnieszka Żądło-Jadczak

Miałam obdukcję i było widać na mnie te 3 miesiące przemocy, lęku i nadziei na ucieczkę. Teraz Adrian będzie miał sprawę. Tylko boję się chodzić tamtędy. Ta ulica Małeckiego w Poznaniu to złe wspomnieniaćI duże prawdopodobieństwo, że znów miałabym połamane żebra.

ADA

„Kochanie” do mnie mówił, prezenciki jakieś kupował. Chciał, żebym z nim mieszkała. Miałam nieco ponad 13 lat, on 16. Powiedziałam, że jak mama jeszcze raz się upije, to się wyprowadzę. Upiła się, a ja zamieszkałam u Adriana. Sielanką nazwałabym pierwszy miesiąc, później mój „ukochany” zaczął pić i ćpać.

Uderzył mnie w twarz, bo mu powiedziałam, że jest zwykłym „penerem”. To znaczy kimś z ulicy. Na początku udawał takiego słodkiego chłopaczka, a szybko stał się damskim bokserem. A ja mam taki charakter, że sobie nie pozwolę. Oddałam. Powiedziałam: „Uderzysz jeszcze raz, a odejdę”. To mnie zamknął w swoim mieszkaniu na klucz. Na 3 miesiące.

Na 129600 minut w pokoju bez okien. Stała lampka, był telewizor, ale kanały nie działały. Bił mnie codziennie. Ciemne ściany ociekały moją krwią. Masakra. Zamknęłam się w sobie, siedziałam przestraszona na podłodze. Przychodził, przynosił alkohol, ja mówiłam, że nie chcę. Jedzenie też mi dawał. Do łazienki chodził za mną, czekał pod drzwiami i odprowadzał z powrotem do pokoju. Mogłam go popchnąć, żeby spadł ze schodów, ale wtedy wszystko byłoby na mnie. Moja mama już coś podejrzewała, dzwoniła na mój numer, ale on odbierał, mówił, że chodzę do pracy.

Tuż obok, w drugim pokoju mieszkała jego mama, lekko przygłucha. Słyszałam, jak robiła sobie obiad, kolację, jak wychodziła do pracy na nockę. Do jego pokoju w ogóle nie wchodziła. Jeszcze mówił jej, żeby zadzwoniła do mojej mamy i powiedziała: „wszystko jest ok.”.

Odbiło mu. Pod wpływem alkoholu popchnął mnie tak, że się przewróciłam na podłogę. Jak znienawidzonego psa zaczął mnie kopać po żebrach, złamał mi cztery z jednej strony i trzy z drugiej. Zwijałam się z bólu, ale on nie chciał mnie zabrać do lekarza, mimo że go błagałam.

Przypadkowo zostawił otwarte drzwi, wyszedł pijany do sklepu po piwo, zdążyłam uciec. Pobiegłam ulicą Małeckiego do koleżanki. W mieszkaniu siedział jej kolega, Szymon. Zapytał: „dziewczyno, co się stało?!”, ale przestraszona nie poruszyłam nawet wargami, żeby opowiedzieć o wszystkim. Moje oczy, siniaki i krew mówiły same za siebie. Zawiózł mnie do szpitala, codziennie odwiedzał nieprzytomną z bólu.

Byłyśmy później na policji z mamą, Adrian się nie przyznawał. Ale miałam obdukcję i było widać na mnie te 3 miesiące przemocy, lęku i nadziei na ucieczkę. Teraz będzie miał sprawę. Tylko boję się chodzić tamtędy. Ta ulica to złe wspomnienia…I duże prawdopodobieństwo, że znów miałabym połamane żebra.

Z Szymonem od ponad dwóch lat jesteśmy parą. Mówi do mnie „Koliberku”. Siedzi w więzieniu na Nowosolskiej w Poznaniu od 30 stycznia. Za niezapłaconą grzywnę i za pobicie. Za pobicie to przeze mnie, bo kiedyś spotkaliśmy mojego byłego w tramwaju, rzucał się do mnie. Szymon chciał mnie obronić, ale akurat policja weszła. No, zobacz, jak grzecznie śpi na zdjęciu. Raz mnie tylko popchnął, dla żartów. „Uważaj, Szymonku”, ostrzegłam. Za dużo przeszłam, żeby znów sobie pozwolić na bicie.

We wrześniu mój chłopak dostaje pierwszą przepustkę, a teraz ja do niego chodzę na widzenia. Nic z domu nie mogę przynieść, tylko ze sklepiku w więzieniu. Do 3 kilogramów na miesiąc. Muszę spisać na kartce i iść z tym do ochroniarza po zgodę. Ostatnio przyniosłam mu np: kawę, delicje, szczoteczkę, pastę i szampon.

Dużo wspólnie przeszliśmy. Rok temu w sierpniu kolega Szymona miał urodziny, on poszedł do niego, a mnie powiedział, że jedzie na nockę w delegację. Zadzwonił później i przepraszał. Za późno… Zobaczyłam krew na moim ubraniu, zadzwoniłam po niego przestraszona. Razem pojechaliśmy do szpitala. Brzuch bolał mnie coraz bardziej, wymiotowałam krwią. Lekarz zapytał, czy byłam w ciąży. „Jestem w trzecim miesiącu”. A on na to: „Przykro mi…”. Rozpłakałam się, miałam ochotę pobić tego konowała, ale leżałam na łóżku i nie mogłam się ruszyć. Nie obwiniam Szymona za to. Bo to też była moja wina, a trochę i mojej mamy, bo przez nią się denerwowałam. Nikogo nie obwiniam…

„Koliberku, jak wyjdę, to wyjedziemy do Holandii, odpoczniesz”, napisał w ostatnim liście. I jeszcze tak: „Mam nadzieję, że dobrze sobie radzisz. Jak u Ciebie w szkole? Ja chodzę do pracy. Kocham Cię, Kochana”. Czytam i wydaje mi się, że do mnie mówi, a ja płaczę, tak mnie wzruszają jego listy. Napisał, że jak do niego przychodzę na widzenia, to widzi, co stracił, żałuje, że nie jest na wolności, że był głupi. Kiedyś każdą dziewczynę miał z imprezy, nie miał żadnej na poważnie. Kiedyś myślał, że życie jest zabawą, teraz więcej rozumie.

Ja już też więcej rozumiem, nie zamierzam się tak bić jak kiedyś. Dostałam już wyrok za pobicie. Koleżanka powiedziała, że jestem szmatą. To jej przyłożyłam tak, że miała wstrząśnienie mózgu. Teraz ze strachu przechodzi na drugą stronę ulicy, jak mnie widzi. Najbardziej wkurzyłam się, jak na przesłuchaniu w prokuraturze taka jedna Julka podała numery telefonów moich znajomych. Mnie też o nich pytali, odpowiadałam np. „Angeliki tam nie było”, a Julka sprzedała wszystkich. „Rozszarpię ją”, pomyślałam, ale szybko się uspokoiłam.

Najpierw dali mi ostrzeżenie, później nadzór kuratorski i ośrodek kuratorski na Jeżycach, ale tylko raz tam byłam po szkole, nawet lekcji nie odrobiłam, przyjeżdżałam potem do domu. Liczyłam, że będą „odrabianki”, sprzątanie w jakiejś szkole albo coś takiego. W grudniu trafiłam do ośrodka socjoterapeutycznego we Wrocławiu.

Od dzieciństwa byłam niegrzeczna. Jak miałam 2 latka, na urodzinach taty podeszłam do stołu, przechyliłam kieliszek i poszłam spać. Na wizycie u dentystki, w podstawówce, razem z zębem wyrwano mi nerw - zaczęłam krzyczeć: „pani jest nienormalna!”. W szkole wyzywałam nauczycieli. „Nie lubię pani, niech pani wyjdzie”. Albo ja wychodziłam.

Już byłam z Szymonem, jak w gimnazjum kolega poczęstował mnie towarem. Ćpałam przez 3 miesiące codziennie: amfetaminę, marihuanę, heroinę zmieszaną z kokainą. Potem rzadziej, ale i tak ćpałam przez rok, łącząc czasem z alkoholem. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, gdzie jestem, chodziłam spać, ale nie udawało mi się usnąć. Raz tak zaćpaliśmy z kolegą, że nie spałam przez tydzień. Cały czas graliśmy w karty, braliśmy i znów graliśmy w karty. Nic nie jadłam, nie piłam. Wzięłam za dużo amfy. Zemdlałam, nie czuli mojego rytmu serca. Musiałam jechać do szpitala, żeby mnie odtruli. Tak wygląda zapaść. Powiedziałam, że więcej ćpać nie będę. Taki przełomowy moment się zdarzył, ale… wzięłam jeszcze raz, żeby zobaczyć, czy dalej będzie mnie ciągnęło. W piwnicy z kolegą. Spojrzałam na ścianę, widziałam białe tło, aż raziło mnie w oczy. Pojawiły się jakieś kratki i jakiś facet. Nie wiem, co to oznaczało, ale może znak, żebym jednak nie brała?

Ludzie na mojej dzielnicy, na Łazarzu w Poznaniu, trochę się mnie boją, bo wiedzą, co wyprawiałam, gdy byłam pijana czy naćpana. Do tej pory dziewczyny dzwonią, jak chcą się bić. Nikt mnie nie ruszy, bo wiedzą, kto jest moim wujem. Słynny poznański „Western”. Jakbym zadzwoniła po niego, to wiem, że byłaby zadyma. Dlatego wolę go wzywać w poważniejszych sprawach. Kiedyś odbiło mi po narkotykach i chciałam pobić jakąś panienkę. „Western, przyjedź, piętnastu chłopów na mnie idzie”. „To ja biorę dwudziestu pięciu”. Przyjechali sportowymi samochodami i wszyscy uciekali gdzie pieprz rośnie. Przed tym, co trzęsie Poznaniem i przed jego żołnierzami.

Miałam też innego wuja, Rafała. Mojego najlepszego przyjaciela. Jak się kłóciłam z mamą, wujek mi pomagał. Moja mama ma dużo młodszego faceta, którego nie lubię. Ćpał, siedział kiedyś w więzieniu, kłóciłam się z nim, że nie zarabia, że go mama utrzymuje. Brat mi dokuczał, że ja jestem najmłodsza, ta najgorsza. Mama też tak mówiła.

Miałam nerwobóle, nie mogłam chodzić, bolało mnie bardzo… Przyjeżdżał po mnie i zabierał do Turku, do swojej sąsiadki. Gdy mama dzwoniła, on odbierał i mówił, że ja nie chcę z nią rozmawiać. Odwoził mnie, jak już było ok. Jak nie było, to znów przyjeżdżał i mnie zabierał. Tam się uspokajałam. Nawet z nocki z pracy przyjeżdżał, żeby mi pomóc.

Codziennie rano do mnie przychodził do mojego pokoju, robił herbatę. Był luty, miałam chyba ferie zimowe. I tego dnia nie było herbaty. Zastanawiałam się, czy poszedł do pracy, ale przecież miał mieć wolne. Co się stało? Z jego pokoju w kółko leciała piosenka disco polo. „Noc” zespołu Factor.

Drzwi były zamknięte na klucz. Weszłam przez okno, bo to na parterze mieszkanie. Leżał pod drzwiami, z paskiem wokół szyi. Podeszłam do niego, a on już nie żył. Rozpłakałam się od razu. Miał w kieszonce bluzki moje zdjęcie. Leżałam przy nim nieruchomo przez trzy godziny, nie chciałam się podnieść. Z głośnika leciało: „wtul się w moje ciało. Niech noc oddycha w lekkich nutach. Otul swoim ciepłem z dotykiem palców kochaj. Zamknij na chwilę swe oczy. Poczuj ten płomień, co w nas, noc”.

Przyszedł tata, sprawdził mu puls i zadzwonił po policję. Na przedramieniu wytatuowałam sobie datę śmierci wujka: 27.02.2010. Chcę pamiętać Rafała do końca życia, na zawsze zostanie w moim sercu i na mojej ręce. Jest dla mnie ważny, tak jak moja mama, chociaż z nią ciągle się kłócę.

Długo nie mogłam dojść do siebie, zamykałam oczy i słyszałam „Noc”. Śniło mi się, że jedziemy razem na Sunrise do Kołobrzegu, a on mnie pilnuje, zawsze ochraniał mnie na dyskotekach. Albo wspominałam, jak zabierał mnie do kina. Moglibyśmy obejrzeć sobie znowu „Titanica”, jak kiedyś…

Teraz w ośrodku mam spokój. Jak przyjechali na spotkanie informacyjne trenerzy z najlepszą zawodniczką w drużynie, Anitą, to z chęcią zgłosiłam się do gry w reprezentacji bezdomnych, zawsze uwielbiałam sport. Graliśmy z bratem na Łazarzu w piłkę. 6 lat trenowałam siatkówkę, hokej - 7 lat, kosz - 5 lat. Reprezentowałam szkołę, jeździłam po świecie, byliśmy np. w Moskwie. Na półkach w domu do tej pory stoją puchary, moje i mojego brata. Obok starych pieców na specjalnej półeczce.

Potem stwierdziłam, że już nie chcę, rzuciłam to. Teraz znów pojawia się w moim życiu szansa. Mama mi powiedziała, że może wreszcie coś w życiu osiągnę. Chcę udowodnić, że na coś mnie stać, że nie jestem najgorsza, bo jeszcze ciągle słyszę takie słowa. Wypominają mi ćpanie.

Na turnieju we Wrocławiu jakaś ciemnowłosa Węgierka w czerwono-zielonym stroju wsadziła mi łokieć w żebra. Te, które miałam kiedyś połamane. Oddałam jej w kostkę, sędzia musiał nas uspokajać. Niemalże dostałyśmy niebieską kartkę, bo w piłce nożnej ulicznej takie się dostaje za faule zamiast czerwonych.

„Batman” z męskiej reprezentacji zawiózł mnie do szpitala na prześwietlenie. Wystarczył jeden rzut oka na długą kolejkę, abym stwierdziła, że wracam szybko na boisko. Jako zawzięta poznańska „Pyrka” – tak mnie nazywali chłopcy na zgrupowaniu w Kargowej – pokażę na mistrzostwach, jak się walczy. Gram w pierwszej ósemce, w rodzinnym mieście, muszę się postarać.

Mam tylko nadzieję, że nie powtórzy się wypadek, jaki miałam dawno temu na koloniach w Pierzycach. Metalowa bramka spadła mi na głowę. Nic się nie stało, „jedynie” wstrząśnienie mózgu. Chyba już nie ukończyłabym gimnazjum, do którego chodzę teraz we Wrocławiu, a tak - planuję zaliczyć dwa lata w jeden rok.

Jako zawzięta poznańska "Pyrka"- tak mnie nazywali chłopcy na zgrupowaniu w Kargowej - pokażę na mistrzostwach, jak się walczy. Gram w pierwszej ósemce, w rodzinnym mieście, muszę się postarać.

W szpitalu zepsuł mi się telefon, więc już z domu zadzwoniłam do niego: "Mariusz, urodziłam". A on na to: -5 ptpo co w ogóle mówisz, że urodziłaś?". Chciałam, żeby przyjechał, zobaczył córeczkę. Umówiliśmy się na sobotę 7 sierpnia. Czekałam, dzwoniłam, ale on wyłączył telefon. Wściekłość czułam, że znów coś się nie udało.

ALA

Pracowałam w Carrefourze na Granicznej we Wrocławiu, w punkcie obsługi klienta, a on stał na ochronie. Spodobało mu się, że jestem tak elegancko ubrana - biała bluzeczka, spódniczka, szpilki. W marcu robiłam urodziny w klubie „Alibi” na Grunwaldzkiej, zaprosiłam go, ale on powiedział, że nie da rady przyjść. – Wynagrodzę ci – obiecał Piotrek. Pojechaliśmy razem do Karpacza, zaiskrzyło. Później do Darłówka na tydzień, zaiskrzyło jeszcze bardziej.

Nad morzem, dwa dni przed wyjazdem, siedzieliśmy w pokoju, a on znienacka zapytał, czy bym nie chciała wyjść za niego za mąż. Zgodziłam się. Przyjechaliśmy do Wrocławia, ślub miał być potajemny. Uznaliśmy jednak, że może warto powiedzieć o nim, żeby nikt nie miał pretensji. Nasi rodzice dowiedzieli się dwa tygodnie przed uroczystością. Tata już nie zdążył wziąć wolnego w pracy.

Cztery miesiące po wyjeździe do Karpacza staliśmy w Urzędzie Stanu Cywilnego na Jana Pawła – ja w śliwkowej sukni z białym gorsetem, białymi spineczkami zapiętymi na plecionce włosów (zamiast welonu), rycząca jak bóbr ze wzruszenia, Piotrek – elegancki, w ciemnym garniturze, pod czerwonym krawatem, z bródką, której już nie ma. Brałam ślub, żeby się wyrwać z domu, on – chyba też, mieszkał z babcią, nie u rodziców. Planowaliśmy kościelny, poszłabym do ołtarza w białej sukni…

Zaczęliśmy „z grubej rury”, bo wynajęliśmy mieszkanie w apartamentowcu na Nowym Dworze we Wrocławiu, na 11. piętrze. Z widokiem z balkonu na kominy przy Składowej. My w jednym pokoju, w drugim jego siostra z chłopakiem, z którym szybko zaszła w ciążę. Musieliśmy zrezygnować z luksusów, bo było już trochę ciasno dla pięciu osób. Wzięliśmy coś mniejszego. Tylko dla nas – na Bokuszowskiej, w małym domku.